Leo McCarey
Przed reżyserowaniem był prawnikiem. Uczył się od Toda Browninga, uczył Edwarda Dmytryka. Wystąpił w "Ojcu chrzestnym" jako szyld. Połączył Flipa z Flapem. Zawdzięczał wszystko naukom od Charleya Chase'a. Cary Grant miał go naśladować i w ten sposób wykształcił swoje aktorstwo. Za swoje najwyższe osiągnięcie uważał film "Make Way for Tomorrow" - o którym Orson Welles miał powiedzieć, że wyciśnie łzę nawet z kamienia. Oto Leo McCarey i przegląd jego twórczości.
„No other Hollywood director understood people better than McCarey.” – Jean Renoir
Co mogę napisać o Leo McCareyu po poznaniu jego filmów? Niewiele, niestety. Więcej o nim czytałem: był nienajlepszym prawnikiem i poprzez kontakty znalazł się w biznesie filmowym, gdzie zaczynał od nadzorowania krótkich metraży. Całych setek krótkich metraży. Następnie pełne metraże, te mniej poważne, jak komedie z braćmi Marx albo Carym Grantem, którego miał, ekhem, zainspirować do stworzenia persony na ekranie, którą tak znamy i kochamy. Później był okres poważniejszych tytułów z elementami religijnymi. A gdzieś pomiędzy Make Way for Tomorrow, na którego powtórkę nie mam jeszcze sił. Pamiętam, jaki to był smutny obraz. Teraz czytam, że miał być też najbardziej osobisty w dorobku reżysera.
„I love when people laugh. I love when they cry, I like a story to say something, and I hope the audience feels happier leaving the theatre than when it came in.” – Leo McCarey
Warsztat miał wyraźnie solidny, ale jednocześnie był jednym z tych niewidzialnych rzemieślników pracujących w Hollywood, robiących po prostu swoje. I był w tym dobry. Trzeba się postarać, aby już przy pierwszym oglądaniu dostrzec jakąś decyzję artystyczną, która by się wybijała – jak nakręcenie zadawania wszystkim klientom w barze pytania na jednym ujęciu w Lokaju. Zamiast siedmiu oddzielnych ujęć mamy jedno – które dodatkowo znakomicie buduje napięcie pod następujący zaraz potem monolog. Lepiej czuć przestrzeń i pomieszczenie dzięki niemu – ale to oner, one zawsze zwrócą uwagę. Nawet jeśli są poniżej minuty.
„Stan Laurel was one of those rare comics intelligent enough to invent his own gags. Laurel was remarkably talented, while Hardy wasn’t. This is the key to the Laurel-Hardy association. Throughout their lives (I was one of their intimates), Laurel insisted on earning twice as much as Hardy. He said he was twice as good and twice as important, that he wrote the film and participated in its creation, while Hardy was really incapable if creating anything at all — it was astounding that he could even find his way to the studio.” – Leo McCarey
Cóż. Pozostają książki o dorobku i historii pana Leo McCareya.
„I still don’t know what makes [Cary Grant] tick. Of the sixteen hours a day when he’s awake I don’t think there are twenty minutes when he is not complaining. I’ve never seen a man more constantly in turmoil.” – Leo McCarey
Obecnie Leo McCarey znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #76
Top
1. Make Way for Tomorrow
2. Arcylokaj
3. Kacza zupa
4. Miłosne listy Ewy
5. Jewish Prudence
6. Ukochany
7. Naga prawda
8. Crazy Like a Fox
9. Bromo and Juliet
10. Idąc moją drogą
11. Niezapomniany romans
12. Mighty Like a Moose
13. Wielki Biznes
14. Should Men Walk Home?
15. Why Girls Say No
16. Be Your Age
17. Sugar Daddies
Ważne daty
1896 – urodziny Thomasa Leo McCareya (LA)
1904 – urodziny brata Raya, reżysera tworzącego między 1930 i ’48; umrze na serce w 1948 roku
1916 – małżeństwo, będą razem do jego śmierci
1919 – Leo z polecenia kolegi z dzieciństwa zaczyna pracować jako asystent reżysera Toda Browninga
1924 – debiut krótkometrażowy
1925 – urodziny i śmierć syna
1926 – urodziny córki, umrze w 2014 roku
1929 – debiut pełnometrażowy
1936 – śmierć ojca
1938 – zarabia za film 25 tysięcy
1962 – ostatni film
1969 – śmierć (Santa Monica, rozedma płuc)
Najlepsze shorty
Miłosne listy Ewy („Eve’s Love Letters”, 1927) Krótki metraż. Ojciec i matka każdego screwball comedy – sługa i żona przebierają się za tę samą kochankę (!!!), aby wydobyć na wierzch skłonności męża do zdrady. Rzadki przypadek slapsticku, gdzie sami bohaterowie i fabuła są zabawni, a gagi i potknięcia jedynie podkreślają komedię, która już jest na ekranie. Doskonała zabawa!
Jewish Prudence (1927) Krótki metraż. Ojciec i matka każdej komedii, gdzie debile próbują przekrętem się wzbogacić. A wszystko zacznie się od udawania poszkodowanego w wypadku samochodowym, w którym nawet nie uczestniczył – prezentacja bohaterów poprzez słodzenie kawy, rozwalenie domu i wypadnięcie z wanną na ziemię, wbijanie noża w drewnianą nogę, rozprawa w sądzie i widowisko przed ławą przysięgłych… I w końcu zakończenie, gdzie ostatnia okazja na przekręt okaże się nic nie warta. Każda scena jest zabawna, każdy aktor w tym powinien mieć karierę. Czemu tylko reżyser przeszedł dalej?
Arcylokaj ("Ruggles of Red Gap", 1935)
Klasyczny wzór komediowego wzoru na komedię prostą, acz skuteczną: historia bawi, bohaterowie bawią, chce się oglądać i nawet możemy nie zdawać sobie sprawy, że oglądamy coś więcej. Tutaj śledzimy losy lokaja, kamerdynera, osobę służącą komuś innemu, przekonaną o przynależności do innej grupy ludzi, będącej znaczący – nawet jeśli tylko jeden – ale nadal jeden – krok niżej od innej grupy ludzi. Te grupy nie są nazwane, ale tak po prostu jest: są ci, którzy służą, oraz ci, którym służą. I tak ma pozostać. W każdym razie: pan przegrał swojego brytyjskiego służącego w karty, więc tytułowy Arcylokal imieniem Marmaduke Ruggles, z Paryża zmienia dom na Stany Zjednoczone, gdzie zamieszka w Red Gap. Nie w tym prawdziwym Ghost Town na południu Kanady, ale fikcyjnym, gdzieś w Teksasie. Tak, przegrał człowieka w karty. Po pijaku jeszcze. Ruggles jest przerażony, spodziewając się wylądować pośrodku sytuacji rodem z westernu Johna Wayne’a, będąc zmuszonym do ucieczki przed Indianami. Oraz niewolnictwem. Nie wspominając o tym, że te Amerykańce to zachowują się cały czas jak dzikusy.
Najpierw była powieść z 1915 roku, którą na ekran przeniesiono dwukrotnie: jako komedię w 1918 roku oraz jako western w 1923 roku. Każdy z tych filmów spotkał ten sam los: nie zachowała się żadna jego kopia do dzisiaj i uznaje się oba za pozycje zaginione. Leo McCarey podjął w końcu udaną próbę dwie dekady od powstania pierwowzoru. Przepis jest tutaj prosty: bohaterowie oraz fabuła są w jednej skrajności, a reszta filmu ma ich przeprowadzić w drugą skrajność. Chociaż w sumie nie do końca. Brytyjskość zostanie nieco zbita z piedestału, a Ameryka zyska sympatię sceptyków. Wszystko opowiedziane językiem dobrej zabawy.
Komentarz z Internetu: „20th century America in 90min. Good, bad and humorous.”, ale to jedynie część prawdy o tym filmie, który śmieje się nie tylko ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale również wyobrażenia postronnych o owych Stanach. Werdykt tej produkcji jest jak najbardziej pro-amerykański, tutaj protagonista uzyskuje niezależność oraz satysfakcję życiową w byciu panem własnego losu, ale jednocześnie nie ma żadnego problemu ze śmiania się obywatelom Ameryki prosto w twarz. Najpiękniejszy moment filmu obejmuje one-take, gdzie kamera wędruje od gościa baru do kolejnego, gdzie każdy w inny sposób przyznaje to samo: nie ma pojęcia, co Lincoln powiedział pod Gettysburgiem. I kto wie? Oczywiście Ruggles – i zapewne połowa widowni, to w końcu jedna z największych przemów w historii ludzkości. Arcylokaj deklaruje ją w całości, tworząc moment nad momenty, prezentując najmocniejszą stronę tej komedii: świadomość, kiedy żartować. Jak żartować. I jak uszanować sytuację, kiedy nikomu nie jest do śmiechu.
Przydałoby się, żeby komedie znowu się tego nauczyły. Przestały mieć potrzebę umieć żartować ze wszystkiego w każdej chwili. Można żartować ze wszystkiego, ale jednocześnie trzeba mieć to indywidualne podejście do jakiegoś zakresu czegokolwiek, z czego uważa się z samego siebie, że tego się nie rusza poprzez dowcipy. Inaczej człowiek kończy jako automat, bezmyślnie kpiący i próbujący robić to tak, aby każdy się uśmiechnął, nawet jeśli nie jest w temacie. Ten film niczego nie robi automatycznie, każdy moment był przemyślany i zrealizowany z polotem. Na dodatek ma władzę własną i czuć, że wie, o czym mówi, gdy mówi o sobie współczesnej Ameryce. Podczas seansu czułem, że bawię się dobrze – i z godnością.
Naga prawda ("The Awful Truth", 1937)
Lata temu napisałem o „Nagiej prawdzie”, że Cary Grant stara się być zabawny i czasami mu się to udaje. Nic więcej nie dodałem, więc postanowiłem jednak powtórzyć… I w sumie podtrzymuję, co napisałem. Cary Grant gra gościa, który nie jest uczciwy w swoim związku, ale gdy tylko podejrzewa żonę o ten teges, to biorą rozwód. Nie mogą jednak sobie odpuścić, więc dalej rywalizują o to, kto jest szczęśliwszy potem.
To po prostu nie są interesujący bohaterowie. To nie jest interesujące zawiązanie akcji. To nie jest interesujące rozwinięcie akcji. Uczucie między nimi było płytkie, ich relacja jednowymiarowa i obojętna, wszystko było sztucznie podyktowane gatunkowością filmu. Nie zależało mi, żeby skończyli razem i odkryli tytułową „okropną prawdę”, że nadal są ku sobie. Byli parą pajaców wygłupiających się na potrzeby filmu, nie parą ludzi zaangażowanych romantycznie w cokolwiek.
To powiedziawszy – humor jest tutaj w całkiem dużej ilości. Cary Grant jest tutaj równie sympatyczny, co zawsze. Piszę więc niby więcej słów, ale sprowadzają się one do tego samego, co napisałem wiele lat temu. Śmieszny, obojętny film.
Ukochany ("Love Affair", 1939)
Szczerze? Lepiej się bawiłem niż na Nagiej prawdzie.
Nawet nie kojarzyłem, że to jest remake filmu, który Leo McCarrey zrobił pod koniec swojej kariery (An Affair to Remember, 1957), gdzie już zatrudnił Cary’ego Granta. Remake jest lepiej znany – może właśnie przez Granta, może powód był inny. Osobiście ciężko mi myśleć o tym filmie jako zasługującym na nową wersję, ponieważ ciężko tutaj coś powtórzyć – fabuła oczywiście ma wyraźne punkty zwrotne, ale to przede wszystkim popis duetu Charlesa Boyera oraz Irene Dunne, którzy tworzą romans na ekranie. Historia mogła momentami nawet nie istnieć, liczyło się dla mnie oglądanie tej dwójki.
Fabuła opowiada o dwójce ludzi, którzy już są obiecani komuś, ale wyrasta między nimi romans – później decydują się zerwać dotychczasowe narzeczeństwa, by być razem, ale życie przygotuje im jeszcze nie jedną niespodziankę. W swoim czasie film był odbierany jako pochwała zdrady – czy raczej koncept filmu, nie on sam. W tym sensie nowa wersja miałaby sens, ponieważ powstałaby w czasach bardziej otwartych na możliwość znalezienia „tej właściwej” osoby już po tym, gdy się taką osobę znalazło. To w końcu romans i romantyczność na ekranie faktycznie przemawia do swojej widowni. Plus finał ma miejsce w Święta Bożego Narodzenia. Miły obraz. Do tego kilka piosenek, chociaż nie jest to musical.
Najnowsze komentarze