Podsumowanie dekady 2010s

Podsumowanie dekady 2010s

19 stycznia 2020 Blog 0
arrival

Dziesięć lat temu ze wzruszeniem oglądałem sceny na wysypisku w Toy Story 3, żegnałem Leslie Nielsena i wyczekiwałem finału "Lost". Przez tę dekadę pożegnaliśmy wiele osób, równie dużo powitaliśmy na ekranie, przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil na sali kinowej i poza nią; zamiast wypożyczać filmy na płytach, zaczęliśmy oglądać je legalnie online, dzisiaj czekamy wciąż na zimę, a ja... Kupiłem sobie własną maszynę do popcornu. I to chyba najlepiej podsumowuje tę dekadę. Kino przeniosło się do domu.

Dekada minęła. W tym czasie za bilet do kina zacząłem płacić 30 złotych zamiast 13. Popcorn i cola w bufecie kosztują tyle, co bilet. Przy chodzeniu na maratony nocne ochrona zaczęła sprawdzać plecaki i torby. Zamiast czekać bezczynnie na autobus możemy nadrabiać serial na telefonie. Telewizji niby nikt nie ogląda, ale wciąż jednak można zakupić gazety z programami telewizyjnymi. Wypożyczalnie wideo zostały zamknięte, a strony VOD zyskały na sile, chociaż są raczej „najlepszym, co mamy w zasięgu” niż usługami faktycznie dobrymi. Twórczość Internetowych amatorów stała się równa (a czasami nawet przewyższa) rozrywkowe produkcje profesjonalne, ale pojawienie się w programie publicystycznym nadal ma większy zasięg niż nawet dosyć popularny kanał własnego autorstwa. Piractwo straciło na znaczeniu – a jednak nadal funkcjonuje. Mit o widowni psującej przyjemność z oglądania filmu w kinie wciąż jest silny. Zwiększyła się świadomość wśród kinomanów odnośnie do festiwali filmowych – większość z nich wpada tam choćby po pracy, jeśli mają niedaleko. Niektórzy na nie poświęcają urlopy. Reklamy w kinie trwają już minimum 20 minut, czasami pół godziny – tylko kina studyjne są tu wyjątkami.

Dziennikarze informacyjni stracili zaufanie odbiorców. Teraz wydają się przekonani, że ich zadaniem jest utrzymywać widownię w ich światopoglądzie, zamiast informować o tym, co się dzieje na świecie. Żadnej wiadomości nie traktuję już na poważnie, bo zawsze się okaże, że gdzie indziej daną sytuację przedstawiono inaczej, pełniej. Jestem zmęczony słuchaniem dziennika, bo kolejne wydarzenia nie są po prostu faktami, są jedynie argumentami, aby kogoś nienawidzić. Nie chcę nienawidzić i dlatego najrozsądniej jest po prostu nie oglądać wieczornych wydań informacji. Zamiast dowiedzieć się, co się stało, co ktoś powiedział – to dowiaduję się co wg danej osoby się stało, co wg niej ktoś powiedział. Dziennikarstwo filmowe z kolei obecnie oznacza przedłużenie marketingowej działalności dużych studiów – informują czytelnika o spoilerach dotyczących nadchodzących produkcji, a poza tym tylko zarabiają na spekulowanie (czy dany aktor sprawdzi się w roli? Czy film, który zobaczymy za dwa lata, będzie dobry?). Więcej o tym napiszę w felietonie Współczesne dziennikarstwo filmowe kontra Watchmen (w marcu może opublikuję). Niechlubnym wydarzeniem jest afera o gwałtach w Hollywood, w której aktorki grupowo zaczęły podawać do sądu producentów i inne osobowości z branży, oskarżających ich o wykorzystanie seksualne. Poważna sprawa, ale w jakiś sposób dziennikarze zrobili z tego show. Dziesięć lat temu nie nazwalibyśmy ich nawet dziennikarzami.

Rozmowa o kinie jest na skraju wymarcia – teraz coraz więcej osób najszerzej omawia filmy jeszcze przed ich seansem. Samo ich oglądanie nie wzbogaca ich opinii za bardzo. Najbardziej dyskutowane są filmy, o których najwięcej można powiedzieć bez ich oglądania. Perełka z festiwalu doczeka się wzmianki, kolor skóry nowego Bonda doczeka się głębokiej analizy na tle kulturalno-społecznym. Trudno jest teraz po prostu pogadać o kinie i szczerze mówiąc – nawet nie wiem, gdzie zacząć. Chyba musimy zacząć uczyć się tego od nowa. Więcej napisałem w felietonie Smutne życie kinomana.
http://garretreza.pl/smutne-zycie-zkinomana/

Zmieniły się też wartości, których spełnienia szukamy w kinie. Zauważam tendencję do zaniechania prac nad sobą wśród ludzi, zamiast tego wolą budować przekonanie, że są lepsi od innych, ponieważ tamci są gorsi. Obserwuję debili na Twitterze, żeby czytać, jak gadają głupoty. Jestem lepszy, bo o tym wiem, jestem doinformowany. Po to jestem na bieżąco – by móc kogoś nienawidzić. I aby wzmocnić to przekonanie, oglądam filmy, które mi w tym pomaga. Delektuję się upadkiem serialu, który kiedyś był prominentny. Delektuję się wieściami o tym, jak aktor czy reżyser palnął głupotę. Delektuję się tym, co nieudane – w końcu ktoś jest ode mnie w czymś gorszy. Nie chwali się już filmów. Chwali się, aby mieć wstęp do powiedzenia czegoś negatywnego o innej produkcji. Serial X pokazał serialowi Y, jak powinno się tworzyć np. fantasy… Mało radości w tym wszystkim. Raczej niechęć, nienawiść, zmęczenie. Więcej pisałem o tym w felietonie Czy dzisiaj kino jest słabsze niż kiedyś?.
http://garretreza.pl/czy-kino-jest-slabsze/

Mamy teraz możliwość żyć bez reklam. Zamiast radia możemy wykupić abonament na Tidalu i słuchać wyłącznie muzyki. Zamiast oglądać telewizję, możemy wykupić Amazon Prime. Zamiast oglądać reklamy na YouTube, możemy kupić premium. Przy przeglądaniu Internetu możemy użyć blokady wbudowanej w Operę, a twórcom, którzy nas interesują, płacić bezpośrednio. Oczywiście nadal jesteśmy narażeni na reklamy – w postaci radia w autobusie albo plakatów namieście – ale to pozostaje tłem, białym szumem, zamiast czymś, co faktycznie bierze udział w naszym życiu, co musimy przeczekać.

Kultura żartowania ze wszystkiego, nawet jeśli w ten sposób kłamiemy lub zmyślamy, wykazujemy się niekompetencją lub własną głupotą – najważniejsze jest coś wykpić. Nawet nie zażartować tak naprawdę. Ważne jest się do czegoś dowalić. Breaking Bad skończył się 7 lat temu i był na antenie przez pięć lat, ale w 2020 roku nadal są ludzie, którzy „żartem” zauważą, że jest to serial o tym, że amerykańska służba zdrowia jest tak do dupy, że główny bohater musiał wejść w handel narkotykami, aby opłacić rachunki medyczne. A tak naprawdę wszedł w ten biznes, aby coś zostawić rodzinie, gdy umrze. Żart jednak jest. Bezsensowny, nielogiczny, głupi… Ale jest. I jest dla niego widownia. Czy za 10 lat ten „żart” nadal będzie żyć?

Nie wiem. Oby nie. Zwrot „na antenie” raczej na pewno będzie już archaizmem.

Połowa kobiet kończy dekadę w podartych spodniach oraz odsłoniętych kostkach, nawet w trakcie zimy. Nie jest to szczególnie coś nowego – chociaż może tylko ja pamiętam teledyski z lat 90., w których piosenkarki występowały w podartych bluzkach – nie, czymś nowym jest reakcja otoczenia. A ludzie lubią się do tego przypierdalać. Może to socjalizm i podświadome myślenie, że leczenie odmrożonych stóp zapłaci społeczeństwo, a nie te dziewczyny. Może to po prostu styl współczesnych ludzi, muszących się przypierdolić. Nie mają żadnych interesujących obserwacji i nie wykazują zainteresowania tematem, skąd te dziury się wzięły – chcą tylko ogłosić, że dla nich są one absurdalne. Raz za razem.

A zresztą – nawet jakby mieli wiedzą i coś do powiedzenia, to ich uwagi nazwane byłyby „przypierdalaniem się”. Nie ma już krytyki – w 2010s jest jedynie czepialstwo i narzekanie.

Blu Raye wyparły DVD, obok nich można też kupować wydania Ultra HD 4K, ale w większości kinomani nie traktują tego jako czegoś nowego, jak to było pomiędzy VHS i DVD, albo DVD i BR. Telewizja stała się domem dla aktorów. Mówię telewizja, ale mam na myśli tak naprawdę szeroko pojęte domowe ekrany. Mówię o aktorstwie, ale mam na myśli nie tylko ich nazwiska (do tej pory kojarzone z pełnymi metrażami,dziś powracający co roku w jednej roli), ale że faktycznie pokazy umiejętności aktorskich widzimy właśnie tam. Ray Donovan czy Pozostawieni składają się z nazwisk, których kinomani raczej nie kojarzą, a to oni definiują obecnie aktorstwo. Chlubnym wyjątkiem jest chyba tylko Joaquin Phoenix, powracający co parę lat z darem dla nas,w postaci Her, Mistrza, Ukrytej wady, Jokera i You Were Never Really Here. Nieważne, co myślicie o samych filmach, ale warto je zobaczyć tylko po to, aby móc z perspektywy czasu postawić je obok siebie i docenić w ten sposób tego wspaniałego aktora.

Nagrody filmowe straciły na znaczeniu. Niech będzie, że dla mnie. Patrzę wstecz z autentycznym szokiem i przypominam sobie, jakie tytuły zdobywały statuetki dla najlepszych filmów – niezależnie od tego, czy akurat lubię te obrazy albo nie (Jak zostać królem? Artysta? Argo? Spotlight? One dostały Oscara dla filmu roku?). Nie jest też tak, że potrzebuję którejś nagrody do swojego filmowego szczęścia – Złota Palma powędrowała tylko do jednego filmu, który polubiłem, za który i tak bym się zabrał sam z siebie. Berlin nawet tyle nie może o sobie powiedzieć. Mówiąc szczerze, tylko Złote Muszelki mają specjalne miejsce w moim sercu, ale filmy tam nagradzane raczej do nas trafiają z dużym opóźnieniem, więc temat śledzę raz na jakiś czas, zamiast wyczekiwać dnia i godziny ogłoszenia zwycięzcy. Mam za to możliwość robić tak z Oscarami – nie po to, aby obejrzeć nominowane tytuły, ale dla samego wydarzenia. Już od kilku lat mam wtedy telefon w ręku i na bieżąco oglądam ogłoszenie listy produkcji, które będą teraz walczyć o miano najlepszego filmu. Nie wpis na stronie z wiadomościami filmowymi, nie – relację wideo na żywo! Na telefonie! Dziesięć lat temu coś takiego było nie do pomyślenia. Oscary zresztą są jedynym wydarzeniem filmowym, które tak mocno spaja kinomanów. Mówią co roku to samo, ale faktycznie mówią: obstawiają, oglądają, organizują spotkania w klubach czy domach, aby oglądać wspólnie z najbliższymi rozdanie z gali wręczenia na żywo. Zróbcie z tym faktem, co chcecie, ale tak po prostu jest.
Aha – jak La La Land zabrało Oscara Moonlight na ponad 2 i pół minuty, to było fajne. Warto pamiętać.

Dziesięć lat temu byliśmy zdziwieni, że jeszcze przed Oscarami możemy legalnie oglądać filmy, które są do nich nominowane. Teraz już raczej się do tego przyzwyczailiśmy i ogólnie ten trend się utrzymuje przez cały czas, z roku na rok mamy więcej premier i polski dystrybutor z grubsza trzyma tempo, dostarczając polskiemu widzowi filmy jak najszybciej. Oddzielną kwestią jest jednak dystrybucja w skali kraju – wciąż jest nam przypominane, że jest Polska A (czyli Warszawa czy Wrocław), Polska B (reszta większych miast, gdzie filmy docierają tydzień po polskiej premierze) oraz Polska C, gdzie kin w ogóle nie ma, albo są takie, które wyświetlają jedynie Star Wars i polskie filmy z białym plakatem. Ciężko też znoszę fakt, że w mieście, gdzie studiuję, filmy po tygodniu mogą zniknąć, albo być puszczane raz na kilka dni, w niepasującej mi godzinie.

Kilka słów trzeba też powiedzieć o kinie popularnym, które przestało już zawierać pierwiastek frajdy. Lekkie filmy, w których grają aktorzy, których lubimy… Niewiele jest takich tytułów. Niewiele jest nowych aktorów, którzy co prawda nie umieją szczególnie grać, ale i tak ich lubimy. Albo takich, których znamy, ale nieszczególnie nawet mamy o nich zdanie. Dziesięć czy dwadzieścia lat temu powstawały filmy, które wszyscy znali, z aktorami, których wszyscy lubimy – nie były to dobre filmy, ale hej, nie było w nich nic złego. Łączyło to nas i mieliśmy razem wspomnienia z tych samych filmów. Teraz z tego nurtu został chyba tylko The Rock i cykl Szybcy i wściekli, ale oba te elementy powstawały już w poprzedniej dekadzie. I dzisiaj nawet one są gdzieś na granicy lubienia – niby można, ale tak naprawdę to nie można. Bo nie, bo głupie. A jak lubisz, to jesteś winny temu, że kino wygląda, jak wygląda, że są tylko sequele i kontynuacje najpopularniejszych filmów, że w Hollywood już niema kreatywności. A że powstaje mnóstwo oryginalnych filmów i sequele to tak naprawdę niewielki promil całości? – to już nieistotne. W tej dekadzie skupiamy się na wyróżnianiu tego, czego nie lubimy. Komentujemy najgłośniej działania tych osób, których nie lubimy. Chcemy narzekać i to odbija się na tym, jak odbieramy całe kino. Mam nawet teorię, że całą tę dekadę trzeba będzie powtórzyć, kiedy atmosfera się zmieni – wtedy będziemy mogli wrócić i dostrzec prawdę o tym, co się działo w tej dekadzie, bez potrzeby użerania się z kłótliwymi ludźmi.

Kłótliwi zresztą mogą chwalić się znajdywaniem problemów tam, gdzie ich nie ma. Jak choćby narzekają, że jest za dużo stron VOD i teraz posiadać konto na wszystkich równocześnie kosztuje zbyt dużo. A więc wykup konto na jednym i za miesiąc zmień, problem rozwiązany – a jednak wciąż istnieje. I będzie raczej istniał jeszcze trochę. Albo narzekają, że powstał kolejny sezon serialu, którego nie lubią. To nie oglądaj. Problem rozwiązany, a jednak wciąż istnieje.

Internet w tej dekadzie połączył nas w sposób, w który pewnie mało kto przewidział. Staliśmy się jednością na całej planecie i odkryliśmy, że nie ważne, na którym kontynencie się urodziliśmy, ile mamy lat i co przeżyliśmy, to każdy miał wujka czy innego stryjka, który na święta darł ryja na światełka choinkowe za to, że się zepsuły,że jednorazówki, że kiedyś robili lepsze, chociaż te światełka były w piwnicy od tak dawna, że nikt w rodzinie już nie pamięta ich zakupu. Każdy ma problemy. I każdy chce być szczęśliwy. I jesteśmy w tym razem. Wciąż pamiętam, jak wstałem jednego dnia i dowiedziałem się, że pewien twórca w Internecie popełnił samobójstwo. Byłem wystawiony na wiele form jego pożegnań. Oglądałem, jak ludzie siedzą za biurkiem i ze łzami w oczach mówią o zmarłym do kamery, ale dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że w zasadzie uczestniczę w pogrzebie. Wiem o wielu takich wydarzeniach, uczestniczę w życiu wielu ludzi, chociaż nigdy się nie poznaliśmy i jest w tym coś magicznego, że możemy coś powiedzieć i milion osób tego wysłucha, ale nigdy ich nie poznamy i nie dowiemy się, że istnieją, a jednak jesteśmy połączeni. I tylko o to chodzi. Internet stał się miejscem poza czasem i przestrzenią, w której nie ma siódmej rano, ale zawsze jest jakaś osoba, która chce kogoś rozśmieszyć. To autentyczne miejsce, w którym może być tylko Ja i to, co Ty chcesz, nic więcej. Cała odpowiedzialność jest na tobie. Nie musimy mieć zdania na temat, o którym mówią w telewizji, nie musimy oglądać tego, co wszyscy, nie musimy siadać do kolacji z ludźmi, których nie znosimy.

Równocześnie możemy zobaczyć, jak 20-30 lat temu dziennikarze i inne osoby publiczne kpiły z Internetu, że po co, że przecież możemy zrobić to samo, tylko inaczej… Nie starały się tego zrozumieć, zależało im tylko na tym, aby zażartować, rozśmieszyć, a raczej: przetrwać w ten sposób, utrzymać swój program lub samego siebie na wizji. Sposobem na to było zrobienie żartów. Nieważne, z czego i czy ma to sens. Każdą wartość można poświęcić. Pod tym względem widać, jak niewiele się zmieniło w ostatnich dekadach. Dzisiaj Internet byłby potraktowany dokładnie tak samo. Lata 2010s nie mają ponoć nic wyróżniającego się, co by mogło je charakteryzować – ale chodzi właśnie o odpowiedzialność. Internet pozwolił nam się uwolnić od wielu rzeczy i teraz tylko od nas zależy, jak wypełnimy naszą przestrzeń życiową. Nie wszyscy jeszcze są na to przygotowani i świat potrzebuje kolejnej dekady, aby sobie z tym poradzić.

Soundtrackiem roku jest dla mnie ścieżka dźwiękowa z Pozostawionych. Odkrywanie jej przy kolejnych seansach jest przeżyciem samym w sobie. Na drugim miejscu – Nić widmo Johnny’ego Greenwooda.

Jeśli chodzi o płyty – nie mam wielu kandydatów, więc następujące pięć pozycji to dosłownie wszystkie tytuły, jakie przyszły mi do głowy: Hot Dreams (Timber Timbre, 2014) WORRY (Jeff Rosenstock, 2016) I’m With You (Red Hot Chilli Peppers, 2011) Lost in the Dream (The War on Drugs, 2014) Push the Sky Away (Nick Cave & The Bad Seeds, 2013). Teraz przejrzałem oceny na RYM i przypominam sobie Car Seat Headrest – Teens of Denial (2016) czy Blindead – ffliction XXIX II MXMVI (2010), ale póki co wychodzę z założenia, że te moje ulubione pozycje powinienem móc wymienić bez namysłu, więc nie będę niczego zmieniać.

gravity

FILM DEKADY: "Grawitacja"

Zaznaczę – filmem dekady nie nazywam filmu po prostu najlepszego czy też takiego, który polubiłem najbardziej. Nie, filmem dekady jest ten tytuł, który najlepiej definiuje mijające 10 lat. A są to właśnie takie tytuły jak Arrival, Boyhood czy Grawitacja – filmy, na które jedna osoba spojrzy i powie: „Arcydzieło!”, a druga powie: „meh”. I obie będą mieć w pewien sposób rację, bo te filmy można równocześnie chwalić i wytykać im błędy. Obok niezwykłego przeżycia oferują też kiepskie dialogi albo łopatologię czy naiwną dramaturgię. W ciągu ostatnich 10 lat jednak mieliśmy takie filmy na rękach i robiliśmy wszystko, aby zniechęcić do pójścia na nie do kina. To dla mnie czołowy nurt mijających 10 lat: zaczęliśmy pierdolić tak mocno o filmach, że ostatecznie nasi odbiorcy sami już nie wiedzieli, czy warto się wybrać do kina, dlatego ostatecznie reagowali wzruszeniem ramion. Już nie było filmów, które trzeba koniecznie obejrzeć – zamiast tego prywatnie mówili: „A mnie się podobało!”. Są za to ludzie, którzy umieją w szczegółowy sposób opowiadać o każdym minusie, jaki znajdą – nawet jeśli nie jest to istotne. Grawitacja ma może banalnych bohaterów, prostą historię i kilka innych minusów – ale czy wyobrażam sobie kinematografię bez tego filmu? Absolutnie nie! Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy warto iść – odpowiedziałbym: obowiązkowo! Były i są filmy ogólnie lepsze czy takie, które lubię bardziej. Do samej Grawitacji też jakoś często nie wracam – chyba nawet nie oglądałem jej w całości drugi raz, ale byłem w 2013 roku w kinie IMAX i tylko to się liczy. To tytuł wyjątkowy i niepodobny do niczego innego, co możemy przeżyć na dużym ekranie. Arrival jest pięknym filmem i, krótko mówiąc, dużo lepszym, ale jednak są inne tytuły o kontakcie z obcymi czy innych rzeczach, które tam się znalazły. Dlatego mimo wszystko chciałem właśnie na pierwszym miejscu umieścić Grawitację – filmu, którego bym nie obejrzał, gdybym słuchał reakcji widzów czy mediów. I byłbym wtedy uboższy.

Najlepsze dokumenty dekady

  1. Wojna wietnamska
  2. Prohibicja
  3. Making a Murderer
  4. O.J. Made in America
  5. Sugar Men
  6. Jutro albo pojutrze
  7. Póki szaleństwo nas nie rozdzieli
  8. Pearl Jam Twenty
  9. Brakujące zdjęcie
  10. Arirang

Proszę, proszę… Sporo tych tytułów to seriale (a raczej miniseriale – z jednym wyjątkiem liczącym dwa sezony i pewnie trzeci kiedyś wyjdzie). Znak czasów.

Najlepsze anime dekady

  1. The Vanishment of Haruhi Suzumiya
  2. Night is Short Walk on Girl
  3. Tatami Galaxy
  4. One-Punch Man
  5. Steins;Gate
  6. Zrywa się wiatr
  7. Marnie. Przyjaciółka ze snów
  8. Tajemniczy świat Arrietty
  9. Ogród słów
  10. Dareka no Manazashi

Najlepsze odcinki dekady

  1. The Book of Nora (Pozostawieni, 3×8)
  2. Remedial Chaos Theory (Community, 3×4)
  3. Guest (Pozostawieni, 1×6)
  4. Reunion (Legit, 2×04)
  5. Time’s Arrow (BoJack Horseman, 4×11)
  6. Charlie Work (U nas w Filadelfii, 10×4)
  7. A Scandal in Belgravia (Sherlock 2×1)
  8. We Just Decided To (Newsroom 1×1)
  9. You’re Getting Old (South Park, 15×7)
  10. The Crash (Mad Men, 6×8)

Najlepsze polskie filmy dekady

  1. Wołyń
  2. Pokłosie
  3. Róża
  4. Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham
  5. Imagine
  6. Bogowie
  7. Baby Bump
  8. Wszystkie nieprzespane noce
  9. Wymyk
  10. Wygrany

Najlepsze krótkie metraże dekady

  1. Dzień i noc
  2. Po uszy
  3. La Luna
  4. World of Tomorrow
  5. Brodziec
  6. Lost & Found
  7. The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore
  8. Ogród słów
  9. Dareka no Manazashi
  10. Pamięć cielesna

Najlepsze filmy pełnometrażowe dekady

  1. Debiutanci
  2. Przechowalnia numer 12
  3. Koń turyński
  4. Menchester by the Sea
  5. Paterson
  6. Nowy początek
  7. Perks of Being a Wallflower
  8. Ona („Her”)
  9. Whiplash
  10. Harry Potter i Insygnia śmierci

Obawiam się, że nadchodzące lata dla sztuki mogą oznaczać trend popularyzacji tytułów, które wygłaszają oświadczenia, zajmują stanowiska, zamiast opowiadać o wartościach. Na czym polega różnica? Trudno powiedzieć w takim zbiorczym tekście, to temat na samodzielną publikację, ale tak na szybko – różnica polega na tym, że sztuka powinna opowiadać. Przedstawiać temat i konfrontować w nim różne motywy, moralności i postawy. Obawiam się jednak, że może narodzić się nurt odcinający się od rozmowy, że do głosu dojdą artyści pozbawieni odwagi potrzebnej do dialogu, a zamiast tego będą popierać tę lub inną wartość. I będą chwaleni wtedy za odwagę, chociaż będą robić najbardziej bezpieczną rzecz, jak tylko się da. Zasiadając w kinie, zamiast dwugodzinnej fabuły pełnej samoświadomości, będziemy otrzymywać odpowiednik założenie koszulki z jakimś banalnym, „mocnym” hasłem. Nie mam ku takim obawom jednej konkretnej pobudki, raczej ogólne wrażenie wynikające z obserwacji i tego, jak teraz wygląda kultura rozmowy o czymkolwiek. Jak choćby ranking najlepszych filmów 2019 roku w wykonaniu pewnej popularnej strony, w którym uzasadniono obecność połowy tytułów tym, że „łamią zasady gatunku”, jakby to był argument za tym, czy film jest dobry albo nie. Łamanie zasad to cecha, nie zaleta. Inną rzeczą jest, że wspomniana kultura obecnie jest bardzo negatywna – wysławiamy w końcu osoby, które kochamy nienawidzić, a których za 10 lat (mam nadzieję) nie będziemy chcieli pamiętać. Następny logiczny krok to popadnięcie ze skrajności w skrajność, czyli bezgraniczne wychwalanie właściwych rzeczy. A że będzie to puste wychwalanie? Cóż, może następną dekadę też trzeba będzie powtórzyć.

Jest jedna ważna zmiana, którą przyniosły ostatnie lata – już nie możemy nazywać rzeczy po imieniu. Rozumiały to najlepsze seriale i filmy tej dekady, widzowie i ogólnie ludzie też muszą zrozumieć, że obecnie posługiwanie się głównymi hasłami nie jest najlepszym pomysłem. Nie możemy mówić o feministkach, rasizmie czy kapitalizmie, ponieważ te hasła znaczą dla innych różne rzeczy. Używając dużych słów, aktywujesz u odbiorcy szereg reakcji, które powodują wyłącznie zejście z tematu. Ludzie nieświadomie dzielą się na grupy i te hasła sprawiają, że oddalają się od siebie, chociaż gdyby porozmawiali na temat polityczny czy ekonomiczny bez używania tych dużych słów, mogłoby się okazać, że tak naprawdę są po tej samej stronie. Nie walczymy jednak o to, co stoi za tymi słowami, nie! – walczymy o same słowa, o ich godność, ale nie edukujemy. Nie mamy na to sił, zamiast tego olewamy sprawę. Gardzimy drugim człowiekiem, co najwyżej rzucimy „najpierw dowiedz się, o czym piszesz, zanim to napiszesz, pozdrawiam” i kontynuujemy życie pozbawione dialogu. I nic się nie zmienia.

Jakiś czas temu doszło do zwolnienia wielu ludzi, którzy ciężko pracowali w przemyśle filmowym. Stracili pracę, ponieważ studio chce się przenieść gdzieś, gdzie będą ulgi podatkowe i tym samym tańsza produkcja kina. W komentarzach oczywiście „jebać wolny rynek i kapitalizm”, chociaż obwinianie kapitalizmu za tę sytuację ma tyle samo sensu, co obwinianie wolności słowa za śmierć protestujących w Hong Kongu – mija się to z celem i wywołuje konflikt, a pokrzywdzeni jak byli tak są pokrzywdzeni. I nikt nie jest nawet o krok bliżej zrozumienia, dlaczego tak się stało i jak można by tej sytuacji uniknąć.

I oczywiście łatwym jest pomyśleć: „Debile, debile, jesteśmy otoczeni przez debili, którzy nawet nie sprawdzają, co znaczą słowa, których używają”. Trudniejszym jest pamiętać, że chociaż niesprawdzanie nie świadczy dobrze o takiej osobie, nie oznacza to, że jest ona kimś złym. Trudnym jest pamiętać, że taką osobą kieruje miłość – to uczucie, które popycha nas wszystkich do tego, co na co dzień robimy. Tamte osoby oskarżające kapitalizm – one nie są złymi ludźmi. Chcą tylko wyrazić wsparcie dla pokrzywdzonych i może liczą, że jak przez wystarczająco długi czas będą skandować „jebać kapitalizm”, to coś się zmieni. Nie chcą, aby tak ludzie byli traktowani. Kapitaliści też tego nie chcą. To nas łączy. To musimy zrozumieć i na tym się skupić, a dopiero potem wrócić do dużych nazw.

Bo czy wyobrażacie sobie rozmowę o polityce, bez używania nazw partii?

Martwi mnie również każdorazowa sytuacja, gdy jakiś film wywołuje kontrowersje. Teraz to wygląda tak: słyszycie, że jakiś film wywołuje kontrowersje. Jakie? Obejrzeliście film i nie widzicie w nim nic, co by mogło uzasadnić takie stanowisko? Szukając w Internecie odpowiedzi na to pytanie, nie znajdziecie po prostu odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego poznacie spekulację na temat tego, jaki cel mają media w wywoływaniu tej afery. A nie o to chodzi.

I to zmienia wszystko. Jakbyście po prostu się dowiedzieli, dlaczego np. taki Joker wywołuje kontrowersje, to przeczytalibyście, że media obawiają się, że będą strzelaniny na seansie. Gdy tylko to przeczytacie, to waszą pierwszą i jedyną reakcją będzie: „Pierdolenie, szkoda czasu, aby temu poświęcić sekundę więcej, już nigdy nie będę czytał dziennikarza, który pisze takie głupoty”. To wszystko jest jednak ukryte wśród owej spekulacji – dlaczego media głoszą takie rzeczy i co chcą w ten sposób osiągnąć? Sugerowane są nam ukryte motywy, które nas bulwersują, dlatego czujemy się w obowiązku zająć stanowisko i wziąć udział w dyskusji (a raczej, co by tu ukrywać: gównoburzy). W końcu w nagrodę możemy uważać się za lepszych, chociaż nic nie zrobiliśmy – bo my lubimy Jokera, a oni nie! Bo my go ROZUMIEMY! (patrz: kilka akapitów wyżej, gdzie wspominałem o felietonie „Czy kino dzisiaj jest gorsze?”).

Powinienem być jednak za tym, aby dążyć do głębszej analizy rzeczywistości, do zaangażowania się w dyskusje skupione na wartościach – więc na czym polega mój problem? Na tym, że takie analizy rzeczywistości nie mają na celu analizy rzeczywistości. Poznając takie analizy, nie zdobywamy narzędzi pozwalających faktycznie rozpracowywać rzeczywistość, która nas otacza. Zamiast tego uczymy się tylko nienawidzić na dodatkowy sposób. Te analizy prowadzą nas tylko do takich wniosków: nienawidź tej firmy, tego człowieka, takiej grupy ludzi. I ta nienawiść wypełnia nasze życie. Przykładem zresztą może być sam Joker – pewna osoba powiedziała, że bierze udział w dyskusji na jego temat, ale tak naprawdę nie mówi o tym, o czym chciałaby mówić (faktyczna zawartość filmu i spekulacje, co oznacza ta czy inna scena). Zamiast tego dokłada swoje trzy grosze na temat dialogu o zasadności ukazywania przemocy na ekranie i czy Joker faktycznie ukazuje wyższość białej rasy… Nie wiem nawet, skąd to się wzięło. Nikt tego w sumie nie wie.

Może się więc wydawać, że jesteśmy w ciemnej dupie, ale z drugiej strony – możemy teraz przeczytać w Internecie o walce stulecia z udziałem boksera Jacka Johnsona, zobaczyć nawet to starcie (chociaż wydarzyło się w 1910 roku!), potem poczytać na temat Davida Fostera Wallace’a i jego tajemniczym Infinite Jest, wstać od biurka i pójść do toalety, zacząć ściągać tę książkę na dowolne urządzenie, które trzymamy w ręku – tablet, telefon – i rozpocząć czytać jeszcze zanim usiądziemy na sedesie. Myślę, że to całkiem zajebiste, że możemy tyle zrobić.

Top 100 produkcji lat 2010-2019

Jedna zasada została tutaj wprowadzona: dany tytuł może pojawić się tylko raz. Nie chcę, aby seriale zajęły połowę zestawienia – jako odcinki, sezony i całe produkcje – dlatego wspominam każdy po razie. I wystarczy.  Bez wyjaśnień czy opisów, ten temat i tak jest obszerny. Wobec większości tych tytułów mówiłem o swojej miłości w innych miejscach na blogu.

1. Pozostawieni („Leftovers”)
2. Debiutanci („Beginners”)
3. Koń turyński („A torinói ló”)
4. Przechowalnia numer 12 („Short Term 12”)
5. The Knick (2014-15)
6. Manchester by the Sea (2016)
7. Legenda Korry (2012-14)
8. Paterson (2016)
9. Nowy początek („Arrival”, 2016)
10. Charlie („Perks of Being a Wallflower”)
11. Wojna wietnamska (2017)
12. Prohibicja („Prohibition”)
13. Remedial Chaos Theory (Community, 3×4)
14. Reunion (Legit, 2×04)
15. Charlie Work („U nas w Filadelfii”, 10×4)
16. A Scandal in Belgravia (Sherlock 2×1)
17. We Just Decided To (Newsroom 1×1)
18. BoJack Horseman (2014-2020)
19. Ray Donovan (2013-2020)
20. Ona („Her”)
21. Whiplash (2014)
22. The Affair – sezon II
23. You’re Getting Old (South Park, 15×7)
24. The Crash (Mad Men, 6×8)
25. Making a Murderer (2015-)
26. Crawl Space (Breaking Bad, 4×11)
27. Wodogrzmoty Małe („Gravity Falls”)
28. Nawiedzony dom na wzgórzu (2018)
29. Noc i Dzień („Day & Night”)
30. Harry Potter i Insygnia Śmierci (2010-11)
31. Derek (2012-)
32. Zaślepieni (Blindspotting)
33. Super 8 (2011)
34. Płomienie (Beoning)
35. Złodziejaszki (Manbiki Kazoku)
36. Oculus (2013)
37. Witaj w klubie („Dallas Buyers Club”)
38. Boyhood (2014)
39. Coś za mną chodzi („It Follows”)
40. Słowo na M („What If”)
41. Fleabag (2016-19)
42. Magical Girl (2014)
43. Początek („I Origin”)
44. Ewolucja planety małp („Dawn of the Planet of the Apes”)
45. Olive Kitteridge (2014)
46. O.J.: Made in America (2016)
47. Mad Max: Na drodze gniewu („Fury Road”)
48. Westorld (2016-)
49. Niemiłość (2017)
50. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017)

51. Siedzący słoń (Da xiang xi di er zuo)
52. Blade Runner 2049 (2017)
53. Mission: Impossible – Fallout (2018)
54. Nice Guys (2016)
55. Sugar Man (2012)
56. Logan (2017)
57. Jutro albo pojutrze („Minding the Gap”)
58. Dunkierka („Dunkirk”)
59. Jak wytresować smoka („How to Train Your Dragon”)
60. Night is Short Walk on Girl
61. Pogrzebany („Buried”)
62. Frank (2014)
63. Moja łódź podwodna („Submarine”)
64. Too Late (2015)
65. Serce z kamienia (2016)
66. Lot („Flight”, 2012)
67. La La Land (2017)
68. Las Vegas (Modern Family, 5×18)
69. Wszyscy wygrywają („Win Win”)
70. Nasza młodsza siostra („Umimachi Diary”)
71. To już jest koniec („The World’s End”)
72. Pod skórą („Under the Skin”)
73. The Vanishment of Haruhi Suzumiya (2010)
74. Spotlight (2015)
75. Pieta (2012)
76. Uciekinier („Mud”)
77. Blok 99 („Brawl in Cell Block 99”)
78. Broken (2012)
79. Holy Motors (2012)
80. Scream – 2 sezon + odcinek specjalny
81. Better Call Saul (2015-)
82. Grawitacja („Gravity”)
83. Nebraska
84. Happy Hour (2015)
85. Vision Quest („Archer”, 6×05)
86. Młodzi przebojowi („Sing Street”)
87. Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz („Winter Soldier”)
88. iZombie (2015-2019)
89. F is for Family (2015-)
90. Justified – sezon IV
91. One-Punch Man (2015-)
92. White Christmas (Black Mirror, 2×4)
93. Watchmen (2019)
94. Tatami Galaxy (2010)
95. Steven Universe – sezon I
96. Louie – sezon I
97. Steins;Gate (2011)
98. Po drugiej stronie muru (2014)
99. Kroniki Times Square – sezon I
100. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Najważniejsze filmowe rzeczy w 2010s (kolejność chronologiczna)

  • Scena na wysypisku (Toy Story 3)
  • Zakończenie Social Network
  • Film w trumnie (Pogrzebany)
  • Pożegnanie na plaży (Insygnia Śmierci)
  • Finał Margaret
  • Zdjęcia w Drzewie życia
  • Markowany mastershot w Avengers
  • Lądowanie odwróconym samolotem (Lot)
  • Poznaliśmy historię Rodrigueza (Sugar Men)
  • Mabel wierząca w swojego wujka (Gravity Falls)
  • Grawitacja
  • Zakończenie Legit
  • Boyhood
  • Chodzenie po wieżowcu w Mission Impossible 4
  • Poznaliśmy Owena (The Way Way Back)
  • Poznaliśmy Franka (Frank)
  • Ostatnie 15 minut Whiplash
  • Pozostawieni
  • Markowany mastershot w Avengers: Age of Ultron
  • Mastershot na początku Tokyo Tribe
  • Sense8
  • Odcinek Fish Out of Water (BoJack Horseman)
  • Śmiech z piwnicy (Breaking Bad)
  • Walka z korytarzu (DareDevil)
  • Opening Szybkich i wściekłych 7
  • Koncert z Fuck Tha Police (Straight Outta Compton)
  • Scenografia Antyporno
  • Cały film z perspektywy pierwszoosobowej (Hardcore Henry)
  • Finał 24 tygodnie
  • Nieprawi, gdzie każdą scenę nagrano tylko raz, aktorzy sami napisali swoich bohaterów i improwizowali, a narracja powstawała w montażu.
  • „Drive it like you stole it” (Street Sing)
  • Bitwy bękartów (Gra o tron)
  • Pierwsze 30 minut Nowego początku
  • Pierwsze 6 minut La La Land
  • Otwarcie The Greatest Showman (plus materiały dodatkowe, jak śpiewają na żywo „This is me” oraz „From Now On”)
  • Pierwsze 10 minut  piątego odcinka Ucieczka z Dannemory
  • Odcinek „Two Storms” (Haunting of the Hill House)
  • Finał Avengers: Endgame

Plus gala nagród Annie i otwierający występ Neila Patricka Harrisa w 2013 roku. Naprawdę, zobaczcie to.

Wyjątkowi ludzie ze świata kina, których poznaliśmy w tej dekadzie: Anthony & Joe Russo, Vanessa Kirby, Benedict Cumberbatch, Adam Driver, Mark Duplass, Rami Malek, Damien Chazelle, Hu Bo, Mahershala Ali, Mike Flanagan, Brie Larson, Greta Gerwig, S. Craig Zahler, Oscar Isaac, Kaitlyn Dever, Ezra Miller, Joey King, Justin Theroux, Carrie Coon, Christopher Eccleston, Ann Dowd, Regina King, Phoebe Waller-Bridge, Ruth Wilson, Will Arnett, Amybeth McNulty i prawopodobnie Amy Adams – nie pamiętam jedynie, czy błyszczała już w Wątpliwości, czy dopiero w Fighterze.