Ulubione filmy

Lista ma kolejność chronologiczną. Są tutaj filmy, które uważam za najlepsze w historii. Tutaj o każdej pozycji piszę krótko, ale jest szansa, że w innym miejscu na blogu piszę więcej.

Nie jest to kompletny ranking moich ulubionych filmów. Gdyby tak było, wtedy ta strona liczyłaby sobie jakieś 231 pozycji. Nie wszystkie jednak oglądałem chociaż raz w ciągu ostatnich 10 lat, dlatego nie mogłem zrobić kompletnego zestawienia. W takiej sytuacji odpuściłem w ogóle robienie rankingu, zamiast tego zrobiłem listę chronologiczną złożoną ze 170 tytułów. To oznacza więc, że na liście brakuje takich produkcji, jak: Dyktator, Bracia Marx na Dzikim Zachodzie, Wszyscy jesteśmy mordercami, Kuzyni, Lawrence z Arabii, Kobieta-diabeł, Ja gorę!, Wojna i pokój, Diner, Wymiar dialogu, Seksmisja, Bez końca, Idź i patrz, Na srebrnym globie, Creature Comforts, Równowaga, Wszyscy mają się dobrze, Pole, Funky Monks, Ścigany, Spaleni słońcem, Wrony, Morderstwo pierwszego stopnia, Korytarz, Porachunki, Człowiek z księżyca, Tytus Andronikus… A to tylko z XX wieku!

Roczniki bez reprezentanta – 26 (roku 1920 i wcześniejszych nie liczę): 1922, 1923, 1925, 1926, 1927, 1929, 1930, 1932, 1933, 1934, 1935, 1936, 1938, 1943, 1945, 1947, 1954, 1996, 2015, 2017, 2018, 2019 i 2023.

Roczniki bez reprezentanta – 1 (co jednak wystarczy poprawić powtórką, w nawiasie przykładowy tytuł do ponownego obejrzenia): 1940 (Dyktator)

Reżyserzy z największą ilością filmów na liście: Hayao Miyazaki (5 filmów) Charlie Chaplin, Andrzej Wajda, Woody Allen, Krzysztof Kieślowski (po 4 filmy)
Najpopularniejsze roczniki: 2007 (siedem filmów) 2000, 2005 (po sześć filmów) 
Najpopularniejsza dekada: 2000s (43 filmów) 1990s (32 filmów)

Ostatnia aktualizacja: listopad 2025

FURMAN ŚMIERCI ("Korkarlen", 1921)

Jedna z najlepszych historii, jakie zagościły na ekranach. Jest tu zarówno horror, jak i melodramat, rozczulające i szczere momenty pozwalają nam zapomnieć o tym, by widzieć w nich naiwność i prostotę. Z czasem fabuła przeobraża się w autentyczną tragedię, gdzie główny bohater dostępuje kary totalnej, za których grzechy dopuścił się za życia. Na szczęście czasy produkcji były inne i wtedy twórcy umieli jeszcze opowiadać z nadzieją w głosie.

TEN, KTÓREGO BIJĄ PO TWARZY ("He Who Gets Slapped", 1924)

Pierwszy film opowiadający o przemocy psychicznej, na dodatek w bardzo sugestywny sposób. Dobrze rozpisana historia, która nie marnuje czasu widza. Dodatkowe wątki idealnie łączą się w całość z porażającym zakończeniem, niezwykle skonstruowanym, pełnym napięcia, a co za tym idzie – cholernie wciągającym. Chciałem wiedzieć, jak to wszystko się rozwinie, jaki będzie finał. Nawet zostałem zaskoczony, tym jak wielki dramat zobaczyłem. Nie mieli dla mnie litości, bydlaki! Pozamiatał mną porządnie. Nie spodziewałem się tak dobrego i tak dojrzałego kina. To tylko 70 minut…

PORTIER Z HOTELU "ATLANTIC" (1924)

Przejmująca opowieść zaprezentowana wyłącznie przy pomocy obrazu i dwóch plansz tekstowych. Niebywałe osiągnięcie nawet dziś. To kino wymagające zrozumienia bohatera, jego poczucie własnej wartości, własnego życia, szczęścia na najbardziej esencjonalnym poziomie, ale też pozwalające mieć szkliste oczy przez cały seans. Piękna, osobista tragedia. Tak, wiem: dopisane zakończenie to kuriozum na skalę historyczną, ale mimo to film nadal zasługuje na miejsce na tej liście.

GORĄCZKA ZŁOTA ("Gold Rush", 1925)

Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to, czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Kilka kultowych gagów oraz wielkie serce, dzięki któremu ta opowieść tak dobrze działa w opowiadaniu o radzeniu sobie z przeciwnościami losu. Ważne jest zrozumienie tego, co ludzie przechodzą każdego dnia – i znalezienie w tym humoru, nawet na krótką chwilę.

CYRK (1928)

Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w „City Lights”, ale jednak to tutaj są one najlepsze. To jedna z najlepszych komedii, jakie w życiu widziałem. Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem – przez 70 minut, jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam tragedię. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie – ono zmienia wszystko. Jak to Chaplin powiedział: „Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka”.

ŚWIATŁA WIELKIEGO MIASTA ("City LIghts", 1931)

Komediowe złoto. Dobre uczynki pozostają niezauważone, pewni ludzi nigdy nie zmienią swojego podejścia po tym, jak już wyrobili sobie zdanie pierwszym wrażeniem. Wielki kryzys też da tu o sobie znać. A obok tego wszystkiego – kaskaderskie perełki, zbiorowe majstersztyki z udziałem kilku postaci poruszających się jednocześnie, Granie hymnu z włóczęgą nadzianym na miecz, starającym się zachowywać poważnie. Bójki w restauracji. Sprzątanie po słoniu. Pojedynek bokserski, jedna z najlepszych scen w historii… Takie momenty wyliczać można długo, a film trwa tylko półtorej godziny. Dobrze wykorzystany czas!

DZIEŃ NA WYŚCIGACH ("A Day at the Races", 1937)

Fabularnie to rutyna wg braci Marx, którzy mają umiejętność pisania żartów do każdej sekundy filmu. Co chwila wyskakują z czymś nowym, zaskakują oglądającego, a gdy na samym końcu fabuła będzie wymagać kolejnego przyspieszenia dla wielkiego finału, bracia zorganizują spektakularną burdę na stadionie. Czego chcieć więcej? Groucho bawi ciętymi ripostami i odwracaniem kota ogonem, Chico swoją powagą i zaangażowaniem, a Harpo umiejętnością gadania bez słów. Plus całość w klimacie kumpelskiego kina, troje bohaterów zaczynających się nawzajem coraz bardziej lubić i współpracować.

DYLIŻANS ("The Stagecoch", 1939)

Wspaniałości tego filmu nie da się tak po prostu streścić. Ona jest wielopoziomowa i dotyka każdego aspektu filmowego, jest zarówno wspaniałą przygodą jak i podręcznikiem twórcy filmowego, z którego trzeba czerpać wiedzę szczególnie dzisiaj. Wymowa filmu jest jednak tym aspektem najmniej jednoznacznym, ponieważ autorzy poruszają wiele tematów – niektóre w bardzo szybki sposób, więc nie mówią o nich konkretnie, tylko o czymś wyżej, o jakiejś sumie tego wszystkiego. I to jest film naprawdę otwarty na to, jak widz go odczyta – co też zależy, ile uwagi filmowi widz poświęci, ile razy go obejrzy. Konia z rzędu temu, kto słysząc finałowe słowa tego filmu będzie mieć natychmiastową reakcję na to, co usłyszy. W większości przypadków będzie to raczej klucz, z pomocą którego włączymy film jeszcze raz, próbując tutaj znaleźć coś więcej, czego nawet nie ośmieliliśmy się szukać za pierwszym.

BURZLIWE LATA DWUDZIESTE ("Roaring Twenties", 1939)

Ten film ma wszystko: doskonały pomysł wyjściowy (zakorzeniony głęboko w problematyce normalnych ludzi, w tym wypadku jest to powrót z Wielkiej Wojny i brutalna rzeczywistość pozbawiona godnego życia dla ludzi, którzy ledwo uniknęli śmierci na froncie), idealne przeplatanie wątków (postaci znikają z ekranu na 40 minut, by wrócić w trzecim akcie) oraz doskonałego głównego bohatera, który miesza się z przestępczością z konieczności, aby cokolwiek osiągnąć. Chociaż to antybohater, to jednak cały czas widzimy w nim przebijający się blask człowieczeństwa. Dojrzały, poważny i brutalny film. Piękne kino!

W WIGILIJNĄ NOC ("The Night Before Christmas", 1941)

Święta chyba nigdy nie były tak wizualnie zachwycające, co w tej produkcji. Ogień w kominku nigdy nie był tak ciepły, śnieg na zewnątrz tak mroźny, prezenty nigdy nie prezentowały się równie apetycznie a zabawa wokół choinki nigdy nie była równie zabawna. Magia świąt z pewnością tutaj działa i zmienia ludzi oraz świat wokół.

The Night Before Christmas

SOKÓŁ MALTAŃSKI (1941)

Formuła niezestarzała się pewnie ani trochę. Cyniczny bohater, który nikomu nie wierzy otoczony przez samych kłamców i manipulatorów, to się nie mogło znudzić. Nadal za każdym razem, gdy każe „gadać prawdę”, ja jestem zaskoczony. Przyparci do muru mówią co innego, i to też okazuje się kłamstwem. Prowadzą własną grę i nie ufają nikomu. A jednocześnie wszystko jest tu bardzo proste i szczere. Dopóki masz coś do zaoferowania, grasz dalej, ale potem – odejdziesz samotny. Tylko cynizm może cię uratować. Bardzo drapieżny i dynamiczny film, a zakończenie to mistrzostwo. Najlepiej oglądać na VHS!

OBYWATEL KANE ("Citizen Kane", 1941)

Doskonała fabuła o człowieku, jego wnętrzu, jego psychice i skomplikowanych przeżyciach. Rozkazuje spojrzeć na twarz bohatera i chcieć wiedzieć, kim on jest, i co znaczy to, co on robi. Obiecuje wiele, by na końcu słowa dotrzymać. Udziela wszelkich odpowiedzi, bez mówienia niczego wprost lub pozwalania sobie na „twórcze niedopowiedzenia”, za którym nie stoi żaden konkret. A z każdym kolejnym seansem przekonuję się, że ten film złożył jeszcze jedną obietnicę… To definicja kina i jeden jedyny film, który można obejrzeć i dać sobie spokój z kinem jako takim. Film przemawiający za całą dziedzinę sztuki.

KING’S ROW (1942)

Autentyczny fresk o ludzkości wchodzącej w XX wiek, o przyjaźni i poważnych zmianach, objawiających się przede wszystkim w postrzeganiu i rozumieniu podstawowych rzeczy, które nas otaczają. Opowiada przede wszystkim o czasach, kiedy do ludzkiej świadomości wchodziło pojęcie psychologii i problemów psychicznych. jednak w tych słowach zawiera się też coś więcej, spojrzenie na człowieka jako takiego, zrozumienie go, spisania jego bogatszej definicji. Ilość tematów podjętych w końcówce tej produkcji urywa łeb, a seans kończy się na gigantycznej nucie wzruszeń i optymizmu. Można się wtedy zapomnieć.

CASABLANCA (1942)

Gdzie druga wojna światowa i Marsylianka miesza się z gestapowskimi mundurami. Doskonały scenariusz i jedno z najlepszych połączeń przeróżnych wątków w jedną opowieść. Dialogi „Casablanki” to klasa sama w sobie. Klimat spajający melancholię, nostalgię, ciężkie czasy i słońce w jedno, na czarno-białej taśmie i zadaszonej scenografii. Plus historia kręcenia niemal równie ciekawa, co sam film. Cieszę się, że ten film istnieje.

ARSZENIK I STARE KORONKI ("Arsenic and Old Lace", 1944)

Potęgą tego obrazu jest to, że każda chwila, każdy ustęp w stronę innego gatunku, takiego jak dreszczowiec, kryminał, thriller, wszystko to podyktowane jest tylko jednemu: komedii. Nawet jeśli jakaś scena wygląda jak z horroru, to jednocześnie wciąż miałem 100% pewność, że reżyser chciał mnie tym ubawić do łez. Ten film ma tyle rzeczy, które uwielbiam: staroświecki dom na przedmieściach, czarno-białą jesień i szalone momenty, które traktuje się całkowicie poważnie. Olbrzymie tempo wydarzeń i różne „running joke”, jak te z narzeczoną, policjantem lub taksówkarzem. Plus wspaniały Cary Grant. CHAAARGE!

WIELKI SEN ("Big Sleep", 1946)

Noir na sterydach, podkręcony do granic gatunku. Jeden z najbardziej dynamicznych obrazów w historii – nadążanie za kolejnymi zwrotami akcji jest osiągnięciem samym w sobie. Bawiłem się rewelacyjnie, bo to taka produkcja, gdzie liczy się wiele rzeczy i intryga jest tylko jedną z nich. Wszystko, za co kochamy kino noir, jest tutaj podkręcone na maksa. Każde zdanie to cynizm i sarkazm, podlany męstwem i twardością. Każdy dialog jest dynamiczny, inteligentny, ludzie wchodzą sobie w słowo, dokańczają czyjąś wypowiedź. Każda nowa postać to jakieś elektryzujące, seksualne napięcie. Intryga za to oferuje milion zwrotów akcji, odkrywanie ciał i ich znikanie, licznych bohaterów, którzy równie gęsto umierają. Mamy to poczucie, że oto uczestniczymy w czymś wyjątkowo cwanym, że oglądamy szalenie inteligentnych bohaterów. To po prostu sprawia frajdę.

ZŁODZIEJE ROWERÓW (1948)

Definicja życiowego, naturalnego i realistycznego kina. Bez kombinowania i wymyślania, wzięto prosty pomysł z życia na konflikt i umiejętnie go przedstawiono tak, by na ekranie niósł te same emocje co w prawdziwym świecie. Smutny film, który nie miał na celu zdołować widza. Gorzka opowieść o tym, że zawsze jest coś, co jeszcze można stracić. Pieniądze, zdrowie, szacunek dziecka do twojej osoby. Los albo przypadek może postawić pierwszy krok, ale dalej podążać tą drogą tylko siebie samego może bohater winić. Tutaj twórcy nie chcieli, by widz się poddał.

POLE BITWY ("Battleground", 1949)

Kompania braci w postaci filmu. To nadal Hollywood, ale widzę tutaj zaskakująco dużo prawdy o byciu w wojsku, wśród tych ludzi, w tej organizacji, w tym trybie i rytmie. Przedstawiono tutaj jeden z ostatnich epizodów 2 wojny światowej (koniec 1944 roku), opisany w historii jako „Obrona Bastogne”, miasteczko w Belgii. Zostałem zaskoczony przez ten obraz, przez jego zdrowy rozsądek i podejście do tematu. Nie bierze się on za historię czy moralność, dostrzega wszystkie odcienie samego doświadczenia bycia tam, umie połączyć te wszystkie sprzeczne kwestie – jak żal ze śmierci połączony z heroicznymi dokonaniami żołnierzy, jakim było mordowanie ludzi w innym mundurze. Umie oddać sprawiedliwość prawdzie i zakładam, jakby ten seans, cztery lata po wojnie, był pierwszym razem, kiedy żołnierze po powrocie z frontu czuli się zrozumiani przez sztukę. I ta sztuka pozwoliła innym zrozumieć ich. Moralność zaczyna się dopiero po seansie – jak mogłeś tam być i robić te straszne rzeczy? Cóż… Właśnie tak.

BULWAR ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA (1950)

Dramat o kinie, które odeszło, a wraz z nim niemal wszystko. Istotna jest tu bezpośredniość i szerokie podejście do tematu, które właściwie je wyczerpuje. Bez litości wobec prawdy i rzeczywistości. I bardzo dobrze. Zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Coś jak najdoskonalsza krótkometrażówka, jaką kiedykolwiek oglądaliście, wiele emocji i historii zamknięte na tak małej ilości taśmy, że to wydaje się niemożliwe. Tak naprawdę to cały ładunek tego filmu skoncentrowano jeszcze raz, by przyłożyć widzowi ponownie.

CIEŃ CZŁOWIEKA ("The Browning Version", 1951)

Są filmy składające hołd idei nauczania: że nauczyciele inspirują, że poświęcają się, że odciskają piętno na życiu uczniów. Ten film idzie całkowicie odwrotnie: prezentuje osobę pracującą w zawodzie nauczyciela, która kompletnie zawiodła uczniów i zabiał w nich aspirację do nauki przedmiotu, który wykładał i teraz właśnie uświadamia sobie to wszystko naraz. I film daje mu szansę na odkupienie. Poruszające to kino. Widzi dużo w człowieku i buduje swoją narrację wokół pozwolenia nam, żebyśmy też to zobaczyli – oraz aby on sam też tego doświadczył. Daje mu sposoby, aby być sobą, być kimś więcej, stać się kimś lepszym. To trzeba zobaczyć i przeżyć samodzielnie.

cien czlowieka browning version 1951

UMBERTO D. (1952)

Umberto nie ma jak zapłacić czynszu. I to tyle. Jest już na tyle stary, że nie może pracować. Nie ma rodziny, jego jedynym towarzyszem jest piesek. Jedyną opcją jest dla niego wyprzedawanie niewielkiego majątku, jaki posiada – a potem? Żebranie? Opuszczenie swojego psa, oddanie go przypadkowej osobie na ulicy? Na koniec oglądający ma świadomość, ile takie rozstanie mogłoby znaczyć. I myśli sam z siebie o tym, jak to na starość życie tej postaci zaczęło się sprowadzać do sprzedawania tego, co nazbierał przez wcześniejsze lata. Aż do pojedynczej walizki. Łatwo zacząć się zastanawiać, czy w ogóle warto to robić?

DESZCZOWA PIOSENKA ("Singing in the Rain", 1952)

Produkcja, w której wszystko jest na właściwym miejscu. Żarty są przednie i świeże, historia to perełka i klasyk sam w sobie, z perfekcyjnym scenariuszem, który można chwalić za dialogi, zakończenie, dynamiczną akcję… praktycznie wszystko. Najważniejszy pozostaje temat. Jeśli się nad tym przypadkiem zastanowić to była to jedna z najtrudniejszych komedii do napisania, ale się udało. To produkcja, która świetnie odgrywa swoją rolę w postaci złożenia hołdu ludziom, którzy pracowali w tamtym okresie nad filmami, a nawet filmom w ogóle. Do takiego kina tęsknię.

ŚWIATŁA RAMPY ("Limelight", 1952)