Tom McCarthy

Tom McCarthy

21 stycznia 2016 Opinie o filmach 0

The Cobbler will always be a very special film to me. (…) I’m not here to defend any of the movies I make, but I can always speak very honestly that will never be diminished by anyone’s perspective on it.” – Tom McCarthy

Wszyscy wygrywają („Win Win”, 2011)

5/5

Kino niewielu słów, za to idealnie pasujące do tak satysfakcjonującego filmu.

Mike Flaherty, grany przez Paula Giamatti, jest adwokatem mającym problemy finansowe. Zdecydował się podjąć opieki nad Leo, starszym człowiekiem z lekką demencją, a sędzie zezwala na to pod warunkiem, że Mike będzie się nim opiekować w domu. Mike inkasuje pieniądze, a staruszka odstawia do domu opieki. I wszyscy będą zadowoleni, bo tylko Mike o tym wie. Do czasu, gdy na progu domu Leo pojawia się cichy nastolatek z blond włosami imieniem Kyle, który przyjechał do swojego dziadka, by z nim zamieszkać.

Może na to nie wygląda, ale naprawdę miałem problemy z prostym opowiedzeniem zarysu filmu – bo gdyby zrobić to porządnie, trzeba by wspomnieć o wielu innych rzeczach: o żonie Mike’a, o jego córce z pięknymi włosami, o zapasach, których uczy po pracy w miejscowej szkole, o bieganiu Mike’a co dzień rano z powodu stresu. Wiele jest tu postaci i wiele tematów, które będą ze sobą łączyć się w całkiem zaskakującą swoją oryginalnością historię. Nie pamiętam, bym w kinie widział ludzi mających takie problemy, jak Kyle. To zasadniczo główny bohater, mający bardzo mało czasu ekranowego, jeszcze mniej widz o nim wie. Bardzo cicha postać, niezabiegająca o rolę główną w historii, ale zwyczajnie kradnąca uwagę oglądającego, ilekroć pojawi się przed kamerą, i wpływający pozytywnie na wszystkich w tym filmie (z wyjątkiem jego matki). Do wszystkich, szczególnie do starszych, mówi po imieniu, zachowuje się swobodnie – ale dlatego, że jest na własnym w każdej chwili. Więcej nie powiem – ale zobaczcie, gdzie ta postać pójdzie, poznajcie ją. Jest tak fajna, że zapasy w jego wykonaniu wyglądają poważnie i… profesjonalnie.

Jak to wszystko jest ze sobą złożone, jak wiele różnych relacji wynika z tego filmu, a reżyser wie dokładnie, kiedy zrobić kolejny krok, wprowadzić nową postać, i jak poprowadzić akcję, by zmierzała w wybranym kierunku. Zakończenie jest proste, używające niewielu słów, ale bardzo wymowne, i idealnie pasujące do tak satysfakcjonującego filmu. To właściwe określenie – satysfakcjonujący.

Obecnie Tom McCarthy znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #11

Top

1. Wszyscy wygrywają
2. Drożnik
3. Spotlight
4. Stillwater
5. Spotkanie

Ważne daty

1966 – urodziny (New Jersey)

1974 – urodziny żony

1992 – pełnometrażowy debiut aktorski

2003 – debiut reżyserski

Spotlight (2015)

5/5

Żarty o księżach molestujących dzieci weszły do naszej świadomości na stałe tak jak pedofilskie żarty z udziałem Michaela Jacksona. Te pierwsze są o tyle istotniejsze, że wciąż znajdują nieśmieszne potwierdzenie w rzeczywistości. Choćby z naszego podwórka: siostra Bernadetta. Nic więc dziwnego, że żartujemy z ochotą o klękaniu przed Ojcem przy przyjmowaniu świętego pokarmu. A zastanawialiście się, gdzie był tego początek

Chociaż pojedyncze oskarżenia miały miejsce już w drugiej połowie XX wieku, dopiero na początku XXI wieku bostońska redakcja zaczęła śledztwo mające na celu ujęcie tego wszystkiego jako całość. I zaatakować system, a nie samych księży, bo ci po popełnieniu przestępstwa zostawali przenoszeni do innej parafii, gdzie robili to samo. Bohaterowie rozmawiają z ludźmi, gromadzą dowody i odkrywają skalę zjawiska, za które się zabrali. I nie ma już innej drogi.

Pierwsze co rzuca się w oczy to jak dobrze skrojony to film. A to nie było łatwe. Mamy do czynienia z opowieścią, w której wiele scen jest powtórką poprzedniej. Dziennikarz rozmawia z poszkodowanym, by następnie zdać z tego raport swojemu przełożonego – oczywisty przykład. Ponadto, nie ma tu wiele miejsca na co innego poza śledztwem – budowanie postaci i relacji między nimi to luksus, gdy mówimy o dochodzeniu dziennikarskim, które trwało miesiącami i polegało na żmudnym przeglądaniu setek dokumentów.

A mimo to, nie mamy tu nijakich twarzy. Chociaż niewiele możemy o nich powiedzieć i nie pamiętamy po seansie ich nazwisk, to miałem w trakcie oglądania pewność, że to są prawdziwi ludzie. Aktorzy wiedzieli, co mają grać, i robią to bezbłędnie, chociaż mogli to widzowi przekazać jedynie swoją grą. Nawet gdy historia doszła do momentu, gdy każdy musiał spojrzeć na samego siebie i odpowiedzieć: „Czemu nic z tym nie zrobiłem?” (jak wspomniałem, pierwsze pogłoski o tym można było usłyszeć już kilka dekad wcześniej). Zamiast posypywać głowę popiołem i roztrząsać kto jest bardziej winny, trzymali sprawę prosto i szli dalej. W bardziej rozbudowany sposób ujęto tu kwestię Kościoła, wiary, religijności – czyli ogólnie tego, jaki impakt będzie mieć ich artykuł… jeśli wyjdzie. Chociaż mówią o tym więcej, to podobnie jak w kwestii budowania postaci, liczą się szczegóły. To bardzo subtelna opowieść – użyto krótkich i konkretnych zdań, które mogły być użyte przez prawdziwych ludzi zmartwionych utratą wiary w ich życiu. I tym, że ich artykuł tylko to pogłębi, również u innych ludzi.

Nie ma za to atmosfery zaszczucia. I cholernie mnie to cieszy. Brak wybijania okien w domach dziennikarzy, zabijania im psów albo innych głupot z Polowania lub Nietykalnych. Oczywiście, strach jest, ale opiera się on na niepewności. Jeśli już ktoś z Kościoła rozmawia z bohaterami, robi to, jak przyjaciel. Uspokaja, umniejsza roli przestępstwa, podkreśla mocno, jak ten pojedynczy przypadek mógłby mieć wielki mieć wpływ na cały wizerunek Kościoła, gdyby doszło do ujawnienia o tym. Byle tylko odbiorca chciał pójść na ugodę, zwątpił, zawahał się. Poczuł się winny.

Rezultat przychodzi z finałem, gdy reżyser pokazuje, o czym była tak naprawdę ta historia. Nie o dziennikarzach i o tym, jak dobrą robotę robią, lub może stracą pracę po publikacji. Nie miała też na celu zniszczenia Kościoła. Gdy przedostatnia linijka dialogu zostaje wypowiedziane, to uderza z ogromną siłą. Sam jestem tym zaskoczony, że coś tak prostego wywarła na mnie takie wrażenie. Gdy tylko rozumiesz zakres i nabierasz potem tego głębokiego oddechu… Marzenie. Wtedy rozumiesz, czemu pozostałe aspekty tej historii uproszczono. Bo nie były aż tak istotne. Wspaniały finał!

Stillwater (2021)

5/5

McCarthy wraca z życiowymi dramatami. Jeśli pamiętacie Spotkanie, to jesteście w domu.

Opisy mówią o ojcu, który chce pomóc córce aresztowanej za morderstwo – ale to jest mylące przedstawienie filmu. Owszem, taki wątek jest w filmie, ale nijak nie reprezentuje on całości. Scenariusz ma to do siebie, że nie jest tłumaczony na bieżąco rozwój wydarzeń. Uczestniczymy w nich, ale nie rozumiemy, co się dzieje – musimy zaufać autorowi, że w końcu domyślimy się wszystkiego. Nie wiemy od początku każdej odpowiedzi – dlaczego córka znajduje się we Francji, za co została aresztowana, co się stało z jej matką. Tych rzeczy dowiemy się w swoim czasie – albo i niekoniecznie. To życiowy film, tutaj nie wszystko znajduje dokończenie lub zakończenie. Sprawy istotne lub ważne tracą ten status z czasem, coś innego zajmuje ich miejsce w życiu bohaterów. Ten film myli tropy i prowokuje nas do zgadywania, o co tu chodzi, o czym to jest? I tak jak w życiu, potrzebujemy do tego większej perspektywy. Całość trwa dwie i pół godziny, zasługując na każdą minutę. Wszystkie wątki są istotne – czy to chodzi o kreację głównego bohatera, z czapką z daszkiem i jeansami, modlącego się przed posiłkiem – albo o detale, jak kolor sukienki jego córki w jednej z ostatnich scen. Jakkolwiek to zabrzmi, ta barwa mnie wzruszyła – ale trzeba zobaczyć całość, żeby to zrozumieć.

Historia rozwija się tak, jak w życiu: z zaskoczeniem, że tak się sprawy potoczyły. Nie planujemy tego – podejmujemy jedną decyzję i z czasem zaczyna ona oznaczać coś więcej. O czym więc jest ten film? O tym, że zwykłe życie jest cenne. Bez przygód, bez podejmowania ważnych decyzji – niech zostanie tak, jak jest. Nic więcej cię nie proszę, jedynie o spokój. I zdrowie. Matt Damon wygląda jak zwykły zjadacz hamburgerów, Camille Cottin udowadnia, że we Francji jest nie tylko Mélanie Laurent, Abigail Breslin strasznie dojrzała od czasu Małej miss. Kamera często jest z ręki i trzyma się blisko aktorów, ale nie robi tego kosztem czytelności – zdjęcia są więc idealne. Reżyser od początku do końca z sukcesem osiąga naturalność narracji i trzyma w ryzach tę wielowątkową historię, aby koniec końców była ona o czymś konkretnym. Jako widz miałem pewność, że zobaczyłem produkcję spójną i świadomą. „Life is brutal”.

Jeden z tych filmów, które do połowy nie robią większego wrażenia, ale później dostrzegasz szerszy obraz i jesteś już na pokładzie. A jak zaczęli płakać, to już w ogóle. Jeden z filmów roku.