Produkcje świąteczne

Poniższa lista nie jest rankingiem. Pierwsze cztery pozycje to moje ulubione produkcje świąteczne, ale pozostałe tytuły są raczej pogrupowane w dosyć przypadkowej kolejności. Dla przykładu, pod czterema gwiazdkami starałem się zebrać tytuły, które w większości są naprawdę dobre, ale dotykają świąt w niewielkim stopniu. Dlatego w takiej publikacji musiały być trochę niżej.

Lista będzie aktualizowana.

– Todd, special holiday episodes are always stupid. Cynical cash grabs by greedy corporations looking to squeeze a few extra Nielsen points out of sentimental claptrap for mush-breained idiots who’d rather spend their Christmas watching a fake family on TV then actually trying to have a conversation with their own dumb families.
– I like when people on TV hug each other.
BoJack Horseman Christmas Special

There’s nothing better than being in jail at Christmas. Guards let you party for twelve days straight. Got no fucking work chores or book readings or Christmas trees or giving gifts or fucking lights. Fuck all that bullshit. Let’s get fucked up.
The Trailer Park Boys Christmas Special

#1 "Abed's Uncontrollable Christmas" (Community, 2x11)

community poster

Ten serial miał cztery świąteczne odcinki i trzy z nich były całkiem miłe – pierwszy miał bitwę na sztuczny śnieg oraz przebieranie jednego bohatera za choinkę, trzeci kilka niezłych piosenek a czwarty piękny mastershot i Malcolma MacDowela przywiązanego do fotela. Warto na każdy z nich rzucić okiem.

Drugi jednak to mistrzostwo świata! W nim jeden z bohaterów wyrusza w podróż, aby poznać znaczenie świąt – i tego dokonuje. Ten krótki odcinek zawiera wszystko: szacunek do tradycji, nawiązania, magię, realizm, humor… Najważniejsze jednak, że to współczesna produkcja z wdziękiem klasyki. Twórcy nie wciskali kitu, nie próbowali widza nabrać, zamiast tego punktem wyjścia jest tu szczere przyznanie: mamy zbyt wielkie oczekiwania względem tego, co wydarzy się 24 grudnia. Potem tylko następuje szczery zawód. Nie ma tu udawania, a poszukiwania sensu w tym wszystkim są jak najbardziej prawdziwe. W pewnym momencie święta jawią się naprawdę jako coś negatywnego, co trzeba odpuścić. Z każdym seansem można tu odkryć jakiś smaczek, coś nowego. To bardzo zróżnicowany i bogaty epizod. Dziecięca wiara w wyjątkowość świąt ściera się z wchodzeniem w dorosłość i tym, że to po prostu kolejny dzień w roku. Pojedynek jest zażarty i uczciwy, a wynik… Piękny. Moja ulubiona produkcja świąteczna w historii. https://garretreza.pl/community/

#2 "The Night Before Christmas" (1941)

The Night Before Christmas

Od dziecka uwielbiam domy występujące w krótkich metrażach z Tomem i Jerrym, a że akcja jednego z nich ma miejsce w trakcie Wigilii, to nie mogę napisać inaczej: uwielbiam ten tytuł. Święta chyba nigdy nie były tak wizualnie zachwycające, co w tej produkcji. Ogień w kominku nigdy nie był tak ciepły, śnieg na zewnątrz tak mroźny, prezenty nigdy nie prezentowały się równie apetycznie a zabawa wokół choinki nigdy nie była równie zabawna. Magia świąt z pewnością tutaj działa i zmienia ludzi oraz świat wokół.

#3 "A Garfield Christmas" (1987)

Krótki metraż trwający 22 minuty, który mnie zaskoczył. Raz: tutejszy futrzak naprawdę przypomina tego, którego znam z kart komiksów. Dwa: filmik ten dostarcza sporej dawki rozrzewnienia i zadumy. W jakiś sposób te dwa elementy w ogóle się nie gryzą – i to największa zaleta tej produkcji.

Zawsze mi przeszkadzało niezrozumienie materiału źródłowego, jakim były komiksy Jima Davisa. Garfield nie jest głównym bohaterem w tradycyjny sposób, bo on rzadko robi cokolwiek. Najczęściej jest elementem tła, który powie trzy słowa w reakcji na coś, co robili inni. Dlatego nie działają seriale oraz filmy z nim w rolach tytułowych, podczas gdy w tej produkcji świątecznej uwaga skupia się na Jonie i jego rodzinie. To oni jedzą, grają na pianinie, wyczekują poranka – w skrócie, to oni spędzają święta. Garfield jest gdzieś z tyłu, gadając do samego siebie, jęcząc w swój sposób na wszystko. A ludzie nie zważają na niego i po prostu spędzają ze sobą czas. Nic więcej. Jest miło, zabawnie i ciepło.

W tym wszystkim jest tylko jeden wątek, który jest kwintesencją patrzenia na śnieg za oknem, albo siedzenia przy choince i wdychania jej zapachu. W związku z tymi scenami Garfield da pewnej osobie prezent. Słowa nie zdradzę więcej, ale z pewnością się wzruszycie. Piękny moment. Niczego więcej nie mógłbym sobie życzyć po takiej produkcji.

https://www.gocomics.com/garfield/1979/12/25

#4 "984 W. 124th Street, Apt. 5C" (The Jeffersons, 4x15)

Louise odkrywa, że jej mąż od lat wysyła pieniądze komuś. Oraz wysłał tam prezenty czy choinkę – spodziewa się najgorszego i postanawia to sprawdzić samodzielnie. Nie będę wam zdradzać, co tam zastanie, ale o to właśnie chodzi w sitcomach, odcinkach świątecznych i świętach. O dobro, o wiarę w dobro, o naiwne przekonanie, że dobro tworzy dobro, o walkę z cynizmem… W życiu bym się nie spodziewał, że popłaczę się przy Jeffersonach. Albo że odkryję coś o sobie przy tym serialu. Ten odcinek osiągnął obie te rzeczy. https://garretreza.pl/jeffersons/

Rodzice chrzestni z Tokio ("Tokyo Godfathers", 2003)

Troje bezdomnych znajduje na śmietniku niemowlę i po pewnym czasie decydują się odnaleźć jego matkę. Żeby ją opierdolić, wysłuchać jej wytłumaczenia, czemu to zrobiła, a potem – ewentualnie – zwrócić jej dziecko. To ogromna zaleta tej produkcji – nikt tutaj nie ma wyższości moralnej, nikt nie jest na świeczniku, aby patrzeć z góry na pozostałych. I są tego świadomi. Bohaterowie sami mówią o sobie, że są menelami. Ich historia jest taka, że wylądowanie na ulicy jest logicznym i sprawiedliwym ciągiem wydarzeń. Śmierdzą, piją, awanturują się – a w przeszłości zranili ukochanych, niszczyli komuś życie. Jest w nich jednak pewien pierwiastek honoru, który nie pozwala im na pomiatanie sobą i pozwalanie, aby obcy kopali ich na ulicy dla zabawy. Ten pierwiastek sprawia, że pomogą dziecku. Ten pierwiastek sprawia, że czujemy do nich empatię. Ten pierwiastek sprawia, że ta pozornie depresyjna historia o bezdomnych odnajdujących dziecko nie jest depresyjna. Jest melancholijna, rozrywkowa, momentami nawet zabawna, mroczna, smutna, tragiczna…

Ilość przypadków i zbiegów okoliczności urywa głowę. Twórcy poświęcili to w imię ciekawej opowieści, ale nie tylko. Każdy pochowa duchy swojego cierpienia… Chyba że to będzie niemożliwe, to przynajmniej stawi im czoła. Te zbiegi okoliczności nie są tylko atrakcyjną formą, ale celową konstrukcją mającą powiedzieć coś więcej. Każdego może jeszcze spotkać w życiu coś dobrego. Nawet jeśli na to nie zasłużył i pozornie zmarnował każdą okazję – kolejne święta są kolejną okazją…
https://garretreza.pl/satoshi-kon/

Święty Mikołaj to śmieć (1982)

Toć to Oscar z 1967 roku rozgrywający się w Wigilię! Bartosz Żurawiecki narzekał kilka lat temu na łamach „Filmu”, że nie ma czegoś takiego jako film anty-świąteczny. A jednak jest, tylko że znany najwidoczniej wyłącznie we Francji. Czego tu nie ma: Mikołaj pijak, uciekający przed policją, kradnący i żyjący na wysypisku śmieci. Żona nie chce z nim już żyć, więc zaczyna ją gonić. W innym miejscu dwoje ludzi prowadzi infolinię dla samotnych podczas Świąt. Nad nimi mieszka obcokrajowiec, który w kulminacyjnym momencie wejdzie na scenę z akordeonem. Na klatce winda działa, jak jej się podoba, co w połączeniu z nawiedzonym babskiem lubiącym dużo krzyczeć da popalić wszystkim mieszkańcom… Brakuje tylko transwestyty, nie uważacie? Gdy to wszystko połączy się w jedno, niezostanie kamień na kamieniu. Śmiałem się ze wszystkiego – z postaci, ze slapsticku, z przeklinania, z czarnego humoru, z krzyczenia na siebie, z absurdu, z robienia sobie krzywdy nawzajem… Pomysły sypią się aż do końca, aż do ostatniej linijki, co chwila byłem zaskakiwany i miałem mnóstwo powodów, by się śmiać.

Prezent pod choinkę ("A Christmas Story", 1983)

Piękny, świąteczny film, w którym każda scena jest przygodą. Dziecięcą, skromną, a my wczuwamy się w doświadczenia bohatera i razem z nim nerwowo kombinujemy, jak podpowiedzieć rodzicom, jaki prezent chcemy dostać, albo czujemy ekscytację, bo oto pierwszy raz pomagamy swojemu ojcu przy samochodzie. Ta produkcja z jednej strony oferuje tęsknotę do dawnych czasów, ale z drugiej pokazuje je bez oszukiwania w żadną ze stron. Dzieci kombinują, ale nie są złe. Rodzice szaleją, ale ich kochamy. Dorastamy i wyobrażamy sobie różne niestworzone rzeczy, ale wracamy potem do rzeczywistości. To skromny, zwyczajny film, w którym każda mała chwila jest wiarygodna, można się z nią utożsamić i dostrzec w niej coś pięknego i wyjątkowego. Jak rodzice ubierający nas w zbyt grube kurtki, czy daleka rodzina dająca nam w prezencie ohydne ubrania, których nigdy nie chcieliśmy zakładać, a rodzice stawali wtedy po naszej stronie. Plus piękna scena na samym końcu, która pokazuje prawdziwe znaczenie świąt: bezpieczne siedzenie w ciepłym domu, z ukochaną osobą przy boku, wśród kolorowych dekoracji rozświetlających mrok, gdy za oknem pada gęsty śnieg… Nic, tylko być szczęśliwym. Pracowaliśmy na to cały rok. Do zobaczenia za rok.

W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju ("Christmas Vacation", 1989)

christmas vacation
Święta to idealny moment, aby opowiedzieć o ludziach, którzy się starają, ale nic im nie wychodzi. Im więcej dają od siebie, tym większego kopa w dupę od losu dostają. Clark chce idealnych świąt: żeby dekoracje były bez zarzutu, żeby wszyscy byli szczęśliwi, żeby szef dał bonus (na który tak ciężko pracował przez cały rok). Nic jednak z tego nie wychodzi, rodzina jest zrzędliwa i gdy wydaje się, że gorzej być nie może, to życie nadal zaskakuje. Ten film to idealny list miłosny do ludzi, którzy dają z siebie wiele, ponoszą porażkę i dochodzą do wniosku, że byłoby lepiej, jakby przespali święta.
 
I przy tym to doskonała komedia, pełna niespodzianek i humoru. Od dosłownie pierwszej sceny widać, że jest to tytuł, którego dzisiaj już by się nie udało zrobić. Zwykła scena otwierająca, a twórcy wkładają w nią tyle pracy, jakby to miał być następny Mad Max. Polecam też zwrócić uwagę na to, jak szybko każdy żart się kończy. To sztuka dziś zapomniana. Ellen otwiera klapę od strychu, Clark spada na dół i koniec sceny. Widzimy tylko, jak ten drugi opuszcza strych, ale nie widzimy samego upadku. Nie widzimy, jak się podnoszą, przepraszają i rozchodzą w niezręcznej ciszy. Upadek i kończymy, następny gag. Dzisiaj Christmas Vacation trwałoby pewnie z 3 i pół godziny…

Cud na 34 ulicy ("Miracle on 34th Street", 1947)

Miracle on 34th Street
Ten film opowiada o wspaniałości wyobraźni. Młoda Natalie Wood wychowywana jest przez matkę, która ceni sobie mówienie prawdy, a tym samym dziewczynce obcy jest świat kłamstw, ale też wymyślania różnych rzeczy, a tym samym: wiary w Mikołaja. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy w supermarkecie zaczyna pracować człowiek podający się za Świętego Mikołaja. To dziwny film, którego głupotki fabularne są śmieszne, ale też nie mogę się powstrzymać przed zastanowieniem, czy to było celowe, czy też świadczy o nieudolnym prowadzeniu fabuły… Niemniej, to co ma działać – działa. Mikołaj jest pełen radości i najwyższą zapłatą dla niego jest uwierzyć w niego oraz jego w jego czyste serce, które chce jedynie dobra dzieci. Nie trzeba nawet wierzyć, że to faktycznie Mikołaj, ponieważ wszystko rozgrywa się tak, jakby to był człowiek chcący dobra na świecie. Nie wykorzystuje przy tym magii lub zakrzywiania czasu, po prostu jest aktywny i pełen dobroci. Dzięki niemu ludzie w każdym wieku zaczynają wierzyć, że świat wokół może być lepszym miejscem, że jest tu pole do bycia szczęśliwym, że marzenia się spełniają, że warto marzyć. Warto o tym pamiętać przez cały rok, ale szczególnie w Święta.
 
PS. Jest jeszcze remake z 1994 roku, który zamiast na wyobraźni bardziej koncentruje się na pogromie biznesmenów. Oryginał nie pochwala konsumpcjonizmu, ale jest na tyle przytomny, aby dostrzec, że nie każdy przedsiębiorca chce zarabiać kosztem konkurencji, a chęć zarobku nie musi oznaczać wciskania klientowi towaru na siłę, nawet jeśli tego nie potrzebuje, bo najważniejsze jest zarobić. Remake nie jest na tyle przytomny – ten ciebie obrazi, jeśli tylko kiedykolwiek chciałeś otrzymać zapłatę za swoją pracę. Powinieneś pracować za darmo, bo najważniejszy jest uśmiech bąbelka. 1/10 ode mnie.

"Christmas Cheers" - Cheers

cheers zdrowko 1982

Ten legendarny sitcom, którego akcja rozgrywa się w tytułowym barze ma tylko jeden odcinek świąteczny: Christmas Cheers (6×12). W trakcie Wigilii Rebbecca zmusza wszystkich do pracy. Na dodatek zapowiada się na to, że przyszykowała dla każdego prezenty, więc Sam musi również mieć coś dla niej.

Tak po prawdzie odcinek robi to, co jest wadą w przypadku innych produkcji, czyli nie adresuje świąt, a tylko umieszcza swoich bohaterów wokół świątecznych elementów. Za oknem prószy śnieg, bohaterowie wręczają sobie prezenty, o północy do baru wchodzi 20 Mikołajów i razem piją piwo, w telewizji leci To wspaniałe życie. Frasier gra na pianinie Deck The Halls… Nie ma w tym odcinku nic więcej, ale gdzieś w tym wszystkim uchwycono prawdę o współczesnych świętach wśród dorosłych ludzi. Chyba nawet nie mieli takich ambicji, ale po seansie nie tylko nabrałem ochoty na mandarynki, ale też zobaczyłem coś autentycznego i pięknego zarazem. Nikt tutaj nie oszukuje i nie próbuje przedstawić świąt jako coś więcej niż one są w rzeczywistości. To zwykły dzień, ale też zarazem wyjątkowy. Jest to tu uszanowane, ale nie jest rozdmuchane. Dzień jak co dzień, ale mamy wtedy przynajmniej jeden powód więcej, żeby się uśmiechnąć. Szczególnie, jeśli spędzamy go w barze, który stał się drugim domem dla tak wielu ludzi.

"Boże Narodzenie" (Joyeux Noël, 2005)

Joyeux Noel boze narodzenieJoyeux Noel boze narodzenie

Podczas I wojny światowej doszło do zawieszenia broni na ziemi niczyjej, pomiędzy oddziałami wojsk Francuskich, Niemieckich i Szkockich. Był to rok 1914, w nocy z 24 na 25 grudnia. Wszyscy wyszli z okopów, w większości bez wrogich zamiarów. Zaczęli się poznawać, śpiewali razem, spędzili razem czas, a nawet uczestniczyli w mszy odprawionej po łacinie.

Ten film to wyłącznie obietnica fabularna tego, co wydarzy się w środkowej części seansu. I zapewniam: nie zepsuli tego. Nie ma tu wielu słów, czuć napięcie i niepewność żołnierzy. Wiadomo co myślą – to zasadzka! – i jest to zrozumiałe. A mimo to do spotkania dochodzi, a wszystko niemal wyłącznie dzięki muzyce.

"Kevin sam w domu" (Home Alone, 1990)

kevin home alone
Byłem tam, 3000 lat temu, kiedy Polsat dopiero zaczynał budować tradycję Świąt z Kevinem. Wracałem do tej produkcji co roku, do powtórek też, raz nawet wypożyczyłem na kasecie w wakacje (no dobra, moja mama to zrobiła, ale ja poprosiłem!). Uwielbiałem Home Alone gdy byłem mały, uwielbiam i dziś. Wtedy za zainspirowanie mnie do samodzielnego robienia toalety po goleniu oraz robienia prania czy montowania dziwnych rzeczy na schodach. Dzisiaj lubię równie mocno pierwsze 2/3 filmu, kiedy to już nie boję się dziwnego pana ciągnącego po ulicy pojemnik z mumią. Ten tytuł ma wszystko: jeżdżenie po sankach we własnym domu, oglądanie filmów dla dorosłych pod nieobecność rodziców oraz wyzwanie, któremu udało się podołać. I jakby tego b