BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
Stargate SG-1, 3×14
OSTATNIO OGLĄDANE
Ukochany ("Love Affair", 1939)
31 lipca
Szczerze? Lepiej się bawiłem niż na Nagiej prawdzie.
Nawet nie kojarzyłem, że to jest remake filmu, który Leo McCarrey zrobił pod koniec swojej kariery (An Affair to Remember, 1957), gdzie już zatrudnił Cary’ego Granta. Remake jest lepiej znany – może właśnie przez Granta, może powód był inny. Osobiście ciężko mi myśleć o tym filmie jako zasługującym na nową wersję, ponieważ ciężko tutaj coś powtórzyć – fabuła oczywiście ma wyraźne punkty zwrotne, ale to przede wszystkim popis duetu Charlesa Boyera oraz Irene Dunne, którzy tworzą romans na ekranie. Historia mogła momentami nawet nie istnieć, liczyło się dla mnie oglądanie tej dwójki.
Fabuła opowiada o dwójce ludzi, którzy już są obiecani komuś, ale wyrasta między nimi romans – później decydują się zerwać dotychczasowe narzeczeństwa, by być razem, ale życie przygotuje im jeszcze nie jedną niespodziankę. W swoim czasie film był odbierany jako pochwała zdrady – czy raczej koncept filmu, nie on sam. W tym sensie nowa wersja miałaby sens, ponieważ powstałaby w czasach bardziej otwartych na możliwość znalezienia „tej właściwej” osoby już po tym, gdy się taką osobę znalazło. To w końcu romans i romantyczność na ekranie faktycznie przemawia do swojej widowni. Plus finał ma miejsce w Święta Bożego Narodzenia. Miły obraz. Do tego kilka piosenek, chociaż nie jest to musical. https://garretreza.pl/leo-mccarey/
Odyseja ("The Odyssey", 2026)
30 lipca | kino
Itaka wciąż żyje bez króla, a królowa odmawia wejścia w nowy związek wierząc, że jej mąż żyje, więc wyczekuje na jego powrót. Odyseusz się on nazywa i nikt nic o nim nie wie. Wyruszył na wojnę, wojna się skończyła, inni z niej wrócili, a Odys jeszcze tam jest. Chyba że umarł. Widownia wie, że żyje – jesteśmy razem z nim i wyruszamy na jego Odyseję ku domostwu, żonie… I nie tylko. Może to brzmieć znajomo, dawno temu ludzie opowiadali sobie podobną historię, ale Nolan bierze z niej tylko fragmenty i używa do własnego celu. Różnic jest więcej niż wiele, poczynając na fakcie, że cyklop nie rzuca klątwy na filmowego Odyseusza, co było podstawą fabularną i wytłumaczeniem jego dziesięcioletniej tułaczki. Kalipso nie więzi Odysa przez siedem lat, nie oferuje mu też nieśmiertelności – a Atena, gdyby grająca ją aktorka nie była podpisana tym imieniem, mogłaby być kimś zupełnie innym. I nie robi też w zasadzie niczego, co robiła u Homera.
Podstawy znaczenia jednak są te same – to historia o zmaganiach z losem. U Homera jest to pogodzenie się z byciem na łasce Bogów, którzy cały czas testują bohatera oraz innych, ingerujących w ich losy, przebierają się za inne postaci, nie wykazując się wtedy mądrością ze swojej strony. U Nolana tułaczka Odysa jest historią płacenia za grzechy i rozumienia, że to, co czyniliśmy, wywołało cierpienie, było błędem, wywołało chaos. A w dalszej kolejności: ponoszenia za to odpowiedzialności. Rozpoczęcie dotrzymywania słowa. Wracanie do prawd, które się odrzuciło. Cierpliwe i pokorne działania w cichej nadziei, że powrót jest w ogóle możliwy. Innymi słowy: kino drogi i liczne przygody po drodze, uszczuplające załogę Odysa, aż w końcu zostanie tylko on sam.
Sam film określiłbym mianem: telewizyjny. Wizualnie jest najczęściej nieinteresujący, prezentujący dwójkę aktorów rozmawiających na lokacji bez wykorzystanie jakiegokolwiek przedmiotu lub tła, nakręceni w ciasnym kadrze, jakby się spowiadali w konfesjonale – może z powodów technicznych, gdzie użyli kamer IMAX działających bardzo krótko i mogących zasłaniać, więc korzystali z systemu luster, żeby aktorzy widzieli siebie nawzajem w scenie dialogu. Scenografia jest bogata, kostiumy wystarczają, ale nie ma tutaj rozmachu, który dorównałby biednej „Grze o tron” chociażby. Są sekwencje wspaniałe, są wspaniałe momenty – Cyklop robi ogromne wrażenie, konia trojańskiego naprawdę ciągnięto po piasku, ale 80% tego filmu jest z łatwością w zasięgu studentów filmówki, kolejne 5%, gdyby wykazali się kreatywnością. Jak sam Nolan, który też zdecydował się ominąć jakąś trudną sekwencję poprzez… Ominięcie jej. Tylko powiedział, co się wtedy stało. Dopiero te 15% wymagałoby budżetu i czasu, jak faktyczne statki na morzu albo zdobycie Troi, tylko nawet ta sekwencja nie jest sekwencją. Jest kilkoma ujęciami następującymi po sobie, gdzie występują pojedyncze osoby – kilku strażników umrze, ściana budynku upadnie, rzeźba się przewrócili, baba straci głowę. Zdobycie miasta na budżecie. Czy film kosztował 250 milionów netto? Tak mówią. Czy trzeba go zobaczyć na dużym ekranie? Tak też mówią.
Ja powiem: najlepszy moment filmu jest muzyczny. To wtedy, gdy łuk Odysa śpiewa ostatni raz, co zostaje podjęte natychmiast przez muzykę. Szkoda, że zaraz potem następuje punkt kulminacyjny rodem z filmów z Chuckiem Norrisem. Tylko fatalnie wyreżyserowany. Głos mi odebrało, gdy to widziałem, ale i tak byłbym w stanie tylko pytać raz za razem: co to kurwa jest? Trzy godziny opowiadacie, że ich jest za dużo i nie dacie rady w pojedynkę, po czym dajecie finał, gdzie walczy nawet nie jeden na jeden, bo wszyscy uciekają od niego, a Pattinson ukrywa się za filarem i drze ryja? I wszystko kończy się pięcioma włóczniami otaczającymi Odysa, które go delikatnie tykają? Po czym Spiderman mu rzuca miecz i Odys zabija wszystkie włócznie? Co to kurwa jest?
Jakby co, w filmie też są dwie f-bomby. I są równie z dupy wzięte.
W filmografii Nolana „Odyseja” jawi się jako logiczny ciąg dalszy. Film inspirowany powstaniem bomby atomowej opowiadał o człowieku, który zakończył konflikt na wykrwawienie – wtedy była to druga wojna światowa i USA kontra Japonia gotowa walczyć na przegranej pozycji do ostatniego żołnierza kamikadze, więc zrzucili dwie bomby, zabili dziesiątki tysięcy ludzi od ręki i udawali, że mają tego pod dostatkiem – dopiero wtedy Japonia się poddała. Tamten film zostawił widownię z obawami, co przyniesie przyszłość – przyszłość, czy raczej ciąg dalszy, prezentuje właśnie „Odyseja”, opowiadająca o losach człowieka, który zakończył konflikt na wykrwawianie. Tutaj mówimy o Troi, którą oblegali przez dziesięć lat, aż w końcu użyli fortelu, aby zdobyć miasto – tylko za jaką cenę? Łamiąc boskie prawo zniszczyli coś więcej. Zniszczyli cywilizację, która powstała w oparciu o nie. Teraz sam reżyser zapowiada odpoczynek od kina, ma wrócić do realizacji kolejnego projektu za trzy lata – i za kolejne trzy pewnie dopiero dostaniemy kolejny film Nolana.
Nie mogę się powstrzymać od myślenia: co jest upadkiem Troi w osobistym spojrzeniu Nolana? W ramach narracji samego filmu jest to wydarzenie ledwo wspomniane, jakby tak naprawdę istniało poza nim. Czy reżyser zauważył, jak został odebrany jego poprzedni film – nie będący biografią ani opowieścią o bombie, a jednak przez pryzmat tego był oceniany? Że żaden krytyk nie umiał zadać pytania: czym jest ten film, jeśli nie jest tym, czego się spodziewał? Czy Nolan przewidział odbiór swojej „Odysei”? Czy są jakiekolwiek recenzje i opinie wspominające o znaczeniu zdobycia Troi dla protagonisty? Czy wobec tego wszystkiego pan reżyser zwyczajnie dał sobie spokój? To wszystko jest z mojej strony mocno naciągane, ale jeśli by tak było – to tłumaczyłoby wiele rzeczy. Przede wszystkim brak zaangażowania, szczególnie na tle emocjonalnym. Jakby autor nie był zainteresowany, czy widz w ogóle będzie w stanie zrozumieć jego wizję i interpretację, ponieważ większość widzów w jego opinii już od pół roku wie, o czym jest i czym jest jego najnowszy tytuł. A ta część, która potrzebuje najpierw zobaczyć film – oni poczekają na następny. Może powstanie w lepszych czasach. To z mojej strony projekcja – sam nie czuję smutku, że w najbliższym czasie żaden z moich scenariuszy nie będzie zrealizowany. Zapewne żaden nie będzie nigdy, ale chciałbym, aby była widownia dla nich. W tym momencie filmy są oceniane bez oglądania – od Uwe Bolla po Nolana. Szkoda się w to angażować. Nolan odbył swoją Odyseję, widząc świat skłócony, nie mówiący wspólnym językiem. I wyrusza na zachód. https://garretreza.pl/christopher-nolan/
Siostry ("In Her Shoes", 2005)
30 lipca | D+
No spójrzcie tylko na ten plakat. Plakaty mają w końcu znaczenie, a nie, że zapowiadają kolejny tandetny rom-kom dla fetyszystów kobiecych nóg. „Siostry” na szczęście w otwierającej scenie dają radę zaburzyć wizerunek zbudowany przez tandetny marketing: postać grana przez Cameron Diaz zaciąga do toalety pod wpływem alkoholu przypadkową osobę… I wymiotuje do toalety, „rujnując” „moment”. Nie ma seksu, erotyki, nagości, ekscytacji czy podniecenia – jest tylko zgrzyt życia. Tak zaczyna się ta opowieść o siostrach: jednej nieodpowiedzialnej, bezrobotnej, żyjącej na koszt kolejnych osób; druga ma pracę i poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo. Jedno nie jest za to wdzięczne, drugie jest wkurzone. Jedno jest brzydkie, drugie atrakcyjne. Wstępnie Toni Collette miała grać tę atrakcyjną i pustą, ale nastąpiły zmiany i zgodziła się przytyć 12 kilo.
W dalszej kolejności poznajemy resztę rodziny oraz sytuację, w jakie te kobiety są. Jaką mają przeszłość, jak nazywał się ich jednodniowy piesek, czego nie wiedzą o swojej babci… I buty. Dużo butów. Dużo podkreślania roli butów w ich życiu, dużo zwracania uwagi na to, jakie obuwie mają akurat na sobie. I w jakim jest ono stanie. To jest kobiecy film w ten uniwersalny sposób – poszukiwanie związku, rola w rodzinie, relacje z rodzeństwem… To po prostu ludzki film. Obyczajowy, zawierający w sobie wiele odcieni życia. Starsze pokolenie nawiązuje relację z młodszym i na odwrót, odkrywając nowe strony codzienności. Na drugim planie Shirley MacLaine i Norman Lloyd.
Czy jest to relatywnie grzeczny film? Tak, najbardziej wulgarny moment obejmuje w sumie tylko wygarnięcie rodzicom kilku cenzuralnych słów. Czy bohaterowie koniec końców nie są dosyć prości? Są. Czy scenariusz nie daje rady utrzymać uczciwości do końca i rozwiązuje w finale wszystko zbyt łatwo, aby dać widowni szczęśliwe zakończenie? Też. Nie jest to idealny film, ale umie opowiadać o ludziach. I ma się wrażenie, że mówi coś świeżego. Naprawdę żal, że tak dobry tytuł mógłby umknąć uwadze widowni przez marketing. Sam obejrzałem go wyłącznie z uwagi na reżysera, spodziewając się… Cóż, filmu z Cameron Diaz. Tutaj jednak została wybrana wbrew stereotypom i dała radę. https://garretreza.pl/curtis-hanson/
The Bear - sezon V (2026)
29 lipca | Disney+
Koniec serialu. Cały ostatni sezon to tak naprawdę trzy elementy: „Gary”, odcinek pomiędzy 4 i 5 sezonem, przedstawia retrospektywę, gdzie Richie z Mikey dostarczają paczkę do miejscowości Gary, Indiana. W trakcie tej wycieczki puszczą im nerwy i miłość da wyraz jednocześnie z brutalnością. Jakie to ma… Zastosowanie? Odpowiedź poznajemy wraz z początkiem 5×1, gdzie dowiadujemy się, że Ritchie zaczął ten dzień wspominając wydarzenia, które poznaliśmy w „Garym”. A dzień to wyjątkowy, ponieważ trwa aż siedem z ośmiu odcinków sezonu. Tego dnia wszystko pójdzie w dupę, w chuj, w gówno i potem zaskoczy nas jeszcze bardziej – ale na koniec dnia mamy klientów w restauracji i trzeba ich ugościć. Ostatni odcinek to epilog wracający do myśli, którą pierwszy raz poznaliśmy w „Garym”. I tak wygląda najwyraźniej koniec serialu. Koniec, w którym Carmen ledwo był obecny.
Przeszedłem przez zdrową część wątpliwości odnośnie tego, czy ten sezon jest udany. Czy tak naprawdę cały serial jest udany, czy był nastawiony na pięć sezonów, czy powiedzieli, co powiedzieć chcieli? Pamiętam wojnę z samym sobą oraz wszystkimi wokół z pierwszego sezonu, próby rozwiązania wojny w drugim sezonie, trzeci sezon będący The Best Of wszystkiego w tym serialu, czwarty doprowadzający bohaterów do pokoju… Piąty wydaje się powtarzać tę myśl: osiągnięcia pokoju wewnętrznego, podpisania paktu z wewnętrznymi demonami. I wtedy doipero mi kliknęło: piąty sezon jest dowodem. Dowodem, że bohaterowie faktycznie to wszystko osiągnęli. Testem do przejścia i dowodem dla samych siebie, że faktycznie osiągnęli to, co pragnęli. Odkryli jedynie, że nie można tego osiągnąć raz na zawsze. Jutro stoczymy tę samą wojnę, aby na rzucanie jajkiem odpowiedzieć: spróbuj jeszcze raz. Zamiast, no wiecie, rozjebaniem wszystkiego i wszystkich w trzy pizdy. To udowodnili w pierwszym sezonie. Tamta agresja była autentyczna. Piąty sezon prezentuje harmonię, równie wiarygodną. https://garretreza.pl/2022-cze/
PRZECZYTAŁEM
Dzikowy skarb – Karol Bunsch, 1945
27 lipca
Powieść przygodowa osadzona w realiach początku chrystianizacji Polski, korzystająca z faktycznych osób i wydarzeń oraz przede wszystkim fantazji i gotowości do wypełnienie pustych pól w historii. Mnie wiedzy historycznej brak – wiem tylko, że trzeba było chrzest przyjąć na siłę, aby przestali Polaków napadać za bycie „innymi”, trzeba było też jebać Niemcy, więc wzięto chrzest od Czechów. I jak na lekturę przygodową, to muszę przyznać, że umie ona też ująć językiem i opisami. Sam język jest stylizowany oczywiście i wątpię, aby mówili tak chociaż 50 lat wstecz przed napisaniem książki, ale efekt jest przekonywujący. I co najważniejsze: zrozumiały.
Rezultat bardziej szanuję niż czytałem z jakąś specjalną przyjemnością. To w końcu opowiadanie o prawdziwych wydarzeniach mając do dyspozycji skąpe źródła historyczne, a tutaj Mieszko I z resztą gadają i żyją, jakby można o tym było mówić z jakąkolwiek pewnością, co wtedy myśleli i co ich popychało do działań. Ciężko mi nie mieć do tego uznania. Nawet jeśli to dosyć wygodne wydanie jak na swoje czasy – opowieść o akceptacji nadchodzących zmian (np. ZSSR przejmuje stery) musiała się podobać nie tylko czytelnikom.
Możliwe też, że czytałem jakąś gorszą wersję, bo LubimyCzytać podaje 725 stron, a moje wydanie miało niecałe 300. Albo, cóż, LubimyCzytać po prostu miało kolejny babol. https://garretreza.pl/ksiazki/
Między Rockiem a kowadłem ("Rock and a Hard Place", 2017)
25 lipca | HBO
Tutaj akurat Jon Alpert nie przekonuje, gdy wchodzi do zakładu poprawczego, gdzie młodzi więźniowie mają wybór: albo odbędą wieloletni wyrok nałożony przez sąd, albo wytrzymają do końca wojskowy reżim, który im oferuje ów ośrodek. I jest tutaj też The Rock jako człowiek twierdzący, że sam był kiedyś jak oni i skorzystał z takiego reżimu i teraz jest lepszym człowiekiem i osiągnął sukces dzięki niemu…
Tylko potem spędzamy trochę czasu w środku i ani przez moment nie byłem przekonany, że ten reżim będzie prowadził do zmiany. Ani jak to ma działać. Bez wchodzenia w szczegóły, że może jest taki rodzaj ludzi, którzy wymagają takiego piekła, aby odnaleźć pokój. Może tak, może nie. Nawet nie byłem przekonany, że oglądam dokument i podglądanie prawdy o tych ludziach.
Na koniec parę osób ucieknie i wyląduje w więzieniu, ale większość wytrzymała i wszyscy się cieszą, że czeka ich lepsze życie. A ja byłem obojętny. To powinien być o wiele większy projekt, gdzie przez kilka godzin i o wiele więcej czasu śledzimy ten świat, zgłębiamy go, rozumiemy. Obecnie ciężko to nawet nazwać reklamą ośrodka, bo nie będę go widział w pozytywnym świetle po tym, co zobaczyłem. Temat z całą pewnością zasługujący na podejście, którego mogłem się spodziewać po twórcy „Life in Crime”, ale go nie otrzymaliśmy. https://garretreza.pl/jon-alpert/
Wojny w Pentagonie ("The Pentagon Wars", 1998)
25 lipca | HBO
Mały, przechodzący od razu do rzeczy film – zapewne telewizyjny – posiadający wiele znajomych twarzy (w tym jedną z pierwszych ról Violi Davis), porządne rzemiosło, poważną tematykę ujętą w sposób godny Paragrafu 22 oraz przede wszystkim świetną fabułę, która musiała mieć wiele wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami: oto poznajemy historię człowieka, który zauważył niejasności nie tylko w funkcjonowaniu rządu i dysponowania budżetem, ale też lekceważenie ludzkiego życia przez osoby u władzy. I postanowił coś z tym zrobić. Chodzi o mający zaraz trafić do masowej produkcji model czołgu, który miał mieć zastosowanie transportowe i zwiadowcze. Miał być lekki i pojemny – do póki ktoś nie zaproponował wsadzenia działka na sufit. A jak działko, to amunicje. A jak wygląd czołgu, to trzeba się mieć czym bronić przed atakiem wroga myślącym, że strzela do czołgu – który nadal ma być lekki, służy w końcu do transportu, więc i nie jest zrobiony z materiału, który wytrzyma ostrzał. Jak można oddać coś takiego do użytku, aby młodzi ludzie wsiedli do środka i walczyli za ojczyznę?
To tego rodzaju film, gdzie protagonista w każdej scenie słyszy, że nie może wejść drzwiami, więc on wymyśla nowy sposób, aby wejść oknem. Scenariusz skupia się na absurdach biurokratycznych, oddzielnie i stopniowo biorąc się po kolei za każdy aspekt, uzyskując przejrzystość, robiąc to wszystko nadal w wiarygodny sposób, jak ktoś naprawdę walczący z wojskiem wewnątrz wojska, w świecie obowiązujących procedur i dyscypliny. Jeśli to nie porusza was w takich produkcjach, jeśli nie lubicie oglądać upartych ludzi osiągających swój cel, śmiało możecie odjąć punkt czy dwa od oceny, albo nawet olać oglądanie, ponieważ doskonale wiecie, co dostajecie: walkę z wiatrakami, która kończy się słodko-gorzkim zakończeniem.
Jeśli jednak czujecie, że to historia dla was, to film ma naprawdę wiele zawartości, która ją autrakcyjnia – Kelsey Grammer jako antagonista umiejący powiedzieć wszystko z uśmiechem i pewnością siebie: uwielbiałem go oglądać i jednocześnie z uwielbieniem widziałem pod koniec, jak kopie pod sobą dołek będąc w całkowitym zaprzeczeniu rzeczywistości. John C. McGinley w swojej najlepszej roli zaraz obok dr Coxa ze Scrubs, wykorzystujący tutaj wszystkie swoje sztuczki, dzięki którym jego Cox jest tak wspaniały. A na koniec otrzymujemy nawet punkt kulminacyjny – i muszę przyznać, że się wzruszyłem.
Mógłbym wymagać więcej od tej produkcji – monologi mogłyby być lepiej zagrane, protagonista mógłby być bardziej charyzmatyczny, narracja mogłaby zawierać więcej polotu – ale cóż, nie ma tego, ale nadal bawiłem się dobrze. Udało się zrealizować opowieść o biorokracji i bezduszności rządu bez obwiniania jednej lub drugiej strony. To film z pozycji ludzi kontra rząd, stojący po stronie ludzi, wymagający od rządu bycia lepszym. Poprawiający humor zamiast budzący ślepą, bezsilną agresję na świat, w którym żyjemy. Kiedyś to byłby przeciętny film telewizyjny, dzisiaj – złoty standard, który każdy twórca filmowy powinien zrozumieć. I do niego wrócić. https://garretreza.pl/richard-benjamin/
Zapiski właściciela czynszowej kamienicy ("Nagaya shinshiroku / Record of a Tenement Gentleman", 1947)
24 lipca
Gdy Ozu wrócił z wojny – i pobycie w zamknięciu jako POW – dostał mało czasu, aby zrobić kolejny film. Scenariusz miał napisać w dwanaście dni, jako jego serce umieszczając myśl o dzieciach osieroconych przez wojnę, tworząc niejako list miłosny do najmłodszych. Fabularnie jest to rzecz o dzielnicy w biednej części Tokio, która została zniszczona w skutek bombardowania. Ozu zamiast pochylać się nad tragedią codzienności unika tematu zupełnie – wojna i rzeczywistość powojenna jest w tej fabule jedynie tłem, wspomnianym ukradkiem, oczywistym dla wszystkich, ale nie obciążającym historii w tym konkretnym momencie historycznym. Dzisiaj równie dobrze można nie być tego wszystkiego świadomym, zignorować ilość zniszczeń w życiu bohaterów i oglądać po prostu film o biednych ludziach, którzy… Muszą zaopiekować się przybłędą. Zgubą. Siedmioletnim dzieckiem, które zgubiło ojca.
Czy jest im źle na co dzień? Czujemy, że tak, ale autor nie skupia się na tym, ale wyzwaniu, jakim jest wziąć na siebie ten dodatkowy ciężar, który rozumiemy. Problemy z nawiązaniem relacji z obcym nieletnim, zalane moczem łóżko, zobowiązanie i niespokojne sumienie, że przecież nie można tego wszystkiego zignorować. Nawet jeśli koniec końców odpowiedzialność między mieszkańcami tytułowej kamienicy będzie wylosowana w ustawiony sposób – ważne, że sama obecność dziecka sprawi, że w bohaterach odżyje chęć do życia. Nie do przetrwania wobec zniszczeń wojennych, ale właśnie: życia. Założenia rodziny. Wychowania kolejnego pokolenia.
Ozu wyjątkowo pozytywny – pozwala ludziom być ludźmi, wymyśla prosty punkt wyjściowy, jednemu aktorowi pozwala pośpiewać i kończy wszystko w ciepły sposób. Nawet jeśli ten ciepły sposób łączy się z widokiem sierot pozostawionych na niepewną przyszłość. Dwanaście dni wykorzystane w godny sposób, panie Ozu. https://garretreza.pl/yasujiro-ozu/
Brutalna siła ("Brute Force", 1947)
24 lipca
Jules Dassin umiał łączyć kino gatunkowe z kinem zaangażowanym. Tutaj opowiada pełną napięcia i emocji historię ucieczki z więzienia, która jest bardziej symboliczna niż przekonana o sukcesie. I kończy się zamyśleniem nad samą ucieczką: czemu uciekamy chociaż szanse są praktycznie żadne? Do tego apel o ludzkie podejście do więźniów. Jeśli o mnie chodzi: film kompletny.
Scenariusz pokazuje swój poziom bardzo szybko: podczas wyliczania obecności więźniów przez strażników wszyscy milczą, gdy pada jedno nazwisko. Zapada moment ciszy i po chwili po prostu podejmujemy wyliczania ciąg dalszy. Widz sam zaczyna zadawać pytania, a odpowiedzi pojawią się zaraz, aby utrzymać tempo opowieści. Co się stało z tym człowiekiem? Czemu go nie ma? W czasie, zanim poznamy odpowiedź, nasz umysł krąży i zmierza do mroczniejszych odpowiedzi. Strażnicy dopadli tego więźnia i teraz nie mówimy o tym głośno. Chcę myśleć, że takie były intencje twórców.
Tak wygląda wstęp do historii o walce: więźniów między sobą oraz z władzami więzienia, którzy chcą więcej władzy, dyscypliny, potęgi nad drugim człowiekiem. Chcą manipulować, podkładać pułapki i kierować, aby robili i grali, jak im zwierzchnicy zagrają. Wszystko to tworzy obraz więzienia jako instytucji, gdzie nie chodzi o rehabilitację. Nie chodzi nawet o odseparowanie ludzi łamiących prawo od tych, którzy chcą się czuć bezpieczni. Jeśli chodzi o karę – tak, ci ludzie cierpią i odbywają karę: pytanie jednak – za co? Za to, co zrobili? Czy za to, że tam trafili?
Jules Dassin tworzy obraz uciekinierów z więzienia nie jako osoby unikające odpowiedzialności. Widz może dostrzec w nich samego siebie. Może pomyśleć, że na ich miejscu zrobiłby podobnie. Jules Dassin umie prowadzić dialog z widzem, jednocześnie trzymając się czasów, w których tworzy – jego więzienie jest wyraźnie lokacją filmową, bohaterowie mówią używając poetyki i poezji filmowych dialogów, nie ma tutaj wiele realizmu, a dramaturgia jest rozwinięta tak, aby pasowało do struktury filmu. Nie będziemy zaskoczeni, gdy w wielkim punkcie kulminacyjnym tylko kilku strażników pełniło rolę oporu, a cała reszta przybiegła dopiero, gdy fabuła i kompozycja kadru była na to gotowa. Nie zapomnimy, że oglądamy film. Tak samo, jak wewnątrz każdej postaci na ekranie bije ludzkie serce. A to najważniejsze.
PS. A scena „zgniecenia” więźnia mogłaby spokojnie powstać w czasie kina niemego. „Potiomkin” i Fritz Lang jednocześnie na ekranie, co za widok! https://garretreza.pl/jules-dassin/
Sprawa Kramerów ("Kramer vs. Kramer", 1979)
19 lipca
Ponad dekadę temu powstała trylogia poświęcona „Zniknięciu Eleanor Rigby”. Jeden film prezentował wydarzenia z jej perspektywy, drugi z jego, trzeci miał łączyć – chyba? – te ścieżki. Nie oglądałem jeszcze całości, ale pamiętam o tych produkcjach – sam reżyser później nie błysnął ponownie, przynajmniej do teraz. Historia małżeństwa Kramerów mogłaby być zrobiona w podobny sposób – opowiada w końcu o rozdzieleniu dwójki osób, każda ma swoją wersję wydarzeń i ostatecznie często nie wiemy, jaka jest prawda o większości treści przewijającej się przez tę opowieść. Jakimi małżonkami byli dla siebie nawzajem? Czy wina leżała po czyjejś stronie? Czy ona miała od razu przygotowany plan zapasowy i odeszła do kogoś? Czy też jedynie odeszła od swojego męża? Te rzeczy mogą być istotne, ale równie dobrze można zrobić film, który w ogóle nie udziela na nie odpowiedzi. Tak właśnie prezentuje się „Kamer vs Kramer”.
Joanna Kramer kładzie syna spać. Ted Kramer raz za razem decyduje się zostać dłużej w pracy i gdy wraca, Joanna próbuje poczekać, aż będzie mogła dojść do słowa. Jest już spakowana, zostawia klucze i wszystkie niezbędne sprawunki – jak kwitek do pralni – po czym odchodzi. Ted nie spodziewał się tego, ale okazuje się, że taka jest rzeczywistość. Przed nami pełnometrażowy film pokazujący nam, jak wygląda życie tych ludzi – głównie Teda, jak jest zmuszony spędzić więcej czasu z własnym dzieckiem, opiekować się nim i w końcu zredukować proporcje w swoim życiu: rodzina kontra praca. To jest istotne dla twórców: prezentacja losów tych osób. Kamera zapatrzona jest w interakcje między postaciami, ich oczy. Czuć, jakby można na to było patrzeć bez końca. Są też cycki.
Rok 1979 jest wypełniony arcydziełami – również na liście moich filmów wszechczasów też rocznik pojawia się aż pięć razy – i „Kramer vs Kramer” zdobył wtedy Oscara za film roku, co przysłania rozmowę o nim jako o nim, a nie w kontekście rywalizacji z innymi tytułami. Mimo to i tak czuję, że wiele momentów z tej produkcji istnieje w kulturze: czy to chodzi o bieg z dzieckiem na ramieniu na pogotowie, albo o pierwszą scenę przygotowywania śniadania. Również w kontekście jednej z ostatnich scen, gdzie nawet jeśli nie jesteśmy świadomi celowego kontrastu do początku tej historii, to czujemy jak długa droga została pokonana od tamtego czasu. I co tak naprawdę oglądamy: nie progres, ale pożegnanie. Wybór. Podjętą decyzję. Wszystko to poprzez film, nie słowa.
Czy jego sukces tkwi tylko w aktorach? Są wielcy, ale jednocześnie reżyser też jest za co chwalić. Niby zwykły film o gadających ludziach, ale montaż też jest istotny – czy to gwałtowne budowanie napięcia podczas gotowania tostów albo przejścia między kolejnymi scenami, na pewno zwrócicie na to uwagę. Dialogi? Mogły być improwizowane, ale na pewno nie wszystkie – ich naturalność i melodyjność wybrzmiewa przez cały seans, ale sposób opowiedzenia kolejnych scen, ich konstrukcja, to również zwraca uwagę przy oglądaniu. Ile wyborów na swojej drodze miał Ted, nawet tych małych (zawartych w dialogu), to wszystko premiuje podczas oglądania. Bo ten się ogląda. To nie jest tylko historia do opowiedzenia, to przenosiny do innego życia jako duch, życia pełnych emocji, ciepła, miłości i niełatwych decyzji. Jak łatwo pozwoliliśmy sobie wmówić, że oglądanie ludzi na ekranie może być nudne. I jak łatwo następnie zapomnieliśmy, ile w tym może być przyjemności. Tata z synem spędzają czas, czego nigdy nie powtórzą, a twórcy tego filmu umieli to pokazać poprzez film w całości – nigdy nie powinniśmy sobie pozwolić wmówić, że to mało. To bardzo, bardzo dużo. I na tym właśnie też polega potęga kina. https://garretreza.pl/sprawa-kramerow/
PRZECZYTAŁEM
Czyż nie dobija się koni? - Horace McCoy, 1935
18 lipca
Malutka książeczka licząca niewiele ponad sto stron – i to z uwzględnieniem obrazków. Tak, ten tytuł ma obrazki – a konkretnie kadry z wersji filmowej, realizowanej ponad trzy dekady później. Nawet nie wiedziałem, że jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem, jest na podstawie książki. Dopiero jak przyglądałem się postaci Franka Borzage, to dowiedziałem się o jego „występie” w tym tytule. Był na widowni z jakiegoś powodu, obserwując zawody taneczne. Sporo celebrytów jest tutaj wymienionych – czy raczej gwiazd, bo te słynne persony faktycznie miały zawód. Innym, którego rozpoznałem, był Charley Chase – też dowiedziałem się o jego istnieniu stosunkowo niedawno. Co oni wszyscy robią w tej książce? Cóż, Gloria ujęła to najlepiej: jest to część portretu ówczesnych czasów. Kręcenia się w kółko i słuchania o gwiazdach dużego ekranu. Maraton tańca jest metaforą tego kręcenia się w kółko: robota, kanapka, sen i od początku, w zmęczeniu, mając wątłą perspektywę i nadzieję, że los się odmieni, że na końcu będziemy zwycięzcami, że coś osiągniemy.
Książka bardziej podkreśla marzenia i kontekst filmowości: pragnienia kariery filmowej, co zanika pod koniec lektury. Nie rozwiewa się stopniowo, po prostu nagle tego nie ma. Film za to lepiej podkreślał samo życie: nie mieli za co jeść, a na zawodach przynajmniej zjedzą i będą mieli gdzie spać. Film dodał też bolesne zakończenie, którego ten finał potrzebował – gdy Gloria dowiaduje się, że od nagrody będą odliczane koszty i tak naprawdę zwycięzca dostanie drastycznie mniej niż im obiecano. W książce finał jest dużo milszy. Zawody zostają odwołane przez skargi komitetu moralnego i kasa zostaje podzielona między tych, którzy zostali – ale finał nadal pozostaje taki sam w obu historiach, jednak w filmie jest bardziej konsekwentny i naturalny. Nie jest to żadna tajemnica, książka zaczyna się od zdradzenia zakończenia i przypomina o tym na początku każdego rozdziału, ale właśnie w książce to zakończenie przychodzi dosyć znikąd. Gorzkość bohaterki i jej nihilizm nie równa się temu, że protagonista robi na końcu to, co robi. Wręcz na tej samej stronie kategorycznie odmawia i w końcu to robi. To najwyraźniejszy przykład tego, że autorowi zabrakło warsztatu, aby móc opisać pomysły, które miał.
A miał ich zaskakująco dużo. Wręcz jako czytelnik byłem otwarty i gotowy przypisywać mu zasługi za rzeczy, które mogły tak naprawdę wyjść przypadkiem. Nie ma tutaj za bardzo postaci pobocznych, jedynie imiona i nazwiska mające cechy charakterystyczne (np. ktoś jest w ciąży), nie ma pomysłu na rozwój akcji (są tylko wydarzenia), nie ma sensownego wstępu: bohaterowie poznają się i decydują wziąć udział w konkursie… I tam są. Nie ma nawet szczegółów o ich doświadczeniu tego wszystkiego. Film przytłaczał męką i cierpieniem czegoś tak prostego, jak zwyczajne utrzymanie się na nogach, tymczasem autor książki czasem tylko doda, że są zmęczeni, że ubrania im się rozleciały, że bez amoniaku nikt by ich nie dobudził. Rutynę z wykorzystaniem 10 minut przerwy opisuje właśnie jak rutynę: jedzenie kanapki w trakcie golenia, toalety, mycia się. I naprawdę myślę, że to wszystko jest siłą tego tytułu: opisem świata, gdzie takie męczarnie są codziennością, nie robią na nikim wrażenia łącznie z samym bohaterem całkowicie akceptującym pasywnie własną egzystencję. Pracuje 22 godziny na dobę, nawet nie odpoczywa, ale nabiera sił do pracy przez pozostałe dwie, jest chodzącą reklamą i jeszcze z entuzjazmem dziękuje za to wszystko, będąc w opozycji do podejścia Glorii, która jest po licznych przejściach życiowych i życia jakie zna ma całkowicie dosyć.
Jak wiele ta książka zostawia przestrzeni widzowi, dając mu tak naprawdę tak dużo! O przeszłości bohaterów, czy tak naprawdę mówią prawdę czy kłamią, o teraźniejszości – te pojedyncze urywki obserwacji, co się dzieje wokół: kto był na widowni, jak wykorzystywano Glorię – kogo jeszcze więc wykorzystano? – jak natknięto się przypadkiem na mordercę wśród uczestników – kim więc mogą być pozostali? To nienachalny, ale cholernie treściwy obraz życia w okresie depresji – warty czytania, robiący wrażenie, nawet jeśli sam warsztat literacki autora powinien być wyżej.
Film i pierwowzór uzupełniają się znakomicie. Fani jednego zdecydowanie powinni poznać drugie. https://garretreza.pl/ksiazki/
Porachunki ("Lock, Stock & Two Smoking Barrels", 1998)
18 lipca | powtórka
Zbitek przygód drugoplanowych bohaterów w świecie przestępczym w Wielkiej Brytanii. Ktoś dostaje zlecenie na kradzież albo pobicie kogoś, ktoś zleca, ktoś ma zostać okradziony lub pobity. A na szczycie są losy czwórki cwaniaków, którzy planowali wygrać w pokera – i nieuczciwie przegrali. Teraz wiszą pół miliona komuś, komu nikt na świecie nie chce wisieć nawet złotówki. Mają tydzień, więc rozwiązanie jest tylko jedno: ukraść. Problem w tym, że ktoś inny też chce ukraść to samo. A to tylko początek komplikacji..
Zamiast filmu poważnego ale i pozbawionego przykrości – brutalności, wulgarnego języka, śmierci i cierpienia – twórca woli prezentować właśnie to. I jednocześnie iść w drugą skrajność, czyli znajdować w tym wszystkim humor, absurd, niedorzeczność, dobrą zabawę. Trudno wyobrazić sobie w klasycznym filmie noir większość postaci z tego filmu, ich luz oraz pewność siebie – tak samo jak trudno byłoby wyobrazić sobie w klasycznym noir odstrzelenie komuś stopy jako wstęp do rozmowy. Tudzież wielokrotne zgniecenie czyjejś głowy drzwiami samochodu – chociaż oba te momenty mają miejsce w „Porachunkach” poza kadrem. Guy Ritchie opowiada o świecie, gdzie gra naprawdę toczy się na śmierć i życie – oryginalny tytuł jest przekręceniem frazy oznaczającej zasadniczo: wszystko albo nic. Gra nigdy nie ma ona końca, koniec może przyjść w każdej chwili i z naprawdę błahego powodu. Jednocześnie jednak gdy grupa bohaterów wśród worka prezentów znajduje również krawężnikowego, to po wstępnej reakcji („kurwa mać, jeszcze tego nam brakowało”) postanawiają skorzystać z okazji i wypuścić z siebie całą agresję wobec mundurowych, która w nich narosła przez resztę życia. JP na 100%!
Historia nie toczy się na oczach świata. Ulice splamione krwią nie mają świadków, przechodnie nie będą mieć reakcji, a władze wchodzą na scenę dopiero w ostatniej chwili, ale tak naprawdę tylko w jednym celu: oczyścić bohaterów z podejrzeń i oficjalnie oświadczyć ich niewinność. To w końcu ważny element historii – o ludziach, którzy są coraz bardziej chciwi i nawet jeśli mają jakiś korzystny układ, to będą kombinować. Wszystko zaczęło się przecież od oszukiwania w karty, co wcale nie musiało być potrzebne. Może wygrałby uczciwie? Wolał jednak mieć pewność. I ostatecznie zapłacił za to cenę – w ten lub inny sposób. Los jest przewrotny w świecie Guya Ritchie.
Widać wyraźnie, że to dopiero pierwsze kroki w dorobku reżyserskim i Guy Ritchie nie ma szczególnego polotu jako filmowiec. Ma styl i mimo wszystko udało mu się zrealizować swoją wizję – całość jest dynamiczna i spójna – ale nieraz widz chciałby zobaczyć jakieś bardziej pomysłową inscenizację tu i tam. Jego historia pomimo czternastu warstw jest zrozumiała, a jednowymiarowość bohaterów w zasadzie nie przeszkadza. Nikt nie mógłby być tutaj bohaterem serialu i nikogo nie mam potrzeby oglądać więcej – spełniają swoją rolę w fabule i to wszystko. Może z wyjątkiem Stinga: czemu jego barman jest takim dupkiem dla własnego syna? Skąd zna tamtego gościa, co przynosi na końcu torbę? Czy wiedział, że będzie ona pusta? Skąd ów przestępca wymyślił dawanie katalogu? Wobec żadnej innej postaci nie mam takich wątpliwości i po seansie brakowało mi wyjaśnień.
Pierwotny plan zakładał, że bohaterowie odejdą w stronę zachodzącego słońca z pieniędzmi. Będą zwycięzcami. Zapewne nie będą rozumieć za grosz co się stało i niczego się nie nauczą, ale będą szczęśliwi. Zastanawiające, że jednak ostatecznie finał jest inny – życie śmieje się w twarz tym ludziom kolejny raz, zapewne nie ostatni. Nie wiedzą jeszcze, jak bardzo sukces – czy też szybki zarobek – jest im bliski. Widz odchodzi nie wiedząc, czy nastąpi szczęśliwy finał. A jeśli tak, czy nie będzie wstępem do dalszego zwariowanego ciągu zdarzeń, gdzie trup posypie się gęsto i nadal nikt nie wyciągnie z tego lekcji. Bo nie zdąży, będzie martwy. Spokojnie dałoby radę zrobić „Porachunki 2”, jak policja zgarnia chłopa z muszkietami, zamyka w więzieniu i teraz trzeba go uwolnić, jednocześnie odzyskując broń palną, znajdując kupca i najlepiej zrobić to tak, aby każdy przeżył. Zrobili Vinci 2, dadzą radę zrobić i to. Do tego czasu: mamy to dzieło sztuki rozrywkowej, gdzie samo nadążanie za fabułą jest wyzwaniem i zabawą. Liczne powtórki później nadal bawi. wypada to docenić. https://garretreza.pl/guy-ritchie/
Naga prawda ("The Awful Truth", 1937)
16 lipca | powtórka
Lata temu napisałem, że Cary Grant stara się być zabawny i czasami mu się to udaje. Nic więcej nie dodałem, więc postanowiłem jednak powtórzyć… I w sumie podtrzymuję, co napisałem. Cary Grant gra gościa, który nie jest uczciwy w swoim związku, ale gdy tylko podejrzewa żonę o ten teges, to biorą rozwód. Nie mogą jednak sobie odpuścić, więc dalej rywalizują o to, kto jest szczęśliwszy potem.
To po prostu nie są interesujący bohaterowie. To nie jest interesujące zawiązanie akcji. To nie jest interesujące rozwinięcie akcji. Uczucie między nimi było płytkie, ich relacja jednowymiarowa i obojętna, wszystko było sztucznie podyktowane gatunkowością filmu. Nie zależało mi, żeby skończyli razem i odkryli tytułową „okropną prawdę”, że nadal są ku sobie. Byli parą pajaców wygłupiających się na potrzeby filmu, nie parą ludzi zaangażowanych romantycznie w cokolwiek.
To powiedziawszy – humor jest tutaj w całkiem dużej ilości. Cary Grant jest tutaj równie sympatyczny, co zawsze. Piszę więc niby więcej słów, ale sprowadzają się one do tego samego, co napisałem wiele lat temu. Śmieszny, obojętny film. https://garretreza.pl/leo-mccarey/
Arcylokaj ("Ruggles of Red Gap", 1935)
15 lipca
Klasyczny wzór komediowego wzoru na komedię prostą, acz skuteczną: historia bawi, bohaterowie bawią, chce się oglądać i nawet możemy nie zdawać sobie sprawy, że oglądamy coś więcej. Tutaj śledzimy losy lokala, kamerdynera, osobę służącą komuś innemu, przekonaną o przynależności do innej grupy ludzi, będącej znaczący – nawet jeśli tylko jeden – ale nadal jeden – krok niżej od innej grupy ludzi. Te grupy nie są nazwane, ale tak po prostu jest: są ci, którzy służą, oraz ci, którym służą. I tak ma pozostać. W każdym razie: pan przegrał swojego brytyjskiego służącego w karty, więc tytułowy Arcylokal imieniem Marmaduke Ruggles, z Paryża zmienia dom na Stany Zjednoczone, gdzie zamieszka w Red Gap. Nie w tym prawdziwym Ghost Town na południu Kanady, ale fikcyjnym, gdzieś w Teksasie. Tak, przegrał człowieka w karty. Po pijaku jeszcze. Ruggles jest przerażony, spodziewając się wylądować pośrodku sytuacji rodem z westernu Johna Wayne’a, będąc zmuszonym do ucieczki przed Indianami. Oraz niewolnictwem. Nie wspominając o tym, że te Amerykańce to zachowują się cały czas jak dzikusy.
Najpierw była powieść z 1915 roku, którą na ekran przeniesiono dwukrotnie: jako komedię w 1918 roku oraz jako western w 1923 roku. Każdy z tych filmów spotkał ten sam los: nie zachowała się żadna jego kopia do dzisiaj i uznaje się oba za pozycje zaginione. Leo McCarey podjął w końcu udaną próbę dwie dekady od powstania pierwowzoru. Przepis jest tutaj prosty: bohaterowie oraz fabuła są w jednej skrajności, a reszta filmu ma ich przeprowadzić w drugą skrajność. Chociaż w sumie nie do końca. Brytyjskość zostanie nieco zbita z piedestału, a Ameryka zyska sympatię sceptyków. Wszystko opowiedziane językiem dobrej zabawy.
Komentarz z Internetu: „20th century America in 90min. Good, bad and humorous.”, ale to jedynie część prawdy o tym filmie, który śmieje się nie tylko ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale również wyobrażenia postronnych o owych Stanach. Werdykt tej produkcji jest jak najbardziej pro-amerykański, tutaj protagonista uzyskuje niezależność oraz satysfakcję życiową w byciu panem własnego losu, ale jednocześnie nie ma żadnego problemu ze śmiania się obywatelom Ameryki prosto w twarz. Najpiękniejszy moment filmu obejmuje one-take, gdzie kamera wędruje od gościa baru do kolejnego, gdzie każdy w inny sposób przyznaje to samo: nie ma pojęcia, co Lincoln powiedział pod Gettysburgiem. I kto wie? Oczywiście Ruggles – i zapewne połowa widowni, to w końcu jedna z największych przemów w historii ludzkości. Arcylokaj deklaruje ją w całości, tworząc moment nad momenty, prezentując najmocniejszą stronę tej komedii: świadomość, kiedy żartować. Jak żartować. I jak uszanować sytuację, kiedy nikomu nie jest do śmiechu.
Przydałoby się, żeby komedie znowu się tego nauczyły. Przestały mieć potrzebę umieć żartować ze wszystkiego w każdej chwili. Można żartować ze wszystkiego, ale jednocześnie trzeba mieć to indywidualne podejście do jakiegoś zakresu czegokolwiek, z czego uważa się z samego siebie, że tego się nie rusza poprzez dowcipy. Inaczej człowiek kończy jako automat, bezmyślnie kpiący i próbujący robić to tak, aby każdy się uśmiechnął, nawet jeśli nie jest w temacie. Ten film niczego nie robi automatycznie, każdy moment był przemyślany i zrealizowany z polotem. Na dodatek ma wiedzę własną i czuć, że wie, o czym mówi, gdy mówi o sobie współczesnej Ameryce. Podczas seansu czułem, że bawię się dobrze – i z godnością. https://garretreza.pl/leo-mccarey/