BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
https://garretreza.pl/cytaty/
OSTATNIO OGLĄDANE
Życie Chucka ("The Life of Chuck", 2024)
2 maja | Prime Video
Nic nie wiedziałem o tej produkcji i byłem w szoku przez pierwsze 39 minut, kiedy autor powoli i stopniowo wprowadza odbiorcę w ten świat, gdzie nowości nie kończą się tak naprawdę aż do samego końca. Komentarz z Internetu: „if spielberg would rewrite mulholland drive you probably get something like this.” jest tylko początkiem, ponieważ jest tutaj mnóstwo rzeczy, zarówno wizualnie jak i fabularnie… I uważam, że naprawdę nie ma sensu mówić wam czegokolwiek o fabule, zanim sami zaczniecie oglądać. Zaczynamy od trzęsienia ziemi i potem stopniowo zapominamy, że coś tak dużego miało miejsce. Bo życie idzie dalej.
Napiszę tylko: to jest film dla dzieci, które nic z niego nie zrozumieją, ale tak to jest. Nie rozumiemy wtedy wiele, ale to z nami zostaje i potem coś robimy nie umiejąc wytłumaczyć, czemu to zrobiliśmy, co nas do tego popchnęło… Ale coś popchnęło. I twórcy tego filmu mieli to na uwadze.
Jest narrator tłumaczący dużo, ale nigdy nie adresuje samego meritum – jedynie w typowy dla Kinga sposób dodaje tło dla wydarzeń i przepowiada szczegóły przyszłości. Zrozumienie i dostrzeżenie treści filmu zostaje w gestii oglądającego. To film o życiu, który wygląda jak fantasy. To film pogodny, wzruszający, ciężki i radosny. Mnóstwo tutaj ludzi, którzy wcześniej pracowali z Flanaganem – nawet on sam ma cameo, a także wykorzystał swego syna. Na ekranie zobaczycie miłość, młodość, taniec, perkusję… I wiele innych rzeczy.
Obejrzyjcie. https://garretreza.pl/mike-flanagan/
Ocean's Eleven: Ryzykowna gra (2001)
28 kwietnia | Prime Video | powtórka
Ostatni raz to oglądałem jeszcze na VHS-ie… I przez ten czas zapamiętałem to jako idealny heist movie, co w sumie podtrzymuję. Nie jest to kino idealne i najlepsze jest tak naprawdę wtedy, gdy z Soderbergha wychodzi artysta (moment oddechu przy fontannie na koniec), ale bawiłem się wciąż przednio.
Przestępca wychodzi z więzienia i od razu zbiera ekipę, aby dokonać napadu. Cel: okraść skarbiec, gdzie trzy kasyna z Las Vegas trzymają swój majątek. Ponad sto milionów. I jednym z największych zwrotów akcji jest odkrycie motywacji stojących przed przestępcą, aby to zrobić. Wszystko jest tutaj oczywiście sympatyczne i łagodne: protagoniści okradają kogoś, kto prowadzi kasyna (czyli jest złodziejem), robi groźne wrażenie i generalnie nie ma sensu nazywać tego okradaniem kogoś. Każdy przestępca jest zabawny i uśmiechnięty, aż chce się ich oglądać. A sam napad poznajemy w trakcie, gdy ma miejsce, cały czas będąc zaskoczonym przebiegłością i pomysłowością napadających, gdy wszystko w zasadzie idzie zgodnie z planem. A nawet jak nie idzie, to też stanie się częścią planu.
Brakuje więc z tego tytułu jakiejś dramaturgii, napięcia, stawki – ale to część uroku całej produkcji. Jedenastu członków, ale zapamiętamy tylko kilku z nich – niech będzie. Garść jest w świetle reflektorów, a reszta ma po jednym momencie, kiedy mogą błysnąć. Jeszcze razić może przedmiot grany przez Julię Roberts – to chyba powinna być postać. Nie jestem w sumie pewny – tak naprawdę jeśli zacznie się myśleć nad jej decyzją, to można zacząć obniżać ocenę filmu na sam dół, to jest aż tak głupie*. To mała część filmu, a obok jest dużo innych rzeczy, które mnie bawią – a do czasu, aż otrzymamy lepszy heist movie (nie lepszy ogólnie, ale w tym gatunku), to nie będę się czepiał.
*pomijając gwałtowność tej reakcji i brak jakiejś refleksji – twój chłop został właśnie okradziony na setki milionów dolarów i cholera wie, jakie to będzie mieć konsekwencje. Czy ma długi, czy będzie mieć długi, czy pójdzie do więzienia albo wisi komuś mnóstwo pieniędzy i teraz jego życie wisi na włosku? Jest pod wpływem masy emocji i powiedział jedno słowo źle, więc go zostawiasz?! I nawet nie ma pewności, że miał to na myśli – mój kłamać! I ona go zostawia. To trwa trzy sekundy łącznie i wystarczy, aby w rankingu najgorszych postaci żeńskich zająć pierwsze miejsce. Bella ze Zmierzchu przez pięć filmów robiła wszystko, by z tym konkurować i nie dała rady. https://garretreza.pl/steven-soderbergh/
Siódmy krzyż ("The Seventh Cross", 1944)
26 kwietnia
Historia z czasów wojny: ucieczka z niemieckiego obozu koncentracyjnego tytułowej siódemki. Czeka na nich siedem krzyży ustawionych w rzędzie, gdzie będą przywiązani. Żywi lub martwi. Podążamy śladami jednego z uciekinierów, którego gra Spencer Tracy. Doświadczamy razem z nim jego osaczenia i strachu, gdy przemierza kolejne uliczki, jeden krok za drugim: tutaj ukradnie kurtkę, tam się skryje, wszystko w kierunku kogoś, kto mu pomoże.
Narrator obiecuje na początku coś więcej: wiarę w ludzkość i przekonanie, że głęboko każdy człowiek jest dobry. To historia, która potencjalnie mogłaby rodzić przekonanie odwrotne: wszyscy są źli, ale twórcy nie chcą, aby widownia tak myślała. Chce, byśmy się skupili na tych osobach, które pomogą protagoniście. Byśmy pamiętali tak jak on tych, którzy podjęli ryzyko i mimo to dołożyli swoją cegiełkę do jego przetrwania. Czy jest to przekonywujące? Albo chociaż czy bym dochodził na koniec do takich wniosków samodzielnie? Nie ma szans. Jednak ja bym wolał historie od kogoś bardziej dojrzałego, kto rozumie, że żaden człowiek moralnie nie jest dobry lub zły. Jest zdolny do dobroci, a to coś zupełnie innego.
Ogólnie dojrzałość tego obrazu nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Stracił mnie gdzieś w momencie, gdy bohater spotyka starych znajomych, a oni krzyczą jego godność pod sufit – bo nie słuchają radia, nie słyszeli ogłoszenia na ulicy, no nie mają pojęcia, kogo teraz rząd szuka i jak ich znajdzie u ciebie, to zabiorą razem z poszukiwanym. Może to i jest miła odmiana wobec mroku oraz desperacji, jakie do tej pory wypełniały ekran, ale nie jest poważne. A poważny film zdaje się do tej pory oglądaliśmy.
Ostatecznie jest to niezły obraz ucieczki i pogoni, podejmowania ryzyka. Twórcy starają się znaleźć tutaj coś więcej, ale rezultat nie przekonał mnie. https://garretreza.pl/fred-zinnemann/
PRZECZYTANE
Modlitwa za Owena – John Irving, 1989 (4/5)
24 kwietnia
W pierwszym zdaniu autor zdradza niemal wszystko: tytułowa postać sprawiła, że protagonista jest osobą wierzącą. Oraz, że Owen zabił mu matkę. Reszty szybko zaczynamy się domyślać – przynajmniej tej częścią, którą można nazwać „fabularną” – a jednak końcowe 30 stron czyta się w napięciu czegoś niespodziewanego. I to tam znajduje się faktyczne przesłanie książki, jej wartość, myśl przewodnia. Czujemy, że wiemy wszystko od początku, ale odpowiedzi – czy raczej drogowskazy prowadzące do nich – tak naprawdę poznajemy na samym końcu. I wtedy utwór się kończy, na wysokiej nucie. Wysokiej, ale też bardzo Ivingowskiej – ten autor chyba musi wplatać absurd i niedorzeczność do swoich historii, ale tylko na tę jedną, jedyną stronę. I opierać na tym resztę książki. Jak dziecko myślące, że kobieta z długimi włosami jest niedźwiedziem i dlatego zabija ją patelnią – co jest podstawą „Ostatniej nocy…”, mojej ulubionej pozycji tego autora. To, co na tej jednej stronie się dzieje w „Modlitwie…” jest czymś z jakiejś mangi, a nie dramatu obyczajowego. To jest piękne, życiowe – a przynajmniej nie sama akcja, ale to, co ona wyraża, jest piękne i życiowe – ale właśnie sama akcja jest absurdalna. John Irving łączy te dwie rzeczy kolejny raz i nadal tym zaskakuje. Ja to w sumie kupuję, ale bardziej „na trzecie przemyślenie”, nie podczas samej lektury.
A jaka jest cała reszta? To opowieść z życia człowieka, który był najlepszym przyjacielem Owena, ale o nim samym nie ma za bardzo co opowiadać. Jego imię zapamiętałem tylko dlatego, że to imię Irvinga: Johnny. Urodził się, grali w baseball, wystawili jasełka, uniknął poboru do wojny w Wietnamie (dzięki Owenowi), poszukiwał swojego ojca (o którym jego matka nie chciała mu nic powiedzieć), jednak Owen uparł się, że Johnny dostanie znak od Boga i pozna swego ojca. Wszystko było częścią planu i jest takie, ponieważ Bóg tak zdecydował – to ważna część tej historii, jednak rozwinę to później. Lektura przeważnie jest opisem codzienności – skróconej, z perspektywy osoby dorosłej, wspominającej. I to też ma znaczenie, ponieważ wszystko prowadzi do tych ostatnich 30 stron. Wszystko jest częścią. O co trudno nawet zacząć podejrzewać, gdy Irving słowami swoich postaci zaczyna w pewnym momencie oceniać lektury szkolne. Albo politykę USA lat 80. A to i tak mała część tego wszystkiego – po przeczytaniu ponad 700 stron ciężko mi bardziej uściślić O CZYM CZYTAŁEM przez ten czas. Z punktu fabularnego. Z punktu wydarzeń. Tu chodzi o piękne opisywanie życia: masy ludzi, ich zwykłej codzienności. I czuć, że czyta się dokładnie o czymś takim: kilku dekadach z życia wielu ludzi i to, co z tego dostrzegła jedna osoba.
Cały czas nad tym wszystkim unosi się jednak ta magiczna/baśniowa/mityczna warstwa czegoś więcej. Życia, w którym jest obecny „ktoś więcej”, ktoś „wyżej”. I to jest jeden ze składników tej codzienności, nie najważniejsza rzecz. Ani też taka, która cokolwiek dyktuje, albo wydająca rozkazy. To nie jest książka religijna – bohaterowie są bardzo krytyczni wobec osób pracujących w kościołach czy wielu zwyczajów, jak zmuszanie ludzi do chodzenia do kościoła albo na lekcje religii. Owen mówił, że to powinno być dobrowolne. Inna rzecz – praktycznie wszystko jest tutaj nie wyjaśnione, ale podsunięto inną, racjonalną możliwość tego, co się wydarzyło i w jednych oczach mogło być znakiem, ale niekoniecznie tym właśnie musiało być. Lektura daje to mrowiące poczucie bycia stworzonym w konkretnym celu, bycia częścią czegoś więcej. Owen zadaje pytania: czemu urodził się taki? Czemu Bóg go takim stworzył? I otrzymał odpowiedź. Następnie zdecydował się zaakceptować odpowiedź. I przygotować do niej. Czy jest to książka, która sprawi, że czytelnik uwierzy? Niekoniecznie. Jednak na pewno uwierzy Owenowi.
Wracając: to jest bardzo dobra pozycja sama w sobie. Czytelnicy Irvinga będą może zawiedzeni tylko tym, że nie ma tutaj fetyszu grubszych kobiet – protagonista chyba w ogóle nie uprawiał seksu. Co prawda jest tutaj grubsza postać, ale kończy ona z kimś innym. I to tyle, więcej żeńskich postaci romansowych brak. W „Regulaminie…” co chwila pojawiał się ktoś, kto chciał sypiać z bohaterem. Wracając: warto przeczytać. Tylko trzeba wiedzieć, w co się człowiek pakuje.
PS. Powstała filmowa adaptacja, ale pod innym tytułem – to był warunek Irvinga, ponieważ ten był przekonany, że Modlitwy… nie da się ekranizować i nie chciał czytelnika wprowadzać w błąd. Za ekranizację wziął się ten sam wariat, który później uparł się przenieść DareDevila na duży ekran. https://garretreza.pl/ksiazki/
Kawał ("The Prank", 2022)
22 kwietnia | HBO
Bohater to uczeń, który ma nauczycielkę, której wszyscy się boją – a ona właśnie ma zamiar ukarać wszystkich oblaniem z jej przedmiotu, ponieważ jedna osoba oszukiwała. Bohater uznaje to za niesprawiedliwe i panikuje, bo inaczej nie dostanie stypendium i jego przyszłość się zawali, więc jego koleżanka wpada na pomysł, aby wykręcić nauczycielce kawał: spreparować masę dowodów na to, że kogoś zabiła.
Oglądanie tego filmu jest procesem złożonym. Zaczyna się boleśnie, wyglądając jak wspomnienia na czas szkolny kogoś, kto do dzisiaj nie zrozumiał, że był lamusem. Wspomnienia osadzone współcześnie, oparte po trochu na stereotypach, ale głównie wyciągnięte po prostu z dupy. Nastolatki zobaczą deep-fake i w niego uwierzą na parę godzin, by do popołudnia zacząć „żyć” następną plotką tylko dlatego, że jest następna? Dorośli – w tym dziennikarze – nie zauważą deep-fake i w niego uwierzą? Każda kolejna scena kończy się komentarzem: „Ja pierdolę” ze strony widza.
Więc twórcy mieli pomysły na urozmaicenie historii. Każdy kolejny to gorszy. Wymyślą sobie nawet, że bohater był oszustem i nawet nauczycielka miała pewność, kto u niej ściągał na egzaminie. „Ja pierdolę” nawet nie rozpoczyna wyrażać tego, co się czuje, oglądając ten syf. I wtedy następuje ostatnia część: samoświadomość. Jakby na pokład wszedł ktoś zupełnie nowy i podjął decyzję, że nie ma sensu nic poprawiać – trzeba po prostu pójść na całość. Pójść w absurd na każdym poziomie.
I nagle film stał się wspaniały. Fabularnie ORAZ wizualnie! Nagle zacząłem się dobrze bawić, nagle ta produkcja zaczęła mieć sens, nagle byłem zaangażowany i oglądałem w napięciu, gdy życie bohaterów było zagrożone, gdy byli na misji i robili, co tylko mogli… Najlepsze cechy „giallo” zostały tutaj zastosowane – tylko jak to teraz ocenić? Nie wiem. Bo i tego „dobrego” nie było wcale tak dużo. Może 15 minut na cały film? Pod sam koniec? Większość widzów do tego czasu przestanie oglądać, a pozostali pewnie nawet nie zaczną seansu. Nie wiem, komu mógłbym to polecić do oglądania w całości.
PS. Rita Moreno tutaj gra. Aktorka, która grała w obu wersjach filmowych „West Side Story„! Ponad 90 lat na karku, gdy grała w „Kawale”. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Rok, w którym zaczęłam się masturbować ("Året jag slutade prestera och började onanera", 2022)
20 kwietnia | Netflix
Masturbacja tak naprawdę nie pełni roli w tej opowieści. Głupota bohaterów? To już tak. I to jak! Zaczynamy od tego, że protagonistka ma kłopoty w małżeństwie, ponieważ wg męża robi za mało i stawia pracę ponad rodzinę. Ona więc idzie do szefa i rzuca pracę od ręki – a właśnie dostała promocję i miała jeździć po wszystkich festiwalach filmowych za darmo – po czym mąż i tak ją rzuca, bo „to nie działa”. W jakiś sposób na tym etapie – i zresztą przez prawie cały film – mąż jawi się tutaj jako bardziej rozsądna z tych dwóch osób na ekranie. Potem jest jeszcze gorzej, bo żona w ciągu pięciu minut zacznie się słuchać nawiedzonej barmanki prawiącej kazania o tym, że należy „słuchać się cipki” (chodzi o intymne miejsce kobiety), więc wyląduje w łóżku z obcym nastolatkiem i będzie się umawiać z trzema chłopami jednocześnie. I będzie się masturbować. Czy gdzieś dojdzie? Nie. Nawet sami bohaterowie to przyznają, że w finale znowu są razem, ale nic się nie zmieniło: bohaterowie są tacy, jacy byli. A raczej: gorsi.
Masturbacja jest całkiem niezłym tematem na opowieść. Stygma i kpina wiążąca się z tym jest czymś, o czym warto mówić. Czy ten film to robi? Nie. Bohaterka masturbuje się, żeby wymyślić, co zrobić z sofą, którą kupiła byłemu jako niespodziankę, a on jej nie chce, więc ona tam jedzie, bierze kapcie i obraz. I koniec wątku. Coś z tego rozumiecie? Ja też nie. Może za mało się masturbuję. Czy film wyświadcza więc jakąś przysługę masturbacji? Też nie, największym jej adwokatem na ekranie jest nawiedzona samica nie biorąca opłat od klientów, bo nie lubi swojego szefa, ponieważ ten oczekuje od niej pracowania. Co więc film robi? Tego nie wie nikt. Ponad półtorej godziny oglądania, jak irytujący bohaterowie robią z siebie idiotów.
Tylko dla fanów polskich komedii romantycznych. Tylko tym razem w wersji Szwedzkiej. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Kiedyś byłem sławny ("I Used to Be Famous", 2022)
19 kwietnia | Netflix
Całkiem niezły film – pomyślałem, gdy włączyłem ten film pierwszy raz, dawno temu. To musiało być w podróży i nie dokończyłem, Netflix się wyczerpał, ruszyłem dalej. Teraz oglądam od początku i nadal jestem dobrej myśli: jest w tej opowieści pewne serce. Opowiada o człowieku, który 20 lat temu był członkiem boys bandu i dzisiaj łazi z keyboardem na kółkach po barach, szukając miejsca, gdzie będzie mógł wystąpić pracując nad własnym, solowym albumem. I mu się nie udaje. To jest odświeżające podejście: co by było, gdyby Justin Timberlake nie był aż tak dobry? Albo: w ogóle? I scenariusz utrzymuje ten przyziemny ton: nikt tutaj nie osiąga sukcesu. Protagonista nie spełni marzeń, zostanie wybuczany podczas koncertu, nie ma talentu ani szkoły muzycznej – ale przynajmniej nie sprzeda swojej duszy na koniec.
Generalnie szkielet fabularny jest całkiem, całkiem. Pomysły, takie jak przypadkowy jam z autystycznym nastolatkiem na ulicy, mają potencjał na uczciwą opowieść – tylko nikt nie miał zamiaru włożyć wysiłku z część muzyczną tej historii. Wspomniany nastolatek wali pałeczkami tak, jakby mu to pokazano pięć minut wcześniej. Jasne: utwory bohatera miały być słabe, ale w świecie tej opowieści nadal są „lepsi” i „odnoszący sukces”, którzy też nie przekonują. Nie da się w to uwierzyć. Ta produkcja wymagała czegoś więcej niż tylko dwóch postaci gadających w salonie i na ulicy, w każdej scenie przez cały seans. Scenariusz musiał mieć dużo pustych plam, które miały być wypełnione, gdy dojdzie do realizacji – tylko tego nie zrobiono.
Brakuje mięsa w tym tytule. Co bohater robił przez te dwadzieścia lat? Skąd miał pieniądze? Czy nadal ma jakieś pieniądze? Za co będzie dalej żyć? Brakuje tutaj faktycznej, rzeczywistej brutalności niespełnionych marzeń. Twórcy wolą iść w szczęśliwe zakończenie, które jest iluzją: nie daje ono żadnego podsumowania którejkolwiek z postaci, zamiast tego udajemy, że i tak są na koniec szczęśliwi, ponieważ… Film się kończy. Ciężko, aby widzowi też to się udzieliło.
Szkoda, że producentom brakowało ambicji. Mogli stworzyć coś więcej. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Hoży doktorzy - sezon 2026 ("Scrubs", 2026)
18 kwietnia | Disney+*
Scrubs fatycznie wróciło. W 2009 roku mieliśmy „My Finale” (najlepszy epizod roku), teraz siedemnaście lat później wracamy do tej historii. Nadal miejscem akcji będzie Szpital Sacred Heart a w głównych rolach oglądamy JD, Turka oraz Elliot. Nowe postaci są głównie epizodyczne, jak studenci medycyny stawiający swoje pierwsze kroki. Są tutaj wątki fabularne – ktoś dostaje awans, ktoś szuka drugiej połówki – ale te dziewięć odcinków jest bardziej testem wody: twórcy sprawdzają, czy nadal „to” mają. Czy widzowie naprawdę chcą Scrubs? Czy nadal w 2026 roku chcą Scrubs takiego, jakim było dwie dekady temu? Okazuje się, że tak. Tak. I tak. Nawet jeśli uczciwie trzeba przyznać: to jest najsłabszy sezon Scrubs. I najwyżej połowa odcinków zapadnie w pamięci, a żaden nie będzie w Top 50. Nadal jednak widownia już teraz chce usłyszeć potwierdzenie o kolejnym sezonie. Najlepiej, żeby było 15-20 odcinków w serii. Albo i więcej.
To powrót po latach. Czy z tymi postaciami nadal można zrobić coś więcej? Czy te postaci nadal chce się oglądać? Czy ciąg dalszy ich historii jest dobrym materiałem na serial? Najważniejsze jednak było dla mnie: czy Scrubs nadal może być sobą w 2026 roku? Czy ja potrafię cieszyć się tym tak samo, co dwie dekady temu? To w końcu specyficzny serial – realistyczny i prawdziwy, ale jak na komedię. Równolegle przecież oglądałem The Pitt i kontrast był potężny, przygody JD i reszty zostały nakręcone sztucznie i wyglądały jak zabawa w szpital, bez tego pierwiastka „poznania” medycyny. Duża przyczyna leży w tym, że w nowej odsłonie spędzamy mało czasu z pacjentami. Rzadko oglądamy leczenie, a jak już, są to podstawowe rzeczy, jak chłop, który jest niedożywiony, ponieważ „socjal-media”. I leczenie sprowadza się tak naprawdę do ludzkiej pogadanki, a nie wykorzystania wiedzy medycznej. Jedna z postaci zostaje dyrektorem szpitala i nie robi przez cały sezon z tym więcej niż gdy Janitor został dyrektorem na parę godzin.
Jest to trochę Scrubs w bezpiecznym wydaniu. Ma odwagę na parę rzeczy, ale nie można napisać, by był to powrót po wielu latach, ponieważ mamy konkretny pomysł na ciąg dalszy. Albo pomysł, co zrobić z nowymi studentami. Nadal oczywiście wymagało odwagi w ogóle wrócić po tylu latach do tematu, jednak zadowalają się póki co tylko daniem nam komfortu tego, czym Scrubs było nawet gdy miało zły dzień. Ten serial nigdy nie był słaby, nigdy nie miał słabego odcinka, nigdy nawet przy licznych powtórkach nie miałem potrzeby przeskoczyć jednej sceny. Ten powrót nie zmienia tego stanu rzeczy, nie żałuję oglądania na bieżąco i cieszyłem się cały czas. W ten lub inny sposób. Trochę trwało, zanim nabrałem pewności, że Scrubs naprawdę wróciło, a nie że oglądam tych samych aktorów próbujących powtórzyć żarty sprzed lat – jednak ta pewność wróciła. Poruszyli mnie, rozbawili mnie. Let them cook.
Highlight: „My Odds” (1×8) Prawie dałem w tym miejscu „My Best Friend’s Barbecue” (1×7), ponieważ tam najbardziej otrzymuję klasyczne Scrubs: kilka wątków ładnie łączących się i opowiadających o życiu, dając morał widowni. „My Odds” jednak stawiam na pierwszym miejscu nie ze względu na historię czy ważną postać wracającą na plan, ale dlatego, że ten odcinek dał mi największą pewność: Scrubs wróciło i umie istnieć w 2026 roku będąc sobą, tylko 17 lat starszą. Nic nie będę zdradzać, ale jeśli ten gag z modlitwą się udał, to wszystko jest możliwe przed tymi ludźmi. https://garretreza.pl/scrubs/
The Pitt - sezon II (2026)
18 kwietnia | HBO
Bez powtarzania tego, co już napisałem przy okazji pierwszego sezonu, to nadal obowiązuje – raz mniej, raz bardziej. To wspaniały tytuł, który oglądałem w dniu premiery przez 15 tygodni. To nadal jeden dyżur z życia na pogotowiu w Pittsburghu, tylko tym razem mamy 4 lipca. Dzień Niepodległości. Od S1 minęło 10 miesięcy. Śledzimy losy grupy studentów, lekarzy na praktykach oraz lekarzy pracujących od lat w zawodzie, gdy stawiają czoła rzeczywistości: fabularnie przewijają się tutaj wątki poświęcone temu, że dr Robby po tym dyżurze jedzie na wakacje i wszyscy się boją o niego, bo ma zamiar jechać samemu motocyklem. Wraca dr Langdon po tym, jak musiał znaleźć czas dla siebie. Dana nadal pracuje i tym razem ma pod opieką pielęgniarkę w swoim pierwszym dniu. Mel oczekuje na przesłuchanie. Dr Al-Hashimi to nowa postać, która ma zastąpić dr Robby’ego podczas jego nieobecności. I tak dalej. To wciąż intensywny, poruszający i niezwykle zrealizowany tytuł, który kocham za realizm i humanitaryzm oraz walec, jakim przejeżdża po widzach – nie dałbym rady oglądać tego na raz, raz na tydzień było idealnie. Co więc zmieniono, poprawiono, pogorszono lub dodano?
Dramaturgia nadal jest wiarygodnie przesadzona. Trzeba akceptować, że to jest bardzo wyjątkowy dzień w życiu tych ludzi i każde z wydarzeń tego dnia jest jak najbardziej wiarygodne. Czy jest chociaż cień szansy, że zdarzyłyby się to wszystko jednego dnia? Nie. Jest tego znowu tyle, że nawet nie będziecie pamiętać połowy i będziecie zaskoczeni przy ponownym oglądaniu, że COŚ TAKIEGO zatarło się w waszej pamięci przy porównaniu do tego, co będzie później. Pomijając same przypadki medyczne (amputacja nogi, śmierć pacjenta, śmierć oczekującego w poczekalni, matka z dziką ciążą wymagająca CC, agresywny pacjent atakujący personel…) oraz osobiste (lekarz z przypadłością, przez którą nie może pracować w zawodzie – i nikt o tym nie wie?), to tylko w tym sezonie zawali się park wodny, hakerzy zaatakują system i cały personel będzie musiał przejść na analogiczną dokumentację, w ruchu będzie helikopter i ICE. W ciągu jednego dnia! Ja to kupuję i akceptuję – z wyjątkiem dr Langdona ratujące pacjenta przed paraliżem. Najpierw musiałbym odbyć 370 godzin wykładów z neurologii, nim będę gotowy nie zakładać, że w tym jednym momencie twórcy przeskoczyli rekina.
Czy pielęgniarki nadal są niewidoczne? To akurat poprawiono: dodano właśnie nową postać, która ma swój pierwszy dzień i uczy się wykonywać wiele czynności. A my spędzamy z tym dosyć dużo czynności, jak np. zebranie materiału dowodowego z pacjentki, która została zgwałcona. I w trakcie zmienia zdanie wielokrotnie. Albo myjemy ciało denata. W tle jest ogólnie więcej twarzy pielęgniarskich, poznajemy też nocną zmianę.
Im bliżej końca sezonu, tym twórcy nadrabiają braki w wątkach osobistych, zamykając dwoje bohaterów na podjeździe czy na pustej sali, żeby sobie porozmawiali i mieli duże, dramatyczne sceny pełne emocji. To już trochę ciężej było mi zaakceptować, ponieważ to jest wina konwencji. Scenarzyści zamknęli się w obrębie dyżuru i pokazują go na żywo, a to siłą rzeczy nie prowadzi do budowania wielu relacji, a tym bardziej bliskich. Pogadamy przy kawie, zaczniemy coś mówić i nawet tego nie skończymy, bo COŚ się stanie i trzeba wracać. To też ważny czynnik w kwestii obciążenia psychicznego, jakie „oferuje” takie miejsce pracy i zawód: nie mamy z kim o tym pogadać, bo nie ma najczęściej okazji i każdy ma swoją stronę problemu na głowie, więc tyle w temacie. Mamy bieżące sprawy na tapecie i z tym nie możemy nawalić. Już pomijając, że niektóre z tych „luźnych” rozmów nie są napisane równie wspaniale, co reszta serialu. Whitaker i Langdon ustalający, kto jest kim w porównaniu do jakiegoś serialu czy coś ugrzązł mi w pamięci niestety, to w ogóle nie pasowało do tych postaci (reszta dialogu „Cut the crap”? Idealny). Rozwiązanie? Dwugodzinny film telewizyjny dziejący się między dyżurami. Jak w ostatnim odcinku Trinity Santos zaprasza Mel na drinki i karaoke, to ja nie chciałem zobaczyć czegokolwiek innego w tym momencie. Serio, dajcie nam to, widzom. Czy możemy przypomnieć sobie, jak seriale miały filmy telewizyjne i kinowe? W obrębie i poza kanonem? Babylon 5 miał ich z pięć. Dajcie film będący zbiorem wydarzeń po pracy: z jednej strony karaoke, z drugiej postać musząca poradzić sobie z czymś, o czym nie ma z kim pogadać w pracy. Dajcie prequel, jak dr Abbott stracił żonę i nogę. Możliwości macie po kolana, dawać nam wszystko.
Plus: tyle dezynfekcji rąk to nie widziałem na pewno w sezonie pierwszym. Czekam na sezon 3!
Highlither sezonu: odcinek 2×6 „12:00 PM„. Ludzie dają tutaj wysokie oceny, ponieważ zawiera ważny moment emocjonalny, ale ja nie o tym. Widzicie: to pierwszy odcinek, który reżyseruje Noah Wyle, czyli dr Robby. Wszystko inne pozostaje bez zmian, więc to jego pałeczce przypisuję fakt, jak wysoki poziom płynności jest w tym odcinku, jak każdy segment przechodzi w kolejny, jak to wszystko było zaplanowane siedem tysięcy kroków do przodu. Zazwyczaj chaos na pogotowiu jest przedstawiony rewelacyjnie w tym serialu, jak żongluje on między dwudziestoma postaciami i sześcioma wątkami jednocześnie, ale tutaj zrobiono to najlepiej. https://garretreza.pl/pitt/
Rodzina Clausów 3 ("De Familie Claus 3 / The Claus Family 3", 2022)
17 kwietnia | Netflix
Rodzina jedzie w góry spędzić razem święta, gdy najmłodsza dziewczynka odkryje, że jej dziadek jest Mikołajem i dalej nastąpią… Sceny. Podstawowy problem tego filmu jest taki, że brakuje mu ciężaru w opowiadanej historii. Głównym wątkiem chyba jest tutaj właśnie fakt, że przez dziewczynkę Mikołaj ląduje w meksykańskim więzieniu i święta są zagrożone, tylko że no… Nie do końca tak naprawdę przez nią. I mogli tego bardzo łatwo uniknąć – robiąc to, co zrobili godzinę później. Ona nie robi nic złego w tym wątku, nie ma powodu przesadzać i dramatyzować, Święta nie są wcale zagrożone.
Zamiast w porządny dramat pojedynczego wątku, twórcy poszli w liczne wątki. Jest tu ich chyba z dwanaście, a film nawet półtorej godziny nie trwa. W historii, gdzie emerytowany i bezdomny staruszek ląduje w zakładzie zamkniętym z bandą Latynosów zaopatrzonych w ostrza, najczarniejszym charakterem tej produkcji jest pięcioletni szczyl śmiejący się z bohaterki, że boi się jeździć na nartach. A śmieje się, bo go ojciec nie będzie kochać, jak nie wygra wyścigów o pietruszkę. I ukradnie kulę, dzięki której bohaterowie podróżują po świecie teleportując się z miejsca w miejsce. I użyje tej kuli, żeby wygrać wyścig… Tylko do tego. Jest dzieckiem i może teleportować się. W każde miejsce. I myśli tylko o tym, by wygrać wyścig. Którego i tak olewa, ponieważ… A kogo to w ogóle obchodzi?
Brat musi nauczyć się współpracować z siostrą i tego nie robi. Są dwa duety skrzatów i oni też mają wątek. Chyba. Ciocia upije się grzanym winem i ją boli głowa. Kelnerka jest chyba obiektem miłosnym? A mama z chłopakiem wymieniają się pierścionkami, z czego jeden został ukryty w fondue. Żaden z tych wątków nie jest potraktowany serio, jakby to było robione przez robota, który otrzymał instrukcję: ma być wątek z małżeństwem, z nartami, z czymś tam. I zrobił z tego film. No, film nie. Pełny metraż.
Nie ogląda się tego najgorzej, bo dekoracje świąteczne są uczciwe, z gustem i naprawdę klimatyczne. Znaczy, poza tym Meksykiem czy cokolwiek to było. Po prostu jak już włączyłem mózg podczas oglądania, to każda kolejna rzecz fabularna, na której się skupiłem, była nieudana i bezsensowna. Jak tu to wyżej ocenić? W zasadzie nawet to 3/10 jest zbyt wysoko… https://garretreza.pl/opinie-2022/
Mrs. Davis - miniserial (2023)
16 kwietnia | HBO
To jest prawdziwie potężny tytuł, który powinien żyć w pop-kulturze i być zgłębiany przez widownię od momentu premiery aż do dzisiaj, powinno być mnóstwo do czytania i nadrabiania po seansie. Jeśli nadal go nie widzieliście – ktoś wam źle podpowiada o tym, co powinniście włączyć.
Nie wiedziałem, co to jest na poziomie fabularnym – istotne było tylko, że Damon Lindelof współtworzył tę produkcję. Po seansie mogę teoretyzować, że przejął – przynajmniej w większym stopniu – nadawanie kształtu temu tytułowi. Początek jest dosyć nieporadny i bardziej zaczyna nową myśl, zamiast kontynuować, co zaczął. Zaczyna nową historię i wątek, zanim zakończy poprzedni. Ma to swój urok, ale na szczęście finał składa to wszystko do sensownej kupy, która wie, gdzie jest serce tej historii i jak to wszystko podsumować. Fabularnie jak i na poziomie bohaterów.
O czym to jest? Nie mam zamiaru nawet zacząć myśleć o tym, jak wam to przedstawić. W to trzeba wejść na ślepo i odkrywać aż do końca. To jest dziwne. I ta dziwność może być celem samym w sobie, a raczej kolejne wariacje i warstwy mogą istnieć tylko po to, aby ich było więcej, żeby seans był bardziej egzotyczny i unikalny. I trochę tak jest – mieszanka, jaką oferuje ta produkcja, mogła powstać wyłącznie w rękach ludzkich. W rękach, które mają odwagę i nie boją się olewać naprawdę wiele istotnych reguł – tylko po to, aby tworzyć.
To jest u swoich podstaw tak naprawdę opowieść o zagubieniu we współczesnym świecie, gdzie ludzie oddalają się od siebie będąc jednocześnie zbliżani w całość jako jej część – i chyba chodzi o Internet, jaki powstał w ostatnich latach. Jak masy ludzkie powtarzają, co im głos w tym Internecie powie, a każda kolejna wiadomość zmienia wątek i oddala bohaterkę od tego, co tak naprawdę chce, bo dostaje nowe zadanie. Tego typu genialnych metafor trochę tu jest. Czy wyłączenie Internetu, jak sugeruje finał, jest rozwiązaniem? Nie jest to przekonujące. Czy serial jest udany? Tego też nie mogę napisać, bo jest zbyt zakręcony dla własnego dobra i bardziej wciąga absurdem niż tajemnicą. Nie jest łatwo go uczciwie polubić – jest dziwny i pstrokaty, ale też jednocześnie zaskakuje tym, jak łączy świat wiary oraz nauki, jak potrafi szukać jedności i ją znajdywać. Chociaż na chwilę. To powinno być popularniejsze, w Internecie powinny być teorie i analizy. Jednak… Jestem sam. I muszę sobie jakoś w ten sposób poradzić.
Coś czuję, że to jest część geniuszu tej produkcji. https://garretreza.pl/pozostawieni/
Małżonek do wynajęcia ("Esposa de aluguel", 2022)
15 kwietnia | Netflix
On nie wierzy w związki – poznajemy, są razem trzy miesiące i koniec, ponieważ „powody” i „związki nie są dla niego”. Ona jest aktorką na scenie i do wynajęcia, żeby grać żonę czy coś w tym stylu, gdy ktoś jest gejem i musi udawać, że ma kobietę w życiu. Jemu umiera mama i jej ostatnim życzeniem jest, żeby synek w końcu się usamodzielnił, czyli znalazł sobie samicę. Więc on wynajmuje tę aktorkę.
W jakiś sposób żadne z nich nie ma osobowości. Z całą pewnością on jest dziecinny a ona wkurzająca, ale ciężko o nich powiedzieć coś więcej. Pomysły na rozwój historii? Brak. Jemu zechce się w końcu seksu, więc pojedzie pod namiot z inną samicą, ale weźmie ze sobą aktorkę dla pozorów czy coś i jej będzie przeszkadzać słuchanie, jak się całują, więc będzie udawać niedźwiedzia atakującego ich namiot. Albo że siostra bohatera będzie coś podejrzewać, ponieważ… No nie jest dobrze. Nie ma w tym filmie żadnej atrakcji, uroku, czegokolwiek wartego chwalenia. Seans jest maksymalnie obojętny.
A potem jeb, otrzymujemy zwrot akcji: okazuje się, że to matka bohatera wynajęła tę aktorkę! Którą on sam wynajął, żeby matka miała iluzję prawdziwego małżeństwa. I teraz wszyscy widzowie dostają wylewu próbując to jakoś poskładać w logiczną całość. Nie udaje się, dostają wylewu, skaczą na proste nogi i krzyczą do telewizora próbując mu wytłumaczyć, że to jest skończone kretyństwo, ale to nic nie daje. Film kończy się tak, jakby tego zwrotu akcji nie było – ona i on i tak zostają razem, a mama okazuje się być tak naprawdę zdrowa.
Nie ma takiego scenariusza, w którym twórcy tego filmu nie muszą przeprosić wszystkich ludzi za to, co tutaj zrobili. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Obserwator - sezon I ("The Watcher", 2022)
9 kwietnia | Netflix
Z cyklu: scenariusz wytrzyma każdą ilość głupoty. Spróbujmy więc przekroczyć granicę. Czy się udało? Nie jestem pewien. Na pewno są to głupoty wysoce rozrywkowe. Zaczyna się jeszcze jako tako: małżeństwo z dziećmi jadą do nowego domu. Nie stać ich, ale się postarają i mają ten dom, tylko jak już tam zamieszkają, to dostają listy od tytułowego Watchera, że ich obserwuje, więc bohaterom odwala, chociaż w sumie… Jak o tym myślę, to coś im się stało w trakcie serialu? Czy tylko panikowali, że nie wiadomo co się zaraz stanie i nic się nie stało? Znaleźli tego zwierzaka zabitego, o. Ale to było w drugim odcinku, a dalej?
Od której strony to opisywać? To nawet nie działa jako home-porn, ponieważ dom jest atrakcyjny głównie z zewnątrz, a w środku ledwo spędzamy czas i nic nie widać, jest tam dosyć ciasno i nie ma żadnej przyjemności z bycia tam, więc cały motyw fascynacji i walki o ten dom nie jest wiarygodny. Sąsiedzi? Ani jednej normalnej osoby. Jest Mia Farrow w roli samej siebie oraz kilku starszych debili, którzy wejdą na trawnik i to tyle. Będą gadać głupoty, ale to tyle. Więcej towarzystwa nie ma. Z postaci pobocznych będzie jeszcze policjant, któremu trzeba będzie mówić, co ma zrobić, a na końcu strzeli focha, pani detektyw, która na koniec umrze na raka i będzie wciskać kit, że to ona jest Watcherem (co nawet tym debilem zajmie ledwo trzy minuty, by zweryfikować), oraz agent nieruchomości, która też strzeli focha. Wszyscy głupi jak but w swoim własnym zakresie, to nie jest udawanie przed widzem.
Niedorzeczności fabularne… Tego nie da się opowiedzieć, bo i tak mi nie uwierzycie. Będzie na przykład taki moment, że sąsiedzi popełnią samobójstwo. I ich syn będzie płakać na środku ulicy, że to przez głównego bohatera, bo ten postanowił zrobić remont kuchni i przeszkadzał im hałasem. A potem oni wrócą, będą żywi i musiałem czekać, aż ktoś chociaż zapyta: co do kurwy? Każda głupota jest tak wielopiętrowa i niedorzeczna na tyle sposobów, że będzie przerywać gotowanie czy sprzątanie, żeby debatować z telewizorem, jak te wysrywy twórców miałyby w ogóle funkcjonować.
Całość niestety nadaje się do oglądania tylko jednym okiem, bo jak próbowałem oglądać na poważnie, to się wkurzałem za bardzo. Oglądając jednym okiem? Wtedy jest idealnie. Więc z mojej strony takie 3=/10. Tak czy siak: jedna gwiazdka. Każdy z aktorów będzie do końca życia musiał przepraszać za branie udziału w tej produkcji i mówienie tych absurdów ze scenariusza na głos.
PS. Tak, sezon I… Robią właśnie sezon drugi. Ta sama obsada, więc to kontynuacja najwyraźniej. Muszę przyznać: aż jestem ciekaw, co oni tam za głupoty wymyślą. Do jesieni zdążę zapomnieć, ale jakby teraz drugi sezon był dostępny, to bym zerknął na pierwszy odcinek. https://garretreza.pl/opinie-2022/