BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

– I feel like I can do anything!
– Should we go home and just watch tv?
– Yes.
Bob’s Burger
https://garretreza.pl/cytaty/

OSTATNIO OGLĄDANE

sandman 2022
Ocena 5 z 5

Sandman - sezon I (2022)

4 kwietnia | Netflix

Kwestia adaptacji „Sandmana” nie jest czymś prostym. Sam proces faktycznej adaptacji był technicznie rzecz biorąc skomplikowany – wiele podejść, anulowania projektu, zmiany obsady, wszystko to ciągnęło się przez dekady niemal od publikacji zeszytów – ale i samo zaadaptowanie komiksów w inne medium jako nowy tytuł nie było sprawą oczywistą. Sam autor – Neil Gaiman – opowiadał, że nie był pewien, co tworzy i eksperymentował na początku z różnymi rzeczami, zanim wykrystalizował mu się świat i charakter postaci. Całkowicie normalne, szczególnie w świecie seriali – szczególnie seriali w przeszłości, kiedy miały czas i przestrzeń na próbowanie różnych rzeczy. Star Trek TNG szukało siebie przez pierwsze trzy sezony i się udało, Sandman jest interesujące od początku, ale pierwszy wielki tom dla mnie nosi numer czwarty. Do tego każdy był rysowany przez innego artystę, więc różni się wizualnie – co jest celowe.

Jak więc to wszystko adaptować kilka dekad później, kiedy te wszystkie poszukiwania się zakończyły? Adaptować je czy też od początku tworzyć serial takim, jakim by się mógł wykrystalizować? Cóż: twórcy zdecydowali się na to drugie. Nie jest to właściwe lub nie, dobre lub nie, to po prostu decyzja artystyczna – której warto być świadomym, jeśli nie czytało się pierwowzoru. Przenoszenie na ekran przygód Sandmana udało się tak po prostu – to w końcu nie jest płynna opowieść, która dokądś zmierza. To zbiór historii, które tworzą świat, jaki zaczynamy zgłębiać, a poprzez to zaczynamy widzieć życie w inny sposób – takie kwestie jak życie, śmierć czy ludzkość. Podróżujemy z istotą będącej Panem Snów – zaczynamy jego opowieść od momentu, gdy został uwięziony przez człowieka, niejako przez pomyłkę. W ten sposób wchodzimy do tego wymiaru, gdzie wszystko, co wiemy z historii i mitologii ludzkości, skrywa przed nami tajemnicę.

Wizualnie – jest wspaniale: kostiumy, makijaż, efekty specjalne: to jest Sandman i jego świat, nie mam wątpliwości. Filmowo – jest wystarczająco. Nie jest tragicznie, ale po przyjrzeniu się nie będę chwalić montażu czy pracy kamery. Tom Sturridge w roli Morfeusza – wspaniały, udźwignął wszystko czym ta postać jest. Narracyjnie już w drugim odcinku twórcy dają radę przekonać widownię, że umieją oddać sprawiedliwość głębi tego, o czym Sandman jest. Teraz tylko oglądać dalej i dać się zaskoczyć.

Ocena końcowa z mojej strony jest również za potencjał w przyszłości. Tak jak przed Sandmenem najlepsze historii i najwyższa jakość, tak samo przed twórcami – ale przekonali mnie już, że będą w stanie oddać im sprawiedliwość. Czekam więc na „A Game of You”. https://garretreza.pl/opinie-2022/

Ocena 5 z 5

Młyny śmierci ("Death Mills", 1945)

5 kwietnia

Krótki metraż, którego autorstwo jest przypisywane Billemu Wilderowi, ale to nie jest łatwe do ustalenia. Masa ludzi nagrywała ten materiał na potrzeby wielu krajów i ostatecznie powstało wiele wersji – same „Młyny…” są ponoć częścią czegoś, co zostało zostawione, zapomniane i dopiero w 2014 roku dokończone jako „German Concentration Camps Factual Survey”. To przynajmniej wyjaśnia absurdalność samych zamiarów zmieszczenia w ciągu zaledwie 20 minut całego okrucieństwa, jakie dokonali Niemcy w obszarze obozów koncentracyjnych. Inna sprawa, że im się to udało.

Do tych „Niemiec” jeszcze wrócę. Po kolei:

Zaczynamy od widoku uśmiechniętych ludzi w pasiakach uwolnionych z obozów. Miły widok, tego jeszcze nie widziałem. Wcześniej jeszcze był pochód Niemców niosących 11 tysięcy krzyży na groby 11 tysięcy zabitych. Nie widzimy może wszystkich 11 tysięcy, ale widzimy spory tłum niosący krzyże, pochylone głowy, wstyd. A potem, po krótkim wstępie wyjaśniającym metodę, przechodzimy do pokazania ciał i suchego wymieniania, jak ich zabito. Śmierć i tragedia jako statystyka, ale te ujęcia martwych ludzi, ich wyniszczonych ciał, ich wyrazy twarzy – czułem się, jakby ten widok na nowo uświadamiał okrucieństwo tego, co Niemcy zrobili. Nie ma w tym turpizmu czy czegoś, to czysty dokument. I pokazuje okrucieństwo z dokumentalnym, zimnym wyrazem twarzy. Kontekstu historycznego nie umiem sobie nawet wyobrazić – większość ludzi odkrywa na miejscu i widzi na własne oczy, co tam się działo przez ostatnie lata. Nagrywają materiał filmowy i część planują wykorzystać do celów propagandowych – ten dokument oryginalnie miał być pokazywany wyłącznie w Niemczech. Wiecie: do edukacji. Billy Wilder odpowiadał – jeśli już w ogóle – za wersję Amerykańską. Na początku jest informacja, że nie wolno publikować tego nagrania bez wiedzy i zgody Departamentu Wojny. Osobiście czuję się, jakbym oglądał prawdziwie zakazany materiał, zbyt okrutny do pokazywania publicznie w jakiejkolwiek formie. Dekadę później Alan Resneis przecież wywoła większe wrażenie „Nocą i mgłą”, chociaż… Cóż: nie chcę pisać, że nie zbliżył się do brutalności „Młynów…”, bo tego nie da się zmierzyć. Wracam jedynie do tej myśli: jakie wrażenie to musiałoby robić na ludziach, jeśli by to zobaczyli w dniu premiery?

I kolejny powrót: do „Niemiec”. Z jednej strony to odświeżający dokument: czy to uśmiechnięci w pasiakach, czy też mówienie o śmierci LUDZI. Nie poszczególnych narodowości, bo to nie jest istotne. 20 milionów ludzi zginęło i nikt jeszcze nie kłóci się, który naród dostał w dupę bardziej. Ludzkość dostała w dupę, więcej nie trzeba mówić. Ten krótki seans zamyka jednak oskarżenie regularnych Niemców za przyzwolenie na to wszystko. Przywołany jest materiał wideo, jak tłumy wiwatują, z przebitką na wspomnianych ludzi niosących krzyże. Narrator upomina: nie wolno nam zapomnieć o winie tych ludzi. To czyni z tego tytułu propagandę, podającą od razu gotowe wnioski widzowi upraszczając rzeczywistość (mordercami byli w końcu ludzie z wielu narodowości, nie tylko Niemców). Z drugiej strony dzisiaj jest to jednak odświeżające. Zamiast mówienia o Nazistach i cackaniu się, okazywaniu wyrozumiałości, że „oczywiście, musieliście wtedy na to przyzwalać, inaczej sami byście umarli”, to dostajemy zdrową porcję wkurwienia i oskarżenia prosto w twarz, w którym jest aż za dużo prawdy. https://garretreza.pl/billy-wilder/

Ocena 5 z 5

Niebiosa mogą poczekać ("Heaven Can Wait", 1943)

2 kwietnia

Starszy człowiek umiera i nie spodziewa się trafić do nieba. Trafia więc do lobby piekła, gdzie uprzejma istota tam się znajdująca zapytuje: jaki grzech popełniłeś? Wymienia ciężkie grzechy, ale żaden z nich nie jest odpowiedzią. W końcu bohater zaczyna opowiadać swoją historię, od samego początku – gdy był chłopcem i był przekonany, że po pocałunku będzie musiał się ożenić. Dowiedział się od opiekunki, że czasy się zmieniają i wtedy – koniec XIX wieku – już pocałunek nie musi prowadzić do małżeństwa. A to otworzyło przed nim szereg możliwości…

Styl filmu, ale przede wszystkim dialogi, maniera bohaterów, postaci jako takie: to wszystko jest tutaj takie grzeczne, czarujące, eleganckie. Humor niemal może umknąć, ponieważ dwuznaczności oraz niewypowiedziana treść są aż tak zręcznie niemal przemilczane raz za razem, opowiadając o relacjach damsko-męskich i nie tylko: w końcu nawet piekło nie jest nazwane tutaj piekłem, a do diabła – bo kto inny to miał być? – protagonista kieruje się słowami: „Wasza ekscelencjo”. Jest to historia człowieka, który nigdy do końca granicy nie przekroczył, ale ciągnęło go cały czas. I nie zawsze zrezygnował sam z siebie. I nigdy nie przestał. Ten film jest niejakim rozgrzeszeniem takiego stylu życia: nic się w końcu nie stało, prawda? Nie zdradził, nie zranił, były tylko myśli. I oto właśnie jest pytanie: czy myśli są aż takim grzechem, jak się uważało, gdy protagonista zaczynał swoje życie? I czy nadal nim jest, gdy umarł? A nawet jeśli: jest gotowy, by niebiosa na niego poczekały. I wszystko, co się z tym symbolicznie wiąże – mówimy w końcu o życiu po życiu, mającym być nagrodą. On jednak wybrał piękno kobiet na ziemi.

I tak sobie myślę: Ernst Lubitsch musiał coś widzieć z siebie samego w tej opowieści. Jego produkcje były przecież erotyczne nawet jak na dzisiejsze standardy. Dzisiaj wręcz ciężko sobie wyobrazić, by kobiety na ekranie były tak mocno seksualizowane, co w niektórych jego produkcjach. I pytanie właśnie: czy czuł się z tym źle? Czy potrzebował zrobić film, który go z tego rozgrzeszy? Albo chociaż da mu nadzieję, że poddawanie się kobiecemu pięknu nie jest aż takim przegięciem? Ot, taki moje podejrzenia. Do tej pory zakładałem, że Lubitsch musiał to robić ze spokojem ducha, najwyżej z bezczelnością, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, że mógłby się tego wstydzić, że to mogłaby być jego słabość. https://garretreza.pl/ernst-lubitsch/

Ocena 5 z 5

Wesoły sublokator ("The More the Merrier", 1943)

30 marca

Nie spodziewałem się, że moim nowym ulubionym filmem 1943 roku okaże się podstawowy film komediowo-romantyczny, gdzie stary i bogaty chłop postanawia sfatać młodą kobietę tylko dlatego, że jest wolna i jak to tak, żeby baba była samotna. Film jednak umie się kokosić w tym absurdzie fabularnym, idąc dalej z odwagą, jednocześnie poruszając wątek braku miejsc do życia: oto miasto Waszyngton podczas 2 wojny światowej, gdzie ironiczny narrator próbuje zakłamać rzeczywistość udając, że nie widzi ogłoszeń o braku wolnych pokoi w hotelach, braku wolnych mieszkań, braku wolnych rzeczy do wynajęcia. Śledzimy losy starego, bogatego, białego chłopa w garniturze, który jest przekonany, iż należy zawsze być dwa dni wcześniej. Nawet jeśli chodzi o rezerwację w hotelu załatwioną po znajomości przez senatora. Gdzie więc ma żyć? Znajduje ogłoszenie w gazecie o wolnym pokoju i robi pozostałych chętnych w chuja, żeby go dostać. A następnie robi w chuja właścicielkę, która nie chce mu dać tego pokoju, ale zgadza się „pod warunkiem, że…”. I co dalej robi ten stary, bogaty chłop? Wynajmuje połowę pokoju, który wynajmuje od niej, aby wprowadzić pod jej dach atrakcyjnego chłopa, z którym mogłaby ten tego. Po ślubie znaczy.

To wszystko jest tak uroczo naciąganym kretyństwem, że wymagało to dużo umiejętności z każdej strony, aby stworzyć czarujący film. Reżyser, aktorzy, scenariusz – to wszystko musiało znaleźć właściwy klucz, aby stworzyć coś dobrego. I tak właśnie się stało. Całe główne trio tak dobrze ze sobą współpracuje, ma tak dobre dialogi, humor ma tak dobre tempo, że cały kontekst staje się istotny tylko w tym dobrym znaczeniu: podejmuje w końcu tak współczesny temat braku miejsca do życia. Constance Milligan wynajmuje pokój u siebie tylko dlatego, że jest świadoma tego problemu i uważa za patriotyczny obowiązek podzielić się tym, co ma. A że wynajmujący wynajmuje dalej, to pozwala znaleźć w tym wszystkim… Komedię. Jak takie podejście jest naprawdę odświeżające: uparli się, by zrobić to wszystko z jajem i cel osiągnęli. To jest produkcja, która ma odwagę być niedorzeczna i uparta w swoich postanowieniach. Opowiadając o bohaterach, którzy tacy też właśnie są. Może dlatego tak to wszystko dobrze działa?

Często w trakcie filmu wraca dewiza znaleziona we wstępie na pomniku ikony Amerykańskiej historii, Davida Farraguta: „Damn the torpedoes. Four bells, Captain Drayton, go ahead. Jouett, full speed.” skrócone do dużo muzyczniejszej formacji: „Damn the torpedoes, full speed ahead.” Trzeba mieć jaja, żeby w tak krótkim filmie przywołać to jako powiedzonko 15 razy w ciągu filmu (licząc wizualne: nawet więcej). Dużo zasad opowiadania historii tutaj jest zaniedbane, nieistotne dla twórców, olane – ale jest w tym talent, celowość, świadomość. Szybko stało się to dla mnie częścią zabawy, niczym nastoletni zespół grający w garażu rodziców, albo film debiutantów robiony razem z kumplami. Skupiają się na tym, co jest dla nich ważne – a reszta nie ma znaczenia. Takiej energii w kinie rzadko jestem świadkiem.

Najważniejsze: bawiłem się przednio. https://garretreza.pl/george-stevens/

Ocena 3 z 5

To jest miłość ("That's Amor", 2022)

31 marca | Netflix

Najlepszy średni film, jaki powstał. Przynajmniej dla Netfliksa.

To jest schematyczny, przewidywalny obraz skrojony pod bardzo konkretnego odbiorcę: bohaterka zmienia życie po stracie chłopa i pracy, wraca do mamusi, idzie na kurs gotowania, znajduje nowego chłopa i jej życie układa się na nowo. Nic w tym opisie jednak nie zawiera jak dobrze to zostało zrobione – jak na coś, co i tak będzie co najwyżej średnie. Cały wstęp, gdzie bohaterka traci tracę, znajduje partnera w trakcie zdrady i na końcu spada ze schodów – nic w tym nie jest jej winą. Łatwo jest mi sobie wyobrazić, że w innym filmie zrobiono by to wszystko tak, że protagonistka by mnie denerwowała, ale tutaj udało się sprawić, by widz był po jej stronie. Nawet jeśli miałem świadomość, że nic z tych rzeczy nie budowało jej charakteru – to były tylko rzeczy, które działy się wobec niej.

Zapewne taki był wymóg – bohaterka musi być nijaka, żeby widz zobaczył w niej siebie, ale chodzi mi o to, że udało się skonstruować film wokół tych ograniczeń, bo później protagonistka słyszy: „To są rzeczy, które dzieją się wokół ciebie, zacznij kontrolować swoje życie!”. Jest tutaj masa dialogów, które dobrze wypadają i umiałem sobie wyobrazić, że by mnie śmieszyły, gdyby te same słowa powiedziała na przykład dowolna postać z Bob’s Burger. Albo Kochanych kłopotów. Aktorzy też sobie radzą i idzie uwierzyć, że chce się z tymi ludźmi spędzać czas, że jest między nimi chemia, że budują prawdziwą relację międzyludzką.

Jak teraz czytam, co piszę, to brzmi, jakbym oglądał po prostu w nastroju wysoce wybaczającym, ale jednak utrzymam ten pogląd do końca: to mogło być dużo gorsze i należy docenić, że włożono w ten tytuł uczciwą pracę. Aktorzy czy scenarzysta nie mają się czego wstydzić po udziale w tej produkcji. Przewidywalne, schematyczne, sztuczne, naiwne, banalne, słodkie… Tak, to też. https://garretreza.pl/opinie-2022/

Ocena 3 z 5

Wybrani - sezon III ("The Choseon")

28 marca | Netflix

Nie mam zamiaru wyciągać wniosków o Chrześcijaństwie czy zawartości Biblii poprzez pryzmat tego, co zobaczę w tym serialu, ani tym bardziej historii – mogę nawet kupić pogląd, że czasy, w których jakiś tytuł jest tworzony, powinien odzwierciedlać te czasy… Więc tylko zaznaczę: to nie jest serial historyczny, ani nawet próbujący być historyczny. Postaci męskie mają współczesne fryzury i muskulaturę, kobiety mają makijaż i włosy z XXI wieku. Może nawet konkretnie lat 20 XXI wieku. Relacje męsko-damskie są wyjęte z XXI wieku. Cholera, nawet urzędnik rzymski uczy chłopa z Judei, żeby nauczył się pięciu słów ratujących każde małżeństwo („Przepraszam, masz rację, byłem w błędzie”). To jest naprawdę chamskie i nawet, gdy już wydaje mi się, że umiem zaakceptować oderwanie tego serialu od wszystkiego, to ten znajduje sposób, żeby zaskoczyć mnie tym. With a slap on the face. Później jeszcze samica będzie mieć pretensje do swojego męża, że ten jak usłyszał „utnij sobie drzemkę” to się nie domyślił, że była w ciąży i poroniła i nie mówiła o tym przez następne kilka tygodni.

Ciężko więc mówić o tym serialu jako czymkolwiek w kontekście Jezusa i jego nauk, przedstawienia jego osoby czy coś. Jego portret jest chwalony za bycie po środku, między zbawicielem i zwykłym człowiekiem – i taki faktycznie jest w tym serialu: można z nim porzucać się piłką, zanim pójdzie się na jego nauki. I jest w tym wiarygodny, tylko wszystko wokół niego już jest fałszywe, więc i on jako postać nie można oceniać w innych kategoriach. To nie jest świat z przełomu er, to nie jest bliski wschód targany konfliktami i wojnami – to fikcyjna, fragmentaryczna wariacja fanowska na wybrane zagadnienia bez prób utworzenia spójnego świata, w którym ta historia może się rozgrywać – a co dopiero, by była to historia Zbawiciela, który zszedł i został poświęcony, aby spłacić grzechy świata. Tego na ekranie nie ma, historia Jezusa nie pasuje do tego, co zobaczymy na ekranie.

A same nauki i fabuła jako taka… Jezus przemawia i uczy, ale nie widzimy procesu, jak dochodzi do tego, by nastawiać drugi policzek i tak dalej. Ani nie widzimy logiki w tym, że jego uczniowie i ludzie wokół przyjmują tę naukę – twórcy nie są tym zainteresowani. Zrobieniem współczesnego, słabego żartu? „Elegancka lekcja Jezusie! Z tym nastawianiem drugiego policzka trochę przesadziłeś, ale reszta – cudowna!”. A jak, to już uwzględnią. Jezus pójdzie bez uprzedzenia swoich towarzyszy o swych zamiarach przed oblicze ważnego rabina i ogłosi się Zbawicielem, a ten na podstawie Prawa Mojżeszowego skaże go za to na śmierć. Wyciągną go siłą nad urwisko i co? Nic. Jezus powie im, by dali se siana i sobie po prostu pójdzie. Tego nie da się kupić, to nie było zrealizowane w najmniejszym stopniu przekonująco.

Rozumiem ogólny zamysł na ten serial – nawet bym go oglądał, gdyby był dobrze zrealizowany, po prostu to wszystko jest bez zaangażowania zrobione (w film jako film), bez nabycia umiejętności i warsztatu. Lubię wątki poboczne, jak uczniowie Jezusa pod jego nieobecność faktycznie rozmawiają między sobą o tym, co Jezus mówi i naucza. Albo relację między Gaiusem i Szymonem, gdy rozwiązywali problemy sanitarne. Innymi słowami: lubię ten serial tak, jak mógłbym lubić każdy inny serial, za bohaterów i ich relacje między sobą. A tymczasem to powinna być zrealizowana z rozmachem adaptacja Biblii opowiadająca o jednym z najważniejszych istot w historii planety. Czy czuję podczas oglądania, że oglądam serial o Jezusie? Tylko w tym znaczeniu, że technicznie rzecz biorąc tym właśnie jest. Jak z adaptacją Gry o tron – historia się zgadza, imiona się zgadzają, tylko treści nie czuć. https://garretreza.pl/opinie-2022/

dojrzewanie 2024
Ocena 3 z 5

Dojrzewanie - sezon I ("Adolescence", 2024)

26 marca | Netflix

Na etapie już samego konceptu musiała paść decyzja: robimy cztery odcinki, każde w jednym ujęciu – to jest dla mnie jasne. Powody już nie są jasne, ponieważ ten tytuł popełnia większość grzechów produkcji na jednym ujęciu – od pokazywania wypełniaczy (jak jazda z punktu A do B, chociaż pomiędzy nic się nie dzieje), poprzez stosowanie wypełniaczy (ponieważ COŚ musi się dziać między sceną A i B, żeby zachować pojedyncze ujęcie) i przekonanie, że jedno ujęcie samo w sobie jest immersyjne, chociaż już lata temu zostało ustalone, że jest dokładnie odwrotnie. Zaczynamy całą opowieść od policji wbijającej na chatę rodzinie i zabierającej stamtąd trzynastolatka – kamera zostaje z dzieckiem, gdy jedzie na komisariat. Z kim mamy czuć imersję? Z policjantami? Z dzieckiem? Niby jak, jak nie ma żadnego wstępu? A nie mogło być, bo akcja musiała zacząć się góra kilka minut wcześniej z powodu jednego ujęcia. Nie wiemy, o co chodzi, więc żadne z tych punktów widzenia nie jest nam bliskie. Nie jesteśmy oderwani od rodziców, bo nie spędziliśmy z nimi czasu. Nie jesteśmy też zamknięci na tylnym siedzeniu z wystraszonym nieletnim i nie myślimy o tym, jak z nim komunikować, bo włącza się dron-music, a widzimy najwyżej tył głowy dziecka. Pod każdym względem jesteśmy odizolowani od tego momentu, widz ledwo jest chociaż biernym obserwatorem – to ten moment, gdy sięgacie po telefon albo idziecie do kuchni. W dziesiątej minucie odcinka na jednym ujęciu. I przed wami będzie tego naprawdę sporo.

Do tego praca kamery sama w sobie jest nudna. Banalna. Prosta. Po prostu jest. Bardziej zwraca uwagę choreografia – czy też reżyseria – ponieważ wszystko faktycznie cały czas przebiega schludnie i gładko: kamera i aktorzy cały czas są w pozycji, przejścia przebiegają naturalnie itd. Tylko sama kamera zachowuje się dokładnie tak samo przez cały czas – niezależnie od tego, co się dzieje. Gdy rozmawiają o pierdołach albo odkrywają przed bohaterem ważne nagranie, co wywoła w nim wielkie emocje – praca kamery nie zmienia się. Nie było żadnych wskazówek, więc w tych statycznych scenach dosyć przypadkowo krąży między aktorami, zbliża się do nich… Nie ma za bardzo na co patrzeć w tym serialu. Rozumiem zachwyty nad jednym ujęciem, że tego dokonano, ale tego dokonano masę razy w historii kina – sztuka polega na zrozumieniu, że dany fragment sztuki wymaga jednego ujęcia i dostosowaniu się do tego, a nie samym robieniu jednego ujęcia. Cięcia też mają zastosowanie, bla bla bla. Możliwe, że każdy kinoman musi przez to przejść.

Wracając – o czym właściwie jest ten serial? Był zainspirowany faktycznymi morderstwami młodych dziewczyn przez młodych chłopców. Stephen Graham – jako aktor i współtwórca serialu, razem z scenarzystą kilku odcisków Skins (1-3 sezon), Jackiem Thornem – postanowił zadać pytanie o to, co nimi kieruje. Odpowiedzi – czy raczej wnioski, do których dochodzą – znajdują w antagonistycznym wizerunku szkoły jako miejsca, gdzie wszyscy uczniowie są zajęci telefonami i nie ma jak do nich dotrzeć. Pytają, co postać ojca przekazuje swoim zachowaniem: jak on traktuje kobiety (inne od żony), jak wygląda jego agresywna postawa. Jego syn powtarza, że nie jest agresywny, bo nigdy nie uderzył nikogo z rodziny.

Niestety wszystko, co musicie wiedzieć, zamyka się w jednej wymianie zdań podczas drugiego odcinka: policjantka wspomina kulturę incelów do nauczycielki, a ona nie wie, co to, więc mundurowa uzupełnia: „That Andrew Tate shit” i to już rozjaśnia temat. Wyjaśnia to wam coś? I na jakim świecie mam żyć by nie wiedzieć, co to są incele, ale za to wiem, kim Andrew Tate jest. Dalsze „zgłębianie” tematu przez twórców nie jest przekonywujące: 20 lat temu też nie mieliśmy koleżanek, gdy byliśmy w wieku Jamiego. Każda płeć trzymała się oddzielnie i miała wyrobione negatywne stanowisko na temat drugiej – nauczycielki pomagały, wychwalając niesprawiedliwie dziewczynki i poniżając chłopców za każdy detal. Zamiast social-mediów mieliśmy tego jednego charyzmatycznego ojca jednego z chłopców, który miał dużo do powiedzenia o kobietach. I lata później nadal każda płeć trzyma się z grubsza oddzielnie od drugiej. I nadal, lata później, nigdy nie usłyszałem z męskich ust równie okropnych rzeczy na temat kobiet, co z ust kobiet o innych kobietach. Ten temat jest skomplikowany i złożony, a twórcy nie wiedzą gdzie zacząć – i boją się zapytać, skąd ta potrzeba akceptacji chłopców przez kobiety. I czemu rodzi się frustracja, gdy jej nie otrzymują. A widownia najwyraźniej tego nie potrzebuje – otrzymują potwierdzenie tego, co wydaje im się, że jest do powiedzenia o redpilowcach, więc temat wyczerpany. Przewinie się gdzieś cytat z Margaret Atwood i po sprawie. Na końcu ojciec przeprasza syna, że go zawiódł, ale nie wie, co mógłby zrobić inaczej. Widownia raczej też nie. Najwyżej przez tydzień po obejrzeniu „ograniczą” młodym dostęp do telefonów. https://garretreza.pl/dojrzewanie/

Ocena 5 z 5

Bannion ("The Big Heat", 1953)

25 marca | powtórka

Film noir rozgrywający się w mieście, gdzie wszystko jest na garnuszku czarnego charakteru – łącznie z policją. Wszystko, co ma miejsce, ma miejsce za jego zgodą, wiedzą, pozwoleniem i przyzwoleniem. W takiej sytuacji zaczyna się śledztwo tytułowej – przynajmniej w polskim przekładzie – persony: detektywa Dave’a Banniona, który jest na tyle odważny, aby próbować, ale na tyle nieszkodliwej, że jest bardziej obiektem drwin, niż faktycznym zagrożeniem dla świata przestępców. Do czasu. W roli detektywa występuje Glenn Ford: aktor, którego widuję od czasu do czasu. Jest sympatyczny, ale bardziej go kojarzę z rolami lżejszymi – ostatni raz widziałem go u boku Brando w „Herbaciarni Pod Księżycem”, gdzie właśnie miał być dosyć niekompetentny. Jego Bannion to jednak inna liga: cyniczny detektyw, który na naszych oczach staje się cyniczny. „Bannion” trwa niecałe półtorej godziny i nie zaczyna się jak typowy Bogart, pozbawiony nadziei na osiągnięcie czegokolwiek, jednak ten czas wystarczy, abyśmy uwierzyli i zobaczyli typowego prochowca z kina noir, którego oczy zobaczyły ciemną stronę życia. I teraz nie liczy on, że jego życie się odmieni, że stare wróci, że jakaś zmiana nastąpi. To kino noir, które odbiera nadzieję – ale jest to niezbędne, aby podjąć walkę. W tym świecie można dokonać zmiany tylko wtedy, gdy nic już nie ma się do stracenia.

A pozostali bohaterowie mają dużo. Ekran wypełniają ludzie, którzy nic w życiu nie mieli i poznali, co to ulica. Teraz dzięki zaistniałej sytuacji wspierają świat przestępczy, mniej lub bardziej aktywnie. Wiedzą, że to jest złe – wiedzą, że to grzech – ale alternatywny dla nich nie ma. Bannion stanie tutaj twarzą w twarz ze wszystkimi. I jest w tym wiarygodny. Brud, beznadzieja i cwaniactwo wylewa się z ekranu Fritza Langa. To kino, które daje satysfakcję – nawet jeśli idzie na pewne skróty (ofiara eksplozji wygląda jak ktoś, kto w innej scenie wychodzi całkiem cało z opresji, a nie, że umiera), przemoc jest dosyć zachowawcza i fabuła ma pewne uproszczenia tu i tam, ale jednak: to solidny obraz, który dostarcza historii mściciela aż do samego końca. Plus Lee Marvin chyba pierwszy raz z tak dużą rolą. I już wtedy zgarnia ekran dla siebie. https://garretreza.pl/fritz-lang/

Ocena 4 z 5

Ministerstwo strachu ("Ministry of Fear", 1944)

22 marca

Interesująca pozycja z gatunku thrillera szpiegowskiego – człowiek wychodzi z instytutu leczącego zaburzenia psychiczne, po czym trafia w sam środek intrygi, gdzie jest brany za kogoś, kim nie jest. Teraz musi sam wszystko wyjaśnić i udowodnić swoją niewinność. Początek umie chwycić odbiorcą – nawet jeśli dosyć niepoważnym jest robienie zamieszania wokół ciasta, które bohater wygrywa przez pomyłkę, a które okazuje się zawierać informacje ważne dla Nazistów. Do tego całość pozbywa się istotnej głębi literackiego pierwowzoru i prawdziwej przyczyny, dlaczego bohater na początku był odizolowany (w filmie praktycznie nie pełni to istotniejszej roli). Do tego najlepiej oglądać bez poczucia, że zaraz nastąpi jakiś duży zwrot akcji – osobiście spodziewałem się cały czas, że to będzie jak pewien inny film, ale nic takiego nie nastąpiło… I wszystkie wcześniejsze wskazówki były po prostu „ułatwieniami” narracyjnymi. Sam epilog i przejście do samochodu, „Cake?!” itd. wygląda absurdalnie, jak poprawki producenta naniesione w ostatniej sekundzie.

Niemniej: atmosfera, filmowe rzemiosłowo Langa oraz aktorstwo było cały czas w punkt. Solidny przedstawiciel swojego gatunku, który mnie zaskoczył i jestem zadowolony, że zdecydowałem się na jego poznanie. https://garretreza.pl/fritz-lang/

Ocena 5 z 5

Jeden z naszych samolotów zaginął ("One of Our Aircraft Is Missing", 1942)

24 marca

Na plakacie można zobaczyć hasło: Tym razem MY jesteśmy najeźdźcami. Nie bardzo to rozumiem. Wielka Brytania była najeźdźcą więcej razy niż ludzkość ma paluszków, a fabuła filmu opowiada o momencie, gdy to Niemcy są najeźdźcą – ekipa żołnierzy z Anglii zostaje uwięziona na terenie Holandii, gdy Niemcy się tam rządzą i teraz trzeba jakoś stamtąd uciec. Może hasło jest częścią warstwy propagandowej tej produkcji? Bo oficjalnie jest to propaganda, ale trochę inna: najważniejsza jest tu chyba część o skutkach nalotów – Holenderska kobieta z rozmarzonym wzrokiem wygląda przez okno i mówi: „Patrzcie! Niemcy się puszą i rządzą, ale gdy tylko syrena alarmowa zawyje, oni uciekają i chowają się gdzie mogą. Czy rozumiecie co my czujemy, gdy oni tak się zachowują? Taki efekt mają wasze naloty, Anglicy”. To propaganda dołączenia do wojny – a czemu była potrzebna, to już inna historia.

Większość filmu jednak opowiada o duchu walki osób zwykłych, żyjących w tle dużych wydarzeń, prezentujących różne postawy i nastawienia, przeżycia ale i konieczności. Współżycie z wrogiem, przeżycie, korzyści i straty – i tak dalej. Jak wyjść na ludzi, jak zostać ludźmi, jak zachować się jak ludzie wobec wroga czy ludzi współpracujących z wrogiem. Jak zaufać sobie nawzajem, jak otworzyć się przed kimś obcym – ale też jest wyraz ciepłego słowa wobec samych Niemców, którzy w opinii jednej z postaci również są ofiarami. I potrzebują pomocy. To jest bardzo spójne z tym, co w przyszłości będą mówić kolejne produkcje duetu Powell & Pressburger.

Trzeba jednak przyznać: to prawdopodobnie film, który lepiej istnieje w teorii niż w oglądaniu. Początek nie ma pomysłu na siebie i jest obojętny, przygody bohaterów pozbawione są napięcia, punkt kulminacyjny jest banalny, życie bohaterów nigdy nie jest faktycznie zagrożone i nawet gdy w finale jeden zostaje postrzelony, to reaguje na to jak na ból głowy. Zwija się w kącie i czeka, aż sytuacja minie. Nie ma w tym filmie wiele życia, są za to idee, wyobrażenia, chęci. Trudno powiedzieć na serio, aby było tutaj wiele faktycznej treści. https://garretreza.pl/powell-pressburger/

Ocena 4 z 5

The Leopard Man (1943)

23 marca

Film nie robi dobrego, pierwszego wrażenia, ponieważ polega w znacznym stopniu na głupocie bohaterów, aby zbudować dramaturgię. Oto tytułowe zwierzę, do tej pory udomowione chociaż wciąż dzikie, zrywa się ze smyczy i ucieka, rzucając cień grozy na całe miasteczko – szybko też pojawiają się ofiary śmiertelne. Dlaczego uciekł? A no samica – kobieta – była zazdrosna, że inna samica – kobieta – jest w centrum uwagi, więc wystraszyła zwierzę, aby to uciekło. I co z tego? Nic, żadnych konsekwencji. A jak umiera jedna z ofiar? A no samica – kobieta – odmawia wpuszczenia jej do bezpiecznego domu. Świetna sytuacja dramatyczna: my wiemy, że ona jest w niebezpieczeństwie, ale ta postać nie, więc w swojej głupocie zamiast ją wpuścić i uratować, to zaczyna gadać: „Teraz to chce wracać, a wcześniej to się szlaja”. I jeszcze drzwi nie mogą się otworzyć pomimo używania narzędzi, więc nie widzimy samego mordu, jedynie krew płynącą spod drzwi… Dramaturgicznie i wizualnie wszystko bardzo wygodne i efektywne, tylko nadal przykryte w mojej opinii głupotą bohaterów, która nie ma żadnej konsekwencji.

Głupot ogólnie to jeszcze nie jest koniec, bo cała fabuła jest naciągana – jedna osoba zaczyna podejrzewać, że mordy wcale nie są dziełem dzikiego zwierzęcia, ale człowieka, tylko sposób, w jaki do tego dochodzi, pozostawia wiele wątpliwości i utrudnia śledzenie fabuły, a co dopiero traktowanie jej poważnie. Konstrukcja filmu jednak jest… Obiecująca. Również w tym znaczeniu, że obiecuje lepsze wykorzystanie podobnych sztuczek w późniejszej kinematografii, chociażby przez „Psychozę” Hitchcocka, z którą ma naprawdę wiele punktów wspólnych.

To co się jednak naprawdę liczy, to reżyseria. Gdzieś w połowie filmu faktycznie zaczyna udawać się tworzyć jeden potężny moment za drugim, pełen atmosfery i gotyckiego horroru. Ciężko odmówić twórcom, że u nich wyjścia w nocy na ulicę: nadal używaną, samochody przejeżdżają i w ogóle, ale i tak wyjście tam jest aktem podjęcia ryzyka. Jak dźwięk uzupełnia stronę wizualną, a inscenizacja finału podczas procesji jest mistrzowska i trzeba ją zobaczyć, koniec tematu. Czy film kończy się na kolejnej głupocie? A jak, ale oglądało się to jednak zbyt dobrze i wspominać będę jeszcze lepiej, żebym dał teraz niższą ocenę. Biorę kolejny film Tourneura do oglądania… https://garretreza.pl/jacques-tourneur/

Ocena 4 z 5

Kruk ("Le corbeau", 1943)

18 marca

Małe miasteczko poza czasem i przestrzenią tak naprawdę – zbiór przeróżnych osób, niektórzy z przeszłością, których codzienność zostaje zaburzona przez anonimowe listy, których autorstwo jest przypisywane tytułowemu Krukowi. Zarzuca on chociażby doktorowi, że dokonuje aborcji, ale to będzie tylko początek jego oskarżeń, które rzucą cień na miasteczko, gdzie każdy będzie krzywym okiem patrzeć na bliskich.

Autorski punkt wyjścia jest tutaj najważniejszy. Film został zakazany, a reżyser nie mógł pracować w zawodzie kolejne lata, gdy jego film tak otwarcie atakował dobry zwyczaj szpiegowania wśród swoich. W jego obrazie nie ma Niemców ani żadnej innej władzy, są jednak destruktywne efekty podejrzeń i oskarżeń, gdzie coś zasłyszanego staje się powodem do działań. Życie w takich warunkach nie będzie możliwe dosyć szybko. Piękna idea na film, tylko teraz trzeba go jeszcze dokończyć – i tutaj film nie sprawił mi satysfakcji.

Po części dlatego, że spodziewałem się powtórki z poprzedniego filmu reżysera – fabularnie są punkty wspólne, a i buta reżysera w stosunku do Niemców była jednak bardziej cwana. Tam bohaterów i ogólnie historię lepiej pamiętam, gdy z „Kruka” ciężko mi rozróżnić bohaterów i przypomnieć sobie jakie oskarżenia wobec nich miał anonim. Zapamiętam pacjenta z nieuleczalną chorobą oraz lekarza z aborcją, ale poza tym? Dramaturgicznie niewiele jest akcentów, muzyka nie jest zainteresowana, kostiumy nawet nie pomagają odróżnić jednej postaci od drugiej. Kamera zachowuje się podobnie cały czas i pewnie większość widzów zapamięta tylko ujęcie na buty – wtedy najwyraźniej widać, czemu Clouzot będzie nazywany Hitchockiem, bo to strasznie przypomina prostackość podobnego ujęcia z „Vertigo” (kwiaty w muzeum), prawdopodobnie najgorszego ujęcia w historii kina. Niemniej: przynajmniej wtedy chociaż praca kamery jakoś się wyróżniła. Sama intryga i próby ustalenia tożsamości Kruka też przebiegają bez pomysłu.

To, co zapamiętam z filmu, jest solidne – cała finalna nuta jest naprawdę mocna – ale jestem świadomy, jaka część filmu przechodzi bez żadnego echa. Nadal warte obejrzenia. https://garretreza.pl/clouzot/

Ocena 4 z 5

Dzień, w którym narodziliśmy się na nowo ("Alive Day Memories: Home from Iraq", 2007)

21 marca | HBO

James Gandolfini produkuje dokument, w którym spotyka dziesięć osób obchodzących „Alive Day”: rocznicę dnia, w którym uniknęli śmierci. Są żołnierzami USA, którzy otarli się o zejście z tego świata podczas… Pobytu w Iraku. Piszę o tym tytule blisko 20 lat i już widać, jakie mam problemy, żeby użyć właściwych słów. To nie była formalnie wojna (ostatni raz USA wojnę wypowiedziało w 1942 roku), nie chcę też używać żadnych słów pokroju „misji”, nie mam zamiaru też nikogo antagonizować poprzez użycie słów jak „okupacja”. Chodzi mi o to: czy nadal możemy widzieć ten temat tak, jak wtedy? A konkretniej: czy nadal obejrzymy ten tytuł na baczność, dziękując tym osobom za poświęcenie na rzecz ojczyzny? Czy też zaczniemy się wewnętrznie nakręcać, że tak naprawdę ich straty zostały poniesione na rzecz walki o surowce, która zakończyła się powrotem z podkulonym ogonem, gdzie na finiszu ludzie woleli ryzykować życiem poprzez przyczepienie się do skrzydeł ostatniego odlatującego się samolotu niż tam zostać? Dlatego tak doceniam odwagę w kręceniu teraz, o teraźniejszości, gdy „wojna” trwa piąty rok i zbiera tysiące ofiar pozbawione życia lub samodzielnej egzystencji. Przyszłość przyniesie pytania o to, czy było warto, gdy przemądrzałe głowy po obejrzeniu jednego filmiku na jutubie będą już znać całą prawdę.

A jest to przytłaczający dokument. Pokazuje ciała tych ludzi – nie gdy kończyny są urwane, nie operacje, nie wchodzimy w ich prywatne życie. Oni tylko podwijają nogawki i pokazują kikuty. Pokazują nam swoją twarz pozbawioną oczu. Zdejmują protezy i pokazują się niejako nadzy, gdy są bez nich. Dostajemy zbliżenie na zagojony kikut i zobaczymy wyraźnie, jak wszystko rusza się pod spodem. Nie ma chyba nawet pięciu innych tytułów, które widziałem, robiące coś podobnego. Niekiedy nawet zobaczymy nagranie ze zdarzenia, będącego przyczyną tej straty – ale twórcy nie twierdzą, że tak jest, więc to prawdopodobnie tylko nagrania podobnych wydarzeń: ciężarówek najeżdżających na minę, bezpośredniego trafienia itd. Wciąż robią to porażające wrażenie. Historie tych ludzi? Są pozytywne. Nikt z tych ludzi nie poddał się. Nikt nie został opuszczony. Każdy cieszy się, że żyje nadal. Że może zatańczyć, chociaż do Van Morrisona w wersji country. Że mogło być gorzej… I to tylko godzina czasu, więc na osobę przypada kilka minut. Nie wchodzimy głęboko: kim są i kim byli, szczegóły są poza tym wszystkim. To co im się stało, to wszystko. Zobaczymy ich w przeszłości, gdy byli samodzielni. Czujemy co mamy czuć, gdy chłop ledwo mogący się poruszać, wtedy tańczył jak głupek, pełen radości. Gandolfini jest ledwo obecny, nie ma tu obecnej jego aury lub prezencji. Jeśli nie przyglądamy się ekranowi za bardzo i zignorujemy informacje o jego obecności, możemy tylko podejrzewać, kto tam z nimi rozmawia.

Oczywiście, że cały dokument jest wypełniony wdzięcznością w imieniu ojczyzny – w tym znaczeniu: a jaka inna może być reakcja? Stajemy wobec tych ludzi oko w oko, co innego nam pozostaje niż wyciągnąć chociaż rękę w ich stronę, jeśli tylko mogą ją zobaczyć i uścisnąć? Inna sprawa, że nikt nie żałuje, nie wątpi, nie patrzy wstecz i ma wątpliwości. Wręcz mówią, że zrobiliby to jeszcze raz. Czy jest to propaganda? Nie: nie mówi nic o wojnie ani nie wmawia, że jej cel jest słuszny. Nie podważa jednak sensu poświęcenia tych ludzi, ale tutaj są inne przyczyny. Nikt też nie kwestionuje, w jaki sposób tak naprawdę utrata nóg na zadupiu jakiejś pustyni jest działaniem na rzecz USA. Jakiś na pewno, więc to wystarczy. Przez to seans ten, chociaż porusza, to zostawia też wątpliwości odnośnie szczerości twórców. Czy też producentów. Mało jednak który tytuł tak dobitnie pokazuje ofiary wojny: te, które przeżyły. To w końcu jeden z pierwszych konfliktów w historii, gdy ludzie tak ranni wracają do domu i żyją dalej.
https://garretreza.pl/jon-alpert/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic