Ernst Lubitsch

Ernst Lubitsch

25 lipca 2018 Opinie o filmach 0

There are a thousand ways to point a camera, but really only one.” – Ernst Lubirtsch

Lalka („Die Puppe”, 1919)

5/5

Ernst Lubitsch, zanim został kupiony, by robić filmy dla USA, kręcił w Niemczech. Obok dramatów również to, z czego został potem słynny: komedii. Lalka miesza w sobie slapstick z romansem, z lekką domieszką popularnego wtedy motywu ekspresjonizmu, który wprowadził też pewne wątki rodem z science fiction. Baron von Chanterelle jest już stary, chce więc przypilnować, by jego ród był kontynuowany. W tym celu zmusza swojego potomka imieniem Lancelot do ożenku. Ten w te pędy ucieka do zakonu, goniony przez 40 dziewic (liczyłem). Z jednej strony mnisi zgadzają się go przygarnąć, z drugiej – lubią jeść i wypić, a Baron daje ogłoszenie do gazety, w którym oferuje Lancelotowi mnóstwo kasy, jeśli ten się ożeni. Lancelot jednak zaparcie odmawia poślubienia kobiety. Wtedy jeden z mnichów wpada na genialny pomysł: „Nie musisz żenić się z kobietą! Możesz poślubić lalkę!”

Pomysłowa fabuła, pomysłowa realizacja. Całość ma naprawdę unikatowy styl, którego z pewnością bym się nie spodziewał po komedii romantycznej – toż to czasy rycerzy i zamków, w których możliwe jest skonstruowanie robota perfekcyjnie imitującego zachowanie człowieka. A pomiędzy tą dekoracją ganiają się ludzie, działają sobie wzajemnie za plecami, nikt nie zna całej prawdy poza widzem, który ogląda komedię pomyłek… można się pośmiać. Mnie osobiście tylko pojedyncze momenty nie pasowały, które były zbyt głupie. Uzasadniając ocenę ciąg dalszy – fabuła nie była za dobrze rozplanowana, jest tu jeszcze jeden bardzo istotny zwrot fabularny, o którym jednak nie piszę, bo to by zdradzało ponad połowę filmu. Wstęp się ciągnie, rozwinięcie jest za krótkie, a zakończenie trwa tyle, ile trzeba. Większości postaci raczej nie zapamiętam, ale wszyscy byli jednak potrzebni w tej historii.

Grunt, że to, co najważniejsze – humor – działa dzisiaj niemal w 100%. I z tego powodu kiedyś wrócę do tego tytułu. Mam nadzieję, że więcej niż raz.

Dzika kotka (1921)

4/5

jest całkiem sympatyczna, ale trochę nadużywa gościnności. To opowieść o dzikusce mieszkającej w górach, która zakochuje się w żołnierzu. Nie ma tu większej historii, a postaci są prawie że żadne (dlaczego się kochają? Dlaczego żołnierz jest tak kochany przez wszystkie kobiety? Nie wiadomo), ale można się naprawdę dobrze bawić przy oglądaniu. Humor jest prosty i bardzo rzadko działa poza obrębem danej sceny (najczęściej jest działanie + natychmiastowy efekt, a potem przechodzimy do kolejnego gagu). Nie żałuję spędzonego czasu i będę z całą pewnością ciepło wspominać.

 

Ernst Lubitsch

Obecnie Ernst Lubitsch znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #113

Top

1. Być albo nie być
2. Lalka
3. Ostrygowa księżniczka
4. Sklep na rogu
5. Złote sidła
6. Dzika kotka
7. Nie chcę być mężczyzną
8. Ninoczka

Ważne daty

1892 – urodziny (Berlin)

1913 – debiut aktorski

1914 – debiut krótkometrażowy (zaginiony)

1922 – pierwsze małżeństwo (rozwód w 1931)

1935 – drugie małżeństwo (rozwód w 1944), Ernst zostaje swoim własnym szefem w Paramount

1936 – zostaje obywatelem USA

1943 – pierwszy atak serca, mocno podupadł wtedy na zdrowiu

1946 – ostatni film Ernsta, który ukończy; później zacznie jeszcze jeden, ale zostanie rozwinięty i dokończony przez Otto Premingera (będzie najdroższy w karierze Ernsta i zaliczy klapę)

1947 – śmierć (atak serca, Kalifornia) i honorowy Oscar

Złote sidła ("Trouble in Paradise", 1932)

4/5

Gatunkowo, jest to komedia kryminalna, w której para złodziei planuje okraść wdowę z jej biżuterii i dobrać się do jej sejfu. A by mieć taką możliwość, próbują zdobyć jej zaufanie.

Polubiłem film za jego styl. Klasę, życzliwość, uprzejmość między postaciami. Stare czasy, stara szkoła, stare kino, humor, który przeminął. Pierwsza rozmowa między złodziejami, w której się zakochują między sobą, jest tak niesamowicie pozytywna i miła, że nie ma innego wyjścia: cieszyłem się i tyle. Szczere, naturalne i wystarczyło. Tylko dzięki poczuciu humoru ten film ogląda się z przyjemnością. Jest w tym sporo romantyzmu, bliskości postaci i patrzenia sobie w oczy… Urok starego kina. Z dzisiejszej perspektywy można tu dostrzec też nieco przemilczanego erotyzmu.

Z drugiej strony jest brak istotniejszej fabuły, a postaci i ich relacje między sobą guzik mnie obchodziły. Nie jest to zbyt istotne, chyba dopiero w końcówce gdy dokonują oni pewnego wyboru – wtedy dopiero zauważyłem, jak mało mnie to wszystko interesuje. Muszę też przyznać, że humor sam w sobie nie jest idealny. Nawet nie mogę napisać, że na sto procent trafi do każdego. Jest dziwny, jakby… hermetyczny. Wewnętrzny, żyjący tylko w tym filmie. Miałem świadomość, że w jakimś tam stopniu, z wielu żartów śmieję się… z grzeczności. Znacie to, prawda? Jest w tym filmie pewien procent tego.

Ja się cieszę, że jednak dobrze się bawiłem na tym filmie.

Być albo nie być ("To Be or Not to Be", 1942)

5/5

Być albo nie być, ty jesteś jak zdrowie, gdy Henryk, Król Duński, przyjedzie na krowie. Czy jakoś tak.

Warszawa pod okupacją. Z Londynu leci do polskiej stolicy „nasz człowiek„, który poza wykonaniem tajnej misji ma też przekazać kilka wiadomości prywatnych do rodzin osób, które nie zdążyły albo nie mogły opuścić kraju. Niestety okazuje się, że „nasz człowiek” taki „nasz” jednak nie jest, dlatego rusza za nim żołnierz, aby zapobiec nieszczęściu i przy okazji zdobyć rękę aktorki. We wszystko oczywiście wmieszają się ludzie z grupy teatralnej lubującej się w wystawianiu Szekspira.

Akcja filmu (nakręconego w 1942 roku!) zaczyna się w sierpniu 1939 roku. Oferuje znakomitą intrygę komediowo-kryminalną, za fundament traktując drugą wojnę światową. Wszystko jest więc nieco spłycone, ale często w uzasadniony sposób. Takie tortury nazistów są przedstawione pomiędzy dawnymi przyjaciółmi, którzy obecnie są po innych stronach, jeśli chodzi o poparcie Hitlera. Oparte są na groźbach – i pomimo brytyjskiej flegmy oraz komediowej nuty w dialogach wciąż można w tych insynuacjach wyczuć realne zagrożenie, oraz pokaz siły. Słowa nie są wtedy tylko słowami, ale autentycznym pokazem możliwości tego, co gestapo było w stanie zrobić z człowiekiem, jeśli tylko będzie mieć na to ochotę. Już pierwsza scena pokazuje metody manipulacji, kiedy Hitlerowiec przesłuchuje podstępem dziecko, wypytując o poglądy jego rodziców. Zagrożenie nigdy nie jest nazwane wprost, ale jeśli wiemy, co oglądamy, to widzimy też, że twórcy też to wiedzieli. Poruszali się oni wtedy jeszcze nieco po omacku, ale mimo wszystko udało im się pod płaszczem komedii opowiedzieć o dramacie wojennym – w konflikcie, który tak naprawdę dopiero miał się rozkręcić. Nie można więc oczekiwać faktów, jednak do tragedii odniesiono się z komediowym szacunkiem. Czułem wyraźnie, że twórcy chcą opowiedzieć o życiu osób będących pod okupacją – po prostu najlepiej by im to wyszło w formie komedii.

Intryga, historia, dialogi – to wszystko trzyma wysoki poziom, a humor? Jest wyborny! Pomiędzy slapstickiem i przerzucaniem się dwuznacznościami jest również w Być albo nie być mnóstwo żartów poważniejszych. Na samym początku, jeszcze zanim wybuchła wojna, grupa teatralna chciała wystawić w Warszawie sztukę o Hitlerze. W dniu premiery jednak odwołano produkcję, bo obawiano się urazić kanclerza z zachodu. Następna scena – Hitler zaatakował Polskę. I tyle z dbania o poprawność polityczną, ubaw po pachy i żart, który w ostatnich latach tylko nabrał kolejnych znaczeń. W późniejszej części filmu dowiadujemy się też, co ludzie robili, gdy Hitler kazał im skakać z lecącego samolotu. A skoro o Hitlerze piszę – gdy ten wchodzi do pomieszczenia, to wszyscy inni mówią: „Heil Hitler„. A wiecie, co mówi on sam?

Zaskakujące jest, że to tytuł tak mało znany w Polsce (praktycznie w ogóle), chociaż to jeden z nielicznych sprawiedliwie mówiący o sytuacji Polski. Kraj zaatakowany z zaskoczenia, walczący w podziemiu, nawet można tu i tam znaleźć odniesienie do „Polskich obozów śmierci” i śmiania się z tego, że ktoś w to wierzy. Wszystkie nazwy ulic, napisy na witrynach lub ścianach, to autentyczny polski język, nazwiska bohaterów są wymawiane w należyty sposób. Jedynie „Józef” to „Joseph„, a „Teatr Polski” jest traktowany w połowie jak nazwa własna z jakiegoś powodu („Theatre polski„). Nie można więcej wymagać po tytule z 1942 roku nakręconym przez Niemca, który uciekł do USA.

Bawiłem się naprawdę dobrze!

(na pogrzebie Ernsta)
No more Lubitsch.” – Billy Wilder
Worse than that – no more Lubitsch films.” – William Wyler