BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

– I feel like I can do anything!
– Should we go home and just watch tv?
– Yes.
Bob’s Burger
https://garretreza.pl/cytaty/

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 5 z 5

Pożegnalny walc ("Waterloo Bridge", 1940)

3 lutego | powtórka

Jest to remake filmy Whale’a z 1931 roku, wobec którego podjęto konkretne decyzje o zmianach względem pierwowzoru (oraz sztuki teatralnej, która miała premierę w 1930 roku i była oparta na doświadczeniach życiowych i wojennych autora: Roberta E. Sherwooda). Nie tylko dodano 2 wojnę światową jako klamrę narracyjną – czynią „Pożegnalny walc” 17 maja 1940 roku jednym z pierwszych filmów w historii, które poruszyły ten temat – ale przede wszystkim dodano klasy produkcji oraz fabule i bohaterom. Jest granica, gdzie klasa przeradza się w cenzurę, ale w tej produkcji jej nie przekroczono. Pierwotnie to była wprost opowieść o prostytutce – czy tam osobie zmuszonej przez różne czynniki do prostytucji – która poznaje żołnierza i zamiast spędzić z nim wieczór w tradycyjny sposób, to rodzi się między nimi romans. Mogłem napisać: RUCHANIE, ale to nie cenzura nakazała mi użyć innego słowa, a moja własna potrzeba, ponieważ to one lepiej oddawały naturę tego, o czym chcę opowiedzieć. Tak samo jest w samym filmie – chociaż prawdą jest, że cenzura musiała być zadowolona.

W filmie LeRoya rozwój fabularny i rozkład akcentów jest inny, to już jednak odkryjecie sami. Ważne, że to faktycznie romantyczny film – nie tylko dlatego, że opowiada o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości, ale dlatego, że opowiada o potrzebie miłości i wszystkim, co w niej cudowne i smutne. Klamra narracyjna jest tak naprawdę tylko po to, aby pokazać upływ czasu – właściwa akcja nadal rozgrywa się podczas Wielkiej Wojny. I główny bohater te półtorej dekady później nadal o niej pamięta. Nie wiemy, co to znaczy: czy znalazł kogoś innego, czy jest samotny czy może też jest samotny z wyboru, ponieważ nikogo innego już nie chce do siebie dopuścić. Ten brak niedomówienia jest w naturze całego filmu – nie jako akt tchórzostwa, ale właśnie odwagi, aby dać tyle widzowi.

Jest w tym filmie scena, w której Vivien Leigh przeczytała w gazecie straszną wiadomość i musiała zaraz kontynuować rozmowę z kimś w taki sposób, aby nie pozwolić, by ta osoba też poznała tę informację. Jak obie osoby w tej konwersacji zachowują klasę i szacunek do siebie nawzajem, jak żadna nie przechodzi od razu do emocji i pochopnych wniosków, zachwyca mnie do dzisiaj i zachwycało wiele lat temu, gdy oglądałem ten film pierwszy raz. A przecież później te postaci wracają do tej rozmowy, gdy obie już dowiedzą się więcej. I ta klasa w wymianie zdań jest nadal utrzymana. Ten humanitaryzm międzyludzki był potrzebny w tym dramacie psychologicznym, ponieważ bez tego całego ciepła drugiej osoby nie można by opowiadać tej samej fabuły. „Pożegnalny walc” nie jest tragedią z powodu bomby spadającej na tytułowy most, jak to było w sztuce teatralnej. Jest tragedią ze względu na wewnętrzne przekonanie bohaterów do tego, że nie zasługują na miłość, ponieważ są jacy są. Widzowie mogą to podciągać pod różnicę klas i przynoszenie hańby rodzinie, do której panna młoda się włączy, ale jednak przede wszystkim jest to film o tragedii wewnętrznej. „Akceptujemy miłość na jaką myślimy, że zasługujemy”, powie wiele lat później nauczyciel do Charliego w „Perks of Being a Wallflower”. Autorzy „Pożegnalnego walca” też to rozumieli.

I film opowiada o tym jedynie poprzez sugestię. Ani razu nie krzyknie nikomu w twarz chociaż jednym słowem. Będzie jedynie sugerować, dlaczego Myra Lester była na dworcu, gdy żołnierze przyjechali. A to anonimowe spotkanie na moście nie było odosobnione. I jeszcze barman powie, że dla Myry jeszcze za wcześnie, by przyjść do baru – można się jej spodziewać po północy. Finał odbywa się w samotności, jedynie pamiątka w ręku Roya mówi nam, że on o wszystkim się dowiedział. Albo ktoś inny i przekazał mu ją. Może on o nim nie wie? W tych niedopowiedzeniach znajduje się cały melodramatyzm tej historii, która zawsze będzie poruszająca, wzruszająca i smutna. Czy kostiumy i fryzury bardziej pasują do lat 40 a nie 20? Najwyraźniej. Czy maniera męska i podejście do jego wybranki serca wyraźnie wskazuje na czasy dawno minione? Owszem. Czy przez brak spadającej bomby będą widzowie, dla których filmowi brakuje mocniejszych momentów? Również przyznaję rację – ale na tym wszystkim polega siła tej produkcji i nie wyobrażam jej sobie w jakiejkolwiek innej formie (nawet nieszczególnie zależy mi na nadrobieniu trzeciej adaptacji sztuki Sherwooda [Gaby, 1956], która ponoć już ma happy end). Brawa dla aktorów, dla operatora, dla reżysera – za całe piękno, jakie stworzyli na ekranie. https://garretreza.pl/mervyn-leroy/

dyktator great chaplin 1940
Ocena 5 z 5

Dyktator ("The Great Dictator", 1940)

2 lutego | powtórka

Chaplin już wiele lat wcześniej był porównywany do Hitlera, ale głównie z wyglądu. On sam jednak widział o wiele więcej wspólnego – miał wręcz widzieć w nim swoje alternatywne życie i jak niewiele mogłoby brakować, żeby tak właśnie się stało. Obaj urodzili się niemal tego samego dnia (Chaplin 16 kwietnia 1889 roku, Hitler 20 kwietnia 1889 roku), pochodzili z biedy i stali się sławni. „Dyktatora” zaczął kręcić kilka dni po inwazji na Polskę, nie mając pojęcia o zbrodniach, które dopiero wypłyną na światło dzienne wiele lat później. W tamtym momencie widział tylko szaleńca z manią wielkości oraz nienawiścią do innych, który ma wspólników oraz wsparcie tłumów – co postanowił ośmieszyć i połączyć z apelem o humanitaryzm w tej opowieści o dyktatorze fikcyjnego kraju, który tępi Żydów, co odbija się na życiu zwykłych ludzi nie biorących udziału w niczym poza życiem: praca, zajmowanie się domem, szukanie miłości.

Skrypt pisał sam reżyser i widać po nim komediowy rodowód – duża część seansu nie ma związku z historią czy jakikolwiek jej rozwojem, to po prostu skecze znajdujące masę humoru w czymś, co dla innych byłoby ciężkie do wyobrażenia sobie jako coś innego, niż: „Przerażające”. Łapanka na ulicy? Gestapo dostaje patelnią w łeb. Porywają cię z domu? Oblewasz ich farbą. Wieszają cię na latarni? Akurat przyjeżdża szef i wszyscy źli salutują, a ty śmiesznie upadasz na chodnik. Ciężko w tym widzieć po prostu gagi i nie reagować inaczej niż: „Ja pierdolę, tego właśnie ludzkość potrzebowała”. Zaskakujące, ze akurat Chaplin potrafił przypomnieć o tym, że nie wolno się poddawać i należy walczyć ze złem – właśnie w taki sposób. Wiadomo, że takie zachowanie źle by się skończyło na wiele sposobów – jeden żołnierz zaatakowany patelnią i za godzinę cała dzielnica zgwałcona na śmierć, a kto przeżył, to wywieźli do obozu. Niemniej, idea przydatna. Chyba.

Realizacyjnie – niekoniecznie dzięki reżyserskim umiejętnościom Chaplina – „Dyktator” robi ogromne wrażenie od samego początku i scen batalistycznych mających miejsce w trakcie Wielkiej Wojny. Kolejne sceny zaskakują kreatywnością i wywołują potok myśli: „Jak to zostało zrobione?”. To pierwszy film tego twórcy, który wykorzystuje dźwięk, co zdecydowanie wzbogaca seans: ciepły i spokojny wokal Chaplina, brytyjska maniera, humor w dialogach… Pamiętając przegadaną „Paryżankę” oraz fakt, że tylko nieliczne momenty wielkości Chaplina miały związek ze słowem pisanym (jak finał „City Light”, który nawet mam na ścianie), tutaj jestem zaskoczony polotem „Dyktatora” w doborze słów i ile one wydobywają z każdej sceny. Można się przyczepić do paru rzeczy tu i tam: stoickości bycia zesłanym do obozu koncentracyjnego, portretem kobiety i jej urody czy ogólnie Chaplina będącego Chaplinem (poza kamerą), ale nie były to rzeczy, które wywierały większy wpływ na sam seans.

„Dyktator” jest częścią historii ludzkości i wykracza poza bycie filmem czy dziełem sztuki. Ma nawet tego świadomość. Świat widział, co się zapowiada – to nie wzięło się znikąd. Twórcy zamiast straszyć i gdybać wybierają przypominanie, co ma finał w słynnym monologu zamykającym film, który działa zupełnie oddzielnie od samej fabuły. Postaci przestają być postaciami, to Chaplin mówi do widowni nie na trybunach, ale w salach kinowych. I nigdy nie byłem fanem treści tej przemowy: mówi o uczuciach, przekreśla myślenie. Idealizuje w naiwny sposób, mówi o pokoju i zachęca do zniszczenia (zła) bez definiowania czegokolwiek. To słowa człowieka, który dużo chce i chce dobrze, ale brakuje mu do tego fundamentów – puste słowa skierowane do ludzi, którzy mogą w nich odczytać to, czego pragną. Brak proponowanych rozwiązań albo rozwiązania tymczasowe i mocno dziecinne – apel do żołnierzy, by sprzeciwili się rozkazom? Brzmi uroczo. Niemniej: rozumiem. Taki film jak Dyktator musiał się skończyć apelem do ludzkości. Tak samo jak to, że musiał być zrobiony w wersji dźwiękowej. https://garretreza.pl/chaplin/

great teacher onizuka 1999 gto
Ocena 5 z 5

Great Teacher Onizuka - miniserial (1999-00)

26 stycznia | Crunchyroll

Bohatera imieniem Eikichi Onizuka poznajemy, gdy u szczytu schodów patrzy pod spódnice nastolatek jadących w górę, co jest tylko wstępem do zboczonego aspektu tej produkcji – więc na wstępie napiszę, że ten serial potrafi być zboczony również w dobry sposób. Nie ma tu nagości ani nic z tych rzeczy, ale są dekolty, niewinne dziewczynki nieświadome męskich spojrzeń, są też jednak postaci żeńskie umiejące wykorzystać swoje walory do własnych celów. I ten element musiał być częścią tej produkcji, patrząc na resztę – ponieważ opowiada o człowieku, który ma wady i jest niesympatyczny, delikatnie mówiąc. Twórcy jednak sadzają taką postać w świecie, gdzie inni są jeszcze gorsi od niego. I tak naprawdę dają nam tę perspektywę: on jest zboczeńcem, ale… Nieszkodliwym, przypominając agresję oraz bezpośredniość świata z końca lat 90, pełnego bandytów, drani, szkodników, manipulatorów oraz tych, którzy patrzą wyłącznie na własny interes kosztem wszystkich wokół. A jeszcze inni: robią to tylko dla śmiechu. Już w otwierającej scenie Onizuka zostaje nakryty na podglądaniu bielizny, więc poproszą go grzecznie o wszystkie pieniądze, inaczej obiją mu mordę za bycie zboczeńcem. Problem w tym, że nasz Eikichi zna sztuki walki i odczuwamy satysfakcję, kiedy wyjaśnia brutalnie swoich napastników. W ten sposób widz ku własnemu zaskoczeniu znajduje się coraz częściej po stronie Onizuki, tytułowego nauczyciela, który nawet jeszcze nie jest nauczycielem. Ani tym bardziej wielkim – jednak do tego aspiruje. GTO jest jego drogą ku temu tytułowi – jak zyskuje sojuszników, wsparcie oraz szacunek podopiecznych, jak sam się uczy i zbiera życiowe lekcje.

A świat tutaj zbudowany jasno wskazuje, że premierę serial miał pod koniec lat 90. Przestępczość na mieście, nauczyciele rzucający kłody pod nogi, system robiący to samo, uczniowie gotowi stworzyć piekło w klasie, do tego różne osoby we własnym zakresie pragnący widzieć, jak świat płonie. Zdolności bojowe Onizuki przydadzą mu się wielokrotnie, ale nigdy nie będą rozwiązaniem – największe postępy poczyni, kiedy sam sobie narzuci najwyższe standardy moralne i będzie służyć jako przykład dla innych. Nie tylko podopiecznych.

GTO jest prawdziwym serialem z dwóch powodów – po pierwsze daje odbiorcy protagonistę, który przechodzi sporą drogę. Zaczyna jako antypatyczna postać, ale jest jednak złożona i ewoluuje – to zboczeniec, który jest prawiczkiem. To chłop, który rzuci się na ratunek, ale oczekuje nagrody. Popełni błędy z głupoty, ale sam za nie zapłaci. Czy przeżyje bycie postrzelonym na tyle, żeby zdać egzamin, zanim zemdleje z wykrwawienia? Oczywiście, że przeżyje – ale do tego momentu serial zapracuje na stosowanie takich sztuczek.

Drugim powodem jest ilość odcinków poświęconych na budowanie tła. Fabuła jest, całość ma nawet pewne zamknięcie – ale raczej kontynuowane w obrębie mangi – jednak dużo tutaj odcinków, gdzie skupiamy się na postaciach pobocznych, budowaniu relacji między nimi i bohaterem, ale też między nimi nawzajem. To jest lekkie i dające przestrzeń oraz oddech światowi na ekranie, ale tyle lat później jest naprawdę miłą odmianą w świecie seriali rozpisanych na osiem odcinków. A raczej filmów rozciągniętych na osiem odcinków bez dodawania właśnie tła czy postaci pobocznych, jedynie rozwadniając fabułę. Nie chcecie takich odcinków w GTO? Przeskakujecie albo wrócicie później.

Nie mam wątpliwości, że ten tytuł zostanie w mojej pamięci. A najlepszy odcinek to jeden z fillerów na końcu, gdy zabrał podopiecznych na wycieczkę, żeby ich nastraszyć, kiedy wszystkie samice są do połowy rozebrane. Każda postać odebrała wtedy lekcję życiową, którą mogła w tym wieku zrozumieć. Wtedy najlepiej było widać, że zapamiętają tego nauczyciela do końca życia. Great Teacher Onizuka? Tak. Twórcy udowodnili, że zasłużyli na ten tytuł. https://garretreza.pl/gto/

Ocena 2 z 5

Mecenas She-Hulk - miniserial (2022)

grudzień '25 | Disney+

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na fakt, czy jakaś postać jest sympatyczna albo czy w ogóle chcę lub nie ją oglądać. She Hulk w pierwszej scenie ćwiczy monolog przed dwiema osobami: jedna ma uwagi, druga jest yes-menem. Pierwsza jest wyproszona, druga pochwalona przez She Hulk. A ja odczuwam, że twórcy serialu chwalą bohaterkę za takie postępowanie, że w ten sposób chcą, aby widownia poczuła sympatię do protagonistki. Ja tylko chciałem wyłączyć.

To naprawdę był strzał w stopę. W końcu na tym to wszystko polega, prawda? Oglądam to dla bohaterów. Nie dla historii czy akcji, ale dlatego, że lubię postać She Hulk, znam ją z innych mediów i teraz włączam serial o niej, prawda? A ona jest tutaj chujowa na tyle sposobów, że nie wiem, kiedy skończyć wyliczać. Zaraz potem łamie czwartą ścianę i okazuje pogardę wobec widzów, którzy oczekują czegoś, więc ona im tłumaczy, że to tak naprawdę będzie (najsłabszy, jaki oglądałem) serial sądowy. Znowu chcę wyłączać – kto daje radę oglądać dalej, kiedy tak jest traktowany? Dostajemy backstory, jak She Hulk została superbohaterem – otóż kierowała samochodem i nie uważała, kiedy pojawił się statek kosmiczny, doprowadziła do wypadku. Statek nie jest ważny, współpasażer nie jest ważny – wszystko samo się wyliże. Bohaterka zostaje zakażona krwią superbohatera i teraz sama się przemienia. Rozwala grupę chamów za to, że pyskowali, po czym budzi się na plaży i Hulk zaczyna szkolenie, aby ogarnęła temat przemiany, panowania nad sobą, zostaniu superbohaterem… Ale ona ma to wszystko w dupie. Zresztą i tak już wszystko umie, bo jest lepsza od Hulka. I ma więcej doświadczenia w panowaniu nad sobą, bo jak idzie ulicą i za nią gwiżdżą, to ona wtedy panuje nad sobą. I wraca do bycia adwokatem, bo ona nie chce być superbohaterem i jęczy, że będą ją nazywać She Hulk i jęczy, że nowe ubrania musi kupić… Gdyby to chociaż był udany serial sądowy, ale wszystkie zasady postępowania są gorzej odwzorowane niż gdyby zrobiło to I love Lucy w 1951 roku.

Więc tak: protagonistka jest megachujowa, ale co dalej? Cóż – jest to serial zrobiony przez ludzi wyraźnie mających coś nie tak z deklem – to w końcu ten sam świat, gdzie są te wszystkie poważne historie o odpowiedzialności, pomaganiu, akceptowaniu zalet i wad swoich możliwości, godzenia błogosławieństwa jak i kary w jednym. Sam Hulk przecież jest niezwykłym stadium przypadku, który uczy się łączyć obie strony swojej osoby – i do tego wszystkiego dajemy postać, której podejście polega na: „dajcie mi spokój, nie chce mi się, to nie dla mnie”? To jest tytuł będący dziełem ludzi, którzy muszą gardzić komiksami, superbohaterami i wieloma innymi rzeczami. Utożsamiają całe medium z czymś niskim, nie potrafią tego traktować poważnie i ostatecznie wyrządzają krzywdę komiksom, postaci She Hulk czy nawet komiksom z żeńskimi postaciami w roli głównej, ponieważ to jest najbardziej stereotypowe i seksistowskie przedstawienie jakie tylko mogło być. She Hulk nie jest po prostu postacią, jest typową kobietą wchodzącą do świata wyłącznie męskiego, robiącego coś po raz pierwszy w życiu, osiągającą cokolwiek i potem nie umie się zamknąć, że jest automatycznie najlepsza w tym na świecie. Cały serial me energię sytuacji, jak np. gracie w kosza, wasz kumpel przyprowadza dziewczynę, daje jej piłkę, ona podrzuca piłkę do kosza, trafia i resztę dnia macie jej dosyć. Nie dlatego, że jest kobietą, ale ma megachujowy charakter.

Tim Roth jest miły w roli chłopa, który stara się pomagać innym. Naprawdę wydaje się wyluzowany i wychillowany do szpiku kości. Ten odcinek, jak siedzieli w kółeczku i mieli terapię? Nie był tak zły. Tatiana Maslany w sumie też ma potencjał – podobała mi się jej energia, jakby pisali jej lepsze żarty i prezentowała je z dokładnie tym samym podejściem, to byłoby miło. Więcej pozytywnego nie jestem w stanie napisać. Nie będę też próbował czegokolwiek dodać do analizy socjologicznej – te już powstały i czuję, że wyczerpują temat tego, jak bardzo beznadziejna jest to postać. Mnie tylko męczy, że to serial, w którym bohaterowie robią głupie rzeczy, aby potem punktować, że to było głupie – bo autorom wydaje się, że to jest wartościowe. Dwóch superbohaterów bez wstępu zaczyna się bić ze sobą, chociaż mogli zamiast tego powiedzieć dosłownie kilka słów? Tak, to było głupie. Twórcy to wiedzą. Punkt dla nich?… Finał jest bałaganem dla samego galimatiasu, co chyba miało być komentarzem do kina superbohaterskiego w rękach Marvela, ale wyszło po prostu obojętnie. I nic, co twórcy mają w tym zakresie do powiedzenia, nie jest oryginalne. To było powiedziane 10 lat wcześniej albo i więcej, o wiele też lepiej. Jedno zdanie z Community na ten temat wyczerpuje mądrości She-Hulk.

W sumie miło mieć opinię zbieżną z tym, co mówi reszta świata. Dla odmiany. https://garretreza.pl/opinie-2022/

Ocena 4 z 5

Zielona ryba ("Chorok mulkogi / Green Fish", 1997)

18 stycznia

Debiut LCD, w którym dzieje się naprawdę sporo. Albo inaczej: jest dużo zawartości. Nie jestem pewien, jak z treścią czy akcją, ponieważ jest to dosyć chaotycznie skonstruowane i połączone w jedno. Mamy tu żołnierza jako głównego bohatera wracającego w rodzinne strony, ma dużą rodzinę i każdy ma swoje problemy – najstarszy nawet jest upośledzony. Sam protagonista wmiesza się w relacje z przestępcami i swego rodzaju famme fatale. Odnosiłem wrażenie, jakby co 10 minut film zaczynał nowy wątek, który okazywał się główny. Jakby to był pilot mający ustawić kolejne pięć sezonów długiego serialu.

Ciężko się w tym odnależć, a realizacja nie pomaga. W jednej scenie rodzina jest na pikniku i w finale samochód zaczyna jeździć wokół nich w koło. Dlaczego? Czy tylko po to, aby w środku była kamera i powstało ładne ujęcie? Tego typu dezorientacja wobec tego, co się dzieje, jest dosyć częsta – a twórca wydaje się szukać w tym momentów i skupić na wątku miłosnym, co przynosi efekt. Nagle samica zaczyna kręcić się do piosenki Toma Waitsa, brat wychodzi wysikać się na poboczu drogi i reszta do niego dołącza – takie momenty piękna są tutaj też częste. A kopanie grobu zakończone posikaniem się w gacie jest tak Koreańskie, jak tylko się da. Lubię ten humor.

Wszystkie znamiona debiutu tutaj są. Po seansie nie jestem jednak zaskoczony, że już kolejny obraz okazał się arcydziełem. „Green Fish” ma w sobie zapowiedź zarówno „Cukierka” jak i „Oazy”. Dał mi tyle, ile się spodziewałem. https://garretreza.pl/chang-dong-lee/

Ocena 4 z 5

PRZECZYTAŁEM

Żar – Sándor Márai, 1942

Cieniutka książeczka, w której spotyka się dwóch przyjaciół, zaczynają wymieniać pojedyncze zdania i w końcu jeden zaczyna robić monolog. Wszystko po to, aby wyjaśnić sprawę z przeszłości, która i tak nie pozostanie wyjaśniona, ponieważ bohaterom brakuje odwagi do powiedzenia prawdy. Tak czułem, że o tym jest ta książka. Nie o tym, że przeszłość traci na znaczeniu czy na tym, że nie da się ustalić prawdy, ale na tym, że bohater mówi i mówi, tłumacząc się przed samym sobą, wmawiając samemu sobie prawdę i ostatecznie zniechęca drugą stronę, która stwierdza: „A po co to wszystko było” i wychodzi, po czym następuje koniec.

Język jest piękny i sama proza też ma momenty piękna – pewnie na zawsze zapamiętam to o tym, że „oboje jednocześnie poczuli, że wszystko jest w porządku ze wszechświatem”. Ostatnia strona tak samo. Jest tutaj tragizm i dużo przeróżnych emocji, a moment tytułowego „żaru” naprawdę mnie chwycił na wiele sposobów. Wydanie też jest w porządku, dobrze się czyta i nawet całkiem szybko. Wymaga to skupienia, ale w połowie zacząłem czuć, że to skupienie się nie jest wynagradzane. I do końca tak właśnie jest. https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 3 z 5

PRZECZYTAŁEM

Opowieść wigilijna - Charles Dickens, 1843

Wydanie ilustrowane w piękny sposób. I tak, najwyraźniej czytałem to po raz pierwszy w życiu, wcześniej oczywiście znając z licznych adaptacji filmowych oraz sztuk teatralnych, na które były wycieczki klasowe. Styl pisania przypominał mi najczęściej spisaną formę opowiadania przy ognisku, dużo tutaj uproszczeń i mało czegoś faktycznie ludzkiego. Rozumiem, że święta i wtedy wszyscy są słodsi trochę bardziej, ale nadal zabrakło mi w nich szczerości – a wszystkie „szorstkie” momenty, jak odmowa wypicia za zdrowie Scrooge’a, wydają się bardziej na siłę, niż naturalne.

Oczywiście sam szkielet fabularny, pomysł na opowieść – to jest fenomenalne. I na ocenie przeważa fakt, że poznałem już tę historię 20 razy. Albo i więcej. I nigdy u mnie nie działała, ale mówiąc o zaskoczeniach czy budowaniu napięcia, kto spoczywa w grobie na końcu – wydawało się to jedynie naiwne. A gdy na końcu narrator po prostu kończy stwierdzając: „czynił dobro i wszystko było fajnie”, to był moment w stylu: „Król jest nagi”. Rozumiem, że to mogło wystarczyć jak na swoje czasy i jako lekturę dla najmłodszych, ale 200 lat później jako tytuł wciąż i wciąż wznawiany wydaje się słusznym wymagać czegoś więcej.

Chociaż może jedyną wartością tej książki jest pokazać ją swoim dzieciom, które przeczytają ją raz, uśmiechną się… I to wszystko. I trzy dekady później kolejne pokolenie je weźmie z półki. https://garretreza.pl/ksiazki/

christmas carole 2022
Ocena 3.5 z 5

Opowieść wigilijna Carole ("Christmas Carole", 2022)

23 grudnia | HBO

Wiecie co? Niech będzie. Krótka produkcja, która na początku odrzuca robiąc wrażenie standardowej produkcji telewizyjnej o świętach. Protagonistka jest na siłę odrzucająca, humor brytyjski gryzie w zęby i przekreśliłem ten seans na wstępie… Ale obejrzałem do końca i jednak było tutaj coś więcej. Cynizm oraz powszechność „Opowieści wigilijnej” – bo to nadal jest adaptacja Dickensa – są tutaj obecne i mają pomysł na siebie. Droga bohaterki została wymyślona na nowo, nawet odbiera ona lekcję życia przed wizytą trzeciego ducha. A przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy poznaje konsekwencje swojego życia, towarzyszy temu wiele emocji. Nadal nie jest to „Opowieść…”, która mnie przekonuje w 100%, ale idzie w dobrym kierunku. I robi właśnie to, czego bym wymagał od adaptacji powstałem współcześnie, nadal zachowując ducha książki sprzed blisko 200 lat. https://garretreza.pl/produkcje-swiateczne-22/

bored to death znudzony 2009
Ocena 5 z 5

Znudzony na śmierć ("Bored To Death", 2009-11)

3 stycznia | HBO

Trochę jak „Seks w wielkim mieście”, tylko dla mężczyzn. Trochę „Only Murders in the Building”, tylko bez ciężaru posiadania fabuły. Jednym zdaniem: telewizyjny comfort-food o grupie przyjaciół mających przygody w Nowym Jorku. Pisarz, który nie może usiąść na dupie i napisać drugiej książki, więc zostaje detektywem-amatorem. Jego przyjaciel, którym jest autor komiksów z superbohaterem, który ma dużego penisa. Jego drugi przyjaciel, starsza osoba pisząca do gazety. Z tym można zrobić bardzo dużo i tak się właśnie dzieje, oferując zaskakujące opowieści pełne humoru, gdzie własny świat ściera się z tym realnym. Tak właśnie lubię.

Trochę się odwracam od seriali – bo jednak są one, czy też bardzo często były, robione na ilość. Ogląda się to, nadrabia, tylko ile z tego zostanie w pamięci, czy będę chciał do tego wrócić? To mnie martwi. Nie były to tytuły, które robiono z zaangażowaniem od strony zdjęć, muzyki, reżyserii itd. Liczył się scenariusz i aktorzy. A scenariusz to niemal wyłącznie humor w dialogach. Oglądam, patrzę i jestem przekonany, że nikogo na planie nie interesowało, jak to wszystko ustawić w kadrze – za reżyserię odpowiadali niemal wyłącznie ludzie, którzy pracują w telewizji, po kilka odcinków na serial. A tych seriali było wiele. Przez to bawię się i jednocześnie mam poczucie, że jest to doświadczenie puste. Komfortowe i niekomfortowe jednocześnie. Całość zaczęła się w 2009 roku, kiedy jeszcze kobiety mogły być przedmiotami w historii, co już minęło i nie wróci. Pasuje to do historii jako motor dla działań bohaterów oraz jako ich wsparcie, ale wielu aktorkom udaje się wyróżnić, gdy już będą na ekranie. Sceny Zoe Kazan są tutaj najlepszym przykładem.

Całość wytrzymała „na antenie” trzy lata i trzeci sezon niestety miał sporo momentów, gdy widz już przestawał czuć żal, że to już koniec. Zach Galifianakis zaczynający opiekować się dzieckiem i mający wpadki typu: „Wziął z parku niewłaściwe dziecko” bardziej mnie męczyły niż bawiły. Wątek szukania ojca też nie wydaje się zasłużony, a nawet zostaje porzucony przez brak czwartej serii (kilka innych rzeczy też zasługiwało na więcej). Ostatnie odcinki dopiero zaspokajają i przypominają, jak urocze było poznanie tej wyjątkowej serii. Lubię oglądać przyjaciół na ekranie, jak się wspierają i pomagają sobie w codziennym i niecodziennym życiu. Wszystko to na tle Nowego Jorku. Jeśli o mnie chodzi – kciuk w górę. Niech będzie, że sympatyczne aktory oraz humor w dialogach mi wystarczą.

Na jednej półce z takimi produkcjami jak „iZombie”. https://garretreza.pl/znudzony/

prawdziwe klamstwa 1994 true lies cameron
Ocena 5 z 5

Prawdziwe kłamstwa ("True Lies", 1994)

21 grudnia | D+ | powtórka

Cytat z Internetu: „Big dumb action movie made by totally smart guy.”. Kolejny cytat: „back when the ridiculousness of action movies was actually entertaining”. Od pierwszego ujęcia – jak Arnold wchodzi na tajne przyjęcie i mówi po francusku do obsługi, że robi nieakceptowalne jedzenie – można wyczuć, jaki rodzaj kina będziemy oglądać. A nie jest to łatwe do zaakceptowania, ponieważ mimo wszystko oglądamy więcej niż solidny film akcji… Który jest po prostu trochę zbyt rozrywkowy i niepoważny, jak na kino szpiegowskie, podejmujące temat terroryzmu, bomby jądrowej i podwójnego życia. Zaczynamy wręcz niewinnie – żona szpiega nie wie o jego zawodzie, a dodatkowo zostaje zwodzona przez uzurpatora: człowieka udającego szpiega, aby poderwać postać żony, dodając jej życiu ekscytacji poprzez przekonanie, że robi coś ważnego. I Arnold do tego dołącza, aby ukarać uzurpatora, co jednak przeniesie zaskakujące konsekwencje.

Czy jest to śmieszna fabuła? Ciężko w sumie powiedzieć, ponieważ kino akcji zawsze miało pewien zakres absurdu, w którym wolno mu było się poruszać, byle tylko dowiózł sekwencji akcji. Fabuła musi prowadzić do kolejnych strzelanin, pościgów, scen walki i wybuchów – a tutaj tak właśnie jest, jednak wydaje się, że ten absurd jest trochę rozszerzony. I twórcy czują się z tym zaskakująco komfortowo, a widz zostaje w niego stopniowo wprowadzony, aż w końcu uwierzy: on ogląda teraz komedię. Naprawdę dobrą komedię, bogatą w humor na każdym kroku i zaskakująca tym humorem co chwila. James Cameron okazuje się być naprawdę dobry w pisaniu dialogów – gdy te mają celowo być komedią (albo chodzi o to, że ten jeden raz Cameron oficjalnie opierał się na innej produkcji, francuskiej komedii z 1991 roku). To coś więcej niż kino akcji mające chwytliwe one-linery jako szczypta humoru dodana na zakończenie – tutaj bohaterowie są zabawni, opowieść jest zabawna, gagi są fizyczne i słowne, nawet otrzymujemy tutaj slapstick (!) podczas sceny striptizu (!!). Ciężko uwierzyć, że to tworzy całość, ale tak właśnie jest. Prawdopodobnie mój ulubiony gag, który wyłapałem podczas tego seansu, to Tia Carrere zabierająca w ostatniej chwili swoją torebkę z miejsca, gdzie mają zamiar torturować Arnolda.

Reżyser miał powiedzieć, że tutaj nie było „łatwych” scen. Jest to zaskakujące wyjście z sytuacji, gdzie otwarcie robi się głupiutki film, jednocześnie przekraczając wszelkie granice ustanowione do tej pory. Nie tylko kolejne sceny akcji są innowacyjne na poziomie konceptu, nie tylko zapewniają one emocjonalne przeżycia (ratowanie w ostatniej chwili ukochanej, pocałunek na tle eksplozji, efektowne pokonanie antagonisty), ale jeszcze do dzisiaj każda z tych scen jest zagadką: jak oni to zrobili? Jednym z ostatnich ujęć jest lądowanie wertykalne myśliwcem w niezgrabny sposób z człowiekiem na wierzchu, pilotującym przez Arnolda, wszystko na faktycznej ulicy, uderzając jeszcze „delikatnie” w radiowóz obok – żeby mieć pewność, że widz poczuje ciężar tej sceny, uwierzy w nią każdym zmysłem. Wszystko na jednym ujęciu, z otwierającym się kokpitem, z którego wyłania się kulturysta we własnej osobie. Ten film jest dziełem sztuki filmowej, jakby nie patrzeć.

W finale Arnold jednoczy się z postacią córki, która na początku filmu nie szanowała swojego ojca. W sumie miała do tego powód, ale oczywiście wszystko się odmieni, gdy zobaczyła go z porwaną koszulką pilotujące samolot myśliwski. Rok później siedzą razem przy stole i razem pójdą do pracy, tańcząc tango, co wywoła kąśliwy komentarz. Trochę to puste jest, patrząc przez pryzmat postaci. Czy czegoś oni się uczą, czy też osiągnęli po prostu happy end, bo przeżyli i nic więcej z tego nie wyciągnęli? Czy to w ogóle film, w którym powinna się znaleźć jakaś przemiana? W momencie premiery takie reakcje były częścią seansu: świetna zabawa, świadoma swojej pustości nadal jest pusta… Ale oglądamy to teraz już ponad trzy dekady później. I sytuacja jest trochę inna.

W planach miała być nawet kontynuacja, tylko odsunięto ją w czasie, ponieważ – jak sam Cameron to ujął – terroryzm przestał być zabawny. Bo zabawny może przecież być – siedzą w tych turbanach na środku pustyni, gadają w śmiesznym języku, machają karabinami i strzelają w powietrze… Ciężko jest się z tego nie śmiać, gdy mamy rok 1994, a na ekranach kin śmiejemy się z gangsterów zabijających ludzi (Pulp Fiction) oraz starszego człowieka umierającego na atak serca w publicznej toalecie, którego jeszcze zgwałcono po śmierci (Clerks). Kilka dekad później znowu możemy się z tego śmiać, jak oglądamy nagrania terrorystów strzelających w powietrze – tylko odrzut w rzeczywistości nie jest taki, jak w filmach, więc po pierwszych trzech nabojach lufa karabinu idzie we wszystkich kierunkach. W tym w dupę kolegi terrorysty. A kolejne w czyjąś głowę. Śmieszne, ale to bawi już inaczej. Przeszłość się wydarzyła, zmieniła nas po drodze i nie wrócimy do tego, co było. Wiecie, że ta kontynuacja Prawdziwych kłamstw jednak wyszła? W formie serialu. Nie wiedzieliście? Ja też nie. Filmy pełnometrażowe dlatego, że zawsze będą skończoną całością, oferują możliwością powrócenia do tamtej rzeczywistości chociaż na ten krótki czas. To jest faktyczna wartość Prawdziwych kłamstw, której ten tytuł nabrał z czasem. Morał? Śmiejemy się, póki możemy.
https://garretreza.pl/james-cameron/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic