Fred Zinnemann
Chciał, aby Toshirô Mifune zagrał Siedzącego Byka. Jego idolem był Robert J. Flaherty. Zagrał go Peter James Haworth.
„I will always think of myself as a Hollywood director, not only because I grew up in the American film industry, but also because I believe in making films that will please a mass audience, and not just in making films that express my own personality or ideas. I have always tried to offer an audience something positive in a film and to entertain them as well.” – Fred Zinnemann
Obecnie Fred Zinnemann znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #155
Top
1. W samo południe
2. Dzień szakala
3. Siódmy krzyż
4. Oto jest głowa zdrajcy
5. Stąd do wieczności
6. Akt przemocy
Ważne daty
1907 – urodziny Alfreda w Rzeszowie
1924 – premiera pierwszej z czterech inspiracji Alfreda, by zostać reżyserem: Chciwość (kolejne to Pancernik Potiomkin, Wielka parada i Męczeństwo Joanny d’Arc)
1927 – studiowanie na operatora w Paryżu
1930 – początek kariery w Hollywood – jako statysta w „Na zachodzie bez zmian„
1933 – André Malraux wydaje „Man’s Fate”, lata później Afred i inni poświęcą lata na przygotowania adaptacji, tydzień przed rozpoczęciem zdjęć zarząd zrezygnował z projektu (po wydaniu 4 milionów dolarów); reżyser będzie żałował tego najbardziej ze wszystkich niezrealizowanych rzeczy w swoim życiu; potem swoich sił spróbują Costa-Gavras, Bernardo Bertolucci i Michael Cimino – bez skutku
1936 – małżeństwo, będą razem do jego śmierci; Alfred staje się obywatelem USA
1937 – debiut krótkometrażowy
1940 – urodziny syna, głównie producenta, ale jeden odcinek „Miani Vice” wyreżyseruje osobiście
1942 – debiut reżyserski
1952 – realizuje swój ulubiony film: Member of the Wedding
1982 – ostatni wyreżyserowany film
1984 – urodziny wnuczki, wnuczek urodzi się w 1986
1997 – śmierć (Londyn, atak serca)
Siódmy krzyż ("The Seventh Cross", 1944)
Historia z czasów wojny: ucieczka z niemieckiego obozu koncentracyjnego tytułowej siódemki. Czeka na nich siedem krzyży ustawionych w rzędzie, gdzie będą przywiązani. Żywi lub martwi. Podążamy śladami jednego z uciekinierów, którego gra Spencer Tracy. Doświadczamy razem z nim jego osaczenia i strachu, gdy przemierza kolejne uliczki, jeden krok za drugim: tutaj ukradnie kurtkę, tam się skryje, wszystko w kierunku kogoś, kto mu pomoże.
Narrator obiecuje na początku coś więcej: wiarę w ludzkość i przekonanie, że głęboko każdy człowiek jest dobry. To historia, która potencjalnie mogłaby rodzić przekonanie odwrotne: wszyscy są źli, ale twórcy nie chcą, aby widownia tak myślała. Chce, byśmy się skupili na tych osobach, które pomogą protagoniście. Byśmy pamiętali tak jak on tych, którzy podjęli ryzyko i mimo to dołożyli swoją cegiełkę do jego przetrwania. Czy jest to przekonywujące? Albo chociaż czy bym dochodził na koniec do takich wniosków samodzielnie? Nie ma szans. Jednak ja bym wolał historie od kogoś bardziej dojrzałego, kto rozumie, że żaden człowiek moralnie nie jest dobry lub zły. Jest zdolny do dobroci, a to coś zupełnie innego.
Ogólnie dojrzałość tego obrazu nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Stracił mnie gdzieś w momencie, gdy bohater spotyka starych znajomych, a oni krzyczą jego godność pod sufit – bo nie słuchają radia, nie słyszeli ogłoszenia na ulicy, no nie mają pojęcia, kogo teraz rząd szuka i jak ich znajdzie u ciebie, to zabiorą razem z poszukiwanym. Może to i jest miła odmiana wobec mroku oraz desperacji, jakie do tej pory wypełniały ekran, ale nie jest poważne. A poważny film zdaje się do tej pory oglądaliśmy.
Ostatecznie jest to niezły obraz ucieczki i pogoni, podejmowania ryzyka. Twórcy starają się znaleźć tutaj coś więcej, ale rezultat nie przekonał mnie.
Najnowsze komentarze