BLOG

Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.

Najnowszy cytat

Maybourne, you are an idiot every day of the week. Why couldn’t you have just taken one day off?
Stargate SG-1, 3×14

OSTATNIO OGLĄDANE

Ocena 4.7 z 5

Przybywacie z daleka („Come From Away”) - wersja na żywo

10.09.2026 - Scena Relax, Warszawa

Widziałem wersję na żywo. Na dodatek polską. I to jeszcze pra-premierę w przeddzień 25 rocznicy 11 września. Efekt jest pozytywny: jest to polska wersja arcydzieła, autorska adaptacja podchodząca z otwartą głową do tego, co już istnieje: inna jest scena, choreografia, aktorzy mieli przestrzeń na dodanie od siebie tu i tam kilku słów. Jest więc to inne wystarczająco, przez co może być gorsze lub lepsze. Osobiście nie wiem, czy ktokolwiek określi zmniejszenie sceny i pozbycie się orkiestry jako lepsze. Na pewno będą fani improwizacji Alberta Osika, który dodaje fizyczności swojej postaci – ale pewnie będą tacy, którzy nie polubią tego dodatku. Na pewno za to każdy określi lepszym fakt, że obsada wyraźnie ma ze sobą przyjaźniejsze stosunki, jest między nimi większa bezpośredniość. Faktycznie się ich ogląda jak grupę ludzi znających się i widzących każdego dnia – a to właśnie mieliśmy zobaczyć.

Choreografia nie jest całkowicie wymieniona – raczej trzymają się tego, co już zostało wynalezione, tylko nieznacznie uproszczone, ale mieli swoje pomysły. I one mogą być – chyba jedynym wyjątkiem jest „Stop The World”, gdzie zastąpili bardzo istotne dokładanie krzeseł przez resztę postaci… No, niczym. Stoją na tych krzesłach w miejscu i nic więcej, reszta wchodzi i robi chórek. To jest ewidentne niezrozumienie pierwotnej głębi układu – dosłownie śpiewają o łączeniu kontynentów, żeby się nie rozdzielać i ludzie wokół pomagają im to osiągnąć, aby pomimo ruchu nadal zostali razem… Nadal jest musical potrafi gęsto robić wrażenie masą grupowych piosenek. „Costume Party”, „On The Edge”, „In the Bar” – to co mieli udźwignąć, to udźwignęli. Wspaniałe widowisko. Nie oderwałem oczu na jedną sekundę.

W temacie piosenek – wokalnie polscy aktorzy stają na wysokości zadania bez wątpliwości, tylko niestety tłumaczenie piosenek rzuciło im kłody pod nogi. Nawet jeśli nie zna się pierwotnej wersji, to każdy usłyszy, ile razy aktorzy muszą naginać słowa, aby zmieścić je w układzie muzycznym. Robią co mogą, ale efekt jest krzywy. Są momenty, gdy piosenki faktycznie się rymują i mają wewnętrzny rytm, historia chyba też jest zrozumiała dla nowych widzów, ale tłumacz musiał mieć ze dwa dni na przekład. Powinni dać mu dużo więcej. Szacunek dla Barbary Melzer za to, jak udźwignęła nieszczęsne tłumaczenie „Me And The Sky”. Jeszcze chyba mikser dźwięku ją skrzywdził, ilekroć grała postać nauczycielki – chyba że sama robiła tak piszczący głos, to było bardzo nieprzyjemne dla ucha.

Aktorzy śpiewają też absurdalnie czysto – i jednocześnie z tym ludzkim brudem, na który miałem nadzieję – również w sekwencjach „przekrzykiwanych”, harmonie jedynie okazjonalnie wymagały zgrania. Problem faktyczny jest inny – techniczny. Ogólnie widać, że to był pierwszy publiczny pokaz i aktorzy pomylili się parę razy, dźwięk też wymagał wyćwiczenia: aktor gada i nie ma włączonego dźwięku, oświetlenie też się myliło. Utrudniało to śledzenie akcji, ponieważ parokrotnie nie szło zrozumieć, co oni śpiewają, albo kto śpiewa – chyba nawet nie ma reżyserskich wskazówek, aby wizualnie wskazywać, kto z obsady akurat mówi.

Całość jest też mniej dynamiczna od pierwowzoru. Może to polskie podejście, aby dramaturgia bardziej wybrzmiała. Może to po prostu rozgrzewanie się i faza ćwiczenia, a kiedyś dojdą do tej niesłychanej precyzji oryginału. Pewnie oba przypuszczenia są prawdziwe – pada jakaś dramatyczna kwestia i przez te 3 sekundy nie możemy się ruszyć, aż któraś postać zacznie iść na swoją pozycję i tam zaczyna kolejny segment musicalu. Słychać nawet było ze dwa razy, jak na muzykę aktorzy musieli czekać. Dramaturgia oczywiście była zasłużona – dwa razy miałem dreszcze, gdy swoje bomby zrzucili Mateusz Feliński oraz Przemysław Glapiński.

Nie wymieniam wszystkich aktorów, ale każdy zasłużył na pochwały. Żałuję, że nie mam możliwości obejrzeć tego musicalu jeszcze parę razy z kolejnymi aktorami, z tymi, których już widziałem. Przyjechałem z północy Polski do Warszawy na te kilka godzin, zapłaciłem 160 PLN lekką ręką tylko dlatego, że to właśnie miał być jednorazowy wydatek. A jeszcze większą ochotę mam zobaczyć jak za miesiąc, za pół roku otrzepią się ze swoją rolą i do czego wtedy dojdą. W końcu porównuję ich debiut do występu obsady, która została zarejestrowana po czterech latach grania bez przerwy… Nielicząc pandemii, ale to inna sprawa.

Jestem szczęśliwy, że to zobaczyłem na żywo. „Co gryzie Gilberta Grape’a” bez Di Caprio i Deppa to przecież nadal coś, co trzeba zobaczyć. https://garretreza.pl/come-from-away/

Ocena 3 z 5

PRZECZYTAŁEM

Rebeka – Daphne du Maurier, 1938

10 września

To jest jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałem. A przynajmniej jej dwie pierwsze części. Przedstawiają wspomnienia kobiety, która znalazła bogatego męża, wprowadziła się do wspaniałej posiadłości i teraz jest nieszczęśliwa. Ciężko będzie to opisać, ale to naprawdę było wspaniałe, ponieważ to nie jest żaden kryminał, horror, fantasy czy co tam jeszcze chcą wydawcy. To powieść psychologiczna, stawiająca na narrację z pierwszej osoby. Osoby, która jest bardzo nieśmiała, niepewna siebie, pełna wątpliwości. I milczy. Milczy, ponieważ nie wie, co powiedzieć. Milczy, bo nie zna odpowiedzi. Milczy, bo nikt jej nie słucha. Milczy, bo nikt nie zwraca na nią uwagi. Milczy, bo inni wtedy mówią.

To oraz ten średni metraż Susan Seidelman o kobietach z przedmieść jest dla mnie tutaj znaczący, ponieważ te dwie pozycje zdają się osiągać to, co feminizm twierdzi, że stara się osiągnąć, tylko jakoś osiąga odwrotność. Średni metraż Seidelman przedstawia świat kobiet, które były przygotowane do życia, które miało nie nastąpić: miały sobie znaleźć chłopa i on będzie dorosły, a od nich samych nikt nie oczekiwał, że będą musiały być dojrzałe, więc ich do tego nie przygotowywano. Przygotowywano je na coś zupełnie innego. Protagonistka „Rebeki” taka właśnie jest: wchodzi w świat, gdzie kobieta ma pełno obowiązków, jak umówić się na fryzjera, odpisywać na listy, ustalić menu kucharzowi, wybrać pozycję wazonu oraz codziennie przypilnować, aby były tam świeże kwiaty… A w jej milczeniu słyszę milczenie kobiety, którą pokochałem. Jak bardzo jej trzeba było nasrać do głowy, aby tak sama się wycofała, miała tak mało wiary w siebie i własną wartość. „Rebeka” naprawdę potrafi to przedstawić i pomóc zrozumieć, jak wygląda życie i tok rozumowania kobiety. Szczególnie jej fantazje, nieustające wyobrażanie sobie tego, jak coś musiało wyglądać, jak kolejny dzień będzie wyglądać, co ludzie będą mówić, jak to wszystko piętrzy się i wpływa na jej postrzeganie rzeczywistości, jak uniemożliwia to jej podejmowanie najprostszych decyzji, rozwiązanie konfliktów i problemów w banalny sposób.

I to nigdy nie jest tak naprawdę sednem książki, jej treścią. To nie jest książka o tym, że mąż nie zwraca uwagi na protagonistkę i dlatego jej los jest okropny, a chłop okrutny. To książka o protagonistce i jej życiu wewnętrznym. To jest całą akcją książki, w której tak naprawdę nie dzieje się zbyt wiele. Znajduje męża, wprowadza się i nie czuje się tam szczęśliwa, ponieważ, poprzez liczne zabiegi podprogowe, nie czuje się być sobą. Czuje, jakby wchodziła w rolę do wypełnienia. Rolę Rebeki. Czuje, jakby cały świat spodziewał się, że będzie Rebeką. To jest książka o poczuciu bezsilności. To jest tragedia.

Do tego całość jest naprawdę dynamicznie napisana. Język jak język, jest on przede wszystkim angażujący, ale sama konstrukcja – to niemal literacki serial, gdzie każdy rozdział ma te +/- 20 stron i kończy się pobudzającym wyobraźnię momentem czy zdaniem. Aż chce się czytać dalej i dalej. Nie wiem, ilu pisarzy pomyślałoby o tym, aby tak zrobić w tytule psychologicznym.

A potem… Jest ostatnia trzecia tej książki, która to wszystko wykreśla, zastępuje czymś nieistotnym, a protagonistkę podmienia na psychopatkę. I robi to w zasadzie jednym zdaniem, za którą cała reszta musi podążyć. Uzasadnienie tego to zdradzanie treści, więc zaczynamy:

Znajdują wrak łodzi i w środku ciało. Okazuje się, że to jest ciało Rebeki, ponieważ… Max ją zabił. Zastrzelił. I wszystko upozorował. W filmie Rebeka ulega wypadkowi i Maxim zaciera ślady, aby nikt go nie podejrzewał o morderstwo, tymczasem w książce ją wprost zabił. A zrobił to, ponieważ… To nie jest istotne, ponieważ protagonistka nie musi tego usłyszeć. Ona jest szczęśliwa gdy tylko usłyszała, że chłop zabił swoją żonę. Nie kochał jej. Nie musi być Rebeką, aby go uszczęśliwiać. ZABIŁ CZŁOWIEKA, A JEJ REAKCJĄ JEST EKSCYTACJA I ULGA. Wszystko, co do tej pory napisałem, muszę wypierdolić za okno, tylko jak? Ja naprawdę to wszystko wyciągnąłem z tej lektury.

Uzasadnienie morderstwa jakieś otrzymujemy, ale jest ono słabe i niewystarczające. Idziemy dalej: Maxim nie może za to odpowiedzieć, bo nie. Sąd sam wymyśla, że Rebeka popełniła samobójstwo, ale jej kochanek orzeka: co to za głupota, czemu miałaby się zabić? I ciągną to, ciągną, przez wiele stron, aż odkryją – ROK PO JEJ ŚMIERCI – że była wcześniej u lekarza. I jadą do niego przez 40000000 stron, denerwując się, co on im powie. Czytelnik wie od dawna – Rebeka musiała być nieuleczalnie chora albo porobiła i nie chce żyć, więc zmusi Maxima, aby ją zabił, aby to ją prześladowało. Taka cwaniara. I tak właśnie jest: miała nowotwór. Nieuleczalny. Więc teoria z samobójstwem jest już wiarygodna i kończymy sprawę… Ale wracają do Manderlay i jest sugerowane, że ono płonie, ale urywamy na tym opowieść. Film przynajmniej wprost pokazuje, że Danny podpaliła posiadłość i spłonęła razem z nią. Taki finał ma sens, a nie, że łuna wschodzącego słońca jest widoczna na zachodzie i dodają gazu w nerwach.

Nagle doskonała powieść psychologiczna staje się słabym thrillerem czy tam kryminałem, a to dodaje wady tej pozycji. Widać jak na dłoni amatorstwo autorki w konstruowaniu intrygi, chociażby poprzez tworzenie postaci Bena tylko po to, aby 300 stron później służył za potencjalnego świadka, który nic nie mówi wystraszony, więc… Jakby go nie było, to by akcja potoczyła się tak samo. Wszystko przychodzi bohaterom zbyt łatwo, robi się za nich, nie ma faktycznego zagrożenia. Jedynym wyzwaniem jest pijak i debil, którego każdy ma w dupie, bo chleje i ruchał własną kuzynkę. Sama protagonistka tylko jest na ostatnich stu stronach i nie ma znaczenia, czy w ogóle tam jest. To jest straszne. Przykre.

Szkoda. To była książka 5/5 i absolutna topka mojego życia. Co zmieniło się w ciągu jednego zdanie i wiedziałem, że nie ma od tego odwrotu. Czy ma sens czytać cokolwiek od niej jeszcze? Czy ma sens traktować ranking stu kryminałów uznanych za najlepsze w historii przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej w 1990 roku, gdy ten kryminał w porywach zasługujący (jako kryminał) na 3/10 jest w Top 6? Chciałem dać 4/5, ponieważ większa część tej książki jest wspaniała, ale w trakcie czytania pogodziłem się z faktem: autorka to zniszczyła. Zaprzepaściła. Wykreśliła. Protagonistka jest zupełnie inna. Jest chora psychicznie. Daphne Maurier zraniła mnie w ten sposób. I nie umiem znaleźć wytłumaczenia ku temu. https://garretreza.pl/ksiazki/

Kill Bill 2
Ocena 4.7 z 5

Kill Bill 2 (2004)

5 września | HBO | powtórka

Jest na YouTubie ranking filmów Tarantino w wykonaniu trzech prezydentów USA. Oczywiście fikcyjny, ale pada tam zdanie, że „Poza Umą Thurman ratującą się z trumny nie pamiętam z tego filmu nic”. Gdy to usłyszałem, to się pod tym podpisałem. Tak jak z pierwszej części nadal pamiętam chyba większość, tak z drugiej pamiętam… Trumnę. Przy powtórce okazuje się, że to prawie pół filmu – od ataku poprzez unieruchomienie, bycie pochowaną, retrospekcję treningu i w końcu wyswobodzenie się z trumny. Na tym etapie jesteśmy w okolicy 50 minuty. Ciężko jednak powiedzieć, co się dzieje później, między trumną i punktem kulminacyjnym.

Na szczęście mogę napisać, że pamiętam więcej. Opening czarno-biały w kościele, walkę z jednooką, wyciąganie oka, trening, stopy lecące w stronę kampera i wiele, wiele innych detali. To nie jest tak, że ten tytuł nie zapada w pamięci. Nadal wprowadza widza w świat tych dziwnych ludzi, którzy są z natury zabójcami i tylko takie życie znają, więc widzą wszystko inaczej – bycie gotowym na śmierć, na zemstę. I jak ciąża to potrafi wywrócić. Jak strach wchodzi w los osób, które żyły bez strachu. Jak życie wchodzi do życia ludzi, którzy znali tylko śmierć. Chyba ten film próbuje być o czymś w tym stylu, nie wiem. Najczęściej jest bardzo przekonywujący, nawet jeśli nie do końca wie, w którą stronę idzie – ale parę razy nie uda mu się kupić widza. „Jestem matką, nie zabijaj mnie” – a tamta druga ze strzelbą w jednej ręce. Przesada.

Niemniej – to jest ciąg fantastycznych sekwencji. Jedne były improwizowane (demolka po utracie oka) inne miały wyglądać inaczej i pod naciskiem producenta zrealizowano coś innego (punkt kulminacyjny), w każdym jest jakiś szczegół do odkrycia – chociażby to, że wszystkie zgony są z ręki kobiecej. Albo że w drugiej części na ekranie umierają tylko trzy osoby. Albo że The Bride wyrywa oko ręką, która należała do jej Mistrza.

Nie dorasta to do poziomu pierwszej części, ale nie musi – przecież nadal pozostaje częścią tego samego tytułu. To się ogląda jak jedną produkcję, jak dwie połowy jednego musicalu na Broadwayu – ludzie zawsze wolą jedną lub drugą. Gdyby był to samodzielny tytuł – a dałoby radę tak to ponaciągać, w końcu scena wesela i tak już tu jest – oceniłbym jedną gwiazdkę niżej. Jednak prawda jest taka, że to czterogodzinny tytuł pełen przemocy i wspomnień, niezwykłych pomysłów, do którego będę chciał wrócić. https://garretreza.pl/quentin-tarantino/

Ocena 4 z 5

Nagie miasto ("The Naked City", 1948)

3 września

Coś na kształt dokumentu, city-symfonii czy tego czegoś, co kręcił Andrzej Munk na potrzeby propagandy o życiu Warszawy. Tylko tutaj jest przedstawiony Nowy Jork poprzez pryzmat sprawy kryminalnej: ludzie się bawią i robią inne rzeczy, a obok ma miejsce morderstwo i wszystko wokół niego jest przedstawione trochę w kontekście Nowego Jorku. Na przykład ofiarę spotkał zły los, bo uwiódł ją czar nocnych klubów i innych rzeczy, których nie miała w swoim małym mieście, które znała do tej pory. Albo typ spod ciemnej gwiazdy, który ogłasza, jak łatwo może zniknąć w tym olbrzymim mieście… Naciągane? Tak. I nie do końca zrozumiałe, co twórcy chcieli w ten sposób osiągnąć. Gdy morderstwo zostanie wyjaśnione, to narrator dodaje jedynie: a jutro znowu ktoś umrze i znowu będzie nowa zagadka. E?

Tym bardziej szkoda, że większość czasu spędzamy na oglądaniu kryminału z kina typu B. Nie ma tutaj silenia się na realizm czy powagę, nawet jak na tamte czasy. Oglądamy więc tani, nijaki film z dziwnym narratorem, który próbuje tutaj nadać sprawie jakiś szerszy kontekst, tylko nie rozumie zadania, które mu powierzono. Nie wiem, czy ktokolwiek z twórców rozumiał to zadanie. W przyszłości w kinie udało się je zrealizować, ale tutaj było do tego daleko.

Nie widać też ręki Dassina. Może w pojedynczych ujęciach co najwyżej. Cztery gwiazdki za to, że dosyć późno przestałem się oszukiwać, że to się uda. Komentarz z Internetu: A 3 star movie with 5 star cinematography. https://garretreza.pl/jules-dassin/

Ocena 5 z 5

Reguły gry ("La règle du jeu", 1939)

1 września | powtórka

Nie spodziewałem się, że polubię ten obraz – pierwszy seans był lata temu i nie zostawił na mnie większego wrażenia, a teraz… Aż obejrzałem ten film jeszcze raz. Tak dobrze się bawiłem. Czy ma on jakąś głębię? Tego nie wiem. Chyba po prostu taką, jaką ma naprawdę dobra farsa i satyra. Dziennikarka stara się przebić przez tłum mężczyzn, gdy zdaje relację z wyczynu pilota, który dokonał czegoś niezwykłego, ale gdy podstawia się mu mikrofon, to mówi: nie jestem szczęśliwy. Dlaczego? Ponieważ nie ma kobiety, dla której to zrobił. Nie przybyła na powitanie. Życie nie ma sensu.

W ten sposób wchodzimy w świat bogatych ludzi, którzy mają romanse, ale z którymi nie idą na całość i nikt o nich nie mówi, chociaż każdy wie wszystko. Wspomniana kobieta ma męża i licznych adoratorów, postrzega wszystko jako niewinną zabawę i nie jest świadoma ceny, jaką ponoszą inni, gdy ona bawi się ich uczuciami, ponieważ… Takie są tytułowe reguły gry? Tak, to trochę odbiera humanitaryzmu tym postaciom. Nie wiem, czy Renoir po „Suce” jeszcze przejmował się humanitaryzmem u swoich bohaterów, ale. Inną wadą może być fakt jasnego zarysowania porównania losów ludzi z różnych grup społecznych. Ich sytuacja jest identyczna, tylko pozycja w społeczeństwie inna, więc i rezultat ich ambarasów się różni. To rejony tej banalnej satyry, której bym się spodziewał po Renoirze.

Film trwa te dwie godziny i rozkręca się powoli, ale znajduję w tym korzyść. Niekoniecznie dlatego, że lepiej przedstawia bohaterów, ale za to świat buduje bardzo wyraźnie i wiarygodnie: świat panów i służby, licznych uczuć żyjących z każdej strony, bogatej przeszłości i relacji, jakie mają między sobą – oraz przyziemność. Niby nic się nie dzieje, chodzą i gadają, ale jednocześnie język filmowy jest budowany i gotowy, aby zaprezentować coś naprawdę wyjątkowego, prowadząc do finałowego aktu, gdzie zaczyna się zabawa.

Jak zabawniejsza ona jest dzięki temu, że wcześniej reguły gry były przestrzegane! Jak zabawniejsze to jest, gdy z sukcesem udało się ją osadzić w realiach tak wyraźnych i wiarygodnych! Zaczynają się ganiać, strzelać, denerwować, polować – a my widzimy w nich cały czas tych ludzi, których poznawaliśmy od godziny. To niemal rejony czegoś w stylu: realistycznego slapsticku. Mało jest filmów, gdzie impreza naprawdę wymyka się spod kontroli. Mało jest filmów, które zasługują, aby krzyknąć: Ta farsa musi się skończyć? A kamerdyner tylko pyta: która konkretnie ma się skończyć?

Renoir naprawdę ustanawia tutaj złoty standard reżyserii, który obowiązuje i inspiruje do dzisiaj. Jak organizuje aktorów w kadrze, bogactwo jego języka filmowego, ile rzeczy potrafi zmieścić jednocześnie na ekranie, ile się tutaj dzieje! Aż chce się obejrzeć kolejny raz, żeby wchłonąć wszystkie atrakcje wizualne tej produkcji. Aż dziw bierze po seansie, gdy się czyta, że pierwotny montaż trwał trzy godziny i wycinano kolejne minuty – obraz, który otrzymujemy, wydaje się przemyślany w każdym ujęciu. To w końcu całkiem długie ujęcia z montażem wewnętrznym, skracanie oznacza wycinanie całych scen. Nie mogę niestety napisać, aby reakcja ówczesnej Paryskiej widowni była mi zrozumiała. Nie mogę ocenić, czy Renoir miał rację komentując: „People who commit suicide do not care to do it in front of witnesses.” mając na myśli upadek wyższej klasy i jej portret na ekranie, na oczach wszystkich. Czy przedstawia ich jako autodestrukcyjną grupę? Niekoniecznie. Umie się śmiać z ludzi, którzy tak bardzo żyją dla miłości i innych ludzi, że przestają odczuwać radość z własnych osiągnięć, własnego życia. To śmiech, który powinien mieć siłę doprowadzić do przytomności, ale co ja tam wiem. Nie ze mnie się śmiał. Nie ja uznałem, że film trzeba zbanować na terenie całego kraju.

Ja się po prostu dobrze bawiłem na dobrym filmie. https://garretreza.pl/jean-renoir/

Ocena 3 z 5

Dziedziczka ("The Heiress", 1949)

30 sierpnia

Czułem się, jakbym oglądał adaptację dużej książki. A reżyser przeniósł tylko pierwszą czwartą. Może to mieć jakiś związek z tym, że czytam „Rebekę” i zastanawiam się – bo już nie pamiętam filmu na tyle – w jakim stopniu pominięto perspektywę protagonistki podczas adaptacji do produkcji Hitchcocka. Cały ten rozwój osobisty i tak dalej, który odbywa się głównie w ciszy. „Dziedziczka” jawi mi się jako podobny tytuł: tytułowa samica szuka męża jako jedyne dziecko bogatego samca. I z jakiegoś powodu tylko Montgomery Clift się zgłasza – chyba dlatego, że dziedziczka nie bardzo umie w socjalne zabawy, ale to nie jest przekonywujące. I teraz jest pytanie: czy Montgomery Clift chce Olivię de Havilland z miłości czy pieniędzy? Wmawiają jej to drugie i jest dramat rozpisany na cztery postaci, każda nudniejsza od następnej, trwający dwie godziny i w całości oparty na ostatniej minucie, bez zdradzenia której nie da się omówić wartości tej produkcji:

Otóż, ona przejrzy na oczy. Zarygluje drzwi (genialne połączenie z cięciem nożyczkami!) i pójdzie spać, gdy chłop pod drzwiami będzie walić w deszczu. The End. I co dalej? Przed nami pozostałe 3/4 tej historii przecież! Ojciec umarł, ona dojrzała i ma zamiar odpowiedzialnie zarządzać swoim majątkiem, nie rzucać się na pierwszego, lepszego… To wszystko byłoby wstępem do prologu w książce Steinbecka przecież. Poświęcono dwie godziny, aby przedstawić rozwój emocjonalny bohaterki, aby podjęła tę decyzję… I zrobiono kiepską robotę. Olivia de Havilland musiała nadrabiać lekko nadekspresją, żeby przekonać widza o czymkolwiek. Reżyseria Wylera nadal bez zarzutu, ale to nadal film, który nie przekonuje. https://garretreza.pl/william-wyler/

Wycieczka na wieś Partie de campagne 1946 renoir
Ocena 3 z 5

Wycieczka na wieś ("Partie de campagne", 1946)

30 sierpnia

Produkcja z historią – nieukończona z powodów takich, że nie, Renoir w momencie premiery był już w Ameryce, więc wypuścili, co mieli. Dlaczego to zrobili? Nie odpowiadają. Otrzymujemy 40 minut francuskiego kina, które może funkcjonować jako wstęp do filmografii Érica Rohmera, tylko dużo lepiej wyreżyserowane – bez statycznych ujęć z dystansu trwających po 10 minut, Renoir jest dalece bardziej dynamiczny i kreatywny – oraz wejścia na ekran motywu nieszczęśliwej miłości, najgorszej przyprawy tej kinematografii, którą muszą dodawać wszędzie na siłę. Chociaż może było to wcześniej, w sumie nie robi mi to różnicy.

Fabularnie jest to film o wycieczce na wieś.

Ojciec z żoną i córką chcą odpocząć na owej wsi, gdzie dwóch typów z kreskówki (wilk u Taxa Avery’ego ślinił się mniej od nich) dzieli się: jeden weźmie żonę, drugi córkę. Porozmawiają o tym, że młode to może będzie ciąża i to znaczy odpowiedzialność, ze starą lepiej czy coś, to będzie bardzo głęboki monolog/dialog mówiony do ściany. No i ten tego. Francuskie kino, co tu można powiedzieć. Potem zrobili to milion razy co roku. Produkcja składa się z oczywistego wstępu oraz oczywistego zakończenia. Nie została nakręcona cała główna część z romansem, która mogła zawierać drogę czy emocje.

Zostanie ujęcie z huśtawką. https://garretreza.pl/jean-renoir/

Ukryte życie A Hidden Life 2019 mallick
Ocena 3 z 5

Ukryte życie ("A Hidden Life", 2019)

23 sierpnia | D+

Lubię jak wyglądają filmy Malicka. To niby prosta rzecz – szeroki obiektyw, niski kąt, kręcenie się w kościołach czy w górach i piękno na ekranie jest. Tak przynajmniej wygląda Ukryte życie: Alpy, Kościoły, grupy ludzi i po prostu pokazywanie, jak są. Jak łażą po wsi, jak się modlą, jak jadą motocyklem. Bardzo relaksujący tytuł do oglądania we fragmentach – gdybym miał te trzy godziny zjeść na raz, to coś czuję, że ocena byłaby niższa, a tak… Oglądałem na spokojnie, przez kilka dni i było miło.

Bo ten film to nie są tylko ładne widoczki, to też fabuła o żołnierzu, który odmówił złożenia przysięgi wierności Hitlerowi i wybrał więzienie zamiast ucieczki czy coś. Czy Malick daje dupy w 100% próbując przedstawić historię tego autentycznego człowieka? Tak. Czy daje dupy w przedstawieniu realiów drugiej wojny światowej? Tak. Czy jego hitlerowcy ze swoją brutalności plasują się pod względem zagrożenia między uczniami pierwszej i drugiej klasy podstawówki w Baltimore? Cóż, trudno traktować ten film na poważnie. Są przerysowani i bardzo łatwo się śmiać z tego, jak krzyczą i robią miny, żeby zrobić wrażenie… Jakiekolwiek. Bo nie wiem, czy reżyser chciał coś konkretnie osiągnąć. Raczej usłyszał, że oni muszą być w tym filmie, więc wydał polecenie, aby jakoś, coś. I taki mamy efekt.

Nawet same zdjęcia nie są najlepsze – chaotyczne i zwracają uwagę na siebie, ilekroć operator zmienia zdanie i zaczyna iść gdzie indziej, bo tam będzie ładniej. Albo to całe bieganie do postaci, aby zrobić im zbliżenie w czasie rzeczywistym… To jest trochę śmieszne. I bardzo nieudolne, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Wiedziałem, na co się piszę i miałem dobry humor, więc zadowoliłem się dobrymi stronami tego seansu. https://garretreza.pl/terrence-malick/

Ocena 5 z 5

Złodziejski trakt ("Thieves' Highway", 1949)

22 sierpnia

Zaczynając seans byłem gotowy napisać coś w stylu: czyli to jest oryginalna Cena strachu? I jest szansa, że twórcy Ceny… mogli się inspirować tym obrazem, gdzie syn wraca do rodziny i dowiaduje się o sytuacji swojego ojca: został oszukany podczas handlu i już nigdy nie będzie chodził, jego nogi nie działają. Syn rusza więc odzyskać ciężarówkę i pieniądze papy, a kończy na braniu udziału w transporcie jabłek, aby zarobić i stawić czoła człowiekowi, który zniszczył życie jego ojcu.

Do mniej więcej trzydziestej minuty jest to film naprawdę osiągający swój cel – czułem, że jeszcze nie widziałem tak uczciwego obrazu społeczności przestępczej, co tutaj: na każdym kroku trzeba uważać, bo każdy chce cię oszukać, wykorzystać, okłamują cię, manipulują, stosują wszelkie sztuczki, byle tylko… No właśnie, każdy grosz się liczy. Jest to wyczerpujące psychicznie i człowiek ma wrażenie, że długo by nie dał rady wytrzymać w takim świecie. Nie ma tutaj honoru, dotrzymania słowa, umowy, czegokolwiek. Na każdym kroku może człowiek się potknąć i z każdej strony każdy to wykorzysta. To nie mafia, to nie przestępczość zorganizowana – w sumie w ogóle nie mówimy o przestępcach. Mówimy o cwaniakach, krętaczach, osobach robiących wszystko, aby wycyganić kogoś, naciągnąć, ale jeśli chodzi o łamanie prawa i działanie nielegalne, siłą… To do tego się nie posuną. Wspomogą się, zniszczą oponę w twoim pojeździe na przykład, ale poza tym – hej, czasy są ciężkie i każdy robi, co może.

Dlatego scena w 30 minucie tak mocno chwyta widza, kiedy następuje ten akt dobroci. Kiedy ktoś pomaga bohaterowi tylko dlatego, że mógł i powinien pomóc. Później widz, szczególnie współczesny, mógłby zacząć spodziewać się wprowadzenia bardziej brutalniejszych środków, ale tak jednak nie jest – manipulacja, grożenie, kombinowanie nadal jest, ale właśnie: to wszystko. Pytanie tylko, czy to jest faktyczna wina filmu, czy też widz nie jest przyzwyczajony do takich historii. Jules Dassin wyraźnie starał się trzymać na poziomie „nie-przestępczym”, postaci na ekranie wykorzystują się jedynie nawzajem, ale nikt przemocą nikogo do niczego nie zmusza. Przynajmniej nie otwarcie. I na tym może polegać siła tego obrazu, ale jednocześnie może wydawać się to wszystko zbyt grzeczne. Współcześnie twórcy mogliby mieć mniejsze opory, co nie koniecznie byłoby… Wiarygodne. Obraz Dassina ma swoje braki w wiarygodności – sam opis wstępu do fabuły ciężko mi przeszedł przez palce, ale ta historia naprawdę się w ten sposób zaczyna. Naciągane? Tak, ale udało się sprawić, żeby ta historia działała. Wykorzystano umowność gatunkową do stworzenia szorstkiego, bezlitosnego świata, który przytłacza. Twórcy odeszli tutaj od romantyzowania świata przestępczego jak tylko się da – nie ma tu na kogo liczyć poza samym sobą. I człowiek szybko zaczyna być świadomy swoich słabości, które ktoś może wykorzystać.

W trakcie oglądania zakładałem, że wtedy nie mogli pokazać brutalności i dlatego z niej zrezygnowali. Na następny dzień myślę, że celowo chcieli sobie poradzić bez niej, ale faktem jest: nie mieli zbyt dużego wyboru. Dlatego tak bardzo uderza jeden z finałowych momentów, w którym są płomienie – natychmiast miałem świadomość, jakie wtedy, wiele dekad temu, trzeba było mieć jaja, aby coś takiego umieścić na ekranie. Byłem pod ogromnym wrażeniem, że poszli aż tak daleko – i pokazali, że umieją być brutalni, ale kiedy chodzi o ukazanie konsekwencji decyzji życiowych. O to tak naprawdę chodzi w tym filmie – wiesz, w co się pakujesz, ale to robisz… Dlaczego? https://garretreza.pl/jules-dassin/

Big Clock 1948 wielki zegar
Ocena 5 z 5

Wielki zegar ("The Big Clock", 1948)

22 sierpnia

Dowiedziałem się o tym filmie z poniższego filmiku na YouTubie i podpisuję się rok później pod wszystkim, co zostało tam powiedziane. Z wyjątkiem może tego, że John Farrow nie jest „nikim” – jest ojcem Mii Farrow. A jego żona – i mama Mii – gra tutaj drugoplanową rolę żony protagonisty. Wracając: Wielki zegar to fantastyczny kryminał i thriller na poziomie fabuły jak i rzemiosła filmowego. I coś czuję, że przy powtórce będzie jeszcze lepiej, kiedy już będę mógł docenić wszelkie przygotowania do właściwej części filmu. Tak, tutaj wszystko będzie istotne, chociaż na takie się nie zapowiada. George Stroud pracuje w gazecie należącej do Earl Janoth, potężnego i bezlitosnego człowieka, który liczy się z Georgem tylko dlatego, że ten jest wyjątkowo dobry w swojej pracy. George jest w stanie postawić się w końcu swojemu szefowi, gdy jedzie na urlop i nic go od tego nie odciągnie, więc jest mu obiecane nie tylko stracenie pracy, ale brak możliwości bycia zaangażowanym gdziekolwiek indziej w kraju. A widz w to wierzy. Wierzy, że Janoth jest aż tak potężny. Wierzy, że George jest aż tak inteligentny i skuteczny, że stanowi wartość dla pracodawcy.

I to jest w sumie tyle, ile jest w stanie wam przedstawić, ponieważ konstrukcja oraz kierunek fabuły robi ogromne wrażenie. Jak dużo tutaj się dzieje jednocześnie i kończymy oglądając trzy różne historie prowadzone jednocześnie? I to wszystko ma niebywale satysfakcjonujący punkt kulminacyjny?! W ciągu zaledwie półtorej godziny? To trzeba zobaczyć samemu, nie ma innej opcji. Fani czarno-białych thrillerów, gdzie protagonista próbuje udowodnić swoją niewinność z pozycji bezlitośnie beznadziejnej, muszą to koniecznie zobaczyć.

Mógłbym przyczepiać się do różnych detali, ponieważ nie jest to idealny film. Charles Laughton gra trochę zbyt karykaturalnie, Maureen O’Sullivan (nie Margaret Sullavan ze „Sklepu na rogu”) gra po prostu żonę, samicę i scenariusz nic więcej od niej nie wymaga, scenarzysta zresztą parę razy ułatwi sobie robotę tu i tam po prostu pisząc scenę w stylu: George idzie kupić obraz, po którym później będą mogli go znaleźć. A niech jeszcze spotka wtedy autorkę samego obrazu, czemu nie? Zamykanie filmu na powrocie żartu z szukaniem czwartego męża też nie jest szczególnie… Przemawiające. Poza tym – to jest prawdziwie fenomenalny obraz, który jednak nie stał się klasykiem, więc jakiś większy powód musi być. Nie jestem w stanie jednak nawet zacząć podejrzewać, jaki on może być. Wielki zegar należy zobaczyć. Koniecznie.

Plus – to chyba pierwszy film, który dzieje się w moje urodziny. https://garretreza.pl/wielki-zegar/

Ocena 2 z 5

Boudu z wód wyratowany ("Boudu sauvé des eaux", 1932)

21 sierpnia

Jean Renoir jest jednym z tych ponadczasowych mistrzów kina, przy którego filmach muszę sobie przypominać: to jest stare, wtedy były inne czasy, jak na swoje czasy to na poziomie treści wtedy było coś, więc dzisiaj to też jest… czymś. Czy umie realizować ujęcia, które do dzisiaj powinny być studiowane w szkołach? Tak. Czy umie zagospodarować i wykorzystać kadr niczym najwięksi mistrzowie reżyserii? Tak. Czy na poziomie treści jego film mnie stracił w ciągu kilku minut? Tak. To, co tutaj zobaczyłem, było jak z poprzedniej generacji ludzkości, jeśli można by porównać ludzkość do konsol. Bezdomny podchodzi do policjanta i potrzebuje pomocy, żeby znaleźć psa – mundurowy karze mu wypierdalać. Na tym samym ujęciu (!!!) bezdomny odchodzi i wchodzi paniusia z klasy wyższej i rozpacza, że zgubiła pieska i psy od razu się organizują, żeby czworonoga znaleźć.

Czy możemy się dogadać, że takie rzeczy od dekad są dnem? Nie ma nic niższego niż taka „satyra”. Jedyne, na co mogę przystać, to że w 1932 roku takie rzeczy jeszcze nie były całkowicie traktowaniem widza jak idioty – chociaż nawet na to ciężko mi przystać. W 1932 roku premierę miał „Nowy wspaniały świat” i trzeba by serio nienawidzić kina, aby wybaczać mu taki dysonans względem literatury.

Zakres „satyry” jest kontynuowany: bezdomny skacze z mostu, bogaty leci go ratować. Zbiera się tłum wyrażający zainteresowanie tym wydarzeniem tylko z dwóch powodów: heroicznego czynu oraz faktu, że ratujący jest z „ich klasy”. Gdyby bezdomny ratował bezdomnego, to nikogo by tam nie było. Nikogo nie interesuje ratowanie życia ludzkiego. Czuć ramiona otaczające oglądającego, czuć wstrząsy, gdy próbuje przez ekran potrząsnąć widzem upewniając się jak tylko może, że ten załapał. Że dotarło.

Ogólny zamysł zarysu fabularnego mógłby się udać – bogaty próbuje „nawrócić” biednego poprzez wprowadzenie go do elity, ale biedny ma inne wartości i lekceważy sobie starania, dzięki czemu rodzi się chaos i rozgardiasz, a na końcu ich drogi się rozchodzą: biedny w szczęściu, bogaty w niezadowoleniu. Reżyser zmienia zakończenie względem sztuki, aby było jeszcze bardziej bezwzględne – w oryginale wszystko miało mieć szczęśliwy finał. Szczegóły są nawet brutalniejsze, ponieważ bezdomny nawet gwałci na ekranie służącą bodaj, tylko jest to pokazane tak, że bez Wikipedii nie ogarniecie, że tam doszło do gwałtu. Ogólnie: mająca potencjał satyra na odklejoną elitę. Wszystko to zmarnowane przez łopatologiczność, brak humoru, obraz biedoty i reszty warstw społeczeństwa, braki umiejętności narracyjnej, wolne tempo – które zresztą niewiele by zmieniło, gdyby było żwawsze, ponieważ od piątej minuty wiemy, co się wydarzy później, nie ma żadnych wydarzeń próbujących zmienić bieg historii, więc tylko czekamy do końca tego wlokącego się półtoragodzinnego filmu, aż zobaczymy spodziewamy finał. Którego nie dostajemy, bo reżyser akurat tutaj wykazał się kreatywnością, więc… Niech będzie, że plus. Mógłbym dać nawet jedną gwiazdkę wyżej, ale… Mam już dosyć. Mam wrażenie, że dawałem tę gwiazdkę więcej temu reżyserowi już co najmniej kilka razy. https://garretreza.pl/jean-renoir/

Ocena 3.5 z 5

PRZECZYTAŁEM

Hermann Hesse – Wilk stepowy, 1927

20 sierpnia

Jeśli czytałbym to kiedyś, na innym etapie życia, to mógłbym odnieść wrażenie odnalezienia samego siebie na stronach książki. Jest tutaj bohater ze zbiorem cech oraz sprzecznościami, wszystko jest romantyzowane i opisywane jako „niezrozumiałe”, odnosząc się do wielu uczuć, jakie się ma wobec społeczeństwa, na dodatek zyskuje wyrozumiałość czytelnika, aby ten wypełnić powieść własnym… Głosem. I był przekonany, że ów głos już tam był, że znajduje tutaj… znajomość.

A tymczasem – Wilk stepowy ma 250 stron, z czego pierwsze 100 to czytanie jak bohater czyta broszurę na swój temat i zgadza się z częścią, a z częścią nie do końca; następne 100 stron to bohater spotykający Manic Pixie Dream Girl, a ostatnie 50 stron to psychodeliczny sen, gdzie autor próbuje dołączyć do książki m.in. konsekwencje udziału narodu w pierwszej wojnie światowej. Ogólnie dużo tam jest napchane – i kolejne słowa tyczą się już całości – co jest fajne samo w sobie, ale nie jako nośnik idei. Jako lektura o człowieku ma swoje plusy i minusy, ale jeśli autor naprawdę próbował tutaj zdiagnozować i nazwać nurt w społeczeństwie, to przestrzelił się mocno. Głównie dlatego, że jego protagonista jest najprawdopodobniej chory psychicznie, a nie że jest jakimś wilkiem. Autor argumentuje we wstępie, że opisuje tragizm ludzi urodzonych w złej epoce, szukając tutaj wytłumaczenia tego, że bohater jest odseparowany, nieszczęśliwy, niezrozumiały oraz niezdolny do zmiany. Gdy próbowałem się faktycznie w to wszystko wczytać, to nie znalazłem tutaj zrozumienia – jedynie fantazję na temat takich indywidualistów powstałą z obserwacji. Z boku. Zakończone tym fantastycznym epizodem, gdzie jednak autor decyduje się nagle upchać bardzo dużo, bez faktycznego przemyślenia tego wszystkiego, czy to się spina i czy jest to zasadne.

Propozycja interesująca. Mogąca przemawiać do młodych osób, które też nigdy nie były nauczone zrozumienia samych siebie, nie mających ku temu żadnych narzędzi, bardzo ceniących sobie wszystko, co jawi się jako sprzeczność. Nurt istniejący faktycznie i do dzisiaj – wystarczy znaleźć jakąkolwiek piosenkę na YouTubie mającą parę lat i zawsze się znajdzie tam komentarz w stylu: „Mam 14 lat, moi rówieśnicy słuchają X, a ja wolę taką muzykę” symbolizując oderwanie od kultury popularnej i zagubienie (chociaż na tym etapie to już bardziej dla atencji albo są to boty zwiększające aktywność pod treścią, nie faktyczni ludzie – ale stworzeni na podstawie czegoś, co naprawdę istniało na początku Internetu). Jak widać jednak, nie ma to długoterminowej ważności. Sam język oraz jako lektura – warto, ale ambicje twórcy były dalece wyższe i im nie podołał.

Teraz czuję niepokój odnośnie powrotu do Portretu Doriana Greya. Czy to nadal jest arcydzieło? Czy tylko umiało mi się sprzedać jako takie? https://garretreza.pl/ksiazki/

Ocena 1 z 5

Bez granic z Chrisem Hemsworthem - sezon I ("Limitless")

18 sierpnia | Disney+

Daję najniższą ocenę i jest ona kosmicznie zawyżona, gdyż od 16 minuty chciałem dać jeszcze mniej. I potem było tylko gorzej. Formuła na ten program telewizyjny jest prosta: bogaty chłop obawia się, że umrze szybciej przez stres, więc organizują mu plac zabaw, gdzie chodzi na wysokości, pływa w zimnie i uczy się kontrolować stres. Nauka polega tutaj na obserwacji, że jak wsadzicie typowi VR na łeb i karzecie chodzić na wysokości, to będzie się cykać. Więc go popychacie i macie bekę. Albo wiążecie typowi nogi i ręce, a następnie wrzucacie do basenu. I jesteście niezadowoleni, że potrzebuje kilka podejść, żeby przestać się stresować. Uzurpator podszywa się pod psychologa i pierdoli głupoty pseudo-naukowe na poziomie: „Głodówka jest fajna, bo bycie najedzonym jest stosunkowo nowe w historii ludzkości, nasi przodkowie często głodowali”. A w następnym odcinku Thor wspina się po linie. Przez godzinę. Czy wspomniałem, że ten tytuł jest wyjątkowo nudny? W piątym zabierają się za zdrowie psychiczne – te wcześniejsze tematy były w końcu łatwiejsze w samodzielnym przysposobieniu przez widza i były atrakcyjniejsze dla oka, żeby wciągnąć oglądającego, dlatego zdrowie mózgu jest tak późno. A zresztą, pierwszy krok w zdrowiu psychicznym w tym serialu to pojechać do dżungli, żeby się wyciszyć. Nie wiem, czy twórcom starczy wieczności aby przeprosić ludzkość za swoje odklejenie od rzeczywistości. Raczej nie.

Nie dość, że to jest głupie, źle zrobione, banalne i monotonne, to jeszcze na dodatek jest coś wysoce obraźliwego w oglądaniu, jak bogaty chłop z zasobami, masą czasu oraz drużyną ludzi opiekującym się nim na każdym kroku, opowiada jak mu ciężko, gdy przechodzi te testy. Spróbuj głodować cztery dni będąc na etacie. Twórcy przekonują i upewniają widzów raz za razem, że nie mają pojęcia, iż dla widowni te wszystkie testy byłyby fajnymi wakacjami, gdyby tylko im nie tylko wszystko opłacić, ale też zapłacić.

Zawsze dadzą też radę znaleźć jakąś społeczność tubylczą albo innego emeryta, który żyje długo i właśnie dzięki temu, że ćwiczy albo głoduje. Co za przypadek. Ja wam znajdę menela, który pije alkohol od 60 lat i też się ładnie trzyma, zacznijcie jego naśladować – bo w końcu jak coś działa dla jednego człowieka, to zadziała dla wszystkich innych, prawda? Ludzie naśladujący innych w siłowni wiedzą najlepiej, że robiąc to samo osiągają te same rezultaty… I to wszystko tak naprawdę po co? Żeby przypomnieć o braniu zimnego prysznica od czasu do czasu. Bez żadnej faktycznej edukacji, jedynie pseudo-edukacja. Trudne słowa, które widownia słyszy pierwszy raz w życiu i szybko się wyłącza, rozumiejąc tylko ogólne: „to dla mnie dobre”. Bez siły przekazu, żeby faktycznie widownia zaczęła to robić. Najwyżej będą mieć wyrzuty sumienia, że tego nie robią. Tyle.

Ostatni odcinek najbardziej przypomina, że to tytuł od Darrena Aronofskyego (serio) i miałby potencjał na bycie czymś w stylu „The Rehearsal” – Chris Hemsworth obawia się starości, więc pakują go w kostium postarzający, symulujący bycie emerytem, a następnie spędza czas w sztucznym środowisku domu opieki z aktorami wcielającymi się w role innych emerytów. I będą różne ekscesy, w tym zabicie protagonisty. Brzmi jak coś mającego potencjał, co więc poszło nie tak? To samo, co do tej pory – głupota twórców jest nieskończona, więc nie mają pojęcia, co powinni zrobić. Dom starości na ekranie jest szczytem marzeń nawet dla jakiegoś reality show z celebrytami, a co dopiero dla faktycznych emerytów. To nie jest wcale żaden test, to nadal plac zabaw dla bogatego, dużego dziecka, które pogra w ping ponga i będzie się cały czas cieszyć. Symulacja bycia starym? Spróbujcie mu lepiej wsadzić kilka igieł do spodni w okolicy biodra i kazać zejść po schodach i pójść do sklepu.

Niech sobie twórcy będą niedojrzali. Tylko czemu muszą to manifestować i obrażać ludzkość?

Plus najgorsze ujęcie 2022 roku, podczas wywiadów z ową panią „doktor” w pierwszym odcinku – ekstremalne zbliżenie na twarz, wszystkie rysy twarzy wyolbrzymione na maksa jak w horrorze. Nie oglądać na ekranie większym od zegarka. https://garretreza.pl/opinie-2022/

Ocena 3 z 5

Niech żyje Meksyk! (1979)

15 sierpnia | YouTube

Historia tego filmu jest taka, że skończył się budżet, a potem materiał trafił do muzeum w Nowym Jorku i przez pięć dekad toczyła się sprawa, aby zwrócić materiał do USSR. Brzmi, jakby było w tym kilka dziur i przydałoby się ją rozwinąć? Cóż, jest to historia opowiedziana wewnątrz tego filmu i twórcy uznali, że więcej nie trzeba. Meritum jest takie, że to nie jest ukończony film, a Niech żyje Meksyk! z 1979 roku nie jest filmem pod tym samym tytułem z 1932 roku. Ten drugi jest oddzielnie na IMDb i ma wyłączoną możliwość oceniania. Ja też nie będę udawać czy przekonywać, że oceniam tamten tytuł. Nie będę też go włączać w poczet rankingu Eisensteina – po seansie jest dla mnie jasne: to nie jest jego film.

Nie ma tutaj za bardzo o czym pisać w kontekście samej produkcji. To zbiór nowel mających formować jakiś obraz Meksyku w głowie widza, tak jak twórcy formują sam obraz Meksyku do znajomych sobie ram. Może znajdują te połączenia naturalnie, może musieli trochę w tym kierunku gimnastykować, ale efekt opowiada o kulturze czy walecznym ludzie zwykłych obywateli, którzy na pewno mieli te same ideały, co obywatele takiego innego kraju…

I jest to nieinteresujące. Przywołuje mi na myśl te amerykańskie dokumenty robione na zlecenie przez amatorów. Pojawiają się interesujące ujęcia, ale mówimy o czymś w stylu: może pięć ujęć. Na tysiąc. Całość jest niema, ale ukrywa ten fakt poprzez dodawanie dźwięku tętent kopyt czy muzyki. Całość miała być zrobiona bez aktorów ni scenografii, więc kolejny eksperyment. I wyraźnie montaż miał pełnić tutaj dużą rolę, ale montował to ktoś inny, więc tylko tak sobie gdybamy i mamy nadzieję, że to pewnie mógł być wielki film. Ja uważam, że najwyżej mógł wyjść średni.

Plus: sekwencja tratowania końmi ludzi zakopanych w ziemi, tylko głowy im wystawały (oczywiście ustawione). Chyba jedyne, co zapamiętam. Oczywiście będę pamiętał (chociaż nie chcę) też sekwencję korridy, którą oczywiście przeskoczyłem. Jebać wszystko co z tym gównem związane. Jeszcze na koniu walczył z bykiem – i byk zaatakował konia. Chuj wam w dupę kurwa. Chuj rozmiarów tego konia. Po cięciu koń się podniósł, ale, kurwa, coś mi tu śmierdzi. I nie mam na myśli gówna, którym są ludzie zaangażowani w to popierdoleństwo. Jebać jebanym jebaniem to jebane gówno. https://garretreza.pl/eisenstein/

Możecie mnie znaleźć również na:
FilmWeb
RateYourMusic