BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

Tak długo żyłem w samotności, że wszystko, co mówię, ma sens tylko dla mnie. Jestem zdziwiony, że ktoś w ogóle rozumie choć jedno moje słowo.
„Matka nocy” (Kurt Vonnegut Jr., 1961)
https://garretreza.pl/cytaty/

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 5 z 5

Szkarłat ("Scarlet / L'envol", 2022)

4 czerwca | HBO

Faktura tego obrazu już sama w sobie zwraca uwagę – kojarząca się ze starymi fotografiami, filmem analogowym, ciężarem, przeszłością, uchwyceniem czegoś szczególnego. Nawet tempo tego pierwszego ujęcia zwraca uwagę – wydawało się delikatnie spowolnione, chociaż już samo ujęcie nie było dynamiczne: statyczne, przedstawiające zmęczony ruch ludzi wracających z wojny. Tak jak bohater, który wraca i dowiaduje się, że jego miłość zmarła. Został sam ze swoją córką i musi szukać pracy, której nie ma, chociaż jest mistrzem w swoim fachu, jakim jest obróbka drewna.

Kamera uwielbia ręce protagonisty. Nazywa się Raphaël i gra go aktor mający tak samo na imię. Z każdej strony wydaje się naturszczykiem, ale gra od ponad dekady i ma na koncie sporo występów (m.in. w „Poor Things grał rzeźnika), ale podczas seansu byłem przekonany, że to człowiek z ulicy, w którego rękach i oczach zakochał się ktoś z ekipy i w ten sposób dostał rolę protagonisty. Może nie ma talentu do aktorstwa, ale nadrabia to samą prezencją. I tak generalnie jest z całym filmem: to tytuł wypełniony pięknem, ale trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. To znaczy: nie fabuły czy bohaterów. Piękna filmowego. I tego, że twórcy umieli znaleźć to piękno. Wydobyć je. Stworzyć. Uwiecznić.

Miłośnicy piękna kobiecego czy natury znajdą tutaj wiele. Czasami można wyjść z założenia, że twórcy nie robią nic szczególnego, to tylko przyroda i pejzaże są same w sobie tak urzekające, ale każdy doświadczony kinoman widział już to samo, ale pokazane tak, że nie wywoływało żadnych emocji. Tutaj nie mogłem uwierzyć, jak często i jak łatwo wydaje się osiągnięty kolejny moment piękna. Powtarzam się, ale nie ma innego słowa, które to samo by wyrażało. To produkcja, z której dałoby radę wyciąć 20 minut materiału i nieświadomy widz nie pomysłałby, że to wszystko będzie z jednego tytułu. Nawet moment, który nie powinien działać działa – stara kobieta gadająca o spełniających się marzeniach, nic w jej dialogu nie było wartościowe, ale pokazano to jak część baśni. Przepięknej baśni.

Niestety to wciąż jest francuski film. I wytrzymuje jakieś 20 minut zanim zacznie dokładać standardową dramaturgię i konflikty, które nie będą zgłębione ani rozbudowane i są tylko po to, żeby być – tak jakby samo wychowywanie dziecka czy szukanie pracy nie było wystarczająco wymagające. Artyści we Francji nic o tym nie wiedzą i w „Szkarłacie” zresztą nie będzie nawet tego wychowywania – zaraz będzie dorosłą kobietą (cóż to było za piękne przejście montażowe!) i znajdzie sobie kochanka. Rozwalającego samoloty. I hazardzistę. I będą się podglądać jak zboczeńcy, wiedząc o sobie tylko tyle, że drugie jest atrakcyjne.

Miałem nie dawać pięciu gwiazdek, ale po seansie jednak doszedłem do takiej decyzji: jest tutaj zbyt wiele piękna, żeby ganić film za fabularne elementy czy francuskość. Gorzej, że przez to dodaję kolejne filmy do listy, aby obejrzeć je w przyszłości. Pietro Marcello jest mi kompletnie nieznany, więc czas oglądać dalej, jak tylko będę miał okazję – chociaż czuję, że to może być przypadek Pablo Larraína: „Spencer” uwielbiam. I tyle z późniejszych jego produkcji. Kto jednak wie, co przyniesie przyszłość? I przeszłość.

Wracając: „Szkarłat” to piękne kino. Polecam. Jedyny film, gdzie można zobaczyć Juliette Jouan. https://garretreza.pl/opinie-2022/

Ocena 5 z 5

PRZECZYTAŁEM

All-Star Superman - Grant Morrison, 2006

30 maja

To… Nie jest coś, czego się spodziewałem. Wiedziałem, że to historia o śmierci Supermana – ale takiej ludzkiej, w której jego ciało powoli… Umiera. Dosłownie. Nie będzie pokonany w wielkiej bitwie, nie poświęci się w imię czegokolwiek, tylko… Umrze. Jak człowiek. Wie o tym, że nie ma wiele czasu, więc… Postanawia dokończyć swoje sprawy. Tylko że wizja całokształtu nie jest odsłonięta przed czytelnikiem przed lekturą – w pewnym momencie przez dobre 1/3 zeszytu miałem poczucie, że czytam oddzielne zeszyty i w ogóle zapomniano o głównym temacie. Gdyby nie kilka paneli pod koniec pokazujących palcem „12 prac Herkulesa”, to nie umiałbym ich sam wymienić po lekturze tego komiksu. I wtedy dopiero – po zakończeniu – zacząłem czytać tak naprawdę.

Może to moja wina. Może to zasługa tego, że nie siedzę zbytnio w kanonie tej postaci – czym jest Bizarro wiem tylko dlatego, że widziałem kawałek „Superman & Lois”, co raczej nie jest dobrą reprezentacją tej strony tego uniwersum. Tymczasem u Morrisona to ważny element tej tragicznej mozaiki i opowieści o Bogu, który postanowił został człowiekiem i umrzeć jak człowiek. A to tylko początek warstw tego komiksu.

Tym w końcu jest dokończenie spraw: dokończenie wątków, które powstały w głowach autorów przez wiele dziejów, gdy postać Supermana istnieje. I kończy je on w bardzo osobisty sposób: wie, jakie rzeczy tylko on może zrobić. O czym tylko on wie. I jaki wymiar ma fakt, że on umrze, co ze sobą w ten sposób zabierze. Użyłem powyżej słowa: „Bóg”, ale scenariusz nie idzie w tę stronę. Ani „nadczłowieka” lub czegoś w tym stylu. Ma jedynie świadomość symboliki dla ludzkości. Oraz poczucie szacunku dla niej. Ludzkość ewoluuje i śmierć Supermana jest tego elementem.

Wiem, że kiedyś wrócę do tej lektury. I pewnie wtedy zobaczę w tym więcej niż teraz. https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 4 z 5

Co teraz, mały człowieku? ("Little Man, What Now?", 1934)

29 maja | YouTube

Wszyscy jesteśmy „małymi ludźmi” według tego filmu – indywidualnymi osobami stawiający czoła światu każdego dnia. Ta myśl stała za powstaniem „Co teraz…”: opowieści o ludziach, którzy chcą tylko łączyć koniec z końcem. By stać ich było na utrzymanie siebie i rodziny, gdy żona zaraz urodzi dziecko. Nie odnosiłem wrażenia, żeby było to szczególnie mocno osadzone w realiach Wielkiej Depresji, bardziej utwór powstały z misji, aby pocieszyć ludzi i przypomnieć im, aby nie bali się życia. Czy to dobry morał? Ciężko powiedzieć, ale wydaje się uczciwy. Wellman rok wcześniej zrobił bardzo podobny film („Banda dzikich dzieci”) i film Borzage oceniam podobnie – obu daję kredyt zaufania, że taki wtedy był klimat. I chcieli dobrze.

Margaret Sullavan gra tutaj główną rolę – na tyle, na ile kobieta ogólnie wtedy grywała pierwsze skrzypce. To ta sama aktorka ze „Sklepu za rogiem”… I no właśnie, czego jeszcze? Sam widziałem ją tylko w innym filmie Borzage („Śmiertelne zawierucha”). Naturalnie – przynajmniej tak mi się wydaje – zwracam uwagę na jej młodą śmierć i przez to czytam później na Wiki, jak to… Cóż. W dużym skrócie: utrata słuchu, jej dzieci wybrały ojca przez co miała załamanie nerwowe, depresja, śmierć córki z powodu przedawkowania i w końcu sama pani Sullavan została znaleziona ledwo żywa i nie udało się ustalić, czy przedawkowała celowo. Zmarła w wieku 50 lat. Przejmujące, ale można na to spojrzeć również w taki sposób, że to wszystko romantyzuje się, ponieważ mówimy o gwieździe dużego ekranu. Równie dobrze to wszystko mogło mieć drugie dno – patrząc na same wydarzenia, bez ubierania tego w ładne słowa, to tam miała miejsce niezła patologia. Jak widać, ciężko o typ pisać w neutralny sposób – w końcu źródłem jest kilka akapitów przeczytanych przed chwilą. Ustęp bez morału albo wniosków. To się wydarzyło i tyle. https://garretreza.pl/borzage/

Ocena 5 z 5

Moonrise (1948)

26 maja

Opis fabuły na filmwebie od jednego z użytkowników jest mylący, wręcz wydaje się nabijać z założeń filmu. To nie jest produkcja o synu mordercy, który by udowodnić, że jest mordercą, staje się mordercą. To historia o morderstwie i próbie zadania pytania: czy osoba, która zabiła, jest tak naprawdę zła, biorąc pod uwagę szereg czynników. Między innymi dotychczasowe życie bohatera i jak był traktowany do tej pory – za coś, czego nie zrobił. Był tylko dzieckiem, a jego ojciec był mordercą. To jednak wystarczyło, aby ludzie go traktowali w konkretny sposób.

Sygnały emocjonalne i podprogowe w momencie stresu aktywują się – opis na filmwebie mówi: w przypływie szaleństwa. Tak czy inaczej: protagonista zabija człowieka. Porzuca jego ciało między krzakami… I nie wie, co zrobić dalej. Od tego momentu żyjemy w stresie: niepewności przyszłości. Oraz niepewności tego, co odkryliśmy o sobie samym. Bohater nie wie, co myśleć – uciekać czy liczyć na łut szczęścia? Czy może oddać się w ręce organów sprawiedliwości? Bo tym tutaj jest policja i nie ma co do tego wątpliwości. Łagodność oraz naiwność narracji jest tutaj ważną cechą – pozwala zwolnić na moment razem z bohaterem na te półtorej godziny i zapytać o kilka szczegółów. Jest szansa, że Borzage zatrzyma przy ekranie chociaż kilka osób, które nie wyjdą z założenia, że jak zabił, to sprawa jest oczywista. Niby jest… Ale no właśnie.

Finalnie oczywiście bohater odda się w ręce policji, ale najpierw odbędzie podróż i zrozumie wiele rzeczy. O sobie, o swoim ojcu, o całym wydarzeniu. Jest to terapeutyczne kino, ale moja wysoka ocena wynika wyłącznie z tego, że rozumiem, co film starał się powiedzieć. Nie twierdzę, że jest przekonujący. Napiszę za to, że wciąż warto go wysłuchać. I dlaczego największą zbrodnią człowieka według tego filmu jest „resign from the human race”. Cała ta scena mówiąca o samotności musi rezonować dzisiaj zupełnie inaczej niż w momencie premiery. Jak na film, który miał być finalnym w karierze tego reżysera – dobrze, że udało mu się powiedzieć jeszcze te kilka rzeczy. https://garretreza.pl/borzage/

Ocena 5 z 5

Historia jednej nocy ("History Is Made at Night", 1937)

22 maja

Jean Arthur ma męża. Mąż ma wobec niej plany: nakryć ją z kochankiem i w ten sposób zyskać profit finansowy. Problem: ona nie ma kochanka. Rozwiązanie: podstawić szofera jako kochanka. Problem: Charles Boyer akurat usłyszał zamieszanie i wszedł przez okno, uratował sytuację, po czym udawał złodzieja, aby wyjaśnić swoją obecność na miejscu zdarzenia. I wziął Jean Arthur ze sobą, ponieważ czemu nie. Dużo i jest zagmatwane, ale ta noc dopiero się zaczyna.

Film potrwa nieco dłużej niż jedna noc, jak mógłby wskazywać polski tytuł (czemu nie dał rady uchwycić magii oryginału?), a nawet znajdzie finał NIE na Titanicu. Będą dokładane kolejne warstwy do intrygi, na drodze bohaterów staną kolejne trudności, ale w końcu robią to wszystko w imię miłości.

Znowu u Borzage znajduję coś, co nie działało chyba nawet wtedy – tutaj jest to malowanie ust na ręku i udawaniu, że to Jennifer Lopez*. I postać samicy na to leci. Brakowało tylko czegoś w stylu: „Pokaż, co jeszcze umiesz zrobić tą ręką”. Nie, naprawdę, to jest w tym filmie. Znowu też pojawia się portret kobiety na ścianie. Najważniejsze jednak: odwaga w byciu sentymentalnym i nie przepraszanie za to. Wiara w romantyzm bez udawania przed innymi, że tak naprawdę to nie, że to tylko na potrzeby filmu i dla widowni, która lubi taki szajs. Wydaje się, jakby Borzage sam chciał takie kino. Kilka filmów dalej i jego produkcje nadal są autentyczne w moich oczach. W finale wsadził bohaterów na transatlantyk nie po to, aby zginęli – ale po to, aby on oddał jej ostatnie wolne miejsce w szalupie. A ona go nie przyjęła. A potem żyli długo i szczęśliwie. https://garretreza.pl/borzage/

law special 1999 prawo
Ocena 4 z 5

Prawo i porządek: SVU - sezon XIV

21 maja | Prime Video

Naprawdę nie wiem, co mógłbym pisać po oglądaniu każdego sezonu – nawet jeśli obejrzałem go w całości (Tak, pierwszym w całości był 24, teraz 14 – ponieważ to jest najstarszy, legalnie dostępny w Polsce sezon SVU), ponieważ ten tytuł jest aż tak równy, a każdy odcinek to swoja własna produkcja. A te cały czas są co najmniej dobre. I jest wiele perełek. O nich mam więc pisać? Ok, to zawsze coś.

14.9 Dreams Deferred – Patricia Arquette jako starzejąca się prostytutka, a historia skupia się na leczeniu jej ran
14×10 Presumed Guilty – pobicie księdza przez pomyłkę, ponieważ ofiara nie chciała powiedzieć, kto ją zranił. „I’m dead men walking”.
14×13 Monster’s Legacy – Mike Tyson jako morderca, ale i ofiara. Czy jako ofiara ma prawa?
14×14 Secrets Exhumed – Harold Perrineau jako zbrodniarz na wózku przyznaje się do wszystkich zbrodni… Poza jedną.
14×15 Deadly Ambition – Amanda pomaga swojej siostrze. I teraz będzie za to płacić.
14×16 Funny Valentine – Romeo i Julia w wersji: gwiazda pop kontra jej chłopak. A raczej ramię w ramię mówią, że nic się nie stało i SVU są w błędzie.
14×18 Legitimate Rape – współpracownik zgwałcił i nadal z nim pracujesz, czy to był gwałt? Odcinek, który bez litości postawi trzy kroki więcej, niż się spodziewacie. Dobrze, że od czasu do czasu zło wygrywa w SVU.
14×19 Born Psychopath – czy 10-latek może być psychopatą?
14×20 Girl Dishonored – czy drzewo spadnie w lesie i nikt go nie usłyszy, to faktycznie spadło? Jeśli collage nie zgłasza gwałtów, to czy ofiary nie były zgwałcone?
14×24 Her Negotiation – początek jednego z najbardziej wyrazistych wątków SVU, gdzie Pablo Schreiber daje niewiarygodny występ jako psychopata mającego zaawansowaną relację ze swoją adwokat (Lauren Ambrose); potem wróci jako ta postać jeszcze siedem razy w 15 sezonie.

Sporo, prawda? Oglądałbym dalej, ale w sumie zrobię przerwę na Supernatural… https://garretreza.pl/losvu/

Ocena 3.5 z 5

PRZECZYTAŁEM

Flashpoint - Geoff Johns, 2011

20 maja

Flash budzi się w nowej rzeczywistości, gdzie jego matka żyje, za to wszystko jest gorzej. Łącznie z tym, że świat stoi na skraju zagłady, ponieważ Aquaman i Wonder Woman się napierdalają. I jest masa innych rzeczy, szczegółów tła, które pewnie zasługiwałoby na dużo, dużo więcej miejsca w tej historii.

Ponieważ… Jak uratowanie życia mamy Flasha miałoby mieć takie konsekwencje? A to tylko tak naprawdę początek pytań, które powinny być szczegółowo wyjaśnione, żeby ten komiks miał jakąś wartość. A tymczasem… Cóż, jest dużo szczegółów dla fanów. Mrugnięć okiem. A właściwa fabuła dzieje się niemal na siłę – Flash odzyska moce bo tak, antagonista pojawi się sam z siebie, a pokonanie go oznaczać będzie wbicie mu miecza w ciało. I jakoś też wszystko samo wróci do normy.

Czuć skalę wydarzeń i emocje związane z wyborem: świat albo własna matka, tylko no… To nie jest samodzielny komiks. Żeby takim być, powienien mieć co najmniej 10 razy więcej stron. A tak opowiedziany jest po łebkach i siema. Ledwo zaczyna i już się kończy. https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 5 z 5

Zła dziewczyna ("Bad Girl", 1931)

20 maja

Bohaterowie tego filmu mają charakter. Czy tam charakterek. Gdy przypadkowy chłop zawiesi oko na Dorothy, gdy ta była w pracy, to ona będzie mieć ostatnie słowo. A jej relacja z Eddiem zacznie się równie antagonistycznie. Eddie nawet ją okłamie, wymyślając inne imię. Żadne nie pozwoli, aby drugie miało ostatnie słowo, ale szybko zaczną lubić tę swoją relację – gdy to będzie działać. A gdy nie – wtedy ich związek przejdzie próbę.

Było coś w tym filmie, co popychało mnie do myślenia: czy dzisiaj to działa? Czy w tamtych czasach to działało? Czy wtedy taka para bohaterów nie była zbyt odrzucająca? Czy dzisiaj będą oni na swój specyficzny sposób uroczy w oczach oglądających? Spory ciężar obrazu polega na tym, że uwierzymy w chemię miedzy nimi i będziemy żywili nadzieję, aby spotkał ich szczęśliwy finał – a nie jest to łatwe w żadnym okresie czasu, kiedy protagoniści z założenia muszą niejako wyprzedzać własne czasy. W ogóle nie czułem, że oglądam film z 1931 roku, kiedy obserwowałem, jak oni odnoszą się do siebie i nie mają oporu, aby kazać przypadkowemu dupkowi spadać na drzewo. Czy 25 lat później by to było bardziej na miejscu? Czy dzisiaj? Czy dzisiaj nie wydawałoby się zbyt wysilone?

Osobiście: kupuję to w całości. Oglądanie tej pary było przyjemnością, ponieważ czułem, że oglądam faktyczną relację: chropowatą, docierającą się, gdzie nie chodzi o to, aby jedna ze stron była pasywna. To historia dwójki ludzi, każda z marzeniami i planami, otwarcie mówiący o tym, że założenie rodziny nie jest jednym z tych marzeń. Wręcz je utrudnia, jeśli nie uniemożliwia. Żyją w świecie, gdzie ciężko cokolwiek osiągnąć, a urodzenie dziecka chłop widzi jako błąd – jak na taki świat można w ogóle przyjmować dzieci? Borzage umie to pokazać. I dać trochę romantycznego światełka w ich serca.

Może i finalnie wygrywają „tradycyjne” wartości – ale nikt ich nikomu tutaj nie wmusza na siłę. https://garretreza.pl/borzage/

Street Angel 1928 borzage
Ocena 5 z 5

Anioł ulicy ("Street Angel", 1928)

19 maja | YouTube

Oglądając kilka dni po powtórce „Wschodu słońca” można mieć silne Déjà vu. W skrócie: znowu oglądam, jak Janet Gaynor wspina się na wyżyny feministycznej świętości i wybacza wszystko swojemu mężczyźnie. Zmiany oczywiście są – większość połączeń wynika z tego, że w moich oczach oba tytuły prezentują sobą równie wysoki poziom sztuki filmowej. Każde na swój sposób.

Kamera Borzage może nawet być bardziej piękna od kamery Murnau, ale to piękno jest bardziej realistyczne. Mniej też zawiera się w montażu i historii. Sama opowieść jest o wiele prawdziwsza: opowiada o poświęceniu dla mężczyzny i bronieniu go oraz wspieraniu aż do samego końca. Ma oczywiście marzenia, aby być artystą (malarzem), tylko no, nie wychodzi. A ona ma sekrety, które złamią mu serce, więc woli go zranić odejściem niż zabić łamiąc ów organ.

Dusza stojąca za tym obrazem nie zawsze znajduje właściwe sposoby, aby ją przedstawić – i pewnie łatwo byłoby się zakopać w szczegółach, analizując je zbyt intensywnie – w końcu czy reżyser pochwala tutaj kradzież albo prostytucję, jeśli cel jest szczytny? Albo kłamanie? Czy Janet Gaynor ostatecznie błaga o wybaczenie za coś, czego nie zrobiła? Borzage może niekoniecznie był na tym etapie nowicjuszem, ale pięknem, które stworzył, zasłużył na moją wyrozumiałość przy ocenie całokształtu. Wizualne piękno kobiety nie widzi w jej atrakcyjności, ale niewinności oraz innych cechach charakteru wyrażane poprzez urodę. Historia jego kochanków nie osiąga szczytu w momencie osiągnięcia sukcesu finansowego, ale gdy on to piękno zaczyna faktycznie rozumieć i rozumie, co w niej widział przez ten cały czas. https://garretreza.pl/borzage/

bananas 1971 allen
Ocena 5 z 5

Bananowy czubek ("Bananas", 1971)

18 maja | Prime Video | powtórka

Szalony ciąg wydarzeń skupiony na tym, żeby każdy moment był absurdalny i niewydarzony – wszystko to połączone luźno opowieścią o tym, co mężczyzna zrobi, gdy poznaje kobietę. Tutaj jest to aktywistka pukająca do drzwi, co sprawi, że bohater postanowi odmienić życie (i naprawić depresję po tym, jak został rzucony w związku) poprzez podróż do kraju, gdzie trwa rewolucja. Jedno prowadzi do drugiego, stanie się członkiem rewolucji.

Czy można tutaj odczytać coś więcej? Pewnie można, w końcu chyba każde hasło jest tutaj rzucone kilkukrotnie: komunizm, zdrajca narodu, patriota, rewolucja, nawet Epstein będzie wymieniony (dwa razy!). Przywódca rewolucji wygra i postanowi, że pospólstwo jest zbyt pospolite, żeby oddać mu władzę. Bohater miał ambitnych rodziców, którzy mieli wobec niego większe oczekiwania. I tak dalej. Dla komedii liczy się jednak tylko to, że bohater informuje rodziców o wyjeździe, gdy są w pracy – operują pacjenta na bloku. I dają mu narzędzie do ręki, żeby jeszcze spróbował. Patrz, jakie to łatwe. Albo jak zapewnić prowiant dla rewolucjonistów? Zamawiając na wynos, a gdy dojdzie do zapłaty, to weźmie się… Cóż, na wynos. Niosąc sałatkę na siedmiu taczkach, przez drogi i lasy. Humor tutaj jest praktyczny, absurdalny i gęsty, wykorzystujący każdą okazję. Ciężko oderwać wzrok, bo co chwila na ekranie będzie COŚ. Chociażby członek ławy przysięgłych pijący z akwarium… Niektóre gagi są dezorientujące i czasami na tym polega zabawa. A czasami chciałbym mieć pewność – gdy ona powiedziała: „Wiedziałam, że czegoś brakuje” po stosunku z Allenem, czy był to żart z obrzezania?

Całość udaje się zachować spójność – mamy pewność, że cały czas oglądamy jeden film od początku do końca, a nie zbiór gagów – brakuje też słabszych segmentów. Zabawa trwa cały czas. Jeśli o mnie chodzi: wystarczy. Bracia Marx mogliby być dumni. https://garretreza.pl/woody-allen/

Ocena 4 z 5

Tabu (1931)

16 maja | powtórka

Widać dłoń Murnau w tym filmie, ale ręka jednak należy do Roberta J. Flaherty’ego. Chcieli razem współpracować i mieli być współreżyserami, ale Murnau dominował w tej współpracy, więc Bob miał dać sobie spokój (wyreżyserował jako tako jedną scenę – otwierającą). Nadal to wygląda jak mocna powtórka z „Moany” – oba filmy opowiadają o miejscu będącym częścią Polinezji, prezentujące tamtejszą kulturę i ludzi. Tylko „Tabu” bierze się za to poprzez pryzmat historii o chłopcu i dziewicy, która musi być złożona w ofierze, co samo w sobie odrzuca od seansu. Przynajmniej ja miałem trudności i przez długi czas zakładałem, że twórcy nie robią tego wszystkiego na poważnie… Ale tak właśnie jest.

Efekt jest przegadany. Często wracamy do ujęć, gdzie ktoś coś pisze. A potem czytamy, co napisał. Przynajmniej zrobił to czytelnie. Fabuła pozostaje obojętna, brakuje też fascynacji tym miejscem i jego energią. Produkcja jest monotonna, dużo tutaj powtórzeń. Dużo tekstu do czytania. Wszystko wydaje się skupione tak naprawdę na finałowym „zaskakującym” „zwrocie akcji”. Tabu wymaga ofiar, w jedną lub drugą stronę.

I to wszystko ok. Lubię Moanę, pewnie bardziej od Tabu, więc jeszcze raz mogę to samo zobaczyć. https://garretreza.pl/murnau/

Ocena 5 z 5

Wschód słońca ("Sunrise: A Song of Two Humans", 1927)

10 maja | powtórka

Nie wiem, co miał na myśli autor, gdy zaczął tę historię od wstępu, że to zwykła historia o zwykłych ludziach. To historia chłopa, którego próbowała uwieść samica ze wsi i nakłonić do morderstwa żony. Więc to zrobił!, ale nie udało się, żona przeżyła i spierdala, a on za nią, żeby mu przebaczyła. I ona to zrobi. Rzeczy, które przydarzają się każdemu.

Jeśli już, jest to opowieść o fetyszyzacji miasta. O wizji, jaką mieszkańcy wsi muszą mieć, gdy myślą o mieście, dużym mieście i co ono oferuje, jak musi wyglądać, jak musi wyglądać życie tam, jakie ono musi być wspaniałe! Samica wabi tym protagonistę, a ceną jest porzucenie życia, jakie ma do tej pory na wsi. I po części można wysnuć wnioski, że reszta filmu polega na korzystaniu z uroków miasta, ale z ukochaną żoną – to one pomagają naprawić ich relację oraz uwierzyć, że mają jeszcze wspólną przyszłość. Sekwencja w tramwaju, kawiarni, kościele, przechodzenie przez ulicę i w końcu wesołe miasteczko… Jest w tym piękno. Zwieńczone pięknem ostatecznym: kobietą patrzącą na swojego mężczyznę i czującą się bezpiecznie.

Na ile można to w ogóle kupić – chłop był w końcu gotów ją zabić na śmierć, a ona jeszcze tego samego dnia mu wybacza – to już kwestia dyskusyjna, ale pomaga w tym piękno filmowe. Nic w tym tytule pewnie by nie mogło działać, jeśli reżyserem byłby ktoś inny – był ograniczony technicznie, ale i tak robił, ile mógł. Samo ujęcie przybycia do wioski jest zjawiskowe i skomplikowane, a gdy przychodzi czas na POKAZANIE, przez co wewnętrznie przechodzi protagonista i co popycha go morderstwa… Można w to uwierzyć. I zrozumieć. Ten film jest trochę jak kiepski żart opowiedziany przez wybitnego komika – nie wyrabiajcie sobie opinii o nim czytając sam tekst, trzeba go zobaczyć w jego wykonaniu. Będziecie zaskoczeni, że to jednak może działać. Magia filmowa działa sto lat po premierze bezbłędnie i sprawia, że Sunrise jest klasykiem. https://garretreza.pl/murnau/

Ocena 3 z 5

PRZECZYTAŁEM

Supergirl: Woman of Tomorrow - Tom King, 2022

15 maja

Pierwszy komiks z Supergirl, jaki czytałem. Opowieść o zemście, która jest bardziej mood niż story-driven, ale nadal jest przegadana i ciężka pod względem ilości słów, co w ogóle się nie dodaje. Nie ma tutaj w zasadzie większej historii czy jakiś poruszanych tematów – właściwie wszystko, co związane z pisaniem, prezentuje tutaj najwyżej przeciętny poziom. Chłop uciekł i teraz go gonimy, a po drodze są wypełnione strony. Trafią na planetę identyczną do ludzkiej, tylko nie mieszkają tam ludzie, ale za to mają rasizm. A potem trafią na złego chłopa i ten ich wyśle na obcą planetę, gdzie będą musieli poleżeć do zmroku, zanim stamtąd odlecą, ponieważ słońce boli Supergirl. Czy coś. Dowiemy się, że Superman to cienias, bo wytrzymał tam tylko trzy kwadranse. I będzie retrospekcja, jak Supergirl opuściła ojczyznę, widząc jej śmierć. Pierwszą, drugą i trzecią. To chyba jedyny udany fragment komiksu. A potem znajdą złego jeszcze raz, tylko tym razem nauczą się, że trzeba ruszyć dalej. Zamkną go w więzieniu na 300 lat, wypuszczą i zabiją. Koniec historii. Nie wiem, co to miało być, ale na pewno się nie udało.

Za to jak to wygląda! To musiał być pomyślany komiks jako mood-peace: brak akcji, przemierzanie krain, medytacja nad zadaniem i misją, brak bohaterów czy historii… Po prostu wizja. Wizualna, mówiąca za siebie. Nawet to leżenie pod bolącym słońcem miałoby sens, gdyby to było właśnie w wersji niemej. Narracja słowna – liczna i narzucająca się – jest wadą wyłącznie dlatego: ona walczy z duszą tego komiksu.

Ogólnie po lekturze tego komiksu pomyślałbym: Tom King nie jest kimś, kogo warto czytać. Warto za to śledzić kolejne prace Bilquis Evely. Jakim cudem to jest najwyżej oceniany komiks Kinga na goodreads? Z całą pewnością nie kupujcie w ciemno: weźcie do ręki, przeczytajcie parę stron i dopiero wtedy podejmujcie decyzję. Ja tak zrobię z „Helen of Wyndhorn”. https://garretreza.pl/ksiazki/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic