BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
OSTATNIO OGLĄDANE
Małżonek do wynajęcia ("Esposa de aluguel", 2022)
15 kwietnia | Netflix
On nie wierzy w związki – poznajemy, są razem trzy miesiące i koniec, ponieważ „powody” i „związki nie są dla niego”. Ona jest aktorką na scenie i do wynajęcia, żeby grać żonę czy coś w tym stylu, gdy ktoś jest gejem i musi udawać, że ma kobietę w życiu. Jemu umiera mama i jej ostatnim życzeniem jest, żeby synek w końcu się usamodzielnił, czyli znalazł sobie samicę. Więc on wynajmuje tę aktorkę.
W jakiś sposób żadne z nich nie ma osobowości. Z całą pewnością on jest dziecinny a ona wkurzająca, ale ciężko o nich powiedzieć coś więcej. Pomysły na rozwój historii? Brak. Jemu zechce się w końcu seksu, więc pojedzie pod namiot z inną samicą, ale weźmie ze sobą aktorkę dla pozorów czy coś i jej będzie przeszkadzać słuchanie, jak się całują, więc będzie udawać niedźwiedzia atakującego ich namiot. Albo że siostra bohatera będzie coś podejrzewać, ponieważ… No nie jest dobrze. Nie ma w tym filmie żadnej atrakcji, uroku, czegokolwiek wartego chwalenia. Seans jest maksymalnie obojętny.
A potem jeb, otrzymujemy zwrot akcji: okazuje się, że to matka bohatera wynajęła tę aktorkę! Którą on sam wynajął, żeby matka miała iluzję prawdziwego małżeństwa. I teraz wszyscy widzowie dostają wylewu próbując to jakoś poskładać w logiczną całość. Nie udaje się, dostają wylewu, skaczą na proste nogi i krzyczą do telewizora próbując mu wytłumaczyć, że to jest skończone kretyństwo, ale to nic nie daje. Film kończy się tak, jakby tego zwrotu akcji nie było – ona i on i tak zostają razem, a mama okazuje się być tak naprawdę zdrowa.
Nie ma takiego scenariusza, w którym twórcy tego filmu nie muszą przeprosić wszystkich ludzi za to, co tutaj zrobili. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Obserwator - sezon I ("The Watcher", 2022)
9 kwietnia | Netflix
Z cyklu: scenariusz wytrzyma każdą ilość głupoty. Spróbujmy więc przekroczyć granicę. Czy się udało? Nie jestem pewien. Na pewno są to głupoty wysoce rozrywkowe. Zaczyna się jeszcze jako tako: małżeństwo z dziećmi jadą do nowego domu. Nie stać ich, ale się postarają i mają ten dom, tylko jak już tam zamieszkają, to dostają listy od tytułowego Watchera, że ich obserwuje, więc bohaterom odwala, chociaż w sumie… Jak o tym myślę, to coś im się stało w trakcie serialu? Czy tylko panikowali, że nie wiadomo co się zaraz stanie i nic się nie stało? Znaleźli tego zwierzaka zabitego, o. Ale to było w drugim odcinku, a dalej?
Od której strony to opisywać? To nawet nie działa jako home-porn, ponieważ dom jest atrakcyjny głównie z zewnątrz, a w środku ledwo spędzamy czas i nic nie widać, jest tam dosyć ciasno i nie ma żadnej przyjemności z bycia tam, więc cały motyw fascynacji i walki o ten dom nie jest wiarygodny. Sąsiedzi? Ani jednej normalnej osoby. Jest Mia Farrow w roli samej siebie oraz kilku starszych debili, którzy wejdą na trawnik i to tyle. Będą gadać głupoty, ale to tyle. Więcej towarzystwa nie ma. Z postaci pobocznych będzie jeszcze policjant, któremu trzeba będzie mówić, co ma zrobić, a na końcu strzeli focha, pani detektyw, która na koniec umrze na raka i będzie wciskać kit, że to ona jest Watcherem (co nawet tym debilem zajmie ledwo trzy minuty, by zweryfikować), oraz agent nieruchomości, która też strzeli focha. Wszyscy głupi jak but w swoim własnym zakresie, to nie jest udawanie przed widzem.
Niedorzeczności fabularne… Tego nie da się opowiedzieć, bo i tak mi nie uwierzycie. Będzie na przykład taki moment, że sąsiedzi popełnią samobójstwo. I ich syn będzie płakać na środku ulicy, że to przez głównego bohatera, bo ten postanowił zrobić remont kuchni i przeszkadzał im hałasem. A potem oni wrócą, będą żywi i musiałem czekać, aż ktoś chociaż zapyta: co do kurwy? Każda głupota jest tak wielopiętrowa i niedorzeczna na tyle sposobów, że będzie przerywać gotowanie czy sprzątanie, żeby debatować z telewizorem, jak te wysrywy twórców miałyby w ogóle funkcjonować.
Całość niestety nadaje się do oglądania tylko jednym okiem, bo jak próbowałem oglądać na poważnie, to się wkurzałem za bardzo. Oglądając jednym okiem? Wtedy jest idealnie. Więc z mojej strony takie 3=/10. Tak czy siak: jedna gwiazdka. Każdy z aktorów będzie do końca życia musiał przepraszać za branie udziału w tej produkcji i mówienie tych absurdów ze scenariusza na głos.
PS. Tak, sezon I… Robią właśnie sezon drugi. Ta sama obsada, więc to kontynuacja najwyraźniej. Muszę przyznać: aż jestem ciekaw, co oni tam za głupoty wymyślą. Do jesieni zdążę zapomnieć, ale jakby teraz drugi sezon był dostępny, to bym zerknął na pierwszy odcinek. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Gdy miasto śpi ("While the City Sleeps", 1956)
11 kwietnia
Opis filmu mówi: „Dziennikarz Edward Mobley staje przed prawie niewykonalnym zadaniem: schwytać mordercę, ochronić imperium medialne przed wpadnięciem w niewłaściwe dłonie oraz uratować swój związek z ukochaną przed rozpadem”. To wszystko w 90 minut. Będąc jednocześnie tak naprawdę filmem twórcy M, który musiał inspirować się Asem w potrzasku Wildera i jednocześnie musiał głęboko zainspirować Psychozę. Książkę albo film. Ciężko zobaczyć otwierającą scenę i nie pomyśleć o filmie. Ciężko w trakcie nie myśleć o filmowej Psychozie.
Gdy miasto śpi nadal jest ambitnym obrazem, który ostatecznie broni się jako dzieło tego samego człowieka, który 25 lat wcześniej prosił społeczeństwo, aby wzbroniło się przed samosądem wobec mordercy (M„). Tutaj pogoń za mordercą jest częścią komentarza społecznego o wartości złapania seryjnego zabójcy niewinnych istot: ważne jest samo powstrzymanie go prze kolejnymi zbrodniami, czy też kto to zrobi? A może: kto na tym zyska? Historia przeładowana jest postaciami i wątkami pobocznymi do tego stopnia, że momentami ciężko wskazać palcem, co tu jest główne, a co poboczne. I końcowy efekt nie jest zbyt przemawiający do wyobraźni: film teoretycznie powinien się skończyć, a tak naprawdę mamy przed sobą jeszcze paręnaście minut kończenia wątków, które nie były angażujące ani przez moment, a co dopiero w czwartym akcie. Happy end też wydaje się dopisany pod wpływem osób trzecich – w wizji twórców na pewno nie mogło go tam być.
Niemniej: dużo ludzi pracowało uczciwie przy tym filmie i starało się, aby zadziałał. To dobry seans. Z pewnością wystarczający dla fanów noir lat 50.
PS. Film powstały w oparciu o książkę podejmującej temat człowieka skazanego na dożywocie za morderstwo 3 kobiet. Zmarł w 2012 roku. Na cukrzycę. Miał 17 lat, gdy został aresztowany i przesłuchiwany do skutku, z licznymi zastrzeżeniami i wątpliwościami, na ile jego przyznanie się do winy było właściwe. Na Wiki jest też zdjęcie wiadomości na ścianie napisanej szminką: „For heAVens SAKe cAtch me BeFore I Kill More I cAnnot control MyselF.” Trzecią ofiarą była sześcioletnia dziewczynka, której ciało zostało znalezione we fragmentach. Osobiście – to już jest film Langa, który mógł być jego kolejnym wielkim tytułem. Nie wiem, ile wtedy o sprawie było powszechnie powiedziane, ile wyszło po latach, ale zrobienie pełnego metrażu stawiającego pytanie o wartość takiego przesłuchania byłoby wystarczające. Po co te wątki dziennikarskie i romansowe, kiedy sam kryminał był aż nadto bogaty w treść?
PPS… Czytając o życiu w więzieniu tego człowieka, ile szkół skończył i jaką edukację odebrał, jak pomagał innym więźniom… A oni robią film o Ptaszniku z Alcatraz?! Niedobrze mi. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Pięć grobów na drodze do Kairu ("Five Graves to Cairo", 1943)
10 kwietnia
Brytyjski żołnierz ostatkiem sił znajduje na pustyni zniszczony przez wojnę hotel, który chwilę potem staje się bazą dla wojsk niemieckich. Przyjmuje więc personalia byłego kelnera, który okazuje się, że był szpiegiem na rzecz Niemców. Do tego jego potencjalni sprzymierzeńcy mają inne zamiary wobec wroga: chcą się z nim dogadać. Inni chcą tylko przetrwać. Jeszcze inni chcą wykorzystać okazję, jaką jest posiadanie podwójnego szpiega.
Trochę to zakręcone niczym w komedii pomyłek, a nie poważnym dramacie wojennym, ale jednak seans oswaja z tym wszystkim. Scenariusze na tym poziomie są wciąż wyjątkiem od reguły, czyli opowiadania scena za sceną aż do końca – Charles Brackett i Billy Wilder tworzą należycie: kreują wątki drugoplanowe, które mają związek z tematem przewodnik. Mają set-up i mają pay-off. Jest to trochę fikcyjne, ale też pozwala mieć poczucie, że obcuje się ze sztuką. Sztuką opowiadającą o wojnie i obowiązku jednostki, wychodząc jednocześnie obronną ręką z podejrzeń o bycie propagandą – tutaj zamiast zachęty do umierania za sprawę jest przypomnienie o szerszej perspektywie: jedni umierają, aby drudzy mogli żyć. I na przykład: pomścić tych, którzy oddali swoje życie.
Jak dobrze, że finał pasuje do tego wszystkiego. Pomimo screwballowej intrygi i masy lekkości w poszczególnych momentach. Nawet Erich von Stroheim w roli Niemieckiego Feldmarszałka nie da się traktować do końca na poważnie, chociaż jest groźny i ma się pewność, że strzeliłby komuś w łeb za jedno niewłaściwe słowo. Jednocześnie jednak jak mu podawali kawę do łóżka, to wydawał się taki… Potulny. Brackett, Wilder, Stroheim – doskonała robota. Plus: jedna z najlepszych scen akcji, jeśli chodzi o statyczne, czarno-białe zdjęcia i posługiwanie się światło-cieniem oraz dźwiękiem. Szczególnie: dźwiękiem otoczenia. Każde ujęcie oddzielnie zostało rewelacyjnie wykonane na poziomie choreografii i połączone trzymało w napięciu, jednocześnie robiło wrażenie wizualnie.
Dali radę. https://garretreza.pl/billy-wilder/
Metropolis (1927)
7 kwietnia | powtórka
Fritz Lang musiał chyba najlepiej odnajdywać się w prostych, łatwych ideach, które następnie realizował z rozmachem. Metropolis od strony treści jest tak proste, że niestety wszystkie strony mogą tutaj odnaleźć to, co chcą. Czy to film o przyjęciu władzy? Czy to film o obaleniu władzy? Czy to film o walce o sprawiedliwość? Tak. Socjaliści widzą tutaj dowód na błędy kapitalizmu, wszystko w rękach jednego prywaciarza zbierającego dla siebie efekty czyjejś pracy. Kapitaliście zobaczą tutaj efekt gospodarki sterowanej centralnie, czyli etatyzm i socjalizm. Film był wyraźnie apelem o jednocześnie się jako ludzkość – syn schodzi w dół do swoich braci i nie wierzy, jak wygląda ich los, to jest jego motywacja. A tymczasem nawet naziści polubili ten film, bo zobaczyli tutaj opowieść o obaleniu władzy – żeby wiadomo kto był u władzy, a nie, żeby coś zmienić. Więc tego. Lang sam po latach miał przyznać, że podszedł zbyt nieodpowiedzialnie do opowiadania historii zaangażowanej społecznie.
Intencje jednak widać. W obecnie dostępnej wersji, odkrytej po 2008 roku. Widać wciąż, które zniszczone momenty miały być wcześniej odebrane widowni i jasnym jest, ile tracili w zakresie możliwości zrozumienia tej fabuły. Miejscami są to kilkusekundowe fragmenty, jak obrót czyjeś głowy, ale już dzięki temu wiadomo, kto mówi i kontekst tego, co mówi, na co patrzy itd. Chociaż to akurat najmniejszy problem tego filmu – w końcu doszło nawet do tego, że dystrybutor (z ramienia Paramount Pictures i MGM) zatrudnił innego scenarzystę, aby napisał nową historię w oparciu o istniejący materiał, byle tylko film trwał dwie godziny. I w ten sposób powstały nowe dialogi, wycięto wątki i tło historii, a Lang postanowił, że nigdy nie wybierze się do USA. Pocięte wersje szybko wyparły oryginał, który nigdy nie miał się ukazać już w chociaż zbliżonej do pierwotnej wersji za życia reżysera.
Film wywarł jednak wielkie wrażenie taki, jaki był. Nie ze względu na historię, ale spektakl. Te wszystkie plany zdjęciowe, dekoracje, tłumy statystów – „Metropolis” jest ogromne. Tworząc świat baśniowego, mrocznego jutra brało inspiracje z każdej strony, od gotyku poprzez futuryzm, kubizm i operę, inspirując przyszłe pokolenia po kolei kostiumami, scenografią i wrażeniem jak leci: gry komputerowe, muzykę, filmy, komiksy. Osobiście byłem przekonany, że „Otherside” Red Hotów zawdzięcza teledysk „Metropolis” właśnie, chociaż prawdą jest bardziej to, że inspirowali się niemieckim impresjonizmem tak ogólnie. Wszyscy artyści pracujący przy „Metropolis” zasłużyli, żeby przejść do historii. Nawet jeśli ta historia jest burzliwa i trzeba było stu lat, by się wszystko uspokoiło. Nawet jeśli sto lat później odbiór sztuki nadal jest problematyczny i widownia może tutaj zobaczyć rzeczy, które nie były planowane, to mogą zobaczyć też opowieść o człowieku przejętego losem swoich braci. To dziedzictwo Metropoli” nadal jest możliwe. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Nibelungi - Zemsta Krymhildy (1924)
8 kwietnia
Napiszę tak – film robi wrażenie technicznie, z jakim rozmachem decyduje się przenieść epicki poemat sprzed tysiąca lat na ekran. Tylko nadal jest to banalna opowieść o zemście pełna głupot wynikających z przedramatyzowania. W pierwszej części Krymhilda straciła ukochanego i teraz w drugim filmie robi wszystko, by pomścić go, co nie skończy się dla nikogo dobrze, ale to nie ma znaczenia, bo ona i tak była martwa od kiedy zabili jej miłość. A że po drodze pojawił się chłop, który w trakcie przez nią stracił dziecko (i żonę), to co, takie życie. To była dla mnie największa tragedia w tej historii.
Ciężko było mi się w to angażować. Doceniam budowanie planów i kostiumów i tłumy w kadrze, ale gdy narracja musi być podporządkowana dramaturgii kina niemego, gdzie chłop zabija dziecko i czeka dwie minuty bez ruchu, aż kamera skończy skupiać się na reakcji ojca, co jest w czasie rzeczywistym przecież… Sama przemoc zresztą też była „jak na swoje czasy” i trzeba było się domyślać, że temu dziecku coś się stało. Chyba dopiero w ostatniej scenie faktycznie widzieliśmy zamach mieczem i uderzenie ostrzem w ciało.
Nie mogę też napisać, że ten seans sprawił, bym zrozumiał istotność kulturową tego poematu dla kultury niemieckiej. Autor nieznany, poemat wypływał i był zapominany, a dziś jest częścią dziedzictwa kulturowego i nie czuję po seansie, że coś takiego zobaczyłem. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Sandman - sezon I (2022)
4 kwietnia | Netflix
Kwestia adaptacji „Sandmana” nie jest czymś prostym. Sam proces faktycznej adaptacji był technicznie rzecz biorąc skomplikowany – wiele podejść, anulowania projektu, zmiany obsady, wszystko to ciągnęło się przez dekady niemal od publikacji zeszytów – ale i samo zaadaptowanie komiksów w inne medium jako nowy tytuł nie było sprawą oczywistą. Sam autor – Neil Gaiman – opowiadał, że nie był pewien, co tworzy i eksperymentował na początku z różnymi rzeczami, zanim wykrystalizował mu się świat i charakter postaci. Całkowicie normalne, szczególnie w świecie seriali – szczególnie seriali w przeszłości, kiedy miały czas i przestrzeń na próbowanie różnych rzeczy. Star Trek TNG szukało siebie przez pierwsze trzy sezony i się udało, Sandman jest interesujące od początku, ale pierwszy wielki tom dla mnie nosi numer czwarty. Do tego każdy był rysowany przez innego artystę, więc różni się wizualnie – co jest celowe.
Jak więc to wszystko adaptować kilka dekad później, kiedy te wszystkie poszukiwania się zakończyły? Adaptować je czy też od początku tworzyć serial takim, jakim by się mógł wykrystalizować? Cóż: twórcy zdecydowali się na to drugie. Nie jest to właściwe lub nie, dobre lub nie, to po prostu decyzja artystyczna – której warto być świadomym, jeśli nie czytało się pierwowzoru. Przenoszenie na ekran przygód Sandmana udało się tak po prostu – to w końcu nie jest płynna opowieść, która dokądś zmierza. To zbiór historii, które tworzą świat, jaki zaczynamy zgłębiać, a poprzez to zaczynamy widzieć życie w inny sposób – takie kwestie jak życie, śmierć czy ludzkość. Podróżujemy z istotą będącej Panem Snów – zaczynamy jego opowieść od momentu, gdy został uwięziony przez człowieka, niejako przez pomyłkę. W ten sposób wchodzimy do tego wymiaru, gdzie wszystko, co wiemy z historii i mitologii ludzkości, skrywa przed nami tajemnicę.
Wizualnie – jest wspaniale: kostiumy, makijaż, efekty specjalne: to jest Sandman i jego świat, nie mam wątpliwości. Filmowo – jest wystarczająco. Nie jest tragicznie, ale po przyjrzeniu się nie będę chwalić montażu czy pracy kamery. Tom Sturridge w roli Morfeusza – wspaniały, udźwignął wszystko czym ta postać jest. Narracyjnie już w drugim odcinku twórcy dają radę przekonać widownię, że umieją oddać sprawiedliwość głębi tego, o czym Sandman jest. Teraz tylko oglądać dalej i dać się zaskoczyć.
Ocena końcowa z mojej strony jest również za potencjał w przyszłości. Tak jak przed Sandmenem najlepsze historii i najwyższa jakość, tak samo przed twórcami – ale przekonali mnie już, że będą w stanie oddać im sprawiedliwość. Czekam więc na „A Game of You”. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Młyny śmierci ("Death Mills", 1945)
5 kwietnia
Krótki metraż, którego autorstwo jest przypisywane Billemu Wilderowi, ale to nie jest łatwe do ustalenia. Masa ludzi nagrywała ten materiał na potrzeby wielu krajów i ostatecznie powstało wiele wersji – same „Młyny…” są ponoć częścią czegoś, co zostało zostawione, zapomniane i dopiero w 2014 roku dokończone jako „German Concentration Camps Factual Survey”. To przynajmniej wyjaśnia absurdalność samych zamiarów zmieszczenia w ciągu zaledwie 20 minut całego okrucieństwa, jakie dokonali Niemcy w obszarze obozów koncentracyjnych. Inna sprawa, że im się to udało.
Do tych „Niemiec” jeszcze wrócę. Po kolei:
Zaczynamy od widoku uśmiechniętych ludzi w pasiakach uwolnionych z obozów. Miły widok, tego jeszcze nie widziałem. Wcześniej jeszcze był pochód Niemców niosących 11 tysięcy krzyży na groby 11 tysięcy zabitych. Nie widzimy może wszystkich 11 tysięcy, ale widzimy spory tłum niosący krzyże, pochylone głowy, wstyd. A potem, po krótkim wstępie wyjaśniającym metodę, przechodzimy do pokazania ciał i suchego wymieniania, jak ich zabito. Śmierć i tragedia jako statystyka, ale te ujęcia martwych ludzi, ich wyniszczonych ciał, ich wyrazy twarzy – czułem się, jakby ten widok na nowo uświadamiał okrucieństwo tego, co Niemcy zrobili. Nie ma w tym turpizmu czy czegoś, to czysty dokument. I pokazuje okrucieństwo z dokumentalnym, zimnym wyrazem twarzy. Kontekstu historycznego nie umiem sobie nawet wyobrazić – większość ludzi odkrywa na miejscu i widzi na własne oczy, co tam się działo przez ostatnie lata. Nagrywają materiał filmowy i część planują wykorzystać do celów propagandowych – ten dokument oryginalnie miał być pokazywany wyłącznie w Niemczech. Wiecie: do edukacji. Billy Wilder odpowiadał – jeśli już w ogóle – za wersję Amerykańską. Na początku jest informacja, że nie wolno publikować tego nagrania bez wiedzy i zgody Departamentu Wojny. Osobiście czuję się, jakbym oglądał prawdziwie zakazany materiał, zbyt okrutny do pokazywania publicznie w jakiejkolwiek formie. Dekadę później Alan Resneis przecież wywoła większe wrażenie „Nocą i mgłą”, chociaż… Cóż: nie chcę pisać, że nie zbliżył się do brutalności „Młynów…”, bo tego nie da się zmierzyć. Wracam jedynie do tej myśli: jakie wrażenie to musiałoby robić na ludziach, jeśli by to zobaczyli w dniu premiery?
I kolejny powrót: do „Niemiec”. Z jednej strony to odświeżający dokument: czy to uśmiechnięci w pasiakach, czy też mówienie o śmierci LUDZI. Nie poszczególnych narodowości, bo to nie jest istotne. 20 milionów ludzi zginęło i nikt jeszcze nie kłóci się, który naród dostał w dupę bardziej. Ludzkość dostała w dupę, więcej nie trzeba mówić. Ten krótki seans zamyka jednak oskarżenie regularnych Niemców za przyzwolenie na to wszystko. Przywołany jest materiał wideo, jak tłumy wiwatują, z przebitką na wspomnianych ludzi niosących krzyże. Narrator upomina: nie wolno nam zapomnieć o winie tych ludzi. To czyni z tego tytułu propagandę, podającą od razu gotowe wnioski widzowi upraszczając rzeczywistość (mordercami byli w końcu ludzie z wielu narodowości, nie tylko Niemców). Z drugiej strony dzisiaj jest to jednak odświeżające. Zamiast mówienia o Nazistach i cackaniu się, okazywaniu wyrozumiałości, że „oczywiście, musieliście wtedy na to przyzwalać, inaczej sami byście umarli”, to dostajemy zdrową porcję wkurwienia i oskarżenia prosto w twarz, w którym jest aż za dużo prawdy. https://garretreza.pl/billy-wilder/
Niebiosa mogą poczekać ("Heaven Can Wait", 1943)
2 kwietnia
Starszy człowiek umiera i nie spodziewa się trafić do nieba. Trafia więc do lobby piekła, gdzie uprzejma istota tam się znajdująca zapytuje: jaki grzech popełniłeś? Wymienia ciężkie grzechy, ale żaden z nich nie jest odpowiedzią. W końcu bohater zaczyna opowiadać swoją historię, od samego początku – gdy był chłopcem i był przekonany, że po pocałunku będzie musiał się ożenić. Dowiedział się od opiekunki, że czasy się zmieniają i wtedy – koniec XIX wieku – już pocałunek nie musi prowadzić do małżeństwa. A to otworzyło przed nim szereg możliwości…
Styl filmu, ale przede wszystkim dialogi, maniera bohaterów, postaci jako takie: to wszystko jest tutaj takie grzeczne, czarujące, eleganckie. Humor niemal może umknąć, ponieważ dwuznaczności oraz niewypowiedziana treść są aż tak zręcznie niemal przemilczane raz za razem, opowiadając o relacjach damsko-męskich i nie tylko: w końcu nawet piekło nie jest nazwane tutaj piekłem, a do diabła – bo kto inny to miał być? – protagonista kieruje się słowami: „Wasza ekscelencjo”. Jest to historia człowieka, który nigdy do końca granicy nie przekroczył, ale ciągnęło go cały czas. I nie zawsze zrezygnował sam z siebie. I nigdy nie przestał. Ten film jest niejakim rozgrzeszeniem takiego stylu życia: nic się w końcu nie stało, prawda? Nie zdradził, nie zranił, były tylko myśli. I oto właśnie jest pytanie: czy myśli są aż takim grzechem, jak się uważało, gdy protagonista zaczynał swoje życie? I czy nadal nim jest, gdy umarł? A nawet jeśli: jest gotowy, by niebiosa na niego poczekały. I wszystko, co się z tym symbolicznie wiąże – mówimy w końcu o życiu po życiu, mającym być nagrodą. On jednak wybrał piękno kobiet na ziemi.
I tak sobie myślę: Ernst Lubitsch musiał coś widzieć z siebie samego w tej opowieści. Jego produkcje były przecież erotyczne nawet jak na dzisiejsze standardy. Dzisiaj wręcz ciężko sobie wyobrazić, by kobiety na ekranie były tak mocno seksualizowane, co w niektórych jego produkcjach. I pytanie właśnie: czy czuł się z tym źle? Czy potrzebował zrobić film, który go z tego rozgrzeszy? Albo chociaż da mu nadzieję, że poddawanie się kobiecemu pięknu nie jest aż takim przegięciem? Ot, taki moje podejrzenia. Do tej pory zakładałem, że Lubitsch musiał to robić ze spokojem ducha, najwyżej z bezczelnością, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, że mógłby się tego wstydzić, że to mogłaby być jego słabość. https://garretreza.pl/ernst-lubitsch/
Wesoły sublokator ("The More the Merrier", 1943)
30 marca
Nie spodziewałem się, że moim nowym ulubionym filmem 1943 roku okaże się podstawowy film komediowo-romantyczny, gdzie stary i bogaty chłop postanawia sfatać młodą kobietę tylko dlatego, że jest wolna i jak to tak, żeby baba była samotna. Film jednak umie się kokosić w tym absurdzie fabularnym, idąc dalej z odwagą, jednocześnie poruszając wątek braku miejsc do życia: oto miasto Waszyngton podczas 2 wojny światowej, gdzie ironiczny narrator próbuje zakłamać rzeczywistość udając, że nie widzi ogłoszeń o braku wolnych pokoi w hotelach, braku wolnych mieszkań, braku wolnych rzeczy do wynajęcia. Śledzimy losy starego, bogatego, białego chłopa w garniturze, który jest przekonany, iż należy zawsze być dwa dni wcześniej. Nawet jeśli chodzi o rezerwację w hotelu załatwioną po znajomości przez senatora. Gdzie więc ma żyć? Znajduje ogłoszenie w gazecie o wolnym pokoju i robi pozostałych chętnych w chuja, żeby go dostać. A następnie robi w chuja właścicielkę, która nie chce mu dać tego pokoju, ale zgadza się „pod warunkiem, że…”. I co dalej robi ten stary, bogaty chłop? Wynajmuje połowę pokoju, który wynajmuje od niej, aby wprowadzić pod jej dach atrakcyjnego chłopa, z którym mogłaby ten tego. Po ślubie znaczy.
To wszystko jest tak uroczo naciąganym kretyństwem, że wymagało to dużo umiejętności z każdej strony, aby stworzyć czarujący film. Reżyser, aktorzy, scenariusz – to wszystko musiało znaleźć właściwy klucz, aby stworzyć coś dobrego. I tak właśnie się stało. Całe główne trio tak dobrze ze sobą współpracuje, ma tak dobre dialogi, humor ma tak dobre tempo, że cały kontekst staje się istotny tylko w tym dobrym znaczeniu: podejmuje w końcu tak współczesny temat braku miejsca do życia. Constance Milligan wynajmuje pokój u siebie tylko dlatego, że jest świadoma tego problemu i uważa za patriotyczny obowiązek podzielić się tym, co ma. A że wynajmujący wynajmuje dalej, to pozwala znaleźć w tym wszystkim… Komedię. Jak takie podejście jest naprawdę odświeżające: uparli się, by zrobić to wszystko z jajem i cel osiągnęli. To jest produkcja, która ma odwagę być niedorzeczna i uparta w swoich postanowieniach. Opowiadając o bohaterach, którzy tacy też właśnie są. Może dlatego tak to wszystko dobrze działa?
Często w trakcie filmu wraca dewiza znaleziona we wstępie na pomniku ikony Amerykańskiej historii, Davida Farraguta: „Damn the torpedoes. Four bells, Captain Drayton, go ahead. Jouett, full speed.” skrócone do dużo muzyczniejszej formacji: „Damn the torpedoes, full speed ahead.” Trzeba mieć jaja, żeby w tak krótkim filmie przywołać to jako powiedzonko 15 razy w ciągu filmu (licząc wizualne: nawet więcej). Dużo zasad opowiadania historii tutaj jest zaniedbane, nieistotne dla twórców, olane – ale jest w tym talent, celowość, świadomość. Szybko stało się to dla mnie częścią zabawy, niczym nastoletni zespół grający w garażu rodziców, albo film debiutantów robiony razem z kumplami. Skupiają się na tym, co jest dla nich ważne – a reszta nie ma znaczenia. Takiej energii w kinie rzadko jestem świadkiem.
Najważniejsze: bawiłem się przednio. https://garretreza.pl/george-stevens/
To jest miłość ("That's Amor", 2022)
31 marca | Netflix
Najlepszy średni film, jaki powstał. Przynajmniej dla Netfliksa.
To jest schematyczny, przewidywalny obraz skrojony pod bardzo konkretnego odbiorcę: bohaterka zmienia życie po stracie chłopa i pracy, wraca do mamusi, idzie na kurs gotowania, znajduje nowego chłopa i jej życie układa się na nowo. Nic w tym opisie jednak nie zawiera jak dobrze to zostało zrobione – jak na coś, co i tak będzie co najwyżej średnie. Cały wstęp, gdzie bohaterka traci tracę, znajduje partnera w trakcie zdrady i na końcu spada ze schodów – nic w tym nie jest jej winą. Łatwo jest mi sobie wyobrazić, że w innym filmie zrobiono by to wszystko tak, że protagonistka by mnie denerwowała, ale tutaj udało się sprawić, by widz był po jej stronie. Nawet jeśli miałem świadomość, że nic z tych rzeczy nie budowało jej charakteru – to były tylko rzeczy, które działy się wobec niej.
Zapewne taki był wymóg – bohaterka musi być nijaka, żeby widz zobaczył w niej siebie, ale chodzi mi o to, że udało się skonstruować film wokół tych ograniczeń, bo później protagonistka słyszy: „To są rzeczy, które dzieją się wokół ciebie, zacznij kontrolować swoje życie!”. Jest tutaj masa dialogów, które dobrze wypadają i umiałem sobie wyobrazić, że by mnie śmieszyły, gdyby te same słowa powiedziała na przykład dowolna postać z Bob’s Burger. Albo Kochanych kłopotów. Aktorzy też sobie radzą i idzie uwierzyć, że chce się z tymi ludźmi spędzać czas, że jest między nimi chemia, że budują prawdziwą relację międzyludzką.
Jak teraz czytam, co piszę, to brzmi, jakbym oglądał po prostu w nastroju wysoce wybaczającym, ale jednak utrzymam ten pogląd do końca: to mogło być dużo gorsze i należy docenić, że włożono w ten tytuł uczciwą pracę. Aktorzy czy scenarzysta nie mają się czego wstydzić po udziale w tej produkcji. Przewidywalne, schematyczne, sztuczne, naiwne, banalne, słodkie… Tak, to też. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Wybrani - sezon III ("The Choseon")
28 marca | Netflix
Nie mam zamiaru wyciągać wniosków o Chrześcijaństwie czy zawartości Biblii poprzez pryzmat tego, co zobaczę w tym serialu, ani tym bardziej historii – mogę nawet kupić pogląd, że czasy, w których jakiś tytuł jest tworzony, powinien odzwierciedlać te czasy… Więc tylko zaznaczę: to nie jest serial historyczny, ani nawet próbujący być historyczny. Postaci męskie mają współczesne fryzury i muskulaturę, kobiety mają makijaż i włosy z XXI wieku. Może nawet konkretnie lat 20 XXI wieku. Relacje męsko-damskie są wyjęte z XXI wieku. Cholera, nawet urzędnik rzymski uczy chłopa z Judei, żeby nauczył się pięciu słów ratujących każde małżeństwo („Przepraszam, masz rację, byłem w błędzie”). To jest naprawdę chamskie i nawet, gdy już wydaje mi się, że umiem zaakceptować oderwanie tego serialu od wszystkiego, to ten znajduje sposób, żeby zaskoczyć mnie tym. With a slap on the face. Później jeszcze samica będzie mieć pretensje do swojego męża, że ten jak usłyszał „utnij sobie drzemkę” to się nie domyślił, że była w ciąży i poroniła i nie mówiła o tym przez następne kilka tygodni.
Ciężko więc mówić o tym serialu jako czymkolwiek w kontekście Jezusa i jego nauk, przedstawienia jego osoby czy coś. Jego portret jest chwalony za bycie po środku, między zbawicielem i zwykłym człowiekiem – i taki faktycznie jest w tym serialu: można z nim porzucać się piłką, zanim pójdzie się na jego nauki. I jest w tym wiarygodny, tylko wszystko wokół niego już jest fałszywe, więc i on jako postać nie można oceniać w innych kategoriach. To nie jest świat z przełomu er, to nie jest bliski wschód targany konfliktami i wojnami – to fikcyjna, fragmentaryczna wariacja fanowska na wybrane zagadnienia bez prób utworzenia spójnego świata, w którym ta historia może się rozgrywać – a co dopiero, by była to historia Zbawiciela, który zszedł i został poświęcony, aby spłacić grzechy świata. Tego na ekranie nie ma, historia Jezusa nie pasuje do tego, co zobaczymy na ekranie.
A same nauki i fabuła jako taka… Jezus przemawia i uczy, ale nie widzimy procesu, jak dochodzi do tego, by nastawiać drugi policzek i tak dalej. Ani nie widzimy logiki w tym, że jego uczniowie i ludzie wokół przyjmują tę naukę – twórcy nie są tym zainteresowani. Zrobieniem współczesnego, słabego żartu? „Elegancka lekcja Jezusie! Z tym nastawianiem drugiego policzka trochę przesadziłeś, ale reszta – cudowna!”. A jak, to już uwzględnią. Jezus pójdzie bez uprzedzenia swoich towarzyszy o swych zamiarach przed oblicze ważnego rabina i ogłosi się Zbawicielem, a ten na podstawie Prawa Mojżeszowego skaże go za to na śmierć. Wyciągną go siłą nad urwisko i co? Nic. Jezus powie im, by dali se siana i sobie po prostu pójdzie. Tego nie da się kupić, to nie było zrealizowane w najmniejszym stopniu przekonująco.
Rozumiem ogólny zamysł na ten serial – nawet bym go oglądał, gdyby był dobrze zrealizowany, po prostu to wszystko jest bez zaangażowania zrobione (w film jako film), bez nabycia umiejętności i warsztatu. Lubię wątki poboczne, jak uczniowie Jezusa pod jego nieobecność faktycznie rozmawiają między sobą o tym, co Jezus mówi i naucza. Albo relację między Gaiusem i Szymonem, gdy rozwiązywali problemy sanitarne. Innymi słowami: lubię ten serial tak, jak mógłbym lubić każdy inny serial, za bohaterów i ich relacje między sobą. A tymczasem to powinna być zrealizowana z rozmachem adaptacja Biblii opowiadająca o jednym z najważniejszych istot w historii planety. Czy czuję podczas oglądania, że oglądam serial o Jezusie? Tylko w tym znaczeniu, że technicznie rzecz biorąc tym właśnie jest. Jak z adaptacją Gry o tron – historia się zgadza, imiona się zgadzają, tylko treści nie czuć. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Dojrzewanie - sezon I ("Adolescence", 2024)
26 marca | Netflix
Na etapie już samego konceptu musiała paść decyzja: robimy cztery odcinki, każde w jednym ujęciu – to jest dla mnie jasne. Powody już nie są jasne, ponieważ ten tytuł popełnia większość grzechów produkcji na jednym ujęciu – od pokazywania wypełniaczy (jak jazda z punktu A do B, chociaż pomiędzy nic się nie dzieje), poprzez stosowanie wypełniaczy (ponieważ COŚ musi się dziać między sceną A i B, żeby zachować pojedyncze ujęcie) i przekonanie, że jedno ujęcie samo w sobie jest immersyjne, chociaż już lata temu zostało ustalone, że jest dokładnie odwrotnie. Zaczynamy całą opowieść od policji wbijającej na chatę rodzinie i zabierającej stamtąd trzynastolatka – kamera zostaje z dzieckiem, gdy jedzie na komisariat. Z kim mamy czuć imersję? Z policjantami? Z dzieckiem? Niby jak, jak nie ma żadnego wstępu? A nie mogło być, bo akcja musiała zacząć się góra kilka minut wcześniej z powodu jednego ujęcia. Nie wiemy, o co chodzi, więc żadne z tych punktów widzenia nie jest nam bliskie. Nie jesteśmy oderwani od rodziców, bo nie spędziliśmy z nimi czasu. Nie jesteśmy też zamknięci na tylnym siedzeniu z wystraszonym nieletnim i nie myślimy o tym, jak z nim komunikować, bo włącza się dron-music, a widzimy najwyżej tył głowy dziecka. Pod każdym względem jesteśmy odizolowani od tego momentu, widz ledwo jest chociaż biernym obserwatorem – to ten moment, gdy sięgacie po telefon albo idziecie do kuchni. W dziesiątej minucie odcinka na jednym ujęciu. I przed wami będzie tego naprawdę sporo.
Do tego praca kamery sama w sobie jest nudna. Banalna. Prosta. Po prostu jest. Bardziej zwraca uwagę choreografia – czy też reżyseria – ponieważ wszystko faktycznie cały czas przebiega schludnie i gładko: kamera i aktorzy cały czas są w pozycji, przejścia przebiegają naturalnie itd. Tylko sama kamera zachowuje się dokładnie tak samo przez cały czas – niezależnie od tego, co się dzieje. Gdy rozmawiają o pierdołach albo odkrywają przed bohaterem ważne nagranie, co wywoła w nim wielkie emocje – praca kamery nie zmienia się. Nie było żadnych wskazówek, więc w tych statycznych scenach dosyć przypadkowo krąży między aktorami, zbliża się do nich… Nie ma za bardzo na co patrzeć w tym serialu. Rozumiem zachwyty nad jednym ujęciem, że tego dokonano, ale tego dokonano masę razy w historii kina – sztuka polega na zrozumieniu, że dany fragment sztuki wymaga jednego ujęcia i dostosowaniu się do tego, a nie samym robieniu jednego ujęcia. Cięcia też mają zastosowanie, bla bla bla. Możliwe, że każdy kinoman musi przez to przejść.
Wracając – o czym właściwie jest ten serial? Był zainspirowany faktycznymi morderstwami młodych dziewczyn przez młodych chłopców. Stephen Graham – jako aktor i współtwórca serialu, razem z scenarzystą kilku odcisków Skins (1-3 sezon), Jackiem Thornem – postanowił zadać pytanie o to, co nimi kieruje. Odpowiedzi – czy raczej wnioski, do których dochodzą – znajdują w antagonistycznym wizerunku szkoły jako miejsca, gdzie wszyscy uczniowie są zajęci telefonami i nie ma jak do nich dotrzeć. Pytają, co postać ojca przekazuje swoim zachowaniem: jak on traktuje kobiety (inne od żony), jak wygląda jego agresywna postawa. Jego syn powtarza, że nie jest agresywny, bo nigdy nie uderzył nikogo z rodziny.
Niestety wszystko, co musicie wiedzieć, zamyka się w jednej wymianie zdań podczas drugiego odcinka: policjantka wspomina kulturę incelów do nauczycielki, a ona nie wie, co to, więc mundurowa uzupełnia: „That Andrew Tate shit” i to już rozjaśnia temat. Wyjaśnia to wam coś? I na jakim świecie mam żyć by nie wiedzieć, co to są incele, ale za to wiem, kim Andrew Tate jest. Dalsze „zgłębianie” tematu przez twórców nie jest przekonywujące: 20 lat temu też nie mieliśmy koleżanek, gdy byliśmy w wieku Jamiego. Każda płeć trzymała się oddzielnie i miała wyrobione negatywne stanowisko na temat drugiej – nauczycielki pomagały, wychwalając niesprawiedliwie dziewczynki i poniżając chłopców za każdy detal. Zamiast social-mediów mieliśmy tego jednego charyzmatycznego ojca jednego z chłopców, który miał dużo do powiedzenia o kobietach. I lata później nadal każda płeć trzyma się z grubsza oddzielnie od drugiej. I nadal, lata później, nigdy nie usłyszałem z męskich ust równie okropnych rzeczy na temat kobiet, co z ust kobiet o innych kobietach. Ten temat jest skomplikowany i złożony, a twórcy nie wiedzą gdzie zacząć – i boją się zapytać, skąd ta potrzeba akceptacji chłopców przez kobiety. I czemu rodzi się frustracja, gdy jej nie otrzymują. A widownia najwyraźniej tego nie potrzebuje – otrzymują potwierdzenie tego, co wydaje im się, że jest do powiedzenia o redpilowcach, więc temat wyczerpany. Przewinie się gdzieś cytat z Margaret Atwood i po sprawie. Na końcu ojciec przeprasza syna, że go zawiódł, ale nie wie, co mógłby zrobić inaczej. Widownia raczej też nie. Najwyżej przez tydzień po obejrzeniu „ograniczą” młodym dostęp do telefonów. https://garretreza.pl/dojrzewanie/