Jacques Tourneur
“I look for very strong visual unity by using a type of framing and camera movement that is very simple. (…) I hate weird camera angles and distorting lenses.” – Jacques Tourneur
Obecnie Jacques Tourneur znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #204
Top
1. Canyon Passage
2. Poskromienie złoczyńcy
3. The Leopard Man
4. Night Call (The Twilight Zone, 5×19)
5. Człowiek z przeszłością
6. Noc demona
7. Wędrowałam z zombie
8. Ludzie-koty
Ważne daty
1904 – urodziny (Paryż)
1913 – wyjazd z ojcem do Hollywood
1931 – debiut reżyserski (Francja)
1935 – małżeństwo ze statystką (do jego śmierci, ona wystąpi ostatni raz przed kamerą w 1943 roku, umrze w 1993 roku)
1939 – pierwszy amerykański film pełnometrażowy
1961 – śmierć ojca Maurice’a (reżysera The Poor Little Rich Girl i The Blue Bird, ale przeszedł do kina dźwiękowego i realizował filmy aż do 1948 roku)
1964 – śmierć mamy
1965 – ostatni wyreżyserowany film
1966 – ostatnia wyreżyserowany odcinek serialu
1977 – śmierć (Francja, powody nieujawnione)
The Leopard Man (1943)
Film nie robi dobrego, pierwszego wrażenia, ponieważ polega w znacznym stopniu na głupocie bohaterów, aby zbudować dramaturgię. Oto tytułowe zwierzę, do tej pory udomowione chociaż wciąż dzikie, zrywa się ze smyczy i ucieka, rzucając cień grozy na całe miasteczko – szybko też pojawiają się ofiary śmiertelne. Dlaczego uciekł? A no samica – kobieta – była zazdrosna, że inna samica – kobieta – jest w centrum uwagi, więc wystraszyła zwierzę, aby to uciekło. I co z tego? Nic, żadnych konsekwencji. A jak umiera jedna z ofiar? A no samica – kobieta – odmawia wpuszczenia jej do bezpiecznego domu. Świetna sytuacja dramatyczna: my wiemy, że ona jest w niebezpieczeństwie, ale ta postać nie, więc w swojej głupocie zamiast ją wpuścić i uratować, to zaczyna gadać: „Teraz to chce wracać, a wcześniej to się szlaja”. I jeszcze drzwi nie mogą się otworzyć pomimo używania narzędzi, więc nie widzimy samego mordu, jedynie krew płynącą spod drzwi… Dramaturgicznie i wizualnie wszystko bardzo wygodne i efektywne, tylko nadal przykryte w mojej opinii głupotą bohaterów, która nie ma żadnej konsekwencji.
Głupot ogólnie to jeszcze nie jest koniec, bo cała fabuła jest naciągana – jedna osoba zaczyna podejrzewać, że mordy wcale nie są dziełem dzikiego zwierzęcia, ale człowieka, tylko sposób, w jaki do tego dochodzi, pozostawia wiele wątpliwości i utrudnia śledzenie fabuły, a co dopiero traktowanie jej poważnie. Konstrukcja filmu jednak jest… Obiecująca. Również w tym znaczeniu, że obiecuje lepsze wykorzystanie podobnych sztuczek w późniejszej kinematografii, chociażby przez Psychozę Hitchcocka, z którą ma naprawdę wiele punktów wspólnych.
To co się jednak naprawdę liczy, to reżyseria. Gdzieś w połowie filmu faktycznie zaczyna udawać się tworzyć jeden potężny moment za drugim, pełen atmosfery i gotyckiego horroru. Ciężko odmówić twórcom, że u nich wyjście w nocy na ulicę wymaga odwagi: ulica jest nadal używana, samochody przejeżdżają i w ogóle, ale i tak wyjście tam jest aktem podjęcia ryzyka. Jak dźwięk uzupełnia stronę wizualną, a inscenizacja finału podczas procesji jest mistrzowska i trzeba ją zobaczyć, koniec tematu. Czy film kończy się na kolejnej głupocie? A jak, ale oglądało się to jednak zbyt dobrze i wspominać będę jeszcze lepiej, żebym dał teraz niższą ocenę. Biorę kolejny film Tourneura do oglądania…
Canyon Passage (1946)
Teoretycznie fundamentem fabularnym jest tutaj postać protagonisty przedsiębiorcy zajmującego się transportem, dzięki któremu życie rozkwita w małym miasteczku poprzez jego inwestycje oraz inny sponsoring. Będą tu też Indianie, ktoś będzie mieć problem z hazardem i wpadnie w dług, po ulicy kręci się typ z małą gitarą, będzie awanturnik domagający się bójki – oczywiście na terenie baru… Jednak jest tutaj dużo więcej. I wszystko zaczyna się od zdania zamykającego jeden z pierwszych dialogów: „A man can choose his own gods, Cornelius. What are your gods?”. Nie jest to sentencja, której można by się spodziewać w standardowym westernie – już wtedy możemy więc zakładać, że zobaczymy coś… Odmiennego. Rozległe kino obyczajowe w kostiumie westernu, biorące się za filozoficzne tematy życiowe, dodając głębi swojej opowieści.
Nie ma tutaj czasu do zmarnowania i każda chwila dostarcza kolejnych informacji na temat postaci i wątków. To jest jeden z najbardziej dynamicznych – tudzież nakręconych w pośpiechu – filmów, jakie widziałem. Widz, który przestanie uważać nawet na kilka minut, może w taki sposób stracić ważny element fabularny tego lub innego segmentu fabularnego. To tylko 90 minut z hakiem, ale całkiem porządne skupienie jest wymagane od oglądającego. Te wszystkie wspominki w tle, gdy postać przechodzi obok innej postaci, rzucając jedno lub dwa zdania. Rzadko nawet ktoś mówi szybko sam w sobie, ale jednak samo nagromadzenie tego wszystkiego może przytłoczyć. Również dlatego, że sama jakość tego wszystkiego jednak nie jest wysoka – ale to nie jest takie łatwe.
Całość jest na podstawie książki gościa, który wcześniej odpowiadał za pierwowzór „Dyliżansu” – tam zresztą też było bogate tło budowane z licznych wątków. Ernest Haycox chłop się nazywał i w ciągu 50 lat życia zdołał napisać pierdyliard rzeczy – blisko 30 powieści, a zbiorów krótkich opowiadań nie będę liczył. Czy więc była to faktycznie wartościowa podstawa pod film? Może był to tylko generyczny wytwór. W każdym razie: w filmie na przykład jest wątek tego awanturnika. W pierwszej scenie jest tylko wspomniany, że był widziany na miejscu zdarzenia i prawdopodobnie za nie odpowiadał, ale bohater nie chciał skazywać nikogo na śmierć na podstawie „prawdopodobnie”, więc nic nie robił. Druga scena: awanturnika spotykamy, gdy bije się z postacią trzecioplanową. Protagonista staje z nim twarzą w twarz… I nic, wszyscy zawiedzeni, że nie ma bójki. Trzecia scena: z rana awanturnik odwiedza protagonistę i zaprasza na drinka, ale protagonista odmawia, jednak chwilę później inna postać trzecioplanowa zagląda i mówi: awanturnik jest w barze. Tak, wiemy, ale w jakiś sposób to sprawia, że tym razem protagonista tam idzie i teraz już się biją. Prawie na śmierć, ale jednak awanturnik ucieka. Coś z tego rozumiecie? Ja nie. A wspomnienie, że gdyby go nie pobił, to oddał by mu miasteczko… Skąd to się wzięło? Z książki? I zostało źle przeniesione na ekran? Może.
Jednak jednocześnie z tego nawarstwienia bohaterów, wątków, tematów i motywów wynika coś oddzielnego – a przynajmniej można to odbierać w ten sposób. Nadal można tutaj widzieć produkcję zrealizowaną z ogromnym pośpiechem, gdzie poszczególne wątki nie są kończone w satysfakcjonujący, logiczny sposób, ale sam widzę tutaj opowieść o życiu. Wewnątrz tej historii ścierają się liczne postawy życiowe – gotowość do zmian oraz potrzeby stabilności. Zdolność stawiania im czoła albo trwania, jakby nic się nie działo, bo wszystko minie. Pewność jutra zderzona z niepewnością, co przyszłość przyniesie. Cieszenie się teraźniejszością kontra bycie przygotowanym na najgorsze. Nic w tej opowieści nie pozostaje na końcu takie, jakie się zapowiadało: ludzie umierają, zawierają niejasne sojusze, ukochana odchodzi z innym, dobre chęci przynoszą ponure konsekwencje, radosny domek będzie świadkiem masakry godnej miana czystek etnicznych. I tak dalej. Nie ogarniesz wszystkiego, co się stało – a tym bardziej tego, co się może dopiero zdarzyć za chwilę. W ten sposób chaos narracyjny wzmacnia przekaz, o który autor mogło chodzić. Jeśli o to właśnie chodziło – osobiście, jestem dobrej myśli, że to spełniony obraz. Cholernie dobrze zrealizowany i napisany obraz.
Powiązane
1943 Film noir Horror Mystery Psychological Horror Psychological Thriller Reżyser
Najnowsze komentarze