BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

I know the law. The law dosen’t know the streets
„Książę miasta / Prince of The City” (1981)

OSTATNIO OGLĄDANE

5/5

Doktor Żywago ("Doctor Zhivago", 1965)

powtórka | obejrzane 22 lutego | Flixclassic

Smutny, piękny film.
 
Dzisiaj fakt Amerykanów robiących adaptację rosyjskiej książki może automatycznie wywoływać negatywne reakcje, ale cóż: sam pisarz wydał pierwotnie powieść we Włoszech, po rosyjsku ukazywała się ona poza Związkiem Radzieckim, gdy autor dostał Nobla, to musiał odmówić i ogólnie „u swoich” miał przekichane za to, co napisał. Podważał w końcu ideały, których nie wolno podważać. Ruscy swoją wersję zrobili dopiero w XXI wieku i nie chcę sprawdzać, jak ona wtedy wyszła. Ta książka była po prostu zakazana, Rosjanie nie mogliby zrobić jej adaptacji z rosyjskimi aktorami. Nie, oni mogli za to trzasnąć siedmiogodzinną adaptację „Wojny i pokoju” dwa lata później. I wolę nie myśleć, skąd wzięli na to pieniążki. A raczej: czyim kosztem.
 
„Doktor Żywago” musiał być zakazany – to pierwsza połowa XX wieku, rewolucja ludowa, Carowie idą do piekła, do władzy dochodzi zwykły człowiek… Tylko w praktyce to wyszło trochę inaczej i bohaterowie tej historii są tego świadkami, pośrednio uczestniczą i ponoszą konsekwencje tych zmian. Nie są politykami ani nikim takim, są po prostu mieszkańcami miast, z których trzeba uciekać. Są pasażerami pociągu, za które trzeba dziękować, że w ogóle jadą i oferują szansę. Są ludźmi na dzikich terenach, wystawionymi na niskie temperatury oraz innych ludzi, którzy są gotowi zabić w samoobronie tego, co jeszcze mają. Te realia uderzają, bo biją one po oczach naszych protagonistów, którzy nie mogą znieść tego, co widzą. Nie mogą jednak nic zrobić. Jeśli zrobią, to będzie tylko gorzej.
 
Oryginalna powieść ma około 600 stron w polskim przekładzie i widać wyraźnie, że nawet te blisko 200 minut ekranowego czasu trwania nie było wystarczające. Widać skróty oraz rezygnację z pewnych fragmentów. Najczęściej potrafi to nawet zrobić wrażenie, przykładowo w scenie spotkania braci. Jak udało się wtedy ścisnąć masę treści potrafi robić wrażenie. Z całą pewnością zostało to, co najważniejsze: tragiczna historia walki o własną rodzinę, byle tylko przetrwać najgorszy okres, a potem… Jakoś to będzie. Żadna inna myśl już nie została w takich czasach. Smutny, piękny film.
 
Highlight: Klaus Kiński i cała podróż pociągiem. Jazda sama w sobie, ale to sprzątanie, tłok, martwe spojrzenia pasażerów, jak odsunęli wejście i musieli wybić dziurę w lodzie, zza którego odsłonił się krajobraz, lokomotywa prująca przez śnieg spod którego nie widać szyn, mijanie spalonej wioski, w której z trudem człowiek wierzy własnym oczom, że są tam wciąż żywi ludzie…
5/5

Błędny ognik ("The Fire Within", 1963)

obejrzane 22 lutego | Flixclassic

Louis Malle rozumie depresję i z całych sił stara się, by widz też ją zrozumiał. Piękna sekwencja przed kawiarnią, zobaczcie koniecznie!
 
Fabularnie jest to historia alkoholika w depresji, który wyszedł z nałogu i… Cóż, prawdopodobnie planuje samobójstwo. Wyrusza jeszcze w podróż po znajomych, zanim targnie się na swój los.
 
Reżyserowi można – dosyć łatwo zresztą – zarzucić nadmierne wciskanie przesłania, że zbyt stara się, aby odbiorcy (oraz postaci w filmie) zrozumieli przesłanie. Miałoby się wtedy rację, to po prostu przegadany film. Jednocześnie jednak intencje są szlachetne, poziom empatii czy wiedzy jest u reżysera wysoki. To nie dzieło aktywisty, ale dojrzałego artysty, który ma temat, jaki musi poruszyć. Samobójstwo tego wymaga, nawet dziś – jak sam zainteresowany myśli o pozbawieniu się życia, co to dla niego znaczy, jak to uzasadnia sam przed sobą. I jak inni na to reagują. Wiele w tym ponadczasowej tragedii. I piękna. Szkoda, że tak jest.
 
Film przede wszystkim urzeka momentami, szczególnie tym podczas sekwencji w kawiarni, o której mogę napisać esej. To taki moment, jakby film nauczył się grać jazz. Finał również uderza swoją bezpośredniością – i tylko tyle mogę powiedzieć, bez zdradzania za dużo. Nie jest to film, który robi wszystko dobrze, ale niektóre elementy robi wyjątkowo dobrze. Poczułem ten dramat. Mnie to wystarczy, mógłbym napisać, gdyby to nie było tak ujmujące klasy tej produkcji. Jestem za nią naprawdę wdzięczny i chcę do niej wrócić.
5/5

Joe (1970)

obejrzane 22 lutego | Flixclassic

Para młodych buntowników, narkomanów, ludzi bez perspektyw – razem w wannie spędzają czas, gdy ich poznajemy. Są symbolem swoich czasów dla ludzi, którzy ich nie znają, ale wiedzą o nich wszystko – i obwiniają ich za wszystko, co jest źle z współczesnością. Kiedyś było lepiej, ludzie byli lepsi, tego typu rzeczy – ale z dużą domieszką agresji oraz nienawiści. Najchętniej to chcieliby, aby ktoś ich pozabijał i wtedy wszystko będzie znowu dobrze ze światem. Cóż, twórcy tego filmu przetestują tę teorię w pewnym sensie. Scenariusz tego filmu jest prawdziwym dziełem sztuki, jeśli chodzi o stawianie przed swoimi bohaterami przeszkód do pokonania, wymuszającymi na nich ciągłego dokonywania wyborów, podejmowanie zmian życiowych, bycia aktywnym. Cała konstrukcja tego skryptu, szczególnie to jak umie porzucać jedne postaci i wprowadzać nowe – nawet dosyć późno w trakcie – jest zachwycające, ale gdy zobaczyłem dwa ostatnie ujęcia, to zacząłem klaskać. Za tak skonstruowany finał należy się po prostu szacunek. To jest jeden z najlepszych scenariuszy w historii, obok takiego Wydziału zabójstw z 1993 roku.
 
Ciężko napisać coś więcej, ponieważ to jest niespodzianka za niespodzianką i trzeba tego doświadczyć osobiście. Nie mogę niestety napisać nic w stylu, że „chwyta za jaja”, ponieważ doświadczamy tego wszystkiego z boku. Losy samych bohaterów były mi w sumie obojętne, ale ich podróż oglądałem z zainteresowaniem i chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Brzmi to jak wada, pewnie dla niektórych może takie być – najmocniejsze strony tego skryptu polegają na czym innym, ale wydaje się, jakby owe „zaangażowanie” nie było jednym z głównych celów reżysera. Mieliśmy być gośćmi w tym świecie, zyskać świadomość, że on istnieje obok nas i zobaczyć, do czego on prowadzi.
 
Sama prezentacja problemów oraz świata nie jest może idealna, brakuje samego brudu lub zwykłego doświadczenia artystycznego, ale nie jest to szczególnym problemem: wiemy, co oglądamy, rozumiemy to, a całość jest wystarczająco świeża i żywa, aby nam nie przeszkadzało, że oglądamy takich hipisów już kolejny raz na ekranie. Najważniejsze, że twórcom udaje się złapać widza, przenieść go do świata hipisów i psychodelicznego rocka, a im bliżej końca, to chwyta za serce. Dramaty rodzą kolejne dramaty i przyjdzie za nie zapłacić. I na koniec naprawdę było mi żal, że ta cena zostaje spłacona.
 
To film, który bierze cząstkę widza ze sobą.
 
PS. Czemu takich scenariuszy już nie ma? Cóż w tym przypadku autor był wyjątkowym ekscentrykiem. Nawet go FBI zgarnęło, bo gadał, że zabije prezydenta. Andy Kauffman wzorował się na nim, tworząc swoją flagową osobistość (m.in Latki z Taxi) i większość z tych kilku skryptów, jakie robił potem (Serpico), robił we współpracy z kimś. I umarł dwie dekady później, mając ponad 70 lat, na atak serca.
5/5

Oliver Twist (1948)

obejrzane 19 lutego | Flixclassic

Angażująca historia dziecka, który zasługuje na lepszy los. Świetnie wygląda ta ekranizacja.
 
Od pierwszych ujęć widz może mieć pewność, że to adaptacja, która miała pomysł na siebie. Twórcy mieli wizję, dzięki czemu udało się stworzyć świetną sekwencję otwierającą bez słowa dialogu: zamiast słuchać, my po prostu czujemy tragedię kobiety idącej przez burzę w stronę samotnego światła, gdzie urodzi swojego syna i umrze. Nie będzie wiadomo, kim ona jest, więc niemowlę dostanie imię losowe i wyjdzie Oliver Twist, bo teraz była kolej, aby nazwać według alfabetu na literę T. Oliver następnie dorasta i będzie tak źle traktowany przez państwowe i religijne instytucje, że uda się w samotną podróż jeszcze jako dziecko, aby szukać szczęścia gdzie indziej. I tam też go nie znajdzie.
 
Atmosfera jest potężna, przedstawiony świat jest wiarygodny oraz zrozumiały. Twórcy robią wiele, abyśmy się czuli jak w butach bohatera, żebyśmy czuli to, co on – i byśmy rozumieli, że jest on niestety tylko jednym z wielu w tej samej sytuacji. Autor dostarcza nam tej lekcji za pomocą przygód i licznych wydarzeń w życiu bohatera, które podbijają dramaturgię. Życie protagonisty cały czas się zmienia i jest to niezmiennie angażujące oraz spójne z całą fabułą. Problemy mają cały czas to samo źródło, Oliver ma cały czas te same braki i z tego samego powodu pakuje się w kłopoty. Finał jest tutaj naprawdę zasłużony i jest wisienką na torcie naprawdę solidnej produkcji, do której będę chciał kiedyś wrócić. Główny aktor nie zrobił potem kariery w zawodzie, ale za to został reżyserem telewizyjnym, pracując chociażby przy „Latającym cyrku…” czy „Hotelu Zacisze”.
 
Już wtedy Lean zdawał się cenić sobie rozmach. Jak po narodzinach niosą niemowlę, to robią to przez trzy piętra – naprawdę widzimy rozmiar tej instytucji. Gdy bohater je przy stole, to najpierw dostajemy długą jazdę wzdłuż stołu i widok na innych biesiadników. Gdy goni go tłum po ulicy, to faktycznie ciągną za nim liczne zastępy ludzi. I tak aż do końcówki, gdy mamy przepiękne ujęcie z góry: na pierwszym planie dziecko na dachu, a w tle masa ludzi na ulicach. Od razu czuć tę wysokość oraz istotność oglądanych wydarzeń. Może nie był to znak firmowy jeszcze, ale reżyser z całą pewnością zdawał sobie sprawę z impaktu masy statystów na ekranie, jaki mają oni na nasz odbiór tego, co oglądamy.
5/5

Córka Ryana ("Ryan's Daughter", 1970)

obejrzane 19 lutego

Jednak wystarczy mi dać ogromną plażę, tłumy ludzi, wielką miłość i mogę to oglądać przez ponad trzy godziny.
 
Przedostatni długi film Leana* – skromny u podstaw, ale wzbogacony o rozmach, skalę, liczne wątki i motywy poboczne. To klasyczny melodramat o ludziach, którzy po śmierci partnerów zdecydowali się spróbować jeszcze raz wejść w związek – wszystko na tle wojny w Irlandii, I wojny światowej i konfliktów każdego z każdym: Brytyjczykami, Niemcami, Irlandczykami. Niby więc film o relacji między garścią postaci, a jednak tłum za nimi podkreśla wszystko i rozbudowuje w piękny sposób.
 
Reżyser dosyć wcześnie odsłoni najmocniejszą kartę, czyli majestatyczne plenery, gigantyczną i pustą plażę, morze, klify, irlandzką wioskę. Dwoje ludzi, od których kamera oddala się i ukazuje cały ten krajobraz. Trzy godziny później to nadal będzie zachwycać. Tak, to trwa trzy godziny (nawet więcej, bo 206 minut licząc z uwerturami i przerwą), ale zasługuje na to. Każdy kolejny wątek nie jest dodatkiem, ale funkcjonuje w obrębie tej jednej historii i działa, bo oglądamy go w kontekście tego, co zobaczyliśmy wcześniej. Córka Ryana jest uczciwie długim obrazem, który musiał trwać ile trwa, aby pomieścić to, co zawiera.
 
Wątek miłosny jest poprowadzony w dużym stopniu tak, jak w prozie Ayn Rand, gdzie bohaterowie od razu wiedzą o sobie nawzajem bardzo dużo, patrząc jedno drugiemu w oczy. Tylko tam narrator może to rozwinąć i uzasadnić, tak w filmie musi wystarczyć nam to, co widzimy – a widzimy w zasadzie miłość od pierwszego wejrzenia. Ledwo się widzą i już będzie namiętny pocałunek – i cóż, albo to kupimy, albo nie. To wielki czynnik wpływający na to, jak cały film odbierzemy i czy potem uznamy, że obejrzeliśmy film dla dorosłych albo bajkę Disneya. Podobnie z zastosowaniem języka obrazu – dużo tutaj sekwencji bez słów, gdzie bohaterowie zachowują się filmowo. Wymownie patrzą bez słowa komentarza i pozwalają, aby ich akcje mówiły za siebie. Nie ma wtedy po prostu tej iluzji, że film naśladuje życie, nie – film to film i filmem wtedy jest. Rzadko po prostu widzimy takie rzeczy – są one jak najbardziej właściwe, ale też widz musi być do nich przyzwyczajony, aby kupić i zaakceptować coś takiego.
 
Nie był to najłatwiejszy seans (to o czym przeczytacie w opisie, ma miejsce w zasadzie w drugiej części filmu), nie mogę też napisać, aby był dla wszystkich – jednak koniec końców nie mogę dać niższej oceny. Zaangażowany byłem do samego końca i oglądałem tyle znakomitych scen, że już w połowie byłem pod wrażeniem, ile ich tak naprawdę jest. Po prostu w tym filmie jest za dużo do lubienia.
 
Highlight: tłum biegnący za ciężarówką, którą zatrzymało wojsko – nawet jeśli wtedy muzyka była najbardziej absurdalnie dobrana (dramatyczny, smutny moment i dodali skoczny rytm, jakby biegli na przygodę, dosłownie nóżka mi latała). A zaraz potem jak film wyjaśnia, czemu tytuł brzmi jak brzmi. W końcu owa córka jest protagonistą, czemu aż tak jest istotne, czyją jest córką? Otóż pod koniec widz sam do siebie szepnie, że „to przecież twoja córka”. I wszystko kliknie. Przejąłem się tą opowieścią. Nie ma wiele filmów, którymi można się przejąć bez wstydu – Córka Ryana jest jednym z nich.
 
PS. Czyli w tym czasie gdzieś obok Brendan Gleeson odcina sobie palce, nie?
 
*albo ostatni, bo Przejście do Indii to tylko 2,5h.
1/5

King Kong kontra Godzilla (1962)

obejrzane 9 lutego | Flixclassic

Do oglądania wyłącznie w towarzystwie pijanych kumpli podkładających głosy pod tytułowych bohaterów. W samotności też niezła zabawa.
 
Pod płaszczem gadania o tym, że telewizja potrzebuje sensacji, twórcy doprowadzają byle jak do spotkania na ekranie tytułowych istot. W kolorze, bo najwyraźniej to też było jakieś osiągnięcie. Historia nie ma sensu, postaci są aby być, przejdźmy więc do spektaklu – i ten jest beznadziejny. Dziękuję za uwagę.
 
W sensie… Zawsze będzie fajnie zobaczyć te stwory na dużym ekranie, ale to tyle z przyjemności oglądania. Film robi wszystko źle jak leci – od rasistowskiego przedstawienia obcej kultury na wyspie z King Kongiem, poprzez sceny „akcji”, na pojedynkach kończąc. I żeby nie psuć wam oglądania nadzieją na coś konkretnego: w finale oba stwory wpadają do wody i tyle.
 
Jak wygląda scena akcji tutaj? A no idzie takie duże coś w miejscu i depcze kolejkę-zabawkę. Nie miniaturę, nie atrapę, ale zabawkę. Musiałbym oglądać ten film na zegarku osoby idącej przede mną, żeby uwierzyć w cokolwiek na ekranie – i nie chodzi o to, że efekty są stare. Chodzi o to, że one są zwyczajnie źle wykonane, gorzej o wiele od King Konga z 1933 roku. Ale ten stwór nadchodzi! Pociąg się zatrzymuje, bo jedzie w jego stronę, konduktor krzyczy, pasażerowie krzyczą. Z lewej strony wagonu biegną na prawą, z prawej na lewą, tłok. Trwa to sekundę. W następnej sekundzie już wszyscy są bezpieczni na wózkach ratunkowych – z wyjątkiem oczywiście kogoś, kto tutaj jest postacią najwyraźniej, ponieważ… była już w poprzedniej scenie. I akurat chłop jedzie samochodem do niej. Wszyscy go zatrzymują, ale on jedzie dalej. Pyta po drodze: ktoś jeszcze został? I każdy wie, że została ONA. A baba oczywiście zeszła z drogi i się moczy w rzece. Co jakiś czas mamy cięcie na stwora, który stoi w tym samym miejscu, w którym stał 10 minut temu, macha łapami i tyle. Chłop jedzie tym samochodem, na szczęście droga prowadzi akurat do tej rzeki. Chłop parkuje kilometr od rzeki, idzie na piechotę, bierze babę pod ramię, kuca i mówi: „już jesteś bezpieczna” i koniec sceny. Już kij, że nie pokazali tego zagrożenia, ale nawet jak uciekają przed zagrożeniem. Ed Wood zrobiłby każdy element tej sceny nieporównywalnie lepiej. I żeby już kończyć: pojedynek tytułowych istot zrealizowano dokładnie tak samo – staną naprzeciw siebie, pomachają, pokrzyczą, on rzuci kamieniem, drugi strzeli laserem z pyska obok przeciwnika, on rzuci kamieniem… Twórcy nie mieli pomysłu na cokolwiek. Budżet i technologię mieli, spokojnie.
 
Oczywiście zgodnie z duchem serii twórcy muszą zepsuć niezamierzoną zabawę przekonywaniem, że ich debilny film jest o czymś. Tutaj na końcu jedna postać powie, że powinniśmy się uczyć od King Konga i Godzili życia w zgodzie ze światem. Tak, dokładnie – uczmy się tego od dwóch stworzeń, które rozpierdoliły wszystko na swojej drodze przez ostatnie półtorej godziny. Nie wiem, jak twórcy muszą gardzić ludzkością i jej nienawidzić, aby przez myśl im przeszło nawet, że ludzie mogą się czegokolwiek od takich istot uczyć, a co dopiero zrobić o tym film i powiedzieć to na głos. Jedyną wartością tego filmu jest uświadomienie sobie, że w tamtych czasach Japończycy oglądali coś innego poza kolejnymi umartwieniami się na filmach Ozu, Kobayashiego czy Mizogushiego. Szkoda, że dla rozrywki mieli tylko takie coś. Ciężko było być japońskim kinomanem w tamtym okresie…
2/5

Kolekcjonerka (1967)

obejrzane 9 lutego | Flixclassic

Wszystkie filmy Rohmera polegają na pokazaniu, jak chłop leży na hamaku i z offu leci Cierpienie młodego Wertera.
 
Rohmer czekał, aż będzie mógł z kimś zrobić inny film, więc ten zrobił w międzyczasie – opowieść o młodym człowieku, który chce odpocząć, a zamiast tego najpierw gardzi tytułową kolekcjonerką mężczyzn (która mówi, że szuka, a nie kolekcjonuje, ale jakie to ma znaczenie), potem pomaga jej podrywać, jak ktoś się na nią wkurzy, to ją pociesza, aż w końcu ją zostawia i gdy jest sam, to już nie chce mu się odpoczywać.
 
Jak każde francuskie arcydzieło, to opowiada o niedojrzałych ludziach mających głupie problemy, od twórcy, który nie ma wiedzy ani doświadczenia, żeby coś sensownego powiedzieć. Chłop by chciał, ale jednak nie chce, bo myśli, że to niewłaściwe, tylko w sumie… I tak dalej. Nic godnego uwagi.
1969 palacz zwlok
5/5

Palacz zwłok (1969)

obejrzane 9 lutego | Flixclassic | Powtórka

Nazista – i nie tylko – oczami własnymi. To trzeba zobaczyć na własne oczy.
 
Wejście w buty i pod ulizane włosy nazisty oraz buddysty, patrzenie na świat jego oczami. Cały film to w zasadzie jego monolog dostarczany na naszych oczach (zamiast z OFF-u), montaż jest dynamiczny i szybki, każde ujęcie to oddzielna, fantastyczna wizja świata realistycznego takim, jakim protagonista go widzi. Autorzy cały czas wprowadzają jakieś elementy wizualne, które następnie zaczną powracać, jak tylko całość stanie się bardziej romantyczna i poetycka, opowiadając o Czechach po 1933 roku, ale jeszcze przed 2 wojną światową, o Buddyzmie, o Nazizmie. O tym, jak można być słusznym swoich czynów, chociaż są one potworne. Jak być przekonanym o swojej wyższości będąc ulizanym grubasem, który dominuje każdą scenę i każdego człowieka na swojej drodze. Dzieci wychowuje na własne podobieństwo patrzące na niego niczym na wyrocznię, wzór, inspirację. Horror bierze się z uczucia przebywania w jego skórze, bycia obojętnym na prawdziwe efekty własnego działania. Zwykłe, ludzkie emocje są dla niego odległe jak morze dla Czechów. To duszny seans, który zadziwia – użycie języka filmowego oraz liczne pomysły twórców na wizualizację stanu psychicznego bohatera są unikatowe w tej dziedzinie sztuki. Trudno uwierzyć, że kino może wyglądać tak, jak Palacz zwłok.
 
Całość wypełniona jest detalami, który podczas oglądania będą niezrozumiałe. Sam nie jestem przekonany, czy rozwój Kopfrkingla jest przekonywujący – bo odnoszę wrażenie, że to film mający na celu pokazanie, jak człowiek jest zarażony obcymi ideami, jak przekonuje się do koncepcji oczyszczania duszy, zbawienia ich, wyższości ras czy krwi nad innymi… Gdy tymczasem czuję, jakby to wszystko już było w nim, tylko w trakcie filmu rosła jedynie jego pewność siebie, która rośnie niczym wartość fizyczna, a nie, że jakieś wydarzenia go popychają w tę stronę. To bardziej historia człowieka, który był już zły na początku, tylko okoliczności pozwoliły mu na wprowadzenie owego zła w życia. Nie umniejsza to samej opowieści w żadnym wypadku, ale nie pozwala mi też dać Palacza… na listę największych filmów w moim życiu.
 
Książkę mam w bibliotece, zapoznam się z nią… w 2025 roku. Może tam znajdę to, czego brakuje mi w filmie?
4/5

Pociągi pod specjalnym nadzorem (1966)

obejrzane 6 lutego | Flixclassic | Powtórka

Czechy są napalone. Na szczęście pamiętają, żeby najpierw spuścić wpierdol Niemcom.
 
W sumie jestem ciekaw, czy czeska kinematografia jest faktycznie tak napalona, czy też to tylko tych kilku twórców, którzy są szczególnie znani w Polsce. Banger z 2022 mówi o kobietach tak po prostu – zmiana czasów? Pociągi… opowiadają o inicjacji seksualnej, jak każda kobieta po kolei jest czarująca i ponętna, jak czas z nimi spędzony jest piękny i magiczny, a wszystko wokół seksu jest najważniejsze. Pocałunek, seks, bycie sam na sam odwraca uwagę bohatera od faktu, że trwa 2 wojna światowa oraz obowiązków aspirującego pracownika stacji kolejowej.
 
Komedia w tym tytule jest naprawdę mocna. Zamiast żartów słownych stawia na humor sytuacyjny wymagający od odbiorcy rozeznania w pełnym kontekście danej sceny, a często i więcej. Nie bawi to, co ktoś mówi, ale że ta postać mówi coś tak niedorzecznego akurat TEJ postaci. W danym momencie. Nawet samobójstwo potrafi bawić. Reżyser umie wydobyć komedię z tej historii, podobnie jak tragizm czy romantyczność. Bohater będzie musiał nauczyć się zapomnieć o dziewczynkach, gdy naród go potrzebuje.
 
To film, który rozumie, o czym jest. I potrafi to wyegzekwować na każdym polu – ambitna treść odsłaniająca się przed widzem stopniowo, przy jednoczesnej warstwie wierzchniej, która pasuje do bohaterów jak i treści właściwej. W końcu przedwczesny wytrysk zawsze będzie problemem – nawet jak walczysz w imię Fuhrera.
 
Chociaż w sumie… To jeszcze obowiązuje? Czy też pogodziliśmy się z tym tak, jak z tym, że mamy małe penisy?
 
PS. Drugi raz w ciągu tygodnia oglądam samobójstwo. Kiedyś po tym poznawało się ambitne kino, chyba. Dzisiaj wiesz, że jesteś na festiwalu, bo pół filmu trwa gejowski seks.
2/5

Gertrud (1964)

obejrzane 6 lutego | Flixclassic

Z serii: pozbawione życia. Sądząc po zdolnościach reżyserskich Dreyera, byłby on świetnym nadzorcą lotów kosmicznych.
 
Jeśli zobaczycie kiedyś zaplecze startu rakiety, czyli masę ludzi patrzących się w komputery i podążających za protokołem, aby niczego nie przeoczyć i zapewnić bezpieczeństwo operacji… To wygląda to trochę jak oglądanie filmów Dreyera, tylko jest mniej ekscytujące. „Punkt 4671, naciśnij przełącznik B4, aby zaświeciło się światełko konsoli A36. Czy światełko się świeci?” – tak wygląda taki start rakiety albo inny skok ze spadochronem z orbity. „Gertrud” z kolei wygląda tak: wejdź do pokoju, patrz przed siebie, bez patrzenia wykręć rękę za siebie sięgając za klamkę, zamknij drzwi, wykonaj trzy kroki w stronę przeciwległej strony pomieszczenia, stój 36 sekund, usiądź, teraz przesuń wzrok 15 centymetrów w swoje lewo. Twoja partnerka gada cały czas, ale masz to w dupie i równie dobrze mogłaby nic nie mówić” i tak dalej. To kino jest tak bardzo pozbawione życia i człowieczeństwa, że aktorzy mogliby nawet nie znać języka, w jakim grają. Mogli się nauczyć fonetycznie wymowy w nieznanym sobie dialekcie i w ten sposób dostarczyć nam swoje przedstawienie.
 
Pod względem treści to kolejne arcydzieło o niedojrzałych ludziach mających problemy z dupy. Forma współgra z tym wszystkim, bo bohaterowie nie są w stanie nawiązać ze sobą relacji do tego stopnia, że w ogóle nie patrzą sobie w oczy, ale trzeba być konkretnie odklejonym od rzeczywistości, aby pomyśleć, że to się będzie dało oglądać.
 
Najbardziej mnie dziwiło, że ktoś, kto zaczynał w epoce kina niemego, mógł na starość skleić tak przegadany film. 40 lat wcześniej nie dałby rady zrobić niczego tak kuriozalnego – i wtedy mi kliknęło, że to mógł być udany film niemy. Skupiony na ekspresji, zbliżeniach, jakby wywalić te wszystkie dialogi w cholerę… Ten film po prostu mówi za dużo, mając do powiedzenia okrutnie mało. Jak dobrze dla Dreyera, że był zmuszony zaczynać w epoce bez dźwięku.
3/5

Dziewczyna z wyspy ("The Young One", 1960)

obejrzane 1 lutego | Flixclassic

Filmowi udaje się mnie przekonać do tego, że postać Jacksona (dorosłego opiekuna) ma pewną władzę nad Evalyn. Daje mi też pewną wiedzę o tym, jakie życie ona zaznała do tej pory – jak była rugana, szarpana, jak niewiele wie o świecie wokół. Czuję się też przekonany do tego, jak naturalnie rasistowski jest świat na ekranie – już pomijam liczne wulgaryzmy w słownictwie, które wtedy po prostu mogły przejść, jako element świata przedstawionego. Czuć, że ci ludzie naprawdę gardzą czarnoskórymi, bo Bóg nie dał im duszy czy coś innego, co akurat ktoś im powiedział.
 
Filmowi nie udaje się jednak przekonać mnie do tego, że nie jest dydaktyczny. Jest niestety – i wątle też został skonstruowany. Bardziej mnie bohaterowie bawili swoim brakiem rozgarniętości, niż by mogli służyć za komentarz na temat społeczeństwa lub grup ludzi. Ksiądz, który chrzci poprzez „niespodziankę” jest tylko wisienką na torcie, bo każdy tutaj ma jakiś odklejony moment, który został, ponieważ pasuje do komentarza twórców. Żałuję w sumie, że ksiądz nie chrzcił poprzez rzucanie balonami w wodą w ludzi. Miałoby to mniej więcej tyle samo sensu, ale byłoby zabawniejsze.
 
Z jednej strony dobrze się to ogląda – wyspa jako miejsce akcji, spokojne tempo, kilka postaci, którym twórcy starają się nadać jakąś głębię. Z drugiej to nadal zbyt uproszona historia, gdzie starania autorów nie przynoszą skutku, finał jest obojętny, a postać główna szybko traci na znaczeniu i kręci się gdzieś z tyłu, zamiast dawać nam lepszą perspektywę. Film z potencjałem, który nie został wykorzystany, więc i nie wyróżnia się na tyle, aby zapaść w pamięci. Chyba że wystarczy wam, że mówi to, co chcecie usłyszeć.
1961 dola 3 kobayashi
5/5

Dola człowiecza III: Modlitwa żołnierza (1961)

Obejrzałem 29 stycznia

Finał trylogii Kobayashiego działa wyłącznie jako spadkobierca poprzednich filmów. Zaczynamy pięć minut po finale części drugiej, kiedy bohater przeżył przegraną bitwę – i co teraz? Wycofać się do swoich czy iść w stronę rodziny, bo pierwsza opcja skończy się pewną śmiercią mającą wyłącznie zabarwienie ideologiczne? Wiecie, walka do końca i takie tam. Oczywiście pójdzie w stronę żony, teren zna, teraz tylko przygody po drodze – głód, zimno i zagrożenie w postaci obcych. Spotka grupę ludzi uciekających przed wojną i będą go błagać o jedzenie, a on będzie musiał odmawiać. Zabije człowieka. Będą walczyć z grupami przeciwników. Zostanie pojmany. Własny naród będzie go traktować jak zdrajcę, czyli podczłowieka, a wróg po prostu jak podczłowieka.
 
I w sumie niewiele więcej będzie się tu dziać. Bohater jest na wojnie i robi rzeczy, które są na wojnie, co widzieliśmy wiele razy. Mam świadomość, że to jedna z pierwszych produkcji ukazujących nieludzkie traktowanie wrogów, tortury, męczarnie czy odwagę wymaganą, aby przedstawić niektóre sceny – jednak w większości ten pierwiastek już minął. A to, co dostaliśmy, widzieliśmy już w lepszym wydaniu. Nie z winy Kobayashiego, on i tak pokazywał więcej niż mógł – ale dziś pokazują więcej. Dosadniej, brutalniej, bez wymówek. Naprawdę można poczuć głód bohaterów, ich cierpienie, trud. Również dlatego, że budżet i możliwości techniczne są większe. Kobayashi musiał zbyt mocno polegać na pracy swoich aktorów. Najbardziej na tym cierpi końcówka, gdy… Ledwo co widać. Zbliżenia na ręce i twarz jednego aktora, a resztę wokół musimy sobie dopowiedzieć, że tam w ogóle coś jest. Jakby liczyło się już tylko pokazanie, że bohater jest popychany – a ja wtedy tylko myślę o tym, jak sztucznie to popychanie wygląda. Nie mogłem w nie uwierzyć.
 
Największa siła tego filmu to świadomość widza, iż ogląda finał przygody TEGO człowieka. To konsekwencja wszystkich działań Kajiego z poprzednich filmów. Sam reżyser nie bardzo to podkreśla i oglądając tę część oddzielnie nie bardzo to czuć. Wiem, że to jest jakiś argument, ale takiego Władcę pierścieni przecież często oglądamy w oderwaniu od kolejności – po prostu akurat mamy chęć na ten segment i tyle, bez obowiązkowego oglądania w kolejności i to do końca. Dola człowiecza jednak jest całością i trzeba te trzy dni zarezerwować. Wtedy podczas oglądania człowiek jest najbardziej zaangażowany w to, co ogląda – wtedy fakt, że żołnierz Kaji zabija innych ludzi, nie jest po prostu widokiem żołnierza na wojnie. Nie, to ten sam Kaji z pierwszej części. I jak jego wierzenia doprowadziły go do tego miejsca na świecie. Na tym polega największa siłą tej trylogii i jak ostatnia część jest bezlitosna w egzekucji – to jest dobre słowo – planu, jaki wojna ma dla każdego człowieka.
 
Tutaj wprowadzono też odrobinę surrealizmu – bohater rozmawia z żoną, która pojawia się koło niego. Dodano też romantyzmu, który akurat tutaj najmniej pasował – zagrożenie jest w końcu ostateczne, mróz i głód są o o krok od zadania śmierci, a tymczasem reżyser decyduje się wtedy najbardziej od tego oderwać, każąc swojemu bohaterowi nieść kawałek pieczywa dla ukochanej. I ten finałowy monolog rozrywa serce, że po tej całej wojnie tylko tyle może dać miłości swojego życia, ale zrobi chociaż tyle… Tylko no właśnie, przejmuje mnie impakt emocjonalny, ale i jednocześnie zupełnie nie zgadzam się z takim oderwaniem od rzeczywistości. Cała ta trylogia była twardo osadzona w tym, jaki świat naprawdę jest, że wszystko ma swoje konsekwencje. Bohater zaczynał jako czysty idealista i brutalnie musiał zacząć robić rzeczy, jakich wcześniej nawet nie mógł sobie wyobrazić. A tymczasem te blisko dziesięć godzin kończy się najbardziej nierealistyczną deklaracją w całej trylogii.
 
Całość nadal zachwyca nowe pokolenia kinomanów, ale no właśnie: jako całość. Jako film sam w sobie jest najprostszy na tle reszty, ma też najmniej wyróżniających się scen. Działa przede wszystkim dlatego, że znamy bohatera oraz jego dotychczasowe doświadczenia, które popchnęły go w stronę tego tragicznego finału. Kobayashi pokazuje, że na wojnie pozostaje tylko modlitwa – nawet jeśli masz pewność, że nikt nie słucha, nie słyszy i nie usłyszy. To modlitwa do samego siebie o kolejnych kilka kroków. Albo o to, żeby odpocząć, chociaż pięć minut. I by po tych pięciu minutach podnieść się i ruszać dalej.
5/5

Dola człowiecza II: Droga do wieczności (The Human Condition II/ Ningen no Jōken II, 1959)

Obejrzałem 29 stycznia

Bezpośrednia kontynuacja – Kaji trafia do wojska, gdzie jest maltretowany, ubliżają mu, poniewierają nim, a co gorsza: widzi, jak słabsi od niego są traktowani jeszcze gorzej. Właśnie za to, że są słabsi – zapomnieli czegoś albo nie dają rady dotrzymać kroku na treningu. Wyżsi stopniem robią, co chcą – i nie ponoszą za to konsekwencji. Kaji widzi zło, jakim jest wojsko samo w sobie – i buntuje się przeciwko niemu przy użyciu regulaminu, własnego uporu oraz braku strachu przed tym, co mu zrobią, za stawanie przy swoim. Oraz mówieniu tego, czego nie powinno się mówić głośno. Przełożonego trzeba szanować, a za błędy zapłacić – nawet jeśli to przełożony nam nasrał pod poduszkę, to my odpowiadamy za czystość tej poduszki. Wszystko w imię chwały Japońskiego wojska. Walka wypełnia te trzy godziny i historia jest najmocniejszą zaletą tej części. Bez zdradzanie czegokolwiek – Kaji w pewnym momencie zacznie mieć więcej do gadania. I wtedy wydźwięk opowieści zmieni się znacznie.
 
To też bardziej idealistyczna produkcja – wprost mówią tutaj o ideałach, osądzają samą wojnę, mówią często ponad ludzkim wymiarem i prowadzą dysputę teoretyczną zamiast mówić o tym, co mają w rękach. Osobiście jestem wdzięczny za produkcję, która przypomina mi odległe czasy, kiedy oglądaliśmy bohaterów walczących o coś. Będących symbolem z samego faktu, że my ich oglądamy i chcielibyśmy mieć taką siłę wewnętrzną, co postać na ekranie. I chcielibyśmy, żeby więcej takich osób żyło naprawdę. Za mało jest takich tytułów, abym chciał się teraz czepiać.
 
W końcu na ekranie dojdzie też do wojny… I widać, że Kobayashi nie miał wtedy doświadczenia. Realizacyjnie jest chaos, bo nagle są efekty specjalne (wybuchy i strzały), ruch na trzech planach jednocześnie (z czego jeden to szturm czołgów między aktorami) czy akcja mająca miejsce w kilku lokacjach jednocześnie (tam biegają, a tu do nich strzelają). Nie jest to jednoznacznie źle zrobione, ale… ostrożnie. I czuć oddech ulgi, gdy scenariusz wrócił do sytuacji, gdzie dwóch-trzech aktorów gada ze sobą. W okopie, w kostiumie, ale jednak. To jest niekoniecznie łatwiejsze, ale bardziej znajome w realizacji.
 
Z tych powodów pewnie dla większości nie będzie problemu wskazać najmniej genialną część trylogii – niemniej dwójka nadal ma ogromną siłę przekazu artystycznego jak i emocjonalnego. Doświadczenia protagonisty udzielają się widzowi i przeżywamy jego dramat, uczestniczymy w nim. Razem z nim nie możemy patrzeć, jak innym dzieje się krzywda, a winni uciekają od odpowiedzialności. I cieszymy się, że ktoś walczy o to, co właściwe.
 
„Każdy kiedyś umrze” – powiedział żołnierz tuż przed przystawieniem sobie karabinu do głowy i pociągnięciem za spust. Swoją drogą, fenomenalna scena samobójstwa. Jakby ją scenarzyści Better Call Saul pisali – wiemy, gdzie zmierza, a i tak jesteśmy w nią zaangażowani. I bierzemy tę ostatnią podróż obcego człowieka razem z nami…
4/5

Black River ("Kuroi Kawa", 1957)

Obejrzałem 29 stycznia

Przedstawiany ten film jest słowami: ponury, brudny, pozbawiony nadziei – a nawet obrzydzający, odrzucający moralnie. Wszystko dlatego, że jesteśmy w powojennej Japonii, gdzie wojska Stanów Zjednoczonych nadal pomagają w odbudowie. Na te niecałe dwie godziny będzie w zasadzie w slumsach: bary, burdele, lepianki i ludzie żyjący ostatkiem możliwości, jakie mają. Kombinatorstwo, brak perspektyw i zaspokojenia podstawowych potrzeb. Świat kreuje moralność bohaterów, a raczej daje im przyzwolenie – przynajmniej części z nich. Potem Imamura zrobi coś podobnego w Pigs and Battleships.

Trochę to noir bez fabuły, trochę kino obyczajowe z życia tych ludzi, którzy prowadzą swoją egzystencję na tle budynków nadających się do rozbiórki. Każdy inaczej sobie radzi z tym wszystkim, a reżyser przede wszystkim skupia się na tych, którzy coś próbują zrobić tak, aby nie skończyć w burdelu. Kobieta, mężczyzna i typ, który jest antagonistą dla samej przyjemności bycia czarnym charakterem.

Dużo tutaj sprawia wrażenie bycia improwizacją, bo w końcu temat (czyli tło, kostium) jest najważniejszy. Punkt kulminacyjny jednak istnieje. Tak, ma miejsce na tle demolowanego domu, ale dzieje się wtedy o wiele więcej. Dla brudu i zepsucia warto obejrzeć.

PS. Pierwsza główna rola Tatsuya Nakadai. Akurat u Kobayashiego.

4/5

Mogę ciebie kupić ("I Will Buy You / Anata kaimasu", 1956)

Obejrzałem 29 stycznia

Po jakimś czasie wyraźnie widać, że to film Kobayashiego – ale zaczyna się niczym kino sportowe (a konkretnie: baseball). Dużo ludzi gada o transferze jednego zawodnika. Dużo ludzi chodzi i gada z różnymi osobami o transferze zawodnika. Dramaturgia stoi w miejscu, ale jak się człowiek przyjrzy, to widać tutaj lekkie podkreślenie moralnej strony tego wszystkiego: do czego oni się posuną, aby przekonać tego człowieka na swoją stronę. Oraz ile to tak naprawdę jest warte. I w teorii brzmi to w sumie jak późniejszy Spadek, tylko sam film zaczyna go przypominać dopiero w drugiej połowie.

Wtedy to jest kameralny dramat psychologiczny, w którym ledwo widać sport. Zamiast tego jest intryga oraz walka o człowieka, tylko tutaj on sam jest najważniejszym zawodnikiem, który zna swoją wartość i ma świadomość, ile może ugrać… Będzie tylko zaskoczony, jakim kosztem to osiągnie.

Stawka może nie jest porywająca, ale jednak Kobayashi bierze tę historię, aby postawić nam przed oczami człowieka i uświadomić, ile rzeczy musi się stać, aby wyszedł on na boisko i uderzył piłkę kijem.

5/5

Gospoda złoczyńców ("Inn of Evil", 1971)

Obejrzałem 28 stycznia

„Nienawistna ósemka” spotyka „Red Dead Redemption”
 
Czasy samurajskie i mała gospoda na uboczu, która jest tak naprawdę bazą dla wyjętych spod prawa ludzi, gdzie zabłądzi człowiek potrzebujący… pomocy. W ten sposób zaczniemy poznawać grupę ludzi, którzy mieli ciężko w życiu, stracili nadzieję albo przestali bać się śmierci, ale teraz zaczną myśleć, że jest jeszcze dla nich druga szansa na odkupienie. Kobayashi w ten sposób oczywiście analizuje świat wokół nich, jak ta rzeczywistość kreuje wyjętych spod prawa, jak sprzyja takim dramatom.
 
Całość jest trochę teatralna i nie do końca sprawnie zrealizowana na poziomie montażu (szczególnie spójności, ale też płynności narracji), ale jednak porusza. Nie daje walk na miecze, jakich człowiek mógłby się spodziewać po takim reżyserze – pewnie choreograf się zmienił i teraz jest inny niż przy takim „Buncie” – ale końcówka całkowicie zaspokaja wizualne potrzeby. Przynajmniej moje. Te ostatnie 10 minut naprawdę musicie zobaczyć na własne oczy… Mam nadzieję, że nikomu tam się krzywda nie stała.
 
Kameralny dramat głównie gadany z domieszką japońskiej awangardy lat 70. Czego tutaj nie lubić?
 
PS. Oryginalny tytuł znaczy coś innego i jest to wyjawione w samym filmie, ale akurat są solidne argumenty, by wybrać taki bardziej zwyczajny tytuł, niż poetyckie podsumowanie całej opowieści i zamieścić je zaraz na początku.
1/5

Wulkan: Ewakuacja z Whakaari ("The Volcano: Rescue from Whakaari")

Obejrzałem 28 stycznia | premiera 8 października | Netflix

Mocny syndrom „Pani redaktor, my nie czytali i teraz trzeba płacić”, ale nie tylko. Nadal to rzecz do telewizji, a nie oglądania.
 
Opowieść o ludziach, którzy poszli na wycieczkę do czynnego wulkanu w Nowej Zelandii w 2019 roku akurat wtedy, gdy ten eksplodował. Kto by się spodziewał. Opowieść jak opowieść, jest tam trochę ludzkich elementów – ale opowiedziano o nich najgorzej, jak się dało. To nie jest dokument, nawet taki na VOD, to materiał do telewizji na godzinę z czterema przerwami na reklamę rozciągnięty do 90 minut. Pół godziny zajmie dojście do samej eksplozji, kolejne 15 minut pokrywa reakcja ludzi w pobliżu i powiedzenie, że zareagowali. I niestety jest tutaj zbyt dużo do śmiania się tak po prostu. Jak to, że najwyraźniej wycieczki na ten wulkan w ogóle nie były monitorowane przez jakieś służby. Wybuchło, popatrzyli na horyzont, chmura jest (wg słów uczestniczki: „wyższa od góry” xD) i tak najwyraźniej stali, aż – tu cytat – „ktoś przypomniał sobie, że mamy tam kamery” (xD) i sprawdzili, czy nikogo nie ma w strefie zero. Byli. I tak, na koniec oczywiście ktoś powie, że turyści powinni być uprzedzeni o ryzyku i samemu potem ocenić, czy chcą je podjąć.
 
Tak, to nie byli rozgarnięci ludzie i sama tragedia byłaby maglowana, gdyby była w bardziej memowym kraju, ale to Nowa Zelandia, więc nie ma co się śmiać. To faktyczni ludzie, którzy dali radę dojść do jako-takiej sprawności, a teraz każdego dnia noszą blizny i z tym żyją. Tak, producenci dokumentu zachowują się, jakby kręcili nowy odcinek „Domu nie do poznania”, ogromna szkoda. Od tamtego czasu wulkan jest zamknięty, chociaż miał niby wybuchać dosyć regularnie co trzy lata. Ktoś wie, czy wybuchł w 2022 roku?
3/5

Re/Member

Obejrzałem 28 stycznia | premiera 14 października | Netflix

To mógł być fajny film o zawieraniu przyjaźni poprzez grę, tylko dowalili horror pozbawiony faktycznego zagrożenia.
 
Matka bohaterki pakuje jej śniadanie i mówi: „Dorzucam więcej, podzielisz się z koleżankami” i my już wtedy wiemy, że nie ma przyjaciół. Bo nie. Na szczęście ona i kilka innych osób w szkole zaczynają być nawiedzani w snach przez potworną grę, gdzie muszą podołać zadaniu zanim bestia ich zabije… ale tylko we śnie. Następnego dnia budzą się tak po prostu i zaczynają od nowa. I w sumie nie mają z tym problemu, wręcz mają frajdę. Czyli tak naprawdę to mógł być film po prostu o tym, że grupa przypadkowych ludzi w szkole orientuje się, że grają w tę samą grę online i zaczynają „w realu” ją wspólnie rozgryzać, żeby przejść. Horror po prostu tutaj nie pasuje, reszta filmu umniejsza istotność cierpienia czy poświęcenia, nie ma tu żadnego napięcia. Niby uciekają we śnie przed byciem rozszarpanym na śmierć, ale film szybko traktuje to jako materiał pod montaż. A gdy po byciu zabitymi budzą się… z krzykiem? A gdzie tam, budzik ich wybudza. I mają grymas na twarzy, że to już.
 
Znaczy już na początku było jasne, że to nie będzie nic wartościowego. Bohaterka odbiera kilka SMS-ów z niepokojącą zawartością i zamiast jak każdy normalny człowiek wyciszyć/zablokować typa, to rzuca telefonem na biurko, a uszy zakrywa poduszką. To wyraźny sygnał, że reżyser nie ma zamiaru robić czegokolwiek, co widział w horrorach po ’93 roku. Ta produkcja nie ma w sobie nic angażującego – i chociaż chciałbym ją bronić, bo pomysł miał potencjał, to ostatecznie nie mogę tego robić. Tak, zawieranie przyjaźni ma w sobie moc, tylko czemu bardziej chcę uwierzyć w tę przyjaźń między tymi ludźmi, niż twórcy faktycznie na to zasługują? Czemu ci bohaterowie nie mają innej osobowości poza tym, że są z Japonii i tak naturalnie trochę z nich krejzole?
 
Przemyślcie całość, zróbcie remake i będzie dobry film, obiecuję. Nie wciskajcie horroru bez uzasadnienia, skupcie się na postaciach. I to będzie naprawdę dobry początek.
3/5

Sr.

Obejrzałem 28 stycznia | premiera 2 września | Netflix

Włączenie kamery i liczenie, że coś z tego wyjdzie, jako metafora życia. To powinno zostać w nagraniach prywatnych.
 
Robert Downey był reżyserem jednych z najniżej ocenionych filmów na IMDb i zmarł w 2021 roku. Zanim to się stało, to w 2019 roku jego syn zaingerował kręcenie filmu z nim… O nim. O nich. O ich przeszłości. O tym, co ich łączy. Co znaczyli i znaczą dla siebie nawzajem. Niewielu z nas pewnie widziało filmy seniora chociażby we fragmencie, więc możemy zobaczyć tę część czyjegoś życia, jak opowiada o tworzeniu. Tylko co z tego wynika? Wyciskacz łez, oczywiście. Pod koniec wręcz myślałem, że nagrają, jak senior umiera w łóżku. Żal za kończącym się życiem kogoś, kto był dla nas tak istotny i ostatnia próba zrobienia czegoś razem z nim. Tylko to nadal jest coś wyłącznie osobistego. To nie jest metafora lub fabuła z drugim, osobistym dnem, tutaj nie było kreatywności, jedynie włączenie kamery i tyle. Na koniec Junior podsumował, że sam nie wie, co zrobili, ale stwierdził, że takie jest życie. Pojawiasz się, robisz coś i umierasz. Wygodne, a ja nie wyrażam zgody na coś takiego. Sztuka zasługuje na więcej. Widz zasługuje na więcej. To był prywatny projekt i takim powinien pozostać. Chcieli to wypuścić, dobrze, ale nie ma powodu, aby to oglądać – chociaż pewnie znajdą się kinomani, którym ten film przypomni, aby zadzwonić do ojca i złożyć mu życzenia. Raz. Większego wpływu ten film na nikim nie wywrze. Ja tym jednym zdaniem osiągnąłem to samo, co oni kręcąc dwugodzinny film.
4/5

Racionais MC's: From the Streets of São Paulo

Obejrzałem 28 stycznia | premiera 16 listopada | Netflix

W południowej Ameryce też rapują. I wychodzi im to dobrze.
 
Ten dokument muzyczny niestety nie wyłamuje się szczególnie mocno z typowego trendu takich produkcji muzycznych. Nadal mówi z grubsza to samo, co o innych zespołach, ale tutaj wydaje się to bardziej znajdować pokrycie w rzeczywistości. Gadanie nadal jest jakby wcześniej zaakceptowane przez scenarzystę, aby dramaturgia się zgadzała – ponownie oglądamy historię ludzi z nizin, którzy nie mieli innej szansy w życiu, więc zaczęli o tym śpiewać, czym trafili do publiki, która ich pokochała za mówienie prawdy i bycie autentycznym… Polskie tłumaczenie piosenek też nie robi na mnie wrażenia, ale to już zrzucam na karb tłumaczenia, nie samych piosenek.
 
Faktem jednak jest, że o tym zespole nigdy nie słyszałem, a rzeczywistość zdaje się pokrywać z tym, co widzę na dokumencie. Na takim RYM ich płyty są faktycznie wysoko ocenianie. To więc doceniam w tym dokumencie – zamiast reklamować kogoś, kto nic nie znaczy, to opowiadają o sukcesie kogoś, kto na niego zapracował. Szkoda tylko, że nadal nie umieją o tym opowiadać, ale to inny temat. Jakby pewnie zrobili to dobrze, to Netflix by tego nie chciał kupić…
5/5

Słodkie zmartwienia ("Clueless", 1995)

Obejrzałem 28 stycznia | Powtórka

Chyba ostatni „fajny” film, jaki powstał. Po seansie chce się włączyć „The Good Life” Weezer.
 
Cher ma 16 lat, chodzi do szkoły, ma ojca prawnika i umie dwie rzeczy: ubrać się oraz wygadać swoją drogę z każdego zagrożenia… Czyli w jej przypadku kiepskiej oceny na koniec roku w jakimś przedmiocie szkolnym. Do czasu, aż standardowe sztuczki nie będą już działać, więc będzie musiała zacząć kombinować – i wykombinuje, żeby sparować nauczyciela, który się na nią „uwziął” z kobietą jego marzeń… I cały koncept jej się spodoba, więc będzie to kontynuować z innymi. Do czasu, aż sama zacznie widzieć swojego kandydata. Tak, fabuła jest dosyć szarpana i przez pół filmu w sumie się nie zaczyna, zamiast tego cały czas ma miejsce „a potem ma miejsce zdarzenie X”, zamiast „przez co dzieje się X”. Poza tym, nie mam większych uwag. To cudowny film i chyba zaskakuje mnie to jeszcze bardziej teraz niż przy pierwszym seansie.
 
To po prostu fajny film, co jest sztuką tak zapomnianą i archaiczną, że wręcz wymaga utworzenia definicji, bo pewnie nie macie pojęcia o czym mówię, gdy kiedyś byście to wiedzieli poprzez domyślenie się, tak po ludzku. Fajny film to taki, który jest dobry, lekki i zabawny, a ponad to wyraża zero nienawiści, za to emanuje miłością – Słodkie zmartwienie płonie tym uczuciem do lat 90., do tych młodych aktorów, muzyki, garderoby, ale też czasów szkolnych, gdy faktycznie nie mieliśmy większych zmartwień. One były, ale pani reżyser opowiada o nich z wyrozumiałością, czułością, dostarczając przejaskrawionej, ale nadal prawdy na ekranie. Impreza, która ma tu miejsce gdzieś na początku filmu, jest jedną z najlepszych w historii kina – zaloty, ktoś dostanie w łeb, ktoś rzuca się w tłum, do basenu ktoś wymiotuje, a twój chłopak akurat postanowił, że ogoli sobie czachę na łyso. Tak właśnie chciałbym zapamiętać każdą imprezę, na jakiej bym się pojawił. Ten film jest prawdziwym wyrazem miłości do młodzieńczej dobrej zabawy na warunkach, które tylko wtedy istniały. Aż człowiek żałuje, że już minął okres, gdy wygłupianie się, aby zwrócić uwagę kobiet, było czymś codziennym – oczywiście wcale nie chcę, aby to wróciło, ale muszę przyznać przed samym sobą: to było fajne.
 
Jest wiele argumentów za tym, że ten tytuł nie powinien do mnie trafić – ale trafia, co jest dowodem na to, jak mądrze został zrobiony. Protagonistka interesuje się tylko modą i jest próżna, tematem są randki w liceum i w sumie niewiele się dzieje, a ja byłem zaangażowany od początku do końca – bo to film zrobiony z miłością. Wąskie ograniczenia bohaterki nie oznaczają, że jest głupia – wręcz przeciwnie, a nawet jest zdolna do autorefleksji. Poczucie humoru jest cudowne i daje frajdę z tego, że w ogóle dostrzegamy żart („- Do you like Billie Holiday?; – I love him.; – Right;”). Cały film jest wypełniony milionem detali i wynagradza analizowanie go, przyglądanie się i wymaganie od niego nie wiadomo czego – a to postać ojca dobrze traktuje swojego syna z drugiego, anulowanego małżeństwa. A to gej nie idzie do łóżka z koleżanką i naprawdę obawia się, że straci wtedy przyjaciółkę. A to związek przyjaciół w tle wydaje się najbardziej ogarnięty pomimo ciągłych kłótni – bo są przy sobie w każdej chwili. To naprawdę jest jeden z tych ulubionych tytułów, do których człowiek wraca co jakiś czas. I dalej bawi się świetnie, odkrywając coś nowego.
 
Refleksja na koniec… Kevin Smith kręci Szczury w supermarkecie, Amy Heckerling kręci Słodkie zmartwienia… I w ten sposób kończy się era fajnych filmów w kinie? Przynajmniej na razie. Potem już musieli zgubili ten balans między czymś lekkim a mądrym – już musiało być głupsze i głupsze, o głupszych i głupszych. O niczym, bez sensu, tylko zmarnować przy tym czas. Albo w drugą stronę: musiała przyjść refleksja na koniec i poważny segment, jak w Clerks 2. I kocham te tytuły za to, ale jednak chciałbym więcej takiego „Clueless”. Chciałbym kina, przy którym mogę odpocząć. Tak samo jak chciałbym playlisty z muzyką pop, żeby poskakać, ale nie, każda piosenka nagle jest ambitna i raz się skacze, a raz się ją smakuje. Pani Heckerling kręciła trochę i dalej kręci, tylko od ponad dekady siedzi wyłącznie w serialach, co jest doskonałym symbolem współczesnej kinematografii, gdzie najlepsze kino akcji to długi sezon – tu trzeba zasłużyć na segment adrenaliny – a najlepsza komedia to dramat wojenny. A każdy tytuł, który na pierwszy rzut oka wygląda jak Clueless, w ciągu pierwszej minuty daje znać, że chce tylko się wydurniać bez scenariusza. Szkoda.
 
Warunki fajnego filmu:
  • Brak nienawiści w stosunku do czegokolwiek
  • Nie wywyższanie się z jakiegokolwiek powodu
  • Wyrażanie miłości – do okresu czasu, do danego środowiska, miejsca akcji, tematu, zagadnienia…
  • Bycie nadal dobrym filmem: o czymś, z konkretnymi postaciami przechodzącymi przemianę, własnym stylem i charakterem, dramaturgią, punktem kulminacyjnym
  • Bycie zabawnym!
vinland saga 2019
4/5

Vinland Saga - sezon II (2023)

Obejrzałem 25 stycznia | 24 odc. po 25 min | CrunchyRoll & Netflix

Zaskoczony jestem kontynuacją, ale ma ona nadal sens – wybiega ponad materiał źródłowy, ukazując losy bohatera po tym, jak zemstę osiągnął… I co teraz? A no prowadzi żywot pacyfisty. I niewolnika.

Całość na wyraźnie mniejszy budżet, animacja stoi na poziomie drugorzednych anime, a narracja ma tendencję do doprowadzenia do momentu, w którym postać prowadzi monolog. Najlepiej w deszczu. Efektywne, ale jednak widuję to zbyt często. I to nie w tych najlepszych serialach anime. Fabuła stoi tutaj z tyłu, bardziej wyzwaniem było wypełnić aż 24 odcinki, więc stąd dużo rozciągania pochylania się nad każdą postacią, jej tragedią i bólem… Nie czułem, aby twórców faktycznie dana osoba interesowała. Była tylko okazją do wykorzystania.

To powiedziawszy – wiele z tych momentów działa. Brutalność, ból i krew nadal robią wrażenie. I chociaż często tytuł ten zapomina, kto tutaj jest protagonistą i co on chce powiedzieć, a całość nie jest obowiązkowym seansem, to mogło być o wiele gorzej. Fani Vinland Saga będą zawiedzeni, ale obejrzą do końca bez większych problemów. To nadal jest historia o brutalnym świecie, gdzie liczą się jedynie chwile spokoju spędzone z ukochaną.

2/5

Marzec '68

Obejrzałem 25 stycznia | premiera 25 marca | Netflix

Dramat marca ’68 w ujęciu twórców polega na tym, że młoda miłość się rozstała.

Reżyser dedykuje film swoim kolegom i koleżankom z klasy, którzy zostali rozbici przez wydarzenia marca ’68. I taki widzi największy problem w tym, co się wtedy wydarzyło, konstruując swoją fabułę wokół uczucia – twórcy chcieliby, żebym w tym miejscu użył słowa „miłość” – dwóch młodych osób. On jest synem chłopa z Ministerstwa, ona jest w połowie Żydówką. On robi fotografie, ona jest kobietą. Studiują. Wokół masowe sceny z udziałem nawet i czterech aktorów, aby zobrazować marsze, protesty, pałowania, prześladowania, konflikty. To i jeszcze taki miły akcent pokazujący, że Polacy i Żydzi całkiem nieźle się dogadują, pomagają sobie. I wystarczy, film jest oceniony jako dobry przez producentów.

Tylko nie jest pod każdym innym względem. Nijakie postaci, nijaka relacja między nimi, schematyczność. Takie filmy widzieliśmy wiele razy i na ich tle wszystko tutaj zlewa się w jedno. Nie ma tutaj ani jednej interesującej rzeczy, która mogłaby wyróżnić cokolwiek. Co najwyżej w ten negatywny sposób: widzieliśmy już w polskim kinie faktyczne tłumienie protestów, które przerażało. Widzieliśmy przesłuchania, które jeżyły włosy na karku. Widzieliśmy ludzkie tragedie, które nas poruszały. „Marzec ’68” nie ma ambicji osiągnąć którejkolwiek z tych rzeczy, a co dopiero wszystkie naraz.

Zamiast tego oglądamy zbiór tego, co każdy mógł się obawiać: nijakie kino historyczne, które myśli, że wystarczy wstawić bohaterom do mieszkań telewizory z dupą oraz ubrać aktorki w suknie za kolana, aby widz się przeniósł do tamtych czasów. Tutaj reżyser jest na tyle bezczelny, że po prostu dodaje ujęcia archiwalne z tamtych czasów, nadrabiając własne lenistwo i budżet, który starczył na kamerę w telefonie. Paradoksalnie tylko to pogarsza wrażenia płynące z seansu, bo w archiwum możemy usłyszeć tamtejszą gwarę, której polscy aktorzy w 2022 roku nawet nie starają się naśladować. I proszę mi odpowiedzieć: czy ja naprawdę zobaczyłem amerykańską piosenkę świąteczną dołączoną do archiwalnych zdjęć z PRL?

Scena miłosna też taka jest. Zero erotyzmu. Rozbieranie się na trzech kamerach, patrzą sobie w oczy, buzi i od razu papierosy palą zakryci kołdrą. Ten film nie miał ambicji zrobić czegokolwiek dobrze – wszystko miałoby „jako tako” i wystarczy. Bo inni też robią byle jak, więc czemu im ma nie być wolno? I tak się to kręci w rodzimym kinie…

1/5

Na ratunek piłkarzom ("The Soccer Football Movie")

Obejrzałem 25 stycznia | premiera 9 listopada | 2022

Celebryci robią z siebie debili: The Movie

Pełnometrażowa animacja komputerowa dla dzieci, którą osoby uważające się za rodziców włączają swoim dzieciom, a potem same siedzą na telefonie. I nie zauważają, że ich dzieci też siedzą wtedy na telefonie, zamiast oglądać film. Fabuła jest następująca: drużyna gwiazd piłkarskich będzie grała mecz i Wierd Al kradnie im talenty, aby wygrać ten mecz, więc naszym gwiazdom pomagają dzieci. Dopiero zdałem sobie sprawę, że serio tak prezentuje się opowieść.

Całość jest głupia. I tak, to naprawdę te osoby, które widzicie w obsadzie – oni serio grają tutaj samych siebie, chociaż na to nie brzmią. Prędzej bym obstawiał, że oglądam jakiś hejterski materiał na YouTubie od kogoś, kto nienawidzi tych ludzi i teraz tworzy scenę za sceną wokół jednego schematu: celebryta bije się po twarzy, a ktoś ją pyta: „Czemu się bijesz?”. I tak przez półtorej godziny. I te dzieci pomagają im nie bić się po twarzy, a następnie ratują świat. Jakoś.

Są takie filmy, które oglądasz i pytasz sam siebie: „Co oni sobie myśleli?”. To jeden z nich.

5/5

Spadek ("Karami-ai / The Inheritance", 1962)

Obejrzałem 25 stycznia

Chłop dowiaduje się, że ma raka i postanawia znaleźć spadkobierców: kobiety, które urodziły jego trójkę dzieci. Chłop jest bogaty i ma do oddania naprawdę wiele, więc zaczyna się intryga o to, kto dostanie te pieniądze. I do czego jest w stanie się posunąć, aby je zyskać. Fabuła niczym z kina noir, pozbawiona morderstwa, za to ze sporym komentarzem o społeczeństwie, relacjach między ludźmi, między płciami, ich rolą w życiu i przyjętych normach. Kobayashi z całą pewnością stoi tutaj po stronie kobiet, ale robi to przewrotnie – bo trudno którąkolwiek postać podejrzewać o czyste zamiary. Każdy tutaj walczy i wszystkie chwyty są dozwolone, niektórzy tylko lepiej to ukrywają. Albo są tak bardzo przeświadczeni o swojej racji, że nawet tego nie ukrywają – im w końcu wolno, skoro sprawiedliwość stoi po ich stronie.

Z tego wynika obraz brudny i smutny, ponieważ wcale nie jest tak, że ta historia nie mogła mieć pozytywnego wydźwięku lub finału. Gdy jednak walka się zaczęła i każdy zaczął kombinować, wygrać mógł tylko najlepszy oszust. A to przecież opowieść o dzieciach i pieniądzach, które mogły odmienić czyjeś życie. Ówczesna Japonia jednak nie była dla takich rzeczy najlepszym miejscem – to kraina skrzywdzonych ludzi, którzy dorośli, aby krzywdzić kolejnych. Reżyser ma sporo do powiedzenia i udało mu się z gracją wpleść niemal niepostrzeżenie swój komentarz pomiędzy dialogi czy ogólny rozwój fabuły. Nawet jeśli robił to poprzez narrację z OFF-u jednej z bohaterek.

Bo koniec końców wygrywa kobieta, tak – ale nadal nie ma w tym nic pozytywnego. Nie zasługiwała na to bardziej od pozostałych i nic dobrego z tego nie wyniknie. Gorzki wydźwięk amerykańskiego noir pasuje tutaj idealnie. Chciałbym nawet napisać: zbyt idealnie. Noir powinno być wtedy melodią przeszłości…

Naprawdę trudno uwierzyć, jak udany „run” miał wtedy Kobayashi. Trylogia Człowiecza, to i Harakiri na przestrzeni trzech lat. Klękajcie narody, doprawdy.

5/5

Dola człowiecza I: Nie ma większej miłości ("Ningen no Jōken / The Human Condition", 1959)

Obejrzałem 25 stycznia

Co za film. Ponad trzy godziny i każda minuta jest zasłużona, trzymając w napięciu do końca. Oto poznajemy losy człowieka, który pośredniczy w komunikacji między więźniami obozu dla jeńców wojennych oraz strażnikami. Druga wojna światowa, środek starcia japońsko-chinskiego. Chinczycy są więźniami i czekają na koniec wojny wierząc, że konflikt skończy się na ich korzyść – a wtedy zemsta będzie należeć do nich. Całość oparta o niezależną książkę autibiograficzną, ale też silnie rezonowała z własnymi doświadczeniami reżysera, który starał się być pacyfistą na froncie. Odmawiał awansów, aby być tam najbardziej zwykłym pionkiem bez decyzji w czymkolwiek.

Protagonista Doli… też nie ma zbyt dużo do gadania, ale jednak… Ma. Sam z własnej woli angażuje się w konflikt więźniów i strażników, aby więźniowie nie byli zbyt źle traktowani, ale… Gdzie można wyznaczyć granicę? W świecie, gdzie uważanie wroga za człowieka może być odebrane jako bycie po ich stronie, a tym samym zdradę swojego narodu… I śmierć?

Nie jest to film po prostu o tym, że wojna jest zła, że ludzie cierpią i w ogóle nic nie ma sensu. To w sumie nie jest tu zbyt istotne – oglądany w końcu film z perspektywy tych, co ostatecznie przegrali. Ważniejsze, że oglądamy go z perspektywy człowieka, który chce pozostać człowiekiem. I rozumie – oraz zaczyna akceptować – ryzyko z tym idące. Bo co innego się liczy? Przeżyć, ale żyć że świadomością, że coś można było zrobić? Zaskakuje mnie, że to wcale nie jest historia jednego człowieka, od którego wszystko zależy. To historia wielu ludzi, tu każdy ma własne spojrzenie i cel w tym wszystkim. Nie walczymy tutaj o wygraną albo o zabicie zła. Walczymy, aby pozostać człowiekiem. Aby we wrogu nadal widzieć człowieka. Może nawet o to, aby on zobaczył go w nas.

Kobayashi tragedię wojny widzi w odczłowieczeniu. Efekt jest porazajacy, przejmujący i angażujący. Na koniec tych 3 godzin człowiek chce od razu włączyć drugą część.

Możecie mnie znaleźć również na:

Steamie
Last.fm
FilmWeb
RateYourMusic