Joseph Losey

Joseph Losey

10/04/2024 Blog 0
prowler 1951 losey

Chodził do tego samego liceum, co Nicholas Ray. Uczył go Eisenstein. Grał go Martin Scorsese. Tworzył na przestrzeni pięciu dekad i zrobił dwa filmy, które znajdują się na liście moich ulubionych filmów. Oto Joseh Losey i przegląd jego twórczości.

Films can illustrate our existence . . . they can distress, disturb and provoke people into thinking about themselves and certain problems. But NOT give the answers.” – Joseph Losey
Jak ja w ogóle na niego trafiłem? Bo o samym reżyserze słyszałem właściwie od początku, dwa filmy widziałem już wcześniej: „Posłańca” (którego chyba już zawsze będę mylić z „Garderobianym” z jakiegoś powodu) oraz „Chłopca o zielonych włosach”. Ten pierwszy, bo wygrał jakąś kiedyś istotną nagrodę, drugi leciał na TCM. Nawet nie wiedziałem wtedy, kto to reżyserował. Sam Joseph Losey myli mi się Lindsayem Andersonem („Sportowe życie”, „Jeżeli…”, „Szczęśliwy człowiek”), więc aż do końca przez myśl mi nie przeszło, aby poznać bliżej tego twórcę – do momentu, w którym musiałem zacząć robić ranking filmów z 1963 roku. Jaki najbardziej chciałbym z tego rocznika zobaczyć? „Służący”, który zresztą też myli mi się z „Posłańcem”. Kto go reżyserował? Losey. Może są inne filmy tego twórcy, za które warto się wziąć? I okazało się wtedy, że tak właśnie jest. Wybrałem więc osiem, żeby zrobić Top 10… I okazuje się, że w przyszłości chciałbym zobaczyć więcej.
 
Historycznie to ciekawy przypadek, był jedną z ofiar odwrócenia się rynku Amerykańskiego na komunistów oraz osoby podejrzane o bycie nimi. Joseph technicznie rzecz biorąc nie był wydalony ani też nikt go do tego nie zmuszał: uciekł ze strachu, a po powrocie po prostu nie chcieli go zatrudnić. Poleciał więc do UK, aby zacząć nowe życie, gdzie niektórzy obawiali się z nim pracować – bo jeszcze sami zaczną być podejrzewani o czerwone sympatie. Losey tworzył więc pod pseudonimem, który porzucił krótko później. Został uznanym twórcą, zdobył liczne nagrody, wyróżniając się na każdym polu. Nawet stworzył film po francusku – jeden z nielicznych podejmujący temat łapanki Żydów w Paryżu podczas 2 wojny światowej.
 
Technicznie – jego filmy są śliczne, perfekcyjne. Losey to taki twórca, który szuka kreatywnych sposobów, aby zrealizować scenę. Jest jednym z mistrzów ustawiania aktorów w kadrze, wykorzystywania głębi kadru, kontynuowania ujęcia, gdy jest to uzasadnione, a jeśli coś się da zrobić bez ruszania kamerą – np. za pomocą lustra oraz ruchu wewnątrz kadru – to wykorzysta tę okazję. W końcu po co ciąć i pokazywać coś, skoro można pokazać tylko tego cień? I zrobić w ten sposób jeszcze większe wrażenie? Losey naprawdę umiał pokazywać akcję, swoich aktorów oraz scenografię. Jego obrazy dosłownie widać. Sposób, w jaki przedstawił łaźnię w „Łaźni” czy dom w „Służącym” jest nauką, którą powinien nabyć każdy reżyser aż do końca historii tego medium. Każdy powinien zobaczyć opening z pomnikiem w „King and Country”, scenę rozstrzelania z tego samego tytułu, jak bohater „Służacego” wrócił do domu i rozmawiał z kimś piętro wyżej, kto palił papierosy… Oraz każde z pięciu ostatnich ujęć. Każde jest tak mało istotne, a kąt w każdym jest czymś, co wykracza poza wyobraźnię każdego innego twórcy. I ile one wtedy wyrażają!
 
Tematycznie przez filmy tego reżysera przejawia się jeden motyw: uświadamianie swoim postaciom prawdy o sobie. W „Prowlerze”, jednym z pierwszych filmów w karierze reżysera, było to najtrudniejsze, ponieważ sytuacja była aż tak niejednoznaczna, że w zasadzie nawet po seansie trudno powiedzieć, kim naprawdę bohaterowie byli. A co dopiero czy oni sami to wiedzą. Czy wierzą w to, co robią? Czy też manipulują drugą osobą? Późniejsze filmy reżysera niestety mają potencjał do osłabienia tej niepewności, ponieważ tam Losey już najczęściej opowiada bezpośrednio o tym, jak kobiety manipulują mężczyznami. W „Blind Date” chłop umawiał się z kobietą, która okazuje się szybko być kimś kompletnie innym. W „Wypadku” samica jest teoretycznie ofiarą samców zabiegających o nią i prowadzący zimną wojnę między sobą, ale ona na tym dosyć świadomie korzysta. „Mr Klein” też mógłby się uratować, gdyby nie kobieta. Dopiero w „Łaźni” kobiety są na pierwszym i jedynym planie, więc niektóre sprowadzają przekleństwo same na siebie. I inne kobiety.
 
W Polsce dostępne są dwa filmy – na Mubi możecie zobaczyć właśnie „Służącego”, na Flixclassic był „Za króla i ojczyznę”. Dwa najlepsze w mojej opinii obrazy tego reżysera. Idźcie i szukajcie kolejnych, lepszych. Ja poszedłem w tym kierunku i znalazłem parę tytułów, które wiele mi dały. I chcę zobaczyć więcej. Ten twórca z całą pewnością powinien być bardziej znany, szanowany i pamiętany. A w szkole – studiowany, gdzie wyciągaliby wnioski z jego sztuki. Ważne nazwisko!
JOSEPH LOSEY

Obecnie Joseph Losey znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #38

Top

1. Za króla i ojczyznę
2. Służący
3. The Prowler
4. Łaźnia
5. Mr. Klein
6. Inspektor Morgan prowadzi śledztwo
7. Wypadek
8. Sylwetki na horyzoncie
9. Posłaniec
10. Chłopiec z zielonymi włosami

Ważne daty

1909 – urodziny (Wisconsin, USA)
 
1930 – urodziny czwartej żony, która m.in. napisze scenariusz jego ostatniego filmu
 
1933 – Joseph reżyseruje teatr w Nowym Jorku
 
1935 – podróż do Związku Radzieckiego, aby studiować moskiewski teatr, trafia na zajęcia Eisensteina
 
1939 – krótkometrażowy debiut
 
1945 – koniec służby wojskowej (dla USA)
 
1946 – początek życia w LA, przystąpienie do Partii Komunistycznej
 
1948 – pełnometrażowy debiut
 
1949 – początek współpracy ze Stanleyem Kramerem
 
1951 – ucieczka przed prześladowaniem komunistów  do Europy podczas pracy nad filmem
 
1952 – powrót do USA, ale nie ma tam żadnej pracy; wraca do Europy, do Rzymu
 
1953 – zamieszkanie w Londynie, gdzie tworzy pod pseudonimem, aby współpracownicy nie mieli problemu, że robią z nim kino; porzuci pseudonim później
 
1970 – czwarte małżeństwo (do jego śmierci)
 
1984 – śmierć (Chelsea, nowotwór)
 
1985 – premiera ostatniego filmu (zmarł po skończeniu zdjęć, ale przed premierą – podobnie jak jedna z aktorek; operator może i nie umarł, ale więcej filmów nie zrobił)

The Prowler (1951)

Ocena 5 z 5
Mąż, żona i kochanek. Komu uwierzyć? Cudownie minimalistyczny oraz niejednoznaczny moralnie.
 
Ona dzwoni na policję, bo zauważyła przez okno tytułowego Prowlera, po polsku „podejrzanego osobnika”. My jako widzowie go nigdy nie zobaczymy, może Jej tylko się zdawało. Może jednak to był jej plan od początku, aby uwieść policjanta, którego kiedyś rozpoznała ze zdjęcia. Ciężko nam ją o to podejrzewać, ale kto wie, jaka jest prawda. Policjanci później faktycznie przyjdą, wszystko sprawdzą, zlekceważą paniusię i pójdą, ale jeden wróci, w odwiedziny, porozmawiać. I zacznie żałować, że Ona ma już męża. To on prowadzi po nocach audycję radiową i nawet wtedy go słychać, jak mówi do swojej żony, Susan. Cóż, nie wszystko trwa wiecznie, że tak powiem.
 
Całość jest zrealizowana cudownie: kompozycja kadru, trójwymiarowe prowadzenie aktorów, każdy element wizualny reprezentuje coś istotnego dla narracji, podkreśla ją. A scenariusz przechodzi do rzeczy i kończy historię na najwyższej nucie, dając doskonały pod względem dramaturgicznym trzeci akt. Reżyser Joseph Losey twórczo posługuje się minimalizmem – i robi to na korzyść fabuły, rozbudowuje ją w ten sposób. Nie chodzi tylko o tytułowego Prowlera, dla przykładu: w roli męża jak najbardziej jest obsadzony aktor, ale ledwo go zobaczymy. Ten mąż od początku jest niczym duch, który mówi na odległość za pomocą radia, w sypialni leży pod kołdrą skryty w cieniu. Jest bardziej wyobrażeniem niż prawdziwym człowiekiem, więc do końca pozostaje w tej historii, nawet jeśli fizycznie go tam nie będzie. Przylgnie do bohaterów, do ich sumienia. Będą o nim myśleć – a my tymczasem oglądamy w zasadzie film dwóch aktorów, przez większość czasu. Można było robić cięcia na męża, gdy ten jest w pracy, można było go pokazać częściej… Ale podjęto inną decyzję. To nie tylko ogranicza budżet oraz przyspiesza realizację – łatwiej zrobić scenę z mniejszą ilością aktorów – ale tak zwyczajnie wynosi tę historię poziom wyżej. W końcu im więcej musimy sobie dopowiedzieć i wyobrazić, tym trudniej jest ocenić efekt finalny.
 
A o tę ocenę ostatecznie chodzi. Czy bohaterowie byli wobec siebie nawzajem szczerzy? Czy może oszukiwali? Chociaż troszkę? Może oszukiwali samych siebie? Czy byli źli od początku, czy też zeszli na taką drogę? A może faktycznie byli nieszczęśliwi i postanowili się sprzeciwić warunkom narzuconym im przez społeczeństwo? I prawie byli szczęśliwi, tylko to było zwyczajnie wtedy niemożliwe? Czasy i otoczenie zaciera w filmie Loseya moralność oraz różnice między ludźmi przeklętymi oraz nieszczęsnymi. Jedni widzą w drugich sobie podobnych. I to ich zbliża, chociaż są całkowicie od siebie różni. I inni. Obcy. A może to tylko takie nasze wrażenie? Może oboje byli przeklęci. Albo oboje byli nieszczęśliwi, nic więcej. Ciężko powiedzieć. Ciężko ocenić. Już nie mówiąc o tym, że przecież robili to z miłości. Tragiczny obraz, który znajduje piękno w swojej tragedii.

Inspektor Morgan prowadzi śledztwo ("Blind Date", 1959)

Ocena 4 z 5
Losey nagina lekki materiał do poważnego dramatu. I w dopiero w finale mu się to udaje.
 
Od samego początku to wygląda jak komedia kryminalna z popularnym aktorem w roli głównej – może nawet nie był aktorem? Gra trochę lekceważąco, tutaj się potknie, tam zrobi minę – takie jest pierwsze wrażenie. Przyjeżdża do miasta, wpada do mieszkania, rozgląda się na pół ślepo nie zauważając od razu, że coś jest nie tak… I czeka. Aż przyjdzie policja i zapyta, co on tu robi razem z ciałem, które nie żyje dopiero od kilku minut. I zaczyna się intryga – bo bohater umówił się z kobietą, którą znał od jakiegoś czasu, zabić nikogo nie zabił. Czy policja mu uwierzy? I o co w tym wszystkim chodzi?
 
Reżyser Joseph Losey kontynuuje eksploatację niejasnych relacji damsko-męskich, jak jedna strona może nabrać drugą i czy wtedy ktokolwiek może coś zrobić? Czy sprawiedliwość może wygrać? Na tym polu reżyser robi krok do tyłu, bo w tym filmie relacja jest głównie jednostronna. W Prowler trudno było nawet mieć pewność, że ktokolwiek manipuluje, a jeśli już, to czy druga strona nie robi tego samego. Inspektor... jest bardziej gatunkowy, nastawiony na zwroty akcji i satysfakcjonujące zakończenie. I to film z całą pewnością daje – końcówka w końcu staje się w pełni dramatyczna, poważna, a nade wszystko: wiarygodna psychologicznie. Można uwierzyć, że taki końcowy obrót spraw mógł mieć miejsce. Wtedy widz jest potraktowany z szacunkiem.
 
Tylko tytuł mnie zastanawia. To jakaś seria filmów o panie Morganie?

Służacy ("The Servant", 1963)

Ocena 5 z 5
Arystokracja orientuje się, kto naprawdę rządzi ich domem. Przepięknie nakręcony.
 
Zamożny, młody mężczyzna poszukuje sługi – do kuchni, do wszelkiego ogarniania wnętrz, do wykonywania różnych sprawunków. I potrzebuje konkretnie mężczyzny – idea kobiety, która by chodziła za nim i mówiła mu, co ma robić, wywołuje w nim niesmak. Zatrudnia więc Barretta, który ma doskonałe referencje i uosabia sobą maniery idealnego, angielskiego kamerdynera. Zarządza domem bez zarzutu, a zaczyna jeszcze w trakcie prac remontowych. Współpraca pana i sługi wydaje się idealna do momentu, gdy przez próg przechodzi kobieta, która od początku wydaje się konkurować z kamerdynerem o przestrzeń w domu. Nic wielkiego, to delikatne gesty – jak nacisk, aby wazon stał w konkretnym miejscu. Barrett zresztą sam wydaje się z intencją wchodzić do pokoju wtedy, gdy młodzi chcą intymności. Napięcie jest wyczuwalne – a to dopiero początek tej historii.
 
Całość jest przepięknie nakręcona, to po prostu trzeba zobaczyć. Niemal każde ujęcie zasługuje na omówienie, każdy kąt i każda kompozycja zachęca do wgłębienia się w motywy fabuły i zastanowienia się głębszego nad tym, co się dzieje pod powierzchnią tego, co właśnie widzimy. Finał to jedno genialne ujęcie za drugim, najkrótsze i najmniejsze momenty dostają tyle zastanowienia, że to po prostu ogląda się jak marzenie niezależnie od treści filmu, jej fabularnej wartości. Gra światłem i perspektywą jest zachwycająca – tyle tysięcy filmów za mną, a reżyser Losey nadal potrafi wywołać we mnie dreszcz cieniem człowieka stojącego na piętrze z papierosem w ustach. I ten śnieg za oknem. Sam dom jest tutaj przepięknie ukazany – naprawdę można go zobaczyć i poznać, to w końcu jeden z bohaterów tej historii. Obiekt marzeń protagonistów, nagroda za walkę.
 
Bo to jest film o walce, ale bardziej o uświadomieniu bohaterom, że ona trwa. Status quo wydaje się w końcu ustalony: są panowie i są słudzy. W tym filmie jednak sługa bez większego powodu decyduje się przejąć dom, w którym służy. Jest bardziej czystą energią niż postacią z własnym celem lub pragnieniami, jest niczym istotą z powieści low-fantasy, która pojawia się w tym świecie, aby uświadomić realnym bohaterom coś o sobie. Często w brutalny sposób. Tylko po to, aby właściwy właściciel domu uświadomił sobie coś, czego nie widzi, chociaż jest to cały czas przed jego oczami. Sługa nawet zdejmuje mu skarpety, bo sam tego nie zrobi. Mówi o planach na przemianę dżungli w miejsce do życia dla ludzi, ale jaki ma wpływ na własny dom? Utrzymanie w nim porządku? Bycie jego prawdziwym właścicielem? Jest to opowieść jednostronna moralnie, jak i dramaturgicznie, ale pod kątem gatunkowym mamy tutaj dużo składników, od dramatu, poprzez romans i na horrorze kończąc.
 
Nie jest to kino z serii eat-the-rich. Reżyser Losey wie, że świat jest bardziej złożony. Nie chodzi tutaj o niszczenie czegokolwiek lub kogokolwiek, ale uświadamianie rzeczywistości. Rzeczywistości, która wielokrotnie w tym filmie będzie niepewna. To jedno z wyzwań tworzących to arcydzieło zarówno sztuki filmowej – reżyserii, kostiumów, scenografii, zdjęć, muzyki, aktorstwa, scenariusza – jak i na poziomie intelektualnym, będącej przypowieścią o samowartości każdego z nas. I walki o nią.

Za króla i ojczyznę ("King and Country", 1964)

Ocena 5 z 5