BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

Maybourne, you are an idiot every day of the week. Why couldn’t you have just taken one day off?
Stargate SG-1, 3×14

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 5 z 5

Późna wiosna ("Late Spring / Banshun", 1949)

27 października | Flixclassic | powtórka

Ozu kręci historię młodej, dorosłej osoby imieniem Noriko, która opiekuje się swoim rozwiedzionym ojcem myślącym nad ponownym ożenkiem, co ją oburza. Czy jednak na pewno? Dużo w tym obrazie subtelności oraz ukrywania samego siebie przed innymi, aby nikt nie poznał prawdy. Z różnych powodów. Szeroki, sztuczny uśmiech Setsuko Hary został wyhartowany podczas noszenia ziemniaków pół dnia na własnych plecach i powtarzania, że nie potrzebuje pomocy, wszystko jest dobrze. Bo wie, że nikt inny nie da sobie z tym rady, więc udaje przed całym światem, że nie jest jej ciężko. I ponownie: czy tak jest? A może tylko ona w to aż tak silnie wierzy? Relacje międzyludzkie są trudne i Ozu kolejny raz (czy też jeden z pierwszych) to pokazuje na ekranie.

To portret wielu rzeczy, ale w sumie nie wszystkich jestem pewny. Czy to jest portret człowieka znajdującego szczęście w uszczęśliwianiu innej osoby? Czy to portret małżeństwa jako instytucji, gdzie młoda kobieta wymienia opiekę nad rodzicem na opiekę nad inną osobę w tym samym wieku? Na pewno jest to portret starszego pokolenia (może nawet wyłącznie męskiego), które nie potrafi gotować czy wykonywać innych podstawowych czynności, polega wyłącznie na swoich dzieciach (albo żeńskiej stronie swojej rodziny). To jest tak bezwstydnie i bezrefleksyjnie przyznane wprost na ekranie, że aż szokuje. Portret ludzi całkowicie oddanych – przynajmniej tak im się wydaje – drugiej osobie, że muszą zmuszać tych, na którym im zależy, żeby zrobili coś dla siebie. I finalnie nie robią tego dla siebie, tylko dla innych. Portret nieszczęścia będzie kontynuowany.

Ozu wydaje się takim reżyserem, na którego filmy Kubrick nosiłby gazetę do kina i czytał, gdy lecą dialogi – chodzi o to, że wizualnie nie ma tutaj wiele (poza stylem). Wydaje się jednak, że autor celowo wybrał ten kierunek – aby móc podkreślić te pojedyncze momenty całkowicie wizualne (i symboliczny). Czy to chodzi o wazę albo kończenie filmu na obieraniu jabłka, które jest tak głośne, a pojedyncza skórka coraz dłuższa. Ogólnie ten film jednak zostaje w oczach – ta zaduma w oczach bohaterów, czy przejście na drugą stronę ulicy…

Najwyraźniej istniała wtedy cenzura amerykańska, gdy USA okupowało przegraną po 2 wojnie Japonię i musieli wyrazić zgodę na puszczenie scenariuszy do produkcji. Film Ozu zawierał aranżowane małżeństwo, więc to było sprzeczne z indywidualnymi wartościami Ameryki, przez co film mógłby się nie wydarzyć. Pierwotnie tak właśnie fabuła przebiegała – osoby trzecie organizowały zamążpójście Noriko. Usunięto też odniesienia do skutków Japonii w byciu zdewastowaną przez bombardowanie w wykonaniu Stanów Zjednoczonych – przez to Tokio jest określone nie jako ruina, ale… „dusty”. Obecność Ameryki w Japonii podkreślano w taki sposób, jak ujęcie na ostrzeżenie w języku angielskim o granicach udźwigu mostu (wiadomość, którą można wytłumaczyć tylko obecnością wojska anglojęzycznego w pobliżu, które używa mostu do transportu ciężkich maszyn). https://garretreza.pl/yasujiro-ozu/

Ocena 3 z 5

Detroit (2017)

28 października | Amazon Prime

To jest tak naprawdę dramatyzowana wersja prawdziwych wydarzeń z odwróceniem terroryzmu – w tym sensie, że terrorystami są tutaj ci, którzy teoretycznie powinni pilnować porządku. Widz utożsamia się tutaj z osobami, które są więzione przez policję, gwardię narodową i jeszcze inne mundury. Mundury, które są gotowe posunąć się do wszystkiego, aby… Cóż, tutaj film traci grunt pod nogami. A raczej stracił go już na samym początku.

Nie czułem, że oglądam ten film od początku. Film trwający blisko dwie i pół godziny zaczyna się bez wprowadzenia w zamieszki w Detroit w 1967 roku. Jakiś najazd na klub nocny i w następnej scenie grupy ciemnoskórych obywateli odkradają sklepy, domagają się, krzyczą, masy ludzkie ścierają się na ulicy z policjantami, strażakami, wojskiem… Coś mnie ominęło? Czy ten film został zrobiony przez rasistów, których mentalność wyhodowana została na memach z serii: „Gdy osoby czarnoskóre są nękane przez policję, moim honorem jest okraść sklepy”? Bo tak to wygląda, chociaż oczywiście film jest z drugiej strony tej rozmowy. Wzywa do pokazania niesprawiedliwości, która miała miejsce dekady temu, tylko ten brak wprowadzenia wskazuje na to, że jest kierowana do osób, które już znają temat. Po co więc ten film?

I nagle w połowie to staje się historią tej sytuacji terrorystycznej z zakładnikami. I to przestaje wyglądać, jak film kinowy. Gdy Will Poulter krzyczy i domaga się znalezienia pistoletu, to wygląda jak parodia tego odcinka „Community”, gdzie szukali długopisu. Odcinka będącego parodią takich minimalistycznych produkcji, gdzie nie ma pomysłu na fabułę, a zrobić coś trzeba. Tylko że to jest adaptacja prawdziwych wydarzeń.

Zrealizowane to w sumie nie jest najgorzej. Obrazy mają w sobie życie, aktorzy dają rad – kolejne wyraźne nazwiska wyskakują jak króliki z kapelusza – i ogólnie film nie ciągnie się zbytnio. Ciężko go traktować na poważnie i ma on jasno określoną misję, więc miejsca na dialog tutaj nie ma. Mogło to wszystko być uchwycone o wiele cięższą ręką, ale za coś takiego chwalić nie będę. https://garretreza.pl/kathryn-bigelow/

Ocena 5 z 5

Kobiety ("The Women", 1939)

26 października | Flixclassic

Oglądając ten film zdałem sobie sprawę, że to trochę jak inny film tego reżysera – My Fair Lady: trzygodzinny musical, z którego można by wyciąć połowę piosenek, bo w pewnym momencie nie mieli już o czym śpiewać, ale śpiewali dalej. Zamysł był jednak taki, że właśnie na tym polega atrakcja obrazu, który robią: taniec, widowisko, bez końca. „Kobiety” jest bardzo podobne – ma świetne dialogi, doskonałą obsadę i liczne momenty dla widowni, więc daje tego i daje i daje i daje. W końcu sama główna obsada to jakieś osiem nazwisk, dla każdej trzeba dać przestrzeń, fani każdej z nich muszą dostać coś dla siebie. Gdzieś w połowie nawet włączają kolor, aby przedstawić pokaz mody czy coś. Bardziej musicalowo bez śpiewania się nie dało. I tym właśnie film jest: zbiorem atrakcji. Fabuła tyczy się tego, że jedna samica* dowiaduje się, że mąż ją zdradza czy coś, więc planują… jakąś… akcję… w związku z tym. Chyba, nie wiem, jakoś nie mogłem się w to wkręcić. Jest tutaj trochę przemyśleń o kobietach, mężczyznach, związkach i takich tam, co po prostu chyba trzeba puszczać mimo ucha. To komedia z innej epoki, nawet jeśli – pozornie? – dla kobiet. Od kobiet.

Nancy Blake: [to Countess DeLave] Chin up.
Miriam Aarons: Right, both of them.

Mary Haines: Mother! Stephen isn’t old!
Mrs. Moorehead: Of course not, but we women are so much more sensible. When we tire of ourselves, we change the way we do our hair, or hire a new cook, or… or decorate the house. I suppose a man could do over his office, but he never thinks of anything so simple. No, dear, a man has only one escape from his old self: to see a different self in the mirror of some woman’s eyes.

Obsada jest wyłącznie żeńska (i można obejrzeć chyba cały film nie zauważając, że na to się uparli – dopiero ostatnie ujęcie tak naprawdę świadczy o tych ograniczeniach): Norma Shearer, Joan Crawford, Paulette Goddard, Joan Fontaine i masa innych, których już nie znam z imienia i nazwiska (chociaż widziałem po jednym innym filmie z nimi, czasami więcej). Można mieć żal na myśl, że nie poszli na całość i nie zatrudnili wszystkich gwiazd Hollywood w rolach pobocznych. Może nie mogli dać takiej roli Myrnie Loy czy Kasi Hepburn? Może woleli dać miejsce komuś, kto na razie musiał być „uncredited”, ale za parę lat już miałby karierę? Może właśnie dzięki temu, że tutaj pojawił się na ekranie i zdążył zrobić karierę? Osobiście brakuje mi tak naprawdę na ekranie tylko Lucille Ball, która w tamtym okresie już była wymieniana w napisach końcowych – a w scenie z gimnastyką byłem pewien, że to ona jest na ekranie.

Miriam Aarons: A woman’s compromised the day she’s born.

Cukor robi swoje z werwą – adaptuje sztukę teatralną i już w pierwszej sekwencji biegnie z kamerą przez cały zakład kosmetyczny, z jednego pokoju do drugiego. Nikt nie pomyśli, że to teatr – nawet jeśli z grubsza oglądamy cały czas podobne scenerie: kosmetyczka, joga, herbatka, kąpiel, fryzjer. I plotki za plotkami, Jezu Chryste. Chyba tak naprawdę zapamiętam jedynie scenę, w której Norma Shearer tłumaczy dziecku, że rozwój nie oznacza koniec miłości do wspólnego potomka. Dobrze się bawiłem, ale te dwie godziny trwały o wiele dłużej. https://garretreza.pl/george-cukor/

*Nancy Blake: You just can’t bear Mary’s happiness, can you, Sylvia? It gets you down.
Sylvia Fowler: How ridiculous! Why should it?
Nancy Blake: Because she’s contented. Contented to be what she is.
Sylvia Fowler: Which is what?
Nancy Blake: A woman.
Sylvia Fowler: Ah! And what are we?
Nancy Blake: Females.
Sylvia Fowler: Really. And what are you, pet?
Nancy Blake: What nature abhors: I’m an old maid, a frozen asset.

Ocena 5 z 5

Sztuka życia ("Design for Living", 1933)

20 października | Flixclassic

Filmy Lubitscha mają to do siebie, że trudno o nich pisać w sposób, do którego jestem przyzwyczajony. O ich treści czy zawartości, ponieważ nie ma tutaj treści – w tym znaczeniu, że to jest film: i tutaj o czym on jest. Jest komedią i to jest jego cel. Jak to osiąga? Nie da się tego opisać – trzeba to po prostu zobaczyć. Wręcz żal to opisywać, gdy można tego doświadczyć w ruchu i być zaskoczonym, jak proste sceny nabierają oryginalności i obfitują w malutkie niespodzianki. I tym samym są po prostu mile spędzonym czasem – nie trzeba do tego niczego analizować, po prostu bawić się z dialogów i fabuły.

A gdy już chce się coś napisać od siebie, wtedy naturalnie człowiek zaczyna rozbijać film na warstwy. Najważniejszą jest tutaj seksualność – opowiada w końcu o trójkącie… Miłosnym? To za duże słowo – atrakcyjni ludzie lecą na siebie nawzajem, tylko na przeszkodzie stoi im fakt, że mają konkurencję, a wybór będzie końcem pewnej… przygody? Ona inspiruje dwóch mężczyzn i w rozbrajająco seksistowski sposób oświadcza, że ona sama dla siebie się nie liczy, tylko jej wpływ na ich sztukę. Bo sztuka jest najważniejsza. Jeden maluje, drugi pisze.

I to jest w sumie mój jedyny problem z tym filmem: ona zamierza jedynie krytykować ich dzieła, aby byli coraz lepsi i lepsi, ale tego tak naprawdę nie robi. Używa jedynie przykrych słów w kółko i w kółko, aż ich sztuka magicznie będzie lepsza. Tutaj było miejsce dla głębi tego obrazu, jaką w pewnym sensie miała choćby „Muza”. Kreacja jako proces i ciężka praca tam została uchwycona, tutaj… Cóż. Robimy, aby samica wybrała mnie.

Wracając do seksualności – jak to zostało rozwiązane po tych wszystkich perturbacjach i perypetiach? Otóż: w ogóle. Podają sobie ręce i oświadczają, że wymagane jest porozumienie. Mówcie, co chcecie – ale ja wtedy słyszę zgodę na trójkąt. Na poligamię. Na rzeczy, których nie dało rady wtedy powiedzieć na głos, a jednak finał można odczytać w ten właśnie sposób: zgodzili się wcześniej na brak seksu (powiedzieli to wszyscy na głos, wielokrotnie!) i teraz zgadzają się na kolejną umowę. Czego innego ona może dotyczyć?

Reszta warstw ma związek z ową seksualnością – relacje międzyludzkie, międzypłciowe, międzyklasowe. Może nawet jednak film coś mówi o sztuce? Film niekoniecznie tego potrzebuje, ponieważ zachwyca zawsze w danej chwili: w danej scenie, wymianie dialogowej, subtelności i mrugnięciu okiem. I zaraz jest kolejny, i kolejny. Po prostu włączcie film i dajcie się zaskoczyć. Od pierwszej sceny i prezentacji bohaterów – gwarantuję wam, że nigdy czegoś takiego nie widzieliście. https://garretreza.pl/ernst-lubitsch/

Ocena 3 z 5

39 kroków ("The 39 Steps", 1935)

20 października | Flixclassic | powtórka

Człowiek oskarżony o coś, czego nie zrobił, musi uciekać. I ciężko mi jakoś opisać, co będzie dalej – w tym znaczeniu, czy te wydarzenia będą mieć wpływ na właściwą fabułę. Znajdzie samicę, która nie będzie mu wierzyć, ale mu uwierzy i będą razem na koniec, tylko sama intryga kryminalna jakoś nie zapada w pamięci. Jej rozwiązanie również.

Sprawne zrealizowany obraz, tylko po openingiem czy sceną w samochodzie (że niby na jednym ujęciu) wrażenie zrobiło na mnie ujęcie zamykające. Też chyba na jednym ujęciu, z tą całą przemową , oddaleniem kamery i złapaniem się za ręce. Kino mające więc chociaż momenty. https://garretreza.pl/alfred-hitchcock/

Ocena 4 z 5

Ulica ("Street Scene", 1931)

19 października | Flixclassic

Kamienica w upalnym okresie pełna plotek i sąsiadów wsadzających nos w nie swoje sprawy. Chociażby żonatego chłopa, który lubi zagadać do mężatek chłopki – ale nie tylko. Będą się wymieniać innymi dialogami, chociażby o potrzebie rewolucji społecznej.

Czuć rodowód teatralny – Elmer Rice napisała scenariusz na podstawie własnej sztuki i King Vidor nie przepisuje tutaj niczego. Wszyscy siedzą na schodach i wychylają się przez okno, żeby pogadać z kimś, kto też wygląda na zewnątrz piętro niżej. Albo stoi na chodniku. Użyto jednak prawdziwej ulicy, przed nią jadą prawdziwe samochody, miasto jest jednym z bohaterów – bierze udział w klamrze narracyjnej, pokazującej miejskie życie wokół postaci ludzkich. Dramaturgia nie została wymyślona na nowo – nadal polega na perspektywie z ulicy i niemożności wejścia do wnętrza – została za to rozbudowana o język filmowy. Ta sekwencja montażowa przed punktem kulminacyjnym filmu jest małym dziełem sztuki i robi ogromne wrażenie. Reżyseria z całą pewnością na medal.

Nie umiem opisać, czy głębia została spłycona względem sztuki czy ona zawsze taka była. Każdy powie swoje, ale nie przekazuje konkretnego komentarza o czymkolwiek – to jedynie objawy napięcia wśród ludzi. A historia opowiada o eskalacji tego napięcia i paranoi, gdy każdy mówi, mówi i nie ma to żadnego końca, popychając innych ludzi do działania, którego mogą żałować, gdy już ochłoną. Na to mamy wpływ i na tym twórcy się koncentrują. https://garretreza.pl/king-vidor/

Ocena 4 z 5

Isle of the Dead (1945)

18 października

Przedziwna mieszanka: Grecja, wojny bałkańskie, podgatunek wampirów pochodzący z literatury rosyjskiej… I do tego Boris Karloff. Przekłada się to na film, który głównie „buduje napięcie”, tudzież czeka na trzeci akt.

Oto oglądamy surowego generała, który po zwycięskiej bitwie postanawia odwiedzić grób żony, który akurat jest niedaleko i nie był tam od dawna. Przepływa łódką razem z dziennikarzem wojennym po zmroku na tytułową wyspę, gdzie znajduje grób zbezczeszczonym. Mało tego: słyszy głos kobiety. Idąc typ tropem trafiają na dom wypełniony ludźmi z różnych powodów – jeden jest na przykład archeologiem i bierze na siebie winę za rozkopane groby, ponieważ miał przyciągnąć ludzi wierzących o ukrytych tam skarbach. Spędzają tam noc, ale zostaną na dłużej – nikt nie może opuścić wyspy z powodu zarazy. Surowy generał pomaga wprowadzić kwarantannę siłą, ale nie zyskuje w ten sposób przyjaciół.

Fundament jest więc bogaty i naciągany, nie wspominając za bardzo o tym, że nic na ekranie nie daje znać o Grecji jako miejscu akcji – prowadząc do sprzeczania się, kłótni, napięć, nieufności. Boris Karloff jest bardzo ludzki w swojej bezwzględności: możemy uwierzyć, że robi to wszystko będąc głęboko przekonany o słuszności izolacji. Oraz, że umie rozkazy wprowadzać jedynie siłą oraz strachem. Przysłania jednak resztę postaci, które w ogóle się nie wyróżniają – a sprawdzania, czy ktoś żyje, poprzez przykładanie piórka i lusterka jest cokolwiek… Archaiczne.

Finał dotrzymuje słowa, budując atmosferę i rozwój wydarzeń w zaskakujący sposób. Sposób, który niejako przerósł twórców, którzy nie podołali w wydobyciu należytej głębi z tych wszystkich niejasności, domysłów, zagubienia i paniki. Są tutaj momenty, gdy jako widz wstrzymywałem oddech i jestem pewien, że w pełnej sali kinowej zapadałaby grobowa cisza. Film kończy na wysokiej nucie i po seansie sprawdzam, czy może lata później nie powstał remake w rękach kogoś bardziej ambitnego.

PS. W czasach Covid-19 ten seans inaczej byłby odebrany. Ktoś go wtedy oglądał? https://garretreza.pl/horrory-lat-1940s/

weir 2003 Pan i władca: Na krańcu świata ("Master and Commander
Ocena 5 z 5

Pan i władca: Na krańcu świata ("Master and Commander: The Far Side of the World", 2003)

18 października | HBO | powtórka

Najpierw była książka w 1969, która dała początek całej serii książek przygodowych osadzonych w realiach wojen Napoleońskich (takie ciastka). Jej autor pisał do 1999 roku, kiedy wypuścił część dwudziestą, rok później zmarł. Kilka kolejnych lat minęło i zrobili filmową wersję inspirowaną serią książek, bez polegania na fabule jednej konkretnie. I na tym się skończyło. Jakby dzisiaj Nolan zrobił ten sam film, to odniósłby większy sukces – chociaż porównując sceny ze statkami u Weira i w „Odysei”, Nolan nie dałby rady zrobić „Pana i władcy” chociaż na zbliżonym poziomie. „Pan i władca” jest widowiskiem, które nie zastępuje spektaklu formatem obrazu i innym tematami technicznymi. Tu jest na co patrzeć i nadal jest nakręcone naprawdę: statki, mgła, woda, kostiumy. I aktorzy na tych statkach. Po prostu pomieszano ujęcia na faktycznym morzu z tymi zrealizowanymi w sztucznym basenie.

Jest to prostsza produkcja, niemal proof of concept – film akcji złożony z jednego pościgu, trwający cały seans, w sumie jedna lokacja (statek) i pomimo masy twarzy na ekranie liczą się tylko dwie z nich: kapitan i doktor, służący za podstawy dylematów moralnych. Jak daleko powinna władza sięgać? Czy powinno się ją podważać? Czy należy zawsze podążać za kapitanem? Nie są to kwestie rozwiązane ani też film nie ma o nich nic oryginalnego do powiedzenia – ale łatwo założyć, że mogli planować poświęcić temu więcej czasu w kolejnych częściach. Udowodniono też, że umieją w przekonywujący sposób umieścić akcję filmu 200 lat wstecz: kostiumy, język, praca na statku, podziały wśród ludności. I przede wszystkim: oddanie prawdy o tym, ile trzeba oddać, żeby służyć w takim miejscu. Bohaterowie może i są nieśmiertelni, wyjdą żywi z każdych opresji, ale jednak statek wokół nich, oraz członki i tkanki ich załogi, latają na ekranie w dosadny sposób. Twórcy nie tracą czasu i w pierwszych minutach przedstawiają dziecko tracące kończynę – ale nie tracące ducha walki.

Z jednej strony dostajemy przygodę, z drugiej straszne statki wyłaniające się z mgły, potężne armaty rąbiące statki w pył – jak to wszystko jeszcze pływa, ile wymaga wyrzeczeń! John McTiernan był pierwszym wyborem na reżysera i pewnie on zrealizowałby sceny akcji czytelniej – Peter Weir (może i nieświadomie) idzie w chaos. Rzeczy się dzieją na ekranie i ciężko cokolwiek z tego opisać. Strzelanie, krzyczenie, machanie, umieranie… Aż się skończy. Ciężko na to patrzeć, ale można argumentować, że to jest bardziej realistyczne – tak właśnie miałyby wyglądać abordaże, dwie masy ludzkie wpadające na siebie nawzajem. Dźwięk, efekty specjalne – wszystko na złoto. To się naprawdę udało zrealizować. https://garretreza.pl/peter-weir/

Ocena 4 z 5

Frankenstein spotyka Człowieka Wilka ("Frankenstein Meets the Wolf Man", 1943)

12 października

Kontynuacja Wilkołaka jak i Ducha Frankensteina. I jako człowiek, który oglądał tylko jedno z nich i nic z niego nie pamięta, mogę napisać: bardzo fajna kontynuacja, która jest tak naprawdę samodzielna. Zaczynamy od świętokradzctwa na grobie Lawrence Talbota – niedługo później w innym mieście znajdą rannego człowieka, który przedstawia się właśnie jako Lawrence Talbot. Ma problemy z pamięcią i nie potrafi odpowiedzieć na wiele pytań – władze i lekarze biorą go za zagubionego człowieka, ale nikt nie spodziewa się prawdy: że jest wilkołakiem, jest przeklęty i teraz ucieka, aby umrzeć.

Ponoć jako kontynuacja są tutaj dziury logiczne i inne takie, ale jako samodzielny obraz? Zadziałał na mnie. Miałem reakcję emocjonalną na sytuację tego człowieka, rozumiałem go i byłem zaangażowany w to, co się dzieje. To horror, fantasy czy część serii przy okazji – na pierwszym miejscu są oczy człowieka i jego osobista historia w tym wszystkim. Reżyseria jest na wyższym poziomie niż powinna – jak na film trwający ledwo ponad godzinę potrafi on wykorzystać każdą sekundę, aby zbudować atmosferę i napięcie. Ogólnie realizacja filmu robi wrażenie – finałowa lokalizacja w ogóle nie daje o sobie znać, że jest miniaturą aż do samego końca, gdy zostaje zalana. Implementacja postaci Frankensteina również tak po prostu ma sens w obrębie fabuły – to zrozumienie! Oni zgodnie z tytułem się spotykają, to nie jest żaden pojedynek czy coś w tym stylu. Dwoje potworów, którzy nie chcą być potworami. Potwora Franka gra Bela Lugosi i ponoć jego sekwencje zostały w dużym stopniu wycięte – zostawiono tylko te, w których nie mówi, bo wokal aktora nie przeszedł testów z próbną widownią. Po samym filmie nie domyśliłbym się tego za bardzo.

Minus obrazu polega na tym, że gdzieś w połowie skręca w schemat i powtórkę z rozrywki. Nowy chłop chce być Frankensteinem i to w ogóle mi nie pasowało do jego postaci, po prostu dramaturgia tego wymagała, więc film świetnie się zaczyna i kończy byle jak, chociaż w imponującym stylu.

PS. Film zasługuje na co najmniej trzy Oscary – efekty specjalne, kostiumy i charakteryzację. Przegrał z „Zanurzeniem alarmowym” (coś o łodzi podwodnej) w pierwszej kategorii, pozostałe dwa nie istniały w tamtym czasie. A mamy tutaj pełną przemianę w wilkołaka na „jednym” ujęciu, gdzie cały czas widać oczy protagonisty. Z powodu takich scen wymyśla się nagrody, nie w drugą stronę. https://garretreza.pl/horrory-lat-1940s/

She Wore a Yellow Ribbon ford 1949
Ocena 4 z 5

Nosiła żółtą wstążkę ("She Wore a Yellow Ribbon", 1949)

7 października | powtórka

Jest pewna szansa, że nawet jeśli będę z tego filmu coś pamiętać – to może mi się to mylić z innymi filmami Forda. Większość czasu miałem wrażenie, że oglądam bliźniaczkę Long Gray Line, szczególnie w sentymentalnej warstwie fabuły – obie produkcje mają w sobie pierwiastek patrzenia wstecz na własne życie. W Nosiła… oglądamy ostatnie dni czynnej służby człowieka, który weźmie na siebie ciężar zrobienia wszystkiego, byle tylko zapobiec wojnie. Tylko jak film do tego prowadzi i jak istotna tutaj jest owa żółta wstążka – tego już nie opiszę. Tytuł wzięli z popularnej piosenki i żółta wstążka faktycznie w filmie jest – jako symbol nadziei na szczęśliwy powrót żołnierza z misji. Noszą to w ciągu filmu i noszą podczas zakończenia.

To z całą pewnością przepiękny wizualnie film, abstrahując od wszelkich walorów filmowych – te barwy, plenery, jakość wszystkiego. I tak, to nadal jest doskonale wyreżyserowane. Nie poznałem Johna Wayne’a w roli głównej – czy raczej nie mogłem uwierzyć, że za tą charakteryzacją jest on właśnie. Ford miał nie wierzyć w tego aktora i był zaskoczony, jak bardzo się on rozwinął w swoim zawodzie. Nawet po zdjęciach dał mu w prezencie ciasto z napisem: „Teraz jesteś aktorem”. Sam Wayne dostał nawet w tym roku nominację do Oscara. Za inny film.

Jest tutaj też zabawna w swoim ustawieniu scena walki w barze. Oraz scena komunikacji z Indianami, która jest rasistowska, ale ogólnie pasuje do filmu – nie jest oni choć trochę realistyczny, to jest fantazja na temat życia w wojsku, spełnienia się, bycia docenionym, osiągania tam czegoś ważnego, ratowania życia, bycia pamiętanym. Tyle w tym prawdy co w tym napierdalaniu się w barze dla śmiechu. Albo obrazie Indian. Niby jest to umieszczone w kontekście historycznym – chociaż oparte o fikcyjne opowiadanie, to wymienione są postaci historyczne – więc trzeba to oglądać mając na uwadze, żeby za dużo z tego nie wyciągać. Liczą się detale: Chief John Big Tree grający Pony That Walks pojawił się wielokrotnie na ekranie, ale nie był uwzględniany w napisach końcowych, a jego postać nie miała imienia najczęściej. Tutaj mamy jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły. Takie szczegóły mają znaczenie. A przynajmniej chcę tak myśleć.

Fajny western. Niby nie jest lekturą obowiązkową, ale to udany seans. Chociaż nie zapadający w pamięci. https://garretreza.pl/john-ford/

Ocena 5 z 5

Latarnie / Lanterns - sezon I (2026)

6 października | HBO

Nie czytałem żadnego komiksu z Zieloną latarnią. Wiem tylko tyle, że mają pierścień i on może tworzyć różne rzeczy w zielonym kolorze. Serial pod wieloma względami został napisany z myślą właśnie o odbiorcy, który jest otwarty na różne dziwności komiksowe, rozumie medium oraz styl treści superbohaterskich, ale samo uniwersum Latarni jest mu jeszcze nieznane. Chociaż rozgrywa się w tym samym świecie, co Batman czy Superman – obaj będą mieć w tym serialu pewne… miejsce. Przez co rozumiem, że jedna postać urodziła się w Gotham, a druga pojawiła się na ekranie w ostatnim kinowym obrazie z Człowiekiem ze stali. I powiem tyle: chcę teraz przeczytać coś z uniwersum Zielonej latarni. Jakieś sugestie?

Mam tylko nadzieję, że moje uczucie do tej postaci nie wynika tylko z faktu, że wzięli się za niego twórcy, których uwielbiam. Tom King (autor Mister Miracle, Rorschach, Vision – rewelacyjne komiksy!), Damon Lindelof (Lost, Leftovers, Mr. Davis – mój idol) i Chris Mundy (pierwszy tytuł, przy którym jest jako twórca – ale wcześniej pisał odcinki do True Detevtive, Ozark czy Bloodline) stworzyli własną historię w uniwersum Zielonej latarni: obrońcy planety na poziomie galaktycznym, przed wszelkim zagrożeniem dochodzącym z zewnątrz. Jak asteroidy albo obcy. Istnieje zarząd, przed którym odpowiada, a teraz ma misję: musi wyszkolić swojego następcę. Trening przebiega w chaotyczny i niefeektowny sposób, ale wiedzie do małej miejscowości w Nebrasce oraz zgłębiania jej tajemnic.

Tom King opowiada rewelacyjne historie, które trzymają w napięciu i zawierają masę treści ukrytej na pierwszy rzut oka. Lindelof z kolei umie opowiadać w zaskakujący sposób, umie pisać dialogi, umie wypełniać treścią proste historie. I w końcu Chris Mundy, który musiał odpowiadać za fakt, że efekt pracy tych trojga wygląda nie jak kino superbohaterskie, ale właśnie rewelacyjny kryminał o rozwiązaniu zagadki morderstwa. Hal Jordan jest obecną Zieloną latarnią, ale nie nosi kostiumu, bo jest niewygodny. Nie używa cały czas swoich mocy, bo nie ma takiej potrzeby – zresztą prawdziwym protagonistą jest tutaj jego podopieczny, John Stewart: przyszła Zielona latarnia, szkolona do tego całe życie. On nie umie latać, nie ma pierścienia, więc musi sobie radzić tak, jak umie, wykorzystując między innymi wojskowe szkolenie. Nie ma sensu mówić, że jest to bardziej przyziemna czy realistyczna wersja obrazu superbohaterskiego, ponieważ dostaniemy wielkie sekwencje akcji i pierścień będzie używany, jednak cały ten tytuł nie jest tylko tym. Ma po prostu o wiele więcej do zaoferowania.

Intryga była idealna w oglądaniu z tygodnia na tydzień. Bohaterowie byli wspaniali – żadnego nie można określić nawet jednym zdaniem, zarówno John Stewart jako i Hal Jordan są bogatymi, intrygującymi postaciami, które chce się oglądać. A zagrani są jeszcze lepiej. Kyle Chandler na tym etapie zasłużył na jakiegoś Oscara za całokształt twórczości – kino może zna go tylko z King Konga, Super 8 czy Menchester by the Sea, ale telewizja kocha go dzięki Early Edition, Friday Night Lights, Bloodline i teraz Lanterns – nieprzewidywalny, arogancki, zmęczony, zawstydzony własnym życiem, inteligentny człowiek zagrany z takim urokiem i zrozumieniem, że zawsze będę żałować, że Lanterns nie jest serialem na 24-typowo-case’owe odcinki w sezonie, jak robią różne rzeczy i mają między sobą tę wspaniałą relację. Niestety, mamy rok 2026 i teraz tworzą jedynie miniseriale na osiem czysto fabularnych odcinków. Tutaj przynajmniej będzie ciąg dalszy.

Wyjątkowe jest tylko to, że pod spodem niekoniecznie jest tak dużo. To wspaniali scenarzyści, którzy spróbowali stworzyć kryminał z rozwiązaniem zagadki i znalezieniem mordercy, w którym niektóre postaci mają supermoce. Albo coś w tym stylu. Wokół będą wspomniane różne motywy, ale nie będą one za bardzo poruszone czy rozbudowane. Pełnią rolę tła w historii o ludziach, ich doświadczeniach życiowych oraz spojrzeniu na samych siebie, kim się stali po tych wszystkich latach. Te wrażenia są niestety zbiorem pozytywnych, ciepłych słów oraz opisem elementów fabularnych, jednak ich celem jest właśnie zachęcić do oglądania i odkrycia wszystkiego samodzielnie. Tę podróż z całą pewnością trzeba odbyć.

PS. Sprawdziłem na YouTubie, czy może są jakieś fajne filmiki o tym serialu… A no, są. Tetryliard eastereggów, explain finale, zwiastuny, fragmenty scen oraz takie zatytułowane jakoś w stylu: TOTALNE GÓWNO z DUŻYMI LITERAMI na miniaturce. To jest chyba ten moment, że kończę ze zaznajamianiem się z opiniami innych ludzi. Cały świat osiągnął ten punkt dekadę temu, teraz sam czuję zmęczenie na myśl, że miałbym włączyć taki filmik. Włączyłem – odnosi się do jednej, malutkiej rzeczy, która nadal może doczekać się rozwinięcia w drugim sezonie, a oni mają problem, że działania postaci nie miały żadnych konsekwencji. Ta. Wyłączyłem. Dialog umarł. Oglądamy kino w ciszy i samotności. Mi się podobało i na tym się wszelka interakcja z innymi kinomanami kończy. Jeszcze zanim się zaczęła. https://garretreza.pl/pozostawieni/

Ocena 4 z 5

The Uninvited

5 października

Solidny i unikalny horror. Na tyle, na ile dzisiaj współczesna widownia może obejrzeć film zaczynający się od sceny, gdzie ludzie natrafiają na pusty dom i myślą: „Ty, fajny jest, kupmy go sobie”. Reżyser daje nam czas poczuć wysokość urwiska, wiatr, widok morza z okna. Sam dom zwraca uwagę, pomimo pustki bez wyrazu – wygląda jak zwykły, pusty dom, do którego nikt się nigdy nie wprowadził. Nie jest smutny, ponury lub straszny. To nie jest historia idiotów ignorujących oczywiste sygnały, żeby tutaj się nie wprowadzać. A to dobry sygnał o tym, jak będzie reszta historii wyglądać.

Widzicie: to nie jest typowy horror. Nadal mówimy o duchach, nawiedzonym domu i zgłębianiu historii tego, co naprawdę się wydarzyło w przeszłości – dostarczając satysfakcji widowni w tym polu! – jednak podejście protagonistów oraz samo istnienie zjawisk paranormalnych ma inny wymiar. Szybko orientują się, że mają duchy i stawiają temu czoła w praktyczny sposób, jako problem do rozwiązania. Problem wielowymiarowy, mający znaczenie dla żywych jak i martwych. Spróbowano też przedstawić zjawy na ekranie, ale technologia jeszcze na to nie pozwalała, więc efekt… Cóż, widz zrozumie i ruszy dalej. Tym bardziej, że większość czasu film idzie w stronę niepewności: czy naprawdę mówimy o tym, o czym mówimy? Może to tylko siedzi w naszych głowach i jest objawem czegoś innego?

Twórcy nie straszą czymś jednoznacznym, życie bohaterów nie jest konkretnie zagrożone – duch ich nowego domu przynosi zimno i depresję, przygnębienie, brak sił do stawienia czoła wymarzonemu życiu. A do tego ciągnie za sobą ciężar przeszłości i życia innych ludzi. Angażuje to solidnie, a scena seansu… Robi wrażenie.

Plus rewelacyjna kwestia finałowa. Tak się powinno kończyć filmy!

PS. Ray Milland ponownie pokazuje klasę. A Gail Russell zmarła w wieku 36 lat z powodu alkoholizmu. Ech. https://garretreza.pl/horrory-lat-1940s/

san sebastian film festival 2026

San Sebastian 2026

Relacja oraz wrażenia z filmów: https://garretreza.pl/san-sebastian-2026/

Ocena 4.7 z 5

Przybywacie z daleka („Come From Away”) - wersja na żywo

10.09.2026 - Scena Relax, Warszawa

Widziałem wersję na żywo. Na dodatek polską. I to jeszcze pra-premierę w przeddzień 25 rocznicy 11 września. Efekt jest pozytywny: jest to polska wersja arcydzieła, autorska adaptacja podchodząca z otwartą głową do tego, co już istnieje: inna jest scena, choreografia, aktorzy mieli przestrzeń na dodanie od siebie tu i tam kilku słów. Jest więc to inne wystarczająco, przez co może być gorsze lub lepsze. Osobiście nie wiem, czy ktokolwiek określi zmniejszenie sceny i pozbycie się orkiestry jako lepsze. Na pewno będą fani improwizacji Alberta Osika, który dodaje fizyczności swojej postaci – ale pewnie będą tacy, którzy nie polubią tego dodatku. Na pewno za to każdy określi lepszym fakt, że obsada wyraźnie ma ze sobą przyjaźniejsze stosunki, jest między nimi większa bezpośredniość. Faktycznie się ich ogląda jak grupę ludzi znających się i widzących każdego dnia – a to właśnie mieliśmy zobaczyć.

Choreografia nie jest całkowicie wymieniona – raczej trzymają się tego, co już zostało wynalezione, tylko nieznacznie uproszczone, ale mieli swoje pomysły. I one mogą być – chyba jedynym wyjątkiem jest „Stop The World”, gdzie zastąpili bardzo istotne dokładanie krzeseł przez resztę postaci… No, niczym. Stoją na tych krzesłach w miejscu i nic więcej, reszta wchodzi i robi chórek. To jest ewidentne niezrozumienie pierwotnej głębi układu – dosłownie śpiewają o łączeniu kontynentów, żeby się nie rozdzielać i ludzie wokół pomagają im to osiągnąć, aby pomimo ruchu nadal zostali razem… Nadal jest musical potrafi gęsto robić wrażenie masą grupowych piosenek. „Costume Party”, „On The Edge”, „In the Bar” – to co mieli udźwignąć, to udźwignęli. Wspaniałe widowisko. Nie oderwałem oczu na jedną sekundę.

W temacie piosenek – wokalnie polscy aktorzy stają na wysokości zadania bez wątpliwości, tylko niestety tłumaczenie piosenek rzuciło im kłody pod nogi. Nawet jeśli nie zna się pierwotnej wersji, to każdy usłyszy, ile razy aktorzy muszą naginać słowa, aby zmieścić je w układzie muzycznym. Robią co mogą, ale efekt jest krzywy. Są momenty, gdy piosenki faktycznie się rymują i mają wewnętrzny rytm, historia chyba też jest zrozumiała dla nowych widzów, ale tłumacz musiał mieć ze dwa dni na przekład. Powinni dać mu dużo więcej. Szacunek dla Barbary Melzer za to, jak udźwignęła nieszczęsne tłumaczenie „Me And The Sky”. Jeszcze chyba mikser dźwięku ją skrzywdził, ilekroć grała postać nauczycielki – chyba że sama robiła tak piszczący głos, to było bardzo nieprzyjemne dla ucha.

Aktorzy śpiewają też absurdalnie czysto – i jednocześnie z tym ludzkim brudem, na który miałem nadzieję – również w sekwencjach „przekrzykiwanych”, harmonie jedynie okazjonalnie wymagały zgrania. Problem faktyczny jest inny – techniczny. Ogólnie widać, że to był pierwszy publiczny pokaz i aktorzy pomylili się parę razy, dźwięk też wymagał wyćwiczenia: aktor gada i nie ma włączonego dźwięku, oświetlenie też się myliło. Utrudniało to śledzenie akcji, ponieważ parokrotnie nie szło zrozumieć, co oni śpiewają, albo kto śpiewa – chyba nawet nie ma reżyserskich wskazówek, aby wizualnie wskazywać, kto z obsady akurat mówi.

Całość jest też mniej dynamiczna od pierwowzoru. Może to polskie podejście, aby dramaturgia bardziej wybrzmiała. Może to po prostu rozgrzewanie się i faza ćwiczenia, a kiedyś dojdą do tej niesłychanej precyzji oryginału. Pewnie oba przypuszczenia są prawdziwe – pada jakaś dramatyczna kwestia i przez te 3 sekundy nie możemy się ruszyć, aż któraś postać zacznie iść na swoją pozycję i tam zaczyna kolejny segment musicalu. Słychać nawet było ze dwa razy, jak na muzykę aktorzy musieli czekać. Dramaturgia oczywiście była zasłużona – dwa razy miałem dreszcze, gdy swoje bomby zrzucili Mateusz Feliński oraz Przemysław Glapiński.

Nie wymieniam wszystkich aktorów, ale każdy zasłużył na pochwały. Żałuję, że nie mam możliwości obejrzeć tego musicalu jeszcze parę razy z kolejnymi aktorami, z tymi, których już widziałem. Przyjechałem z północy Polski do Warszawy na te kilka godzin, zapłaciłem 160 PLN lekką ręką tylko dlatego, że to właśnie miał być jednorazowy wydatek. A jeszcze większą ochotę mam zobaczyć jak za miesiąc, za pół roku otrzepią się ze swoją rolą i do czego wtedy dojdą. W końcu porównuję ich debiut do występu obsady, która została zarejestrowana po czterech latach grania bez przerwy… Nielicząc pandemii, ale to inna sprawa.

Jestem szczęśliwy, że to zobaczyłem na żywo. „Co gryzie Gilberta Grape’a” bez Di Caprio i Deppa to przecież nadal coś, co trzeba zobaczyć. https://garretreza.pl/come-from-away/

Ocena 3 z 5

PRZECZYTAŁEM

Rebeka – Daphne du Maurier, 1938

10 września

To jest jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałem. A przynajmniej jej dwie pierwsze części. Przedstawiają wspomnienia kobiety, która znalazła bogatego męża, wprowadziła się do wspaniałej posiadłości i teraz jest nieszczęśliwa. Ciężko będzie to opisać, ale to naprawdę było wspaniałe, ponieważ to nie jest żaden kryminał, horror, fantasy czy co tam jeszcze chcą wydawcy. To powieść psychologiczna, stawiająca na narrację z pierwszej osoby. Osoby, która jest bardzo nieśmiała, niepewna siebie, pełna wątpliwości. I milczy. Milczy, ponieważ nie wie, co powiedzieć. Milczy, bo nie zna odpowiedzi. Milczy, bo nikt jej nie słucha. Milczy, bo nikt nie zwraca na nią uwagi. Milczy, bo inni wtedy mówią.

To oraz ten średni metraż Susan Seidelman o kobietach z przedmieść jest dla mnie tutaj znaczący, ponieważ te dwie pozycje zdają się osiągać to, co feminizm twierdzi, że stara się osiągnąć, tylko jakoś osiąga odwrotność. Średni metraż Seidelman przedstawia świat kobiet, które były przygotowane do życia, które miało nie nastąpić: miały sobie znaleźć chłopa i on będzie dorosły, a od nich samych nikt nie oczekiwał, że będą musiały być dojrzałe, więc ich do tego nie przygotowywano. Przygotowywano je na coś zupełnie innego. Protagonistka „Rebeki” taka właśnie jest: wchodzi w świat, gdzie kobieta ma pełno obowiązków, jak umówić się na fryzjera, odpisywać na listy, ustalić menu kucharzowi, wybrać pozycję wazonu oraz codziennie przypilnować, aby były tam świeże kwiaty… A w jej milczeniu słyszę milczenie kobiety, którą pokochałem. Jak bardzo jej trzeba było nasrać do głowy, aby tak sama się wycofała, miała tak mało wiary w siebie i własną wartość. „Rebeka” naprawdę potrafi to przedstawić i pomóc zrozumieć, jak wygląda życie i tok rozumowania kobiety. Szczególnie jej fantazje, nieustające wyobrażanie sobie tego, jak coś musiało wyglądać, jak kolejny dzień będzie wyglądać, co ludzie będą mówić, jak to wszystko piętrzy się i wpływa na jej postrzeganie rzeczywistości, jak uniemożliwia to jej podejmowanie najprostszych decyzji, rozwiązanie konfliktów i problemów w banalny sposób.

I to nigdy nie jest tak naprawdę sednem książki, jej treścią. To nie jest książka o tym, że mąż nie zwraca uwagi na protagonistkę i dlatego jej los jest okropny, a chłop okrutny. To książka o protagonistce i jej życiu wewnętrznym. To jest całą akcją książki, w której tak naprawdę nie dzieje się zbyt wiele. Znajduje męża, wprowadza się i nie czuje się tam szczęśliwa, ponieważ, poprzez liczne zabiegi podprogowe, nie czuje się być sobą. Czuje, jakby wchodziła w rolę do wypełnienia. Rolę Rebeki. Czuje, jakby cały świat spodziewał się, że będzie Rebeką. To jest książka o poczuciu bezsilności. To jest tragedia.

Do tego całość jest naprawdę dynamicznie napisana. Język jak język, jest on przede wszystkim angażujący, ale sama konstrukcja – to niemal literacki serial, gdzie każdy rozdział ma te +/- 20 stron i kończy się pobudzającym wyobraźnię momentem czy zdaniem. Aż chce się czytać dalej i dalej. Nie wiem, ilu pisarzy pomyślałoby o tym, aby tak zrobić w tytule psychologicznym.

A potem… Jest ostatnia trzecia tej książki, która to wszystko wykreśla, zastępuje czymś nieistotnym, a protagonistkę podmienia na psychopatkę. I robi to w zasadzie jednym zdaniem, za którą cała reszta musi podążyć. Uzasadnienie tego to zdradzanie treści, więc zaczynamy:

Znajdują wrak łodzi i w środku ciało. Okazuje się, że to jest ciało Rebeki, ponieważ… Max ją zabił. Zastrzelił. I wszystko upozorował. W filmie Rebeka ulega wypadkowi i Maxim zaciera ślady, aby nikt go nie podejrzewał o morderstwo, tymczasem w książce ją wprost zabił. A zrobił to, ponieważ… To nie jest istotne, ponieważ protagonistka nie musi tego usłyszeć. Ona jest szczęśliwa gdy tylko usłyszała, że chłop zabił swoją żonę. Nie kochał jej. Nie musi być Rebeką, aby go uszczęśliwiać. ZABIŁ CZŁOWIEKA, A JEJ REAKCJĄ JEST EKSCYTACJA I ULGA. Wszystko, co do tej pory napisałem, muszę wypierdolić za okno, tylko jak? Ja naprawdę to wszystko wyciągnąłem z tej lektury.

Uzasadnienie morderstwa jakieś otrzymujemy, ale jest ono słabe i niewystarczające. Idziemy dalej: Maxim nie może za to odpowiedzieć, bo nie. Sąd sam wymyśla, że Rebeka popełniła samobójstwo, ale jej kochanek orzeka: co to za głupota, czemu miałaby się zabić? I ciągną to, ciągną, przez wiele stron, aż odkryją – ROK PO JEJ ŚMIERCI – że była wcześniej u lekarza. I jadą do niego przez 40000000 stron, denerwując się, co on im powie. Czytelnik wie od dawna – Rebeka musiała być nieuleczalnie chora albo porobiła i nie chce żyć, więc zmusi Maxima, aby ją zabił, aby to ją prześladowało. Taka cwaniara. I tak właśnie jest: miała nowotwór. Nieuleczalny. Więc teoria z samobójstwem jest już wiarygodna i kończymy sprawę… Ale wracają do Manderlay i jest sugerowane, że ono płonie, ale urywamy na tym opowieść. Film przynajmniej wprost pokazuje, że Danny podpaliła posiadłość i spłonęła razem z nią. Taki finał ma sens, a nie, że łuna wschodzącego słońca jest widoczna na zachodzie i dodają gazu w nerwach.

Nagle doskonała powieść psychologiczna staje się słabym thrillerem czy tam kryminałem, a to dodaje wady tej pozycji. Widać jak na dłoni amatorstwo autorki w konstruowaniu intrygi, chociażby poprzez tworzenie postaci Bena tylko po to, aby 300 stron później służył za potencjalnego świadka, który nic nie mówi wystraszony, więc… Jakby go nie było, to by akcja potoczyła się tak samo. Wszystko przychodzi bohaterom zbyt łatwo, robi się za nich, nie ma faktycznego zagrożenia. Jedynym wyzwaniem jest pijak i debil, którego każdy ma w dupie, bo chleje i ruchał własną kuzynkę. Sama protagonistka tylko jest na ostatnich stu stronach i nie ma znaczenia, czy w ogóle tam jest. To jest straszne. Przykre.

Szkoda. To była książka 5/5 i absolutna topka mojego życia. Co zmieniło się w ciągu jednego zdanie i wiedziałem, że nie ma od tego odwrotu. Czy ma sens czytać cokolwiek od niej jeszcze? Czy ma sens traktować ranking stu kryminałów uznanych za najlepsze w historii przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej w 1990 roku, gdy ten kryminał w porywach zasługujący (jako kryminał) na 3/10 jest w Top 6? Chciałem dać 4/5, ponieważ większa część tej książki jest wspaniała, ale w trakcie czytania pogodziłem się z faktem: autorka to zniszczyła. Zaprzepaściła. Wykreśliła. Protagonistka jest zupełnie inna. Jest chora psychicznie. Daphne Maurier zraniła mnie w ten sposób. I nie umiem znaleźć wytłumaczenia ku temu. https://garretreza.pl/ksiazki/

Kill Bill 2
Ocena 4.7 z 5

Kill Bill 2 (2004)

5 września | HBO | powtórka

Jest na YouTubie ranking filmów Tarantino w wykonaniu trzech prezydentów USA. Oczywiście fikcyjny, ale pada tam zdanie, że „Poza Umą Thurman ratującą się z trumny nie pamiętam z tego filmu nic”. Gdy to usłyszałem, to się pod tym podpisałem. Tak jak z pierwszej części nadal pamiętam chyba większość, tak z drugiej pamiętam… Trumnę. Przy powtórce okazuje się, że to prawie pół filmu – od ataku poprzez unieruchomienie, bycie pochowaną, retrospekcję treningu i w końcu wyswobodzenie się z trumny. Na tym etapie jesteśmy w okolicy 50 minuty. Ciężko jednak powiedzieć, co się dzieje później, między trumną i punktem kulminacyjnym.

Na szczęście mogę napisać, że pamiętam więcej. Opening czarno-biały w kościele, walkę z jednooką, wyciąganie oka, trening, stopy lecące w stronę kampera i wiele, wiele innych detali. To nie jest tak, że ten tytuł nie zapada w pamięci. Nadal wprowadza widza w świat tych dziwnych ludzi, którzy są z natury zabójcami i tylko takie życie znają, więc widzą wszystko inaczej – bycie gotowym na śmierć, na zemstę. I jak ciąża to potrafi wywrócić. Jak strach wchodzi w los osób, które żyły bez strachu. Jak życie wchodzi do życia ludzi, którzy znali tylko śmierć. Chyba ten film próbuje być o czymś w tym stylu, nie wiem. Najczęściej jest bardzo przekonywujący, nawet jeśli nie do końca wie, w którą stronę idzie – ale parę razy nie uda mu się kupić widza. „Jestem matką, nie zabijaj mnie” – a tamta druga ze strzelbą w jednej ręce. Przesada.

Niemniej – to jest ciąg fantastycznych sekwencji. Jedne były improwizowane (demolka po utracie oka) inne miały wyglądać inaczej i pod naciskiem producenta zrealizowano coś innego (punkt kulminacyjny), w każdym jest jakiś szczegół do odkrycia – chociażby to, że wszystkie zgony są z ręki kobiecej. Albo że w drugiej części na ekranie umierają tylko trzy osoby. Albo że The Bride wyrywa oko ręką, która należała do jej Mistrza.

Nie dorasta to do poziomu pierwszej części, ale nie musi – przecież nadal pozostaje częścią tego samego tytułu. To się ogląda jak jedną produkcję, jak dwie połowy jednego musicalu na Broadwayu – ludzie zawsze wolą jedną lub drugą. Gdyby był to samodzielny tytuł – a dałoby radę tak to ponaciągać, w końcu scena wesela i tak już tu jest – oceniłbym jedną gwiazdkę niżej. Jednak prawda jest taka, że to czterogodzinny tytuł pełen przemocy i wspomnień, niezwykłych pomysłów, do którego będę chciał wrócić. https://garretreza.pl/quentin-tarantino/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic