BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
Stargate SG-1, 3×14
OSTATNIO OGLĄDANE
Kill Bill 2 (2004)
5 września | HBO | powtórka
Jest na YouTubie ranking filmów Tarantino w wykonaniu trzech prezydentów USA. Oczywiście fikcyjny, ale pada tam zdanie, że „Poza Umą Thurman ratującą się z trumny nie pamiętam z tego filmu nic”. Gdy to usłyszałem, to się pod tym podpisałem. Tak jak z pierwszej części nadal pamiętam chyba większość, tak z drugiej pamiętam… Trumnę. Przy powtórce okazuje się, że to prawie pół filmu – od ataku poprzez unieruchomienie, bycie pochowaną, retrospekcję treningu i w końcu wyswobodzenie się z trumny. Na tym etapie jesteśmy w okolicy 50 minuty. Ciężko jednak powiedzieć, co się dzieje później, między trumną i punktem kulminacyjnym.
Na szczęście mogę napisać, że pamiętam więcej. Opening czarno-biały w kościele, walkę z jednooką, wyciąganie oka, trening, stopy lecące w stronę kampera i wiele, wiele innych detali. To nie jest tak, że ten tytuł nie zapada w pamięci. Nadal wprowadza widza w świat tych dziwnych ludzi, którzy są z natury zabójcami i tylko takie życie znają, więc widzą wszystko inaczej – bycie gotowym na śmierć, na zemstę. I jak ciąża to potrafi wywrócić. Jak strach wchodzi w los osób, które żyły bez strachu. Jak życie wchodzi do życia ludzi, którzy znali tylko śmierć. Chyba ten film próbuje być o czymś w tym stylu, nie wiem. Najczęściej jest bardzo przekonywujący, nawet jeśli nie do końca wie, w którą stronę idzie – ale parę razy nie uda mu się kupić widza. „Jestem matką, nie zabijaj mnie” – a tamta druga ze strzelbą w jednej ręce. Przesada.
Niemniej – to jest ciąg fantastycznych sekwencji. Jedne były improwizowane (demolka po utracie oka) inne miały wyglądać inaczej i pod naciskiem producenta zrealizowano coś innego (punkt kulminacyjny), w każdym jest jakiś szczegół do odkrycia – chociażby to, że wszystkie zgony są z ręki kobiecej. Albo że w drugiej części na ekranie umierają tylko trzy osoby. Albo że The Bride wyrywa oko ręką, która należała do jej Mistrza.
Nie dorasta to do poziomu pierwszej części, ale nie musi – przecież nadal pozostaje częścią tego samego tytułu. To się ogląda jak jedną produkcję, jak dwie połowy jednego musicalu na Broadwayu – ludzie zawsze wolą jedną lub drugą. Gdyby był to samodzielny tytuł – a dałoby radę tak to ponaciągać, w końcu scena wesela i tak już tu jest – oceniłbym jedną gwiazdkę niżej. Jednak prawda jest taka, że to czterogodzinny tytuł pełen przemocy i wspomnień, niezwykłych pomysłów, do którego będę chciał wrócić. https://garretreza.pl/quentin-tarantino/
Nagie miasto ("The Naked City", 1948)
3 września
Coś na kształt dokumentu, city-symfonii czy tego czegoś, co kręcił Andrzej Munk na potrzeby propagandy o życiu Warszawy. Tylko tutaj jest przedstawiony Nowy Jork poprzez pryzmat sprawy kryminalnej: ludzie się bawią i robią inne rzeczy, a obok ma miejsce morderstwo i wszystko wokół niego jest przedstawione trochę w kontekście Nowego Jorku. Na przykład ofiarę spotkał zły los, bo uwiódł ją czar nocnych klubów i innych rzeczy, których nie miała w swoim małym mieście, które znała do tej pory. Albo typ spod ciemnej gwiazdy, który ogłasza, jak łatwo może zniknąć w tym olbrzymim mieście… Naciągane? Tak. I nie do końca zrozumiałe, co twórcy chcieli w ten sposób osiągnąć. Gdy morderstwo zostanie wyjaśnione, to narrator dodaje jedynie: a jutro znowu ktoś umrze i znowu będzie nowa zagadka. E?
Tym bardziej szkoda, że większość czasu spędzamy na oglądaniu kryminału z kina typu B. Nie ma tutaj silenia się na realizm czy powagę, nawet jak na tamte czasy. Oglądamy więc tani, nijaki film z dziwnym narratorem, który próbuje tutaj nadać sprawie jakiś szerszy kontekst, tylko nie rozumie zadania, które mu powierzono. Nie wiem, czy ktokolwiek z twórców rozumiał to zadanie. W przyszłości w kinie udało się je zrealizować, ale tutaj było do tego daleko.
Nie widać też ręki Dassina. Może w pojedynczych ujęciach co najwyżej. Cztery gwiazdki za to, że dosyć późno przestałem się oszukiwać, że to się uda. Komentarz z Internetu: A 3 star movie with 5 star cinematography. https://garretreza.pl/jules-dassin/
Dziedziczka ("The Heiress", 1949)
30 sierpnia
Czułem się, jakbym oglądał adaptację dużej książki. A reżyser przeniósł tylko pierwszą czwartą. Może to mieć jakiś związek z tym, że czytam „Rebekę” i zastanawiam się – bo już nie pamiętam filmu na tyle – w jakim stopniu pominięto perspektywę protagonistki podczas adaptacji do produkcji Hitchcocka. Cały ten rozwój osobisty i tak dalej, który odbywa się głównie w ciszy. „Dziedziczka” jawi mi się jako podobny tytuł: tytułowa samica szuka męża jako jedyne dziecko bogatego samca. I z jakiegoś powodu tylko Montgomery Clift się zgłasza – chyba dlatego, że dziedziczka nie bardzo umie w socjalne zabawy, ale to nie jest przekonywujące. I teraz jest pytanie: czy Montgomery Clift chce Olivię de Havilland z miłości czy pieniędzy? Wmawiają jej to drugie i jest dramat rozpisany na cztery postaci, każda nudniejsza od następnej, trwający dwie godziny i w całości oparty na ostatniej minucie, bez zdradzenia której nie da się omówić wartości tej produkcji:
Otóż, ona przejrzy na oczy. Zarygluje drzwi (genialne połączenie z cięciem nożyczkami!) i pójdzie spać, gdy chłop pod drzwiami będzie walić w deszczu. The End. I co dalej? Przed nami pozostałe 3/4 tej historii przecież! Ojciec umarł, ona dojrzała i ma zamiar odpowiedzialnie zarządzać swoim majątkiem, nie rzucać się na pierwszego, lepszego… To wszystko byłoby wstępem do prologu w książce Steinbecka przecież. Poświęcono dwie godziny, aby przedstawić rozwój emocjonalny bohaterki, aby podjęła tę decyzję… I zrobiono kiepską robotę. Olivia de Havilland musiała nadrabiać lekko nadekspresją, żeby przekonać widza o czymkolwiek. Reżyseria Wylera nadal bez zarzutu, ale to nadal film, który nie przekonuje. https://garretreza.pl/william-wyler/
Wycieczka na wieś ("Partie de campagne", 1946)
30 sierpnia
Produkcja z historią – nieukończona z powodów takich, że nie, Renoir w momencie premiery był już w Ameryce, więc wypuścili, co mieli. Dlaczego to zrobili? Nie odpowiadają. Otrzymujemy 40 minut francuskiego kina, które może funkcjonować jako wstęp do filmografii Érica Rohmera, tylko dużo lepiej wyreżyserowane – bez statycznych ujęć z dystansu trwających po 10 minut, Renoir jest dalece bardziej dynamiczny i kreatywny – oraz wejścia na ekran motywu nieszczęśliwej miłości, najgorszej przyprawy tej kinematografii, którą muszą dodawać wszędzie na siłę. Chociaż może było to wcześniej, w sumie nie robi mi to różnicy.
Fabularnie jest to film o wycieczce na wieś.
Ojciec z żoną i córką chcą odpocząć na owej wsi, gdzie dwóch typów z kreskówki (wilk u Taxa Avery’ego ślinił się mniej od nich) dzieli się: jeden weźmie żonę, drugi córkę. Porozmawiają o tym, że młode to może będzie ciąża i to znaczy odpowiedzialność, ze starą lepiej czy coś, to będzie bardzo głęboki monolog/dialog mówiony do ściany. No i ten tego. Francuskie kino, co tu można powiedzieć. Potem zrobili to milion razy co roku. Produkcja składa się z oczywistego wstępu oraz oczywistego zakończenia. Nie została nakręcona cała główna część z romansem, która mogła zawierać drogę czy emocje.
Zostanie ujęcie z huśtawką. https://garretreza.pl/jean-renoir/
Ukryte życie ("A Hidden Life", 2019)
23 sierpnia | D+
Lubię jak wyglądają filmy Malicka. To niby prosta rzecz – szeroki obiektyw, niski kąt, kręcenie się w kościołach czy w górach i piękno na ekranie jest. Tak przynajmniej wygląda Ukryte życie: Alpy, Kościoły, grupy ludzi i po prostu pokazywanie, jak są. Jak łażą po wsi, jak się modlą, jak jadą motocyklem. Bardzo relaksujący tytuł do oglądania we fragmentach – gdybym miał te trzy godziny zjeść na raz, to coś czuję, że ocena byłaby niższa, a tak… Oglądałem na spokojnie, przez kilka dni i było miło.
Bo ten film to nie są tylko ładne widoczki, to też fabuła o żołnierzu, który odmówił złożenia przysięgi wierności Hitlerowi i wybrał więzienie zamiast ucieczki czy coś. Czy Malick daje dupy w 100% próbując przedstawić historię tego autentycznego człowieka? Tak. Czy daje dupy w przedstawieniu realiów drugiej wojny światowej? Tak. Czy jego hitlerowcy ze swoją brutalności plasują się pod względem zagrożenia między uczniami pierwszej i drugiej klasy podstawówki w Baltimore? Cóż, trudno traktować ten film na poważnie. Są przerysowani i bardzo łatwo się śmiać z tego, jak krzyczą i robią miny, żeby zrobić wrażenie… Jakiekolwiek. Bo nie wiem, czy reżyser chciał coś konkretnie osiągnąć. Raczej usłyszał, że oni muszą być w tym filmie, więc wydał polecenie, aby jakoś, coś. I taki mamy efekt.
Nawet same zdjęcia nie są najlepsze – chaotyczne i zwracają uwagę na siebie, ilekroć operator zmienia zdanie i zaczyna iść gdzie indziej, bo tam będzie ładniej. Albo to całe bieganie do postaci, aby zrobić im zbliżenie w czasie rzeczywistym… To jest trochę śmieszne. I bardzo nieudolne, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Wiedziałem, na co się piszę i miałem dobry humor, więc zadowoliłem się dobrymi stronami tego seansu. https://garretreza.pl/terrence-malick/
Złodziejski trakt ("Thieves' Highway", 1949)
22 sierpnia
Zaczynając seans byłem gotowy napisać coś w stylu: czyli to jest oryginalna Cena strachu? I jest szansa, że twórcy Ceny… mogli się inspirować tym obrazem, gdzie syn wraca do rodziny i dowiaduje się o sytuacji swojego ojca: został oszukany podczas handlu i już nigdy nie będzie chodził, jego nogi nie działają. Syn rusza więc odzyskać ciężarówkę i pieniądze papy, a kończy na braniu udziału w transporcie jabłek, aby zarobić i stawić czoła człowiekowi, który zniszczył życie jego ojcu.
Do mniej więcej trzydziestej minuty jest to film naprawdę osiągający swój cel – czułem, że jeszcze nie widziałem tak uczciwego obrazu społeczności przestępczej, co tutaj: na każdym kroku trzeba