Przyszłość kinomana

Przyszłość kinomana

09/09/2026 Blog 0
przyszłość kinomana

Siema. Posiadam film, którego fizyczne wydanie powstało dzięki mnie. A konkretnie - odnowiona wersja tego filmu sprzed prawie stu lat powstała z moim finansowym udziałem. Jest to mój pierwszy blu ray w życiu i chciałbym się podzielić w związku z tym kilkoma przemyśleniami na temat tego, jak sytuacja kina dzisiaj wygląda. Nostalgiczna podróż w przeszłość i w przyszłość, która stoi pod znakiem zapytania.

Wszystko zaczęło się od pewnego nietoperza czy coś, w każdym razie w 2020 roku zamknęli mi studia i nie musiałem już jeździć co tydzień na zajęcia. Zamknęli też parę innych rzeczy, ale otworzyli inne – między innymi na YouTubie dwóch seniorów zajmujących się profesjonalnie kinem, jego historią i archiwizacją, zaczęło organizować wieczory kina niemego na żywo. Jeden z nich puszczał film na projektorze i przygrywał na pianinie, potem i wcześniej sobie gadali o tej produkcji i ludziach, którzy je robili, wchodząc wtedy głęboko w temat kina niemego, daleko poza standardowe Chapliny i Bustery. Amatorskie to było i troszeczkę geriatryczne, ale robiło robotę. Pianista nazywa się Ben Model i parę lat później ogłosił, że zbiera kasę na rekonstrukcję cyfrową filmu. Wtedy to był „The Bat” i zrezygnowałem, ale gdy później zbierał fundusze na „Papierowego kochanka” („The Cardboard Lover”, 1928), to już miałem dawno postanowione, że wezmę udział. Na cokolwiek będzie to zbiórka, mają mój hajs.

Widzicie, najwyraźniej zbiórki w Internecie nie są taką prostą sprawą. Czy to chodzi o pomoc komuś, kto w powodzi stracił dom, czy też odnowienie starego filmu: trzeba wiedzieć, komu się środki przekazuje. W obu wypadkach to może być oszustwo albo chociaż jakaś forma naciągania. Kickstarter od wszystkiego umywa ręce i zaznacza się okienko, że akceptuje się ryzyko, gdy bierze się udział w zbiórce. Najwyraźniej są też ludzie próbujący naciągać odnawiając filmy. Zrobią robotę, film odnowiony, ale mogą np. zrealizować ograniczoną ilość wydań na nośnikach fizycznych – ludzie zapłacili za własną kopię, ale jej nie dostają i tyle. Pewnie to się stało podczas odnawiania „Śmierci Prezydenta” Kawalerowicza, które niby jest, tylko chuj wie, gdzie. A hajs jest konkretny, licząc na przykładzie mojej zbiórki mówimy tu o prawie 25 tysiącach amerykańskich dolarów. Czy tyle faktycznie kosztuje rekonstrukcja jednego filmu? Nie wiem.

Jeszcze 40 PLN cła. Oraz półtora roku czekania, ale projekt został zrealizowany, a ja mam film w ręku. Łącznie jakieś 300 złotych mnie kosztował ten jeden tytuł. Nawet się mnie osobiście – przez maila – pan Ben Model zapytał, czy paczka dotarła, ponieważ kilka innych było cofniętych i chce wiedzieć, jaka jest tego skala. U mnie nie było problemów – poza tym, że płytka była luźno w opakowaniu, ale to chyba siła wyższa. Nie była na szczęście porysowana. Teraz czekam na kolejną rekonstrukcję pana Modela, tym razem zbiór krótkich metraży Fatty’ego Arbuckle’a.

Te 300 złotych to zresztą nie cała kwota – kupiłem też odtwarzacz BR. Mój pierwszy odtwarzacz w życiu, jaki sam kupiłem. Wcześniej moja rodzina miała odtwarzacz VHS, a płyty oglądałem na komputerze. Mówimy teraz o czasach, gdy istniały wypożyczalnie DVD, a komputery miały czytniki płyt. Nawet teraz obecnie piszę na komputerze, który nie ma takiego czytnika. Od tamtego czasu wszystko oglądałem na VOD – poza festiwalami oraz kinem. Ważny jest jednak tamten moment oglądania płyt na komputerze – moment, kiedy stawałem się kinomanem, jak wyglądał świat wokół mnie: Iluzjon pokazywał klasyki i to wszystko za karnet w wysokości 450 PLN na pół roku. W regularnym kinie płaciłem 13 PLN za film. W sklepach pojawiały się filmy na nośnikach coraz mniej znanych do tej pory twórców, jak Kobayashi – za 40 PLN kupiłem jego „Harakiri” na DVD! Były nawet strony w Internecie z filmami za darmo – obejrzało się kilka reklam na początku i można było oglądać jakiś film. A w kioskach przynajmniej raz na tydzień pojawiał się wysyp filmów dołączanych do gazet – pięć złotych za film, sześć czy siedem, prawie nigdy nie było to chociaż dziesięć złotych. I niekoniecznie mówimy tutaj o takich małych, kwadratowych opakowaniach, były też prostokątne, cienkie i wystarczające. Wychodziły też różne kolekcje – kino wojenne czy Woody Allen, tutaj już grubsze wydania, z książeczką. 40 PLN za jeden tytuł i grzbiety tworzyły coś. Może to ładne, może nie, nie wiem, nie kupowałem wszystkich. Byłem w końcu biedny, a i tak udało się zorganizować trzy półki własnej biblioteki filmowej. Do tego dystrybucja kinowa zmierzała w lepszą stronę – podchodząc do Oscarów za 2010 rok widziałem już wszystkie filmy nominowane za Najlepszy film. „Fightera” widziałem przedpremierowo, więc to zasługa możliwości życia w Warszawie, ale jednak.

Wszystko zmierzało więc ku lepszemu, czyli innymi słowy: nie było najlepiej na początku. Katalog dostępnych tytułów był ograniczony i trzeba było mieszkać w takiej Warszawie, żeby tego nie zauważać. Bez Iluzjonu, bez wypożyczalni, filmy w kinie spóźnione o rok i więcej względem premiery światowej – było biednie. Ludzie kradnący filmy z Internetu pytali: czemu czekam? Czemu nie oglądam teraz? Czemu płacimy? A ja chociaż mogłem odpowiedzieć – poza standardowym: „Bo kradzież jest fuj” – że mogę poczekać, bo do tego czasu mam co oglądać. Dzielnie czekałem, aż będzie możliwość obejrzeć jakiś film – na przykład w Iluzjonie „Stalkera”. Pierwszy raz poszedłem na festiwal filmowy nie wiedząc do końca, czym jest festiwal filmowy – wiedziałem tylko, że Kinoteka nie pokazuje nowości, ale za to jest tam „Ballada o żołnierzu” z 1959 roku. W ten sposób znalazłem się na Festiwalu kina rosyjskiego Sputnik. Później pokazywali „Ofiarowanie” Tarkowskiego o 22:00. Nie dość, że zasnąłem, to jeszcze w drodze powrotnej kanar mnie złapał, zobaczył wytarty podpis na karcie miesięcznej i musiałem 150 złotych kary płacić za ważny bilet. Tak to wyglądało: lata się czekało na jakiś film i po tym czasie nadal można było czekać dalej. Na filmy Douglasa Sirka czy Prestona Sturgesa czekałbym chyba dalej. Budziłem się o 1 w nocy, żeby włączyć nagrywanie na VHS filmu lecącego na TVP Kultura. „Króla Lwa” nawet nigdzie nie było, pierwszy raz oglądałem go w częściach na YouTubie. Jakość mi nie przeszkadzała. Nigdy mi nie przeszkadzała. Oglądałem w końcu na kwadratowym monitorze – płaskim, ale kupowanym w czasach, kiedy jeszcze CRT było opcją. Potem laptop 16 cali. Monitor 27 cali, na którym piszę ten tekst. Oglądanie na telewizorze 50 cali to dla mnie wciąż nowość, chociaż już będzie sześć lat zaraz, jak to robię. Ludzie się pytają, czy lata temu widziałem „Sklep na rogu” z taśmy filmowej w Iluzjonie, a ja odpowiadam: nie wiem. Widziałem „Sklep na rogu” w Iluzjonie. Legalnie. Tyle mnie interesowało.

Łatwo mi było być legalnym odbiorcą treści filmowych. Potem to się zmieniło – nie tylko pieniędzy było mniej, ale zaczęli zamykać wypożyczalnie. Do gazet przestali dodawać filmy. Wyprowadziłem się z Warszawy. Netfliksa nie było, CDA nie było legalne, HBO wymagało podania PESELU, aby oglądać u nich – ponieważ nadal byli powiązani z kablówką. Nielegalne strony z filmami stawały się jedną z głównych opcji, aby oglądać. Inną było pobieranie filmów, też nielegalne. Filmy do gazet wróciły na chwilę – w cenie 30 PLN za tytuł. Szybko to upadło. TCM przestał nadawać wyłącznie klasyki i stare filmy. Nadal jednak trzymałem się postanowienia: oglądam, co mogę. Liczy się w końcu koszt alternatywny – teraz jest jakiś film dostępny i mogę go obejrzeć. Na piraty przyjdzie jeszcze czas. Starałem się być legalny – nawet kupowałem bilet do kina przez Internet, chociaż do niego nie poszedłem. Dojazd w końcu kosztował więcej niż bilet.

Potem przyszedł Netflix i za nim kolejne VOD, gdzie płaciło się raz na miesiąc i miało się dostęp do masy tytułów, które chciałem zobaczyć. A potem przyszedł polski Netflix i obciął tę liczbę o jakieś 80%, ale no, niech będzie. Nadal mam co oglądać. Narodził się inny problem – na takim Netfliksie jest świetny film, tylko nikt o nim nie wie i nikt go nie ogląda. Bo skąd? Krytyków nie ma, a społeczność kinofilska zaczęła się dzielić, skończyło się wspólne oglądanie czegokolwiek – to temat na oddzielny felieton. Faktem jednak jest, że w 2014 roku miałem większą wiedzą o tym, co aktualnie się dzieje w kinie współczesnym, niż te pięć lat później. Ogląda się już dla siebie, samotnie, nikt nie czeka, aż coś zobaczę, nikt nie czeka na moją ocenę. Ja nie czekam na ocenę kogokolwiek innego. Więc znowu: trzeba oglądać, co się ma – może tam będzie jakaś perła?

Kino przestało zarabiać, przynajmniej tak się zaczęło mówić. Osobiście nie będę zdziwiony, jeśli za jakiś czas okaże się to tylko manipulacją – nie wiemy w końcu, ile filmy kosztują ani ile zarabiają. Pomijam „kreatywną księgowość”, aby oszukać ludzi spodziewających się dostać procent od zysków – wykażemy, że sam film poniósł stratę, chociaż bocznymi kanałami studio na nim zarobiło. Podobnie filmy na VOD – jak mierzyć ich zarobek? Ilością nowych subskrybentów? Czemu nie. Wiemy tylko, że tracą. Wiemy tylko, że marketing to koszt ukryty i często wynosi nawet połowę kosztów samego kręcenia… Gdzie ten marketing za dziesiątki miliardów wokół mnie? Nie widzę. O głośnych filmach i tak się dowiaduję, a raczej: że one istnieją. Nie wiem nic więcej o nich. Plakaty robione na jedno kopyto? Zwiastuny robione na jedno kopyto? Serio, jak oni reklamują te filmy? Gdzie? I to was kosztuje po sto milionów dolarów na jeden film?

Najwyraźniej mamy w to wierzyć. I zaczęła się moda na przekonywanie do oglądania bo: to oryginalna idea – w sensie nie oryginalna, już takie było, ale nazywało się inaczej, TO NIE JEST CZĘŚĆ ŻADNEJ STAREJ MARKI (może początek nowej). Bo to mały film. Bo to debiutant. Bo to siódma część serii oddająca honor poprzednim częściom i wiernym fanom, trzeba to nagradzać. Pokażmy, że chcemy tego, zagłosujmy portfelem. Nie dlatego, że film jest dobry – najwyżej, że jest sensowny, że da się go w sumie oglądać. Bo jak nie, to będziemy dostawać tylko kolejną część czegoś, kolejny reboot… Które też nie zarabiają pieniędzy?…

Nośniki fizyczne stały się najwyraźniej modne. Razem ze straszeniem, że treści cyfrowe mogą nam być w każdej chwili odebrane – filmy kupione na Amazonie znikają, my nabywamy tylko prawo do ich oglądania, a nie sam tytuł! Na Netfliksie US tylko pięć procent tytułów jest sprzed 1980 roku, klasyka i przeszłość jest wymazywana! Piraci rechoczą pod nosem. Niemniej podsycało to cały czas to moje wewnętrzne marzenie, aby mieć własną bibliotekę filmów. Najlepiej, żeby każdy film, jaki kiedykolwiek widziałem, znalazł się w moim domu. Będę w końcu bogaty, będę miał chatę na trzy piętra, parter i dwa piętra piwnicy. W jednym z nich będzie własne kino. Mam już trzy półki filmów, miało być tylko lepiej, prawda?

Słyszałem o wyższości wersji reżyserskiej „Władcy pierścieni” na wersją kinową. Słyszałem też o zmianie palety barw w tej pierwszej, przez co film jednak jest gorszy. Słyszałem o wersjach odnnowionych przez AI, które są gorsze od starszych (filmy Jamesa Camerona). Najwyraźniej jeden pracownik odpowiedzialny za kostiumy i co jeszcze zarobił tylko 6 tysięcy w jednym z niespodziewanych hitów 2026 roku, zarabiającym sto milionów przy budżecie jednego miliona. Bo taką podpisał umowę. Teraz patrzę, czy mogę kupić „Obywatela Kan’ea” na BR – mogę, w jednym sklepie. Są dwie kopie. 34 złote, 15 przesyłka, darmmowa dostawa od 400 złotych. Całość bije po oczach pisanym przez sztuczną inteligencję – opis filmu i tak dalej. Skąd ten sklep? Czeski, z oddziałem w Polsce. „Titanic” też jest na DVD i BR, ta sama cena nawet. Bez polskich napisów. Dalej już nie sprawdzałem. Ponoć okładki książek są teraz coraz częściej robione przez AI. To mnie martwi z innego powodu – książki są dla mnie idealnym prezentem. Wchodzisz na stronę goodreads i przeglądasz, co tam dodałem do „chcę przeczytać”. A ja potem mam niespodziankę. Kto w końcu kupuje okładkę? Kupuje się książkę, tytuł się zgadza. Możesz nie wiedzieć, jak powinna wyglądać okładka.

Nadal marzę o własnej bibliotece. Chcę mieć masę kultury w formie fizycznej – audiobooków nie umiem słuchać i nawet „Infinite Jest” czytałem trzymając to cholerstwo w ręku. Teraz tylko nie marzę o pomieszczeniu, które będzie biblioteką. Marzę o ciągu regałów na korytarzach, aby je cały czas mijać. Chciałbym też wywoływać poczucie zachwytu, gdy będę odwiedzany. Będą podchodzić, wyciągać coś i pójdziemy to oglądać. Na to są jeszcze mniejsze chyba szanse, niż na własny dom. Pokazuję ludziom plakaty, jakie kupiłem i jest dla mnie jasne, że gdyby mnie odwiedzili, to nie zwróciliby na nie uwagi. A mam na ścianie Ryana Goslina, stopy Scarlett Johansson, swastykę oraz monolog Robina Williamsa z „Good Will Hunting”. Kino stało się strasznie samotne. Ludzie nie wiedzą nawet kim jest Scarlett Johansson.

Trzymam w ręku ten film z 1928 roku, który został odnowiony z moim udziałem. Oglądam pierwszy raz w życiu na odtwarzaczu, takim za prawie dwa tysiące PLN. Nie mogę uwierzyć, że nie ma podanego czasu trwania filmu – jest tylko na samym odtwarzaczu aktualna minuta trwania, ale ile do końca? Przewijanie jest toporne. Włączanie jest toporne – wszystko działa dużo wolniej niż odpalając film z karty pamięci podłączonej do TV. Pilot ma pełno guzików i nie nadaje się do używania po ciemku, a nawet gdy się przyglądam, to nie pamiętam, jaka jest różnica między STOP i PAUZA. Nie mogę uwierzyć, że przerywając seans i wracając, film włącza się od początku. I muszę pamiętać, gdzie go przerwałem. A ile trwa materiał dodatkowy? Bo jest, bardzo miły, ale… Ile trwa? Godzinę? 10 minut? Pięć? Na co się piszę, gdy go uruchomiłem? Może gdzie na opakowaniu pisze, nie wiem. Tak wygląda oglądanie z nośnika fizycznego? No, nie do końca – ponoć są jeszcze niepomijalne reklamy na początku na innych wydaniach. Tak się nie da żyć. Piractwo wygrywa w każdy możliwy sposób. Dostępnością, funkcjonalnością czy nawet jeśli chodzi o zachowanie historyczne.

I mam za to płacić 50, 100, 150 PLN? Przy czym BR za 50 PLN nie będzie mieć napisów, przynajmniej sprzedawca o tych nie informuje. Jakiś import z Włoch lub Niemiec. Nawet dodali „Spencer”, jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat, do kategorii „komedia”. Wy chcecie za to pieniądze?

Gdzie więc to mnie pozostawia – czy raczej jaka jest teraz sytuacja sztuki filmowej? Kino? Nieakceptowalne – 30 minut reklam przed filmem i liczne upodlenia wcześniej, w tym płacenie za fakt płacenia przez Internet. Festiwale filmowe? W 95% jest to chodzenie do kina, tylko w innej miejscowości i z krótszymi reklamami, a najwyżej 30% programu to faktyczne filmy, reszta to jakieś efekty kręcenia na potrzeby wykorzystania funduszy z programów, żeby potem promować np. walkę ze zmianami klimatycznymi – rzeczy, których nikt już nigdy nie zobaczy poza tym festiwalem. Telewizja? Umarła. VOD? Najbardziej leniwy wynalazek na świecie umożliwiający reklamowanie strony, a nie konkretnych tytułów w ofercie, skierowany wyłącznie do osób, które nie wiedzą, co chcą oglądać i oczekują, że WYDAWCA mu to powie. Kupowanie cyfrowe na własność? Te rzeczy są odbierane i nic z tym nie zrobisz. Nośniki fizyczne? Do gruntownej poprawy, w obecnej formie nie są akceptowalne. Chyba że jako przedmiot do postawienia na półkę, żeby się chwalić albo leczyć sumienie, że wcześniej się dany tytuł piraciło, a teraz ten błąd został poprawiony.

Mam wrażenie, że za każdym razem mówimy o wyrzeczeniu i kontakcie ze sztuką POMIMO, że będzie to w kinie, na VOD, na nośniku. Mój wniosek jest taki: nie przerywam czekania. Pieniądze nadal zostają w materacu, nie zaczynam budować własnej biblioteki. Poczekam na nowy nośnik czy coś. Póki co piractwo wygrywa na każdym kroku – nie pod względem ceny, ale użyteczności oraz szacunku do odbiorcy.

I to wszystko tak naprawdę w oderwaniu od faktu, że „Uwe Boll i Chris Nolan są w jednej dupie” – to tytuł felietonu sprzed miesiąca, gdzie opisuję, jak kino przestało być oglądane przed omówieniem. Stało się nośnikiem idei, których nie trzeba doświadczać, żeby wiedzieć, jakie są. Kino przestało być zjawiskiem kulturalnym, umożliwiającym łączenie się ludzi z różnych środowisk i filozofii, zamiast tego stało się zjawiskiem samotnym… W internecie. W prawdziwym świecie wystarczy pojechać na dowolny festiwal filmowy i te problemy znikają, ale jak często jesteśmy na festiwalach? Raz do roku? Mój rekord to cztery pełne festiwale w ciągu roku. To cały czas odskocznia od codzienności, od normy. I to wychodzi wyłącznie od nas, od kinomanów. Od nikogo innego. Nie od ludzi tworzących infrastrukturę filmową. Jesteśmy zdani na siebie, więc możemy wszystko.

A na prezenty kupujcie ludziom komiksy. Tam okładka też jest efektem decyzji artystycznej, więc tego unikniecie.