Dojrzewanie – miniserial („Adolescence”, 2024)

Dojrzewanie – miniserial („Adolescence”, 2024)

30/03/2026 Opinie o serialach 0
dojrzewanie 2024

Erin Doherty i Owen Cooper to skarb.

Ocena 3 z 5

Na etapie już samego konceptu musiała paść decyzja: robimy cztery odcinki, każde w jednym ujęciu – to jest dla mnie jasne. Powody już nie są jasne, ponieważ ten tytuł popełnia większość grzechów produkcji na jednym ujęciu – od pokazywania wypełniaczy (jak jazda z punktu A do B, chociaż pomiędzy nic się nie dzieje), poprzez stosowanie wypełniaczy (ponieważ COŚ musi się dziać między sceną A i B, żeby zachować pojedyncze ujęcie) i przekonanie, że jedno ujęcie samo w sobie jest immersyjne, chociaż już lata temu zostało ustalone, że jest dokładnie odwrotnie. Zaczynamy całą opowieść od policji wbijającej na chatę rodzinie i zabierającej stamtąd trzynastolatka – kamera zostaje z dzieckiem, gdy jedzie na komisariat. Z kim mamy czuć imersję? Z policjantami? Z dzieckiem? Niby jak, jak nie ma żadnego wstępu? A nie mogło być, bo akcja musiała zacząć się góra kilka minut wcześniej z powodu jednego ujęcia. Nie wiemy, o co chodzi, więc żadne z tych punktów widzenia nie jest nam bliskie. Nie jesteśmy oderwani od rodziców, bo nie spędziliśmy z nimi czasu. Nie jesteśmy też zamknięci na tylnym siedzeniu z wystraszonym nieletnim i nie myślimy o tym, jak z nim komunikować, bo włącza się dron-music, a widzimy najwyżej tył głowy dziecka. Pod każdym względem jesteśmy odizolowani od tego momentu, widz ledwo jest chociaż biernym obserwatorem – to ten moment, gdy sięgacie po telefon albo idziecie do kuchni. W dziesiątej minucie odcinka na jednym ujęciu. I przed wami będzie tego naprawdę sporo.

Do tego praca kamery sama w sobie jest nudna. Banalna. Prosta. Po prostu jest. Bardziej zwraca uwagę choreografia – czy też reżyseria – ponieważ wszystko faktycznie cały czas przebiega schludnie i gładko: kamera i aktorzy cały czas są w pozycji, przejścia przebiegają naturalnie itd. Tylko sama kamera zachowuje się dokładnie tak samo przez cały czas – niezależnie od tego, co się dzieje. Gdy rozmawiają o pierdołach albo odkrywają przed bohaterem ważne nagranie, co wywoła w nim wielkie emocje – praca kamery nie zmienia się. Nie było żadnych wskazówek, więc w tych statycznych scenach dosyć przypadkowo krąży między aktorami, zbliża się do nich… Nie ma za bardzo na co patrzeć w tym serialu. Rozumiem zachwyty nad jednym ujęciem, że tego dokonano, ale tego dokonano masę razy w historii kina – sztuka polega na zrozumieniu, że dany fragment sztuki wymaga jednego ujęcia i dostosowaniu się do tego, a nie samym robieniu jednego ujęcia. Cięcia też mają zastosowanie, bla bla bla. Możliwe, że każdy kinoman musi przez to przejść.

Wracając – o czym właściwie jest ten serial? Był zainspirowany faktycznymi morderstwami młodych dziewczyn przez młodych chłopców. Stephen Graham – jako aktor i współtwórca serialu, razem z scenarzystą kilku odcisków Skins (1-3 sezon), Jackiem Thornem – postanowił zadać pytanie o to, co nimi kieruje. Odpowiedzi – czy raczej wnioski, do których dochodzą – znajdują w antagonistycznym wizerunku szkoły jako miejsca, gdzie wszyscy uczniowie są zajęci telefonami i nie ma jak do nich dotrzeć. Pytają, co postać ojca przekazuje swoim zachowaniem: jak on traktuje kobiety (inne od żony), jak wygląda jego agresywna postawa. Jego syn powtarza, że nie jest agresywny, bo nigdy nie uderzył nikogo z rodziny.

Niestety wszystko, co musicie wiedzieć, zamyka się w jednej wymianie zdań podczas drugiego odcinka: policjantka wspomina kulturę incelów do nauczycielki, a ona nie wie, co to, więc mundurowa uzupełnia: „That Andrew Tate shit” i to już rozjaśnia temat. Wyjaśnia to wam coś? I na jakim świecie mam żyć by nie wiedzieć, co to są incele, ale za to wiem, kim Andrew Tate jest. Dalsze „zgłębianie” tematu przez twórców nie jest przekonywujące: 20 lat temu też nie mieliśmy koleżanek, gdy byliśmy w wieku Jamiego. Każda płeć trzymała się oddzielnie i miała wyrobione negatywne stanowisko na temat drugiej – nauczycielki pomagały, wychwalając niesprawiedliwie dziewczynki i poniżając chłopców za każdy detal. Zamiast social-mediów mieliśmy tego jednego charyzmatycznego ojca jednego z chłopców, który miał dużo do powiedzenia o kobietach. I lata później nadal każda płeć trzyma się z grubsza oddzielnie od drugiej. I nadal, lata później, nigdy nie usłyszałem z męskich ust równie okropnych rzeczy na temat kobiet, co z ust kobiet o innych kobietach. Ten temat jest skomplikowany i złożony, a twórcy nie wiedzą gdzie zacząć – i boją się zapytać, skąd ta potrzeba akceptacji chłopców przez kobiety. I czemu rodzi się frustracja, gdy jej nie otrzymują. A widownia najwyraźniej tego nie potrzebuje – otrzymują potwierdzenie tego, co wydaje im się, że jest do powiedzenia o redpilowcach, więc temat wyczerpany. Przewinie się gdzieś cytat z Margaret Atwood i po sprawie. Na końcu ojciec przeprasza syna, że go zawiódł, ale nie wie, co mógłby zrobić inaczej. Widownia raczej też nie. Najwyżej przez tydzień po obejrzeniu „ograniczą” młodym dostęp do telefonów.