BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

What are you doing here, honey? You’re not even old enough to know how bad life gets
– Obviously, Doctor, you’ve never been a 13-year-old girl.
„Przekleństwa niewinności / The Virgin Suicides ” (1999)

OSTATNIO OGLĄDANE

5/5

Miraż ("Mirage", 1965)

powtórka | 9 czerwca

Lata temu pisałem, że zacząłem oglądać bez pierwszych kilku minut. Dziś mnie to bawi, ponieważ film dosłownie w taki sposób się zaczyna – i chociaż faktycznie wtedy pierwszych minut nie widziałem, to nawet oglądając od początku reżyser celowo wprowadza widza w poczucie zagubienia, jakbyśmy byli pośrodku robienia czegoś i nie pamiętali, co właściwie mieliśmy zaraz zrobić. W budynku brakuje prądu, jest wieczór, część ludzi idzie na imprezę, a główny bohater… Cóż, widać wyraźnie, że coś zachowuje dla siebie. Kobieta na schodach bierze go za kogoś, kim nie jest. Schodzi cztery piętra w dół, by później zdać sobie sprawę, że jest tylko jedno piętro podziemi. Jego miejsce pracy znika jakby nigdy go nie było, w mieszkaniu chłop z bronią palną „dobrze mu radzi” opuścić miasto. O co tu chodzi? Wydarzenia z teraźniejszości łączą się w głowie bohatera ze wspomnieniami. Niektóre nawet poznajemy, to zdania, które padły przed chwilą. Montażyście udało się złapać idealny rytm we wprowadzeniu takich śladów, wskazówek i motywów, których rozwiązania czekamy aż do końca seansu.
 
Seans jest gęsty, aktorzy idealnie oddają zagubienie jak i wątpliwości podczas podejmowania decyzji, czy wierzyć osobie twierdzącej, że tego wszystkiego doświadcza, czy jej pomóc. Nawet dzisiaj zaskakuje reakcja psychiatry, który wyrzuca bohatera za drzwi, bo ten „na pewno ma kłopoty prawne i teraz musi mieć papier na amnezję”. Czarno-białe zdjęcia, oniryczny rozwój wydarzeń, Nowy Jork. I właśnie mocne rozwiązanie, adresujące i atakujące powszechne obawy wśród ludzkości w tamtych latach. Naprawdę warto oglądać do końca, nawet jeśli film was nie chwyci.
 
Technicznie rzecz biorąc to jest film klasy B – budżetowy, trochę w kółko eksploatujący ten sam motyw, jak logika się nie zgadza to też nie szkodzi. Psychologia i psychoanalityka też jest potraktowana tutaj w dosyć popularnonaukowy sposób. Technicznie rzecz biorąc, to po prostu półtorej godziny solidnego thrillera pełnego zabiegów mącących w narracji, a dopiero końcówka umieszcza to wszystko w jakimś wyższym kontekście, jakim jest paranoja lat 60., lepiej eksplorowana w innych obrazach. „Miraż” pewnie jest jednym z wielu, który to w tamtym okresie robił i historia zapomniała o nim. Po co w końcu pamiętać, jak są „Twarze na sprzedaż” czy inne „Przeżyliśmy wojnę”. Ja jednak pamiętam o „Mirażu” – to zaskakujący obraz, który ogląda się do końca i chce się poznać odpowiedzi. Finał wprowadza do świadomości odbiorcy wiele trudnych zagadnień, jeśli ten już o nich nie słyszał wcześniej. Kryminał zamienia się w dramat, który zostaje z odbiorcą. I jego sztuczki działają przy kolejnym oglądaniu, więcej wymagać nie będę. Wciągający, intrygujący seans.
 
I w ten sposób, dzięki przypadkowemu seansowi na Ale Kino! wiele, wiele lat temu, Edward Dmytryk wszedł na moją listę reżyserów godnych uwagi.
5/5

Wielki wyścig ("The Great Race", 1965)

powtórka | 9 czerwca

Pojedynek dwóch ludzi, z czego jeden z nich wcale nie uczestniczy w nim – to ten drugi za wszelką cenę chce wygrać z pierwszym, pokonać go, upokorzyć, ośmieszyć, pokazać nad nim swoją przewagę. Pierwszy w zasadzie robi swoje dla przyjemności tego: dokona czegoś pozornie niemożliwego (i niebezpiecznego dla siebie), coś osiągnie, a teraz chce zbudować samochód zdolny do podróży z Nowego Jorku do Paryża. Parę dekad później Ewan McGregor z kolegą przejedzie podobny dystans na motorze, ale w tej komedii zrobią z tego wyścig. Wyścig, w którym liczy się tylko dwóch uczestników. Trzech, jeśli liczyć panią reporter, która chce wprowadzenia kobiet do dziennikarstwa, walczy w ten sposób o równouprawnienie. Cała ta trójka przez najbliższe prawie trzy godziny będzie zaliczać przygodę za przygodą.
 
Żałuję, że to w sumie nie jest w film na wzór „Mad Mad Mad World” i „Wyścigu szczurów”, ponieważ tutaj podróż trwa bardzo długo (raczej miesiące niż tygodnie), wyścig nie jest zbyt istotny i uczestnicy też nie bardzo, przynajmniej sami w sobie. To aktorzy dają im taką energię, że ich chce się dalej oglądać. Tony Curtis, Jack Lemmon, Natalie Wood i Peter Falk świetnie się uzupełniają, każdy jest zabawny na inny sposób, nie zabierają sobie miejsca, a ich losy są poprowadzone z maestrią – naprawdę chylę czoła przed faktem, że postać Tony’ego Curtisa nigdy nic nie robi Jackowi Lemmonowi, on całą krzywdę robi sobie sam, za każdym razem. Mnóstwo tutaj małych i wielkich sekwencji komediowych, jak bójka w barze czy bitwa na ciasta, które pewnie należą do kanonu humoru filmowego, ale z drugiej strony całość trwa te 160 minut i spokojnie każdy znajdzie tutaj coś, co by wyciął bez żalu. Chociażby początkowa sekwencja prezentacji bohaterów – jeden coś zrobi i drugi coś zrobi. I tak trzy razy. Każda z tych sekwencji jest niezwykła, ale jednak chciałoby się przejść już dalej. Wyścig zaczyna się w okolicy 25 minuty, a wcześniej w sumie niewiele się działo. Sami twórcy wręcz pozbywają się tytułowego motywu z filmu, gdy w drugiej części sednem historii jest intryga królewska. Finał jest już dosyć obojętny i brakuje mu pazura, czemu trudno się dziwić – po godzinie nagle znowu ma nas obchodzić wyścig, o którym twórcy sami zapomnieli.
 
Piszę o tym, ponieważ jeśli zależy wam na kolejnym „Wyścigu szczurów”, tutaj tego nie ma. Jeśli chcecie komedię – z tych bardziej absurdalnych, fizycznych, kreskówkowych i slapstickowych – wtedy „The Great Race” zasługuje na pochwały. Nie boi się pokazać swoich bohaterów przeżywających sytuacje niemożliwe i niebezpieczne (jak upadek z kilku kilometrów), nie boi się szalonych pomysłów, nie boi się spuścić smyczy z Jacka Lemmona, który jest głośny, śmieje się jak kretyn, jest czarnym charakterem… I wyłącznie bawi, chociaż mógł być denerwujący. Tak samo jak Natalie Wood mogłaby irytować jako feministka, która za nic nie bierze odpowiedzialności. Albo Tony Curtis, który ma jej dość, a i tak się w niej zakochuje. Albo Peter Falk, który jest niemal niewidoczny z tyłu i powinien przejść niezauważony przez cały film – ale każdy z nich dokonuje czegoś niemożliwego w tym filmie.
 
Ta komedia trwa jakieś 160 minut i jest w niej spokojnie z dwie godziny doskonałej zabawy.
5/5

Nienawiść ("La Haine", 1995)

powtórka | 9 czerwca | Mubi

Spike Lee w Europie. Niewiele się zmieniło we Francji pomiędzy tym i „Atheną” (2022).
 
Bezpośrednim popchnięciem do tworzenia tego filmu była śmierć imigranta z Zairu (dziś to Demokratyczne Republika Konga), który był przykuty do kaloryfera na posterunku policji. Wkurzał słownie policjantów i któryś z nich groził mu użyciem broni, jeśli się nie zamknie. Broń miała wypalić przez przypadek. Ogólnie jak się czyta o ówczesnym „klimacie” tamtych czasów we Francji, to się można poczuć jak podczas lektury o powstawaniu filmu Spike’a Lee („Do the Right Thing”). Były tam protesty, ludzie ginęli, w trakcie kręcenia filmu też coś się działo. I też ludzie ginęli. Im jest dedykowany ten obraz. „Nienawiść” to jeden dzień z życia ludzi ulicy w Paryżu, który ma ambicje większe niż tylko wierzchnia historia. Losy bohaterów to reprezentacja całego społeczeństwa, które znajduje się na skraju upadku… Tylko nie jest tym zainteresowane. Wręcz leci w dół, ale zanim nie uderzy o dno, to nie myśli o konsekwencjach. Podczas zamieszek policjant gubi broń i protagonista filmu ją znajduje, traktując jako swoją sekretną – dosłownie – broń. A będzie wiele okazji, by jej użyć, podczas licznych konfrontacji pełnych napięcia oraz nienawiści między jednymi i drugimi. A czasami wewnątrz nich.
 
Jak rzadko we francuskim kinie, tak „Nienawiść” jest pełna energii. Wiele scen zrealizowano na jedno ujęcie pełne ruchu, gdzie trzeba się dostosować na bieżąco do wydarzeń w kadrze – albo całość była aż tak po mistrzowsku wyreżyserowana. Mnóstwo osób na ekranie, ciągły motyw konfrontacji, postaci wymieniają zdania pełne nerwów, akcja faktycznie gna przed siebie. Wydaje się, jakby we Francji robili tylko jeden taki film na dekadę – i wkładali w niego tyle energii, ile w kilkanaście produkcji w innych krajach. „Nienawiść” oddaje swoje środowisko: jest głośna, nie pozwala się uspokoić, jest agresywna i waleczna.
 
Przewrotna wymowa filmu wpisuje ten obraz w nurt tych operujących szokiem, które chcą mocno przemówić do widza w taki sposób, którego by się nie spodziewał. Wiemy pewnie wszyscy od początku, że to będzie historia o tym, że „Nienawiść” jest fuj i generalnie powinniśmy się dogadywać. Ostatecznie jednak jest to historia, której nie zależy na morale. To prezentacja destabilizacji, w której wszystko, co złe, może się wydarzyć. I brak wskazówek, by temu zapobiec, jest tutaj wręcz złowieszcza. Pozostaje tylko czekać, aż dno będzie osiągnięte.
4/5

Harry Angel ("Angel Heart", 1987)

powtórka | 7 czerwca | Mubi

Okres po 2 wojnie światowej. Angel Heart to kryminał noir z wątkami okultystycznymi – Harry Angel jest wynajętym prywatnym detektywem, który do tej pory zajmował się drobniejszymi rzeczami. Teraz jednak dostaje zadanie odnalezienia kogoś, kto zniknął dawno temu. Poszukiwania będą oznaczać wplątanie się z intrygę, niebezpieczną dla wielu osób, oraz wejść na teren ludzi, których wierzenia będą drastycznie odmienne od tego, co czego pan Angel był przyzwyczajony. Broń palna, seks, kurczaki, składanie ofiar oraz ludzie, którzy oddali swoje życie siłom nieczystym.
 
Realizacyjnie jest to obraz wykonany standardowo nawet dziś – ujęcia ogólne, zbliżenia na twarz, na jedną i na drugą osobę w dialogach. Każda scena zrobiona dokładnie tak samo, bez większego pomysłu na cokolwiek. Głębię można zaobserwować chyba tylko w jednym ujęciu, gdy na pierwszym planie Denise z Cosby Show myje włosy, a na drugim planie protagonista wchodzi w kadr, uciekając przed kurczakami. Montażysta mógł się wykazać w zasadzie tylko podczas sceny erotycznej, która progresywnie staje się coraz bardziej mroczna i dynamiczna, brutalna, aż w końcu niemal satanistyczna. Psuje ją w zasadzie tylko fakt, że na poziomie historii to tylko kolejny moment z serii: „to był tylko sen” albo coś w tym stylu. Prowadzenie aktorów oraz inscenizacja scen często jest niezręczna, co dodaje element humorystyczny – w pamięci na pewno zapadnie jedna z ostatnich scen, gdy bohater przesłuchuje kogoś, trzymając własną głową w sedesie. Bo mu się zrobiło niedobrze, ale wykrzykuje pytania dalej, z innego pomieszczenia. A tamta osoba nie ma śladu ludzkiej reakcji na fakt, że jego rozmówca tak się zachowuje. To naprawdę ma miejsce w tym filmie. Ogólnie sporo jest tutaj drobiazgów, których ewidentnie nikt nie przemyślał, zaczynając na paznokciach Roberta De Niro, imieniu jego postaci (jeszcze tylko brakowało, by go nazwali Doktor Acula), kończąc na świecących oczach w finale.
 
Ja po prostu się śmiałem na tym filmie, będąc jednak świadomym jego dramatycznej oraz tragicznej fabuły. Było mi żal protagonisty, jak dowiaduje się o sobie kolejnych rzeczy, zwroty akcji w fabule wywierają mocny impakt na oglądającym, muzyka i atmosfera schodzenia coraz niżej w ten mroczny świat robi wrażenie – ale obok tego jest też nieprzewidziany, wręcz campowy humor. Nie został tam zawarty świadomie, to nie jest film łączący oba te nastroje w jedno. Tutaj jedno przeszkadza drugiemu. Nadal jasnym jest, czemu ten obraz został z widownią i pozostaje oglądany lata później. Seans jest nadal atrakcyjny, ale zapewne nie tylko ja bardziej będę polecać seans Drabiny Jakubowej. Pod kilkoma względami podobny obraz, tylko Drabina… wszystko robi dużo lepiej, bardziej i mocniej.
5/5

Walkower (1965)

powtórka | 7 czerwca | 35mm

Wszystko w tym filmie dzisiaj powinno być standardem.
 
Od dziś, jak będę mieć gorsze dni, to będę gotów wypierdolić 99% kina, które powstało po Walkowerze. Oglądam ten film dziś i oczom nie wierzę, że ten film wygląda, jak wygląda. Że kino może tak wyglądać. Najczęściej jestem wyrozumiały i w ogóle, ale tak naprawdę to każdego twórcę filmowego po ’65 roku powinno się brać za pysk i domagać się spowiedzi na kolanach, podczas której tłumaczy się, czemu jego obraz nie wygląda jak Walkower. O wykorzystanie przestrzeni, aktorów, pracę kamery oraz wolność w operowaniu poezją. I tłumaczeniu jej na język wizualny. Tarkowski i Angelopoluos jest pewnie nieosiągalny dla przeciętnego twórcy, ale to, co widzimy w Walkowerze, wymaga tylko pomysłowości. I odwagi. To powinien być po prostu standard dzisiaj. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby dziś akceptować jako widz cokolwiek mniej ambitnego.
 
Drugi raz biorę się za trylogię Skolimowskiego i znowu oglądam w złej kolejności. Wtedy zacząłem od końca, dziś od środka – a wszystkie trzy filmy, każdy niewiele ponad godzinę trwa, zawiera tego samego bohatera, opowiada spójną skądinąd fabułę i podejmuje tematy jako całość, więc w jednym filmie je wspomina, by w kolejnym rozwijać. I na odwrót. Symbole mogą być rozumiane zapewne tylko w kontekście całości. Tak czy siak – Walkower, czyli historia studenta, który oblał egzamin, jutro ma 30 urodziny, ale jeszcze nie może zaakceptować, że tak wygląda jego życie. Nie zamierza oddać go walkowerem, więc wierzy, że póki walczy, to żyje. A walczy dosłownie, bo zapisuje się do turnieju dla początkujących. W ramach tego turnieju stanie przed wyzwaniem, przed którym łatwiej będzie mu uciec.
 
Piszę chyba sporo z głównego wątku, ale mógłbym napisać więcej, a i tak dla widza to byłaby niespodzianka, ponieważ całość ma taką konstrukcję, że to się da oglądać i odkrywać przy następnych seansach. Fabuła jest o tyle istotna, że wyraża najważniejszy – tytułowy – motyw całości, czyli młody człowiek goniący za młodością, kiedy stawia czoła barierze w postaci 30 urodzin. Trzeba wtedy wspomnieć, że bohater ma bogate doświadczenie w walkach, ale zapisuje się do zabawy dla nowicjuszy i panikuje, kiedy spotyka kogoś równie doświadczonego, kto może faktycznie mu sprawić trudność. O bólu nie mówiąc. A i tak kombinuje, kiedy ma słabszego przeciwnika, oszukując go, że jest inżynierem. Teraz przeciwnik obawia się kogoś tak wysokiego uszkodzić, obić. Wygrana w kieszeni. Pozornie więc zdradzam bardzo dużo, ale to tylko wierzchnia warstwa, bo teraz musimy sobie zadać pytanie: czemu bohater tak desperacko chce wygrać? Jakie są jego motywacje? Teraz stają się istotne wszystkie inne detale w tym filmie, wszystkie poboczne motywy rozgrywające się w tle. Tak samo jak komentarz wobec statusu inżyniera.
 
Całość trwa ledwo 70 minut, gna dosłownie jak i filmowo. Miejscami można wręcz żartować, że film był na prędkości organizowany, więc reżyser był zmuszony kilka planów zdjęciowych stawiać jednocześnie, więc jak kończył jedną scenę, to biegł do następnej. Krótki czas trwania, ale spokojnie przez 5-10 minut oglądamy, jak bohater idzie przed siebie w ciszy, gdzieś biegnie. Spotyka na swojej drodze różnych ludzi, mówiących dziwne rzeczy, dziwnie się zachowują, myślą o dziwnych rzeczach. O tym kraju, o współczesności, o stawianiu czoła życiu, o całym mnóstwie rzeczy. W swój własny sposób. I przemawia do mnie, po tych wszystkich latach. Tak jak byłem nastolatkiem, tak jak teraz, gdy już przekroczyłem 30 lat. Ta opowieść o zagubieniu w pośpiechu za czymś nieuchwytnym jest ponadczasowa.
 
Highlight: ujęcie z upadającym krzyżem i wspinaczka po schodach za kobietą. Na jednym ujęciu.
5/5

Pamięć absolutna ("Total Recall", 1990)

powtórka | 7 czerwca | Mubi

Przeminęło z wiatrem” na Marsie. I dla mężczyzn. I dla kobiet.
 
Protagonistą jest prosty robotnik fizyczny, który marzy o podróży na Marsa pomimo trwających tam buntów miejscowej ludności, więc jest szczególnie niebezpiecznie. Żona nie jest skłonna ku temu, więc bohater decyduje się skorzystać z oferty firmy, która implementuje wspomnienia z wakacji do mózgu. Problem w tym, że wtedy coś idzie nie tak. Teraz jego życie jest zagrożone… Chyba że to tylko część owej symulacji?
 
Bogactwo tego filmu naprawdę przytłacza. Zarówno tematyczne, fabularne, scen akcji jak i prezentacji świata. I to wszystko aż do samego końca. Od początku jesteśmy atakowani korzyściami płynącymi z implementowania wspomnień w głowie: oszczędność czasu, pieniędzy, a gdy masz dzieci albo inne utrudnienia przy organizacji wyjazdu, wszystko wydaje się oczywiste: lepiej na parę godzin usiąść w maszynie, niż jechać gdzieś faktycznie. Przecież ten wyjazd i tak nie będzie tak fajny, jak to sobie wymarzyliśmy: pogoda będzie zła, ktoś się rozchoruje, ktoś strzeli focha, samochód się zepsuje, sąsiad w pokoju obok będzie wredny… Taka maszyna da więcej od rzeczywistości. To jest atrakcyjna wizja na samym początku, ale refleksja później przychodzi sama. To może zresztą być najmocniejsza strona tego obrazu – szanuje on swojego widza. I ten szacunek zaczyna się od świadomości, że nie ma nic uwłaczającego w daniu odbiorcy kina akcji z walką, spluwami, przemocą, erotyką i czarnym humorem. Ów szacunek jest kontynuowany poprzez pozwolenie odbiorcy na samodzielne dochodzenie do własnych wniosków. I w końcu – na dawanie satysfakcjonującej, chociaż niejednoznacznej, rozrywki.
 
Mamy więc tutaj fantastykę nad istotnością rzeczywistości w kontraście do jej kreacji, czy człowieka tworzą wspomnienia, czy możemy przejąć władzę nad czyimś ciałem (jeśli jego wspomnienia były tam najpierw), o opresji rządu, o lobbingu, o ekologii, o prawach człowieka. Do tego ta kreacja świata przyszłości, z twarzami na ekranie podczas rozmowy, z hologramami, smart-domami, widokiem z okna będącym częścią symulacji, taksówkami kierowanymi przez roboty, łamaniem praw człowieka, mutacjami wynikającymi z życia na innej planecie, buncie, powstaniem, rewolucją… I na koniec wszystko może być tylko komentarzem odnośnie marzeń. I jak ponura jest myśl, że gdyby wszystko było tylko snem, a nie czymś realnym, to całość jednak wiele by straciła na wartości. Chociaż to tak czy siak jest przecież film.
 
Film jednak robi się naprawdę dobry w trzecim akcie, przynajmniej dla mnie. Od sceny ucieczki, kiedy miejscowi pomagają w ucieczce bez pytań i zastanowienia, bo zastanowienie było dawno temu. Teraz każdy tylko robi swoje, jeśli może. I zapewne doskonale wie, że przypłaci to śmiercią albo inną krzywdą fizyczną. Coś jest w tej scenie, co jednak doskonale reprezentuje ducha każdego podziemia. Osobiście czuję tutaj nawet godną reprezentację tego, co Polacy musieli robić w konspiracji podczas 2 wojny światowej. Historie, które słyszałem z tamtych czasów, ich duch jest w tych scenach. Wtedy Pamięć absolutna zaczyna być naprawdę wspaniała, staje się przejmującą historią o buncie, powstaniu, zmianach, poświęceniu… Bohaterowie ryzykują życie, giną i wygrywają w ostatniej chwili.
 
Nie mam niestety żadnego uzasadnienia dla deus ex machiny w postaci technologii kosmitów, która w ciągu minut zmienia atmosferę planety. Że to wszystko działa, a oczy Arnolda po wyjściu z orbit wracają na miejsce. Dla kilku innych problematycznych rzeczy, które mają wtedy miejsce – jak to, że ręka Arnolda aktywuje całą maszynę**. Albo kiepski one-liner po zabiciu w windzie. Serio, nic w stylu: „Thanks for a hand”? Chwilę wcześniej zabiłeś typa wiertarką, krzycząc: „Screw you!”. Cholera, cały film ma w zasadzie same wspaniałe teksty, tylko na samym końcu, po zabiciu w sumie głównego antagonisty…
 
Mogę napisać tylko jedno: to przypadek, kiedy dla części z was mocne strony mogą przysłonić słabsze. A samo zakończenie, gdy atmosfera się zmienia, mutanci wstają i wychodzą na ulicę… Ten film ma faktyczny, mocarny punkt kulminacyjny, gdy losy wszystkich wątków i postaci zależą od najbliższych sekund, od przedramion Arnolda dokonującego niemożliwego wysiłku, żeby wszystkich uratować. Całość ma siłę scen zamykających czterogodzinną opowieść pełną miłości stulecia, wojen, zmian narodowych. Nie ma przez długą chwilę żadnych słów, tylko twarze i plenery, widoki, atmosfera. I ta lekka obawa, że zaraz to zepsują słowami, ale nie! Bohaterowie mają nadzieję, że to nie był sen, karmiąc i podtrzymując tym samym wersję wszystkiego w tym filmie będącego snem, fantazją zwykłego chłopa o zostaniu bohaterem. Albo kto wie, może gdy na początku widzieliśmy jego sen, gdy umiera na Marsie – może tak naprawdę to właśnie była rzeczywistość, a cała reszta filmu to jego fantazja tuż przed śmiercią…
 
Można różnie patrzeć na ten film. W większości – w bardzo korzystnym świetle.
 
*a było 3/10. Oglądałem raz za dzieciaka, pamiętałem trzy piersi oraz wsadzanie ręki w ślad dłoni. I że leciał na Polsacie.
**jak się okazuje, jest to pozostałością pierwotnego zamysłu na finał, gdzie miało się okazać, że Arnold jest potomkiem Kosmitów. Tam miał być jego odcisk ręki, a nie jakiś czteropalczasty odcisk istoty pozaziemskiej.
5/5

Przekleństwa niewinności ("The Virgin Suicides", 1999)

7 czerwca | Mubi

„- What are you doing here, honey? You’re not even old enough to know how bad life gets; – Obviously, Doctor, you’ve never been a 13-year-old girl.
 
To jeden z filmów, które pewnie wypada zobaczyć dwa razy. Naprawdę nie wiem, czy w recenzji tego tytułu krytyk powinien pisać, że na końcu nie dostajemy żadnej odpowiedzi. Czy też raczej postaci ich nie dostają, widz może będzie mieć szansę. Na szczęście ja nie krytyk, ani recenzji teraz nie skrobię, więc napiszę, że to kontynuator takiego choćby Pikniku…, gdzie rozwiązanie zagadki nie jest sednem historii. To nie kryminał, to raczej uświadomienie o tym, jak niewiele wiemy lub poznać możemy o drugim człowieku. To kontynuator Obywatela Kane’a w tym sensie, chociaż bohaterów poznajemy osobiście i jesteśmy z nimi poprzez pryzmat własnej obserwacji. Jesteśmy z nimi, gdy są same, oraz poprzez pryzmat innych. Całość nadal jest wspomnieniem, zagadką i tajemnicą, która została na resztę życia z tymi, którzy byli obok tych wydarzeń, więc pewnie tak czy inaczej oglądamy czyjeś wyobrażenie tego wszystkiego. Kolejne seanse pewnie będą nas oddalać od poznania prawdy, ale nie o prawdę tutaj chodzi, ale o zrozumienie, że wiemy mniej, niż się nam wydaje.
 
Twórcy udaje się rzecz niezwykła: opowiada z tych wszystkich wydarzeniach bez jednoczesnego narzucania odbiorcy czegokolwiek. A z całą pewnością nie odrzuca pretensjonalności nastolatków, nie daje im prawa lub racji do samobójstwa, nie oskarża rodziców ani osób postronnych. Nie mówi, że trzeba współczuć albo żałować tych dziewczyn – przynajmniej nie bardziej niż w przypadku każdego innego zgonu. Stoi z boku, niemal zostając na chodniku i widząc tylko to, co widać stamtąd. Nigdy jeszcze nie czułem tak bardzo, jakim ciężarem dla mieszkańców takiego miejsca może być właśnie wyjście z domu. I spojrzenie na innych, nawet jeśli ich tam nie ma. Wytrzymanie ich spojrzenia. My się też patrzymy. Młode bohaterki wydają się pochodzić niemal z innego świata, być gośćmi w naszym, być dziełem fantazji, czymś nierealnym – ale nie w sensie „zbyt pięknym na ten świat”. To historia o tym, że po stracie siostry można się śmiać. Po stracie dzieci wyprowadzić. A po tragedii – o wszystkim zapomnieć.
 
Ten obraz został ze mną i dzień później stwierdzam, że mam ochotę – czy może potrzebę – zobaczyć go drugi raz. Teraz gdy wiem, że nie dostanę odpowiedzi.
 
PS. To w sumie taka adaptacja Trumana Capote z twistem. Akurat czytam Z zimną krwią, skojarzenia mam cały czas. U mnie w bibliotece nie ma tej książki, ale jest inna tego samego autora. Może będzie dobra?
Jean-Luc Godard
1/5

Alphaville (1965)

powtórka | 7 czerwca | Mubi

Szkoda, że Godard nie żyje. Madame Webb byłoby jego ulubionym filmem.
 
W pierwszej scenie dziennikarz/szpieg melduje się w hotelu. Każdy chce mu pomóc z bagażem, ale ten nie pozwala. W pokoju baba obca zaczyna mu się rozbierać, już chce seks. Za babą jest jakiś zbir, który atakuje dziennikarza, chce go zabić. Ganiają się po pokoju, jakby byli aktywni fizycznie pierwszy raz w tej dekadzie. Wszystko zrealizowane jest koszmarnie, sam zamysł jest absurdalny. Z off-u leci głos, jakby ktoś bekał alfabet od tyłu i z takich dźwięków zmontowali wypowiedzi (w rzeczywistości chłop miał nowotwór krtani). Tego nie da się oglądać. To wyraźna parodia Bonda czy filmów mu podobnych, ale nie uzasadnia to ogólnej tępoty tego, co oglądam. Nic tu nie ma sensu samo w sobie, to tylko bezsensowna naśmiewanie się z tego, co reżyser zobaczył dzień wcześniej w telewizji. Albo nawet tylko usłyszał, że to istnieje. Film mnie stracił w ciągu pierwszych minut i byłem już zmęczony na tyle, że wszystko później było mi obojętne. Pozostaje mi tylko smutny wniosek, że żeby lubić filmy Godarda, trzeba też lubić współczesne filmy pokroju Madame Webb, o której pewnie nikt nie będzie pamiętać, gdy za rok przeczytacie co tu napisałem. To są te same błędy filmowe, to jest to samo wykonanie. Żadna z postaci w Alphaville nie używa któregokolwiek ze swoich podstawowych zmysłów, sceny akcji są absurdalne, porywanie samochodu jest niedorzeczne. Zresztą wsiada do tyłu, a jak przyjeżdżają do celu, to wysiada z przodu – to jest ten poziom! Wchodzi cichaczem do tajnej placówki, żeby się ukrywać, a potem robi zdjęcia z flaszem i jak mu zwracają uwagę, to ten się boczy i na tym koniec. Nawet zaczynają go oprowadzać.
 
Najbardziej mnie tutaj interesuje co w sumie parodiuje Godard, do czego się odnosi? Wydaje się, jakby nawiązywał do tytułów, które dopiero powstaną, więc najwyraźniej śmieje się z czegoś, co zostało kompletnie zapomniane. Wiem, że pod spodem jest… No, coś na pewno. Wręcz kojarzy mi się to z Hymnem Ayn Rand (w finale nawet bohaterka odkrywa słowa „Ja” podobnie do bohaterów Hymnu), ale twórcy zrobili wszystko, żebym nie był tym nawet odrobinę zainteresowany. Wszelkie ambicje i możliwości zostały zabite przez twórcę.
3/5

Piękna praca ("Beau travail", 1999)

7 czerwca | Mubi

Zbiór ujęć bez większej refleksji, przestrzeń do wypełnienia przez widza.
 
Zbiór ujęć, podczas których ludzie się ruszają, na co nałożono narrację z off-u. Czułem podczas seansu tylko tyle, że autorzy podglądali takie momenty, widzieli je na własne oczy, więc je odtworzyli bez zastanowienia. Może nawet zrobili to celowo, żeby czegoś nie odbierać widzom, ewentualnie nie narzucać im swojej własnej interpretacji widoku żołnierzy mających nudne życie wypełnione rutyną. Chyba nawet widz miał nie zauważyć, że jest tutaj wątek homoseksualny. Nie znalazłem tutaj nic interesującego poza teorią, że ten film jest zapowiedzią serii „Dark Souls” (Praise The Sun), a pani reżyser jest podróżnikiem w czasie.
 
PS. Ja wiem, że jak się ma w obsadzie Denisa Lavanta, to trzeba mieć scenę z nim, jak tańczy, ale trzeba już szorować po dnie, żeby dać tę scenę na napisy końcowe. Fizycznie czułem wstyd, jak to zobaczyłem. Mam nadzieję, że Sam Rockwell nie będzie nigdy zmuszony do pracy z panią Denis.
0/5

Ostatnio przeczytane:

7 czerwca

Fałszerze – André Gide (1925) 3/5
 
Ludźmi rządzą namiętności, lecz nie idee
Twoi biedni czytelnicy poumierają z nudów!
 
Czuć, że to książka sprzed stu lat. Czuć, że to książka francuska. I dzisiaj jest wyzwaniem dostrzegać jej wartość – i zadowalać się nią – pomimo stylu oraz kunsztu pisarza. Chodzi mi o to, że autor ma coś do powiedzenia i to mówi bez większego przełożenia na fabułę, bohaterów, narrację. Postaci potrafią mówić i mówić, bo to się czyta, a nie jak w rzeczywistości, że trzeba by było tego słuchać z uwagą, a następnie jeszcze coś odpowiedzieć. W książce nie trzeba nawet odpowiadać, postaci lecą solówka za solówką. Czuć, że każda postać to w sumie sam autor. Dzisiaj to jest amatorka, ale wtedy ludzie dopiero uczyli się pisać, więc no, uznajmy to za sztukę. Grunt, że da się czytać i faktycznie jest tutaj jakaś wartość – bękart decyduje się opuścić dom rodzinny i żyć na swoim, godząc się z faktem, że nie ma rodziny. Kobieta ma zamiar urodzić bękarta. I jakieś inne dramaty, już nie pamiętam.
 
W zasadzie ta lektura klika około 150 strony, gdy jedna z postaci wyznaje przed inną, że pisze właśnie „Fałszerzy” i nie wie, o czym będzie. Chce to odkryć podczas pisania, bo wyznaje różne teorie pisarskie, chce uchwycić realizm i świat jakim jest – i tak dalej, i tym podobne, i te pe. Więc ludzie gadają bez celu, gadają, czasami powiedzą coś istotnego, często nic nie powiedzą. Całość nie składa się za bardzo na nic szczególnego – chociaż może się składa, na tym etapie było mi to od dawna obojętne. Czytałem jak obiekt muzealny, doświadczając literatury z tamtego okresu i ówczesnych przekonań artystycznych czy filozoficznych. Ciekawostka o religii, religijności, życiu w społeczeństwie i majętnych ludziach próbujących znaleźć sobie coś do roboty.
 
Od autora, który napisał bardzo dużo książek. Wręcz robił to od ręki.
Stanley Kubrick
4/5

Spartakus (1960)

powtórka | 7 czerwca | SkyShowTime

Po seansie byłem gotów napisać, że oficjalnie przestaję uznawać to za jeden z filmów Kubricka. Dopiero po seansie człowiek czyta, że Kubrick nakręcił faktycznie cały film (z wyjątkiem jednej sekwencji). I to dosłownie trzymał kamerę, bo oryginalny operator nie przyjmował rozkazów i poszedł sobie – a następnie dostał za to Oscara, w sensie za zdjęcia do „Spatakusa” zrealizowane przez Kubricka. I ogólnie film był chaotycznym doświadczeniem w kręceniu, jednak scenariusz zawiera w sobie wiele historycznej prawdy (albo przynajmniej zawierał ją na jakimś etapie, niekoniecznie w finałowym rezultacie) oraz pod spodem było coś więcej… Ale o tym później.
 
Film w każdym razie jest typowym obrazem epickim z tamtych czasów, podobnie zrealizowanym do takiego „Ben Hura” (czy też „Krzyżaków” Forda), dramatyzowaną wersją historii opartej o coś, co miało miejsce. I to zostało potem przerobione w taki sposób, że po seansie widownia pamięta przede wszystkim elementy wymyślone – i jest przekonana, że były one prawdziwe. Spatrakus jest w tym filmie niewolnikiem, który się zbuntował, zebrał innych niewolników i był gotowy walczyć na śmierć z regularnym wojskiem, aby zdobyć wolność. Był inspiracją dla innych i stał się symbolem wręcz ponadczasowym. Scenariusz bierze pod uwagę szerokie tło polityczne i poświęca czas różnym osobom dramatu, pokazać sytuację z ich perspektywy, dzięki czemu całość jest bardziej skomplikowana niż tylko „niewolnictwo złe, wolność dobra, dajcie mnie ją”. Do tego dołożono jednak kilka wątków marnej jakości, jak wątek romantyczny, czy całą prezencję Spartakusa – ten występ dzisiaj byłby nazwany Oscar-bait. To występ bardziej pod publikę niż oddanie uczuć osoby, jego strachu czy odwagi. Tytułowy niewolnik jest tutaj bardziej symbolem niż człowiekiem.
 
Skala filmu jest wręcz trudna do uwierzenia. Film lubił zbierać jak najwięcej osób w jednym kadrze, więc zdarza się, że po prostu czegoś nie było widać – jak np. pokaz sztuczki magicznej przy ognisku. Zmieścili w kadrze 300 osób, ale nie zrobili zbliżenia na sam pokaz. Może w kinie to nie był problem, ale na 50” telewizorze już niewiele widziałem. W finałowej bitwie niby miało brać udział 8500 statystów – osobiście uwierzyłbym, jakby napisali, że było sto razy więcej. Oglądamy faktyczną bitwę z jednostkami aż po horyzont w każdym kierunku. Wtedy już powinni dawać Oscary dla kaskaderów, bo w tym filmie uciekali oni przed płonącym palec, ten po nich przejechał, a na końcu jeszcze odegrali scenę śmierci od ciosu nożem – wszystko na jednym ujęciu. Z dzisiejszej perspektywy po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w rozmiar tej bitwy, że to wszystko było naprawdę w kadrze. Tylko niestety, nie była ona dobrze opowiedziana – skończyła się, a Spartakus z ziomkami siedzą w kajdanach. Jak to się stało? A no, poza kadrem. Bili się, bili, aż nastąpiło cięcie i rezolucja wydarzyła się podczas naszej nieobecności.
 
Całość trwa ponad trzy godziny, a „I’m Spartacus” ma miejsce 30 minut przed końcem. Dramatyczne zabiegi narracyjne działają, ale jednak słabo ogląda się wielkich buntowników, którzy siedzą i czekają na śmierć pół godziny, zamiast podjąć próbę chociażby sabotażu. Gadają i umartwiają się, ale to tego typu film. Symbole są tutaj najważniejsze, przez co oglądałem trochę zmęczony i czekałem na finał, tym samym umknęły mi alegorie scenarzysty. Widzicie, miał ambicje powiązać pogoń za niewolnikami z ówczesną pogonią za artystami wpisanymi na czarną listę. Teraz będę musiał obejrzeć to jeszcze raz. Naprawdę jestem zaskoczony, że moje podejrzenia podczas seansu tak niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Może to jednak jest lepszy film, niż mi się wydaje.
 
PS. Drinking game: podczas seansu wychylcie kielona, ilekroć postać żeńska z czystej głupoty jest o krok od pogrążenia wszystkich. Zachowacie pół litra na ostatnią minutę filmu, bo wtedy będziecie już pić ciągiem, gdy żona Spartakusa podchodzi do niego na krzyżu i się rozkleja, zagrażając wtedy życiu swoim, swojego dziecka oraz towarzyszy, którzy umożliwią jej ucieczkę. Strażnicy powinni się wtedy zorientować i zabić wszystkich na oczach umierającego Kirka Douglasa. The End.
1/5

Christmas Class Reunion

29 maja | premiera 10 grudnia '22 | SkyShowTime

Bohaterowie świątecznych filmów żyją w przeświadczeniu, że są w centrum uwagi. Cały czas.
 
Bardziej film o bohaterach próbujących mieć drugą szansę podczas ponownego zebrania klasowego („reunion”), bo za pierwszym razem byli członkami przeklętej klasy, której nic się nie udało zorganizować, a bohaterka chciała wszystko perfekcyjnie i jej to ciąży na dotychczasowych dorobku kobiety, która osiągnęła wszystko. A święta są przy okazji, bo to reunion jest właśnie w grudniu. Efekt jest taki, jak można się było spodziewać – mało o samych świętach, ale dużo uwagi poświęcono postaciom typowym dla takiego robionego od kalki kina. Wszystko kręci się wokół nich, wszyscy im klaszczą, wszyscy im kibicują, ich szczęście i sukcesy są sukcesami wszystkich wokół. Oglądając finał zaczęło mnie to wręcz irytować.
2/5

Na pewno pokochasz święta ("Must Love Christmas")

29 maja | premiera 11 grudnia '22 | SkyShowTime

Kilka ładnych widoków, sympatyczne aktory i w sumie mają miłe relacje między sobą. Wciąż sztuczne, ale mogło być gorzej.
 
Tutaj bohaterką jest autorka najlepszych romansów świątecznych w historii, która ma blokadę artystyczną, więc pojawi się jakiś chłop robiący artykuł do gazety, który pomoże jej rozwiązać wewnętrzne problemy miłosne. Miło jest dla odmiany oglądać taką historię bez sabotaży czy innych złych motywacji, on serio chce jej pomóc bez przeszkadzania czy sugerowania innych możliwości. Ona chce tamtego, więc ok. A że na końcu i tak wybierze tego dziennikarza, to inna historia. I chociaż tak na ogół jest to typowy film kręcony w lecie ze sztucznym śniegiem, a bohaterowie noszą rozpięte kurtki i bez czapki, to jednak parę razy tu i tam pojawi się ładny plener lub widok zimowy. A może nawet słoneczny.
 
Te półtorej godziny mogło minąć mniej przyjemnie, to na pewno. Święta oraz fani świątecznych romansów (tacy, którzy czytają ich więcej niż parę rocznie) znajdą tutaj przychylność twórców w ich reprezentowaniu. Jak ktoś w ogóle nie czyta takich rzeczy, to z pewnością może sobie seans darować.
5/5

Asteroid City (2023)

29 maja | SkyShowTime

Czasami mi wystarczy oda do bycia akceptowanym w wykonaniu Wesa. Dobry chłop.
 
Film działający na zasadzie zebrania dziwnych postaci w jednym, dziwnym miejscu na krótki okres czasu, kiedy mają miejsce dziwne rzeczy. Tutaj jest to pustynia pośrodku niczego z jadłodajnią czy motelem, USA, niedaleko lokalizacji, gdzie mają miejsce testy bomb atomowych. Nie będę mówił, że zrozumiałem wszystko, ale to raczej dosyć prosty obraz: ktoś odnajdzie miłość życia, ktoś zjednoczy się z rodziną, ktoś pozna nowe życiowe prawdy, ktoś znajdzie podobnych sobie ziomków. Epizodyczne i zabawne to kino, często poprzez absurd i brak wspólnego punkty między nami i postaciami. Robią i mówią coś tak niedorzecznego, że jedyna reakcja, jaka przychodzi nam do głowy, to właśnie śmiech. Taki głęboki, ukryty za nieruchomą twarzą bohaterów tego filmu.
 
Często mam problem z filmami tego gościa, bo nie wiem, o co mu chodzi. Kręci te skomplikowane obrazy, które u podstaw są banalne. Psy są fajne, miłość jest fajna, hotele są fajne, dziennikarstwo jest fajne. Ciężko mi jakoś zaakceptować istnienie całego filmu tylko dla takiego powodu. Ode mnie usłyszycie, że Asteroid City jest odą do odnalezienia tych ziomków i nie czucia się w ich towarzystwie kimś dziwnym, innym. Oraz wyraz podziękowania dla sztuki jako takiej, że dzięki niej i poprzez nią jest w stanie się wyrażać, jednoczyć. Może nawet osiągać wewnętrzny spokój. I to poczułem podczas seansu. Będę wracać do tego oglądania.
 
Powinienem zrobić przegląd tego reżysera. Jego pierwsze filmy widziałem tylko raz: Rashmore, to o rodzinie, Pociąg. Podwodne życie… w ogóle jeszcze nie oglądałem, bo cały czas kojarzy mi się jako najmniej udany film tego reżysera. Teraz to chyba nie ma znaczenia, nie?
5/5

Festen (1998)

29 maja | Mubi

Życie nie jest jak w Amerykańskim filmie z 1960 roku.
 
Jeden z kilku tytułów, które najbardziej wywiązały się z postanowień Dogmy 95. Kamera jest z ręki, muzyka i dźwięki rejestrowane są na bieżąco i słyszymy to, co aktorzy. I pasuje to do tematyki, ponieważ przekonuje widza o realności tego, co widzi: jakby oglądał nagranie z prawdziwych urodzin, gdzie wszyscy zaczynają się kłócić. Oczywiście iluzja nie jest pełna, w większości scen kamerzysta byłby wygoniony na samym początku, plus niektóre ujęcia (prosto w twarz, albo zawieszone pod sufitem), ale no. Plus całość paskudnie wygląda na telewizorze 50”. Lepiej obejrzyjcie to na telefonie czy coś.
 
W każdym razie – urodziny głowy rodziny, zjeżdża się liczna banda ludzi, w tym trochę dzieci. I jedno z nich ma dla wszystkich wyjątkowo soczystą niespodziankę – więcej zdradzać nie będę, ale pewnie na tym etapie większość kinomanów wie, co się później stanie. Sekret produkcji, w zasadzie cały pomysł na nią, kryje się w tym, że reakcja na niespodziankę nie będzie wyglądać jak w filmach na podstawie sztuki Tennessee Williamsa, gdzie tok wydarzeń zostałby zmieniony. I pewnie do tego się przyzwyczailiśmy, mogliśmy w to uwierzyć, mogliśmy w końcu chcieć, żeby tak to wyglądało w prawdziwym świecie… Festen prezentuje inną wersję wydarzeń: taką, gdzie nikt nie traktuje oświadczenia na poważnie, nic się nie dzieje… Cóż, przynajmniej dopóki do gry nie wejdzie użycie siły.
 
Tym samym całość nie obiecuje satysfakcji, wręcz odwrotnie. Uzyskanie sprawiedliwości podczas urodzin będzie wyzwaniem. Wręcz jest ostatnią i jedyną szansą na cokolwiek, jakikolwiek cień… zemsty? Czegoś lepszego? Ten film zapewne zaboli niektórych widzów. Podjęte tutaj tematy, takie jak niewłaściwe działania jednego rodzica podejmowane za zgodą i wiedzą drugiego, z czasem zyskały na istotności jeszcze bardziej. Jako widzowie chcemy, żeby finał był… No, szczęśliwy nigdy nie będzie. Ponura wymowa filmu nie obiecuje niczego innego. Wystarczy chyba tylko, żeby stało się… cokolwiek. To w zasadzie największe osiągnięcie tego filmu.
 
Rezolucja nie jest zbyt wiarygodna. Kobieta czyta list i to jest czymś wystarczającym dla wszystkich? To nie zestarzało się dobrze. Plus jak wspomniałem, obraz jest niskiej jakości, nagrany kalkulatorem w Nokii 3110. Nadal jest w nim jednak duża siła – z jednej strony fanatyków teorii filmowej, chcącej udowodnić, że da się inaczej. Z drugiej strony siła ludzka, pragnąca dać nam coś prawdziwego, mającego w sercu ból typowy dla człowieka i coś z nim zrobić. Dać nam jakiś spokój przy jednoczesnym pokazaniu, że nie będzie to wyglądać jak w fantazji. Ani też nie da takich rezultatów, na jakie mogliśmy liczyć. Prawda wyjdzie na jaw… I nic więcej.
 
PS. Byłem pewien, że rolę ogłosiciela gra tutaj kobieta. Chyba pomyliłem z innym filmem, tylko jakim?
5/5

Trainspotting (1996)

powtórka | 26 maja | SkyShowTime

Rzucanie narkotyków jest fajne. Iggy Pop wtedy gra w głowie.
 
Szkocja, grupa młodych mężczyzn, historia z narkotykami w tle, mnóstwo energii wizualnej oraz muzycznej – ale przede wszystkim opowieść o pokoleniu, które zdecydowało się wszystko odrzucić, zamiast tego tylko leżeć w dole naćpanymi, aby w finale podjąć decyzję o byciu takim, jak wszyscy inni. Dom z trawnikiem, dziećmi grającymi w sporty i ciułaniem na hipotekę. Po drodze jednak będą mieć przygody, awantury, pobiją się, będą ryzykować, będą się bawić, znajdą sobie drugą połówkę, spłodzą dziecko i zapomną o nim na osiem tygodni, bo będą naćpani. Przyjemność. Naprawdę nie wiem jakim cudem ten film jest pamiętany najbardziej za scenę inspirowaną Pynchonem (i co w ogóle Pynchon tutaj robi) niż scenę z owym niemowlakiem. Oni je naprawdę pokazali. Całość jest epizodyczna i połączona luźno przede wszystkim krótką historyjką na końcu filmu, dzięki czemu całość ma jakąś klamrę i zamknięcie. Będziemy mogli zobaczyć narkomanów nie tylko podczas brania i zdobywania środków na branie (często zabawne samo w sobie, jak np. wchodzenie nonszalancko do domu opieki i odpinanie telewizora, żeby go sprzedać – bo wiecie, jebać starych ludzi, to jest śmieszne), ale też wtedy, gdy się zakochują, kochają, walczą i zmagają się z nałogiem, mają swoje osobiste przemyślenia (monolog „Its shiet being Scottish”, który bierze się znikąd i niczego nie daje, ale jest wulgarny, więc i zabawny). Narkomani w Trainspotting są kimś więcej niż tylko narkomanami.
 
Realizacyjnie film jest pełen energii i podłożono mnóstwo świetnej muzyki, tylko zabrakło wyczucia rytmu – szczególnie w sekwencji odwykowej, kiedy bohater jest zamknięty w pokoju i przeżywa katusze. Mają wtedy miejsce przerażające wizje, powracające dźwięki jak uderzenia lub wypowiedziane słowa, muzyka buduje napięcie, całość trwa i trwa bez ciągnięcia się i… Czuć, że można było to zrobić lepiej. Nawet bez porównania do podobnej sceny z 1970 roku (W kręgu zła). Czułem, że wtedy te dźwięki powinny zacząć tworzyć zwrotki i refreny, a zamiast tego następują tylko po sobie, jedno za drugim.
 
Filmowi nie pomaga też osobisty ciężar doświadczeń widza z takimi ludźmi, jak na ekranie. Jeśli spotkaliście osobiście człowieka, który jest dorosły i tylko zalega u rodziców na sumieniu, będąc pod wpływem wszystkich substancji, to też wiecie, że obraz z Trainspotting jest czymś łagodnym. I miłym. W rzeczywistości ten gówniarz zaczynał zapewne przygody z używkami razem ze swoimi rodzicielami. I nie wyszedł z tego tak szybko jak Ewan. Prawdopodobnie w ogóle nie wyszedł. Film wyciska tragedię z rzeczywistości, na rzecz stworzenia produkcji zapadającej w pamięć, szalonego i zabawnego, który otwiera widza z zewnątrz na świat narkomanów i innych, którzy stanowią dno dna. Dla nich to i tak będzie wystarczająco wstrząsające doświadczenie, połączone z masą innych doznań. Z ich perspektywy to może się okazać ciężki film, który ma swoisty happy end. To też jakieś osiągnięcie, ale raczej nie warto rozważać tego filmu w kategoriach takich zdolnych do wywołania zmiany. Wiecie, pokroju nauczenia ludzi empatii do prawdziwych Rentonów tego świata. Oni nadal będą zdychać w bramie i nikomu nie będzie ich żal.
sabrina 1954 wilder
5/5

Sabrina (1954)

powtórka | 26 maja | SkyShowTime

Pewnie najlepsza „zwykła” komedia romantyczna, jaka istnieje.
 
Założenia fabularne proste nie są, ale raczej te ogólne będą wam wydawać się znajome: Sabrina jest zakochana w kimś, kto co chwila wchodzi w związek małżeński, a po drodze zahaczy o jeszcze kilka – i z całą pewnością nie zauważa nawet Sabriny. Teraz dla niej czas najwyższy nauczyć się o nim zapomnieć, więc wyjeżdża za granicę na studia. Wróci jako ktoś, kto zwróci uwagę byłego obiektu miłosnego, tylko on jest zaręczony i ta relacja ma znaczenie biznesowe dla obu rodzin. To małżeństwo ma je połączyć, więc Sabrinę trzeba odseparować. Zabiera się za to starszy brat, który sam zaczyna mieć uczucia do Sabriny. Film sprawia, że to się wydaje proste, ale no cóż, ja to specjalnie tak piszę byle jak, żeby podkreślić lekkość scenariusza Sabriny.
 
Chodzi mi o to, że założenia są typowe dla gatunku i pod względem treści nie ma tutaj wiele więcej. Oglądamy po prostu ludzi, których z czasem polubimy, chcemy zobaczyć happy end i film dobrze wie, czego chcemy – i nam to daje. Nie ma tutaj za bardzo głębszych motywów, co najwyżej coś o różnicy wieku, albo „pieniądze szczęścia nie dadzą”, jeśli chcemy naciągać. Istotna jest relacja między postaciami, jak bardzo są szczerzy i mimo wszystko pozwalają sobie nawzajem na wolność – w znaczeniu tego, że jeśli Sabrina dokona jakiegoś wyboru, to obie strony by go zaakceptowały. Ogólnie wszyscy tutaj akceptują wszystko na powierzchni, żeby potem kombinować w ukryciu, ale bez fabrykacji czegokolwiek. Nie ma tutaj żadnego wrabiania kogokolwiek czy oczerniania, sztuczki i ruchy, do jakich bohaterowie tego filmu się posuną, są zupełnie inne. Plus finał, gdzie reżyser już wtedy miał odwagę tworzyć fikcję. Ważne, że bohaterowie będą razem – równie dobrze możemy to zrobić od ręki, prawda?
 
Ważniejsze od treści jest tutaj samo wykonanie. Każdy dialog jest błyskotliwy i ugina się od energii, każdy wątek jest skonstruowany z szatańską inteligencją, cała intryga jest tak piekielnie poprowadzona! Dwuznaczności, albo chwile odkryć są tak piękne albo satysfakcjonujące – albo oba naraz! Seans jest naprawdę odświeżający, że w tym gatunku można robić takie rzeczy w ten sposób! Tu nie chodzi tylko o sympatyczne postaci i happy end, ale też pomysłowość opowiadania, doprowadzania do sytuacji, które znamy z innych filmów, a i tak reagujemy na nie, jakbyśmy widzieli je pierwszy raz. Jeden z wzorowych przykładów takiego kina, obok Sklepu na rogu. Młodsza siostra Garsoniery, lepszego komplementu nie dam rady napisać. Seans godny licznych powtórek, co kilka lat. Dla samej radości oglądania.
4/5

The Curse - miniserial (2023-24)

26 maja | 10 odcinków po 65+ min | SkyShowTime

Ostatni odcinek faktycznie fajny.
 
Nie wiem, jaki faktyczny udział A24 miał miejsce w powstaniu tego serialu, ale jako osoba, która widziała więcej filmów tego studia niż 5 najpopularniejszych z danego roku, mam teorię następującą: wzięli coś dziwnego i zgodnie ze swoim stylem zrobili z tego coś dziwnego w bezpieczny sposób, który się przyjmie wśród właściwej widowni. Widzicie, poprzedni projekt pana Nathana (The Rehearsal) był faktycznie czymś niezwykłym. Z każdym odcinkiem zgłębiał on coraz bardziej coś w sobie samym, co samemu protagoniście się nie podobało, ale był zdeterminowany dojść z tym doświadczeniem do końca. I co z tego wyniesiecie, to już zależy od was. The Curse z kolei jest historią, która odhacza to, co akurat każdy wie, ma wyrobione zdanie i jeśli tego pragnie, to upewni się w swoim stanowisku.
 
To meta program typu reality show o tworzeniu programu typu reality show, gdzie para prowadzących ma kłopoty małżeńskie, próbując jednocześnie stworzyć idealistyczny program pro-ekologiczny z motywami walki o prawa rdzennych Amerykanów. Każdy odcinek trwa godzinę i jest wypełniony w zasadzie tymi samymi rozmowami, prowadzonymi z tym samym typem człowieka. Chłop dostaje dom zero emisyjny, ale woli mieć klimatyzację, zamiast czekać, aż dom sam się ochłodzi/ociepli po kilku godzinach. Albo wolą piwnicę i coś tam schować, zamiast się martwić, że tamtędy ucieka ciepło. Czy coś. Miłośnicy ekologii są w tym serialu oderwani od potrzeb ludzkich, a gdy przychodzi do bardziej funkcjonalnych porad, to mogą tylko zaproponować prysznic z czasomierzem, żeby zaoszczędzić na wodzie. Ludzie też mają ekologię gdzieś i mają do tego prawo. Na końcu zresztą ekologiczni będą mieć dziecko i sami zamontują wtedy u siebie klimę. Do tego silny motyw „białego zbawcy”, relacje damsko-męskie też wiadomo jakie, a jeśli ktoś ma w tym serialu pieniądze, to od rodziców. Nic nowego, ale pewni widzowie z przyjemnością upewnia się w swoich poglądach i przekonaniach.
 
Generalnie więc to oglądanie w kółko tego samego bez poczucia, że gdzieś zmierzamy, że coś budujemy przez te wszystkie, godzinne!, odcinki. Seans szybko jest monotonny, mając do zaoferowania cały czas te same sztuczki. Dialogi są świetne, niezręczny humor działa, reżyseria też, aktorzy rewelacyjnie wypadają. Nathan Fielder jako ten najbardziej normalny to zaskakujący pomysł, ale jego wszystkie nagłe wybuchy emocji są rewelacyjne, gdy nagle pomyśli, że wypada mu być białym rycerzem. Ogólnie więc średni serial zrobiony na wysokim poziomie. Z wyjątkiem ostatniego odcinka.
 
Jestem na granicy twierdzenia, że finałowy odcinek można oglądać bez poświęcenia czasu na te wcześniejsze. Ten ostatni ma aż tak mało wspólnego z tym, co było, na poziomie fabularnym, oferując przy okazji prawdziwe zaskoczenia oraz nowe doświadczenia, których fani pana Fieldera mogli się spodziewać. Naprawdę zobaczymy wtedy coś, nad czym musimy usiąść i pomyśleć: „co to miało znaczyć?”. Możliwe niestety, że za tym stoją same ogólne banały. Jak za całą resztą serialu. Obejrzeć więc można, ale jak nie chwycą was pierwsze odcinki, to sprawdźcie chociaż finałowy. A potem nadróbcie „The Rehearsal„. Planują nawet drugi sezon tegoż…
5/5

Grease (1978)

powtórka | 26 maja | SkyShowTime

Mam sympatię do filmów, które mają odwagę być głupiutką fikcją.
 
Pamiętam, jak lata temu podchodziłem do pisania recenzji tego filmu po pierwszym seansie i nie byłem w stanie napisać wtedy nic od siebie, co by uzasadniało pozytywną opinię. Wręcz przeciwnie – wszystko, co pisałem, mogło mieć wydźwięk wręcz negatywny. Sam się wtedy zacząłem zastanawiać, czy ja nawet lubię ten film. Takie były moje odczucia, tylko jednak nie mogłem ich przełożyć na słowo pisane. I zrezygnowałem z pisania recenzji. Dzisiaj podczas powtórki (pierwszej pełnej, ale podchodziłem do tego tytułu parę razy przez te lata, zresztą kilka scen i tak oglądałem na YouTubie) godziłem się z myślą, że jednak ta wysoka ocena się nie utrzyma. Nadal lubię ten tytuł, ale bardziej w campowy sposób, kina klasy B. Do pośmiania się i tyle, ale skończyłem oglądanie z wrażeniem, że jednak ten tytuł zasługuje na więcej.
 
Przedstawienie tej produkcji chyba nie jest potrzebne – każdy wie, o co tutaj chodzi. To krzywe zwierciadło USA lat 50., z pierwszymi nastolatkami mogącymi posiadać własne auta, mają nażelowane włosy i są absurdalnie pewni siebie, jednocześnie mając zero pojęcia o czymkolwiek. Ja mogę co najwyżej dodać tutaj wyraźne wpływy serialu Happy Days, który robił to samo, tylko mając mniej stylówy oraz nie był musicalem. Trudno być stylowym, trwając 11 sezonów, podczas których główny bohater zmienił trzy razy ilość rodzeństwa z uwagi na roszadę obsady. Grease ma niepodrabialny sty i nawet podczas skakania po kanałach od razu rozpoznamy, co leci. Ewentualnie coś silnie inspirowane tym musicalem. Cała ekipa uwierzyła w ten projekt – a przynajmniej przekonująco to zrobiła – pozwalając sobie na wygłupy i brak powagi, grając niedorzeczne postaci mające niewydarzone problemy życiowe. Mają w końcu po 30-kilka lat, grają nastolatków, to jest spalone na starcie, więc rozwiązanie jest tylko jedno: ten portret dojrzewającej fascynacji seksem i wszelkimi zbliżeniami, pozowaniem przed kolegami na temat swoich podbojów i osiągnięć, na naiwność oraz niewinność, w obrębie której funkcjonuje ich pycha oraz małostkowość. W tej przesadzonej wersji udaje się powiedzieć zaskakująco dużo szczerych rzeczy o takich młodych ludziach – o byciu nimi, albo też dorastaniu w ich towarzystwie.
 
Zaskakujące, jak dobrze zrealizowany jest to tytuł. Choreografia nie tylko w momentach musicalowych jest w zasadzie bezbłędna, a naprawdę dużo tutaj dużych scen, ze skomplikowanym ruchem wewnątrzkadrowym, z udziałem licznej grupy aktorów i statystów. Scena balu jest tutaj szczytem filmu, tym bardziej jednak zaskakuje nijaka wizualnie finałowa piosenka, którą pamiętają wszyscy i najczęściej do niej wracają z całego filmu. Piosenka na pożegnanie ma więcej rozmachu, smaku i koloru niż piosenka, w której dwoje bohater się schodzi ze sobą – stoją w miejscu, gibią się niezręcznie, zrobią dwa kroki w lewo i prawo… Statyści tylko wystawili ręce przez okno, żeby cokolwiek jeszcze się działo na ekranie. To naprawdę najgorsza wizytówka tego filmu, dosłownie każdy inny utwór ma lepszą oprawę wizualną. A piosenek jest sporo i pewnie duża ilość widzów byłaby skłonna wyciąć połowę, ale tak naprawdę to nie mam więcej uwag.
 
Filmy mające odwagę do byciu świadomie głupiutkimi, nie ma wiele. Jeszcze mniej jest takich, które są świadome, że tworzą fikcję i cokolwiek nie zrobią, to nadal ich dzieło będzie sztuczne, więc równie dobrze mogą poszaleć bardziej. Grease należy do obu tych grup. Nie musi się to podobać i nie czyni to z niego filmu dla wszystkich, ale jeśli rozumiecie, o co mi chodzi, to zgodzicie się, że Grease jest prawdziwym diamentem. Mnóstwo tutaj humoru, wizualnej kreatywności oraz niespodzianek, które pewnie wam umkną przy pierwszym seansie. A nawet jeśli je zauważycie, to w nie nie uwierzycie. To nie jest prawdziwy obraz nastolatków z USA w latach 50., ale to z całą pewnością prawdziwy obraz głupoty nastoletniej. I co by było, gdyby świat naprawdę był taki, jakim im się wtedy mogło wydawać. Całe szczęście, takie rzeczy tylko w tych naprawdę udanych filmach.
0/5

Ostatnio przeczytane:

26 maja

Death or Glory #1 – Rick Remender , Bengal (2018) 3.5/5
 
Pojedynczy zeszyt, który kupiłem rok temu z pudła „wszystko za 5 zeta”. I teraz chętnie poznam całość. Zaczyna się od gościa, który chce 123 cheeseburgery, a jak mu ich nie sprzedają – bo zamykają za trzy minuty – to reaguje w agresywny sposób. Następne strony są trochę odą do otwartych terenów, szerokiej drogi, życia pod gwiazdami – oraz o tym, jak się człowiek odwracał od tego, zacieśniał przestrzeń wokół siebie. Może później ten motyw będzie rozwinięty. Tak czy siak jesteśmy na współczesnym dzikim zachodzie, gdzie liczne nielegalne interesy i koneksje mają miejsce. Żeby zarobić trochę pieniędzy, trzeba się posunąć do niebezpiecznych i nielegalnych czynów.
 
Kreska jest ładna, dodatkowo jest trochę podkreślania biustu i innych krągłości. Niech będzie. Poza tym fabuła, która kończy się intrygującym clifhanggerem – ogólnie całość ma taką konstrukcję, która zachęca do poznania ciągu dalszego. Tak, postaci i ich motywacje nie są niczym specjalnym, ale… Dlaczego akurat 123 cheeseburgery? Raczej sam nie kupię, ale jak dostanę w prezencie, to będzie git.
 
 
 
Flash: Odrodzenie – Scott Kolins, Geoff Johns (2009) 3.5/5
 
Z jednej strony – ten komiks naprawdę uświadomił mi, jak rewelacyjną postacią może być Flash. To wręcz drugi Batman. Z innej strony – czytałem to dwa razy, za pierwszym razem poddałem się lata temu, bo po prostu nie ogarniałem. Historia to bałagan i tylko część wynika z tego, że poznajemy wszystko od środka (liczne postaci mające różne rzeczy za sobą). Komiks sam w sobie jest chaotyczny, odwołuje się do wydarzeń, których nie znałem, zalewając mnie postaciami, które się biorą cholera wie skąd, wszyscy mówią o czymś tak, jakbym tylko ja nie dostał maila z pracy o czymś ważnym, tempo jest absurdalne i ledwo jedno się wydarzy, to jesteśmy już trzy rzeczy dalej. A potem w ogóle przenosimy się do Mocy Prędkości, które jest… Nawet nie wiem, czym. I połowa dialogów to: „Biegnij, biegnij!”.
 
To jest męczące i niesatysfakcjonujące. Ta historia zamiast w sześciu zeszytach, powinna być rozpisana na sześćdziesiąt. Albo i więcej. Z wprowadzeniem, z konkluzją. Pośpiech tutaj akurat nie służy.
 
Wracając jednak do zalet – kreska jest naprawdę bogata i czułem, że czytam coś naprawdę wysokobudżetowego. Kolory i cała reszta jest przepyszna. A fabuła obfituje we wszystko, co czyni Flasha tak genialną postacią: to najszybszy człowiek na Ziemi, który cały czas jest zbyt wolny. Nie zdążył udowodnić niewinności swojego ojca, zanim ten nie umarł w więzieniu siedząc za coś, czego nie zrobił. Spóźnia się na kolację, bo o niej zapomina, mając dużo obowiązków na głowie. W cywilnej pracy zarzucają mu dokładność, czyli właśnie powolność. W dzieciństwie też był zbyt wolny i miał z tego tytułu kłopoty. To prawdziwie tragiczna postać, która ma ogromny potencjał – i teraz chcę komiks, który jeszcze lepiej o niej opowie. Jakieś propozycje?
4/5

Wallace & Gromit: The Curse of the Were-Rabbit (2005)

powtórka | 26 maja | SkyShowTime

Wallace i Gromit mimo wszystko należą do świata krótkich metraży. Przynajmniej jeśli chodzi o tę próbę. Nie jest to w żadnym razie zły film – gdy widziałem go w kinie prawie dwie dekady temu, to bawiłem się naprawdę dobrze. Teraz oglądam to znając więcej animacji Nicka Parka i jednak czuję, że każdy segment trwa trochę za długo. Wręcz od samego początku, kiedy kamera krąży po ścianach przybytku głównych bohaterów, kiedy oglądamy ich zdjęcia i inne dekoracje… Przez jakieś pięć minut, wydaje się – co już samo w sobie brzmi na opening do filmu Tarkowskiego, a nie animację ku rozrywce najmłodszych, bawiąc ich cudacznymi wynalazkami oraz poczuciem humoru. Zanim w ogóle jakaś fabuła się rozkręci, to będziemy mieć za sobą 1/3 filmu.
 
Wallace i Gromit pracują tym razem w branży pogromców królików, bo zbliża się święto warzyw i każdy mieszkaniec chce wyhodować największe coś: dynię, cykorię i inne. Przy okazji Wallace chce zaimponować swoją skutecznością przed miejscową hrabiną, o której wdzięki walczy też pyszny konkurent. I to wszystko się połączy, kiedy na terenie zacznie się panoszyć naprawdę groźny królik.
 
Nawet biorąc pod uwagę pewien zwrot fabularny, to nadal jednak jest to przewidywalna historia. Solidna, ale dająca to, co już znamy niemal na pamięć, przez co też nie daje satysfakcji. Na dodatek jest wolna, byle tylko wypełnić czas. Voice acting nadal jest czarujący, animacja sama w sobie dostarcza mnóstwo zabawy. Jednym słowem: dostajemy tyle, co w krótkim metrażu, ale w ramach trzykrotnie dłuższego czasu. Nadal lubię Gromita oraz obserwowanie wynalazków w ruchu, ale nie ma tu nic, do czego chciałbym wrócić jeszcze raz. Przyjemny seans na raz.
3/5

The Whole Animal

17 maja | premiera 3 czerwca '22 | SkyShowTime

Całkiem miły dokument o jedzeniu mięsa, roli rzeźnika i odmienieniu jego wizerunku w świadomości ogółu.
 
Punktem wyjścia są czasy, kiedy czynniki biedy i im podobnych zmuszały ludzkość do wymyślenia sposobu, aby każdy element zabitego zwierzęcia przygotować w taki sposób, aby był smaczny. Wszystko to jednak w celach propagandowych, a nie edukacyjnych, żeby zachęcić ludzi do jedzenia czegoś więcej, niż steki. Podkreślono rolę farmera, odmieniono wizerunek rzeźnika i jego podejścia do mięsa, trochę o zmianach na przestrzeni ostatniego wieku… Nie ma co prawda konkretów: jak przyrządzać i jak farmer wypełnia swoją rolę, jak kroić mięso itd., ale chyba większości widzów wystarczy sposób mówienia o mięsie w tym tytule. Wiecie, jako o czymś normalnym. Konieczność zabijania zwierzęcia uczy tych ludzi wykorzystania właśnie wszystkiego do końca. Tego chyba i tak nie da się obronić, to w końcu nadal mordowanie, a wypowiedzi w stylu: „dajemy im dobre życie i jeden zły dzień” też da radę obrócić w negatywną stronę. „Twilight Zone” już obracał takie teksty przeciwko ludziom.
 
PS. Oglądać tylko z polskim lektorem, bo angielskie napisy na SkyShowTime to, kurwa, dzieło sztuki. Ilekroć ktoś mówi w innym języku, niż angielski, to napisy brzmią: „Francois speak French” i tyle xD
3/5

Saving the Restaurant

17 maja | premiera 15 lutego '22 | SkyShowTime

Dokument, który niczego nie objaśnia. Wystarczy mu, że podejmuje temat mający sympatię odbiorcy.
 
Chodzi o okres covida i temat losów branży gastronomicznej, jak takie biznesy ucierpiały w skutek działań rządów na całym świecie. Tyle to wie każdy i temu dokumentowi tyle wystarczy. Są hasła z nagłówków gazet, jakaś manipulacja statystykami, jakieś porównania, że akurat gastronomia z puli jakiejś zapomogi nic nie dostała. To może z innej zapomogi? Dużo tutaj gadania pod publikę, propagandy przesłania co umyka odbiorcom, bo oni już są po stronie pracowników gastro. Widz nie będzie więc nawet zły, najwyżej zawiedziony, że taki dobry temat został byle jak potraktowany. Do przekonywania do czegoś, do czego odbiorcy już są przekonani.

TIMELESS FILM FESTIVAL WARSAW (2024)

Możecie mnie znaleźć również na:

Steamie
Last.fm
FilmWeb
RateYourMusic