BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

– I feel like I can do anything!
– Should we go home and just watch tv?
– Yes.
Bob’s Burger
https://garretreza.pl/cytaty/

OSTATNIO OGLĄDANE

prawdziwe klamstwa 1994 true lies cameron
Ocena 5 z 5

Prawdziwe kłamstwa ("True Lies", 1994)

21 grudnia | D+ | powtórka

Cytat z Internetu: „Big dumb action movie made by totally smart guy.”. Kolejny cytat: „back when the ridiculousness of action movies was actually entertaining”. Od pierwszego ujęcia – jak Arnold wchodzi na tajne przyjęcie i mówi po francusku do obsługi, że robi nieakceptowalne jedzenie – można wyczuć, jaki rodzaj kina będziemy oglądać. A nie jest to łatwe do zaakceptowania, ponieważ mimo wszystko oglądamy więcej niż solidny film akcji… Który jest po prostu trochę zbyt rozrywkowy i niepoważny, jak na kino szpiegowskie, podejmujące temat terroryzmu, bomby jądrowej i podwójnego życia. Zaczynamy wręcz niewinnie – żona szpiega nie wie o jego zawodzie, a dodatkowo zostaje zwodzona przez uzurpatora: człowieka udającego szpiega, aby poderwać postać żony, dodając jej życiu ekscytacji poprzez przekonanie, że robi coś ważnego. I Arnold do tego dołącza, aby ukarać uzurpatora, co jednak przeniesie zaskakujące konsekwencje.

Czy jest to śmieszna fabuła? Ciężko w sumie powiedzieć, ponieważ kino akcji zawsze miało pewien zakres absurdu, w którym wolno mu było się poruszać, byle tylko dowiózł sekwencji akcji. Fabuła musi prowadzić do kolejnych strzelanin, pościgów, scen walki i wybuchów – a tutaj tak właśnie jest, jednak wydaje się, że ten absurd jest trochę rozszerzony. I twórcy czują się z tym zaskakująco komfortowo, a widz zostaje w niego stopniowo wprowadzony, aż w końcu uwierzy: on ogląda teraz komedię. Naprawdę dobrą komedię, bogatą w humor na każdym kroku i zaskakująca tym humorem co chwila. James Cameron okazuje się być naprawdę dobry w pisaniu dialogów – gdy te mają celowo być komedią (albo chodzi o to, że ten jeden raz Cameron oficjalnie opierał się na innej produkcji, francuskiej komedii z 1991 roku). To coś więcej niż kino akcji mające chwytliwe one-linery jako szczypta humoru dodana na zakończenie – tutaj bohaterowie są zabawni, opowieść jest zabawna, gagi są fizyczne i słowne, nawet otrzymujemy tutaj slapstick (!) podczas sceny striptizu (!!). Ciężko uwierzyć, że to tworzy całość, ale tak właśnie jest. Prawdopodobnie mój ulubiony gag, który wyłapałem podczas tego seansu, to Tia Carrere zabierająca w ostatniej chwili swoją torebkę z miejsca, gdzie mają zamiar torturować Arnolda.

Reżyser miał powiedzieć, że tutaj nie było „łatwych” scen. Jest to zaskakujące wyjście z sytuacji, gdzie otwarcie robi się głupiutki film, jednocześnie przekraczając wszelkie granice ustanowione do tej pory. Nie tylko kolejne sceny akcji są innowacyjne na poziomie konceptu, nie tylko zapewniają one emocjonalne przeżycia (ratowanie w ostatniej chwili ukochanej, pocałunek na tle eksplozji, efektowne pokonanie antagonisty), ale jeszcze do dzisiaj każda z tych scen jest zagadką: jak oni to zrobili? Jednym z ostatnich ujęć jest lądowanie wertykalne myśliwcem w niezgrabny sposób z człowiekiem na wierzchu, pilotującym przez Arnolda, wszystko na faktycznej ulicy, uderzając jeszcze „delikatnie” w radiowóz obok – żeby mieć pewność, że widz poczuje ciężar tej sceny, uwierzy w nią każdym zmysłem. Wszystko na jednym ujęciu, z otwierającym się kokpitem, z którego wyłania się kulturysta we własnej osobie. Ten film jest dziełem sztuki filmowej, jakby nie patrzeć.

W finale Arnold jednoczy się z postacią córki, która na początku filmu nie szanowała swojego ojca. W sumie miała do tego powód, ale oczywiście wszystko się odmieni, gdy zobaczyła go z porwaną koszulką pilotujące samolot myśliwski. Rok później siedzą razem przy stole i razem pójdą do pracy, tańcząc tango, co wywoła kąśliwy komentarz. Trochę to puste jest, patrząc przez pryzmat postaci. Czy czegoś oni się uczą, czy też osiągnęli po prostu happy end, bo przeżyli i nic więcej z tego nie wyciągnęli? Czy to w ogóle film, w którym powinna się znaleźć jakaś przemiana? W momencie premiery takie reakcje były częścią seansu: świetna zabawa, świadoma swojej pustości nadal jest pusta… Ale oglądamy to teraz już ponad trzy dekady później. I sytuacja jest trochę inna.

W planach miała być nawet kontynuacja, tylko odsunięto ją w czasie, ponieważ – jak sam Cameron to ujął – terroryzm przestał być zabawny. Bo zabawny może przecież być – siedzą w tych turbanach na środku pustyni, gadają w śmiesznym języku, machają karabinami i strzelają w powietrze… Ciężko jest się z tego nie śmiać, gdy mamy rok 1994, a na ekranach kin śmiejemy się z gangsterów zabijających ludzi (Pulp Fiction) oraz starszego człowieka umierającego na atak serca w publicznej toalecie, którego jeszcze zgwałcono po śmierci (Clerks). Kilka dekad później znowu możemy się z tego śmiać, jak oglądamy nagrania terrorystów strzelających w powietrze – tylko odrzut w rzeczywistości nie jest taki, jak w filmach, więc po pierwszych trzech nabojach lufa karabinu idzie we wszystkich kierunkach. W tym w dupę kolegi terrorysty. A kolejne w czyjąś głowę. Śmieszne, ale to bawi już inaczej. Przeszłość się wydarzyła, zmieniła nas po drodze i nie wrócimy do tego, co było. Wiecie, że ta kontynuacja Prawdziwych kłamstw jednak wyszła? W formie serialu. Nie wiedzieliście? Ja też nie. Filmy pełnometrażowe dlatego, że zawsze będą skończoną całością, oferują możliwością powrócenia do tamtej rzeczywistości chociaż na ten krótki czas. To jest faktyczna wartość Prawdziwych kłamstw, której ten tytuł nabrał z czasem. Morał? Śmiejemy się, póki możemy.
https://garretreza.pl/james-cameron/

Ocena 2 z 5

Małe ukucie ("Sharp Stick", 2022)

3 stycznia | HBO

Opis twierdzi, że to film o kobiecie w wieku 26 lat, która odkrywa seks, gdy mąż kobiety, u której pracuje, zdradza ją z nią. Ponoć istotne jest, że jest między nimi 20 lat różnicy (taki wiek aktorów), ale to jeden z przykładów tego, co chyba film chciał uważać za ważne, a w trakcie realizacji jakoś się to nie udało. Scena zbliżenia między niewinną osobą odkrywającą seks oraz starszym mężczyzną jest realizacją fantazji i jednocześnie wydaje się, jakby twórców to obrzydzało, ale też jednocześnie nie chcą nikogo urazić, jeśli wśród widzów ktoś ma taką fantazję, więc też do tego zachęcają i się z tego śmieją w przyjazny sposób… Bałagan, czysty bałagan. Jak Jon Bernthal na jednym ujęciu dał radę przejść od łzawej opowieści o tym, że od dawna nie było namiętności w jego życiu z żoną, do chwalenia się na luzie, jak to kiedyś umiał pieścić łechtaczkę… To są wyżyny czegoś. Z całą pewnością: czegoś. Nie mam pojęcia, jak to określić.

Aha: pani reżyser gra tutaj rolę żony. Żony, która nie umie chociaż na chwilę myśleć o swoim dziecku, jeśli ma cień szansy myśleć o sobie. Też nie wiem, jak to określić.

Odkrywanie seksualności jako temat wymaga wiarygodności, ale ciężko założyć, że Sarah Jo uchowała się, kiedy każda rozmowa w jej towarzystwie jest wypełniona dwuznacznościami. Nie oglądała porno? Naprawdę myślała, że blow-job polega na dmuchaniu w krocze? I gdy Josh chce przerwać znajomość, to taka niewinna osoba sama mu wskakuje na penisa? Nie kupuję tego. Nie ma w tej postaci nic, w co można uwierzyć, jakoś ją zrozumieć. Nie pomaga, że reszta filmu jest mętlikiem samym w sobie i tylko utrudnia skupienie się na tej pierwszej części.

Druga połowa jest jeszcze bardziej odklejona. Sarah Jo musi odejść i zaczyna pragnąć obciągnąć gwiazdorowi porno w imię jakiegoś rewanżu za to, że została rzucona (przez chłopa w związku) i dopiero na końcu ten aktor porno nagrywa wiadomość: „Sarah Jo, nie musisz mi obciągnąć. To, że tamten ciebie rzucił, to nie dlatego, że jesteś słaba w łóżku” i bohaterka nagle jest wolna od ciężaru winy. W końcu rozumie, że to nie była jej wina. No shit?…

Nie wiem, którą płeć musiałbym uważać za najgłupszą (a drugą za tylko trochę mniej), aby ten film miał sens. Możliwe też, że wiem dużo więcej o seksie od wszystkich twórców tego filmu razem wziętych, w co ciężko mi uwierzyć. I największa zagadka: co tutaj robi aż dwóch aktorów z The Bear? https://garretreza.pl/opinie-2022/

wings skrzydla 1927 wellman
Ocena 4 z 5

Skrzydła ("Wings", 1927)

1 stycznia

Tak, to jest pierwszy film, który zdobył Oscara za najlepszy film. Nie piszę tego jako potwierdzenia, że dobrze rozpoznajecie tytuł – piszę to jako określenie, że już w tamtym roku podjęli decyzję: tak mają wyglądać filmy, które zdobędą główną nagrodę. I trzymają się tego do dzisiaj. Mam na myśli całą treść – pochwałę wojskowości, pietyzm, rozmach, dramaturgię. Jest w tym coś, co szanuję, jako produkcja zrobiona wyraźnie na zamówienie, odhaczająca kolejne wskazówki i wymagania. Tylko wtedy to jest koherentna całość, bo gdy patrząc na nią inaczej: wtedy wymowa się rozłazi, gdy zaczynamy od „Wojenka to przygoda”, a pod koniec mamy śmierć i stratę, nadal jednak kończąc na szczęśliwej nucie. Osobiście widzę tutaj coś w stylu Pearl Harbor Baya, czyli melodramat na tle wojny. Tylko bardziej standardowy, ale składniki są podobne.

Na pewno wrażenie robią sceny w powietrzu, jak napisy uzupełniają akcję i nadają znaczenie obrazom walki samolotowej. Dzięki temu są one czytelne i treściwe – wiemy, kto do kogo strzela i co uszkodził, bo mamy to napisane. Każde kolejne ujęcie to jakiś popis, a jak samoloty nurkują udając zestrzelenie, to mistrzostwo – nawet dodano kredkami czerwony kolor, żeby samolot wydawał się płonąć podczas pikowania. Widać tutaj dużo pomysłowości oraz pracy włożonej w zrobienie jak najbardziej efektownej produkcji upamiętniającej poświęcenie wojenne jak i zachętę do wstąpienia do armii. Stąd ten rozdział emocjonalny, między smutkiem z powodu śmierci towarzyszy oraz przedstawianiem armii jako zabawy w wojenkę. Już parę lat później ten sam reżyser zrobi coś całkowicie odmiennego w Bohaterstwie na sprzedaż.

Jest też słynny tracking shot, gdzie kamera wchodzi w głąb sami, sunąc nad stolikami… Zaskakujące ujęcie – zapewne dlatego, że rzadko kiedy w kinie kamera wchodzi w głąb sceny. Zazwyczaj z boku, z lewa na prawo itd. Osobiście widziałem to ujęcie już kolejny raz – pierwszy raz we właściwym filmie – i wyraźnie widać, jak osoby przy stolikach odsuwają się na bok, robiąc miejsce dla kamery. Doceniam też fenomenalny remaster oraz dodawanie dźwięków, nie tylko muzyki. Robi to wrażenie!

Dobrze jest to oglądać jako jeden z ostatnich filmów Wellmana. Najbardziej popularny, ale on był faktycznym artystą – stworzył wiele zapomnianych lub przemilczanych obrazów, ale zrobił też ten, który przeszedł do historii. Trudno to ocenić. Dzięki Wings każdy w końcu kojarzy nazwisko i może zwracać uwagę na inne jego produkcje. https://garretreza.pl/william-wellman/

Ocena 4 z 5

PRZECZYTAŁEM

Pasażer - Cormac McCarthy, 2022 (4/5)

31 grudnia

Przeczytałem ale i nie przeczytałem, ponieważ to jest tylko część większej całości. Może nawet w większym znaczeniu tego słowa. Pan McCarthy napisał dwie książki i wydał je jedna po drugiej – pierwszy był „Pasażer”, druga „Stella Maris”, opowiedziana z perspektywy siostry protagonisty „Pasażera”, która zmarła dekadę przed „Pasażerem”. To uczucie zagubienia oraz braku kompletności jest więc celowa i wskazana, o to tutaj też chodzi: o życiu prowadzonym później, o zmaganiu z przeszłością. Również tą nierozwiązaną. Nawet jeśli na pierwszym planie jest tutaj kafkowskie zagubienie z „Procesu” i stawienie czoła ludziom, którzy nie do końca dają wyraz temu, co chcą od bohatera.

Przeczytałem ale i nie przeczytałem, ponieważ nie mam dla was odpowiedzi, które chciałbym mieć. Na przykład czemu to wszystko jest tutaj tak dziwnie napisane, czemu gramatyka jest celowo niepoprawna, czemu dialogi mieszają się z narracją, czemu to jest aż tak wulgarne i prostackie miejscami, czemu tak ciężko ogarnąć tę opowieść… Napiszę tylko, że oddałem się temu zagubieniu. I czytało się dobrze, to zabawna i wciągająca książka napisana w przepiękny sposób. I będę czytać „Stella Maris” w przyszłości. I wtedy może dopiero ogarnę życie Bobby’ego Westerna.

Polskie wydanie jest pomidorek. https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 2 z 5

The Santa Clauses - sezon I (2022)

16 grudnia

Tak, to jest słabe. Nie oglądałem pierwszych trzech filmów z serii o chłopie, który zabił Mikołaja i zajął jego miejsce – ale spodziewałem się, że poziom nie będzie wysoki. I nie był. To jest przesłodzone, nie ma pomysłu na siebie za bardzo, ładuje ile może w kolorową dekorację bez dbania o atmosferę i nie może się odnaleźć pod żadnym względem. Z jednej strony współczesne poczucie humoru i zaangażowanie społeczne w to, że pani Mikołajowa nie ma imienia, z drugiej uparte trzymanie się Mikołajowych pewników, z kominkami itd.

Tylko czemu mnie to męczy? Bo twórcy nie mają pojęcia, że robią coś słabego. A to już byłoby ok. Wracają 15 lat później do marki w klimacie odgrzewanych kotletów – i robią to tylko dlatego, że ktoś im to zlecił, zapłacił, więc coś tam zrobią. Na szybko, byle jak – to można zrozumieć. Tymczasem podczas oglądania nie ma śladu pokory, zamiast tego jest to przekonanie, że faktycznie robią coś udanego, że żarty są śmieszne, że bohaterowie są sympatyczni… I to już mierzi.

Bo to serial składający się z sześciu odcinków po 28 minut, gdzie Mikołaj musi znaleźć zastępstwo, bo tak, więc znajduje typa, którego nawet nie sprawdzi. A ten pierwsze co robi, to zamienia Mikołajowanie w codziennego Amazona. Każdego dnia urządza Gwiazdkę. I pierwszy Mikołaj wraca na stanowisko. Koniec fabuły. To nadal jest poziom kontynuacji prosto-na-DVD, ale z przekonaniem, że robią film kinowy. https://garretreza.pl/produkcje-swiateczne-22/

Ocena 5 z 5

Star Wars: The Clone Wars (2008–2020)

13 grudnia

To jest ta produkcja ze świata SW, której potrzebuję – sensownie rozwijająca świat przedstawiony, motywy fabularne czy relacje między bohaterami. To wszystko ma miejsce między drugim i trzecim prequelem, pokazując kolejne epizody z działań wojennych. Każdy odcinek to jest część jakiejś większej opowieści rozbitej na dwa do czterech odcinków, prowadząc to wszystko do rozkazu 66, który będzie mieć miejsce całkowicie w tle.

Widziałem tutaj spójność z tym, co Lucas widział w świecie Gwiezdnych Wojen – i jak udało mu się tutaj o tym opowiedzieć. Jedi zaślepieni władzą albo podążaniem za kimś, kogo uznają za króla lub kogoś równie ważnego. Przepisy ponad wszystko – i tak dalej. Złożoność świata i liczne niejednoznaczne sytuacje, które otwierają przed młodym – i nie tylko – widzem skomplikowanie świata, do którego niedługo wejdzie. Zrozumienie antagonistów, wrogowie stający się kompanami, zmiany filozofii i stanowisk – to tutaj jest i jest zrealizowane naprawdę dobrze. Do tego we właściwy sposób opowiada o tych wszystkich postaciach, które już wcześniej pojawiły się w uniwersum SW, dodając jednocześnie kolejne. I widać niestety, że twórcy sequeli nie mieli zamiaru nawet zainteresować się oglądaniem The Clone Wars.

Szkoda, że całość zaczyna się tak prosto i infantylnie, rozkręcając się dopiero gdzieś pomiędzy drugim i czwartym sezonem – a siódmy i tak przecież powstał po latach. Animacja i kreska, modele bohaterów – to jest coś, do czego trzeba naprawdę mocno przywyknąć, zanim się to zaakceptuje i zrozumie. Mnie nadal ciężko wyartykułować, czemu tak kanciaste i przerysowane modele postaci były właściwym wyborem artystycznym. Chyba coś o tym, że to pozwoliło na większą dynamikę animacji oraz charakterystyczność ekspresji. Czy coś.

Filmy starają się przekonać, że Star Wars to po prostu proste historie o walce dobra i zła – bez definiowania tego inaczej niż: „Bohaterowie są dobrzy, więc tamci są źli”. I to dobro walczy ze złem, wygrywa, zaczyna się nowa trylogia i powtarzamy. The Clone Wars pokazuje faktyczną głębię stojącą za tym uniwersum. https://garretreza.pl/gw6/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic