Timeless Film Festival – opinie o filmach

Timeless Film Festival – opinie o filmach

10/04/2024 Blog 2

Zbiór opinii o filmach, które zobaczyłem w ramach Timeless Film Festival Warsaw w 2024 roku, podczas I edycji. Część po raz pierwszy, część po raz kolejny.

obejrzanych filmów
7
Nie licząc dwóch przespanych seansów oraz jednego, z którego wyszedłem celowo. Ponad to siedem filmów obejrzałem ponownie (o jednym nie pamiętałem, że już go widziałem).

Wiem, dokąd zmierzam (1945)

Wyspa, banda fajnych ludzi i mistycyzm. Chyba mój ulubiony film P&P.
 
Całość mogła zacząć się niemal na siłę, jako sugestia: zróbcie filmową adaptację głupiej piosenki, gdzie baba śpiewa w kółko, że „wie, dokąd zmierza”. Taki żart pasuje mi do tych twórców. I ich bohaterka właśnie całe życie wiedziała, dokąd zmierza. W tym sensie, że była uparta i jak chciała iść na randkę, to czekała, aż ją typ zaprosi tam, gdzie by chciała. I powtarza w kółko, że wie, dokąd zmierza. To jest absurdalna fraza do powtarzania, widownia od początku śmieje się pod nosem oglądając, jak bohaterka wymyśliła sobie podróż w cholerę daleko, na odległą Wyspę, gdzie weźmie ślub z majętnym człowiekiem. Tylko na miejscu okaże się, że okolice są… Niebezpieczne. I pełne niezwykłych ludzi. I wtedy też film się rozkręci na dobre, zapraszając widza do zamku i ogromnych domostw pełnych ludzi, z którymi chce się spędzać czas. To po prostu coś, czego trzeba doświadczyć samemu, żeby to poczuć. Nawiedzona, przeklęta budowla na Wyspie okryta tajemnicą – zagrażające życiu wiry wodne – chłop z sokołem i wiele więcej. A ja wielbię każdy element, który widzę.
 
Pomyślcie: „Trop” bez zagadki kryminalnej. Jeśli to wasze kino, to oglądajcie. Jeśli nie, to dla reszty będzie to raczej przeciętny melodramat komediowy z naiwną puentą.

W biały dzień (1958)

Z serii: „Alfred Hitchcock Przedstawia”. Dosyć średni odcinek.
 
To niby środek Europy, ale stylistycznie oglądamy amerykańską telewizję lat 50. I to nawet nie późnych lat 50. I to nawet nie te tytuły, o których jeszcze pamiętamy. Aktorstwo jest drętwe, dialogi absurdalne, rozwój fabuły naciągany, a metraż rozrośnięty do półtorej godziny. Da się oglądać, tylko tak w sumie czułem się, jakbym oglądał film w telewizji w środku nocy i nie mógł spać, a nie że jestem na festiwalu i walczę ze snem. W każdym razie: jesteśmy w środku paskudnego śledztwa, która zaczęła się od morderstwa na małej dziewczynce. I posądzają o to jednego człowieka, który je odkrył, tylko podejrzewają go w sumie tylko dlatego, że takie są plotki głupich ludzi, którzy są jednowymiarowi tylko tak, jak słaba telewizja im pozwala. Albo średnie kino festiwalowe. Chłop się zabija, śledztwo wyjaśnione, ale jeden policjant sobie myśli: „no chyba nie”. I prowadzi śledztwo na własną rękę, zawierając znajomość z obcymi dziećmi i to wcale nie wygląda absurdalnie, widownia na sali kinowej śmieje się bez powodu. I zapisuje numery aut, które mijały jedną dziewczynkę. I dzwoni na te numery pytając o ich dzieci, wychodząc z założenia, że morderca nie ma własnych dzieci. I trafia na mordercę, tylko on ma dzieci z innego związku, więc mówi, że ma dzieci. A potem jest antyklimatyczne złapanie mordercy i możemy się rozejść.
 
Można się pewnie doszukać tutaj czegoś więcej, ale tak serio, to mi się nie chce. Słaby kryminał. Gdyby to była książka, to byłaby do kupienia na wagę na lotnisku. I nie byłaby czytana do końca.

Moja kolacja z Andre (1981)

Osoby, które zobaczymy na ekranie, są przyjaciółmi w prawdziwym życiu – i po latach wspólnych rozmów doszli do wniosku, że z nich można by coś stworzyć. Więc tak zrobili, opowiadając o fikcyjnym spotkaniu w restauracji po długim okresie, kiedy nie widzieli się i mają trochę do opowiedzenia. A przynajmniej Andre ma.
 
Nikt w kinie nie gada tyle o sztuce na boku, co postaci z kina francuskiego – miło więc zobaczyć takie coś w kinie Amerykańskim, który tu by raczej był nawet bez Louisa Malle’a w roli reżysera. Ten wycofuje się i robi miejsce aktorom, skupiając się na ich twarzach. Minimalizuje tło restauracji, posiłki pokazuje chyba tylko w momencie podania, a innych bohaterów widzimy tylko podczas interakcji z bohaterami – nawet jeśli oznacza to wymianę spojrzeń. Malle skupia się na detalach i w zasadzie nie popełnia pomyłki, a montażysta wiedział, kiedy dać dłuższe ujęcie oraz kiedy zrealizować cięcie. Często jest ono przed końcem wypowiedzi, aby uchwycić na jednym wydechu zarówno koniec monologu, jak i ciszę oraz reakcję rozmówcy. Zachowano w ten sposób spójność: czujemy, że są razem przy stole, że rozmawiają, że wymieniają się cały czas ludzkim elementem. Ten film to dużo więcej niż tylko dwie kamery skierowane po jednej na aktorów i montaż między tymi ujęciami, całość jest dalece bardziej skomplikowana. I dobrze, dzięki temu atrakcyjność filmu nie polega wyłącznie na komediowym aktorstwie oraz samych historiach, często zaskakujących i bogatych.
 
Takie filmy można po seansie określić wiwisekcją dwóch postaw – odmiennych, skrajnych itd. I chociaż w filmie jest z całą pewnością dużo wskazówek pozwalających konkretnie i definitywnie określić każdą postać, tak nie usłyszycie ode mnie niczego w tym stylu. I nie uważam też, by film dążył do czegoś takiego. To opowieść inspirowana prawdziwymi rozmowami między prawdziwymi przyjaciółmi, którzy naprawdę lubili ze sobą rozmawiać. I chociaż grają postaci nazywające się tak, jak aktorzy którzy się w nich wcielają, to jednak grają osoby fikcyjne. Przez te dwie godziny spędzone w zasadzie w czasie rzeczywistym musiałbym podejrzewać film o inspiracje do możliwości powiedzenia wszystkiego o jednym człowieku. A nawet dwóch – i tak właśnie nie podejrzewam. Usłyszałem – doświadczyłem – rozmowy dwóch ludzi o różnych tematach, którzy spotkali się, opowiedzieli sobie nawzajem kilka historii, wysłuchali ich, wymienili się poglądami, zjedli i podali rękę. Ani pierwsze, ani ostatnie, ani najważniejsze ich spotkanie – może najbardziej charakterystyczne, reprezentatywne, ewentualnie: najbardziej osobiste. Nic więcej. Nie nauka o tym, jak się rozmawia, albo jak elity ze sobą konwersują – nawet nie pouczenie na jakikolwiek temat podjęty przez debatujących. Bardziej pomnik ku czci przyjaźni i/albo samej sztuki wymiany zdań oraz słuchania.
 
Dążę teraz do tego, że film nie ma zamiaru wskazać racji, która jest właściwa – który z bohaterów jest bardziej słuszny, kto jest mądrzejszy. Są różni i mają inne poglądy. Aż tyle i tylko tyle. Wallace nie jest słuszniejszy od Andre, a ten drugi nie jest mądrzejszy od pierwszego. Żaden z nich nie musi mieć racji lub być w błędzie – wystarczy, że każdy z nich kiedyś przemyślał swoje życie i teraz świadomie jest tym, kim jest.

Sklep za rogiem ("The Shop Around the Corner", 1940)

„Garsoniera: Prequel”. Dajcie mi więcej aktorów patrzących 14 sekund w kamerę.
 
Sklep pełen pracowników będących wdzięcznymi, że w ogóle mają pracę – wdzięczność niekoniecznie wobec pracodawcy, który jest majętny i rozkojarzony, mający głowę wśród innych problemów niż jego podwładni – po prostu o pracę ciężko, a za coś trzeba żyć, więc tylko nieliczni w tym zakładzie pracy mają aspiracje do czegoś więcej, żeby się wykazać, być zauważonym. Pojawiają się wcześniej, są aktywni i liczą na bonus. A może nawet awans. Wszystko to jest jednak tłem dla romansu głównego bohatera, który poznaje kobietę poprzez anons w gazecie, na który odpowiada i tak zaczyna się jego relacja z kimś, kogo nie zna i nie wie, jak wygląda – co jest podkreślone przez fakt, że pracuje z tą osobą. I nie cierpią się nawzajem, wręcz przez myśl im nie przechodzi, że ta druga osoba może być TĄ osobą, do której wzdychają po nocach i biegną do skrytki, żeby przeczytać najnowszą korespondencję.
 
Fabuła w tym filmie ma naprawdę dobre tempo – czuć upływ czasu oraz naturalny rozwój wydarzeń, emocji, relacji. Nic się tutaj nie dzieje nagle, jest najpierw odpowiednio zbudowane, ale do tego czasu wcale się nie nudzimy lub nie możemy zaczekać, aż coś się zacznie dziać. Bez szczególnych dramatów na ekranie po prostu oglądamy z przyjemnością – wydaje się, że to robimy to „tak po prostu”. Sam główny wątek nie jest przedstawiony w ciągu pięciu minut, bardziej 30. W połowie filmu dopiero jedno pozna prawdę i historia będzie trwać dalej w naturalny sposób, nie skupiając się tylko na jednym obliczu życia tych ludzi. Miłość jest jedną z wielu potrzeb – obok stabilnego życia, rodziny, myślenia o przyszłości, szacunku w miejscu pracy oraz bycia po prostu dobrym człowiekiem. Humor pojawia się niemal w każdej scenie i pojawiają się złożone sekwencje, gdzie prawie na jednym wydechu wszystko jest zrobione, ale z reguły to film dosyć spokojny. I czarujący.
 
Chociaż to kino z USA adaptujące węgierską sztukę (co wyjaśnia nazwiska postaci, takie jak Matushek), jest ono bliskie zwykłym ludziom pracującym 5 dni w tygodniu nawet dzisiaj. Wtedy nad tytułem krążyło echo wielkiej depresji oraz zbliżający się globalny konflikt. Nie chcę nawet żartować, że to nie odbiega od tego, w jakim warunkach oglądamy film dzisiaj – albo ponad dekadę temu, gdy poznałem ten obraz pierwszy raz – chodzi mi tylko o to, że nadal czuję, że ten film mógłby opowiadać o kimś, kogo znam. Bogactwo podjętych tematów – walka o godność, rola miłości w życiu, co jest ważniejsze: miłość czy sukces zawodowy? – sprawia, że każdy widz znajdzie tutaj coś, co go ujmie. Dla większości zapewne będzie to temat miłości do nieznanej osoby na podstawie tego, jak ona sama siebie reprezentuje w piśmie. I jak oczytana osoba nie rozpoznaje cytatu słynnego autora i wierzy, że to jej rozmówca jest tak elokwentny. I jak kochają się na papierze, ale w prawdziwym życiu nigdy nie zwróciliby na siebie uwagi. Można to odczytać na wiele sposobów – od wdzięczności do postępu technologii (wtedy listy, dziś poznajemy w ten sposób osoby przez Internet) do morału o tym, że zawsze warto dawać komuś drugą szansę. Bohaterowie właśnie ją dają – i dzięki temu kończą razem.
 
Dialogi są sprytne, scenariusz skonstruowany bezbłędnie – liczne wątki tworzące całość i znajdujące naturalną, lekką puentę. Zdjęcia są miękkie i spokojne, dające miejsce aktorom, którzy mają czas ekranowy dla siebie: widzimy ich oczy, jak wewnętrznie ewoluują albo w czasie rzeczywistym przetwarzają wydarzenia, bolesne słowa lub starają się znaleźć właściwe słowa. Nawet przed samym sobą. To jeden z tych obrazów, które dają aktorom te 14 sekund na odpowiedź. Pięknie wykorzystano też okres świąt Bożego Narodzenia, dając w ten sposób konkluzję do masy wątków – sam sklep może zanotować rekordowe zyski, wszystko ładnie wygląda, pracownicy mają powód zostać po godzinach z powodu wystawy, a drugi plan może nawzajem sobie sprawić prezent w postaci kolacji świątecznej. Również główni bohaterowie mają powód, aby wręczyć jeden drugiemu coś specjalnego. To tytuł z całą pewnością zasługujący na wymienienie wśród klasyków świątecznych – tylko trzeba zaznaczać, że opowieść kończy się zimą, ale zaczyna nieco wcześniej. W tym roku chętnie wrócę do seansu, nawet jeśli nie w całości.

My Fair Lady (1964)

Ten film nie ma sensu, ale Harry jest zbyt cudownie zagraną postacią, żeby to był nieudany seans.
 
Prosta dziewczyna z ulicy oraz profesor lingwistyki robią wszystko, aby zrobić z tej pierwszej kogoś, kto byłby w stanie zrobić wrażenie przynależenia do elity. Motywacje dziewczyny są w sumie dosyć mętne, ona chce tylko jeść czekoladę, ale ogólnie w tym filmie bardziej liczy się film i jego potrzeby niż postaci i ich los.
 
Każdy trzygodzinny film jest krytyczniej oglądany pod względem tego, czy dana scena zasługuje na to, aby zawrzeć ją w gotowym filmie – a musicale jeszcze bardziej. I niestety My Fair Lady pyszni się swoją zawartością bez grama samo refleksji. Ciężko nawet mi ocenić na spokojnie, czy ten film mógłby trwać chociaż połowę tego. Masa piosenek nie ma żadnego celu poza tym, że jest okazją do choreografii i piosenek, czyli: jest celem samym w sobie. Więcej piosenek dla większej ilości piosenek, jakby się uparli na te trzy godziny czasu trwania i pakowali co się da, więc bohaterowie śpiewają nawet o tym, że idą spać. Jednocześnie jednak sama fabuła ma przeskoki czasowe i pod względem treningu bohaterki z prostej dziewczyny w królową plasuje się wiele poziomów niżej niż Pamiętnik księżniczki, gdzie poza dykcją ćwiczyli chodzenie i inne delikatne rzeczy związane z gracją. My Fair Lady skupia się na dykcji, reszta jest zmieszczona w napisie „pół roku później”. Widać nie udało się twórcom zrobić piosenek treningowych.
 
Dykcji, która w zasadzie nie była okropna. Wręcz była dobra. Audrey Hepburn starała się mówić źle, ale wymawiała słowa źle w perfekcyjny sposób, otwierając usta i wykorzystując mięśnie twarzy bardziej niż wszyscy widzowie na sali kinowej razem wzięci. W finale słychać nagranie z początku filmu i w sumie nie czuć większej różnicy pomiędzy początkiem i końcem opowieści. Jakby uczono tutaj dykcji bohaterów takiego Steptoe and Son to by było ciekawiej. I zabawniej. A co więcej – przecież ona śpiewa! I robi to też perfekcyjnie! Co prawda wokal pani Hepburn był zbyt ładny i odbiegała od swojego partnera ekranowego, więc musiała być zdubbingowana, ale jakby ktoś o tym nic nie wspomniał, to widownia nieszczególnie by to sama zauważyła.
 
Podejrzewam różnice wynikające z przeniesienia całości na ekran – wtedy musicale zazwyczaj tracą większość sensu, jaki miały. My Fair Lady nie ma go nie tylko na poziomie przydatności lub istotności piosenek, ale tak po prostu w historii, którą próbuje opowiedzieć. Motywacje bohaterów to bałagan, a konkluzja jest co najmniej dezorientująca. O ile w ogóle kogoś to będzie obchodzić. Bohaterka po osiągnięciu celu wpada w depresję, bo co z nią teraz będzie. Tak po prostu, bez żadnego wyjaśnienia, czemu rezygnuje z planów, które miała wcześniej. Opuszcza profesora i do niego wraca bez powodu, a ten ma na nią wywalone jajca, uśmiechają się wszyscy i mamy najwyraźniej happy end, bo baba z chłopem się pobrali potem. To może wręcz frustrować, jeśli ktoś potraktuje ten film jako opowieść o roli kobiety w społeczeństwie, jak mężczyźni patrzą/traktują kobiety albo o roli języka w życiu. Były takie opcje, by film rozwinął któryś z tych tematów i każdy został spuszczony w kanał w okolicy 35 minuty filmu.
 
W tym filmie jest sporo do kochania – dom profesora, on sam, humor jako całość oraz musicalowość. Nawet jeśli nie włączę żadnej piosenki poza filmem, to w oglądaniu były więcej niż przyjemne. Mam dużo uwag i nie wiem, czy kiedyś wrócę do oglądania, ale póki co zostawię wysoką ocenę. Trzy godziny zleciały i nie żałuję.

Dwadzieścia cztery źrenice (1954)

Szantaż emocjonalny i wyciskacz łez. Ostatnia godzina do wywalenia.
 
Rok 1928, mała wioska w Japonii. Nowa nauczycielka przejmuje grupę młodych uczniów – których jest zdecydowanie więcej niż tytuł wskazuje – i oglądamy ich losy skokowo przez następne dwie dekady z hakiem, jak pójdą na wojnę i część umrze. A to jest smutne, bo kiedyś były dziećmi.
 
Pani reżyser opowiada o cierpieniu w ogólny sposób, bez kontekstu historycznego swojego kraju albo jakimkolwiek. Jej bohaterowie nie doświadczają żadnej akcji, ich losy sprowadzają się do siedzenia i mówienia o cierpieniu. U niej komunizm jest zły, bo jest zły i walczymy z nim poprzez oddawanie życia za ojczyznę – i nikt tej logiki nie kwestionuje. Nie widzimy niczyjego cierpienia, jak ich los spotyka, co przeżywają i jak walczą na co dzień. Widzimy tylko jak po wszystkim opowiadają o wszystkim z łzami w oczach. Ludzie w tym filmie dużo płaczą tak generalnie.
 
Dwie godziny seansu kończą się czymś, co już dla wielu widzów będzie przegięciem: fotografią dzieci, kiedy jeszcze byli dziećmi i ich poznaliśmy. W tle leci piosenka, której słowa mówią o tym, że obowiązkiem żołnierza jest umrzeć. I potem już będzie tylko gorzej. Oglądamy, jak bohaterowie płaczą za tymi, co zmarli albo oślepli. Wizytujemy ich groby. Płaczemy. Nauczycielka wraca do uczenia i czytając nazwiska uczniów płacze, bo to dzieci albo siostry jej poprzedniej grupy uczniów, którzy umarli. Spotyka się z tymi, co przeżyli i płaczą. Dostaje od nich rower i płacze. Jedzie rowerem i słyszymy piosenkę o wyrażaniu podziękowań dla wszystkich nauczycieli za ich poświęcenie. I wtedy pękła we mnie potrzeba wystawienia temu filmowi pozytywnej oceny. Nikt się w tym filmie niczego nie uczy ani nie uczy innych. Nauczycielka tylko z nimi śpiewała.

Podglądacz (1960)

Film mi się urwał gdzieś w połowie. Poza tym całość lepsza niż pamiętałem. Do dokończenia.

Prawdziwe historie (1986)

John Goodman to skarb. Lubię się śmiać.
 
Trochę jest tutaj czegoś. Czegoś na pewno. Chociażby „Twin Peaks”. Oraz Kevina Smitha ze „Szczurów z supermarketów”. I trochę innych rzeczy. Wokalista Talking Heads przemieszcza się po Teksasie, od gościa szukającego małżeństwa, poprzez ludzi, którzy sprowadzili korporację do małego miasteczka, kończywszy na babie gadającej głupoty w śmieszny sposób. Humor jest inteligentny i chce się oglądać – dla przyjemności oraz z ciekawości, co będzie potem. A będą chociażby piosenki.
 
Komedia nie bierze się z samego gadania głupot – ale np. z reakcji Johna Goodmana na monolog kobiety gadającej głupoty, który próbuje zachować się uprzejmie słysząc o tym, że jego towarzyszka urodziła się z ogonem i jej go usunęli w wieku pięciu lat. Nie śmiejemy się z niej, że to mówi, albo tego, co mówi, ale samej reakcji Goodmana. To miła odmiana.
 
Pod względem treści to głównie łagodne i grzeczne wyśmiewanie takich rzeczy, jak potępianie rozległych przedmieść, kolonializmu, mordowania Indian, głupich zachowań oraz polegania na technologii. Twórców te rzeczy dziwią, chociaż wyraźnie wiedzę na te tematy mają powierzchowną, nie mają też zamienników. Są po prostu ludźmi, którzy się z tego śmieją. Jednymi z wielu, tylko język filmowy nadaje im indywidualizmu.

Opowieści Hoffmana (1951)

To jest kanon kina. Nawet jeśli mniej dla kinofili, a bardziej dla miłośników opery.
 
Fabularnie to rzecz złożona z trzech historii opowiedzianych przez jednego mężczyznę, poświęconą jego miłościom. Trzem kobietom. Co dalej? Ciężko powiedzieć, tak naprawdę wyłączyłem się na samą historię w tym filmie. Opowiedziana jest jak w operze – poprzez śpiew, gdzie tekst nie pisany z myślą o śpiewaniu jest śpiewany. Fabuła tak czy siak jest pretekstowa, ale jednak nie ma dla niej innego zamiennika. To tylko i wyłącznie pokaz wizualnych pomysłów, które spajają świat różnych sztuk pod szyldem filmu. I robią to cudownie.
 
Ilość momentów wizualnych godnych wspomnienia jest tu ogromna, naprawdę. Sposoby przejść między scenami, wykorzystanie dźwięku, rozwinięcie opery o niemożliwe rzeczy dzięki filmowym sztuczkom (np. śpiewanie i tańczenie jednocześnie, wykonane przez różne osoby i wygląda jakby to jedna osoba robiła), udział scenografii, efektów specjalnych w stylu Meliesa (zamiana w dłoni wosku w klejnoty), poruszające się rzeźby, bezbłędny montaż pod rytm muzyki – ten tytuł naprawdę doprowadza do perfekcji masę rzeczy. I tworzy z nich coś, co się dobrze ogląda. Trwa 133 minut, po pierwszych 110 znajomy obok spojrzał na zegarek i byłem zaskoczony, że zaraz koniec. Nie czułem tego, ale też seans pod względem jakiejś inspiracji był dla mnie obojętny. Zachwycam się jako kinoman na poziomie technicznym, ale to jest osiągniecie tylko w imię samego siebie. Tak to przynajmniej póki co widzę. To żywy dowód, że opera i film mogą być jednym. Film może ulepszyć operę. To rozwijanie możliwości kina dla samego rozwijania. Szacunek się należy.

Obcy i mgła (1974)

Fabularnie z całą pewnością jest lepiej niż w Balladzie Tary, bo przynajmniej łatwo idzie podążać za jakimś fabularnym fundamentem, w najbardziej tego ogólnym znaczeniu. Symbolika jest ciężka i nie można powiedzieć, że człowiek z boku zrozumie każdy szczegół, ale jednak raczej każdy będzie w stanie dostrzec ciąg przyczynowo skutkowy w tej fabule: pojawia się człowiek na łódce i nie pamięta kim jest, ani jak się znalazł. Miejscowi obawiają się, że przyniesie kłopoty, więc ten stara się pokazać, że jest jednym z nich, jednak prawdą jest, że sprowadza niepokój. Nawet da radę zrozumieć tytuł. Bohater jest Obcy, a wokół wyspy, na którą przybywa, roztacza się mgła, która pobudza wyobraźnię mieszkańców, ich obawy.
 
W porównaniu do Ballady udział kobiet uległ zmniejszeniu – teraz jest tylko obiektem, który płacze i krzyczy z rozpaczy sztucznie w kilku momentach fabularnych. Biega też z dzieckiem po deszczu, co jak wiemy z Niewinnych Viscontiego skończy się dosyć kiepsko. To inna aktorka od Tary, ale równie pociągająca. Społeczność jest podobna w obu tytułach, tylko teraz umiem znaleźć odpowiednie słowo: oni są samowystarczający. I umieją być jednością w momentach tradycyjnych: wiedzą jak się zachować jako tłum, gdy dzieje się coś ważnego, gdy odprawiane są modły lub tańce mające dać jakiś skutek. Jest jednak jedna różnica – teraz oglądając ją nie czuję bezpieczeństwa myśląc o ich istnieniu. Teraz bardziej są tłumem, który musiałby odrzucić swoje tradycje i zwyczaje, bo te ich hamują, powstrzymują, cofają się pod ich wpływem.
 
Tradycyjnie dla reżysera, finał jest głupi i pełen dziwnych sekwencji. Biegają bardzo długo, mają tylko kilku przeciwników i wydaje się, jakby zabili ich już raz, ale potem biegają jeszcze więcej. Niech ktoś powie tym artystom, że jak na końcu zaczynają biegać i się bić, to ma to być porywające, a nie, że wtedy film zaczyna nudzić. Wcześniej Visconti zrobił to samo w Zmysłach. Ogólnie seans bawi i jest ciekawy, ale chyba o niczym.

Zmysły (1954)

Otwierająca sekwencja może być najlepsza w karierze Visconitego.
 
Zaczynamy podczas przedstawienia – pięknego, aż chce się go oglądać. Kamera okrąża scenę i pokazuje publiczność, gęstą masę na widowni i po ścianach, wewnątrz balkonów. Wszystko ocieka luksusem oraz definicją pierwszej klasy, Filharmonia Narodowa ze swoimi krzesełkami sprzed 2 wojny światowej nie ma żadnego podejścia do tego, co Visconti prezentuje. Naprawdę. Przedstawienie się kończy i nagle rozpętuje się chaos, gdy ulotki lecą spod sufitu i rebelianci krzyczą hasła wrogie okupantowi. Czas akcji: gdy Wenecja była pod butem Austrii. Ja też nic o tym nie wiem.
 
Bohaterowie to żołnierz oraz hrabina, która zakochuje się w żołnierzu i przeżywa, że ten idzie na wojnę, może zginąć albo być trwale okaleczonym. Pod względem tematycznym jednak ten film jest strasznie rozstrzelony, reżyser opowiada z pasją, ale nie wie, co powiedzieć, więc skacze z tematu na temat. Trochę to film o kobiecie, która uczy się godzić z tym, że nie jest najważniejsza, że jej facet może mieć ważniejsze rzeczy na głowie od niej. Trochę to film o bezsensie wojny, że żołnierza sami nie wiedzą o co chodzi w konflikcie. Trochę o ślepym wykonywaniu rozkazów. Trochę o godności poświęcenia się za sprawę albo ojczyznę. I w końcu staje chyba na tym, że pieniądze niszczą człowieka – albo że luksus odbiera człowiekowi sens życia. Większość widzów raczej powie, że ten film podejmuje któryś z tych tematów. Bohaterowie Viscontiego dużo krzyczą, wyrażając w ten sposób całą gamę emocji. A reżyser nie umie poruszyć jakiegoś tematu inaczej niż popychając swoje postaci do mówienia o nim.
 
Jest to kino pełne pasji, krzyku oraz wizualnego przepychu – nawet jest duża sekwencja bitewna, tylko ona niewiele wno