BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
Stargate SG-1, 3×14
OSTATNIO OGLĄDANE
Przybywacie z daleka („Come From Away”) - wersja na żywo
10.09.2026 - Scena Relax, Warszawa
Widziałem wersję na żywo. Na dodatek polską. I to jeszcze pra-premierę w przeddzień 25 rocznicy 11 września. Efekt jest pozytywny: jest to polska wersja arcydzieła, autorska adaptacja podchodząca z otwartą głową do tego, co już istnieje: inna jest scena, choreografia, aktorzy mieli przestrzeń na dodanie od siebie tu i tam kilku słów. Jest więc to inne wystarczająco, przez co może być gorsze lub lepsze. Osobiście nie wiem, czy ktokolwiek określi zmniejszenie sceny i pozbycie się orkiestry jako lepsze. Na pewno będą fani improwizacji Alberta Osika, który dodaje fizyczności swojej postaci – ale pewnie będą tacy, którzy nie polubią tego dodatku. Na pewno za to każdy określi lepszym fakt, że obsada wyraźnie ma ze sobą przyjaźniejsze stosunki, jest między nimi większa bezpośredniość. Faktycznie się ich ogląda jak grupę ludzi znających się i widzących każdego dnia – a to właśnie mieliśmy zobaczyć.
Choreografia nie jest całkowicie wymieniona – raczej trzymają się tego, co już zostało wynalezione, tylko nieznacznie uproszczone, ale mieli swoje pomysły. I one mogą być – chyba jedynym wyjątkiem jest „Stop The World”, gdzie zastąpili bardzo istotne dokładanie krzeseł przez resztę postaci… No, niczym. Stoją na tych krzesłach w miejscu i nic więcej, reszta wchodzi i robi chórek. To jest ewidentne niezrozumienie pierwotnej głębi układu – dosłownie śpiewają o łączeniu kontynentów, żeby się nie rozdzielać i ludzie wokół pomagają im to osiągnąć, aby pomimo ruchu nadal zostali razem… Nadal jest musical potrafi gęsto robić wrażenie masą grupowych piosenek. „Costume Party”, „On The Edge”, „In the Bar” – to co mieli udźwignąć, to udźwignęli. Wspaniałe widowisko. Nie oderwałem oczu na jedną sekundę.
W temacie piosenek – wokalnie polscy aktorzy stają na wysokości zadania bez wątpliwości, tylko niestety tłumaczenie piosenek rzuciło im kłody pod nogi. Nawet jeśli nie zna się pierwotnej wersji, to każdy usłyszy, ile razy aktorzy muszą naginać słowa, aby zmieścić je w układzie muzycznym. Robią co mogą, ale efekt jest krzywy. Są momenty, gdy piosenki faktycznie się rymują i mają wewnętrzny rytm, historia chyba też jest zrozumiała dla nowych widzów, ale tłumacz musiał mieć ze dwa dni na przekład. Powinni dać mu dużo więcej. Szacunek dla Barbary Melzer za to, jak udźwignęła nieszczęsne tłumaczenie „Me And The Sky”. Jeszcze chyba mikser dźwięku ją skrzywdził, ilekroć grała postać nauczycielki – chyba że sama robiła tak piszczący głos, to było bardzo nieprzyjemne dla ucha.
Aktorzy śpiewają też absurdalnie czysto – i jednocześnie z tym ludzkim brudem, na który miałem nadzieję – również w sekwencjach „przekrzykiwanych”, harmonie jedynie okazjonalnie wymagały zgrania. Problem faktyczny jest inny – techniczny. Ogólnie widać, że to był pierwszy publiczny pokaz i aktorzy pomylili się parę razy, dźwięk też wymagał wyćwiczenia: aktor gada i nie ma włączonego dźwięku, oświetlenie też się myliło. Utrudniało to śledzenie akcji, ponieważ parokrotnie nie szło zrozumieć, co oni śpiewają, albo kto śpiewa – chyba nawet nie ma reżyserskich wskazówek, aby wizualnie wskazywać, kto z obsady akurat mówi.
Całość jest też mniej dynamiczna od pierwowzoru. Może to polskie podejście, aby dramaturgia bardziej wybrzmiała. Może to po prostu rozgrzewanie się i faza ćwiczenia, a kiedyś dojdą do tej niesłychanej precyzji oryginału. Pewnie oba przypuszczenia są prawdziwe – pada jakaś dramatyczna kwestia i przez te 3 sekundy nie możemy się ruszyć, aż któraś postać zacznie iść na swoją pozycję i tam zaczyna kolejny segment musicalu. Słychać nawet było ze dwa razy, jak na muzykę aktorzy musieli czekać. Dramaturgia oczywiście była zasłużona – dwa razy miałem dreszcze, gdy swoje bomby zrzucili Mateusz Feliński oraz Przemysław Glapiński.
Nie wymieniam wszystkich aktorów, ale każdy zasłużył na pochwały. Żałuję, że nie mam możliwości obejrzeć tego musicalu jeszcze parę razy z kolejnymi aktorami, z tymi, których już widziałem. Przyjechałem z północy Polski do Warszawy na te kilka godzin, zapłaciłem 160 PLN lekką ręką tylko dlatego, że to właśnie miał być jednorazowy wydatek. A jeszcze większą ochotę mam zobaczyć jak za miesiąc, za pół roku otrzepią się ze swoją rolą i do czego wtedy dojdą. W końcu porównuję ich debiut do występu obsady, która została zarejestrowana po czterech latach grania bez przerwy… Nielicząc pandemii, ale to inna sprawa.
Jestem szczęśliwy, że to zobaczyłem na żywo. „Co gryzie Gilberta Grape’a” bez Di Caprio i Deppa to przecież nadal coś, co trzeba zobaczyć. https://garretreza.pl/come-from-away/
PRZECZYTAŁEM
Rebeka – Daphne du Maurier, 1938
10 września
To jest jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałem. A przynajmniej jej dwie pierwsze części. Przedstawiają wspomnienia kobiety, która znalazła bogatego męża, wprowadziła się do wspaniałej posiadłości i teraz jest nieszczęśliwa. Ciężko będzie to opisać, ale to naprawdę było wspaniałe, ponieważ to nie jest żaden kryminał, horror, fantasy czy co tam jeszcze chcą wydawcy. To powieść psychologiczna, stawiająca na narrację z pierwszej osoby. Osoby, która jest bardzo nieśmiała, niepewna siebie, pełna wątpliwości. I milczy. Milczy, ponieważ nie wie, co powiedzieć. Milczy, bo nie zna odpowiedzi. Milczy, bo nikt jej nie słucha. Milczy, bo nikt nie zwraca na nią uwagi. Milczy, bo inni wtedy mówią.
To oraz ten średni metraż Susan Seidelman o kobietach z przedmieść jest dla mnie tutaj znaczący, ponieważ te dwie pozycje zdają się osiągać to, co feminizm twierdzi, że stara się osiągnąć, tylko jakoś osiąga odwrotność. Średni metraż Seidelman przedstawia świat kobiet, które były przygotowane do życia, które miało nie nastąpić: miały sobie znaleźć chłopa i on będzie dorosły, a od nich samych nikt nie oczekiwał, że będą musiały być dojrzałe, więc ich do tego nie przygotowywano. Przygotowywano je na coś zupełnie innego. Protagonistka „Rebeki” taka właśnie jest: wchodzi w świat, gdzie kobieta ma pełno obowiązków, jak umówić się na fryzjera, odpisywać na listy, ustalić menu kucharzowi, wybrać pozycję wazonu oraz codziennie przypilnować, aby były tam świeże kwiaty… A w jej milczeniu słyszę milczenie kobiety, którą pokochałem. Jak bardzo jej trzeba było nasrać do głowy, aby tak sama się wycofała, miała tak mało wiary w siebie i własną wartość. „Rebeka” naprawdę potrafi to przedstawić i pomóc zrozumieć, jak wygląda życie i tok rozumowania kobiety. Szczególnie jej fantazje, nieustające wyobrażanie sobie tego, jak coś musiało wyglądać, jak kolejny dzień będzie wyglądać, co ludzie będą mówić, jak to wszystko piętrzy się i wpływa na jej postrzeganie rzeczywistości, jak uniemożliwia to jej podejmowanie najprostszych decyzji, rozwiązanie konfliktów i problemów w banalny sposób.
I to nigdy nie jest tak naprawdę sednem książki, jej treścią. To nie jest książka o tym, że mąż nie zwraca uwagi na protagonistkę i dlatego jej los jest okropny, a chłop okrutny. To książka o protagonistce i jej życiu wewnętrznym. To jest całą akcją książki, w której tak naprawdę nie dzieje się zbyt wiele. Znajduje męża, wprowadza się i nie czuje się tam szczęśliwa, ponieważ, poprzez liczne zabiegi podprogowe, nie czuje się być sobą. Czuje, jakby wchodziła w rolę do wypełnienia. Rolę Rebeki. Czuje, jakby cały świat spodziewał się, że będzie Rebeką. To jest książka o poczuciu bezsilności. To jest tragedia.
Do tego całość jest naprawdę dynamicznie napisana. Język jak język, jest on przede wszystkim angażujący, ale sama konstrukcja – to niemal literacki serial, gdzie każdy rozdział ma te +/- 20 stron i kończy się pobudzającym wyobraźnię momentem czy zdaniem. Aż chce się czytać dalej i dalej. Nie wiem, ilu pisarzy pomyślałoby o tym, aby tak zrobić w tytule psychologicznym.
A potem… Jest ostatnia trzecia tej książki, która to wszystko wykreśla, zastępuje czymś nieistotnym, a protagonistkę podmienia na psychopatkę. I robi to w zasadzie jednym zdaniem, za którą cała reszta musi podążyć. Uzasadnienie tego to zdradzanie treści, więc zaczynamy:
Znajdują wrak łodzi i w środku ciało. Okazuje się, że to jest ciało Rebeki, ponieważ… Max ją zabił. Zastrzelił. I wszystko upozorował. W filmie Rebeka ulega wypadkowi i Maxim zaciera ślady, aby nikt go nie podejrzewał o morderstwo, tymczasem w książce ją wprost zabił. A zrobił to, ponieważ… To nie jest istotne, ponieważ protagonistka nie musi tego usłyszeć. Ona jest szczęśliwa gdy tylko usłyszała, że chłop zabił swoją żonę. Nie kochał jej. Nie musi być Rebeką, aby go uszczęśliwiać. ZABIŁ CZŁOWIEKA, A JEJ REAKCJĄ JEST EKSCYTACJA I ULGA. Wszystko, co do tej pory napisałem, muszę wypierdolić za okno, tylko jak? Ja naprawdę to wszystko wyciągnąłem z tej lektury.
Uzasadnienie morderstwa jakieś otrzymujemy, ale jest ono słabe i niewystarczające. Idziemy dalej: Maxim nie może za to odpowiedzieć, bo nie. Sąd sam wymyśla, że Rebeka popełniła samobójstwo, ale jej kochanek orzeka: co to za głupota, czemu miałaby się zabić? I ciągną to, ciągną, przez wiele stron, aż odkryją – ROK PO JEJ ŚMIERCI – że była wcześniej u lekarza. I jadą do niego przez 40000000 stron, denerwując się, co on im powie. Czytelnik wie od dawna – Rebeka musiała być nieuleczalnie chora albo porobiła i nie chce żyć, więc zmusi Maxima, aby ją zabił, aby to ją prześladowało. Taka cwaniara. I tak właśnie jest: miała nowotwór. Nieuleczalny. Więc teoria z samobójstwem jest już wiarygodna i kończymy sprawę… Ale wracają do Manderlay i jest sugerowane, że ono płonie, ale urywamy na tym opowieść. Film przynajmniej wprost pokazuje, że Danny podpaliła posiadłość i spłonęła razem z nią. Taki finał ma sens, a nie, że łuna wschodzącego słońca jest widoczna na zachodzie i dodają gazu w nerwach.
Nagle doskonała powieść psychologiczna staje się słabym thrillerem czy tam kryminałem, a to dodaje wady tej pozycji. Widać jak na dłoni amatorstwo autorki w konstruowaniu intrygi, chociażby poprzez tworzenie postaci Bena tylko po to, aby 300 stron później służył za potencjalnego świadka, który nic nie mówi wystraszony, więc… Jakby go nie było, to by akcja potoczyła się tak samo. Wszystko przychodzi bohaterom zbyt łatwo, robi się za nich, nie ma faktycznego zagrożenia. Jedynym wyzwaniem jest pijak i debil, którego każdy ma w dupie, bo chleje i ruchał własną kuzynkę. Sama protagonistka tylko jest na ostatnich stu stronach i nie ma znaczenia, czy w ogóle tam jest. To jest straszne. Przykre.
Szkoda. To była książka 5/5 i absolutna topka mojego życia. Co zmieniło się w ciągu jednego zdanie i wiedziałem, że nie ma od tego odwrotu. Czy ma sens czytać cokolwiek od niej jeszcze? Czy ma sens traktować ranking stu kryminałów uznanych za najlepsze w historii przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej w 1990 roku, gdy ten kryminał w porywach zasługujący (jako kryminał) na 3/10 jest w Top 6? Chciałem dać 4/5, ponieważ większa część tej książki jest wspaniała, ale w trakcie czytania pogodziłem się z faktem: autorka to zniszczyła. Zaprzepaściła. Wykreśliła. Protagonistka jest zupełnie inna. Jest chora psychicznie. Daphne Maurier zraniła mnie w ten sposób. I nie umiem znaleźć wytłumaczenia ku temu. https://garretreza.pl/ksiazki/
Kill Bill 2 (2004)
5 września | HBO | powtórka
Jest na YouTubie ranking filmów Tarantino w wykonaniu trzech prezydentów USA. Oczywiście fikcyjny, ale pada tam zdanie, że „Poza Umą Thurman ratującą się z trumny nie pamiętam z tego filmu nic”. Gdy to usłyszałem, to się pod tym podpisałem. Tak jak z pierwszej części nadal pamiętam chyba większość, tak z drugiej pamiętam… Trumnę. Przy powtórce okazuje się, że to prawie pół filmu – od ataku poprzez unieruchomienie, bycie pochowaną, retrospekcję treningu i w końcu wyswobodzenie się z trumny. Na tym etapie jesteśmy w okolicy 50 minuty. Ciężko jednak powiedzieć, co się dzieje później, między trumną i punktem kulminacyjnym.
Na szczęście mogę napisać, że pamiętam więcej. Opening czarno-biały w kościele, walkę z jednooką, wyciąganie oka, trening, stopy lecące w stronę kampera i wiele, wiele innych detali. To nie jest tak, że ten tytuł nie zapada w pamięci. Nadal wprowadza widza w świat tych dziwnych ludzi, którzy są z natury zabójcami i tylko takie życie znają, więc widzą wszystko inaczej – bycie gotowym na śmierć, na zemstę. I jak ciąża to potrafi wywrócić. Jak strach wchodzi w los osób, które żyły bez strachu. Jak życie wchodzi do życia ludzi, którzy znali tylko śmierć. Chyba ten film próbuje być o czymś w tym stylu, nie wiem. Najczęściej jest bardzo przekonywujący, nawet jeśli nie do końca wie, w którą stronę idzie – ale parę razy nie uda mu się kupić widza. „Jestem matką, nie zabijaj mnie” – a tamta druga ze strzelbą w jednej ręce. Przesada.
Niemniej – to jest ciąg fantastycznych sekwencji. Jedne były improwizowane (demolka po utracie oka) inne miały wyglądać inaczej i pod naciskiem producenta zrealizowano coś innego (punkt kulminacyjny), w każdym jest jakiś szczegół do odkrycia – chociażby to, że wszystkie zgony są z ręki kobiecej. Albo że w drugiej części na ekranie umierają tylko trzy osoby. Albo że The Bride wyrywa oko ręką, która należała do jej Mistrza.
Nie dorasta to do poziomu pierwszej części, ale nie musi – przecież nadal pozostaje częścią tego samego tytułu. To się ogląda jak jedną produkcję, jak dwie połowy jednego musicalu na Broadwayu – ludzie zawsze wolą jedną lub drugą. Gdyby był to samodzielny tytuł – a dałoby radę tak to ponaciągać, w końcu scena wesela i tak już tu jest – oceniłbym jedną gwiazdkę niżej. Jednak prawda jest taka, że to czterogodzinny tytuł pełen przemocy i wspomnień, niezwykłych pomysłów, do którego będę chciał wrócić. https://garretreza.pl/quentin-tarantino/
Nagie miasto ("The Naked City", 1948)
3 września
Coś na kształt dokumentu, city-symfonii czy tego czegoś, co kręcił Andrzej Munk na potrzeby propagandy o życiu Warszawy. Tylko tutaj jest przedstawiony Nowy Jork poprzez pryzmat sprawy kryminalnej: ludzie się bawią i robią inne rzeczy, a obok ma miejsce morderstwo i wszystko wokół niego jest przedstawione trochę w kontekście Nowego Jorku. Na przykład ofiarę spotkał zły los, bo uwiódł ją czar nocnych klubów i innych rzeczy, których nie miała w swoim małym mieście, które znała do tej pory. Albo typ spod ciemnej gwiazdy, który ogłasza, jak łatwo może zniknąć w tym olbrzymim mieście… Naciągane? Tak. I nie do końca zrozumiałe, co twórcy chcieli w ten sposób osiągnąć. Gdy morderstwo zostanie wyjaśnione, to narrator dodaje jedynie: a jutro znowu ktoś umrze i znowu będzie nowa zagadka. E?
Tym bardziej szkoda, że większość czasu spędzamy na oglądaniu kryminału z kina typu B. Nie ma tutaj silenia się na realizm czy powagę, nawet jak na tamte czasy. Oglądamy więc tani, nijaki film z dziwnym narratorem, który próbuje tutaj nadać sprawie jakiś szerszy kontekst, tylko nie rozumie zadania, które mu powierzono. Nie wiem, czy ktokolwiek z twórców rozumiał to zadanie. W przyszłości w kinie udało się je zrealizować, ale tutaj było do tego daleko.
Nie widać też ręki Dassina. Może w pojedynczych ujęciach co najwyżej. Cztery gwiazdki za to, że dosyć późno przestałem się oszukiwać, że to się uda. Komentarz z Internetu: A 3 star movie with 5 star cinematography. https://garretreza.pl/jules-dassin/