BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

I know the law. The law dosen’t know the streets
„Książę miasta / Prince of The City” (1981)

OSTATNIO OGLĄDANE

4/5

Unicorn Wars

Obejrzałem 29 listopada | premiera 15 czerwca

Czas Apokalipsy spotyka Happy Tree Friends. Wojna to śmierć, wojna to ból.

Pluszowe misie kontra jednorożce – to wszystko. I piszę jak najbardziej poważnie. Słodkie, urocze, pluszowe misie trenują tutaj na żołnierzy, są upokarzani, ze łzami w oczach dają z siebie wszystko, byle tylko dać radę podczas Świętej Wojny przeciw jednorożcom. Wszystko tylko dlatego, żeby dowódcy mieli kim rządzić, będąc samemu cały czas bezpiecznymi i opływającymi w luksusy. Wszystko dlatego, że bohaterom wmówiono posłuszeństwo i potrzebę wyższego celu. Pluszowe misie dodatkowo podkreślają niewinność osób trafiających na pole walki, zmuszonych do bicia się na śmierć i życie. Temat wojny z czymś tak niezwykłym jak jednorożce podkreśla jeszcze bardziej bezsens wojen jako takich. A animacja pozwala na pokazywanie stłuczeń, przebijania na wylot, ran ciętych, rozrywania, miażdżenia – to wszystko jest w końcu na niby, prawda?

Jak większość współczesnych produkcji, Unicorn Wars jedzie na pomyśle wyjściowym przez większość czasu trwania, bez rozwijania go lub zgłębiania. W zasadzie przez jakieś 2/3 filmu ten próbuje różnych rzeczy, zanim znajdzie swój finał, ale tutaj akurat to wystarcza – poczucie surrealności przebywania w tym świecie utrzymuje się cały czas, więc nadal intryguje i angażuje do oglądania, chociaż to będzie jednorazowa podróż. Może poza ostatnią trzecią produkcji, która nagle staje się… Spektaklem. Tylko tyle chcę wam zdradzić. Większość mojego pewnego zachwytu nad tą produkcją bierze się wyłącznie z tych ostatnich 30 minut. Wcześniej bardziej byłem gotów doceniać, ale po obejrzeniu do końca jestem autentycznie zachwycony. Wtedy pierwszy raz twórcy idą na całość, ryzykują, pozwalają bohaterom na błędy i płacenie za to. Horror, horror! Zobaczcie to koniecznie!

Film kończy się chaosem, z którego rodzi się człowiek – i ten epilog jest jedyną słabą rzeczą w całym filmie. Wiem, że ignorancka nienawiść do ludzkości jest modna, ale pomijając wszystko inne: jak to się ma do filmu? Do jego antywojennej wymowy? W imię czego ona w takim razie jest?

2/5

24 godziny ("En los márgenes")

Obejrzałem 29 listopada | premiera 5 września | Canal+

Jedno z tych kin zaangażowanych, które mają blade pojęcie o czymkolwiek. Tutaj o eksmisji w Hiszpanii.

Przedstawiciel hyper-link cinema, czyli kilku wątków dziejących się jednocześnie, przeplatających się i w niewielkim okresie czasu. Pomoc socjalna pomagająca komuś, kto może stracić dziecko, ktoś nie odbiera telefonu od matki, ktoś może być eksmitowany. Niby jest tutaj wrażenie przyziemności i skupiania się na problemach maluczkich, tylko zrobiono to słabo. Z całości bije wrażenie bycia tworem ludzi, którzy zasłyszeli o tym, że taki problem istnieje – i to im wystarczyło. Nie ma tutaj analizy, wiedzy o tym wszystkim, szczegółów. To tylko nagłówkowa produkcja – nawet raz dosłownie leci fragment audycji w radio o rekordowych zyskach spółek energetycznych. To wszystko. Przekaz jest jasny: „bogaci się bogacą kosztem biednych ledwo łączących koniec z końcem”, ale zrozumienia tutaj za grosz, bo… krzyczenie na ulicy wygląda fajnie? Nie wiem.

Twórcy rozbijają się najmocniej na szczegółach. Kobieta wystawia mężowi walizkę na ulicę w środku nocy. I ta walizka jest tam jeszcze do czasu, aż on wróci. Nie pod drzwiami na klatce schodowej, na ulicy. Albo szczęśliwy zwrot w finale, gdy kobieta przez balkon wygląda i widzi, że jadą ją eksmitować… Ale ostatecznie ogarnia, że pod jej blokiem jest cały tłum protestujących, będą jej bronić! Po prostu wygląda ze złego balkonu! xD Odklejenie twórców jest często zabawne w tym filmie. I oczywiście, że będzie czyjeś samobójstwo, takie śliczne. Poetyckie wysypanie tabletek na obrus, eleganckie nalanie wody do szklanki, muzyczka w punkt… Żaden człowiek tak nigdy nie zrobił, ale co twórców obchodzą ludzie? W sensie tak naprawdę: co ich obchodzą?

A tak w ogóle, to czy w Hiszpanii nie ma prawa tzw. dzikiego lokatora? Ten film twierdzi, że obecnie ma tam miejsce sto eksmisji dziennie. Dziwne jak na kraj z jedną z najdłużej istniejących komunistycznych partii politycznych w Europie.

1/5

Jezioro słone

Obejrzałem 29 listopada | premiera wrzesień '22 | Canal+

Leciałbyś na mnie gdybym nie była twoją matką?”

Trudne relacje międzyludzkie w rękach rodzimych filmowców kończą się na stworzeniu postaci, które powinny trafić do psychiatryka w maksymalnie dwudziestej minucie. Wszystko trzeba wyolbrzymić, przerysować, podkreślić, rozszerzyć, aby jak najszybciej utracić wiarygodność oraz człowieczeństwo. A i tak być przeświadczonym, że kręci się o ludziach – w Polskim kinie więc stabilnie. Starzejące się małżeństwo decyduje się na separację z powodu tego, że ona drze ryj (w sensie, to naprawdę ma miejsce w filmie). On wyjeżdża, ona zostaje z wolną chatą w okresie wakacyjnym i zaczyna odżywać – tak, jak to rozumieją polscy filmowcy. Instagram, wmawianie sobie jaką to jest się atrakcyjną osobą, romans z niewydarzonym typem, próbowanie nowych rzeczy i gadanie samych głupot. Można by podejrzewać ten film o ambicje liberalizowania starszych pokoleń, że oni też chcą wolnej miłości, gdyby nie zakończenie, gdzie mąż bierze babę za rękę, ciągnie nad jezioro i mówi: „Patrz, jak zajebiście”. I są razem. The End. Twórcom w Polsce o nic tak naprawdę nie chodzi, robią filmy przez przypadek.

Wszystko to jeszcze nie brzmi szczególnie źle, tylko cały czas oglądamy kino w stylu: Patryk Vega robi Kobietę w oknie, tylko tak naprawdę pan Vega jest na to za dobry. U niego człowiek może się chociaż pośmiać, a takie Jezioro… jest niby idiotyczne, ale jednak tak żal z tego kpić. Może to przesyt, że jest tego naprawdę dużo w rodzimym kinie, a może coś we mnie umarło, gdy usłyszałem „Leciałbyś na mnie gdybym nie była twoją matką?”. I potem mu cycki pokazała. Dlaczego, jak się chce opowiadać o ludziach, to trzeba opowiadać o tych z najbardziej niedojrzałymi i kretyńskimi problemami, które wynikają głównie z braku akceptacji rzeczywistości?

Przespałeś się z nią?
– W dupę. Nie wiem, czy się liczy.

5/5

Syberiada ("Siberiade", 1979)

Obejrzałem 23 listopada

Konczałowski okazuje się Kusturicą przed Kusturicą. Trzy godziny jugosłowiańskiej energii na Syberii.
 
Przede wszystkim komedia przygodowa z elementami bardziej tragicznymi – losy ludzi mieszkających na Syberii na przestrzeni XX wieku. Krótkie segmenty dzielone materiałami. Po prostu materiałami. Fragmentami filmów, kronik, może po prostu impresjami reżysera. Życie wsi, życie dzieci, życie w kontekście XX wieku w Związku Radzieckim, w Rosji, w ZSRR, zmian społecznych, ludzkich, technologicznych, wojny i wojen, konfliktów jako takich. Tak jakby reżyser starał się w tym wszystkim znaleźć wspólny, ludzki element i go wydobyć na powierzchnię, by przy każdej okazji o nim przypominać. Wszystko dzieje się bardzo daleko od wszystkiego, nie odnosi się bezpośrednio do czegokolwiek, widz to wszystko sobie sam dopowiada, a cel jest osiągany tak czy inaczej: Rosja jest piękna, ludzie dobrze, natura, dom i rodzina są najważniejsze. To ogromny i niezwykły film, ale bardzo prosty u swoich podstaw. Bo życie też jest proste, chociaż nie łatwe.
 
Całość ma ten lekki, humorystyczny ton, często wchodzący w abstrakcję, żeby coś podkreślić. Bardzo mnie to przypomina Kusturicę w okresie Underground, obaj panowie opowiadają w końcu o narodzie, jego duszy i przypominają oraz ostrzegają. Syberiada ma jednak mniejszy rozmach, tzn. nadal oglądałem sekwencje, którym moje oczy nie mogły uwierzyć, ale jednak nie były one jakieś rozległe w swojej skali. A przynajmniej twórca je banalizuje i sprawia, że wyglądają na proste w osiągnięciu. To może być dziecko na golasa siłujące się z psem o swoje ubranie, albo chłop naprawdę wpadający do ogniska i w płomieniach biegnie do pobliskiej rzeki. A jak fabryka ruszyła, to miałem poziom Aż poleje się krew przed oczami, tylko mniej nastawiony na ciężar pracy, a bardziej zachwyt magiczny tym zjawiskiem, że coś takiego jest w ogóle możliwe.
 
I tak mijają te trzy godziny (w moim przypadku 200 minut*), których się obawiałem, ale niepotrzebnie. Tu naprawdę udało się zrobić film dla ludzi, tylko trochę długi. Taki, co jednocześnie przechodzi sito cenzury, a jednak ma wydźwięk buntowniczy: dajcie nam spokój, my sobie żyjemy i wiemy, jak to robić. Później Konopielka zrobi coś podobnego, a to tak jakby jeden segment Syberiady.
 
*Chociaż widuję DROBNE różnice: RYM podaje 275 minut, IMDb 190 minut, Filmweb 4h35min a Weyes Blood gada, że to trwa sześć godzin. https://www.reddit.com/r/weyesblood/comments/13ut6mz/weyes_blood_speaking_to_letterboxd/
4/5

Lombard

Obejrzałem 23 listopada | premiera 4 kwietnia | Canal+

Polska B stara się mieć coś z życia. Odrosty, disco polo i „Coś z tym trzeba zrobić”.
 
Tak samo, jak rzadko oglądamy na ekranie Stany Zjednoczone od strony Minnesoty, tak w sumie prawie nie widać Polski od strony Bytomia, który tutaj został ukazany jako miasto, gdzie tak bardzo nic się nie dzieje, że jak na ulicy rozdają ulotki, to ludzie ją biorą z ekscytacją, bo się będzie działo. Jest to odświeżające, że ta strona rzeczywistości też została ukazana – jak ludzie tam żyją, jakie są ich realia oraz możliwości. Tak po prostu, doceniam to, bo poza tym nie bardzo mam co. Nie porwał mnie ten tytuł swoją historią lub przekazem, jedynie… samym faktem, że istnieje. I reprezentuje coś, czego zazwyczaj nie widzimy. Interakcje takich ludzi ze sobą, zmagania się z prowadzeniem biznesu, a on sam przecież nie przynosi nie wiadomo jakich zysków. Pozwala po prostu… przeżyć. I tyle.
 
Im bardziej myślimy, że Polacy potrzebują być sprowadzeni na ziemię i uzmysłowić sobie, jak wygląda „prawdziwe życie”, to tym bardziej cenny będzie ten tytuł.
5/5

Narzeczona dla księcia ("Princess Bride", 1987)

Obejrzałem 23 listopada | Amazon Prime Video | powtórka

Wciąż sądzę, że to kino uosabia ideał, do jakiego Marvel ze swoimi filmami superbohaterskimi stara się zbliżyć – bo jest tutaj wiele punktów wspólnych. Humor nastawiony na rozładowanie napięcia, albo żarty podczas potyczek. Zamiast walczyć o życie, to gadają sobie z oponentem jednocześnie machając szpadelkiem. Różnica polega oczywiście na tym, że Marvel robi wszystko gorzej przez brak ciężaru, brak powagi. W Narzeczonej dla księcia nadal jest dramatyzm, ludzkie życie leży na szali, a bohaterowie są faktycznymi postaciami. W jakiś sposób Rob Reiner osiąga tutaj mistrzostwo – staroszkolne, ale mistrzostwo. Z nieznanej mnie przyczyny ten człowiek wtedy nie mógł popełnić błędu i za co się wziął, to wychodził mu tytuł wzorowy.
 
Zaczynamy od samej klamry opowieści, czyli faktu, że poznajemy opowieść opowiadaną nam w trakcie, gdy dziadek odwiedza chorego wnuka i czyta mu bajkę. Bajkę, której młody nie chce, ale z ociąganiem się zgadza. Wtedy młodzi pewnie woleliby zobaczyć nowe Aliens, a nie klasyczną baśń o piratach, księżniczkach oraz zemście, więc trzeba było czegoś specjalnego. Czegoś, co nawet dziś pozwala nam zaangażować się w historię, o której doskonale wiemy, że nie jest prawdziwa. Jest w końcu czytana, ale nadal okazuje się angażująca, a my się jej ostatecznie oddajemy. Chcemy sprawiedliwości, chcemy szczęśliwego zakończenia, chcemy dokończyć tę przygodę i poznać jej finał. Ów dziadek z wnukiem wracają wielokrotnie, komentując i omawiając treść fabuły, a jednak to nie przeszkadza, zamiast tego wzbogaca całe doświadczenie. Identyfikowałem się z nimi i czułem bardziej, jakby to mnie członek rodziny opowiadał bajkę.
 
I w końcu jest sama bajka, pełna przygód, akcji i postaci, którym czytelnik/widz kibicuje. Kobieta zostaje księżniczką i zostaje porwana dla okupu, ale do gry włącza się pirat chcący sam porwać Jej Wysokość, przy okazji poznajemy Olbrzyma o miękkim sercu czy wojownika poszukującego zabójcy swojego ojca, któremu poprzysiągł zemstę. I to wszystko działa, oni zapadają w pamięci, a casting był wręcz niewiarygodnie idealny. Po latach ciężko uwierzyć, kogo tutaj oglądamy: Cary Elwes, Robin Wright, Mandy Patinkin, André the Giant, Wallace Shawn, Peter Falk, Fred Savage i cameo Carol Kane oraz Billy’ego Crystala. Walki i ogólnie akcja może i jest trochę za wolna, jak na dzisiejsze standardy, ale jednak o wiele ciekawsza. Najlepszy przykład to pojedynek Westleya z Andre, silnego mężczyzny z olbrzymem! Nawet nie chcę wyobrażać sobie, jakby dzisiaj to zrealizowali, ale wtedy ich pojedynek był w pełni wiarygodny. Byłem w stanie uwierzyć zarówno w to, że walczą na śmierć i życie, albo że Olbrzym nie chce nikomu zrobić krzywdy, jak i fakt, że drobniejszy na bieżąco wymyśla plan i go realizuje. Nie widziałem tutaj choreografii i skyptu, ja mogłem uwierzyć w tę bajkę i twórcy zrobili wszystko, aby mi to umożliwić.
 
Film jest po prostu wypełniony takimi momentami, które człowiek pamięta i potem chce do nich wrócić. Wzór, po prostu wzór, tak się powinno robić takie kino. Sceny, momenty, dialogi, cytaty… Gdy zaczynałem seans, to nie mogłem kupić kultowego: „My name is Inigo Montoya. You killed my father. Prepare to die.”. A gdy na końcu doszło do pojedynku i zaczął powtarzać tę kwestię raz za razem, to miałem dreszcze. Narzeczona dla księcia potrafi być potężnym obrazem, poruszać, wywoływać emocje… No robi wszystko dobrze, co tu mogę dodać. Oglądać, a nie czytać. Znaczy czytać też, w przyszłym roku może znajdę chwilę i wypożyczę.
5/5

Obcy - 8 pasażer Nostromo ("Alien", 1979)

Obejrzałem 23 listopada | Disney+ | powtórka

Nawet wtedy widownia widziała to wiele razy: obca planeta i podróż, która kończy się konfrontacją z nieznanym, śmiertelnym zagrożeniem. Tylko „Obcy” był jedną z pierwszych produkcji, która zrobiła to dobrze. A to „dobrze” oznaczało nie tylko dopracowaną scenografię, powolne tempo czy protagonistkę spędzającą pierwszą połowę filmu w tle, ale te elementy też pomogły. Zawsze będę pamiętać, jak przy powtórce ogromne wrażenie zrobił na mnie opening w wersji reżyserskiej, wyjęty niczym z kina europejskiego: sumienna prezentacja miejsca akcji, powoli zaczynające żyć jeszcze bez ludzi, sama technologia się włącza i miga, by dopiero na końcu zobaczyć bohaterów wybudzających się ze śpiączki. Taka atmosfera, taka praca kamery, od razu wszystko to zwraca na siebie uwagę i pozwala zacząć podejrzewać, że oto oglądamy coś więcej, niż gatunkowe kino do zapomnienia. Będziemy oglądać sztukę.
 
Ten tytuł raz na zawsze udowodnił, że można zrobić logiczny i wiarygodny thriller/horror/slasher z postaciami kompetentnymi w tym, co robią. I ogólnie w życiu. Wszystko potem było po prostu nieakceptowalne. Naprawdę żal mi na myśl, że ten tytuł mógł być zrobiony z mniejszą ilością pomyślunku – chociażby kluczowy moment, gdy Ripley odmawia powrotu na statek ludziom wracającym z wycieczki, bo kwarantanna jest obowiązkowa. Jak to obejść? Oczywiście z udziałem bohaterów działających przynajmniej wtedy bardziej emocjonalnie… Albo rozbudować świat filmu, to też jakieś rozwiązanie. Niech zła korporacja, która wyśle ludzi na tę misję, przewidzi takie okoliczności i wśród członków załogi umieści androida, o którym nikt nie wie, że jest robotem, żeby on wtedy zlekceważył rozkaz przełożonej z uwagi na najważniejsze wytyczne: dostarczenie obcej istoty i już. On więc wpuszcza ludzi, którzy powinni przejść kwarantannę – i gdyby na nią poszli, to obcy nigdy by się nie dostał na statek i wszyscy by żyli. Całość rozwinęła się inaczej, ale w wiarygodny sposób, z szacunkiem dla bohaterów, który dodatkowo rozszerza cały horror tej fabuły. Czym innym w końcu jest przypadkowe natrafienie na tę istotę, a bycie wysłanym tam celowo. Z pełną świadomością, że „tamci” ryzykują twoim życiem…
 
„Obcy” już zawsze będzie zasługiwał na szacunek za to, z jaką powagą podszedł do schematu gatunkowego. Ugruntował fantastyczną opowieść, dał nam postaci, których los nas obchodzi, pozwolił nam porwać się tej emocjonalnej podróży. Jednej z tych, których nie zapomnimy. Człowiek stawia tutaj czoła zagrożeniu z innej planety, przemyślanemu jako istota drapieżna perfekcyjniejsza od człowieka. Kosmos staje się tutaj ratunkiem jak i największym zagrożeniem. Tutaj przegrać i wygrać można tylko własne życie, nic więcej. Żadnej chwały poza tą, którą postaci otrzymają od widzów. Shaft, Laurie Strode i Ripley, najwięksi bohaterowie kina akcji lat 70., a napakowani męskością twardziele dopiero mieli nadejść. Był już co prawda Rocky, ale on startował bardziej w tej samej kategorii, co Randle Patrick McMurphy.
 
Jeśli miałbym zastrzeżenia, to tylko wobec zakończenia, które jest mocno w stylu: „koniec części pierwszej”, a nie zamknięcie samodzielnego filmu.
2/5

Na chwilę, na zawsze

Obejrzałem 10 listopada | premiera 15 lipca | Canal+

Próbuje być o czymś wymyślając za każdym razem wszystko z głowy, a nie rzeczywistości. Obojętny.
 
Standardowo: polscy twórcy mają problem z przekazaniem podstawowych informacji, gdy coś się dzieje, więc dzieje się tylko na początku, a potem film głównie trwa. Do momentu, aż zmieni wątek, bo poprzedni to w sumie nieistotny był. I tak dwa razy. I mamy koniec filmu. Zaczynamy od koncertu i młodej gwiazdy, która z powodów nie zawartych w samym filmie (opis podpowiada, że chodzi o presję) trafia do miejsca, gdzie ludzie mają chyba terapię czy coś, trudno powiedzieć co tam robi, ale z całą pewnością tam jest. Nie można powiedzieć, czemu czuła ową presję, co było trudnego w jej pracy, czemu jej śpiewanie ludziom się podobało i w sumie co się stało po tym, jak wsiadła do auta. Wiemy tylko że była pijana i wysiadła z niego, a po chwili widać, że zapewne w kogoś wjechała. Czy komuś coś się stało? Czy to była wina bohaterki? To za dużo pytań. W każdym razie jest teraz tam, w tym zakładzie, gdzie pije i jest w towarzystwie ludzi, którzy grają w kółko jedną piosenkę Iggy’ego Popa, a jej dają z jakiegoś powodu do grania trójkąt. Nic z tego nie rozumiem.
 
Teoretycznie ta część filmu jest ukazaniem negatywnego wpływu, jaki ma showbiznes na młode gwiazdy, na podstawie doświadczeń człowieka, który dawno temu obejrzał o tym kilka kiepskich filmów i taką przedestylowaną, uproszczoną, nijaką, niewiarygodną i obojętną wizję mamy przyjemność oglądać przez jakiś czas. A potem to w sumie zaczyna być film o tym, że ona poznała tam alkoholika, który zaraz umrze, więc to będzie lepszy wątek, na którym możemy zakończyć. Bo będzie mocniejszy czy coś. Ogólnie polscy twórcy nie mają pojęcia o czym kręcą, a ja już jestem zbyt otępiały od oglądania słabych filmów, żeby mnie to nawet uwierało. Obraz terapii, zakładu, alkoholizmu, stresu, presji czy pracy w zawodzie był mi po prostu obojętny. Jest byle być, by film mógł o sobie myśleć, że jest ważny – albo z jakiegoś innego powodu, który widza w ogóle nie interesuje.
 
Finał to kuriozum. Chyba już to dziś pisałem? W każdym razie – do tej pory myślałem, że tylko sceny tańca są bez sensu, ale najwidoczniej ich odpowiednikiem jest wstawienie rzewnej piosenki pod zlepek ujęć, które nic nie mówią. Tutaj oglądamy, jak chory człowiek wychodzi z kroplówką ze szpitala na ulicę w deszczu. A bohatera stoi w polu i patrzy w dystans. A potem wsiada z uśmiechem do samochodu i odjeżdża. I koniec filmu. Wiecie, który z wątków został tutaj zakończony? Bo ja nie. Wszystko zostało urwane i tyle. Jak to niby wyglądało na poziomie scenariusza? Kto to klepnął i zatwierdził do produkcji? Czy autor powiedział, że pies mu zjadł ostatnie strony i producent to kupił?
 
Na plus aktorzy, głównie w epizodach i drugim planie. Główna bohaterka wydaje się sympatyczna i ma potencjał w innych filmach, nawet faktycznie śpiewa, gdy nie nakładają jej filtrów na potrzeby koncertów. Brak powodu, aby to oglądać.
1/5

Kundel

Obejrzałem 10 listopada | premiera 3 października | Canal+

Wyciskacz łez po polsku, czyli prawie brak cech wyciskacza łez
 
Stary, bezdomny i bezrobotny człowiek dowiaduje się, że rany na nodze to trzeba opracowywać, a nie zawijać w szmatę i „jakoś to będzie”. Ma psa, którego znalazł w lesie przywiązanego do drzewa dawno temu, więc teraz łazi po rodzinie i szuka kogoś, kto się zaopiekuje czworonogiem, gdy nasz bohater szykuje się na śmierć od utykania. Całość jest czarno-biała (tzn. chyba włączyli w post-produkcji filtr, a nie, że kręcili czarno-biały), w tle gra smętne pianino na pętli, a bohater łazi w czystej koszulce lepszej od mojej i jęczy, że jest stary i nikt mu psa nie chce zabrać, bo ten jest stary i chory, chociaż każdy mu mówi: „Weź się człowieku, to twoja odpowiedzialność, ja nie mam czasu/u mnie nie mogę trzymać zwierząt, bo wyląduję pod mostem”. Dodatkowo odwiedza rodzinę, którą porzucił dawno temu i jeszcze im zostawił długi, więc… teoretycznie jest tutaj wszystko, co powinno charakteryzować wyciskacz łez, ale bez żadnego elementu, który te łzy mógł wycisnąć. Gdyby mój ojciec nagle się pojawił w moim życiu i dał mi psa mówiąc: „Weź go, bo umieram, a on jest stary i też zaraz umrze”, to bym go przerobił na karmę dla psa. I psa nakarmił. A potem wziął go do weterynarza, opłacił wszystko i strzelił sobie w łeb, zanim pies umrze, bo bym nie mógł dalej żyć. A mój ojciec nie zostawił mi nawet długów. Jak taka postać może wyciskać łzy? Nie ma w niej nic szlachetnego, nic tragicznego. To melepeta, który pracował całe życie z całych sił, aby skończyć, jak skończył. Jak go siostrzenica zabrała na kawę i kelnerka zapytała, czy dać wody psu, to ten tylko zażartował: „Pani, on z kałuży się już napił, czystej to nie tknie”. Nie ma w nim nic, czego można było żałować – nie licząc mikro szantaży emocjonalnych, bo takich dużych szantaży nie ma. I nie wiem w sumie, czy to dobrze, czy źle, że się twórcom nawet nie chciało pójść w finał, gdzie bezdomny dusi psa poduszkę, a potem sam skacze z mostu czy coś.
 
Żeby było zabawniej, twórcy nie mają pojęcia w zasadzie o czymkolwiek. O robieniu filmów przede wszystkim (nic się tutaj nie dzieje, a jednak trwa to prawie dwie godziny, dialogi wleką się w nieskończoność, aktorzy grają jakby sami nie wiedzieli, co mają robić), ale tak ogólnie też. Lekarz odmawiający założenia opatrunku, bo on coś tam, a potem i tak go zmienia gołymi rękami. I przeczesuje tymi rękami włosy.
 
Moja rada: wystarczyłaby historia bezdomnego, który znajduje w lesie porzuconego psa i stara się mu znaleźć dom, bo on jako bezdomny nie może mu nic zapewnić. To wszystko. To oraz jakaś wiedza o świecie, na którym żyjemy i mielibyście materiał na współczesnego Chaplina połączonego z De Sicą. W Gdyni wygrałoby dziesięć konkursów głównych pod rząd.
 
Highlight: scena umawiania się na opatrunek. Doktor wychodzi na sekundę, ale wraca, bo kończy za godzinę i gdzieś założymy opatrunek. Więc bohater idzie na ławeczkę i czeka, a dopiero w następnej scenie zakładają opatrunek. Czemu takie zwlekanie? Czemu doktor wychodzi na sekundę, żeby akurat go bohater zaczepił, skoro i tak nie skończył pracy? Czemu tak przedłużać, zamiast od razu przejść do rzeczy? To taki mały detal, który nawet w montażu dałoby radę naprawić i przyspieszyć, nadać trochę dynamizmu, ale nie, trzeba dodać zbędną pauzę. I tak przez cały film. To spokojnie mógł być średni metraż. A może nawet krótki, a nie ponad 100 minut do cholery.
3/5

Zakazany owoc ("God Forbid")

Obejrzałem 4 listopada | premiera 27 października '22 | Disney+

Plotkarski dokument o kimś, kogo widownia kojarzy, bo był nakryty z otwartym rozporkiem, a wcześniej przedstawiano go jako wzór moralny.
 
Historia młodego człowieka, który uprawiał seks i inny chłop na niego patrzył. W każdym razie, ten drugi chłop był kimś ważnym. Tak naprawdę to historia o tym, że Donald Trump został prezydentem, a chłop, który go popierał, był hipokrytą, zboczeńcem oraz bezwzględnym tyranem będącym ponad prawem. Dla przykładu właśnie brał niewinnego chłopaka, dawał mu swoją żonę do ruchania i masturbował się oglądając ten akt, a potem traktował chłopaka jak swoją własność. Na szczęście był też głupi i sam dał dowody na swoją winę, więc chłopak ostatecznie triumfuje. Może to i zagmatwane, ale najważniejsze, że Trump to zły prezydent.
 
Twórcy nie starają się stworzyć nic uniwersalnego, co da się oglądać za parę lat lub w innym kraju – to tytuł hermetyczny, wyprodukowany tylko i wyłącznie dla tych, co znają tych ludzi i pokazuje im ich prawdziwe oblicze. Cała reszta z nas nie jest zaangażowana w tę historię i autorzy nie robią nic, aby zaczęli być zaangażowani. Nie ma tutaj analizy, jak takie stowarzyszenia osiągają potęgę, jak systemy ekonomiczne i filozoficzne wspierają taki rozwój wypadków, nie ma tutaj analizy współczesności. To tylko plotkarski dokument o kimś, kogo widownia kojarzy, bo był nakryty z otwartym rozporkiem, a wcześniej przedstawiano go jako wzór moralny. Na samym końcu dopiero próbują ścisnąć masę punktów pod względem których ten tytuł mógł rozwinąć skrzydła: jako komentarz o religii, o zasadności rozdziału państwa od religii, o wolności słowa i całej masie innych rzeczy. Nie stał się żadną z nich.
1/5

Miłość na pierwszą stronę

Obejrzałem 4 listopada | premiera 7 października '22 | Canal+

Chyba jedyne dress-porn w polskim kinie tamtego roku, więc chociaż… wyróżnienie. Słowo na dziś: „Cipciu”.
 
To akurat obraz, o którym mogę nawet napisać coś wyróżniającego. Tak, jest głupi poza możliwości pojęcia, ale obok tego dostajemy chociaż momenty, w których twórcy myśleli o widowni. Wiecie, żeby coś im dać, jak właśnie dress porn, albo pokazywanie balu jako wyjątkowego przeżycia, gdzie wszyscy patrzą na bohaterkę, gdy ta tylko wchodzi do pomieszczenia, a gdy taniec się kończy, to z sufitu spadają balony. A gdy protagonistka zaczyna pracę, to następuje montaż niczym z filmu sportowego. Więcej tu fantazji niż w innych polskich filmach, trzeba to oddać.
 
Tylko tak, to nadal głupi film. Ot, babka zakochuje się na ulicy w typie, ale ma męża. Na szczęście mąż akurat ją zdradza, więc może teraz zacząć myśleć o nowym związku – a typ jest oczywiście synem pani prezydent (tutaj nazywanej prezydentą). I coś tam, coś tam, ona pracuje z jakiegoś powodu jako paparazzi (tutaj nazywanych paparuch) i śledzi tego syna, który ma narzeczoną w tabloidach i ją zostawia, więc ona nie jest z tego zadowolona i chce uprzykrzyć życie następnej, coś tam, coś tam, oj tam oj tam, syn prezydenta i paparucha są razem, koniec.
 
Te wszystkie schematy mogą męczyć i nudzić, ale nie ma tu nic frustrującego, tyle mogę obiecać. Co najwyżej jest mi żal, bo twórcy byli na dobrym tropie i mogli zrobić coś udanego, tylko zabrakło im podstawowych umiejętności, to wszystko. Jak na przykład zdania sobie sprawy, że fantazja filmu działałaby dopiero wtedy, gdyby ten był osadzony chociaż częściowo w rzeczywistości, a tak – tradycyjnie dla złego polskiego kina – nie jest. Przynajmniej tutaj wizja świata wypełniona jest dziecinnością oraz naiwnością, zamiast pogardą oraz nienawiścią dla gatunku ludzkiego, jak to jest w innych polskich produkcjach gorszego sortu. Pani prezydent wygłasza przemówienie, że wybudowała przedszkola, a pani fotograf cieszy się robiąc zdjęcia pijanym politykom, bo ci w końcu będą odpowiadać za swoje czyny. I to wszystko nie jest żartem, to jak najbardziej na poważnie. Reakcją na film jest pobłażliwy uśmiech. Pani reżyser może i ma z cztery dekady za dużo na karku, by tak opowiadać, ale chciała dobrze. Chyba.