BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
https://garretreza.pl/cytaty/
OSTATNIO OGLĄDANE
PRZECZYTAŁEM
Supergirl: Woman of Tomorrow - Tom King, 2022
15 maja
Pierwszy komiks z Supergirl, jaki czytałem. Opowieść o zemście, która jest bardziej mood niż story-driven, ale nadal jest przegadana i ciężka pod względem ilości słów, co w ogóle się nie dodaje. Nie ma tutaj w zasadzie większej historii czy jakiś poruszanych tematów – właściwie wszystko, co związane z pisaniem, prezentuje tutaj najwyżej przeciętny poziom. Chłop uciekł i teraz go gonimy, a po drodze są wypełnione strony. Trafią na planetę identyczną do ludzkiej, tylko nie mieszkają tam ludzie, ale za to mają rasizm. A potem trafią na złego chłopa i ten ich wyśle na obcą planetę, gdzie będą musieli poleżeć do zmroku, zanim stamtąd odlecą, ponieważ słońce boli Supergirl. Czy coś. Dowiemy się, że Superman to cienias, bo wytrzymał tam tylko trzy kwadranse. I będzie retrospekcja, jak Supergirl opuściła ojczyznę, widząc jej śmierć. Pierwszą, drugą i trzecią. To chyba jedyny udany fragment komiksu. A potem znajdą złego jeszcze raz, tylko tym razem nauczą się, że trzeba ruszyć dalej. Zamkną go w więzieniu na 300 lat, wypuszczą i zabiją. Koniec historii. Nie wiem, co to miało być, ale na pewno się nie udało.
Za to jak to wygląda! To musiał być pomyślany komiks jako mood-peace: brak akcji, przemierzanie krain, medytacja nad zadaniem i misją, brak bohaterów czy historii… Po prostu wizja. Wizualna, mówiąca za siebie. Nawet to leżenie pod bolącym słońcem miałoby sens, gdyby to było właśnie w wersji niemej. Narracja słowna – liczna i narzucająca się – jest wadą wyłącznie dlatego: ona walczy z duszą tego komiksu.
Ogólnie po lekturze tego komiksu pomyślałbym: Tom King nie jest kimś, kogo warto czytać. Warto za to śledzić kolejne prace Bilquis Evely. Jakim cudem to jest najwyżej oceniany komiks Kinga na goodreads? Z całą pewnością nie kupujcie w ciemno: weźcie do ręki, przeczytajcie parę stron i dopiero wtedy podejmujcie decyzję. Ja tak zrobię z „Helen of Wyndhorn”. https://garretreza.pl/ksiazki/
PRZECZYTAŁEM
Pingwin. Długa droga do domu. Tom 1 - Tom King, 2024
10 maja
Nie będę wydawał jeszcze wyroku o całości po pierwszym tomie. Więc to dobrze, mam zamiar czytać dalej. Czuję też, że poznałem tę postać i stojącą za nią głębię – nawet zobaczyłem Batmana w nowym świetle. Więc nie jest źle – jednak większość tego tomu to są trzy historie, jak Pingwin zbiera ekipę… I do niczego to nie prowadzi, bo wtedy przeskakujemy do tyłu i poznajemy prehistorię, jak Pingwin zaczynał. I to jest jedyna, faktycznie ciekawa część całej historii. Przepięknie narysowana, opowiedziana z pazurem, czy raczej zębem gotowym do zaciśnięcia się w każdej chwili. A na koniec otrzymujemy jakby wątek poboczny Cat Woman ze środka historii, ale tak naprawdę zanim ona jeszcze się zaczęła. Czytałem i jeszcze nie zacząłem, tak naprawdę.
Ponad to ze trzy czy cztery razy historia odwołuje się do wydarzeń zaprezentowanych w innych komiksach, o których nie słyszałem nawet. A jeden z nich nie był wydany w Polsce.
Intryguje mnie ten tytuł oraz postać. Chcę wiedzieć, gdzie to poprowadzi, ale jest duża szansa, że nawet parę lat minie, zanim wezmę się za drugi tom… https://garretreza.pl/ksiazki/
BlackBerry (2023)
9 maja | HBO
Ten telefon był przede mną. Pierwszy telefon komórkowy, jaki miałem, nadal był właśnie tym: telefonem komórkowym. I dostałem go w czasach, gdy wszystkie inne dzieci dostawały smartfony. Brzmię teraz jak typowy pseudo-recenzent, który wypełnia puste miejsce kryjąc fakt, że nie ma nic do napisania o samym filmie, ale – robię to, aby podkreślić: ja też nie byłem zainteresowany tym tytułem. Nie pamiętałem, czemu dodałem go na listę „do obejrzenia” i spodziewałem się, że wyłączę po 15 minutach. Byłem na pokładzie w połowie i film walczył dalej, abym jednak dał najwyższą ocenę, przypieczętowując wszystko finałowym cięciem i ujęciem. Po raz kolejny – po „Social Network” czy „Air” – udowodniono mi, że podjęty temat nie ma znaczenia. Albo czy jestem nim zainteresowany. Liczą się ludzie biorący w niej udział.
BlackBerry opowiada na powierzchni historię kilku ludzi mających pojęcie o technice, ale nie o biznesie. Telefon w ich teraźniejszości służył do odbierania rozmów telefonicznych, a oni już wtedy chcieli smartfonów: urządzenia w kieszeni, które odbierze maila. To miało wystarczyć i zastąpić tak wiele: koniec ze spotkaniami biznesowymi czy koniecznością posiadania wielu innych urządzeń. Ich maszynka miała wystarczyć. Duży ekran i klawiatura pod nim, wszystko w kieszeni. Tylko jak to sprzedać? Tutaj na pokład wchodzi człowiek, dzięki któremu ich telefon stanie się rzeczywistością. Ten film jest historią wzlotu na sam szczyt oraz spadkiem na samo dno. Historia „tego telefonu, który ludzie mieli przed iPhonem”. Pod spodem jednak otrzymujemy tutaj dramat osobisty: historię spełnienia marzeń oraz poświęceń. Historia o tym, jak historia jest tworzona i co ma na nią wpływ.
Dlaczego nazywa się BlackBerry? Tego akurat w filmie nie ma, chociaż stoi za tym wręcz inżynierskie wytłumaczenie. Nie ma tutaj wielu rzeczy – to w końcu fabularyzowana i dramatyzowana wersja prawdziwych wydarzeń, do czego oczywiście można mieć ambiwalentny stosunek. Nie jest to też jasna opowieść o tym, co poszło nie tak i jaką lekcję należy z tego wyciągnąć. Będą widzowie, którzy zobaczą tutaj morał o tym, że nic nie dało się zrobić – życie takie jest: raz na szczycie, raz na dole. To może być film o chciwości, o zapomnieniu jakim człowiekiem chciało się być, o zdradzie wartości. Czy koniec BlackBerry nastąpił z powodu działań samej firmy? Czy koniec by nastąpił i tak z powodu rewolucji Apple’a? Twórcy nie próbują udawać, że mają na to odpowiedź. Ich koniec jest złożony i dramatyczny. I jest faktycznym końcem. Nie dlatego, że pojawiły się kłopoty z prawem, przyjaźń została zerwana albo sprzedaż spadła. Koniec nastąpił, bo BlackBerry przestało być w tym filmie BlackBerry.
Glenn Howerton gra tutaj łysawego człowieka w garniturze. Ten urodzony w Japonii aktor skończył jedną z najbardziej prestiżowych szkół na tej planecie (Juilliard School) i znam go tylko z „Always Sunny” i dopiero teraz mogę go zobaczyć w innej odsłonie (chociaż to nadal krzykacz, ale tym razem mający dalece mniejszą pewność siebie i my jako widzowie wiemy doskonale, po jak cienkim lodzie cały czas stąpa). Ogólnie występy są znakomite, ale to kino stojące przede wszystkim realizacją: kamera zawsze wiedziała, kiedy skupić się na spojrzeniach między postaciami, na ich oczach, na daniu im przestrzeni oraz czasu. Mamy pewność, że oglądamy ludzi: marzycieli popchniętych do desperacji albo skuszonych różnie pojmowanym sukcesem. Styl narracji się zmienia – na początku pasuje do małego świata dziwaków pracujących dla zabawy, wchodzących na meble, nie przejmujących się niczym. Z czasem i stopniowo kamera traci tę „niewinność”, zaczyna być spokojniejsza, poważniejsza. Oświetlenie daje miejsce ciemnościom, do których bohaterowie zmierzają.
Nie ma tutaj dialogów Serkinsa czy wyraźnego protagonisty, jak w SN czy Air, dzięki któremu głębia emocjonalna byłaby równie łatwa w przyswojeniu podczas oglądania, ale to nadal kawał świetnego kina, które do mnie przemówiło. I nauczyło sprzedawać, gdy jest się na górce. Matt Johnson – kolejny autor, którego chcę poznać bliżej. Nawet jeśli zaraz bym to zrobił i tak, nadrabiając Nirvanna the Band the Show the Movie. Może jego Tony będzie na AFF? https://garretreza.pl/blackberry/
PRZECZYTAŁEM
Superman Action Comics #1000 - Dan Jurgens, Geoff Johns, Scott Snyder, Tom King i inni, 2018
7 maja
Jedna z opinii na goodreads podkreśla: to nie jest komiks, tylko hołd. Tysięczny numer oraz okazja, aby przeróżni twórcy do tej pory mający związek z postacią Supermana wrócili na parę stron do niej i coś powiedzieli od siebie. Jeśli zna się tę postać, to ponoć więcej się z tego wynosi, ponieważ kolejne historie odnoszą się do różnych epok komiksów o tej postaci itd.
Jakościowo tylko Tom King się broni – Superman po czterech miliardach lat wraca na grób swoich prawdziwych rodziców i… To porusza. Wtedy najlepiej udało się zrealizować ideę stojącą za tą publikacją: każdy autor tworzy własny krótki metraż i mówi tylko tyle, ile chciał. I tylko na tym się skupia. Nie musi tworzyć większego kontekstu dla tych kilku słów, które chciałby powiedzieć. Mówi i oddaje głos dalej.
Wadą jest tylko samo zestawienie tych historii obok siebie. Często nie czuć, że się kończy jedną i zaczyna kolejną, nie ma wyraźnego rozdzielenia w wielu przypadkach.
PS. Myślałem, że to tylko zbieżność personaliów, ale najwyraźniej reżyser Richard Donner faktycznie brał udział w pisaniu jednej z historii. https://garretreza.pl/ksiazki/
PRZECZYTAŁEM
49 idzie pod młotek – Thomas Pynchon, 1966
6 maja
Przeczytałem i nawet coś z tego zrozumiałem. Króciutkie to jest i miałem przerwać czytanie dosłownie na przedostatniej stronie, bo patrzę: jeszcze 10 stron do końca. A to było posłowie od tłumacza. Książka urywa się w kluczowym momencie, a tytuł całości stanowią właśnie ostatnie słowa. Bohaterka wyrusza w podróż i trafia w sieć pogłosek i niejasności, które jednocześnie odważnie musiały komentować teraźniejszość i wyprzedziły swoje czasy, bo dzisiaj czytając te wszystkie bzdury i spiski czuję się jak u siebie. Głównie dlatego ta lektura nadal nie jest jasna – zwyczajnie nie wiadomo, gdzie zaczyna się granica bzdur, a kiedy autor może coś chcieć powiedzieć. Bezpiecznie jest założyć, że nic nie ma to do powiedzenia i jedynie komentuje.
Finalnie wszystko zależy w życiu bohaterki od tego, aby udać się na aukcję – jeśli coś będzie wystawione, to teorie okażą się prawdziwe. Bohaterka wchodzi, narrator trzema zdaniami na krzyż nakreśli lokację wyjętą z wiadomej sekwencji w ostatnim filmie Kubricka i zaczynamy czekać, aż numer 49 pójdzie pod młotek. Pierwsze wrażenie: sama protagonistka jest tym numerem. Wpadła w pułapkę z własnej i teraz stamtąd nie wyjdzie. Potem czytam posłowie, że to wszystko mogło wywołać frustrację u czytelnika, ponieważ nic fabularnie nie zostaje rozwiązane. A ja myślę, że tutaj otrzymujemy historię człowieka, która po prostu nie prowadziła do żadnego zakończenia. Tutaj nie ma żadnego ciągu dalszego.
Nie mogą uczciwie napisać, by z drugiej strony był tutaj jakiś rozwój postaci, że autor poprowadził ją do tego momentu, że to były jej decyzje. I gdyby droga była inna, i decyzje też były inne… Albo czy język autora oraz jego obserwacje faktycznie wpływają na treść książki, czy w tym można się jakoś odnaleźć przed przeczytaniem zakończenia… Nie wiem. Ale czytało się dobrze. Ta mini-powieść ma barwny język oraz interesujący komentarz, który jest zaskakująco aktualny i ponadczasowy. https://garretreza.pl/ksiazki/
Law & Order: Special Victims Unit - sezon 24 ('22/'23)
4 maja
Pierwszy sezon obejrzany w całości. Kto by się mógł spodziewać, że będę chciał oglądać w całości coś, co ma 600 odcinków i końca – mam nadzieję (!) – nie widać. Właśnie trwa 27 sezon i kiedyś ten serial się skończy. Chcę przy tym być, nawet jeśli VOD zmusza do piractwa, legalnie dając dostęp do najnowszych sezonów trzy lata później. Gdy piszę te słowa – jedno VOD prezentuje sezony 14-24, drugie 23-24, trzecie 14-17. Go figure.
W każdym razie: sezon 24. Brak słabszego odcinka i można się pokłócić o to, który jest najlepszy w tej serii. Dla mnie jest to „Controlled Burn” (24×6) z mordercą, którego nikt się nie spodziewa – a gdy w końcu go mamy i usłyszymy, jak mówi, to jest coś, co się zapisze w pamięci. Albo „King of the Moon” (24×15), dostarczający opowieści o mordercy z chorobą neurologiczną, który zabił swoją żonę. Brakuje działających na nerwy starć w sądzie, gdzie adwokat przestępcy stara się zdyskredytować ofiarę. Olivia Benson jest chyba zbyt wychwalana przez wszystkich i cały czas jest we wszystko zaangażowana – detektyw nawet nie może przeprowadzić wywiadu w miejscu pracy, Olivia jest do tego proszona. I często wraca motyw tego, że każdy mówi o tym, jak to ktoś inny musi zapracować na jej szacunek… Niech będzie, po takim czasie na to zasłużyła. Wątki osobiste pojawiają się w tak niewielkiej ilości, że widać te bardziej z perspektywy sezonu, a nie pojedynczego odcinka – mało co ma tutaj miejsce w zakresie prywatnym, wszyscy cały czas pracują i nikt nie gada, że nie ma przez to czasu na inne rzeczy. Niemniej: Carisi weźmie ślub. Przyszywany syn Olivii znajdzie swojego brata. Rollins będzie w ciąży. Velasco odpowie za przeszłość. Fin spotka chłopa, którego wsadził do więzienia wiele lat temu.
Przewija się motyw „mężczyźni to problem”, ale… To nie są słowa kogoś nawiedzonego. Nie ma w tym propagandy. Nie ma w tym motywacji do działań. Żadna z postaci w żadnym momencie nie będzie działać na zasadzie: „jesteśmy po twojej stronie, bo jesteś kobietą” albo „spierdalaj, bo jesteś facetem”. W najbardziej „on the nose” tego typu momencie bohaterowie mówią, że są mundurowymi z odznaką i sprawą do wyjaśnienia, co jest faktycznie prawdą. Serial nadal pokazuje gwałty i molestowanie, ale bez jednoznaczności i gotowych odpowiedzi. Ofiary nie chcą nic mówić albo odwołują zgłoszenie. Gwiazda dziś zgłasza gwałt, a jutro ogłasza zaręczyny z kimś, kto miał ją zgwałcić? To nie jest serial gdzie kobiety są ofiarami a faceci najczęściej są przestępcami – to serial, gdzie są ofiary. I w ich imię walczy się o sprawiedliwość.
Rozumiem pogląd, że to jest „comfort-show” dla wielu widzów. Zasłużył na to po tylu latach. Nadal jest realizowany z całkowitym zaangażowaniem w historię, różnorodność tematyczną, realizację oraz aktorstwo – nic tutaj nie było robione z rozbiegu lub na automacie. To wciąż jest świadomie tworzony tytuł i autorzy nie muszą robić czegokolwiek, aby podbić oglądalność albo ją odzyskać. Robią swoje. Pokazują ofiary i dają im pomoc. https://garretreza.pl/losvu/
PRZECZYTAŁEM
Preludium Fundacji - Isaac Asimov, 1988
3 maja
Zacząłem czytać rok temu. Ponad. Wziąłem ze sobą na festiwal Kina na Granicy, bo kupiłem z dwa lata wcześniej i czas najwyższy zacząć. O „Fundacji” jako cyklu słyszałem większość życia, jakie to genialne, tylko nigdzie to nie było dostępne, aż w końcu kupiłem, jak zobaczyłem na promocji. Od razu dwie pierwsze części, a co. Raczej będzie dobre.
Tylko tego. Preludium nie jest pierwszą częścią. Jest prequelem napisanym z 25 lat po napisaniu właściwego cyklu. Napisanym pod wpływem tego, że Fundacja się sprzedaje i „zrób kolejną część, co?”. Upraszczam to, bo z przedmowy wynika, że była w tym pasja, ale no – nie to chciałem kupić. Polskie wydanie jednak głośno nazywa to pierwszą częścią, więc łatwo się nabrać. A czyta się dosyć średnio – to w sumie thriller napisany przez naukowca, który nie zmierza do niczego samodzielnego. Chyba. Ot: władca dowiaduje się o tym, że jeden chłop może wymyślić coś, co pojmuje w uproszczeniu jako „przewidywanie przyszłości”, więc postanawia położyć na tym łapę i chłop musi uciekać, prawdopodobnie ratując przy tym swoją skórę. Oraz próbując stworzyć owe „przewidywanie przyszłości”. Czy jest w tym napięcie? Nie znalazłem. Czy budowano tutaj świat, który mnie zainteresuje? Nie zainteresował. Czy rozwój fabuły zawierał jakąś głębię o tym budowaniu przyszłości? Nie powiem, że tak było. Ogólnie czytałem przed siebie bez emocji, wywracając oczami przy każdym dialogu, gdzie każdy brzmi tak samo i próbują debatować każdy szczegół, omawiając możliwości i prawdopodobieństwo tego i tamtego.
Najsłabszy Asimov, jakiego czytałem. https://garretreza.pl/ksiazki/
PRZECZYTAŁEM
Matka noc - Kurt Vonnegut Jr., 1961
3 maja
Chyba jestem zawiedziony. Z całą pewnością jest to wartościowa pozycja, ale nie czułem, że znajduje ona sukces w tym, jak wyraża swoje idee poprzez bohaterów i fabułę. Historia wydaje się zawierać swoją jakość u swoich fundamentów: to opowieść o człowieku zaplątanym w wojnę i działania ludzi, którzy używali go do swoich celów, a teraz… żyje on dalej. Narrator zapewne celowo unika większości kwestii i ram narracyjnych, jakie można byłoby mieć jako czytelnik czy człowiek wobec tego wszystkiego. Chociażby: czy protagonista faktycznie jest kimś złym? Albo: czym jest zło? Albo: czy zasługuje na śmierć? Sama fabuła jest zaskakująco która, a przez większość czasu bardziej poznajemy te fundamenty i bohaterów. Są zwroty akcji, jednak tworzą one trzeci akt, a wcześniej czyta się „przed siebie”, bez większych reakcji. W zasadzie przedmowy (bo są trzy) zawierają więcej „treści” niż prawie 2/3 samej lektury. Zresztą chyba nic nie przebije autora przyznającego we wstępie, który uważał, że gdyby urodził się w Niemczech, to robiłby to samo, co inni Niemcy podczas 2 wojny światowej, przekonany o swojej wyższości. „Takie jest życie”, mówi, widząc świat jako miejsce, gdzie nic nie jest dobre lub złe. Po prostu jest.
Trzeci akt jednak zaspokaja, świat (w jakimś stopniu „inspirowany” prawdziwym) i refleksje przyciągają. Największy punkt, który przewija się i powtarza, to podkreślenie faktu, że pomimo końca wojny nadal żyje w żywych przekonanie o wyższości nad innymi ludźmi. I tutaj szuka przyczyny oraz lekarstwa. Myśl ta istnieje głównie w narracji, bo protagonista nic z tym nie robi – chociaż musi też tak myśleć.
Autor miał odwagę podjąć temat i wypowiedzieć swoje trzy grosze, jednocześnie szukając własnej formy do tego wszystkiego. Bardziej szanuję to wszystko z dystansu i po namyśle, niż faktycznie miałem przyjemność z czytania. No i: „Vonnegut to wciąż Vonnegut”. https://garretreza.pl/ksiazki/
Życie Chucka ("The Life of Chuck", 2024)
2 maja | Prime Video
Nic nie wiedziałem o tej produkcji i byłem w szoku przez pierwsze 39 minut, kiedy autor powoli i stopniowo wprowadza odbiorcę w ten świat, gdzie nowości nie kończą się tak naprawdę aż do samego końca. Komentarz z Internetu: „if spielberg would rewrite mulholland drive you probably get something like this.” jest tylko początkiem, ponieważ jest tutaj mnóstwo rzeczy, zarówno wizualnie jak i fabularnie… I uważam, że naprawdę nie ma sensu mówić wam czegokolwiek o fabule, zanim sami zaczniecie oglądać. Zaczynamy od trzęsienia ziemi i potem stopniowo zapominamy, że coś tak dużego miało miejsce. Bo życie idzie dalej.
Napiszę tylko: to jest film dla dzieci, które nic z niego nie zrozumieją, ale tak to jest. Nie rozumiemy wtedy wiele, ale to z nami zostaje i potem coś robimy nie umiejąc wytłumaczyć, czemu to zrobiliśmy, co nas do tego popchnęło… Ale coś popchnęło. I twórcy tego filmu mieli to na uwadze.
Jest narrator tłumaczący dużo, ale nigdy nie adresuje samego meritum – jedynie w typowy dla Kinga sposób dodaje tło dla wydarzeń i przepowiada szczegóły przyszłości. Zrozumienie i dostrzeżenie treści filmu zostaje w gestii oglądającego. To film o życiu, który wygląda jak fantasy. To film pogodny, wzruszający, ciężki i radosny. Mnóstwo tutaj ludzi, którzy wcześniej pracowali z Flanaganem – nawet on sam ma cameo, a także wykorzystał swego syna. Na ekranie zobaczycie miłość, młodość, taniec, perkusję… I wiele innych rzeczy.
Obejrzyjcie. https://garretreza.pl/mike-flanagan/
Ocean's Eleven: Ryzykowna gra (2001)
28 kwietnia | Prime Video | powtórka
Ostatni raz to oglądałem jeszcze na VHS-ie… I przez ten czas zapamiętałem to jako idealny heist movie, co w sumie podtrzymuję. Nie jest to kino idealne i najlepsze jest tak naprawdę wtedy, gdy z Soderbergha wychodzi artysta (moment oddechu przy fontannie na koniec), ale bawiłem się wciąż przednio.
Przestępca wychodzi z więzienia i od razu zbiera ekipę, aby dokonać napadu. Cel: okraść skarbiec, gdzie trzy kasyna z Las Vegas trzymają swój majątek. Ponad sto milionów. I jednym z największych zwrotów akcji jest odkrycie motywacji stojących przed przestępcą, aby to zrobić. Wszystko jest tutaj oczywiście sympatyczne i łagodne: protagoniści okradają kogoś, kto prowadzi kasyna (czyli jest złodziejem), robi groźne wrażenie i generalnie nie ma sensu nazywać tego okradaniem kogoś. Każdy przestępca jest zabawny i uśmiechnięty, aż chce się ich oglądać. A sam napad poznajemy w trakcie, gdy ma miejsce, cały czas będąc zaskoczonym przebiegłością i pomysłowością napadających, gdy wszystko w zasadzie idzie zgodnie z planem. A nawet jak nie idzie, to też stanie się częścią planu.
Brakuje więc z tego tytułu jakiejś dramaturgii, napięcia, stawki – ale to część uroku całej produkcji. Jedenastu członków, ale zapamiętamy tylko kilku z nich – niech będzie. Garść jest w świetle reflektorów, a reszta ma po jednym momencie, kiedy mogą błysnąć. Jeszcze razić może przedmiot grany przez Julię Roberts – to chyba powinna być postać. Nie jestem w sumie pewny – tak naprawdę jeśli zacznie się myśleć nad jej decyzją, to można zacząć obniżać ocenę filmu na sam dół, to jest aż tak głupie*. To mała część filmu, a obok jest dużo innych rzeczy, które mnie bawią – a do czasu, aż otrzymamy lepszy heist movie (nie lepszy ogólnie, ale w tym gatunku), to nie będę się czepiał.
*pomijając gwałtowność tej reakcji i brak jakiejś refleksji – twój chłop został właśnie okradziony na setki milionów dolarów i cholera wie, jakie to będzie mieć konsekwencje. Czy ma długi, czy będzie mieć długi, czy pójdzie do więzienia albo wisi komuś mnóstwo pieniędzy i teraz jego życie wisi na włosku? Jest pod wpływem masy emocji i powiedział jedno słowo źle, więc go zostawiasz?! I nawet nie ma pewności, że miał to na myśli – mój kłamać! I ona go zostawia. To trwa trzy sekundy łącznie i wystarczy, aby w rankingu najgorszych postaci żeńskich zająć pierwsze miejsce. Bella ze Zmierzchu przez pięć filmów robiła wszystko, by z tym konkurować i nie dała rady. https://garretreza.pl/steven-soderbergh/
Siódmy krzyż ("The Seventh Cross", 1944)
26 kwietnia
Historia z czasów wojny: ucieczka z niemieckiego obozu koncentracyjnego tytułowej siódemki. Czeka na nich siedem krzyży ustawionych w rzędzie, gdzie będą przywiązani. Żywi lub martwi. Podążamy śladami jednego z uciekinierów, którego gra Spencer Tracy. Doświadczamy razem z nim jego osaczenia i strachu, gdy przemierza kolejne uliczki, jeden krok za drugim: tutaj ukradnie kurtkę, tam się skryje, wszystko w kierunku kogoś, kto mu pomoże.
Narrator obiecuje na początku coś więcej: wiarę w ludzkość i przekonanie, że głęboko każdy człowiek jest dobry. To historia, która potencjalnie mogłaby rodzić przekonanie odwrotne: wszyscy są źli, ale twórcy nie chcą, aby widownia tak myślała. Chce, byśmy się skupili na tych osobach, które pomogą protagoniście. Byśmy pamiętali tak jak on tych, którzy podjęli ryzyko i mimo to dołożyli swoją cegiełkę do jego przetrwania. Czy jest to przekonywujące? Albo chociaż czy bym dochodził na koniec do takich wniosków samodzielnie? Nie ma szans. Jednak ja bym wolał historie od kogoś bardziej dojrzałego, kto rozumie, że żaden człowiek moralnie nie jest dobry lub zły. Jest zdolny do dobroci, a to coś zupełnie innego.
Ogólnie dojrzałość tego obrazu nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Stracił mnie gdzieś w momencie, gdy bohater spotyka starych znajomych, a oni krzyczą jego godność pod sufit – bo nie słuchają radia, nie słyszeli ogłoszenia na ulicy, no nie mają pojęcia, kogo teraz rząd szuka i jak ich znajdzie u ciebie, to zabiorą razem z poszukiwanym. Może to i jest miła odmiana wobec mroku oraz desperacji, jakie do tej pory wypełniały ekran, ale nie jest poważne. A poważny film zdaje się do tej pory oglądaliśmy.
Ostatecznie jest to niezły obraz ucieczki i pogoni, podejmowania ryzyka. Twórcy starają się znaleźć tutaj coś więcej, ale rezultat nie przekonał mnie. https://garretreza.pl/fred-zinnemann/
PRZECZYTANE
Modlitwa za Owena – John Irving, 1989 (4/5)
24 kwietnia
W pierwszym zdaniu autor zdradza niemal wszystko: tytułowa postać sprawiła, że protagonista jest osobą wierzącą. Oraz, że Owen zabił mu matkę. Reszty szybko zaczynamy się domyślać – przynajmniej tej częścią, którą można nazwać „fabularną” – a jednak końcowe 30 stron czyta się w napięciu czegoś niespodziewanego. I to tam znajduje się faktyczne przesłanie książki, jej wartość, myśl przewodnia. Czujemy, że wiemy wszystko od początku, ale odpowiedzi – czy raczej drogowskazy prowadzące do nich – tak naprawdę poznajemy na samym końcu. I wtedy utwór się kończy, na wysokiej nucie. Wysokiej, ale też bardzo Ivingowskiej – ten autor chyba musi wplatać absurd i niedorzeczność do swoich historii, ale tylko na tę jedną, jedyną stronę. I opierać na tym resztę książki. Jak dziecko myślące, że kobieta z długimi włosami jest niedźwiedziem i dlatego zabija ją patelnią – co jest podstawą „Ostatniej nocy…”, mojej ulubionej pozycji tego autora. To, co na tej jednej stronie się dzieje w „Modlitwie…” jest czymś z jakiejś mangi, a nie dramatu obyczajowego. To jest piękne, życiowe – a przynajmniej nie sama akcja, ale to, co ona wyraża, jest piękne i życiowe – ale właśnie sama akcja jest absurdalna. John Irving łączy te dwie rzeczy kolejny raz i nadal tym zaskakuje. Ja to w sumie kupuję, ale bardziej „na trzecie przemyślenie”, nie podczas samej lektury.
A jaka jest cała reszta? To opowieść z życia człowieka, który był najlepszym przyjacielem Owena, ale o nim samym nie ma za bardzo co opowiadać. Jego imię zapamiętałem tylko dlatego, że to imię Irvinga: Johnny. Urodził się, grali w baseball, wystawili jasełka, uniknął poboru do wojny w Wietnamie (dzięki Owenowi), poszukiwał swojego ojca (o którym jego matka nie chciała mu nic powiedzieć), jednak Owen uparł się, że Johnny dostanie znak od Boga i pozna swego ojca. Wszystko było częścią planu i jest takie, ponieważ Bóg tak zdecydował – to ważna część tej historii, jednak rozwinę to później. Lektura przeważnie jest opisem codzienności – skróconej, z perspektywy osoby dorosłej, wspominającej. I to też ma znaczenie, ponieważ wszystko prowadzi do tych ostatnich 30 stron. Wszystko jest częścią. O co trudno nawet zacząć podejrzewać, gdy Irving słowami swoich postaci zaczyna w pewnym momencie oceniać lektury szkolne. Albo politykę USA lat 80. A to i tak mała część tego wszystkiego – po przeczytaniu ponad 700 stron ciężko mi bardziej uściślić O CZYM CZYTAŁEM przez ten czas. Z punktu fabularnego. Z punktu wydarzeń. Tu chodzi o piękne opisywanie życia: masy ludzi, ich zwykłej codzienności. I czuć, że czyta się dokładnie o czymś takim: kilku dekadach z życia wielu ludzi i to, co z tego dostrzegła jedna osoba.
Cały czas nad tym wszystkim unosi się jednak ta magiczna/baśniowa/mityczna warstwa czegoś więcej. Życia, w którym jest obecny „ktoś więcej”, ktoś „wyżej”. I to jest jeden ze składników tej codzienności, nie najważniejsza rzecz. Ani też taka, która cokolwiek dyktuje, albo wydająca rozkazy. To nie jest książka religijna – bohaterowie są bardzo krytyczni wobec osób pracujących w kościołach czy wielu zwyczajów, jak zmuszanie ludzi do chodzenia do kościoła albo na lekcje religii. Owen mówił, że to powinno być dobrowolne. Inna rzecz – praktycznie wszystko jest tutaj nie wyjaśnione, ale podsunięto inną, racjonalną możliwość tego, co się wydarzyło i w jednych oczach mogło być znakiem, ale niekoniecznie tym właśnie musiało być. Lektura daje to mrowiące poczucie bycia stworzonym w konkretnym celu, bycia częścią czegoś więcej. Owen zadaje pytania: czemu urodził się taki? Czemu Bóg go takim stworzył? I otrzymał odpowiedź. Następnie zdecydował się zaakceptować odpowiedź. I przygotować do niej. Czy jest to książka, która sprawi, że czytelnik uwierzy? Niekoniecznie. Jednak na pewno uwierzy Owenowi.
Wracając: to jest bardzo dobra pozycja sama w sobie. Czytelnicy Irvinga będą może zawiedzeni tylko tym, że nie ma tutaj fetyszu grubszych kobiet – protagonista chyba w ogóle nie uprawiał seksu. Co prawda jest tutaj grubsza postać, ale kończy ona z kimś innym. I to tyle, więcej żeńskich postaci romansowych brak. W „Regulaminie…” co chwila pojawiał się ktoś, kto chciał sypiać z bohaterem. Wracając: warto przeczytać. Tylko trzeba wiedzieć, w co się człowiek pakuje.
PS. Powstała filmowa adaptacja, ale pod innym tytułem – to był warunek Irvinga, ponieważ ten był przekonany, że Modlitwy… nie da się ekranizować i nie chciał czytelnika wprowadzać w błąd. Za ekranizację wziął się ten sam wariat, który później uparł się przenieść DareDevila na duży ekran. https://garretreza.pl/ksiazki/
Kawał ("The Prank", 2022)
22 kwietnia | HBO
Bohater to uczeń, który ma nauczycielkę, której wszyscy się boją – a ona właśnie ma zamiar ukarać wszystkich oblaniem z jej przedmiotu, ponieważ jedna osoba oszukiwała. Bohater uznaje to za niesprawiedliwe i panikuje, bo inaczej nie dostanie stypendium i jego przyszłość się zawali, więc jego koleżanka wpada na pomysł, aby wykręcić nauczycielce kawał: spreparować masę dowodów na to, że kogoś zabiła.
Oglądanie tego filmu jest procesem złożonym. Zaczyna się boleśnie, wyglądając jak wspomnienia na czas szkolny kogoś, kto do dzisiaj nie zrozumiał, że był lamusem. Wspomnienia osadzone współcześnie, oparte po trochu na stereotypach, ale głównie wyciągnięte po prostu z dupy. Nastolatki zobaczą deep-fake i w niego uwierzą na parę godzin, by do popołudnia zacząć „żyć” następną plotką tylko dlatego, że jest następna? Dorośli – w tym dziennikarze – nie zauważą deep-fake i w niego uwierzą? Każda kolejna scena kończy się komentarzem: „Ja pierdolę” ze strony widza.
Więc twórcy mieli pomysły na urozmaicenie historii. Każdy kolejny to gorszy. Wymyślą sobie nawet, że bohater był oszustem i nawet nauczycielka miała pewność, kto u niej ściągał na egzaminie. „Ja pierdolę” nawet nie rozpoczyna wyrażać tego, co się czuje, oglądając ten syf. I wtedy następuje ostatnia część: samoświadomość. Jakby na pokład wszedł ktoś zupełnie nowy i podjął decyzję, że nie ma sensu nic poprawiać – trzeba po prostu pójść na całość. Pójść w absurd na każdym poziomie.
I nagle film stał się wspaniały. Fabularnie ORAZ wizualnie! Nagle zacząłem się dobrze bawić, nagle ta produkcja zaczęła mieć sens, nagle byłem zaangażowany i oglądałem w napięciu, gdy życie bohaterów było zagrożone, gdy byli na misji i robili, co tylko mogli… Najlepsze cechy „giallo” zostały tutaj zastosowane – tylko jak to teraz ocenić? Nie wiem. Bo i tego „dobrego” nie było wcale tak dużo. Może 15 minut na cały film? Pod sam koniec? Większość widzów do tego czasu przestanie oglądać, a pozostali pewnie nawet nie zaczną seansu. Nie wiem, komu mógłbym to polecić do oglądania w całości.
PS. Rita Moreno tutaj gra. Aktorka, która grała w obu wersjach filmowych „West Side Story„! Ponad 90 lat na karku, gdy grała w „Kawale”. https://garretreza.pl/opinie-2022/