Krótko o filmach z 2016 roku
Moje archiwalne opinie o filmach z 2016 roku. Nie są zbyt krótkie, ale jednocześnie też nie są wystarczające, by robić z nich oddzielne wpisy na nowym blogu. Dlatego zrobię to grupowo.
-
- O.J Made in America poster
-
- Edge of Seventeen poster
-
- la la land poster
-
- Manchester by the Sea poster
★★★★★
Lee Chandler pracuje jako dozorca. Prowadzi monotonne życie, z którego wyrywa go jeden telefon – bohater natychmiast opuszcza miasto, by wrócić do brata. Ten jednak umiera, zanim zdążyli się spotkać. Teraz pozostaje dokończyć wszystkie sprawy i dopełnić ostatnią wolę zmarłego. Na papierze brzmi to dla mnie nieciekawie, podczas seansu jednak – było w tym wszystkim COŚ. Coś, czego jeszcze nie umiałem zidentyfikować… do czasu.
Wtedy nazwałem to roboczo „ciężarem”. Jest w tej opowieści coś ciężkiego i ukrytego świadomie. Czułem to podskórnie, a przez to czekałem, w jaką stronę całość się rozwinie, i o czym to jest tak naprawdę opowieść. Po seansie mogę powiedzieć, że jest to przeciwieństwo „Patersona„, zarówno formalne, jak i w nastroju. „Menchester…” to taki chujowy „Paterson„. Gdzie u Jarmusha było zwykłe życie pozbawione wydarzeń, o których będziemy pamiętać za rok, a cały seans jest niezwykle pozytywny i optymistyczny, tak poznawaniu losu Chandlera towarzyszył mi nieustający dołek. Tutaj są zdarzenia, które zostawiają blizny na całe życie, a ogólna wymowa jest taka, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Są rzeczy, które nigdy nie zostaną naprawione, a ból nigdy nie zniknie. Pozostaje tylko akceptacja i dalsze życie, ale one tak naprawdę niczego nie zmieniają. Każda następna chwila będzie prowadzona ze świadomością tego, ile nosimy na swoich barkach, i to będzie trwać aż do śmierci. A potem nic już nie będzie.
Jeśli wynika z tego seansu coś pozytywnego to tylko zapewnienie widza, iż taka postawa wciąż jest istotna. Z tego też może wyniknąć coś dobrego.
Adam Driver gra Patersona, kierowcę (ang. driver) autobusu, w mieście Paterson. Każdy dzień jego filmowego życia znaczy codzienność – ulubione płatki na śniadanie, rutynowa praca, obiad w domu, spacer z psem, podczas którego zaglądamy do baru na piwo. Z ulgą oznajmiam jednak, że jest to wciągający i ciekawy film – głównie dlatego, że reżyser nie zostawia tutaj miejsca na zbędne elementy. Każdy pojedynczy element na ekranie jest przemyślany, istotny i zwraca naszą uwagę. Zwykły spacer oglądamy więc z uwagą, bo wiemy, że on do czegoś prowadzi. Nie doświadczamy tutaj tzn. „zabijania czasu„. Plejada detali jest tak bogata i różnorodna, że dla każdego pierwszy seans będzie trochę innym doświadczeniem – i dlatego warto oglądać „Patersona” w towarzystwie. Nie tylko po to, by wymienić się przemyśleniami oraz interpretacjami, ale także po to, by zwrócić czyjąś uwagę na jakiś detal, który tej osobie umknął. Na przykład, że aktor, którego Paterson spotkał na spacerze w niedzielę – on musiał wyjść z tego samego powodu co nasz bohater, prawda? W poniedziałek z kolei żona Patersona opowiada swój sen, w którym były bliźniaczki. W środę Paterson po pracy spotyka młodą dziewczynkę, poetkę – piszącą w podobnym stylu co nasz kierowca… Która okaże się mieć siostrę. Bliźniaczkę. Co to znaczy? CZY to coś znaczy? Gdy wspomniałem o tym znajomemu, ten uświadomił mi, że motyw bliźniaków wraca wielokrotnie przez cały film, w tle. I ma to związek z inspiracją prozą poety Williama Carlosa Williamsa. Im więcej myślisz o „Patersonie„, tym więcej dostrzegasz w konstrukcji filmu, jak precyzyjnie jest on zaplanowany. Podczas pierwszego seansu zwróciłem już uwagę na to, że wydarzenia co najmniej trzech dni są zapowiedziane poprzedniego dnia („Paterson, a ty masz komórkę?„). Seans zostawia z pytaniami, intryguje, rozgrzewa i inspiruje. Udaje mu się oddać czar rzeczywistości – w trakcie oglądania wyczekiwałem powrotu do tych codziennych smaczków, jak choćby podsłuchiwanie rozmów pasażerów w autobusie. Znalazłem w tym przyjemność. A na koniec – „Paterson” ma normalną historię, która budowana jest przez cały czas trwania. Znalazłem tu ten sam haust oddechu co w filmie „Wonder Boys„. U Jarmuscha jest o wiele więcej – tylko jeszcze tego nie rozumiem w pełni.
Na Ziemi pojawiają się takie duże czarne jajka z kosmosu, z kosmitami wewnątrz. Niemiec wychodzi przed chatę, widzi jedno takie jajco i mówi: „Wunderbar!„. Polak widzi czarne jajo i mówi: „O kurwa„. Amerykanin mówi w takiej sytuacji: „Musimy to wysadzić w powietrze, żeby mieć pewność, że jesteśmy bezpieczni„. Najpierw jednak wołają po naukowców, by ci spróbowali nawiązać kontakt i dowiedzieć się, jaki jest cel wizyty obcych. Więcej nie warto zdradzać, co się wyprawia w tym filmie, po prostu jest ciekawie. Przede wszystkim: reżyseria jest wspaniała. Ujęło mnie podkreślenie masywności zdarzeń w filmie oraz celebracja każdej chwili. Rozprzestrzenienie się wieści o kontakcie. Zamarcie codziennego życia z dnia na dzień. Ujrzenie w całej okazałości statku obcych (i doliny, gdzie zaparkowali!). Wejście do ich statku. I pierwszy kontakt… pierwsze ujrzenie obcych… Cholera, opłaciło się czekać. Potem niestety tempo filmu wyraźnie przyspiesza i za dużo jest tutaj militarnych wstawek („MUSIMY ZNAĆ ODPOWIEDZI! MOI PRZEŁOŻENI ZACZYNAJĄ BYĆ NERWOWI! CO JA MAM IM POWIEDZIEĆ?!„), jednak film… broni się. I to jak cholera. Wzięto tutaj na warsztat kilka autentycznych naukowych zagadnień, zagarnęli w obroty ludzi, którzy znają się na temacie, opakowano to w narracją z najwyższej półki… i opowiedziano o ważnych tematach, bez popadania w banał. Sami twórcy chcieli poruszyć temat języka i tego, jak ważny on jest dla ludzkości. Ja sam preferuję jednak widzieć tu opowieść o człowieku uczącym się, że to, co dobre, jest dużo ważniejsze od tego, co dobre nie jest. Lubię po prostu kino, które ma coś do powiedzenia. I mówi to w godny uznania sposób.
Btw: jeśli chcecie coś podobnego, ale genialnego w inny sposób – obejrzyjcie „To Serve Man„, epizod „Strefy Mroku” z 1962 roku.
Damien Chazelle znowu to zrobił. Nie tylko tworzy wciągające kino oparte na zrozumieniu języka obrazu, on też myśli poza nawiasami i robi rzeczy, jakich jeszcze nie oglądaliśmy. A jednocześnie nie jesteśmy tego świadomi – bo „Kra Kra Kraj” to prosta opowieść o grajku jazzowym i aktorce amatorce, którzy chcą odnieść sukces w Los Angeles. Tak jakby nie wystarczył nam teledysk do „Tell Me Baby” Chili Peppers – pomyślałem.
A potem reżyser zaczął mnie zaskakiwać, od samego początku aż do wielkiego finału. To uczciwy, udany tytuł na każdym poziomie. Zacznę od tego, że treściowo jest to znakomita opowieść o tym, by nie czekać na los i nie liczyć na łut szczęścia – w pewnym momencie trzeba po prostu podjąć wybór: albo przestajemy marzyć, albo bierzemy sprawę we własne ręce. Jak tylko umiemy, we własnym zakresie. Tyle właśnie możemy, a opowiedziane jest to w taki sposób, że możemy w to dać wiarę. Możemy uwierzyć. Możemy nabrać energii i tańczyć i śpiewać w sali kinowej albo gdzie i z kim przyjdzie nam to oglądać. A treści towarzyszy nawet lepsza forma, która skrywa w sobie niespodzianek garść – zwróćcie uwagę na momenty, które w każdym innym filmie byłyby nudne. Bo są trudne w opowiadaniu.
Ot, choćby Emma Stone wybierająca się na przesłuchanie – kawa wylewa się na jej bluzkę. Dramat? Gość, którą to zrobił, przeprasza? Ona w płacz? Szukanie bluzki zastępczej? A gdzie tam, wszystko to wycięto w cholerę. Emma zostaje oblana i już oglądamy następną scenę, gdzie uczestniczy w przesłuchaniu, w brzydkiej kurtce, a gdy mówią jej „Dziękujemy” i opuszcza pokój, na korytarzu widzimy tłum oczekujących kandydatek, wszystkie ubrane w taką samą bluzkę, którą Emma też powinna zapewne na sobie mieć, by w ogóle ją potraktowali poważnie na przesłuchaniu. Niestety, doszło do incydentu z kawą. Najnudniejszej rzeczy pod słońcem X Muzy, ale w produkcji Chazelle’a przytaczam ją jako przykład błyskotliwości, i mam pragnienie, by robić to z pasją w palcach. Takich momentów „montażu w scenariuszu” jest tu wiele, a momenty można wychwytywać i wytykać palcami. Choćby fakt, że przez pierwsze kilka scen relacja naszych głównych bohaterów sprowadza się wyłącznie do języka ich ciał! (zresztą, dialogi ponownie są śladowe). Albo te wszystkie małe rzeczy, które dzieją się w tle, jak zamknięty budynek kina, w którym bohaterowie oglądali „Buntownika bez powodu„. W „La La Land” włożono dużo wysiłku, i takie kino właśnie wielbię. Jest kreatywność i otwarty umysł w tym obrazie. Szczególnie w zakończeniu. Najlepszy finał 2016 roku, nie mam wątpliwości.
Ryzykowna produkcja o nastolatkach, w której na pierwszy plan postawiono bohaterkę, której nie da się lubić. Poznajcie Nadine: jest samolubna, histeryczna, obarcza innych swoimi problemami i tworzy je z niczego, a także potępia innych za to, co sama robi. Sam nie lubię takich tytułów, a ten oglądałem bez żadnych problemów. Więcej – dałem jej wysoką ocenę i stawiam wśród najlepszych tytułów ubiegłego roku. Są ku temu dwa główne powody – po pierwsze, widz może najpierw poznać główną bohaterkę. Ogląda fragmenty dzieciństwa, ogląda dramatyczne dorastanie i rozumie, że naturalną koleją rzeczy w takim przypadku jest wyrośnięcie na osobę trudną w pożyciu. Dopiero z czasem zaczynamy dostrzegać, że z nią jest o wiele gorzej.
A cała opowieść jest dobrze rozłożoną w czasie tych dwóch godzin fabułą poświęconą zdawaniu sobie sprawy z tego, że… to Ty jesteś problemem. A gdy jest się nastolatkiem, to temat trudny do przełknięcia. Oskarżanie wszystkim i bycie obrażonym na cały świat nie jest wystarczające. Drugim ważnym punktem jest spora przeciwwaga w postaci wielu pozytywnych postaci i energii, jaką sobą tworzą. Matka bohaterki jest urocza w swoim roztrzepaniu. Najlepsza przyjaciółka idąca do łóżka z bratem bohaterki nie jest przygodą na jedną noc, ale ich wątek rozwija się w kierunku „Będziemy ze sobą na zawsze„. A nauczyciel Nadine… nie wiem nawet, czego uczy, ale jest najlepszą postacią. Zabawną, mądrą, i często nie musi nawet nic mówić. Cierpliwie czeka na swoją kolej, a gdy to nastąpi, to wiecie, że to będzie najlepsza rzecz, jaką usłyszeliście w swoim życiu. Woody Harrelson nie był tak zabawny od końca lat 80’tych.
Polubiłem ten film. Wie, o czym opowiada, jest energiczny i trafia w punkt.
Szczególnie doceniam długie sceny – momenty w których „The Edge of Seventeen” zaskakuje najbardziej. Gdy jakaś drobnostka rozwija się w coś wartego zapamiętania. I zamiast się skończyć, ona trwa i trwa. John Hughes byłby zadowolony. Może za 20 lat ten tytuł zostanie uznany za klasyka? Kto wie?
Krótki metraż poświęcony ptaszkowi, który jest zachęcany przez matkę do opuszczenia gniazda i rozpoczęcia zdobywania pokarmu samodzielnie. Początek jeszcze nie zapowiadał niczego dobrego – jednak z czasem, chociaż jest go niewiele, zaczęło być coraz lepiej. Całość jest pozbawiona dialogów, postaci na ekranie porozumiewają się tylko mową ciał i robieniem „ćwir, ćwir„; historia rozwija się w mądrą przypowieść o poznawaniu życia i radzeniem sobie z niespodziewanymi zwrotami w mądry sposób.
Dzieci będą mogły oglądać „Piper” i uczyć się sztuki adaptacji – co najważniejsze, w pozytywny sposób! Strasznie mi się spodobał ten short. Jestem fanem. Najlepsze co Pixar zrobił od czasu „Day & Night” w 2010 roku.
Piękny film o relacji człowieka z rybą. Islandia i świat młodych ludzi, wyjęty chyba z lat 80. lub 90. Historia jest tutaj śladowa, a seans nastawiony jest przede wszystkim na poznawanie życie przez postaci na ekranie.
Najistotniejszy jest aspekt seksualny i odkrywanie powoli tej nowej strony życia – zdawanie sobie sprawy z tego, że dotknięcie czyjejś twarzy wywołuje nieznane i niespotykane reakcje w nas samych. Strasznie podoba mi się niedzisiejszość relacji między potencjalnymi zakochanymi. Gdy oglądam współczesne produkcje o tym zagadnieniu, to bardzo dużo jest wtedy gadania maskującego/wyrażającego zdenerwowanie. W „Sercu z kamienia” Thor i reszta umieją po prostu być w swoim towarzystwie. Powoli próbować. Rozumieją się nawzajem. Jest tu obecny język ciała, słowa są śladowe. Drugim elementem, który polubiłem, był obraz świata dorosłych, którzy to są faktycznymi dziećmi w tej opowieści i tylko przeszkadzają w poznawaniu, odkrywaniu, dorastaniu. Podchodzą do życia o wiele mniej poważnie niż Christian i jego rówieśnicy.
Na minus oczywiście cała europejskość – zabijanie zwierząt, masturbacja i samobójstwa. Pierwsze kilkanaście minut wydaje się, jakby twórcy chcieli ustawić kolejkę z samych takich rzeczy. Na szczęście wyłania się z tego autonomiczny film. Piękny film o akceptacji i odkrywaniu. Skojarzył mi się przede wszystkim (z jakiegoś powodu) z Oscarowym „W lepszym świecie” (2010), ale tu chyba działa też każde Norweskie kino, z filmami tego mniej znanego Triera na czele.
I to jest doskonały film, trzeba przyznać. Już sam tytuł zasługuje na uznanie, za swoją wieloznaczność. Z jednej strony odnosi się on standardowo do głównego motywu obrazu, czyli bohatera imieniem Kevin, w którego ciele mieszczą się kolejne 23 osobowości. Dowodzi nimi Berry, który jednak stracił tę kontrolę na rzecz Dennisa i Patricii, którzy doprowadzają do porwania trzech dziewczyn. Idziemy dalej: film dzieli się na jeszcze dwa kolejne wątki: jeden dotyczy pani psycholog, która sprawuje opiekę nad Berrym i bada zjawisko rozszczepionej osobowości. Drugi opowiada dzieciństwo porwanej dziewczyny (czy aby na pewno?). Od początku jako widzowie dostajemy przeróżne sygnały, że wszystko do czegoś zmierza (przybycia Bestii, cokolwiek to znaczy) i nasza wiara jest na tym zawieszona. Wtedy wszystko się wyjaśni – cel porwania, kierunek retrospekcji, wspomniana Bestia, ale też coś jeszcze: wtedy też dowiemy się nie tylko, CO oglądaliśmy, ale też jakiego rodzaju jest to film. I tutaj mamy źródło większości negatywnych opinii o tym filmie – widzowie nie umieli się przestawić i oceniają tak naprawdę inny film. Ten, który powstał wyłącznie w ich głowie. A zmiana tonacji w ostatnich minutach jest znaczna. Twist fabularny na końcu, chociaż faktycznie go wyczekujemy i kombinujemy, to wciąż nas zaskakuje. I jestem w szoku, że świat naprawdę o tym milczy, bo ten finał – zobaczenie go na własne oczy! – to najlepsze kinowe doświadczenie 2016 roku. Jak często jestem wyrozumiały w kwestii zdradzania spoilerów (Harry Potter umiera w „Przebudzeniu mocy„, whatever) tak tutaj naprawdę należą się kary cielesne. I wracając do początku, tytułowy „podział” znajduje wyraz też w środkach stylistycznych. Obraz cały czas jest zablokowany na środkowej części kadru – na podłodze może leżeć ciało, ale my go nie widzimy. Mamy jedynie świadomość podczas kolejnych scen, że ono tam jest, bo widzieliśmy upadek. Podobna zasada dotyczy kadrowania rozmów i innych interakcji między postaciami – są oni pokazywani oddzielnie, jakby przebywali w innych pokojach. Trudno określić dystans między nimi, ale też miałem kłopoty z wyobrażeniem sobie ich obok siebie. Poprzez sam obraz tworzona jest niewidzialna bariera między bohaterami. W ten sposób pokreślony jest główny motyw – zawsze widzimy tylko fragment całości. Shyamalan zawsze był dobry w te sztuczki, miał tylko problem z byciem zbyt oczywistym w stosowaniu ich.
Prequel do jednego z najgorszych filmów 2014 roku (którego nie oglądałem, kto wie, może wszyscy się mylą?). Studio zatrudniło do reżyserii Mike’a Flanagana, który ma głowę pełną pomysłów i ponownie mnie zaskoczył tym, że właściwie nie ma tu żadnej niespodzianki. Flanagan zrobił dobry film, operując jednak bardzo ściśle wokół znanych schematów, nadając im tylko świeżości i pazura. Mamy tu historię o medium będącej oszustką, wyciąga kasę od naiwniaków „przekazując im” wiadomości od zmarłego męża itd. Mamy tu też tytułową grę planszową, która dla odmiany zaczyna faktycznie działać – bo okazuje się, że dom postawiono na cmentarzu. Mamy tajemniczą historię posiadłości. Nic złego w tym nie ma, jeśli tylko zrobiono to dobrze. I tak właśnie się stało! „Ouija 2” trzyma w napięciu od początku do końca, oglądałem całość z fascynacją – a geniusz Flanagana objawia się tutaj w tym, że nie mówi widzowi, kiedy ten ma się bać. On woli wysyłać mieszane sygnały i na pierwszym miejscu umiejscowić małą dziewczynkę, dla której odkrywanie „tamtej strony” jest zabawą i atrakcją, po czym stopniowo coraz bardziej zostaje opętana i straszna…
Powtórzę się – uwielbiam to, co Mike Flanagan robi z kinem, a szczególnie z horrorem. On jest wolny od założeń gatunkowych i ma szaloną wyobraźnię. Każdy jego obraz jest wyjątkowy, inny i zaskakujący. Zawsze jest pomysł, powód, oraz filmowość. Tutaj mamy rodzinę, która utraciła dziecko i decydują się na adopcję. Nowy członek rodziny zmienia ich życie tym, co robi, gdy śni w najlepsze. Więcej nie chcę zdradzać, bo sam twórca nie informuje widza, co go czeka na dłuższą metę. Zaczynamy od kina obyczajowego, dramatu. Wszystko jest nam jedynie sugerowane – utrata dziecka, jak to się stało, a niektóre detale są nam ujawniane dopiero w drugiej połowie filmu. Poznajemy tych ludzi i dramat, przez jaki przechodzą. Słyszymy jak to, co czują, może mieć odzwierciedlenie w przyszłych wydarzeniach, ale Flanagan nie stosuje tej sztuczki w tym samym celu co inni autorzy horrorów. Oni robią to, by nabierać widza – próbować wmówić mu, że nadnaturalne wydarzenia to majaki senne. Flanagan z kolei korzysta z tego zabiegu, by pokazać związek między tymi wydarzeniami i bohaterami. W późniejszej części opowieści robi to samo co w „Quija: Narodziny zła„, czyli nie informuje widza, jak ma reagować na to, co zobaczy. W kadrze zaczynają dziać się różne rzeczy, pojawiają się zaskakujące elementy, ale wszystko odbywa się w ciszy albo „przy okazji„. Kilkukrotnie musiałem film przewijać, aby upewnić się, że faktycznie coś zobaczyłem w tle. I powtarzam: nie chodzi od razu o to, aby się bać. Na początku jest fascynacja, mieszania się dwóch światów i doświadczania tego wszystkiego. Strach jest cenę za to.
Film jawi się jako opowieść o dzieciach będących obiektem badań militarnych, ale tak naprawdę jest to tylko przykrywką dla post-apokaliptycznej historii o zombie… będącej jedynie przybraniem czegoś jeszcze. „Wszechstronna dziewczyna” ma swój styl oraz masę pomysłów na siebie – za każdym razem, gdy myślałem: „To wszystko, film się wyczerpał” pojawiało się coś świeżego. Nowego i ciekawego. To obraz ciężki, wręcz wyczerpujący i… niełatwy. Film tak daleki od typowej historii, którą zwykle widzicie na ekranie, jak to tylko możliwe. Stawia widza, w sytuacji, której większość naprawdę nigdy nie będzie chcieć być stawiana.
Mike Mills po 6 latach wraca za kamerę, aby zaprezentować światu swój prezent do wszystkich kobiet, które kiedyś kochał, które mu kiedyś pomogły, które wciąż pamięta, chociaż wszystko wydarzyło się wiele dekad temu. Opowieść jest linearna, ale też bardzo otwarta, widać po niej znamiona twórcy „Debiutantów„, ale przy tym to wciąż własna, samodzielna rzecz. Mamy tu doświadczanie dzieciństwa i dorastania młodego chłopca, jego relację z matką i otoczeniem, obraz tamtych czasów – nowej muzyki, nowych tematów, świat w nowych kolorach.
Przykład kina, które bez kombinowania potrafi angażować widza. Dziewczyna zostaje porwana, przetrzymywana i na końcu po prostu zamordowana. Brakuje wymyślnej intrygi, tortur lub porywaczy-wariatów, którzy jedzą sztućce na śniadanie. Zamiast tego samo okrucieństwo bez zniekształceń. Ludzie czynią krzywdę drugiemu człowiekowi. Są tu wątki poboczne budujące tło i sylwetki bohaterów, używane są też techniki rodem z kina bardziej artystycznego („It Follows„!), ale najważniejszym czynnikiem jest tu terror bez upiększeń i dodatków. Samo bycie zamkniętym jest tu przedstawione w potężny, wyrazisty sposób. Przemoc jest tu celem samym w sobie, a nie przystankiem do czegoś.
Matt jest rozbitkiem, który właśnie próbuję się powiesić. Na brzeg w tej chwili wypłynęły wspomniane zwłoki. Okazują się one posiadać tzn. „napęd grochówkowy„, dzięki któremu Matt używa ich jak motorówki, by dotrzeć do cywilizacji. Teraz tylko trzeba przebić się przez las i jesteśmy w domu. Tylko czym jest dom? Czym jest człowiek i życie? I dlaczego o to pytam? Bo najwyraźniej sam film jest zaintrygowany tymi tematami. I rozmyśla nad nimi na swój oryginalny sposób, biorąc zwłoki i sprawiając, że stają się one czymś więcej niż zbiorem związków chemicznych. Wbrew pozorom, nasz czterooki denat nie jest w centrum zainteresowania. Autorów bardziej intryguje Matt i jego osobiste życie, problemy i słabości, które coraz bardziej wychodzą na wierzch, im więcej czasu spędza ze swoim nieświeżym kolegą. Czy zapach i brak kontroli nad zwieraczem jest przeszkodą? W żadnym wypadku! Czy pierdzenie uniemożliwia zaistnienia lirycznym sekwencjom? Nie. „Swiss Army Men” jest momentami pięknym kinem. I mówi więcej, niż można się spodziewać. Tu jeden seans może nie wystarczyć.
Produkty spożywcze to najszczęśliwsze istoty pod słońcem, gdy Bóg (człowiek) bierze je na ręce i zabiera z półki w supermarkecie, żeby zabrać do domu. Dlaczego tak się dzieje? I co się stanie, gdy poznają okrutną prawdę, iż ludzie w rzeczywistości jedzą je wszystkie, by przybrać na sile? Cóż, to brzmi jak ryzykowny pomysł, który wymagałby ogromnych pokładów wyobraźni, by w ogóle go rozwinąć, a potem jeszcze zakończyć sensownie. I tak właśnie się stało. Pierwszy akt jeszcze tego w pełni nie zapowiada, ale drugi jest idealny. Co do zakończenia – osobiście pomyślałem o tym, że mogliby pójść w temat reinkarnacji, ale nie będę się teraz mądrzyć. Nie rozpisywałem swojego pomysłu, nie wiem, jak by to wyszło w praktyce. Twórcy poszli gdzie indziej i wyszli z pewnością obronną ręką. Na koniec to oni dyktowali warunki. Udowodnili, że są inteligentni, mądrzy i mają poczucie smaku oraz humoru. Na koniec mogli pozwolić sobie, by im odpierdoliło. Co my tu mamy – parodię wielu filmów, w tym „Szeregowca Ryan’a” (kocham tę scenę!). Mamy mnóstwo gier słownych (Meat Loaf śpiewa „I’ll Do Anything For Love”!). Mamy inteligentny komentarz na właściwie każdy współczesny temat. Piszę teraz kompletnie szczerze: jeśli film jest na tyle mądry, by powiedzieć: „Oczywiście, że mają cię gdzieś, chociaż masz rację. Nazwałeś ich debilami. Musisz zaproponować im lepsze rozwiązanie. Musisz dać im nadzieję”, to ja mogę wiele takiej produkcji wybaczyć. A „SP” nawet nie musiało korzystać z mojego kredytu. Wspaniała zabawa, która jednak wymaga od odbiorcy właściwego poczucia humoru. I za to traci na starcie wielu inteligentów. Trudno. Mnie nie straciła. Wyczekuję kolejnego seansu, już bez żadnych polskich napisów, by w pełni dostrzec ilość gry słownej.
Irlandzka młodzież zakłada zespół rockowy w czasach świetności The Cure, a wszystko zaczyna się od kobiety, której trzeba jakoś zaimponować. Film podejmuje wiele tematów – tworzenie muzyki w młodym wieku, życie z rodzicami, którzy nigdy siebie nie kochali, oraz bycie pogodzonym ze swoim smutkiem. Co to znaczy? To znaczy, że przestajemy tworzyć muzykę popową. Akceptujemy życie, jakim jest i będziemy sobie z tym radzić. Do tego sporo pozytywnej energii, film ogólnie nastraja bardzo optymistycznie do życia i wiary w swoje możliwości. Jest tutaj niezręczność i nieśmiałość związana z takimi elementami jak pierwsze występy przed ludźmi, ale hej! – jeśli ja je przeżyłem, to wy ich nawet nie zauważycie. Cała obsada, szczególnie młody prowadzący, zyskali z czasem moją sympatię. Udźwignęli to niełatwe zadanie śpiewająco (badum-tss). Do tego najlepszy teledysk roku do piosenki „Drive It Like You Stole It” (i nie mam na myśli tego, co jest na YouTube), najlepsza postać żeńska roku (kobiety znającą swoją wartość zawsze będą wygrywać) i najlepszy starszy brat ro… co jest większe niż rok? Nieważne. A wygrał nastolatek z gaśnicą na dyskotece. Albo zespół klaszczący na wybrzeżu, sam nie wiem.
Nie jestem fanem tego uniwersum, lubię „Gniew Khana” oraz niektóre odcinki TOS… A teraz także najnowszą część restartowanej serii. To nawet może być najlepsze, co dotyczy ST! Przyznaję przy tym jednak, że mało tutaj hard science fiction, to bardziej przygoda z silnym naciskiem na akcję. Od samego początku jest jasne, że najważniejsze są tutaj postaci i relacje między nimi. Enterprise zostaje zaatakowane, statek rozwala się na obcej planecie, a rozproszona załoga musi zrozumieć kto i dlaczego chce ich zgładzić. Każdy z głównych bohaterów jest wyrazisty. W zasadzie dopiero tutaj czuję, że tacy Bones czy Scotty mają jakąś osobowość. Wcześniej tylko Spock i Kirk wyróżniali się w jakikolwiek sposób. Mamy sporo scen, w których ci ludzie po prostu spędzają razem czas. Piją drinka lub jadą windą. Gdy Enterprise zostaje zniszczone, wszystko obserwujemy z perspektywy kapitana, który jako ostatni ładuje się do kapsuły ratunkowej. Jesteśmy zamknięci razem z nim i widzimy katastrofę, a obok niej – odbicie w szkle naszego głównego bohatera. Potężny moment! Tak samo, jak pierwsze odwiedziny Yorktown, miasta w kosmosie. Zapewne pierwsze grafiki koncepcyjne były nudne, ale reżyser to zobaczył i powiedział: „Wiecie, że ten film toczy się w kosmosie, nie?” i dopiero wtedy zrozumieli, że może im odwalić. Ten widok, razem z muzyką Giacchino, to kolejny wielki moment filmu. Akcja jest znakomita, bohaterowie współpracują ze sobą na medal, a finał zostawia widza z uczuciem ekscytacji – kończąc na akcencie zewu przygody. Co tam będzie? Co szykuje przyszłość? Przekonajmy się!
Raz do roku trafia się taka męska produkcja. Tym razem mamy Mela Gibsona w roli ojca, tatuażysty i byłego więźnia oraz uczestnika spotkań AA, z którym kontaktuje się córka. Nie widział jej od lat. Nie miał nawet pewności, czy wciąż żyje. Na szczęście jest cała i zdrowa, ale potrzebuje pomocy – szukają jej niebezpieczni ludzie. Dochodzi do spotkania rodzinnego, które przeradza się z czasem w podróż po południu Stanów Zjednoczonych. To twarda opowieść, którą ciągną bohater: ojciec jest tutaj człowiekiem poważnie doświadczonym przez życie, który nigdy nie był komandosem, ale musiał sobie jakoś poradzić. I to widać obecnie. Zna to środowisko, i już drugiej szansy na tej ziemie dla niego nie będzie. A jego córka to kobieta z charakterem, która umie przypomnieć ci, gdzie jest twoje miejsce… I robi to z urokiem osobistym. Miła odmiana. Rzadko spotykana. Plus najlepszy dialog roku.
Trwający ponad siedem godzin dokument, który na potrzeby tego, by ktokolwiek to obejrzał, podzielono na pięć epizodów trwających półtorej godziny każdy. Jak wskazuje tytuł – jest to produkcja poświęcona takiemu gościowi, co biegał, a jak biegał, to ludzie krzyczeli za nim „Run, *jego imię*, run!„. Zgadza się, O.J. Simpson. Futbolista, pierwszy czarny wśród białych i morderca, którego uznano za niewinnego pomimo dowodów. Dlaczego? Sprawa, jak widać po metrażu, jest bardzo skomplikowana, a twórcy podeszli do zagadnienia skrupulatnie, kreśląc niemal w czasie rzeczywistym sprawę sądową, jakieś świat współczesny jeszcze nie widział. Przed Simpsonem nie było czegoś takiego, dlatego było sporo do wyjaśniania. Począwszy od tego, jak to się stało, że O. J. był taki słynny i co takiego zrobił, że przebił się do ekstraklasy. Następnie nakreślono tło, czyli społeczeństwo lat 70 i 80. Dyskryminacja rasowa, napięcie i konflikty między ludźmi o innych kolorach skóry. Gdy wojna wybucha, wtedy dochodzi do zbrodni i sprawa idzie do sądu. Wtedy też, krok po kroku, dostajemy odpowiedź, jak to się stało, że tysiące ludzi stało przed sądem (a kolejne miliony były rozsiane po całych Stanach) i groziło spełnieniem przeróżnych gróźb, jeśli tylko O.J. nie zostanie uniewinniony. Nie chcę wszystkiego zdradzać, więc tylko napiszę, że jest to znakomity dokument o tym, co się dzieje, gdy nie widzimy człowieka, a tylko rasę. I co się dzieje, gdy zaczynamy grać tzn. „race card„.
Nadal mnóstwo dobrej zabawy i imponujące pokłady kreatywności. Wciąż nie jestem fanem filozofii, która stoi za twórcami (nic nie ma sensu). Czyli z grubsza bez zmian. Kiedyś zobaczę trzeci sezon zapewne.
★★★★
Trzyaktowa opowieść o człowieku, z czego każdy akt rozgrywa się w innym czasie. Najpierw oglądamy, gdy bohater jest dzieciakiem gnębionym przez rówieśników i matkę narkomankę. Środkowy akt poświęcony jest etapowi, gdy bohater jest nastolatkiem. W finale jest już dorosły. Dałem nawet radę się wkręcić w to wszystko, ogląda się całkiem przyjemnie – reżyseria jest dosyć dojrzała, a zdjęcia są energicznie filmowe – aż do sceny w okolicy środka produkcji. Wtedy to bohater uczestniczy w bójce na oczach całej szkoły, która tam zbiera się wokół i ogląda igrzyska. Kibicują, machają szalikami i śpiewają hymny. Bohater przegrywa, lekcje zaczynają się, więc w następnej scenie bohater wchodzi do klasy, bierze krzesło i uderza swojego oprawcę, kiedy ten po prostu siedział. Tłum wokół od razu chwyta naszego bohatera i interweniuje.
Wtedy już miałem absolutną pewność, że twórcy „Moonlight” nie myśleli na bieżąco nad historią. Ona była już gotowa od początku, zanim jeszcze zaczęli nad nią pracować. To są klisze i schematy, które oglądaliśmy już wielokrotnie, a podczas seansu nie zostaniemy zaskoczeni żadną kreatywnością. I to nie dotyczy tylko takiego prymitywnego zagrania, jakim jest banalne rozwiązanie sprawy krzesłem. Te dwie sceny jako takie nie mogły rozgrywać się w tym samym filmie. Albo w pierwszej scenie tłum próbuje interweniować i mu się to udaje, albo nie (jest odstraszany), albo w drugiej scenie nic nie robi. Innego wyjścia nie ma. Twórcy nie myśleli o tym. Zobaczyli obie te sceny w innych tytułach, połączyli je i przeszli dalej na pełnym automacie.
Jedynym jakimś oryginalnym momentem jest zakończenie, które gdzieś pod bezpiecznym i nijakim płaszczem skrywa ciekawe pomysły. Można się tego dopatrzyć. Coś z tego mogło być. Osobiście, wolę powtórzyć scenę rapu z „Short Term 12„. Trwała minutę, ale było w niej o wiele więcej szczerości i świeżości.
Najlepszy zombie film ostatniego roku. Apokalipsa wybucha, gdy nasi bohaterowie znajdują się w trasie i od tego momentu nie ma czasu na postój. Jedziemy pociągiem do samego końca. Chyba że trafimy na przeszkody. Albo jakieś zombie dostanie się na pokład… Wtedy szybko ich liczba się zwiększy.
„Train to Busan” podobało mi się. Jest patos oraz niemal każdy możliwy schemat – wszystko zaczyna się w końcu od ojca pracoholika, który zaniedbuje córkę, więc zgadza się na podróż. Na szczęście zombie się stało i możemy pracować nad relacjami rodzinnymi, prawda? Prawda. Twórcy nie użyli tych schematów jedynie jako wymówki i starali się zainteresować widza tym bałaganem. Chociaż spodziewamy się epidemii, to sama transformacja w zombie mnie zszokowała – jest naprawdę pomysłowa i nieludzka, dobrze uosabia temat „przejścia„. Można przejąć się losem bohaterów i żałować, gdy któryś nie da rady. Cholernie spodobało mi się też, że w tej edycji z trupami można walczyć na pięści. Da się z nimi siłować, bez konieczności trzymania dystansu i polegania wyłącznie na broni palnej. Jedyna prawdziwa wada tej produkcji to kiepskie przedstawienie bezradności. Gdy ktoś upada i w przerażeniu drętwieje, nie będąc w stanie ruszyć nawet powieką oka – ja widziałem nie przerażonych ludzi, ale samobójców, którzy pozwalają się zjeść. Szkoda.
Mel Gibson wraca do kręcenia filmów i postanawia połączyć „Szeregowca Ryan’a” z „Bud – pies na medal„. Tego nikt się nie spodziewał zapewne, ale to właśnie dostaliśmy. I jest fajne! Znaczy, pierwsza i ostatnia część jest fajna.
Najpierw oglądamy, jak główny bohater dorasta na pacyfistę i bogobojnego chłopa, wtedy też zaciąga się do wojska nie po to, by dotykać karabinu, ale by pomagać postrzelonym. Podobał mi się ten romantyczny obraz epoki, gdy mówienie kobiecie komplementów wywoływało u niej motyle w brzuchu. Trzecia część rozgrywająca się na polu walki już jest krwawa i intensywna. Przyjemnie się ogląda, chociaż jest tam trochę za dużo łagodności (ustawiamy się do ataku? W pierwszym rzędzie stawiamy naszego głównego bohatera, bo ujęcie na plakacie będzie podejrzane!). Całe starcie szybko zamienia się w chaos i strzelanie przed siebie, i to jeszcze z biodra. Rozrzut nie istnieje, wszystkie strzały trafiają bezbłędnie w głowę, Azjaci wybiegają idealnie pod lufę, i to hurtowo – ale to nic.
O wiele bardziej mam ochotę narzekać na środkową część, w której wojskowi słyszą, jak nasz główny bohater chce do wojska, ale nie chce zabijać. Dupa odpada im ze śmiechu, ale potem… zaczynają męczyć tę kwestię, i mielić ją, i są dramaty jak cholera, idziemy nawet do Sądu Najwyższego… a wtedy ja jako widz zacząłem traktować tę produkcję zbyt poważnie, niż powinienem. I zacząłem dostrzegać, jak biednie tutaj zarysowano tło (synowa z teściem rzucają się sobie w ramiona, pomimo braku wcześniej wspólnych scen), jak niedorzecznie traktowany jest tu główny bohater (niby chcą go wywalić z wojska, a i tak traktują łagodniej niż pozostałych żołnierzy – wręcz z przywilejami do niego podchodzą). I najgorsze jest to, że wszystkie te sceny można było zamknąć w jednej scenie, tak jak to było w scenie z filmu „Bud – pies na medal„. Tam mówią, że regulamin nie zabrania psom grać w kosza, więc dopuszczają go do gry. Tutaj mogli od razu powiedzieć: „Sierżancie, konstytucja daje mi prawo iść na pole walki bez karabinu” i cześć. Cała nudna sekwencja filmu wycięta w pień, a treść zachowana.
Przeszkadzało mi jeszcze parę elementów. Brakuje choćby kontekstu tego, co się dzieje. O co biega w drugiej wojnie? Nieważne. Gdzie toczy się akcja? O co walczymy? Z kim? Nieważne. Na samym końcu powiedzą, że chodzi o Japończyków – tuż przed wejściem na pole bitwy. A ja spodziewałem się Europy… Trudno.
Na końcu nawet mamy scenę z harakiri w starym stylu, czego też twórcy nie tłumaczą odbiorcy. Ot, ceremonia odbywa się jak w filmie Kobayashiego, by zdezorientować widza. Kopanie granatów w powietrzu jak Tsubasa (co robi w pewnym momencie główny bohater) skomentuję w taki sposób: cieszę się, że nie zobaczyłem tej produkcji w kinie. Bo byłoby mi głupio tak śmiać się i psuć innym seans. Obejrzałem w domu i śmiałem się do siebie. To był dobry dzień. Cheers.
Zaskakujący dokument HBO, o którym warto wiedzieć jak najmniej przed seansem. Jednak pomijając ten aspekt, jako widz zostałem z reakcją umiarkowaną: „Ok. Coś takiego co zaprezentowano filmie, ma miejsce w rzeczywistości. Ciekawe. Ok” i nic więcej. To wszystko.
„Połaskotany” trwa półtorej godziny i poświęcony jest śledztwu dziennikarskiemu. Są tutaj pogróżki w stylu „przestańcie, co robicie„, ktoś inny powie „nie zgadzam się na nagrywanie, musicie opuścić to miejsce„. I całość opowiada w zasadzie o tym, jak łatwo kupić człowieka za kilka tysięcy dolarów. Nie w sensie jako niewolnika, ale dosłownie: stać się właścicielem tej osoby, i mieć nad nią kompletną władzę.
Początek wydaje się niepoważny, trzeba przebrnąć przez jakieś 20-30 minut, ale to wszystko jest istotne. Dla wielu innych takie też się zdawało i dlatego skończyli jak skończyli. Ku przestrodze, ale to wszystko.
Bajka dla dzieci o dziecku, którego matka czuje się coraz gorzej i gorzej. Wiemy, co wisi w powietrzu od samego początku, więc nie będę pisał więcej. Istotniejszy jest fakt, że drzewo wychodzi z gleby i zaczyna straszyć naszego młodocianego protagonistę… opowiedzeniem mu trzech historii. By wydobyć z niego informacje względem koszmaru, który ten miewa. Dziwnie to poskładane do kupy jest. Wiedziałem też od początku, gdzie to zmierza, więc czekałem tylko na znane mi zakończenie, by po drodze być zajmowanym… kilkoma przyzwoitymi atrakcjami. Bajki potwora są zajmujące i kreatywne, z nieoczywistym morałem. Aktorzy spełniają swoją funkcję, a efekty komputerowe stoją na wysokim poziomie. Opowieść zostawiła mnie obojętnym, jednak będę czekał na trzecią część: „Monster Dalls„.
PS. „Sierociniec” (2007) od tego samego reżysera to znakomity horror