Jacques Tourneur

Jacques Tourneur

26/03/2026 Opinie o filmach 1

I look for very strong visual unity by using a type of framing and camera movement that is very simple. (…) I hate weird camera angles and distorting lenses.” – Jacques Tourneur

Jacques Tourneur

Obecnie Jacques Tourneur znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #204

Top

1. Canyon Passage
2. Poskromienie złoczyńcy
3. The Leopard Man
4. Night Call (The Twilight Zone, 5×19)
5. Człowiek z przeszłością
6. Noc demona
7. Wędrowałam z zombie
8. Ludzie-koty

Ważne daty

1904 – urodziny (Paryż)

1913 – wyjazd z ojcem do Hollywood

1931 – debiut reżyserski (Francja)

1935 – małżeństwo ze statystką (do jego śmierci, ona wystąpi ostatni raz przed kamerą w 1943 roku, umrze w 1993 roku)

1939 – pierwszy amerykański film pełnometrażowy

1961 – śmierć ojca Maurice’a (reżysera The Poor Little Rich Girl i The Blue Bird, ale przeszedł do kina dźwiękowego i realizował filmy aż do 1948 roku)

1964 – śmierć mamy

1965 – ostatni wyreżyserowany film

1966 – ostatnia wyreżyserowany odcinek serialu

1977 – śmierć (Francja, powody nieujawnione)

The Leopard Man (1943)

Ocena 4 z 5

Film nie robi dobrego, pierwszego wrażenia, ponieważ polega w znacznym stopniu na głupocie bohaterów, aby zbudować dramaturgię. Oto tytułowe zwierzę, do tej pory udomowione chociaż wciąż dzikie, zrywa się ze smyczy i ucieka, rzucając cień grozy na całe miasteczko – szybko też pojawiają się ofiary śmiertelne. Dlaczego uciekł? A no samica – kobieta – była zazdrosna, że inna samica – kobieta – jest w centrum uwagi, więc wystraszyła zwierzę, aby to uciekło. I co z tego? Nic, żadnych konsekwencji. A jak umiera jedna z ofiar? A no samica – kobieta – odmawia wpuszczenia jej do bezpiecznego domu. Świetna sytuacja dramatyczna: my wiemy, że ona jest w niebezpieczeństwie, ale ta postać nie, więc w swojej głupocie zamiast ją wpuścić i uratować, to zaczyna gadać: „Teraz to chce wracać, a wcześniej to się szlaja”. I jeszcze drzwi nie mogą się otworzyć pomimo używania narzędzi, więc nie widzimy samego mordu, jedynie krew płynącą spod drzwi… Dramaturgicznie i wizualnie wszystko bardzo wygodne i efektywne, tylko nadal przykryte w mojej opinii głupotą bohaterów, która nie ma żadnej konsekwencji.

Głupot ogólnie to jeszcze nie jest koniec, bo cała fabuła jest naciągana – jedna osoba zaczyna podejrzewać, że mordy wcale nie są dziełem dzikiego zwierzęcia, ale człowieka, tylko sposób, w jaki do tego dochodzi, pozostawia wiele wątpliwości i utrudnia śledzenie fabuły, a co dopiero traktowanie jej poważnie. Konstrukcja filmu jednak jest… Obiecująca. Również w tym znaczeniu, że obiecuje lepsze wykorzystanie podobnych sztuczek w późniejszej kinematografii, chociażby przez Psychozę Hitchcocka, z którą ma naprawdę wiele punktów wspólnych.

To co się jednak naprawdę liczy, to reżyseria. Gdzieś w połowie filmu faktycznie zaczyna udawać się tworzyć jeden potężny moment za drugim, pełen atmosfery i gotyckiego horroru. Ciężko odmówić twórcom, że u nich wyjście w nocy na ulicę wymaga odwagi: ulica jest nadal używana, samochody przejeżdżają i w ogóle, ale i tak wyjście tam jest aktem podjęcia ryzyka. Jak dźwięk uzupełnia stronę wizualną, a inscenizacja finału podczas procesji jest mistrzowska i trzeba ją zobaczyć, koniec tematu. Czy film kończy się na kolejnej głupocie? A jak, ale oglądało się to jednak zbyt dobrze i wspominać będę jeszcze lepiej, żebym dał teraz niższą ocenę. Biorę kolejny film Tourneura do oglądania…

Canyon Passage (1946)

Ocena 5 z 5

Teoretycznie fundamentem fabularnym jest tutaj postać protagonisty przedsiębiorcy zajmującego się transportem, dzięki któremu życie rozkwita w małym miasteczku poprzez jego inwestycje oraz inny sponsoring. Będą tu też Indianie, ktoś będzie mieć problem z hazardem i wpadnie w dług, po ulicy kręci się typ z małą gitarą, będzie awanturnik domagający się bójki – oczywiście na terenie baru… Jednak jest tutaj dużo więcej. I wszystko zaczyna się od zdania zamykającego jeden z pierwszych dialogów: „A man can choose his own gods, Cornelius. What are your gods?”. Nie jest to sentencja, której można by się spodziewać w standardowym westernie – już wtedy możemy więc zakładać, że zobaczymy coś… Odmiennego. Rozległe kino obyczajowe w kostiumie westernu, biorące się za filozoficzne tematy życiowe, dodając głębi swojej opowieści.

Nie ma tutaj czasu do zmarnowania i każda chwila dostarcza kolejnych informacji na temat postaci i wątków. To jest jeden z najbardziej dynamicznych – tudzież nakręconych w pośpiechu – filmów, jakie widziałem. Widz, który przestanie uważać nawet na kilka minut, może w taki sposób stracić ważny element fabularny tego lub innego segmentu fabularnego. To tylko 90 minut z hakiem, ale całkiem porządne skupienie jest wymagane od oglądającego. Te wszystkie wspominki w tle, gdy postać przechodzi obok innej postaci, rzucając jedno lub dwa zdania. Rzadko nawet ktoś mówi szybko sam w sobie, ale jednak samo nagromadzenie tego wszystkiego może przytłoczyć. Również dlatego, że sama jakość tego wszystkiego jednak nie jest wysoka – ale to nie jest takie łatwe.

Całość jest na podstawie książki gościa, który wcześniej odpowiadał za pierwowzór „Dyliżansu” – tam zresztą też było bogate tło budowane z licznych wątków. Ernest Haycox chłop się nazywał i w ciągu 50 lat życia zdołał napisać pierdyliard rzeczy – blisko 30 powieści, a zbiorów krótkich opowiadań nie będę liczył. Czy więc była to faktycznie wartościowa podstawa pod film? Może był to tylko generyczny wytwór. W każdym razie: w filmie na przykład jest wątek tego awanturnika. W pierwszej scenie jest tylko wspomniany, że był widziany na miejscu zdarzenia i prawdopodobnie za nie odpowiadał, ale bohater nie chciał skazywać nikogo na śmierć na podstawie „prawdopodobnie”, więc nic nie robił. Druga scena: awanturnika spotykamy, gdy bije się z postacią trzecioplanową. Protagonista staje z nim twarzą w twarz… I nic, wszyscy zawiedzeni, że nie ma bójki. Trzecia scena: z rana awanturnik odwiedza protagonistę i zaprasza na drinka, ale protagonista odmawia, jednak chwilę później inna postać trzecioplanowa zagląda i mówi: awanturnik jest w barze. Tak, wiemy, ale w jakiś sposób to sprawia, że tym razem protagonista tam idzie i teraz już się biją. Prawie na śmierć, ale jednak awanturnik ucieka. Coś z tego rozumiecie? Ja nie. A wspomnienie, że gdyby go nie pobił, to oddał by mu miasteczko… Skąd to się wzięło? Z książki? I zostało źle przeniesione na ekran? Może.

Jednak jednocześnie z tego nawarstwienia bohaterów, wątków, tematów i motywów wynika coś oddzielnego – a przynajmniej można to odbierać w ten sposób. Nadal można tutaj widzieć produkcję zrealizowaną z ogromnym pośpiechem, gdzie poszczególne wątki nie są kończone w satysfakcjonujący, logiczny sposób, ale sam widzę tutaj opowieść o życiu. Wewnątrz tej historii ścierają się liczne postawy życiowe – gotowość do zmian oraz potrzeby stabilności. Zdolność stawiania im czoła albo trwania, jakby nic się nie działo, bo wszystko minie. Pewność jutra zderzona z niepewnością, co przyszłość przyniesie. Cieszenie się teraźniejszością kontra bycie przygotowanym na najgorsze. Nic w tej opowieści nie pozostaje na końcu takie, jakie się zapowiadało: ludzie umierają, zawierają niejasne sojusze, ukochana odchodzi z innym, dobre chęci przynoszą ponure konsekwencje, radosny domek będzie świadkiem masakry godnej miana czystek etnicznych. I tak dalej. Nie ogarniesz wszystkiego, co się stało – a tym bardziej tego, co się może dopiero zdarzyć za chwilę. W ten sposób chaos narracyjny wzmacnia przekaz, o który autor mogło chodzić. Jeśli o to właśnie chodziło – osobiście, jestem dobrej myśli, że to spełniony obraz. Cholernie dobrze zrealizowany i napisany obraz.