BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

Maybourne, you are an idiot every day of the week. Why couldn’t you have just taken one day off?
Stargate SG-1, 3×14

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 5 z 5

List do trzech żon ("A Letter to Three Wives", 1949)

29 października | od razu powtórzyłem

Stało się: w końcu zrozumiałem kino Mankiewicza. Albo zobaczyłem po prostu najlepszy jego obraz, gdzie jego zamiary zostały najlepiej zrealizowane. Wszystko o Ewie jest dla mnie synonimem kina z kijem, na dodatek przewidywalny i banalny. 5 Fingers ma dobre dialogi, ale są zbyt mądre. Co tam ostatnio widziałem? Dom ludzi obcych? Ten tytuł też był zbyt mądry: miał coś do powiedzenia i dążył do tego, żeby postaci powiedziały to na głos, zamiast jakoś zgłębić. List… też jest dosyć sztywnym obrazem o białych, relatywnie zamożnych ludziach siedzących w salonie i gadających o swoich głupotach z życia, gdzie dialogi są zbyt mądre… Ale jednak, to wszystko kliknęło.

Oglądamy historię kobiety, o której wszyscy mówią, a teraz zniknęła, zostawiając za sobą list – dostarczony do bohaterek w ostatniej chwili, gdy wsiadają na łódkę i będą zajęte cały dzień, bez możliwości skorzystania z telefonu. W liście czytają, że uciekinierka oddaliła się z miasta zabierając jednej męża ze sobą. I teraz zastanawiają się one… Która nie ma męża? Czy ten list jest tylko żartem? Rozmyślają o przeszłości, kreśląc obraz kina obyczajowego, dramatu i satyry na wiele tematów, kończąc na byciu tytułem o ludzkich emocjach, lękach, obawach, wątpliwościach, niepewnościach, potrzebie akceptacji, miłości… I takich tam. Sraty pierdaty, panie.

Pierwsza żona jest przekonana, że nie pasuje do świata, w którym żyje jej mąż i jego bliscy. Ona z małego świata, on światowy. Druga żona stara się spełnić w roli małżonki pomagającej mężowi osiągnąć karierę, ale on nie tego chce od życia. Trzecia dzięki małżeństwu uciekła od życia w zakresie pięciu metrów od przejeżdżającego pociągu trzęsącego wszystkim, ale czy znalazła miłość w ten sposób? Wszystkie trzy są zazdrosne o kobietę, która w przyszłości napisze im list. Ona uosabia ideał, którym wszyscy mężczyźni bezwstydnie i otwarcie zachwycają się co pięć minut. Wzór, któremu nikt nie jest w stanie sprostać, więc ją obgadują, a ich rozmowy jakoś tak zawsze zbaczają na jej istnienie. Wszyscy w tym filmie mówią elokwentnie, retorykę mają na wysokim poziomie, mają ten dryg do wygłaszania zdań, jakie tylko na scenie mogą paść. I dopiero teraz – szósty czy siódmy film Mankiewicza? – to zobaczyłem: sztukę. Sztukę w znaczeniu jako wyraz artyzmu, któremu warto poświęcić swój cenny czas – aby zobaczyć ludzi wysławiających się w taki sposób, że na to zasługują. To sztuka o ludziach zasługujących, aby o nich tworzyć fikcję.

Rita Phipps: People in the show business, you know what I mean, those kind of people always drink scotch.
George Phipps: Well, I know what you mean, but I wish you wouldn’t say it in radio English. „That kind”, not „those kind”.
Rita Phipps: There are men who say „those kind” who earn $100,000 dollars a year.
George Phipps: There are men who say „stick ’em up” who earn more. I don’t expect to do either.

Mankiewicz buduje dla nas świat przeszłości – mężowie zwracający uwagę na suknie żony (i mówiący wprost, co ma na siebie założyć albo poprawić włosy), alkohol, napięcia w małżeństwie, konflikty w społeczeństwie, radio, reklamy, zmiany zachodzące w Ameryce. Również konflikty międzyklasowe i międzypłciowe. Co należy, a czego nie należy. O zrozumieniu innych. Scenariusz w pełni wykorzystuje swoją nieco epizodyczną konstrukcję, aby umieć się skupić naraz na jednej rzeczy, by w rezultacie każdy temat i motyw miał przestrzeń w obrębie całego seansu. Wszystko tutaj jest uporządkowane, schludne i na miejscu – a kolejne seanse zyskują na łączeniu różnych detali z retrospekcji w większą całość. Bogactwo tego obrazu pozwala podczas seansu nabrać pełną pierś i wziąć ją jak swoją, otwarcie interpretując ją według swojego podejścia. I następnie wdać się w dialog z widzem obok.

Realizacyjnie można się przyczepić do zbyt sztywnej reżyserii – aktorzy muszą przejść do kolejnej lokacji, aby kontynuować dialog dopiero tam. Jakieś światło pada sztucznie i w zwracający na siebie sposób. Potknięcia są zauważalne, ale ciężko mi jednocześnie na chwalić Mankiewicza jako reżysera – klasyczne Hollywood jest tutaj na wyciągnięcie ręki, zdjęcia i aktorzy są doskonali. I tak aż do finału, który zdezorientował jednego z producentów. Zobaczył film i wysłał list do reżysera z rozkazem wyjaśnienia pewnych niejasnych kwestii. Zdumiało to autora, który później nie raz miał jednoznacznie odpowiadać na pytania dotyczące zakończenia. Nie rozumiał tylko, co tam może odbiorców dezorientować? Wszystko jest przecież jasne. A ja tyle dekad później nadal widzę tutaj pole do interpretacji – myślałem, że wszystko było celowe, a tutaj się okazuje, że prawda była inna. Muszę jednak po namyśle przyznać rację: gdyby wątpliwości co do finału były celowe, wtedy film tak naprawdę nie miałby sensu.

PS. Obejrzałem dwa razy z dużą przerwą pomiędzy, ponieważ siadając po pierwszym seansie do pisania nie mogłem sobie odpowiedzieć na jedno pytanie. Bardzo ważne, podstawowe wręcz: czemu ona napisała tytułowy list? I po drugim seansie nadal nie mam odpowiedzi. Przynajmniej innej niż: żeby polecieć z nimi w chuja. Co w sumie pasuje do jej charakteru. Przynajmniej na tyle, na ile możemy opisać jej charakter z listu i reszty narracji. Cóż: są filmy, którym widz umie wybaczyć tak porządne dziury narracyjne, skoro prowadzą do interesującej konstrukcji fabularnej. Nie ma na to żadnego wytłumaczenia ani przykazu, że widz musi to akceptować – to nadal dziura i można to uważać po prostu za błąd. A może po prostu jeszcze coś przeoczyłem? Wiem, że mi to nie przeszkadzało i jeśli wytłumaczenie brzmi: „aby film mógł się wydarzyć”, to nie będę miał z tym problemu. Na pewno do tego filmu jeszcze kiedyś wrócę, może wtedy załapię. https://garretreza.pl/mankiewicz/

Ocena 4 z 5

PRZECZYTAŁEM

Serce to samotny myśliwy – Carson McCullers, 1940

28 października

Adaptację filmową widziałem ponad dekadę temu – więc nie pamiętam z niej wiele. Po lekturze jednak nie umiem sobie wyobrazić, jakby film mógł wyglądać na podstawie takiego tekstu. „Serce…” jest luźnym zbiorem słów o ludziach, społeczeństwie i przestrzeni, w której czasami może coś się wydarzyć. Albo nie. Opis fabuły na Wikipedii jest naprawdę skromny – i niereprezentatywny.

Generalnie jest to opis życia ludzi, którzy egzystują w jakimś stopniu koło siebie. Dzieci, dorośli, lekarz, wyznawca Karola Marksa oraz głuchoniemy, w którym wszyscy znajdują przyjaciela i zwalają mu się po kolei na chatę, aby mówić, gdy on słucha, próbując czytać z ust. Czasami to jest istotne, ale nie zawsze – ci ludzie po prostu nie mają do kogo innego pójść, chcą być wysłuchani, chcą mówić. A to nie jest takie proste.

Jest tutaj obraz świata, w którym istnieje rasizm. To są tylko liźnięcia, pojedyncze momenty, krótkie i dosadne, ale i tak czuć wyraźną różnicę między tym, co tutaj opisane, oraz filmami współczesnymi próbującymi opisać rasizm z przeszłości. Zaangażowani twórcy próbujący poruszyć ważny temat, który znają tylko z opowieści, a tutaj… Czuć, że autorka wie, o czym pisze. Tak, autorka. Też w trakcie nie wiedziałem, jaka jest płeć pióra stojącego za tą powieścią.

Tak czy inaczej – ludzie żyją na stronach książki. Mówią, myślą, coś tam się dzieje, ale to tylko przestrzeń, wśród której dojdzie do momentów. Debata o tym, co trzeba zrobić, nie polega na inspirowaniu się tym, co postaci mówią, ale na obserwacji, jak się słuchają (czy też raczej – nie słuchają) i jak, pomimo tego, że obie strony chcą działać, to nic się ostatecznie nie dzieje. Zapamiętam szczególnie kilka (na czele z postrzeleniem dziecka, które naprawdę bierze się znikąd, ale też pierwszy raz i ucieczka „ojca”), jednak chyba taki był zamysł – to życiowa pozycja. A w życiu też pamięta się krótkie chwile – i nawet jeśli wszystko jest opisane, to jednak nie damy rady dojść do tego, jak do nich doszło. „Serce…” chociaż momentami pozwala czytelnikowi zrozumieć coś, czego bohaterowie nigdy nie ogarną.

Czyta to się dziwnie. Niby do przodu, bez zaangażowania, walcząc z poczuciem: „Chyba coś tutaj przespałem?”, ale gdy już dojdziemy do meritum narracyjnego, wtedy jednak pomyślimy: było warto. Krótka pozycja potrafiąca zostawić po sobie co nieco w życiu czytelnika. https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 5 z 5

Późna wiosna ("Late Spring / Banshun", 1949)

27 października | Flixclassic | powtórka

Ozu kręci historię młodej, dorosłej osoby imieniem Noriko, która opiekuje się swoim rozwiedzionym ojcem myślącym nad ponownym ożenkiem, co ją oburza. Czy jednak na pewno? Dużo w tym obrazie subtelności oraz ukrywania samego siebie przed innymi, aby nikt nie poznał prawdy. Z różnych powodów. Szeroki, sztuczny uśmiech Setsuko Hary został wyhartowany podczas noszenia ziemniaków pół dnia na własnych plecach i powtarzania, że nie potrzebuje pomocy, wszystko jest dobrze. Bo wie, że nikt inny nie da sobie z tym rady, więc udaje przed całym światem, że nie jest jej ciężko. I ponownie: czy tak jest? A może tylko ona w to aż tak silnie wierzy? Relacje międzyludzkie są trudne i Ozu kolejny raz (czy też jeden z pierwszych) to pokazuje na ekranie.

To portret wielu rzeczy, ale w sumie nie wszystkich jestem pewny. Czy to jest portret człowieka znajdującego szczęście w uszczęśliwianiu innej osoby? Czy to portret małżeństwa jako instytucji, gdzie młoda kobieta wymienia opiekę nad rodzicem na opiekę nad inną osobę w tym samym wieku? Na pewno jest to portret starszego pokolenia (może nawet wyłącznie męskiego), które nie potrafi gotować czy wykonywać innych podstawowych czynności, polega wyłącznie na swoich dzieciach (albo żeńskiej stronie swojej rodziny). To jest tak bezwstydnie i bezrefleksyjnie przyznane wprost na ekranie, że aż szokuje. Portret ludzi całkowicie oddanych – przynajmniej tak im się wydaje – drugiej osobie, że muszą zmuszać tych, na którym im zależy, żeby zrobili coś dla siebie. I finalnie nie robią tego dla siebie, tylko dla innych. Portret nieszczęścia będzie kontynuowany.

Ozu wydaje się takim reżyserem, na którego filmy Kubrick nosiłby gazetę do kina i czytał, gdy lecą dialogi – chodzi o to, że wizualnie nie ma tutaj wiele (poza stylem). Wydaje się jednak, że autor celowo wybrał ten kierunek – aby móc podkreślić te pojedyncze momenty całkowicie wizualne (i symboliczny). Czy to chodzi o wazę albo kończenie filmu na obieraniu jabłka, które jest tak głośne, a pojedyncza skórka coraz dłuższa. Ogólnie ten film jednak zostaje w oczach – ta zaduma w oczach bohaterów, czy przejście na drugą stronę ulicy…

Najwyraźniej istniała wtedy cenzura amerykańska, gdy USA okupowało przegraną po 2 wojnie Japonię i musieli wyrazić zgodę na puszczenie scenariuszy do produkcji. Film Ozu zawierał aranżowane małżeństwo, więc to było sprzeczne z indywidualnymi wartościami Ameryki, przez co film mógłby się nie wydarzyć. Pierwotnie tak właśnie fabuła przebiegała – osoby trzecie organizowały zamążpójście Noriko. Usunięto też odniesienia do skutków Japonii w byciu zdewastowaną przez bombardowanie w wykonaniu Stanów Zjednoczonych – przez to Tokio jest określone nie jako ruina, ale… „dusty”. Obecność Ameryki w Japonii podkreślano w taki sposób, jak ujęcie na ostrzeżenie w języku angielskim o granicach udźwigu mostu (wiadomość, którą można wytłumaczyć tylko obecnością wojska anglojęzycznego w pobliżu, które używa mostu do transportu ciężkich maszyn). https://garretreza.pl/yasujiro-ozu/

Ocena 3 z 5

Detroit (2017)

28 października | Amazon Prime

To jest tak naprawdę dramatyzowana wersja prawdziwych wydarzeń z odwróceniem terroryzmu – w tym sensie, że terrorystami są tutaj ci, którzy teoretycznie powinni pilnować porządku. Widz utożsamia się tutaj z osobami, które są więzione przez policję, gwardię narodową i jeszcze inne mundury. Mundury, które są gotowe posunąć się do wszystkiego, aby… Cóż, tutaj film traci grunt pod nogami. A raczej stracił go już na samym początku.

Nie czułem, że oglądam ten film od początku. Film trwający blisko dwie i pół godziny zaczyna się bez wprowadzenia w zamieszki w Detroit w 1967 roku. Jakiś najazd na klub nocny i w następnej scenie grupy ciemnoskórych obywateli odkradają sklepy, domagają się, krzyczą, masy ludzkie ścierają się na ulicy z policjantami, strażakami, wojskiem… Coś mnie ominęło? Czy ten film został zrobiony przez rasistów, których mentalność wyhodowana została na memach z serii: „Gdy osoby czarnoskóre są nękane przez policję, moim honorem jest okraść sklepy”? Bo tak to wygląda, chociaż oczywiście film jest z drugiej strony tej rozmowy. Wzywa do pokazania niesprawiedliwości, która miała miejsce dekady temu, tylko ten brak wprowadzenia wskazuje na to, że jest kierowana do osób, które już znają temat. Po co więc ten film?

I nagle w połowie to staje się historią tej sytuacji terrorystycznej z zakładnikami. I to przestaje wyglądać, jak film kinowy. Gdy Will Poulter krzyczy i domaga się znalezienia pistoletu, to wygląda jak parodia tego odcinka „Community”, gdzie szukali długopisu. Odcinka będącego parodią takich minimalistycznych produkcji, gdzie nie ma pomysłu na fabułę, a zrobić coś trzeba. Tylko że to jest adaptacja prawdziwych wydarzeń.

Zrealizowane to w sumie nie jest najgorzej. Obrazy mają w sobie życie, aktorzy dają rad – kolejne wyraźne nazwiska wyskakują jak króliki z kapelusza – i ogólnie film nie ciągnie się zbytnio. Ciężko go traktować na poważnie i ma on jasno określoną misję, więc miejsca na dialog tutaj nie ma. Mogło to wszystko być uchwycone o wiele cięższą ręką, ale za coś takiego chwalić nie będę. https://garretreza.pl/kathryn-bigelow/

Ocena 5 z 5

Kobiety ("The Women", 1939)

26 października | Flixclassic

Oglądając ten film zdałem sobie sprawę, że to trochę jak inny film tego reżysera – My Fair Lady: trzygodzinny musical, z którego można by wyciąć połowę piosenek, bo w pewnym momencie nie mieli już o czym śpiewać, ale śpiewali dalej. Zamysł był jednak taki, że właśnie na tym polega atrakcja obrazu, który robią: taniec, widowisko, bez końca. „Kobiety” jest bardzo podobne – ma świetne dialogi, doskonałą obsadę i liczne momenty dla widowni, więc daje tego i daje i daje i daje. W końcu sama główna obsada to jakieś osiem nazwisk, dla każdej trzeba dać przestrzeń, fani każdej z nich muszą dostać coś dla siebie. Gdzieś w połowie nawet włączają kolor, aby przedstawić pokaz mody czy coś. Bardziej musicalowo bez śpiewania się nie dało. I tym właśnie film jest: zbiorem atrakcji. Fabuła tyczy się tego, że jedna samica* dowiaduje się, że mąż ją zdradza czy coś, więc planują… jakąś… akcję… w związku z tym. Chyba, nie wiem, jakoś nie mogłem się w to wkręcić. Jest tutaj trochę przemyśleń o kobietach, mężczyznach, związkach i takich tam, co po prostu chyba trzeba puszczać mimo ucha. To komedia z innej epoki, nawet jeśli – pozornie? – dla kobiet. Od kobiet.

Nancy Blake: [to Countess DeLave] Chin up.
Miriam Aarons: Right, both of them.

Mary Haines: Mother! Stephen isn’t old!
Mrs. Moorehead: Of course not, but we women are so much more sensible. When we tire of ourselves, we change the way we do our hair, or hire a new cook, or… or decorate the house. I suppose a man could do over his office, but he never thinks of anything so simple. No, dear, a man has only one escape from his old self: to see a different self in the mirror of some woman’s eyes.

Obsada jest wyłącznie żeńska (i można obejrzeć chyba cały film nie zauważając, że na to się uparli – dopiero ostatnie ujęcie tak naprawdę świadczy o tych ograniczeniach): Norma Shearer, Joan Crawford, Paulette Goddard, Joan Fontaine i masa innych, których już nie znam z imienia i nazwiska (chociaż widziałem po jednym innym filmie z nimi, czasami więcej). Można mieć żal na myśl, że nie poszli na całość i nie zatrudnili wszystkich gwiazd Hollywood w rolach pobocznych. Może nie mogli dać takiej roli Myrnie Loy czy Kasi Hepburn? Może woleli dać miejsce komuś, kto na razie musiał być „uncredited”, ale za parę lat już miałby karierę? Może właśnie dzięki temu, że tutaj pojawił się na ekranie i zdążył zrobić karierę? Osobiście brakuje mi tak naprawdę na ekranie tylko Lucille Ball, która w tamtym okresie już była wymieniana w napisach końcowych – a w scenie z gimnastyką byłem pewien, że to ona jest na ekranie.

Miriam Aarons: A woman’s compromised the day she’s born.

Cukor robi swoje z werwą – adaptuje sztukę teatralną i już w pierwszej sekwencji biegnie z kamerą przez cały zakład kosmetyczny, z jednego pokoju do drugiego. Nikt nie pomyśli, że to teatr – nawet jeśli z grubsza oglądamy cały czas podobne scenerie: kosmetyczka, joga, herbatka, kąpiel, fryzjer. I plotki za plotkami, Jezu Chryste. Chyba tak naprawdę zapamiętam jedynie scenę, w której Norma Shearer tłumaczy dziecku, że rozwój nie oznacza koniec miłości do wspólnego potomka. Dobrze się bawiłem, ale te dwie godziny trwały o wiele dłużej. https://garretreza.pl/george-cukor/

*Nancy Blake: You just can’t bear Mary’s happiness, can you, Sylvia? It gets you down.
Sylvia Fowler: How ridiculous! Why should it?
Nancy Blake: Because she’s contented. Contented to be what she is.
Sylvia Fowler: Which is what?
Nancy Blake: A woman.
Sylvia Fowler: Ah! And what are we?
Nancy Blake: Females.
Sylvia Fowler: Really. And what are you, pet?
Nancy Blake: What nature abhors: I’m an old maid, a frozen asset.

Ocena 5 z 5

Sztuka życia ("Design for Living", 1933)

20 października | Flixclassic

Filmy Lubitscha mają to do siebie, że trudno o nich pisać w sposób, do którego jestem przyzwyczajony. O ich treści czy zawartości, ponieważ nie ma tutaj treści – w tym znaczeniu, że to jest film: i tutaj o czym on jest. Jest komedią i to jest jego cel. Jak to osiąga? Nie da się tego opisać – trzeba to po prostu zobaczyć. Wręcz żal to opisywać, gdy można tego doświadczyć w ruchu i być zaskoczonym, jak proste sceny nabierają oryginalności i obfitują w malutkie niespodzianki. I tym samym są po prostu mile spędzonym czasem – nie trzeba do tego niczego analizować, po prostu bawić się z dialogów i fabuły.

A gdy już chce się coś napisać od siebie, wtedy naturalnie człowiek zaczyna rozbijać film na warstwy. Najważniejszą jest tutaj seksualność – opowiada w końcu o trójkącie… Miłosnym? To za duże słowo – atrakcyjni ludzie lecą na siebie nawzajem, tylko na przeszkodzie stoi im fakt, że mają konkurencję, a wybór będzie końcem pewnej… przygody? Ona inspiruje dwóch mężczyzn i w rozbrajająco seksistowski sposób oświadcza, że ona sama dla siebie się nie liczy, tylko jej wpływ na ich sztukę. Bo sztuka jest najważniejsza. Jeden maluje, drugi pisze.

I to jest w sumie mój jedyny problem z tym filmem: ona zamierza jedynie krytykować ich dzieła, aby byli coraz lepsi i lepsi, ale tego tak naprawdę nie robi. Używa jedynie przykrych słów w kółko i w kółko, aż ich sztuka magicznie będzie lepsza. Tutaj było miejsce dla głębi tego obrazu, jaką w pewnym sensie miała choćby „Muza”. Kreacja jako proces i ciężka praca tam została uchwycona, tutaj… Cóż. Robimy, aby samica wybrała mnie.

Wracając do seksualności – jak to zostało rozwiązane po tych wszystkich perturbacjach i perypetiach? Otóż: w ogóle. Podają sobie ręce i oświadczają, że wymagane jest porozumienie. Mówcie, co chcecie – ale ja wtedy słyszę zgodę na trójkąt. Na poligamię. Na rzeczy, których nie dało rady wtedy powiedzieć na głos, a jednak finał można odczytać w ten właśnie sposób: zgodzili się wcześniej na brak seksu (powiedzieli to wszyscy na głos, wielokrotnie!) i teraz zgadzają się na kolejną umowę. Czego innego ona może dotyczyć?

Reszta warstw ma związek z ową seksualnością – relacje międzyludzkie, międzypłciowe, międzyklasowe. Może nawet jednak film coś mówi o sztuce? Film niekoniecznie tego potrzebuje, ponieważ zachwyca zawsze w danej chwili: w danej scenie, wymianie dialogowej, subtelności i mrugnięciu okiem. I zaraz jest kolejny, i kolejny. Po prostu włączcie film i dajcie się zaskoczyć. Od pierwszej sceny i prezentacji bohaterów – gwarantuję wam, że nigdy czegoś takiego nie widzieliście. https://garretreza.pl/ernst-lubitsch/

Ocena 3 z 5

39 kroków ("The 39 Steps", 1935)

20 października | Flixclassic | powtórka

Człowiek oskarżony o coś, czego nie zrobił, musi uciekać. I ciężko mi jakoś opisać, co będzie dalej – w tym znaczeniu, czy te wydarzenia będą mieć wpływ na właściwą fabułę. Znajdzie samicę, która nie będzie mu wierzyć, ale mu uwierzy i będą razem na koniec, tylko sama intryga kryminalna jakoś nie zapada w pamięci. Jej rozwiązanie również.

Sprawne zrealizowany obraz, tylko po openingiem czy sceną w samochodzie (że niby na jednym ujęciu) wrażenie zrobiło na mnie ujęcie zamykające. Też chyba na jednym ujęciu, z tą całą przemową , oddaleniem kamery i złapaniem się za ręce. Kino mające więc chociaż momenty. https://garretreza.pl/alfred-hitchcock/

Ocena 3 z 5

Starsza pani znika ("The Lady Vanishes", 1938)

20 października | Flixclassic | powtórka

Ale to było głupie. I zajęło mi trochę czasu ten fakt zaakceptować, chociaż film daje sygnały od pierwszego ujęcia nad makietą miasta – myślę sobie, że to jest tak sztuczne, że to musi być sztuczka: będzie oddalenie i przyznają, że to jest makieta… Ale nie, to serio miało imitować miasteczko, następuje rozmycie obrazu i przejście do „live-action”, jakby to była kontynuacja tej makiety. I przechodzimy do nieciekawego (chociaż dosyć zabawnego), wypełniającego czas przedstawienia postaci zanim wsiądą do pociągu i tam wydarzy się film. Łącznie z tym całość nie trwa nawet półtorej godziny, a opiera się niemal wyłącznie na żartach językowych. Klienci mówią w jednym języku, obsługa w drugim i próbują się porozumieć, więc dochodzi do takich kwiatków, jak „wypróżnić szafę”. Jeszcze to z lektorem oglądałem, bo taka wersja jest na VOD.

A gdy film już się w końcu zacznie – Chryste panie, to może być jeszcze głupsze od „Vertigo”. Nie wiem na jakim poziomie trzeba patrzeć na tę intrygę, aby mogła ona mieć jakikolwiek sens. Nawet zakładając, że tytułowa postać nie zbierze żadnych przyjaciół, którzy by zarejestrowali jej wyparowanie z powierzchni pojazdu lokomocji. Antagoniści wciskają protagonistce kit, że starszej pani nie było, potem, że wygląda inaczej, że protagonistka ma problemy z głową. I w końcu nasi czujni bohaterowie dochodzą do jednego wniosku: wszyscy są w to zamieszani, nikomu nie można ufać! Co więc robią? Ufają jednej z osób, która jest w to zamieszkana. I będą otruci, ale osoba, która im poda tę truciznę, to jednak im tego nie podała, bo nie, bo film ma się wydarzyć. Wymuszony wątek romansowy to jedynie wisienka na torcie, chociaż tutaj aktorzy robią co mogą, aby dodać uroku.

Jedyne, co jakoś nadaje wartość temu obrazowi, to liczne pociski z narodu Brytyjskiego. Priorytyzacja sportu i wyników z meczu, pośpiech, aby zobaczyć wydarzenie sportowe. Czemu twierdzą, że nie widzieli starszej pani, chociaż ją widzieli? „Typowi Brytyjczycy: nie mieszają się w sprawy innych, dopóki ich samych nie dotyczą”. Takie rzeczy w 1938 roku wyprzedzające 2 wojnę światową z ust reżysera brytyjskiego – powinszować. Do tego masa humoru – komentarze czy nonszalancja w obliczu bycia postrzelonym w rękę. To jest ten jeden element filmu, który naprawdę mnie bawił.

Powiem tak: widziałem ten film dawno, dawno temu. Miałem go nagranego na kasecie i dobrze wspominałem przez te wszystkie lata, pamiętając z licznymi szczegółami – słuchanie gry grajka na początku czy też pisanie nazwiska na oknie. To i finał. To jest niezły kryminał dla młodego odbiorcy – śmierć występuje tylko na początku, kiedy tego muzyka zabijają. Reszta zawiera liczne atrakcje, nawet swego rodzaju pokaz magiczny. To tak naprawdę odcinek „Scooby Doo” i w takim kontekście mogę mu wybaczyć wiele jego wad i miałkości. Nie jest to poważny obraz, ale jednak można się na nim dobrze bawić. https://garretreza.pl/alfred-hitchcock/

Ocena 4 z 5

Ulica ("Street Scene", 1931)

19 października | Flixclassic

Kamienica w upalnym okresie pełna plotek i sąsiadów wsadzających nos w nie swoje sprawy. Chociażby żonatego chłopa, który lubi zagadać do mężatek chłopki – ale nie tylko. Będą się wymieniać innymi dialogami, chociażby o potrzebie rewolucji społecznej.

Czuć rodowód teatralny – Elmer Rice napisała scenariusz na podstawie własnej sztuki i King Vidor nie przepisuje tutaj niczego. Wszyscy siedzą na schodach i wychylają się przez okno, żeby pogadać z kimś, kto też wygląda na zewnątrz piętro niżej. Albo stoi na chodniku. Użyto jednak prawdziwej ulicy, przed nią jadą prawdziwe samochody, miasto jest jednym z bohaterów – bierze udział w klamrze narracyjnej, pokazującej miejskie życie wokół postaci ludzkich. Dramaturgia nie została wymyślona na nowo – nadal polega na perspektywie z ulicy i niemożności wejścia do wnętrza – została za to rozbudowana o język filmowy. Ta sekwencja montażowa przed punktem kulminacyjnym filmu jest małym dziełem sztuki i robi ogromne wrażenie. Reżyseria z całą pewnością na medal.

Nie umiem opisać, czy głębia została spłycona względem sztuki czy ona zawsze taka była. Każdy powie swoje, ale nie przekazuje konkretnego komentarza o czymkolwiek – to jedynie objawy napięcia wśród ludzi. A historia opowiada o eskalacji tego napięcia i paranoi, gdy każdy mówi, mówi i nie ma to żadnego końca, popychając innych ludzi do działania, którego mogą żałować, gdy już ochłoną. Na to mamy wpływ i na tym twórcy się koncentrują. https://garretreza.pl/king-vidor/

Ocena 4 z 5

Isle of the Dead (1945)

18 października

Przedziwna mieszanka: Grecja, wojny bałkańskie, podgatunek wampirów pochodzący z literatury rosyjskiej… I do tego Boris Karloff. Przekłada się to na film, który głównie „buduje napięcie”, tudzież czeka na trzeci akt.

Oto oglądamy surowego generała, który po zwycięskiej bitwie postanawia odwiedzić grób żony, który akurat jest niedaleko i nie był tam od dawna. Przepływa łódką razem z dziennikarzem wojennym po zmroku na tytułową wyspę, gdzie znajduje grób zbezczeszczonym. Mało tego: słyszy głos kobiety. Idąc typ tropem trafiają na dom wypełniony ludźmi z różnych powodów – jeden jest na przykład archeologiem i bierze na siebie winę za rozkopane groby, ponieważ miał przyciągnąć ludzi wierzących o ukrytych tam skarbach. Spędzają tam noc, ale zostaną na dłużej – nikt nie może opuścić wyspy z powodu zarazy. Surowy generał pomaga wprowadzić kwarantannę siłą, ale nie zyskuje w ten sposób przyjaciół.

Fundament jest więc bogaty i naciągany, nie wspominając za bardzo o tym, że nic na ekranie nie daje znać o Grecji jako miejscu akcji – prowadząc do sprzeczania się, kłótni, napięć, nieufności. Boris Karloff jest bardzo ludzki w swojej bezwzględności: możemy uwierzyć, że robi to wszystko będąc głęboko przekonany o słuszności izolacji. Oraz, że umie rozkazy wprowadzać jedynie siłą oraz strachem. Przysłania jednak resztę postaci, które w ogóle się nie wyróżniają – a sprawdzania, czy ktoś żyje, poprzez przykładanie piórka i lusterka jest cokolwiek… Archaiczne.

Finał dotrzymuje słowa, budując atmosferę i rozwój wydarzeń w zaskakujący sposób. Sposób, który niejako przerósł twórców, którzy nie podołali w wydobyciu należytej głębi z tych wszystkich niejasności, domysłów, zagubienia i paniki. Są tutaj momenty, gdy jako widz wstrzymywałem oddech i jestem pewien, że w pełnej sali kinowej zapadałaby grobowa cisza. Film kończy na wysokiej nucie i po seansie sprawdzam, czy może lata później nie powstał remake w rękach kogoś bardziej ambitnego.

PS. W czasach Covid-19 ten seans inaczej byłby odebrany. Ktoś go wtedy oglądał? https://garretreza.pl/horrory-lat-1940s/

weir 2003 Pan i władca: Na krańcu świata ("Master and Commander
Ocena 5 z 5

Pan i władca: Na krańcu świata ("Master and Commander: The Far Side of the World", 2003)

18 października | HBO | powtórka

Najpierw była książka w 1969, która dała początek całej serii książek przygodowych osadzonych w realiach wojen Napoleońskich (takie ciastka). Jej autor pisał do 1999 roku, kiedy wypuścił część dwudziestą, rok później zmarł. Kilka kolejnych lat minęło i zrobili filmową wersję inspirowaną serią książek, bez polegania na fabule jednej konkretnie. I na tym się skończyło. Jakby dzisiaj Nolan zrobił ten sam film, to odniósłby większy sukces – chociaż porównując sceny ze statkami u Weira i w „Odysei”, Nolan nie dałby rady zrobić „Pana i władcy” chociaż na zbliżonym poziomie. „Pan i władca” jest widowiskiem, które nie zastępuje spektaklu formatem obrazu i innym tematami technicznymi. Tu jest na co patrzeć i nadal jest nakręcone naprawdę: statki, mgła, woda, kostiumy. I aktorzy na tych statkach. Po prostu pomieszano ujęcia na faktycznym morzu z tymi zrealizowanymi w sztucznym basenie.

Jest to prostsza produkcja, niemal proof of concept – film akcji złożony z jednego pościgu, trwający cały seans, w sumie jedna lokacja (statek) i pomimo masy twarzy na ekranie liczą się tylko dwie z nich: kapitan i doktor, służący za podstawy dylematów moralnych. Jak daleko powinna władza sięgać? Czy powinno się ją podważać? Czy należy zawsze podążać za kapitanem? Nie są to kwestie rozwiązane ani też film nie ma o nich nic oryginalnego do powiedzenia – ale łatwo założyć, że mogli planować poświęcić temu więcej czasu w kolejnych częściach. Udowodniono też, że umieją w przekonywujący sposób umieścić akcję filmu 200 lat wstecz: kostiumy, język, praca na statku, podziały wśród ludności. I przede wszystkim: oddanie prawdy o tym, ile trzeba oddać, żeby służyć w takim miejscu. Bohaterowie może i są nieśmiertelni, wyjdą żywi z każdych opresji, ale jednak statek wokół nich, oraz członki i tkanki ich załogi, latają na ekranie w dosadny sposób. Twórcy nie tracą czasu i w pierwszych minutach przedstawiają dziecko tracące kończynę – ale nie tracące ducha walki.

Z jednej strony dostajemy przygodę, z drugiej straszne statki wyłaniające się z mgły, potężne armaty rąbiące statki w pył – jak to wszystko jeszcze pływa, ile wymaga wyrzeczeń! John McTiernan był pierwszym wyborem na reżysera i pewnie on zrealizowałby sceny akcji czytelniej – Peter Weir (może i nieświadomie) idzie w chaos. Rzeczy się dzieją na ekranie i ciężko cokolwiek z tego opisać. Strzelanie, krzyczenie, machanie, umieranie… Aż się skończy. Ciężko na to patrzeć, ale można argumentować, że to jest bardziej realistyczne – tak właśnie miałyby wyglądać abordaże, dwie masy ludzkie wpadające na siebie nawzajem. Dźwięk, efekty specjalne – wszystko na złoto. To się naprawdę udało zrealizować. https://garretreza.pl/peter-weir/

Ocena 3 z 5

Iwan groźny (1944-58)

14 października | Flixclassic | powtórka pierwszej części, drugą pierwszy raz oglądałem

Opiszę wrażenia z obu części jednocześnie, ponieważ moje odczucia są podobne – to bardzo śmieszne filmy, pod spodem których widać pewien artyzm: najlepiej widoczny nie poprzez oglądanie filmu, ale poprzez oglądanie klipów. I patrzenie na nie pod kątem bycia kinem niemym, które siłą rzeczy musi być dźwiękowe.

Reżyser chciał robić coś innego, ale jego propozycje zostały odrzucane. Stalin za to cenił sobie Iwana Groźnego, uważając go za władcę wielkiego i mądrego – i był zainteresowany naprawieniem pamięci o nim. Reżyser oświadczył, że ma podobne zamiary, ale Stalin widząc efekt w postaci części drugiej (która nadal nie miała być ostateczna) nałożył na nią ban, ponieważ uważał porter Ivana jako słabą podróbę Hamleta. Najwyraźniej tyle wystarczyło. Najwyraźniej tyle znaczy widzieć samego siebie na ekranie i nie dorastać do własnego wyobrażenia tego, jak inni ciebie widzą. Znaczy: ponoć Ivan na ekranie jest Stalinem, ja tego nie wiem. Nic nie wiem o Stalinie poza tym, że umarł i nie żyje. Ponoć też skrzywdził wiele istnień.

Tyle względem treści, co było mało istotne dla mnie podczas oglądania, ponieważ samo patrzenie na ekran było dalece bardziej zajmujące. To nie jest komedia, ale efekt końcowy bawi – czy to inscenizacją, grą aktorską, czasem nawet dialogi są niedorzeczne, nadmuchane. Bawiły mnie groteskowe zbliżenia na twarz, bawiły mnie ich przesadzone, nienaturalne miny, bawiło mnie wyobrażanie sobie tego jako czegokolwiek mającego związek z moją rzeczywistością. To w końcu film w jakimś stopniu historyczny! Iwan Groźny jest postacią historyczną, prawda? Cóż – film zrobił wszystko, abym sprawdził Wikipedię trzy razy, zanim będę miał pewność.

Nie jest to zabawa zapadająca w pamięć. Na pewno zapadł mi w głowie moment, jak protagonista postanowił przyjąć przydomek Groźny – jaką minę wtedy robi, jak kamera na niego patrzy! To trzeba zastopować, aby się wyśmiać do końca. Chwilę wcześniej jeszcze było kuriozalne ustawienie aktorów – każdy przyjął dziwną pozę na ekranie samodzielnie, a w następnym ujęciu okazało się, że oni te pozy przyjmują będąc w odległości kilku centymetrów od siebie. I jeszcze oddalili się potem, bo kamera zrobiła najazd… Finał też był kuriozalny, jak zabili podmienioną osobę, Iwan wyszedł i zaczął cisnąć bekę z napastnika (to teraz go zabijcie, w czym problem?). To powinien być film niemy – reżyser umiał kreować pojedyncze, nieruchome obrazy i poruszać je w montażu, ale gdy te ujęcia były dłuższe (bo aktorzy zaczęli mówić nie mogąc łamać przykazanej pozy) i zaczął się jakiś montaż wewnętrzny, to wtedy wszystko się posypało. Taka jest moja teoria.

Jak się film zatrzyma, przyjrzy się tym ujęciom w oderwaniu od bycia częścią filmu – nie można odmówić filmowi bycia realizowanym w imponujący sposób. Jak uzyskano te wysokie cienie w tle za bohaterami, gdy sami aktorzy są tak blisko kamery – to tylko jeden z przykładów na to, że wizja musiała być konkretna i nie było łatwo ją zrealizować. Tylko od momentu włączenia kamery rzeczy zaczęły się sypać. https://garretreza.pl/eisenstein/

Ocena 4 z 5

Frankenstein spotyka Człowieka Wilka ("Frankenstein Meets the Wolf Man", 1943)

12 października

Kontynuacja Wilkołaka jak i Ducha Frankensteina. I jako człowiek, który oglądał tylko jedno z nich i nic z niego nie pamięta, mogę napisać: bardzo fajna kontynuacja, która jest tak naprawdę samodzielna. Zaczynamy od świętokradzctwa na grobie Lawrence Talbota – niedługo później w innym mieście znajdą rannego człowieka, który przedstawia się właśnie jako Lawrence Talbot. Ma problemy z pamięcią i nie potrafi odpowiedzieć na wiele pytań – władze i lekarze biorą go za zagubionego człowieka, ale nikt nie spodziewa się prawdy: że jest wilkołakiem, jest przeklęty i teraz ucieka, aby umrzeć.

Ponoć jako kontynuacja są tutaj dziury logiczne i inne takie, ale jako samodzielny obraz? Zadziałał na mnie. Miałem reakcję emocjonalną na sytuację tego człowieka, rozumiałem go i byłem zaangażowany w to, co się dzieje. To horror, fantasy czy część serii przy okazji – na pierwszym miejscu są oczy człowieka i jego osobista historia w tym wszystkim. Reżyseria jest na wyższym poziomie niż powinna – jak na film trwający ledwo ponad godzinę potrafi on wykorzystać każdą sekundę, aby zbudować atmosferę i napięcie. Ogólnie realizacja filmu robi wrażenie – finałowa lokalizacja w ogóle nie daje o sobie znać, że jest miniaturą aż do samego końca, gdy zostaje zalana. Implementacja postaci Frankensteina również tak po prostu ma sens w obrębie fabuły – to zrozumienie! Oni zgodnie z tytułem się spotykają, to nie jest żaden pojedynek czy coś w tym stylu. Dwoje potworów, którzy nie chcą być potworami. Potwora Franka gra Bela Lugosi i ponoć jego sekwencje zostały w dużym stopniu wycięte – zostawiono tylko te, w których nie mówi, bo wokal aktora nie przeszedł testów z próbną widownią. Po samym filmie nie domyśliłbym się tego za bardzo.

Minus obrazu polega na tym, że gdzieś w połowie skręca w schemat i powtórkę z rozrywki. Nowy chłop chce być Frankensteinem i to w ogóle mi nie pasowało do jego postaci, po prostu dramaturgia tego wymagała, więc film świetnie się zaczyna i kończy byle jak, chociaż w imponującym stylu.

PS. Film zasługuje na co najmniej trzy Oscary – efekty specjalne, kostiumy i charakteryzację. Przegrał z „Zanurzeniem alarmowym” (coś o łodzi podwodnej) w pierwszej kategorii, pozostałe dwa nie istniały w tamtym czasie. A mamy tutaj pełną przemianę w wilkołaka na „jednym” ujęciu, gdzie cały czas widać oczy protagonisty. Z powodu takich scen wymyśla się nagrody, nie w drugą stronę. https://garretreza.pl/horrory-lat-1940s/

Ocena 2 z 5

Aleksander Newski (1938)

10 października | Flixclassic | powtórka

Powtórka po latach, kiedy to dałem niemal z miejsca 1/10 za samo wykonanie. I teraz w dużym stopniu to podtrzymuję, chociaż jestem nieco łagodniejszy w ocenie końcowej. Film jest słabo zrealizowany pod każdym względem – topografia sceny, gra aktorka, jakakolwiek wiarygodność czegokolwiek, zachowanie postaci, dialogi, kupy to się nie trzyma. To jest list miłosny do idei człowieka, który jest ważny dla narodu, całość jest ku pokrzepieniu serc i kończy się ogłoszeniem, że kto zadrze z tym narodem, tego los marny. Tylko przy okazji wskazywał Niemców (nie Prusów czy Krzyżaków, żeby pasowało do czasu akcji) jako wrogów, co przez moment nie było mile widziane w polityce między ZSRR i Trzecią Rzeszą. A potem znowu było mile widziane. Sztuka jest subiektywna.

Wracając do samego filmu – przedstawienie w przedszkolu wydają się aspirować do wyższych rzeczy, niż ten film. Nie jestem w stanie traktować tego poważnie, nie sprawdza się on też zupełnie jako źródło edukacyjne czy coś w tym stylu. Nadal nie wiem nic o Olku Newskim. A pod spodem wydaje się, że jest całkiem sensowny pomysł na wizję, tylko tak jakby po dodaniu do niego ruchu całość się posypała? Aktorzy też wydają się kompetentni, tylko do kina niemego: przyjmowanie pozy i robienie miny wychodzi im nieźle w kontekście języka kina niemego. A tutaj muszą się ruszać, mówić te dyrdymały… Takie mam podejrzenia. I wydaje mnie się, że w ten sposób jakby… Podchodzę obiektywniej do oceny tego obrazu? https://garretreza.pl/eisenstein/

She Wore a Yellow Ribbon ford 1949
Ocena 4 z 5

Nosiła żółtą wstążkę ("She Wore a Yellow Ribbon", 1949)

7 października | powtórka

Jest pewna szansa, że nawet jeśli będę z tego filmu coś pamiętać – to może mi się to mylić z innymi filmami Forda. Większość czasu miałem wrażenie, że oglądam bliźniaczkę Long Gray Line, szczególnie w sentymentalnej warstwie fabuły – obie produkcje mają w sobie pierwiastek patrzenia wstecz na własne życie. W Nosiła… oglądamy ostatnie dni czynnej służby człowieka, który weźmie na siebie ciężar zrobienia wszystkiego, byle tylko zapobiec wojnie. Tylko jak film do tego prowadzi i jak istotna tutaj jest owa żółta wstążka – tego już nie opiszę. Tytuł wzięli z popularnej piosenki i żółta wstążka faktycznie w filmie jest – jako symbol nadziei na szczęśliwy powrót żołnierza z misji. Noszą to w ciągu filmu i noszą podczas zakończenia.

To z całą pewnością przepiękny wizualnie film, abstrahując od wszelkich walorów filmowych – te barwy, plenery, jakość wszystkiego. I tak, to nadal jest doskonale wyreżyserowane. Nie poznałem Johna Wayne’a w roli głównej – czy raczej nie mogłem uwierzyć, że za tą charakteryzacją jest on właśnie. Ford miał nie wierzyć w tego aktora i był zaskoczony, jak bardzo się on rozwinął w swoim zawodzie. Nawet po zdjęciach dał mu w prezencie ciasto z napisem: „Teraz jesteś aktorem”. Sam Wayne dostał nawet w tym roku nominację do Oscara. Za inny film.

Jest tutaj też zabawna w swoim ustawieniu scena walki w barze. Oraz scena komunikacji z Indianami, która jest rasistowska, ale ogólnie pasuje do filmu – nie jest oni choć trochę realistyczny, to jest fantazja na temat życia w wojsku, spełnienia się, bycia docenionym, osiągania tam czegoś ważnego, ratowania życia, bycia pamiętanym. Tyle w tym prawdy co w tym napierdalaniu się w barze dla śmiechu. Albo obrazie Indian. Niby jest to umieszczone w kontekście historycznym – chociaż oparte o fikcyjne opowiadanie, to wymienione są postaci historyczne – więc trzeba to oglądać mając na uwadze, żeby za dużo z tego nie wyciągać. Liczą się detale: Chief John Big Tree grający Pony That Walks pojawił się wielokrotnie na ekranie, ale nie był uwzględniany w napisach końcowych, a jego postać nie miała imienia najczęściej. Tutaj mamy jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły. Takie szczegóły mają znaczenie. A przynajmniej chcę tak myśleć.

Fajny western. Niby nie jest lekturą obowiązkową, ale to udany seans. Chociaż nie zapadający w pamięci. https://garretreza.pl/john-ford/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic