BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

Maybourne, you are an idiot every day of the week. Why couldn’t you have just taken one day off?
Stargate SG-1, 3×14

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 5 z 5

Złodziejski trakt ("Thieves' Highway", 1949)

22 sierpnia

Zaczynając seans byłem gotowy napisać coś w stylu: czyli to jest oryginalna Cena strachu? I jest szansa, że twórcy Ceny… mogli się inspirować tym obrazem, gdzie syn wraca do rodziny i dowiaduje się o sytuacji swojego ojca: został oszukany podczas handlu i już nigdy nie będzie chodził, jego nogi nie działają. Syn rusza więc odzyskać ciężarówkę i pieniądze papy, a kończy na braniu udziału w transporcie jabłek, aby zarobić i stawić czoła człowiekowi, który zniszczył życie jego ojcu.

Do mniej więcej trzydziestej minuty jest to film naprawdę osiągający swój cel – czułem, że jeszcze nie widziałem tak uczciwego obrazu społeczności przestępczej, co tutaj: na każdym kroku trzeba uważać, bo każdy chce cię oszukać, wykorzystać, okłamują cię, manipulują, stosują wszelkie sztuczki, byle tylko… No właśnie, każdy grosz się liczy. Jest to wyczerpujące psychicznie i człowiek ma wrażenie, że długo by nie dał rady wytrzymać w takim świecie. Nie ma tutaj honoru, dotrzymania słowa, umowy, czegokolwiek. Na każdym kroku może człowiek się potknąć i z każdej strony każdy to wykorzysta. To nie mafia, to nie przestępczość zorganizowana – w sumie w ogóle nie mówimy o przestępcach. Mówimy o cwaniakach, krętaczach, osobach robiących wszystko, aby wycyganić kogoś, naciągnąć, ale jeśli chodzi o łamanie prawa i działanie nielegalne, siłą… To do tego się nie posuną. Wspomogą się, zniszczą oponę w twoim pojeździe na przykład, ale poza tym – hej, czasy są ciężkie i każdy robi, co może.

Dlatego scena w 30 minucie tak mocno chwyta widza, kiedy następuje ten akt dobroci. Kiedy ktoś pomaga bohaterowi tylko dlatego, że mógł i powinien pomóc. Później widz, szczególnie współczesny, mógłby zacząć spodziewać się wprowadzenia bardziej brutalniejszych środków, ale tak jednak nie jest – manipulacja, grożenie, kombinowanie nadal jest, ale właśnie: to wszystko. Pytanie tylko, czy to jest faktyczna wina filmu, czy też widz nie jest przyzwyczajony do takich historii. Jules Dassin wyraźnie starał się trzymać na poziomie „nie-przestępczym”, postaci na ekranie wykorzystują się jedynie nawzajem, ale nikt przemocą nikogo do niczego nie zmusza. Przynajmniej nie otwarcie. I na tym może polegać siła tego obrazu, ale jednocześnie może wydawać się to wszystko zbyt grzeczne. Współcześnie twórcy mogliby mieć mniejsze opory, co nie koniecznie byłoby… Wiarygodne. Obraz Dassina ma swoje braki w wiarygodności – sam opis wstępu do fabuły ciężko mi przeszedł przez palce, ale ta historia naprawdę się w ten sposób zaczyna. Naciągane? Tak, ale udało się sprawić, żeby ta historia działała. Wykorzystano umowność gatunkową do stworzenia szorstkiego, bezlitosnego świata, który przytłacza. Twórcy odeszli tutaj od romantyzowania świata przestępczego jak tylko się da – nie ma tu na kogo liczyć poza samym sobą. I człowiek szybko zaczyna być świadomy swoich słabości, które ktoś może wykorzystać.

W trakcie oglądania zakładałem, że wtedy nie mogli pokazać brutalności i dlatego z niej zrezygnowali. Na następny dzień myślę, że celowo chcieli sobie poradzić bez niej, ale faktem jest: nie mieli zbyt dużego wyboru. Dlatego tak bardzo uderza jeden z finałowych momentów, w którym są płomienie – natychmiast miałem świadomość, jakie wtedy, wiele dekad temu, trzeba było mieć jaja, aby coś takiego umieścić na ekranie. Byłem pod ogromnym wrażeniem, że poszli aż tak daleko – i pokazali, że umieją być brutalni, ale kiedy chodzi o ukazanie konsekwencji decyzji życiowych. O to tak naprawdę chodzi w tym filmie – wiesz, w co się pakujesz, ale to robisz… Dlaczego? https://garretreza.pl/jules-dassin/

Ocena 5 z 5

Wielki zegar ("The Big Clock", 1948)

22 sierpnia

Dowiedziałem się o tym filmie z poniższego filmiku na YouTubie i podpisuję się rok później pod wszystkim, co zostało tam powiedziane. Z wyjątkiem może tego, że John Farrow nie jest „nikim” – jest ojcem Mii Farrow. A jego żona – i mama Mii – gra tutaj drugoplanową rolę żony protagonisty. Wracając: Wielki zegar to fantastyczny kryminał i thriller na poziomie fabuły jak i rzemiosła filmowego. I coś czuję, że przy powtórce będzie jeszcze lepiej, kiedy już będę mógł docenić wszelkie przygotowania do właściwej części filmu. Tak, tutaj wszystko będzie istotne, chociaż na takie się nie zapowiada. George Stroud pracuje w gazecie należącej do Earl Janoth, potężnego i bezlitosnego człowieka, który liczy się z Georgem tylko dlatego, że ten jest wyjątkowo dobry w swojej pracy. George jest w stanie postawić się w końcu swojemu szefowi, gdy jedzie na urlop i nic go od tego nie odciągnie, więc jest mu obiecane nie tylko stracenie pracy, ale brak możliwości bycia zaangażowanym gdziekolwiek indziej w kraju. A widz w to wierzy. Wierzy, że Janoth jest aż tak potężny. Wierzy, że George jest aż tak inteligentny i skuteczny, że stanowi wartość dla pracodawcy.

I to jest w sumie tyle, ile jest w stanie wam przedstawić, ponieważ konstrukcja oraz kierunek fabuły robi ogromne wrażenie. Jak dużo tutaj się dzieje jednocześnie i kończymy oglądając trzy różne historie prowadzone jednocześnie? I to wszystko ma niebywale satysfakcjonujący punkt kulminacyjny?! W ciągu zaledwie półtorej godziny? To trzeba zobaczyć samemu, nie ma innej opcji. Fani czarno-białych thrillerów, gdzie protagonista próbuje udowodnić swoją niewinność z pozycji bezlitośnie beznadziejnej, muszą to koniecznie zobaczyć.

Mógłbym przyczepiać się do różnych detali, ponieważ nie jest to idealny film. Charles Laughton gra trochę zbyt karykaturalnie, Maureen O’Sullivan (nie Margaret Sullavan ze „Sklepu na rogu”) gra po prostu żonę, samicę i scenariusz nic więcej od niej nie wymaga, scenarzysta zresztą parę razy ułatwi sobie robotę tu i tam po prostu pisząc scenę w stylu: George idzie kupić obraz, po którym później będą mogli go znaleźć. A niech jeszcze spotka wtedy autorkę samego obrazu, czemu nie? Zamykanie filmu na powrocie żartu z szukaniem czwartego męża też nie jest szczególnie… Przemawiające. Poza tym – to jest prawdziwie fenomenalny obraz, który jednak nie stał się klasykiem, więc jakiś większy powód musi być. Nie jestem w stanie jednak nawet zacząć podejrzewać, jaki on może być. Wielki zegar należy zobaczyć. Koniecznie.

Plus – to chyba pierwszy film, który dzieje się w moje urodziny. https://garretreza.pl/wielki-zegar/

Ocena 2 z 5

Boudu z wód wyratowany ("Boudu sauvé des eaux", 1932)

21 sierpnia

Jean Renoir jest jednym z tych ponadczasowych mistrzów kina, przy którego filmach muszę sobie przypominać: to jest stare, wtedy były inne czasy, jak na swoje czasy to na poziomie treści wtedy było coś, więc dzisiaj to też jest… czymś. Czy umie realizować ujęcia, które do dzisiaj powinny być studiowane w szkołach? Tak. Czy umie zagospodarować i wykorzystać kadr niczym najwięksi mistrzowie reżyserii? Tak. Czy na poziomie treści jego film mnie stracił w ciągu kilku minut? Tak. To, co tutaj zobaczyłem, było jak z poprzedniej generacji ludzkości, jeśli można by porównać ludzkość do konsol. Bezdomny podchodzi do policjanta i potrzebuje pomocy, żeby znaleźć psa – mundurowy karze mu wypierdalać. Na tym samym ujęciu (!!!) bezdomny odchodzi i wchodzi paniusia z klasy wyższej i rozpacza, że zgubiła pieska i psy od razu się organizują, żeby czworonoga znaleźć.

Czy możemy się dogadać, że takie rzeczy od dekad są dnem? Nie ma nic niższego niż taka „satyra”. Jedyne, na co mogę przystać, to że w 1932 roku takie rzeczy jeszcze nie były całkowicie traktowaniem widza jak idioty – chociaż nawet na to ciężko mi przystać. W 1932 roku premierę miał „Nowy wspaniały świat” i trzeba by serio nienawidzić kina, aby wybaczać mu taki dysonans względem literatury.

Zakres „satyry” jest kontynuowany: bezdomny skacze z mostu, bogaty leci go ratować. Zbiera się tłum wyrażający zainteresowanie tym wydarzeniem tylko z dwóch powodów: heroicznego czynu oraz faktu, że ratujący jest z „ich klasy”. Gdyby bezdomny ratował bezdomnego, to nikogo by tam nie było. Nikogo nie interesuje ratowanie życia ludzkiego. Czuć ramiona otaczające oglądającego, czuć wstrząsy, gdy próbuje przez ekran potrząsnąć widzem upewniając się jak tylko może, że ten załapał. Że dotarło.

Ogólny zamysł zarysu fabularnego mógłby się udać – bogaty próbuje „nawrócić” biednego poprzez wprowadzenie go do elity, ale biedny ma inne wartości i lekceważy sobie starania, dzięki czemu rodzi się chaos i rozgardiasz, a na końcu ich drogi się rozchodzą: biedny w szczęściu, bogaty w niezadowoleniu. Reżyser zmienia zakończenie względem sztuki, aby było jeszcze bardziej bezwzględne – w oryginale wszystko miało mieć szczęśliwy finał. Szczegóły są nawet brutalniejsze, ponieważ bezdomny nawet gwałci na ekranie służącą bodaj, tylko jest to pokazane tak, że bez Wikipedii nie ogarniecie, że tam doszło do gwałtu. Ogólnie: mająca potencjał satyra na odklejoną elitę. Wszystko to zmarnowane przez łopatologiczność, brak humoru, obraz biedoty i reszty warstw społeczeństwa, braki umiejętności narracyjnej, wolne tempo – które zresztą niewiele by zmieniło, gdyby było żwawsze, ponieważ od piątej minuty wiemy, co się wydarzy później, nie ma żadnych wydarzeń próbujących zmienić bieg historii, więc tylko czekamy do końca tego wlokącego się półtoragodzinnego filmu, aż zobaczymy spodziewamy finał. Którego nie dostajemy, bo reżyser akurat tutaj wykazał się kreatywnością, więc… Niech będzie, że plus. Mógłbym dać nawet jedną gwiazdkę wyżej, ale… Mam już dosyć. Mam wrażenie, że dawałem tę gwiazdkę więcej temu reżyserowi już co najmniej kilka razy. https://garretreza.pl/jean-renoir/

Ocena 3.5 z 5

PRZECZYTAŁEM

Hermann Hesse – Wilk stepowy, 1927

20 sierpnia

Jeśli czytałbym to kiedyś, na innym etapie życia, to mógłbym odnieść wrażenie odnalezienia samego siebie na stronach książki. Jest tutaj bohater ze zbiorem cech oraz sprzecznościami, wszystko jest romantyzowane i opisywane jako „niezrozumiałe”, odnosząc się do wielu uczuć, jakie się ma wobec społeczeństwa, na dodatek zyskuje wyrozumiałość czytelnika, aby ten wypełnić powieść własnym… Głosem. I był przekonany, że ów głos już tam był, że znajduje tutaj… znajomość.

A tymczasem – Wilk stepowy ma 250 stron, z czego pierwsze 100 to czytanie jak bohater czyta broszurę na swój temat i zgadza się z częścią, a z częścią nie do końca; następne 100 stron to bohater spotykający Manic Pixie Dream Girl, a ostatnie 50 stron to psychodeliczny sen, gdzie autor próbuje dołączyć do książki m.in. konsekwencje udziału narodu w pierwszej wojnie światowej. Ogólnie dużo tam jest napchane – i kolejne słowa tyczą się już całości – co jest fajne samo w sobie, ale nie jako nośnik idei. Jako lektura o człowieku ma swoje plusy i minusy, ale jeśli autor naprawdę próbował tutaj zdiagnozować i nazwać nurt w społeczeństwie, to przestrzelił się mocno. Głównie dlatego, że jego protagonista jest najprawdopodobniej chory psychicznie, a nie że jest jakimś wilkiem. Autor argumentuje we wstępie, że opisuje tragizm ludzi urodzonych w złej epoce, szukając tutaj wytłumaczenia tego, że bohater jest odseparowany, nieszczęśliwy, niezrozumiały oraz niezdolny do zmiany. Gdy próbowałem się faktycznie w to wszystko wczytać, to nie znalazłem tutaj zrozumienia – jedynie fantazję na temat takich indywidualistów powstałą z obserwacji. Z boku. Zakończone tym fantastycznym epizodem, gdzie jednak autor decyduje się nagle upchać bardzo dużo, bez faktycznego przemyślenia tego wszystkiego, czy to się spina i czy jest to zasadne.

Propozycja interesująca. Mogąca przemawiać do młodych osób, które też nigdy nie były nauczone zrozumienia samych siebie, nie mających ku temu żadnych narzędzi, bardzo ceniących sobie wszystko, co jawi się jako sprzeczność. Nurt istniejący faktycznie i do dzisiaj – wystarczy znaleźć jakąkolwiek piosenkę na YouTubie mającą parę lat i zawsze się znajdzie tam komentarz w stylu: „Mam 14 lat, moi rówieśnicy słuchają X, a ja wolę taką muzykę” symbolizując oderwanie od kultury popularnej i zagubienie (chociaż na tym etapie to już bardziej dla atencji albo są to boty zwiększające aktywność pod treścią, nie faktyczni ludzie – ale stworzeni na podstawie czegoś, co naprawdę istniało na początku Internetu). Jak widać jednak, nie ma to długoterminowej ważności. Sam język oraz jako lektura – warto, ale ambicje twórcy były dalece wyższe i im nie podołał.

Teraz czuję niepokój odnośnie powrotu do Portretu Doriana Greya. Czy to nadal jest arcydzieło? Czy tylko umiało mi się sprzedać jako takie? https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 1 z 5

Bez granic z Chrisem Hemsworthem - sezon I ("Limitless")

18 sierpnia | Disney+

Daję najniższą ocenę i jest ona kosmicznie zawyżona, gdyż od 16 minuty chciałem dać jeszcze mniej. I potem było tylko gorzej. Formuła na ten program telewizyjny jest prosta: bogaty chłop obawia się, że umrze szybciej przez stres, więc organizują mu plac zabaw, gdzie chodzi na wysokości, pływa w zimnie i uczy się kontrolować stres. Nauka polega tutaj na obserwacji, że jak wsadzicie typowi VR na łeb i karzecie chodzić na wysokości, to będzie się cykać. Więc go popychacie i macie bekę. Albo wiążecie typowi nogi i ręce, a następnie wrzucacie do basenu. I jesteście niezadowoleni, że potrzebuje kilka podejść, żeby przestać się stresować. Uzurpator podszywa się pod psychologa i pierdoli głupoty pseudo-naukowe na poziomie: „Głodówka jest fajna, bo bycie najedzonym jest stosunkowo nowe w historii ludzkości, nasi przodkowie często głodowali”. A w następnym odcinku Thor wspina się po linie. Przez godzinę. Czy wspomniałem, że ten tytuł jest wyjątkowo nudny? W piątym zabierają się za zdrowie psychiczne – te wcześniejsze tematy były w końcu łatwiejsze w samodzielnym przysposobieniu przez widza i były atrakcyjniejsze dla oka, żeby wciągnąć oglądającego, dlatego zdrowie mózgu jest tak późno. A zresztą, pierwszy krok w zdrowiu psychicznym w tym serialu to pojechać do dżungli, żeby się wyciszyć. Nie wiem, czy twórcom starczy wieczności aby przeprosić ludzkość za swoje odklejenie od rzeczywistości. Raczej nie.

Nie dość, że to jest głupie, źle zrobione, banalne i monotonne, to jeszcze na dodatek jest coś wysoce obraźliwego w oglądaniu, jak bogaty chłop z zasobami, masą czasu oraz drużyną ludzi opiekującym się nim na każdym kroku, opowiada jak mu ciężko, gdy przechodzi te testy. Spróbuj głodować cztery dni będąc na etacie. Twórcy przekonują i upewniają widzów raz za razem, że nie mają pojęcia, iż dla widowni te wszystkie testy byłyby fajnymi wakacjami, gdyby tylko im nie tylko wszystko opłacić, ale też zapłacić.

Zawsze dadzą też radę znaleźć jakąś społeczność tubylczą albo innego emeryta, który żyje długo i właśnie dzięki temu, że ćwiczy albo głoduje. Co za przypadek. Ja wam znajdę menela, który pije alkohol od 60 lat i też się ładnie trzyma, zacznijcie jego naśladować – bo w końcu jak coś działa dla jednego człowieka, to zadziała dla wszystkich innych, prawda? Ludzie naśladujący innych w siłowni wiedzą najlepiej, że robiąc to samo osiągają te same rezultaty… I to wszystko tak naprawdę po co? Żeby przypomnieć o braniu zimnego prysznica od czasu do czasu. Bez żadnej faktycznej edukacji, jedynie pseudo-edukacja. Trudne słowa, które widownia słyszy pierwszy raz w życiu i szybko się wyłącza, rozumiejąc tylko ogólne: „to dla mnie dobre”. Bez siły przekazu, żeby faktycznie widownia zaczęła to robić. Najwyżej będą mieć wyrzuty sumienia, że tego nie robią. Tyle.

Ostatni odcinek najbardziej przypomina, że to tytuł od Darrena Aronofskyego (serio) i miałby potencjał na bycie czymś w stylu „The Rehearsal” – Chris Hemsworth obawia się starości, więc pakują go w kostium postarzający, symulujący bycie emerytem, a następnie spędza czas w sztucznym środowisku domu opieki z aktorami wcielającymi się w role innych emerytów. I będą różne ekscesy, w tym zabicie protagonisty. Brzmi jak coś mającego potencjał, co więc poszło nie tak? To samo, co do tej pory – głupota twórców jest nieskończona, więc nie mają pojęcia, co powinni zrobić. Dom starości na ekranie jest szczytem marzeń nawet dla jakiegoś reality show z celebrytami, a co dopiero dla faktycznych emerytów. To nie jest wcale żaden test, to nadal plac zabaw dla bogatego, dużego dziecka, które pogra w ping ponga i będzie się cały czas cieszyć. Symulacja bycia starym? Spróbujcie mu lepiej wsadzić kilka igieł do spodni w okolicy biodra i kazać zejść po schodach i pójść do sklepu.

Niec