Ernst Lubitsch
Filmy lubiły być przez niego dotykane. Był inspiracją dla największych, którzy w przypadku wątpliwości zastanawiali się, jak on by wykonał dany element filmu. Billy Wilder założył nagrodę jego imienia, aby utrzymać pamięć o swoim przyjacielu. W jego filmach Hitler mówiłby: "Heil Myself". Dał radę odnosić sukcesy zarówno w erze kina niemego jak i mówionego. Dał radę przebić się w Hollywood, chociaż ludzie mieli opory jak tylko zauważyli, że jest Niemcem. Za swój najlepszy film uważał "Trouble in Paradise", lubił też "Ninotchka" oraz "The Shop Around the Corner". Oto Ernst Lubitsch i przegląd jego twórczości:
„There are a thousand ways to point a camera, but really only one.” – Ernst Lubirtsch
Mam za sobą 13 jego filmów i chcę oglądać go dalej. W całości – wrócić do niemych produkcji, nadrabiać te gadane, za które był nominowany do Oscara. Zrobił też przecież film o Mumii z Polą Negri i Emilem Janningsem, też to chcę zobaczyć, jak gdzieś jest. „Kino Lubitscha to sama przyjemność” napisałem poniżej, ale ma to dwa znaczenia – i żadne chyba nie jest pierwszym, które przychodzi na myśl po przeczytaniu tych słów. Po pierwsze: częściej te produkcje są zbiorem przyjemnych rzeczy niż jakąś zbitą całością. Postaci, które chcemy oglądać, cwane i zabawne sceny, humor przewijający się przez cały seans, urok. Chodzi o to, że w rękach większości innych twórców nic by z tych tytułów nie było, ale Lubitsch dawał radę znaleźć w nich… Coś. To drugie znaczenie tego zwrotu: zawsze coś się znalazło. Nie znalazłem jeszcze filmu tego reżysera, który bym przekreślił w całości.
Tak, nisko oceniam Ninoczkę, ale widziałem ją dawno, dawno temu. I do czasu powtórki nie podpisuję się pod tą oceną.
Filmy te są przyjemnością w kontekście swoich czasów – produkcji fabrycznej, niemal taśmowej, kiedy robiło się filmy, jakie się dostawało na zleceniu. Tak naprawdę nie trzeba było w nich nic odnajdywać lub dodawać od siebie, wystarczyło tylko „zrobić swoje”, ale Lubitsch i jemu podobni wtedy jednak to robili. I dzięki temu są pamiętani do dziś, dzięki temu chce się wracać do jego produkcji. I do dzisiaj wręcz należy je studiować, aby nauczyć się robić coś z niczego.
W związku z tym nie ma w jego filmografii wielu filmów, które oceniam naprawdę wysoko. Lubię jego nieme wygłupy, ale taki Sklep na rogu jest unikalnym tytułem, który ma strukturę, podróż – łącznie z drogą, którą przebywa każda postać oddzielnie! – punkt kulminacyjny. Porusza bardziej i chce się do niego wracać, żeby znowu to wszystko przeżyć. Do tego wątki osobiste z przeszłości, gdy młody reżyser sam jeszcze pracował w sklepie – chociaż zachował fakt, że miejscem akcji są Węgry.
Doceniam subtelne docenianie kobiecego piękna w jego filmach. Nie nazywam tego seksapilem ani erotyką, bo w jego filmach kobiety w jakiś niewinny sposób zaprezentują swoje ciało zupełnie nieświadome, że przykuwa to wzrok osób obok. I tworzy się z tego moment, kiedy film się zatrzymuje. Znowu: w kontekście tamtych czasów, kiedy tylko twarz kobiety przykuwała uwagę, on „pozwalał” sobie pokazać więcej. Z wdziękiem. Byłoby miło zobaczyć to jeszcze u innych twórców, ale cóż, Lubitsch był jedyny. Robił swoje i robił to dobrze. A potem umarł i został zastąpiony przez Ukraińca przy swoim ostatnim obrazie, który nie był tym szczególnie zainteresowany i wyszła klapa. Możliwe, że klapa pewnie i tak by była, a tym Ukraińcem był Otto Preminger (urodzonym, kiedy Ukraina należała do Austro-Węgier), który zastąpił Ernsta nie pierwszy raz. Potem nawet zrealizował film oparty o tę samą sztukę Oscara Wilde’a, co Lubitsch kilka dekad wcześniej. I tak kino żyło dalej…
(na pogrzebie Ernsta)
„No more Lubitsch.” – Billy Wilder
„Worse than that – no more Lubitsch films.” – William Wyler
Obecnie Ernst Lubitsch znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #88
Top
1. Sklep na rogu
2. Być albo nie być
3. Lalka
4. Cluny Brown
5. Heaven Can Wait
6. Ostrygowa księżniczka
7. Złote sidła
8. Dzika kotka
9. Nie chcę być mężczyzną
10. So This Is Paris
11. Parada miłości
12. Karuzela małżeńska
13. Wachlarz Lady Windermere
14. Ninoczka
Ważne daty
1892 – urodziny (Berlin)
1913 – debiut aktorski
1914 – debiut krótkometrażowy (zaginiony)
1920 – ostatni występ aktorski
1921 – pierwsza wycieczka do Hollywood; Amerykanie orientują się, że gadają z Niemcem i podróż staje się krótsza, niż przewidziano
1922 – przenosiny z Niemiec do Hollywood na stałe, po zrobieniu 40 Niemieckich filmów
1935 – drugie małżeństwo (rozwód w 1944), Ernst zostaje swoim własnym szefem w Paramount
1936 – zostaje obywatelem USA
1943 – pierwszy atak serca, mocno podupadł wtedy na zdrowiu
1946 – ostatni film Ernsta, który ukończy; później zacznie jeszcze jeden, ale zostanie rozwinięty i dokończony przez Otto Premingera (będzie najdroższy w karierze Ernsta i zaliczy klapę)
1947 – śmierć (atak serca, Kalifornia) i honorowy Oscar
Lalka („Die Puppe”, 1919)
Ernst Lubitsch, zanim został kupiony, by robić filmy dla USA, kręcił w Niemczech. Obok dramatów również to, z czego został potem słynny: komedii. Lalka miesza w sobie slapstick z romansem, z lekką domieszką popularnego wtedy motywu ekspresjonizmu, który wprowadził też pewne wątki rodem z science fiction. Baron von Chanterelle jest już stary, chce więc przypilnować, by jego ród był kontynuowany. W tym celu zmusza swojego potomka imieniem Lancelot do ożenku. Ten w te pędy ucieka do zakonu, goniony przez 40 dziewic (liczyłem). Z jednej strony mnisi zgadzają się go przygarnąć, z drugiej – lubią jeść i wypić, a Baron daje ogłoszenie do gazety, w którym oferuje Lancelotowi mnóstwo kasy, jeśli ten się ożeni. Lancelot jednak zaparcie odmawia poślubienia kobiety. Wtedy jeden z mnichów wpada na genialny pomysł: „Nie musisz żenić się z kobietą! Możesz poślubić lalkę!”
Pomysłowa fabuła, pomysłowa realizacja. Całość ma naprawdę unikatowy styl, którego z pewnością bym się nie spodziewał po komedii romantycznej – toż to czasy rycerzy i zamków, w których możliwe jest skonstruowanie robota perfekcyjnie imitującego zachowanie człowieka. A pomiędzy tą dekoracją ganiają się ludzie, działają sobie wzajemnie za plecami, nikt nie zna całej prawdy poza widzem, który ogląda komedię pomyłek… można się pośmiać. Mnie osobiście tylko pojedyncze momenty nie pasowały, które były zbyt głupie. Uzasadniając ocenę ciąg dalszy – fabuła nie była za dobrze rozplanowana, jest tu jeszcze jeden bardzo istotny zwrot fabularny, o którym jednak nie piszę, bo to by zdradzało ponad połowę filmu. Wstęp się ciągnie, rozwinięcie jest za krótkie, a zakończenie trwa tyle, ile trzeba. Większości postaci raczej nie zapamiętam, ale wszyscy byli jednak potrzebni w tej historii.
Grunt, że to, co najważniejsze – humor – działa dzisiaj niemal w 100%. I z tego powodu kiedyś wrócę do tego tytułu. Mam nadzieję, że więcej niż raz.
Dzika kotka (1921)
Jest całkiem sympatyczna, ale trochę nadużywa gościnności. To opowieść o dzikusce mieszkającej w górach, która zakochuje się w żołnierzu. Nie ma tu większej historii, a postaci są prawie że żadne (dlaczego się kochają? Dlaczego żołnierz jest tak kochany przez wszystkie kobiety? Nie wiadomo), ale można się naprawdę dobrze bawić przy oglądaniu. Humor jest prosty i bardzo rzadko działa poza obrębem danej sceny (najczęściej jest działanie + natychmiastowy efekt, a potem przechodzimy do kolejnego gagu). Nie żałuję spędzonego czasu i będę z całą pewnością ciepło wspominać.
Karuzela małżeńska ("Marriage Circle", 1924)
Losy dwóch małżeństw, które wciąż się kłócą, nie zgadzają, prowokują nawzajem – szukają. Teoretycznie standardowa podstawa pod komedię pomyłek, tylko jednak zbyt prawdziwa u samego fundamentu. Ci ludzie naprawdę ranią siebie nawzajem, kpią, nie traktują potrzeb drugiej strony na poważnie. Niekoniecznie mówię o tym jako minusie, taka tylko obserwacja. Więcej tu dramatu, za komedią naprawdę trzeba szukać. I jak na kino tak przesycone sentymentalizmem oraz naiwnością (oferowanie pocałunku z zamkniętymi oczami komuś, kto wchodzi do pokoju – to oczywiście ktoś inny, niż zakładano), to ta opowieść działa. Jest umowna, ale też pełna gorzkich emocji, opowiada o potrzebie miłości, bycia kochanym i kochaną.
Złote sidła ("Trouble in Paradise", 1932)
Gatunkowo, jest to komedia kryminalna, w której para złodziei planuje okraść wdowę z jej biżuterii i dobrać się do jej sejfu. A by mieć taką możliwość, próbują zdobyć jej zaufanie.
Polubiłem film za jego styl. Klasę, życzliwość, uprzejmość między postaciami. Stare czasy, stara szkoła, stare kino, humor, który przeminął. Pierwsza rozmowa między złodziejami, w której się zakochują między sobą, jest tak niesamowicie pozytywna i miła, że nie ma innego wyjścia: cieszyłem się i tyle. Szczere, naturalne i wystarczyło. Tylko dzięki poczuciu humoru ten film ogląda się z przyjemnością. Jest w tym sporo romantyzmu, bliskości postaci i patrzenia sobie w oczy… Urok starego kina. Z dzisiejszej perspektywy można tu dostrzec też nieco przemilczanego erotyzmu.
Z drugiej strony jest brak istotniejszej fabuły, a postaci i ich relacje między sobą guzik mnie obchodziły. Nie jest to zbyt istotne, chyba dopiero w końcówce gdy dokonują oni pewnego wyboru – wtedy dopiero zauważyłem, jak mało mnie to wszystko interesuje. Muszę też przyznać, że humor sam w sobie nie jest idealny. Nawet nie mogę napisać, że na sto procent trafi do każdego. Jest dziwny, jakby… hermetyczny. Wewnętrzny, żyjący tylko w tym filmie. Miałem świadomość, że w jakimś tam stopniu, z wielu żartów śmieję się… z grzeczności. Znacie to, prawda? Jest w tym filmie pewien procent tego.
Ja się cieszę, że jednak dobrze się bawiłem na tym filmie.
Być albo nie być ("To Be or Not to Be", 1942)
Być albo nie być, ty jesteś jak zdrowie, gdy Henryk, Król Duński, przyjedzie na krowie. Czy jakoś tak.
Warszawa pod okupacją. Z Londynu leci do polskiej stolicy „nasz człowiek„, który poza wykonaniem tajnej misji ma też przekazać kilka wiadomości prywatnych do rodzin osób, które nie zdążyły albo nie mogły opuścić kraju. Niestety okazuje się, że „nasz człowiek” taki „nasz” jednak nie jest, dlatego rusza za nim żołnierz, aby zapobiec nieszczęściu i przy okazji zdobyć rękę aktorki. We wszystko oczywiście wmieszają się ludzie z grupy teatralnej lubującej się w wystawianiu Szekspira.
Akcja filmu (nakręconego w 1942 roku!) zaczyna się w sierpniu 1939 roku. Oferuje znakomitą intrygę komediowo-kryminalną, za fundament traktując drugą wojnę światową. Wszystko jest więc nieco spłycone, ale często w uzasadniony sposób. Takie tortury nazistów są przedstawione pomiędzy dawnymi przyjaciółmi, którzy obecnie są po innych stronach, jeśli chodzi o poparcie Hitlera. Oparte są na groźbach – i pomimo brytyjskiej flegmy oraz komediowej nuty w dialogach wciąż można w tych insynuacjach wyczuć realne zagrożenie, oraz pokaz siły. Słowa nie są wtedy tylko słowami, ale autentycznym pokazem możliwości tego, co gestapo było w stanie zrobić z człowiekiem, jeśli tylko będzie mieć na to ochotę. Już pierwsza scena pokazuje metody manipulacji, kiedy Hitlerowiec przesłuchuje podstępem dziecko, wypytując o poglądy jego rodziców. Zagrożenie nigdy nie jest nazwane wprost, ale jeśli wiemy, co oglądamy, to widzimy też, że twórcy też to wiedzieli. Poruszali się oni wtedy jeszcze nieco po omacku, ale mimo wszystko udało im się pod płaszczem komedii opowiedzieć o dramacie wojennym – w konflikcie, który tak naprawdę dopiero miał się rozkręcić. Nie można więc oczekiwać faktów, jednak do tragedii odniesiono się z komediowym szacunkiem. Czułem wyraźnie, że twórcy chcą opowiedzieć o życiu osób będących pod okupacją – po prostu najlepiej by im to wyszło w formie komedii.
Intryga, historia, dialogi – to wszystko trzyma wysoki poziom, a humor? Jest wyborny! Pomiędzy slapstickiem i przerzucaniem się dwuznacznościami jest również w Być albo nie być mnóstwo żartów poważniejszych. Na samym początku, jeszcze zanim wybuchła wojna, grupa teatralna chciała wystawić w Warszawie sztukę o Hitlerze. W dniu premiery jednak odwołano produkcję, bo obawiano się urazić kanclerza z zachodu. Następna scena – Hitler zaatakował Polskę. I tyle z dbania o poprawność polityczną, ubaw po pachy i żart, który w ostatnich latach tylko nabrał kolejnych znaczeń. W późniejszej części filmu dowiadujemy się też, co ludzie robili, gdy Hitler kazał im skakać z lecącego samolotu. A skoro o Hitlerze piszę – gdy ten wchodzi do pomieszczenia, to wszyscy inni mówią: „Heil Hitler„. A wiecie, co mówi on sam?
Zaskakujące jest, że to tytuł tak mało znany w Polsce (praktycznie w ogóle), chociaż to jeden z nielicznych sprawiedliwie mówiący o sytuacji Polski. Kraj zaatakowany z zaskoczenia, walczący w podziemiu, nawet można tu i tam znaleźć odniesienie do „Polskich obozów śmierci” i śmiania się z tego, że ktoś w to wierzy. Wszystkie nazwy ulic, napisy na witrynach lub ścianach, to autentyczny polski język, nazwiska bohaterów są wymawiane w należyty sposób. Jedynie „Józef” to „Joseph„, a „Teatr Polski” jest traktowany w połowie jak nazwa własna z jakiegoś powodu („Theatre polski„). Nie można więcej wymagać po tytule z 1942 roku nakręconym przez Niemca, który uciekł do USA.
Bawiłem się naprawdę dobrze!
Niebiosa mogą poczekać ("Heaven Can Wait", 1943)
Starszy człowiek umiera i nie spodziewa się trafić do nieba. Trafia więc do lobby piekła, gdzie uprzejma istota tam się znajdująca zapytuje: jaki grzech popełniłeś? Wymienia ciężkie grzechy, ale żaden z nich nie jest odpowiedzią. W końcu bohater zaczyna opowiadać swoją historię, od samego początku – gdy był chłopcem i był przekonany, że po pocałunku będzie musiał się ożenić. Dowiedział się od opiekunki, że czasy się zmieniają i wtedy – koniec XIX wieku – już pocałunek nie musi prowadzić do małżeństwa. A to otworzyło przed nim szereg możliwości…
Styl filmu, ale przede wszystkim dialogi, maniera bohaterów, postaci jako takie: to wszystko jest tutaj takie grzeczne, czarujące, eleganckie. Humor niemal może umknąć, ponieważ dwuznaczności oraz niewypowiedziana treść są aż tak zręcznie niemal przemilczane raz za razem, opowiadając o relacjach damsko-męskich i nie tylko: w końcu nawet piekło nie jest nazwane tutaj piekłem, a do diabła – bo kto inny to miał być? – protagonista kieruje się słowami: „Wasza ekscelencjo”. Jest to historia człowieka, który nigdy do końca granicy nie przekroczył, ale ciągnęło go cały czas. I nie zawsze zrezygnował sam z siebie. I nigdy nie przestał. Ten film jest niejakim rozgrzeszeniem takiego stylu życia: nic się w końcu nie stało, prawda? Nie zdradził, nie zranił, były tylko myśli. I oto właśnie jest pytanie: czy myśli są aż takim grzechem, jak się uważało, gdy protagonista zaczynał swoje życie? I czy nadal nim jest, gdy umarł? A nawet jeśli: jest gotowy, by niebiosa na niego poczekały. I wszystko, co się z tym symbolicznie wiąże – mówimy w końcu o życiu po życiu, mającym być nagrodą. On jednak wybrał piękno kobiet na ziemi.
I tak sobie myślę: Ernst Lubitsch musiał coś widzieć z siebie samego w tej opowieści. Jego produkcje były przecież erotyczne nawet jak na dzisiejsze standardy. Dzisiaj wręcz ciężko sobie wyobrazić, by kobiety na ekranie były tak mocno seksualizowane, co w niektórych jego produkcjach. I pytanie właśnie: czy czuł się z tym źle? Czy potrzebował zrobić film, który go z tego rozgrzeszy? Albo chociaż da mu nadzieję, że poddawanie się kobiecemu pięknu nie jest aż takim przegięciem? Ot, taki moje podejrzenia. Do tej pory zakładałem, że Lubitsch musiał to robić ze spokojem ducha, najwyżej z bezczelnością, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, że mógłby się tego wstydzić, że to mogłaby być jego słabość.
Cluny Brown (1946)
Obraz uroczy i wypełniony „dotykiem Lubitscha” – niecodzienni ludzie mający niecodzienne interakcje, sama przyjemność w oglądaniu nawet pomimo skąpej fabuły czy wręcz braków pomysłów na rozwój fabularny. A w tle beka z młodych i zaangażowanych, tutaj Hitlerem rosnącym w siłę (czas akcji to 1938 rok), których omija życie, romans i inne przyjemności. To także obraz reakcji świata na to, co zaraz nadejdzie. Największa zaleta to jednak ten wspomniany dotyk – te wszystkie detale, które urozmaicają obraz. Najlepszy przykład to pierwsza praca Cluny jako gosposi: miała tylko wejść do środka, wystraszyć się gościa i uciec – do tego ta scena się sprowadza – a jednak dzieje się tam o wiele, wiele więcej. Kino Lubitscha to sama przyjemność.
Ostatni film w pełni zrealizowany przez Lubitscha. Przy następnym – najdroższym w jego karierze, prawie 2,5 miliona dolarów – pracował tylko parę dni, zanim zmarł. Pałeczkę przejął po nim Otto Preminger, który zrobił swoje bez zaangażowania, bo przewidywał klapę finansową. I tak zresztą się stało, zarobił tylko półtora miliona.
Najnowsze komentarze