BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
Stargate SG-1, 3×14
OSTATNIO OGLĄDANE
Humoreska ("Humoresque", 1946)
30 czerwca
Najpierw było opowiadanie z 1919 roku – tej samej autorki, która napisała też „Imitation of Life” w 1933 roku. Rok później Frank Borzage ją adoptował (William Randolph Hearst produkował), tworząc swój pierwszy, ważny film, opowiadając w ten sposób o skrzypku, który poszedł na wojnę, gdzie doznał kontuzji ręki. Myśli, że już więcej nie zagra, ale kobieta mu zemdlała, podniósł ją i odkrył, że rękę ma sprawną, więc gra na skrzypcach i dzięki temu mamy happy end (jedna ze zmian względem literackiego pierwowzoru). 26 lat później zmieniło się wiele – skrzypki z czterech dolarów podrożały dwukrotnie, czas trwania rośnie niemal dwukrotnie, protagonista nie idzie na wojnę, a cała fabuła przypomina w pewnym stopniu A Star is Born. W czasach, gdy było tylko jedno.
Paula Boray poznajemy, kiedy ma tylko kilka lat i w sklepie z zabawkami deklaruje, że woli nie dostać żadnej zabawki, tylko skrzypce. Papa w niego nie wierzy – spodziewa się, że straci zainteresowanie instrumentem po paru dniach i tyle, szkoda wydawać pieniądze. Matka staje po stronie młodego i nauka się zaczyna, kontynuuje w dorosły żywot. Całość jest opowiedziana z poczuciem tego, jak naprawdę wygląda życie artysty – nie tylko trudności praktyczne stojące mu na drodze, jak bycie ciężarem dla rodziny, która go utrzymuje, albo jak to jest wybić się na tle innych. Tylko no wiecie: nie za bardzo, bo wtedy też będzie źle. Twórcy jednak opowiadają więcej: o tej wewnętrznej niepewności. O dostrzeganiu błędów, byciu na widoku i przekonaniu, że każda pomyłka została zauważona i znaczy dla widowni więcej niż dla niego. A on już sam sobie to wszystko rozdmuchuje ponad właściwy rozmiar. Każdy widz zrozumie, przez co ta postać przechodzi, aby osiągnąć szczyt. Aż zostanie zauważona przez elitarną, zamężną kobietą, graną przez Joan Crawford.
Jej występ to oddzielny temat – fakt, że nie dostała nawet nominacji, musiał być w swoim czasie prawdziwą aferą w Hollywood (cały film dostał tylko jedną nomkę – za muzykę). To jest tego rodzaju rola, którą uosabiamy z klasycznym, amerykańskim kinem. Wypełnia ona ekran i patrzymy na nią przez dużą ilość czasu, potrzebując wtedy tylko niej, gdy robi wszystko, aby spełnić wymagania roli, jaką dostała. I w mojej opinii – robi to. Rola roku. Jednak cały film ma tego więcej – potrafi znaleźć właściwe tempo tej opowieści, aby zrobić przestrzeń dla tych chwil. Nie momentów, ale całych sekwencji, gdy to udowadnia przed widzem, że jest to film o tych postaciach. Oraz o muzyce. Jest tutaj wiele sekwencji koncertowych, co jest szczególnie trudne – widownia w końcu musi być przekonana, że aktor na ekranie gra na instrumencie tak, jak gra jedna osoba na milion. To w końcu historia człowieka, który zasługuje bardziej na swoją szansę niż setki innych. I widzimy na dużym ekranie oblicze Johna Garfielda – grającego do wnętrza, wyrażającego się niemal wyłącznie poprzez muzykę – z instrumentem opartym na jego ramieniu, tylko trzymanym przez dwóch rzeczywistych muzyków. Jeden był zajęty smyczkiem, drugi palcami.
Jakkolwiek trudno to brzmi, nadal bardziej jestem zachwycony sekwencjami montażowymi – szczególnie tą na początku, gdy trwała nauka, a świat wydawał się stać w miejscu, koszta rosły. Wyglądało to jak jedno z największych osiągnięć sowieckiej szkoły montażu, gdyby tylko Vertow z Eisensteinem umieli powiedzieć coś nowego, zamiast powtarzać jedenaście razy tą samą myśl. Było aż tak dobrze. Pochłonął mnie ten obraz. Zostanie on ze mną. Wrócę kiedyś do tego niego. I polubię go pewnie jeszcze bardziej – może będę pamiętać aby zwrócić uwagę na fakt, że aktorki grające mamę i miłość protagonisty są prawie w tym samym wieku: Ruth Nelson z sierpnia ’05, Joan z marca ’06. Czy to było celowe? Intryguje mnie takie spojrzenie na tę opowieść. Nawet jeśli znowu będę potrzebował na głos zapytać: „Jak, kurwa, wejście do morza może zabić?”. Może kiedyś Timeless się ogarnie, zacznie pokazywać klasyki i tam sobie powtórzę na naprawdę dużym ekranie. https://garretreza.pl/humoreska/
Pod mostami ("Unter den Brücken", 1946)
30 czerwca | YouTube
Helmut Käutner zaczął realizować filmy jeszcze w okresie Nazistowskich Niemiec. Pod mostami zrealizowano w 1944 roku, ale premierę miało dopiero dwa lata później – w Szwajcarii. Do Niemiec film wszedł parę lat później, a sam reżyser nawet do USA poleciał pod koniec lat 50 i zrobił tam kilka tytułów. Narzekając na brak wolności wrócił do Niemiec i umarł. We Włoszech. Piszę o tym, ponieważ sam miałem wyobrażenie Niemieckiej kinematografii z tego okresu jako cóż – powstającej wyłącznie na potrzeby III Rzeszy. A tutaj kręcą obyczajowy film o ludziach. Poniżej porównuję do „Noża w wodzie”, ponieważ to też film o trójkącie na łódce, ale „Pod mostami” jest dalece bardziej… romantyczne.
Uczucie jest tutaj podwójne – ponieważ wybór ostateczny bohaterów będzie wiązać się ze stratą. Obaj mężczyźni pracują do łódce, która jest ich domem – czy też stała się z czasem ich domem. Było to ich marzenie jako zwykłych ludzi: wiele lat na nie pracowali i teraz mają to, czego pragnęli. Problem w tym, że sukces oznacza też samotność, ponieważ dziewczyny widzą tylko od dołu, gdy przepływają pod mostami, na których one spacerują. Myślą o wejściu w związek małżeński, więc gdy pojawia się w ich życiu kobieta, o którą obaj się starają, ten sukces też będzie oznaczać koszt. W tym przypadku: zwycięzca traci łódkę. I czuć to uczucie przez cały film – sposób, w jaki pokazana jest tutaj kobieta, równy jest temu, jak ukazane jest życie na łódce. Każdy zakochany w żeglarstwie znajdzie tutaj dużo znajomego – nawet jest cała scena poświęcona podkreśleniu dźwięku sznura.
Pojawiają się komplikacje – samica okazuje się mieć przeszłość jako modelka. Tutaj oznacza to pozowanie nago malarzowi. Pewnie działa to samo w sobie, ale może być metaforą prostytucji, na co ten film jest dalece zbyt grzeczny. Kobieta przybywa w końcu z daleka (jeśli dobrze widziałem: Silesia, czyli Śląsk) i ma ograniczone środki na życie. Poza tym jednak – jest to film ładny. Momentami nawet piękny, dozujący te momenty, jakby świadomie przypominał oglądającemu: życie i świat potrafi również tak wyglądać. Wbieganie po schodach potrafi tutaj być momentem. Widok na ulicę i światła padające z okien są tutaj momentem. Każde poruszanie się po płynącej łódce jest tutaj momentem, ale to oczywiste. Spokojny, pozytywny film o znajdowaniu kobiety. I nie tylko.
Oczywiście Niemcy w tamtym czasie powinni zapierdalać z pielgrzymką po całej Europie i ją odbudowywać, a nie filmy robić, ale no, historia inaczej się potoczyła. „Nóż w wodzie” kręcić 15 lat przed Polańskim im się zachciało robić, ciumcioki jedne…
PS. Red Hot Chili Peppers nie miało związku z tą produkcją w żaden sposób. Najwyraźniej. https://garretreza.pl/pod-mostami/
Kręte schody ("The Spiral Staircase", 1946)
27 czerwca
Kaleka – której defektu nie widzimy, jedynie jej górna część ciała daje znać o utykaniu – zostaje zamordowana. Policja wie tylko jedno: mordercą jest ta sama osoba, która zabiła wcześniej inną kalekę. Teraz wszystkie oczy są skierowane na Helen – film nie mówi wprost, czym jest jej kalectwo. Pozwala nam zobaczyć kilka scen pod rząd, gdzie jej milczenie wydaje się sztuczne – czemu tylko faceci mówią? Aż w końcu zaświtała mi w głowie odpowiedź. Razem z Helen udajemy się do posesji, gdzie opiekuje się starszą kobietą. Morderca podąża jej śladem…
Kino to niebywale intensywne – wyraźnie jest to adaptacja rozległego kryminału (ta autorka stworzyła też literacki pierwowzór „Starsza pani znika”, zmarłej w 1944 roku), która następnie została skondensowana do 80 minut. I priorytetem była tutaj dynamiczność – każda scena zawiera kilka informacji, każda scena buduje coś w przyszłości (jeśli tak jak ja będzie was zastanawiać ta furtka stojąca pośrodku podwórka przed domem, to film do tego później wróci), każda scena przechodzi od razu do rzeczy i każdy motyw czy wątek miał zaplanowany ciąg dalszy. I równie wyraźnie książka musi oddawać tej historii o wiele większą sprawiedliwość, ponieważ film ledwo większość tego wszystkiego poliże, prowadząc do finału, gdzie odkrycie mordercy nie jest zaskoczeniem (WIDZIELIŚMY w końcu jego oko), jego motywacje wzięły się znikąd, do tego jeszcze matka zaczęła chodzić. Niemniej: droga do tego wszystkiego była ekscytująca, oczu nie można było oderwać. Nie tylko ze względu na zwarty scenariusz, ale przede wszystkim reżyserię – trudno wyjść z podziwu, jakie życie tchnięto w każde ujęcie z osobna, jak za każdym razem budowano napięcie bez pudła, jak gra światłem i cieniem podkreślała dłonie ofiary! To trzeba zobaczyć!
Ogólnie jest to kino wizualnie pochłaniające. Świat filmu to stare posiadłości i stare czasy noszenia zapalonej świeczki jako źródła światła, jednego lekarza na całą wioskę, w mieście lecą filmy wymagające akompaniamentu pianina i operatora kręcącego korbą, droga z miasta do domu jest niepokojąca, dom jest schronieniem przed deszczem i zimnem, rozmiary rezydencji pozwalająca na obecność intruza, którego nikt nawet nie zauważa, do tego lustra i portrety, a pomieszczeniom zwykle będzie brakować prywatności. Dostajemy tutaj wszystko, czego nasze serce zakochane w noir i klasycznych horrorach potrzebuje. Reżyser „jedynie” unosi to cztery poziomy wyżej.
Konsekwencja napiętego scenariusza jest jeszcze jedna: splot wydarzeń dla wielu oglądających będzie absurdalny, a przynajmniej ciężki do uwierzenia. Wszystko się dzieje w ciągu jednego dnia, przynajmniej tak się wydaje – ale nawet jeśli tak nie jest, to i tak w ciągu tych 80 minut będziemy mieć seryjnego mordercę, wieloletnią waśń między braćmi osiągającą moment krytyczny, rywalizację lekarzy, jeden z nich nawet wymyśli uratowania bohaterki przed byciem niemową, tło wydarzeń prowadzące do bycia niemową, uczucie lekarza do niemowy… Do tego jeszcze momenty mające zmylić uwagę widza istniejące tylko po to: a to ktoś poszedł bez sensu na spacer i wraca mokry, więc zakładamy, że to ta postać musi być mordercą.
Aż dodałem książkę na listę życzeń, może kiedyś ktoś mi kupi pod choinkę. Zaskakujące to kino, które mnie pochłonęło. Nie jest idealne, a i tak robi ogromne wrażenie. Ten opening ze starymi filmami! Wychodzi na to, że Robert Siodmak tylko w ’46 roku zrobił trzy filmy warte uwagi. Trzeci przede mną, trzymajcie kciuki… https://garretreza.pl/robert-siodmak/
Zabójcy ("The Killers", 1946)
28 czerwca | powtórka
Najpierw było opowiadanie Hemingwaya liczące 11 stron, wysłane po części dla zabawy. Zarobił w ten sposób 200$, pokrywając w zasadzie słynną scenę otwierającą przyszły film Siodmaka: w barze pojawiają się goście, zamawiają i po chwili biorą wszystkich na zakładników, ponieważ planują zabić kogoś. Inna postać biegnie ją uprzedzić, ale ta zrezygnowana nie zamierza walczyć. Siodmak pokazuje jego śmierć i postanawia zgłębić temat – Hemingway zamiast tego opisuje, jak jego alter ego postanawia opuścić miasteczko, gdzie ma miejsce cała ta akcja. I tu następuje koniec. Potem za kolejne adaptacje wezmą się Andrei Tarkovsky, Don Siegel czy Mamoru Oshii.
Film idzie dalej poprzez śledzenie pracownika firmy ubezpieczeniowej, który z własnej inicjatywy postanawia zgłębić temat: czemu ten człowiek był zrezygnowany? Czemu nie walczył? Czemu chcieli go zabić? Wiemy tylko, kto go zabił: ktoś. Ktoś, kto rozpłynął się w powietrzu. To akurat nie jest istotne. To, co u Hemingwaya jest opowieścią o życiu w świecie wypełnionym przemocą i zbrodnią, tutaj staje się podstawą filmu noir z uśmiechniętym nawet-nie-detektywem. Struktura każdemu będzie przywoływać na myśl „Obywatela Kane’a” poprzez serię retrospekcji różnych osób. Każda zna inny fragment, tylko każdy jest też podejrzany o przekręcanie. Wśród nich jest w końcu ktoś, kto jest zamieszany w morderstwo – a kolejne warstwy ładnie prowadzą i ciekawią widza, odsłaniając tragiczną historię człowieka, który był bokserem i dokonał niewłaściwych wyborów.
Otwierająca scena jest słynna, ale trudno powiedzieć, która jest słynniejsza – ta czy napadu, nakręconego na jednym ujęciu. To są największe fajerwerki wizualne tej produkcji, trzymające w napięciu, reszta jest po prostu wzorowym noir. Tak samo jak intryga, fabuła, bohaterowie – spójne, logiczne, dające odpowiedzi. Nie wiem tylko, na ile daje satysfakcję – wiele ostatnich minut filmu tylko go kończy. Zagadka zostaje rozwiązana, bohater dostaje uścisk ręki i gratulacje… I tyle. Widz dostaje wszystko, czego oczekiwał i nadal mu mało.
„Don’t ask a dying man to lie his soul into Hell.” https://garretreza.pl/robert-siodmak/
Syreny ("Mermaids", 1990)
23 czerwca | Prime Video | powtórka
Film z gatunku o dojrzewaniu, ale każdy tutaj dojrzewa: córka oraz matka. Matka, która została matką w młodym wieku (niemal tak młodym, jak teraz jest jej córka), została zostawiona przez męża i teraz jej życie polega na ruchu. Będzie się przemieszczać trwając w ułudzie, że jej życie jeszcze nie zostało wyryte w kamieniu, przeprowadzając się cały czas i zaczynając od początku. Córka z kolei wciąż czeka na powrót ojca, potrzebuje go i coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że tylko on może jej jeszcze pomóc. Stara się nie wyrosnąć na własną matkę i jednocześnie idzie w dokładnie tę stronę. Wszystko zacznie się zmieniać wraz z nową przeprowadzką do małego miasteczka, gdzie matka pozna sprzedawcę butów, a córka pierwszego mężczyznę, który będzie jej się fizycznie podobać.
„Mary, mother of God… he still wants to fish?”
Produkcja ma narratora w postaci córki, Charlotte Flax, więc słyszymy wszystko, czego nie mówi swojej matce, kiedy milczy, kiedy boi się powiedzieć co myśli i kiedy szaleńczo pragnie coś powiedzieć, ale ostatecznie do tego nie dojdzie. Bo minie moment, albo nikt nie będzie chciał jej słuchać. Mamy rok 1963, w tle cały czas słyszymy „Johnny Angel” albo Jimmy’ego Soula, oczywiście też wszystko zatrzyma się podczas listopadowych wydarzeń w Dallas. Kostium i czas akcji ma znaczenie głównie emocjonalne, wzbudzające nostalgię, ale ta opowieść miałaby prawo wydarzyć się w dniu premiery filmu. Seksualność jest przedmiot rozmów między rodzicami i dziećmi, w ogóle gotowość do większego i otwartego kontaktu nie była wtedy jakoś łatwiejsza. Możliwe nawet, że była trudniejsza. Kiedyś wszystko wydawało się łatwiejsze, seks był tylko między kobietami i mężczyznami. I najwyżej z tego było dziecko. Aspiracje o zostaniu zakonnicą pewnie też było łatwiej przedstawić zanim Irlandzkie piosenkarki paliły zdjęcia Papieża.
„Sometimes I feel like you’re the child and I’m the grown up.”
Pokolenia oraz ludzie między ludźmi zaczynają w końcu rozmawiać w tym obrazie. Pokłócą się, zmienią, nabiorą odwagi, znajdą właściwe słowa, poleci łza lub więcej niż jedna, uwierzą w siebie nawzajem oraz w samych siebie. Uwierzą, że ojciec nie wróci. Uwierzą, że mogą być kochani. Uwierzą, że w życiu jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wiedzą. I będą w tym wiarygodni. Nadal jest mało kina, gdzie kobiety z kobietami mają wyłączny kontakt i możemy zobaczyć tę stronę świata. Nawet jeśli reżyserem był facet, to film powstał w takich czasach, że to nie miało dla nikogo znaczenia. Odnoszę wrażenie, że później kino osiągnęło to samo dopiero w szóstym odcinku pierwszej serii „Kochanych kłopotów”. Dla wszystkich ważne jest zobaczyć rozmowę z własną matką, która kończy się optymistycznie, albo zobaczyć obcego człowieka, który lubi spędzać czas z nieswoimi dziećmi i w ten sposób zawrzeć niewinną, wspierającą relację – ale jeszcze czym innym jest usłyszeć, jak kobietom podoba się mężczyzna. Jakikolwiek. Takie rzeczy tylko w kinie. Po seansie tego konkretnego ma się wiarę, że nie tylko.
„Charlotte, you drive like old people make love.” https://garretreza.pl/richard-benjamin/
Magik z Nowego Jorku ("The Cobbler", 2014)
19 czerwca | Prime Video | powtórka
Powtórka, ponieważ widziałem ten film blisko pięć lat temu. Tylko nic o nim nie napisałem, ponieważ nie było natchnienia… I gdy się w końcu do tego zabrałem, to nic nie pamiętałem, więc obejrzę jeszcze raz. Kiedyś. Czyli dziś. Wspominam o tym, ponieważ „Cobbler” jest tak szalony, że powinienem chociaż go pochwalić za odwagę w tym, co się tutaj dzieje. Cokolwiek by nie pisać o tym obrazie: przynajmniej nigdy go nie zapomnę… Jednak wiem, że to nie jest prawda. Jakoś dałem radę go zapomnieć.
Oto poznajemy Adama Sandlera: chłopa pracującego w Nowym Jorku jako szewc. Ma mamę, którą musi się opiekować. Jest samotny, a jedyna możliwa opcja jest aktywistką i on nie ma energii, aby się angażować po tym, jak pracuje za grosze i wraca do mamy. Je ogórki kiszone. Ojciec go opuścił bez powodu… Wydaje się jak wstęp do standardowego, ciepłego dramatu obyczajowego Toma McCarthy’ego. Tylko że nasz Adam odkrywa w piwnicy magiczną maszynę do szycia – wszystkie buty, którą nią naprawi, stają się niezwykłe: ten, kto je założony, wizualnie zamienia się w jego właściciela: chłopa, starca, trans, murzyna. I nasz Adam postanawia to wykorzystać. Z przytupem. Jedząc w knajpie za darmo. A potem się rozkręci.
Nie mam problemu, żeby bronić samego pomysłu. Z tego mógł wyjść dobry film. Więcej niż dobry! Adam zakłada buty ojca i umawia się z własną matką, aby dać jej ten ostatni, idealny dzień – to mogło być wybitne kino! Tylko fabuła jest tak pełna niedorzeczności, że można robić z nich ranking i kłócić się, co było głupsze. Osobiście stawiam na pierwszym miejscu fakt, że ojciec Adama żyje tuż obok w sekrecie. Albo nie: nie powiedział nic, bo… Nie mógł. I liczył, że to wszystko jakoś samo się stanie, że Adam znajdzie w końcu w piwnicy tę maszynę. Chociaż w sumie głupsze może być zakończenie, gdzie okazuje się, że szewcy rządzą światem poprzez posiadanie butów wszystkich ważnych ludzi, otwierając w ten sposób nową teorię spiskową o tym, jak Żydzi rządzą światem. Albo tworząc metaforę na wyspę Epsteina, nie wiem naprawdę. Generalnie wrażliwość autorów na pokazanie
Ja pierdolę, jego supermoce są zasilane ogórkami. Teraz sobie przypomniałem.
różnych grup w społeczeństwie jest sama w sobie ułomna. Murzyn jest agresywny, bije kobiety i oczywiście jest gangsterem. Albo wspomniany trans. Albo Żydzi właśnie. To są elementy, które pogrążają sercu filmu, nie jego wyjściowy pomysł fabularny. Realizacja jest solidna, jest za co chwalić ten tytuł, tylko gdzieś na początku traci widza, a potem nabiera prędkości, wiatru i frunie w górę, kompletnie tego nieświadomy. Nadal nie wiem, jakim cudem to wszystko zapomniałem, ale to jest możliwe. https://garretreza.pl/tom-mccarthy/
PS. Ciekawostka z IMDb: Sandler means „cobbler” in Hebrew.
Cytat z Internetu, zapewne nawiązujący do „South Parku”: THIS SUMMER… ONE MAN WILL LEARN… THAT TO HAVE SEX WITH A WOMAN… YOU HAVE TO TAKE YOUR SHOES OFF.
Hacks - sezon V (2026)
16 czerwca | HBO
Oglądane niemal na bieżąco, pierwszy raz w historii tego serialu. W sumie miłe, ale jednak podkreśla poziom tej pozycji – a jest on w porządku, po prostu… Nie aż tak. Ma bohaterów i pomysły, chce się to oglądać i pewnie chciałbym to obejrzeć w całości jeszcze raz, ale z wyczekiwaniem włączać tydzień w tydzień na pół godziny? Nie, to mogło poczekać. Nawet jeśli to był finałowy sezon. Niewiele tak naprawdę ma tutaj jakąś większą wagę, znaczenie, konsekwencje… Nawet sam finał, gdzie ludzie zaczynają płakać i przeżywać. Dlatego też nie będę z tego wiele pamiętać. Tak jak z poprzednich sezonów. Co się działo w trzecim? Nie pamiętam.
W piątym Deborah postanawia zostawić po sobie dziedzictwo poprzez wyprzedany występ na Madison Square Garden. Najpierw postanawia zdobyć EGOT, ale to tylko chwilowe. I się stara, żeby to osiągnąć, ale to się kręci wokół udawania geja, żeby zdobyć kostium na występ (który zdobywa i tak, nawet jak prawda wyjdzie na jaw) czy siedzenia w klatce przez godzinę i udawania, że jest się w niebezpieczeństwie (jak się okaże, że to była tylko akcja promocyjna, to publika będzie szczęśliwa w jakiś sposób). I ostatecznie do występu nie dochodzi, bo coś tam, więc w ostatniej chwili w trzy dni robią występ w Central Parku. Którego nawet nie zobaczymy. No i jest finał, który powinien być dwugodzinnym filmem skupionym wyłącznie na ostatniej podróży Deborah i Avy do Paryża, ale to jest tylko jakieś 15 minut, a reszta odcinka to wracanie do innych wątków i postaci, żeby jakoś je dokończyć bez szczególnego impetu, co tylko osłabia trzon tego zakończenia.
[SPOILERY]
Wracając do ostatniej podróży – Deborah umiera i postanawia się zabić? Skąd to się wzięło? I po co? Oczywiście twórcy do końca w to nie idą, nic się ostatecznie nie zmienia i wszystko zostaje, jak było, ale widać liczą, że widz tego nie zauważy. Nadal ten finał zawiera dużo momentów piękna („Może nie mam przed sobą 30 lat… Ale mam jeszcze godzinę”), komfortowy pierwiastek tego tytułu działa bez pudła i ogólnie twórcy dają radę zamknąć drzwi z podniesionym czołem, więc… Mi wystarczy. Wszystkie zalety, o których pisałem, gdy rozpocząłem oglądanie, nadal są obecne pięć lat później. To była miła przygoda i cieszę się, że odkryłem ten tytuł, oglądając wszystko z 2022 roku. https://garretreza.pl/2022-cze/
Panika ("Panique", 1947)
15 czerwca
Jeden z tych filmów, które od pierwszych ujęć zaskakują i zachwycają poziomem rzemiosła, kunsztu, profesjonalizmu, artyzmu – wszystkiego. Jak każde ujęcie ma swój cel, swój własny, odrębny pomysł, rolę do wykonania, jak każdy detal jest tutaj opowiedziany ponadprogramowo, z wielkim plusem i wysiłkiem, ambicją! Jak potrafi zmieścić wiele w krótkim czasie, jak potrafi powtarzać refren tematyczny tej fabuły, jak rozumie istotność powracania do ujęcia z góry i tworzenia „grupowych” ujęć (bo to w końcu film między innymi o tłumie), jak wie, które dwie sceny połączyć jednym ujęciem i nawiązać między nimi nić. Jedna z tych produkcji, po których człowiek jest przekonany, że reżyser musiał widzieć „Obywatela Kane’a”.
Historia jest prosta i rozległa w swojej prostocie: nielubiany w lokalnej społeczności człowiek… No właśnie, co może wyniknąć z takiej sytuacji? Wiele – bo film działa całkowicie samodzielnie, jako właśnie to: historia o tym, jak plotka i pomówienia stają się rzeczywistością, siejąc panikę wśród ludzi, nakręcając spiralę agresji i zła. Tylko że mamy rok 1946 a nasz bohater ma aparycję wskazującą na przynależenie do pewnego kraju, który w tamtym czasie jeszcze nie powstał. Co prawda jego aparycja nigdy nie będzie przywołana ani nazwana, nikt też nie będzie osądzać tego człowieka za bycie członkiem czegokolwiek – ale to jakoś samo przychodzi oglądającemu na myśl. Czy więc ten dodatkowy poziom historii to antysemityzm? Skądże, film idzie głębiej i stanowi odpowiedź na liczne oskarżenia, które nigdy nie padają na ekranie: gdzie byliście, kiedy trzeba było zabrać głos? Gdzie byliście, gdy trzeba było się bronić? I jeśli odpowiedź brzmi: wewnątrz tłumu, razem z tłumem… Autor ma coś dla was.
Jest w tym filmie miłość. Zaskoczenia. Morderstwo. Uczucie. Kobieta. Napięcie. Sprawiedliwość wygrywa na końcu, ale już po tym, jak film się skończy. Zło pod koniec myśli, że wygrało, gdy tak naprawdę jego sekundy są policzone. Jakim kosztem jednak to wszystko zostało osiągnięte! Kosztem całkowicie zbędnym, a jednak miało ono miejsce. Z jednej strony dowód wystarczający, aby zło ukarać, był cały czas na wierzchu, jednak protagonista chciał go wykorzystać dla własnej korzyści. Z drugiej strony tłum właśnie. Tłum, który widzi wstającego jednego człowieka na widowni i to wystarczy, aby powstało poruszenie – czy coś się dzieje? Jak ktoś pyta, to oczywiście, że musi coś się dziać. Może ogień? Ogień! Uciekamy! W spojrzeniu twórców nie ma jednak tłumu napędzanego głupotą lub złem. To nie jest motłoch potrzebujący wymówki, aby komuś spóścić wpierdol. Nie ważne, komu, bo ktoś w końcu dostanie po łbie. To tłum, który na początku ma dobre intencje, ale nadal kończy tworząc widowisko, kreując rozrywkę dla samego siebie. Może z dumy, może z pychy, może uwalnia się w nich wtedy coś więcej. Winnych jednak nie ma i nikt ich nie szuka. Nikt nie przemawia, nikt nikomu nie narzuca wniosków i refleksji – ludzie rozejdą się i znajdą na to czas prywatnie, każdy oddzielnie. Jakoś mam pewność, że tak będzie.
No dobrze, Julien Duvivier. Widziałem dekadę temu jego Rudzielca, teraz czas… Na Fernandela? https://garretreza.pl/julien-duvivier/
Wampir ("Vampyr", 1932)
13 czerwca | powtórka
Niech będzie, że wciąż lubię ten film. Jest dziwny i umie być dziwny, a potem się kończy. Mały koszmar. Miałem jednak wątpliwości – w zasadzie nie ma jakiegoś wprowadzenia, od razu przechodzimy do dziwności. Nie ma tutaj podróży, nie wydaje się też, aby twórcy ogarniali, co robią – owe dziwności wydają się być celem samym w sobie i istnieć tylko dlatego, że reżyser chciał, aby istniały. Nie opowiada to jakiejś historii, na którą warto byłoby zwracać uwagę. Nie zamyka tego w jakimś konkretnym doświadczeniu – tyle tylko, że jest ono… Dziwne. Do tego masa czytania. Wydaje się, jakby 20% filmu polegało na czytaniu. Czy raczej patrzeniu, jak postać w filmie czyta.
Część tych uwag ma wyjaśnienie – na przykład film był realizowany w trzech językach jednocześnie, stąd decyzja o minimalnym języku mówionym i przewadze tekstu na ekranie. Od strony realizacji – na plus, od strony widza już nie, ale od kiedy Dreyera interesuje widz? Albo nadmiar tekstu? Idąc dalej – chłop miał postanowić sobie nakręcenie czegoś nowego i przeczytał dużo historii z duchami, aby tym się natchnąć do robienia filmu. I cóż, faktycznie tak jest: zrobił coś nowego. W takim znaczeniu, że jest to nowy film, czerpiący ze starych książek i przywołujący na myśl kino Meliesa czy Caligariego.
Fabuła zaczyna się tak, że student okultyzmu wchodzi do knajpy na zadupie i już się wszystko zaczyna. Przydałoby się coś więcej, ale no: generalnie chodzi o to, że wszystko jest pod urokiem wampira czy coś w ten deseń. I wszystko kończy się zabiciem wampira. Kobita podnosi się, mówi: moja dusza jest wolna i wszyscy są szczęśliwi, koniec. A w środku? Jedna pokręcona sekwencja za drugą.
To zostanie z każdym widzem. Począwszy na cieniu, którą „dołącza” się do właściciela, na sekwencji w trumnie kończąc, ten film jest koszmarem, do którego się wchodzi i nie wiadomo, jak długo tam się będzie. https://garretreza.pl/carl-th-dreyer/
Jedynaczka króla nafty ("They Had to See Paris", 1929)
12 czerwca | YouTube
Najpierw była sztuka z 1922 roku pt. „So This Is London” o starciu kultur amerykańskiej z angielską, gdzie człowiek nieznoszący brytoli odkrywa, że jego dziecko chce wejść w związek małżeński z osobą brytyjską. Potem zrobili już film „They Had to See Paris”, który miał podobne założenia, ale zamiast Anglii jest Francja. Obsada z tego filmu wystąpiła później nie tylko w filmowej wersji „So This Is London”, ale również wrócili do swoich ról z „Paryża” w kontynuacji nakręconej parę lat później, gdzie bogaci Amerykanie wracają do ojczyzny i odkrywają Wielką Depresję. Żaden z tych filmów nie ma związku z Borzage – ale o „They Had…” nie mam wiele do napisania. Głównie dlatego, że kopia, którą oglądałem, to wersja z YouTube’a – poprawiona dodatkowo w automatyczny sposób, ale nie pomogło to, żebym rozumiał większość dialogów. Nawet napisy automatyczne nie miały pojęcia, co robić.
Ale znajduję jakąś wartość w zobaczeniu filmu Borzage robionego na zamówienie, że on też tak musiał żyć. A poza jednym z pierwszych ujęć, jak tłum obserwuje wytrysk ropy („They Will Be Blood momentalnie staje w oczach) albo sceną, jak chłopy po pijaku się zapoznają i jeden kończy wieczór przebrany w pełną zbroję, to nie będę pamiętać tej produkcji. No, że jeszcze kończą cały seans na powiedzeniu: „Froggies”. W sumie nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem Francuza jedzącego żaby. U Dardennów nie jedli, De Funes też nie jadł… https://garretreza.pl/borzage/
Szkarłat ("Scarlet / L'envol", 2022)
4 czerwca | HBO
Faktura tego obrazu już sama w sobie zwraca uwagę – kojarząca się ze starymi fotografiami, filmem analogowym, ciężarem, przeszłością, uchwyceniem czegoś szczególnego. Nawet tempo tego pierwszego ujęcia zwraca uwagę – wydawało się delikatnie spowolnione, chociaż już samo ujęcie nie było dynamiczne: statyczne, przedstawiające zmęczony ruch ludzi wracających z wojny. Tak jak bohater, który wraca i dowiaduje się, że jego miłość zmarła. Został sam ze swoją córką i musi szukać pracy, której nie ma, chociaż jest mistrzem w swoim fachu, jakim jest obróbka drewna.
Kamera uwielbia ręce protagonisty. Nazywa się Raphaël i gra go aktor mający tak samo na imię. Z każdej strony wydaje się naturszczykiem, ale gra od ponad dekady i ma na koncie sporo występów (m.in. w „Poor Things grał rzeźnika), ale podczas seansu byłem przekonany, że to człowiek z ulicy, w którego rękach i oczach zakochał się ktoś z ekipy i w ten sposób dostał rolę protagonisty. Może nie ma talentu do aktorstwa, ale nadrabia to samą prezencją. I tak generalnie jest z całym filmem: to tytuł wypełniony pięknem, ale trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. To znaczy: nie fabuły czy bohaterów. Piękna filmowego. I tego, że twórcy umieli znaleźć to piękno. Wydobyć je. Stworzyć. Uwiecznić.
Miłośnicy piękna kobiecego czy natury znajdą tutaj wiele. Czasami można wyjść z założenia, że twórcy nie robią nic szczególnego, to tylko przyroda i pejzaże są same w sobie tak urzekające, ale każdy doświadczony kinoman widział już to samo, ale pokazane tak, że nie wywoływało żadnych emocji. Tutaj nie mogłem uwierzyć, jak często i jak łatwo wydaje się osiągnięty kolejny moment piękna. Powtarzam się, ale nie ma innego słowa, które to samo by wyrażało. To produkcja, z której dałoby radę wyciąć 20 minut materiału i nieświadomy widz nie pomysłałby, że to wszystko będzie z jednego tytułu. Nawet moment, który nie powinien działać działa – stara kobieta gadająca o spełniających się marzeniach, nic w jej dialogu nie było wartościowe, ale pokazano to jak część baśni. Przepięknej baśni.
Niestety to wciąż jest francuski film. I wytrzymuje jakieś 20 minut zanim zacznie dokładać standardową dramaturgię i konflikty, które nie będą zgłębione ani rozbudowane i są tylko po to, żeby być – tak jakby samo wychowywanie dziecka czy szukanie pracy nie było wystarczająco wymagające. Artyści we Francji nic o tym nie wiedzą i w „Szkarłacie” zresztą nie będzie nawet tego wychowywania – zaraz będzie dorosłą kobietą (cóż to było za piękne przejście montażowe!) i znajdzie sobie kochanka. Rozwalającego samoloty. I hazardzistę. I będą się podglądać jak zboczeńcy, wiedząc o sobie tylko tyle, że drugie jest atrakcyjne.
Miałem nie dawać pięciu gwiazdek, ale po seansie jednak doszedłem do takiej decyzji: jest tutaj zbyt wiele piękna, żeby ganić film za fabularne elementy czy francuskość. Gorzej, że przez to dodaję kolejne filmy do listy, aby obejrzeć je w przyszłości. Pietro Marcello jest mi kompletnie nieznany, więc czas oglądać dalej, jak tylko będę miał okazję – chociaż czuję, że to może być przypadek Pablo Larraína: „Spencer” uwielbiam. I tyle z późniejszych jego produkcji. Kto jednak wie, co przyniesie przyszłość? I przeszłość.
Wracając: „Szkarłat” to piękne kino. Polecam. Jedyny film, gdzie można zobaczyć Juliette Jouan. https://garretreza.pl/opinie-2022/
PRZECZYTAŁEM
All-Star Superman - Grant Morrison, 2006
30 maja
To… Nie jest coś, czego się spodziewałem. Wiedziałem, że to historia o śmierci Supermana – ale takiej ludzkiej, w której jego ciało powoli… Umiera. Dosłownie. Nie będzie pokonany w wielkiej bitwie, nie poświęci się w imię czegokolwiek, tylko… Umrze. Jak człowiek. Wie o tym, że nie ma wiele czasu, więc… Postanawia dokończyć swoje sprawy. Tylko że wizja całokształtu nie jest odsłonięta przed czytelnikiem przed lekturą – w pewnym momencie przez dobre 1/3 zeszytu miałem poczucie, że czytam oddzielne zeszyty i w ogóle zapomniano o głównym temacie. Gdyby nie kilka paneli pod koniec pokazujących palcem „12 prac Herkulesa”, to nie umiałbym ich sam wymienić po lekturze tego komiksu. I wtedy dopiero – po zakończeniu – zacząłem czytać tak naprawdę.
Może to moja wina. Może to zasługa tego, że nie siedzę zbytnio w kanonie tej postaci – czym jest Bizarro wiem tylko dlatego, że widziałem kawałek „Superman & Lois”, co raczej nie jest dobrą reprezentacją tej strony tego uniwersum. Tymczasem u Morrisona to ważny element tej tragicznej mozaiki i opowieści o Bogu, który postanowił został człowiekiem i umrzeć jak człowiek. A to tylko początek warstw tego komiksu.
Tym w końcu jest dokończenie spraw: dokończenie wątków, które powstały w głowach autorów przez wiele dziejów, gdy postać Supermana istnieje. I kończy je on w bardzo osobisty sposób: wie, jakie rzeczy tylko on może zrobić. O czym tylko on wie. I jaki wymiar ma fakt, że on umrze, co ze sobą w ten sposób zabierze. Użyłem powyżej słowa: „Bóg”, ale scenariusz nie idzie w tę stronę. Ani „nadczłowieka” lub czegoś w tym stylu. Ma jedynie świadomość symboliki dla ludzkości. Oraz poczucie szacunku dla niej. Ludzkość ewoluuje i śmierć Supermana jest tego elementem.
Wiem, że kiedyś wrócę do tej lektury. I pewnie wtedy zobaczę w tym więcej niż teraz. https://garretreza.pl/ksiazki/
Co teraz, mały człowieku? ("Little Man, What Now?", 1934)
29 maja | YouTube
Wszyscy jesteśmy „małymi ludźmi” według tego filmu – indywidualnymi osobami stawiający czoła światu każdego dnia. Ta myśl stała za powstaniem „Co teraz…”: opowieści o ludziach, którzy chcą tylko łączyć koniec z końcem. By stać ich było na utrzymanie siebie i rodziny, gdy żona zaraz urodzi dziecko. Nie odnosiłem wrażenia, żeby było to szczególnie mocno osadzone w realiach Wielkiej Depresji, bardziej utwór powstały z misji, aby pocieszyć ludzi i przypomnieć im, aby nie bali się życia. Czy to dobry morał? Ciężko powiedzieć, ale wydaje się uczciwy. Wellman rok wcześniej zrobił bardzo podobny film („Banda dzikich dzieci”) i film Borzage oceniam podobnie – obu daję kredyt zaufania, że taki wtedy był klimat. I chcieli dobrze.
Margaret Sullavan gra tutaj główną rolę – na tyle, na ile kobieta ogólnie wtedy grywała pierwsze skrzypce. To ta sama aktorka ze „Sklepu za rogiem”… I no właśnie, czego jeszcze? Sam widziałem ją tylko w innym filmie Borzage („Śmiertelne zawierucha”). Naturalnie – przynajmniej tak mi się wydaje – zwracam uwagę na jej młodą śmierć i przez to czytam później na Wiki, jak to… Cóż. W dużym skrócie: utrata słuchu, jej dzieci wybrały ojca przez co miała załamanie nerwowe, depresja, śmierć córki z powodu przedawkowania i w końcu sama pani Sullavan została znaleziona ledwo żywa i nie udało się ustalić, czy przedawkowała celowo. Zmarła w wieku 50 lat. Przejmujące, ale można na to spojrzeć również w taki sposób, że to wszystko romantyzuje się, ponieważ mówimy o gwieździe dużego ekranu. Równie dobrze to wszystko mogło mieć drugie dno – patrząc na same wydarzenia, bez ubierania tego w ładne słowa, to tam miała miejsce niezła patologia. Jak widać, ciężko o typ pisać w neutralny sposób – w końcu źródłem jest kilka akapitów przeczytanych przed chwilą. Ustęp bez morału albo wniosków. To się wydarzyło i tyle. https://garretreza.pl/borzage/
Moonrise (1948)
26 maja
Opis fabuły na filmwebie od jednego z użytkowników jest mylący, wręcz wydaje się nabijać z założeń filmu. To nie jest produkcja o synu mordercy, który by udowodnić, że jest mordercą, staje się mordercą. To historia o morderstwie i próbie zadania pytania: czy osoba, która zabiła, jest tak naprawdę zła, biorąc pod uwagę szereg czynników. Między innymi dotychczasowe życie bohatera i jak był traktowany do tej pory – za coś, czego nie zrobił. Był tylko dzieckiem, a jego ojciec był mordercą. To jednak wystarczyło, aby ludzie go traktowali w konkretny sposób.
Sygnały emocjonalne i podprogowe w momencie stresu aktywują się – opis na filmwebie mówi: w przypływie szaleństwa. Tak czy inaczej: protagonista zabija człowieka. Porzuca jego ciało między krzakami… I nie wie, co zrobić dalej. Od tego momentu żyjemy w stresie: niepewności przyszłości. Oraz niepewności tego, co odkryliśmy o sobie samym. Bohater nie wie, co myśleć – uciekać czy liczyć na łut szczęścia? Czy może oddać się w ręce organów sprawiedliwości? Bo tym tutaj jest policja i nie ma co do tego wątpliwości. Łagodność oraz naiwność narracji jest tutaj ważną cechą – pozwala zwolnić na moment razem z bohaterem na te półtorej godziny i zapytać o kilka szczegółów. Jest szansa, że Borzage zatrzyma przy ekranie chociaż kilka osób, które nie wyjdą z założenia, że jak zabił, to sprawa jest oczywista. Niby jest… Ale no właśnie.
Finalnie oczywiście bohater odda się w ręce policji, ale najpierw odbędzie podróż i zrozumie wiele rzeczy. O sobie, o swoim ojcu, o całym wydarzeniu. Jest to terapeutyczne kino, ale moja wysoka ocena wynika wyłącznie z tego, że rozumiem, co film starał się powiedzieć. Nie twierdzę, że jest przekonujący. Napiszę za to, że wciąż warto go wysłuchać. I dlaczego największą zbrodnią człowieka według tego filmu jest „resign from the human race”. Cała ta scena mówiąca o samotności musi rezonować dzisiaj zupełnie inaczej niż w momencie premiery. Jak na film, który miał być finalnym w karierze tego reżysera – dobrze, że udało mu się powiedzieć jeszcze te kilka rzeczy. https://garretreza.pl/borzage/