Oppenheimer. Teoria a rzeczywistość – analiza filmu

Oppenheimer. Teoria a rzeczywistość – analiza filmu

29/12/2023 Blog 0
Wstał.
– Pójdziemy już? Odwiozę cię do domu.
Wstała, o on pomógł jej włożyć wierzchnie okrycie. Była to szeroka, luźna pelerynka; jego dłonie, owijające ją wokół jej ciała, zatrzymały się na ramionach o sekundę dłużej, niż chciałby jej pozwolić zauważyć.
Spojrzała na niego. Stał dziwnie nieruchomo, wpatrując się uparcie w stół. Wstając, zmietli papierowe serwetki, odsłaniając napis wyryty w blacie stołu. Ktoś próbował go usunąć, ale słowa pozostały widoczne, niczym upór w głosie zrozpaczonego pijaka: „Kim jest John Galt?”
Gniewnym ruchem położyła serwetkę na swoje miejsce. Francisco zaśmiał się.
– Mogę ci odpowiedzieć – rzekł – Powiem ci, kim jest John Galt.
– Naprawdę? Wszyscy wydają się go znać, ale za każdym razem opowiadają o nim coś innego.
– A jednak wszyscy mówią prawdę.
– A jaka jest twoja odpowiedź? Kim on jest?
– John Galt to Prometeusz, który zmienił zdanie. Przez wieki rozdzierany przez sępy za to, że przyniósł ludziom ogień bogów, zerwał w końcu łańcuchy i odszedł, zabierając ze sobą ogień – do czasu, gdy ludzie zabiorą sępy.
Atlas zbuntowany, str. 540
Christopher Nolan zaczyna Oppenheimera od wspomnienia o Prometeusza, porównując w ten sposób jego mit do sylwetki swojego tytułowego bohatera. I zawsze, ilekroć ktoś wspomina Prometeusza, przypomina mi się powyższy fragment z książki Ayn Rand. Prometeusz jest częścią greckiej mitologii, stworzył człowieka, dał mu duszę, naukę oraz ogień, za co został ukarany przez Zeusa torturą, która miała trwać wiecznie. Ta książka jest o wielu rzeczach, jednym z jej motywów jest właśnie zadanie pytania o to, czemu godzimy się tworzyć coś dobrego wiedząc, że spotka nas za to kara. Czemu na tę karę się godzimy oraz czemu karzemy ludzi, którzy robili coś dobrego dla nas? Christopher Nolan nie jest filozofem. Jest artystą, jest filmowcem, dobrze rozumie język obrazu i jest w stanie tworzyć film przy użyciu jego wszystkich składowych: z dialogów, scenografii, dźwięku, montażu, aktorów – ale jego możliwości filozoficzne pozwalają mu jedynie na prostą obserwację: J. Robert Oppenheimer dał coś ludzkości. I spotkała go za to kara. Zauważyliście?
 
W tym przypadku wspomnienie o Atlasie... ma jeszcze jedno zastosowanie, ponieważ trzecioplanowym wątkiem w tej powieści jest budowanie maszyny zagłady. I odpowiada za nią, chociaż nie wiedział o tym, postać nazywająca się Dr Robert Stadler, który miał być inspirowany osobą Roberta Oppenheimera, z którym Ayn Rand nawet prowadziła wywiad. I nie tylko z nim, ale z wieloma osobami, które możecie zobaczyć filmie Nolana, ponieważ miała w planach napisać scenariusz do produkcji o tych wydarzeniach. Do jej realizacji nigdy nie doszło i mamy tylko notatki pani Rand na ten temat oraz 1/3 skryptu, gdzie nacisk miał być nałożony na ukazanie, jakie warunki muszą być spełnione, aby dokonać osiągnięcia, jakim jest bomba atomowa. W swoich obserwacjach opisuje Oppenheimera jako człowieka, który był tak bardzo pewny siebie i tego, że to, co zakłada, jest w ogóle możliwy, że jest siłą zdolną do tego tak bardzo, że w swojej pewności siebie jest bliski decydowania o tym, co jest dobre dla innych ludzi. Tak diagnozowała jego wadę. Potrzebowała go poznać i zrozumieć, ponieważ chciała go reprezentować na ekranie.
 
Książka z 2005 roku, o którą opierał się pan Nolan, nosi tytuł American Prometheus. W Polskim wydaniu tytuł zmieniono na Oppenheimer. Triumf i tragedia ojca bomby atomowej.
 
Christopher Nolan dzięki swojemu przywiązaniu do realizmu może sprawiać wrażenie, że jego filmy mają związek z rzeczywistością, że ją portretują, że ciąg wydarzeń przedstawiony na ekranie pokrywa się z tym, co miało miejsce naprawdę, że przemyślenia jego Oppenheimera są przemyśleniami, które mógł mieć prawdziwy Robert Oppenheimer, ale sam film nigdy tak naprawdę tak nie twierdzi. Nolan kreuje artystyczną interpretację i w jego filmie nie zobaczymy tego, na czym skupić się chciała Ayn Rand. Warunki pracy nad bombą albo udział Oppenheimera, jego rola w tym wszystkim, Nolan prezentuje to inaczej – u niego są wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Czas i miejsce akcji, czy raczej kontekst historyczny, społeczny itd., jego ducha i atmosfera, nie jest portretowane lub nawet istotne dla narracji. Z kolei tytułowy bohater w rzeczywistości odznaczał się masą cech, których na ekranie nigdy nie zobaczymy – jest on mniej Oppenheimerem, a bardziej sylwetką człowieka, który dokonał odkrycia, jakie następnie zostało mu odebrane. Oppenheimer Nolana jest politykiem, nie naukowcem. Jest człowiekiem, który bardziej wierzy w bycie odpowiedzialnym za stworzenie bomby niż faktycznie za nią odpowiada, ponieważ Oppenheimer nie jest filmem o bombie atomowej albo Oppenheimerze. To tytuł zgłębiający zagadnienie konfrontowania teorii z rzeczywistością.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NOLAN NADAL JEST NOLANEM

Mówiąc o kinie Nolana musimy zrozumieć, co według tego reżysera jest dobrym filmem. A przynajmniej jak jego filmy zdają się klasyfikować takie kryteria, czyli w jaki sposób ktoś może zrobić taki Tenet i być z niego zadowolonym. Odpowiedź jest dosyć prosta, bo chodzi o zgłębianie motywów, popularyzację zagadnień naukowych, przekraczanie jakichś granic. Inne kryteria robienia dobrego filmu nie są istotne, jeśli nie pokrywają się z tymi wymienionymi, więc w ten sposób kończymy na scenie z  jabłkiem.
 
Pewnie nawet nie pamiętacie tego cholernego jabłka, dopiero teraz go wam przypomniałem. Otóż Oppenheimer według Nolana wziął zatruł to jabłko należące do nauczyciela, bo ten był wobec niego złośliwy. I nawet tego nie planował, ale akurat wpadła mu do ręki trucizna, więc co ma się marnować, ale następnego dnia się obudził i pobiegł do tego jabłka, najpierw się umył, ubrał, ogolił i nauczył nowego języka obcego, ale w końcu pobiegł do tego jabłka, a tam ten aktor, który grał Hamleta, akurat trzyma to jabłko. I sobie gadają, aż jabłko prawie zostaje zjedzone, ale Oppenheimer niemal wyrywa je Hamletowi z ust, rzuca do kosza, słowem wyjaśnienia rzuca, że było robaczywe i nikt nie ma na to ludzkiej reakcji, zamiast tego… kontynuują gadanie.
 
W jaki sposób cokolwiek z tego ma miejsce w filmie, który nazywam najlepszym filmem roku? To jest koszmarna, kuriozalna scena, jedno, wielkie nieporozumienie. Jest niezręczna, nielogiczna, to po prostu bzdura… Jeśli patrzeć na nią jak na historię o ludziach, ale Nolan raczej tak jej nie widział. Zakładam raczej, że chodziło o trzy elementy:
 
  • moralność bohatera – ukazanie, że Robert jest zdolny do krzywdy oraz samodzielnej decyzji, by zmienić zdanie; nie byłby na tym nakryty, nikt by nie wiedział o jego udziale w zatruciu, ale samodzielnie podjął się ponownej oceny sytuacji i odwołał wszystko
  • kondensację informacji – tak się buduje dynamikę, poprzez robienie wielu rzeczy naraz; Nolan „naraz” rozumie jako „w obrębie jednego dialogu”, więc oprócz jabłka mamy jeszcze „idź do Niemiec” oraz „czy słyszysz fizykę, Robciu?”
  • planowanie, aby film pokazywał coś całościowo, w sensie spektrum czegoś: nie jedną stronę i potem drugą, ale oba końce w obrębie jednej sceny lub sekwencji – o tym później
 
Ta scena osiąga każdy z tych punktów. I mimo to nadal jest słaba z uwagi na swoją niedorzeczność zakrywającą każdy z powyższych osiągnięć, ale to już inna kwestia. Nolan nie ma chyba zamiaru zacząć patrzeć na swoich bohaterów jak na ludzi, więc w 2026 roku znowu się z tym spotkamy. I mi to nie przeszkadza, nie każdy film w końcu ma być identyczny. Kino Nolana może być o ideach i ja to akceptuję, tylko niech nie będą tak absurdalne, jak… No, jak scena erotyczna, podczas której kochanka podchodzi do biblioteczki, wyciąga książkę, otwiera losowy fragment i każe Oppenheimerowi go przeczytać. I tak się składa, że ten fragment to właśnie najsłynniejszy cytat przypisywany w popkulturze jemu samemu, to o byciu destroyer of worlds. Ja akurat z seksem nie mam żadnego doświadczenia, ale na pornosach jeszcze nie widziałem, żeby partnerki podczas aktu wstawały, brały książkę i kazały partnerom je czytać podczas penetracji. Jak o tym teraz myślę, to nawet wydaje się ciekawy koncept, ale gdy to zobaczyłem u Nolana, to efekt był co najmniej, jakby to powiedzieć, „co ja do cholery oglądam?”
 
Oczywiście ta scena ma sens, tylko trzeba na nią inaczej patrzeć. Na początku myślałem, że to po prostu zaskoczenie widza, który wie, że te słowa padną podczas tego seansu i wyczekuje ich, a pan reżyser nas zaskakuje momentem, gdy one padają. Raczej nikt by nie założył, że padną podczas sceny erotycznej, jednak po namyśle stwierdziłem, że pana Nolana raczej nie obchodzi to, że widzowie mają jakieś oczekiwania i chcą zobaczyć, w jaki sposób on zrealizuje dany moment. On po prostu robi swoje, czemu więc czytanie podczas seksu? Cóż, moja teoria to po części to pakowanie wielu informacji do jednej sceny i poprzez połączenie postaci Jean Tatlock z cytatem twórca sprawia, że ją zapamiętamy, chociaż jest na ekranie z 10 minut w tym trzygodzinnym obrazie. To na pewno było argumentem za realizacją takiej sceny, ale najważniejsze tutaj wydaje mi się łączenie dwóch motywów, jakim jest zniszczenie oraz kreacja. Seks technicznie rzecz biorąc jest kreacją życia, a tutaj reżyser łączy jego zdolność do tworzenia ze zdolnością do niszczenia.
 
Nolanowi chodzi więc o to, żeby nie budować pojedynczych rzeczy, on zawsze buduje spektrum czegoś. To nie jest scena seksu, w której chodzi tylko o seks, zawieranie znajomości, Nolan cały czas pokazuje bohatera nie jako osobę zdolnego do jednego lub drugiego, ani też osobę będącą neutralnie po środku, ale jako postać będącą cały czas po obu stronach tego spektrum, dobra i zła nazwijmy je dla uproszczenia. Podczas oglądania zwróćcie uwagę, jak scena łączy pewne tematy w jedno – jak Robert z Frankiem w namiocie gadają o prywatnych rzeczach, żeby zaraz Robert wyszedł z namiotu i z Lawrencem gadali o gwiazdach; jak z jednego pokoju Robert jest wyproszony, a po wejściu w drugi witany oklaskami.
 
Tylko tak: mówię teraz niby o postaci, ale to uproszczenie już kolejne z mojej strony. Oppenheimer nie jest w tym filmie postacią, jedynie nośnikiem tego jednego z głównych motywów, czyli spektrum będącego całością. Drugim jest:

ROZDZIAŁ DRUGI

TEORIA/RZECZYWISTOŚĆ

  • Oppenheimer biorący przesłuchanie jako rozprawę w sądzie, gdzie może uzyskać rozgrzeszenie
  • „mogę się do tego odnieść, mój ojciec był self-made”
  • co się dzieje z gwiazdami, gdy umierają?
  • „Theory will only take you so far”
  • zaufany człowiek okazuje się szpiegiem
  • Czy Oppie jest komunistą?
  • „oboje wiemy, że nie chcesz być ze mną”
  • 1 września 1939 roku będzie zapamiętany z powodu publikacji pana Oppenheimera, ale ważniejsze wtedy okazuje się, że Hitler nie mógł spać i zrobił sobie wycieczkę
  • Komunizm jest rozwiązaniem
  • Bomba atomowa zakończy wszystkie wojny
  • Ilość zabitych przez bombę wyniesie X ludzi
  • „Czuję, że mam krew na rękach”
  • „Powinniśmy rozbudowywać Los Alamos, nie zamykać”
  • „Bomba wodorowa zamiast atomowej”
 
I dwie najważniejsze:
  • Admirał myślący, że Oppenheimer ma wobec niego osobistą vendettę
  • Wszyscy obawiali się, że bomba atomowa podpali atmosferę i wysadzi planetę
 
Tych przykładów pewnie było więcej, tylko Oppenheimer jest ciężkim filmem do analizowania, ponieważ… Naprawdę dobrze się go ogląda. I wielokrotnie łapałem się na tym, że po prostu oglądam, zamiast robić notatki. Niedoczekanie!
 
Wracając do tematu – o tym jest ostatecznie ten film. O wyobrażaniu sobie rzeczywistości i konfrontowaniu naszych oczekiwań lub słuszności z obiektywnym faktem. Nolan zbiera spektrum sposobów, na jakie taka teoretyzująca osoba może się mylić – nawet jeśli jest największym teoretykiem ubiegłego wieku – i prezentuje je widzowi. To może być inny system wartości, np. w głównej rozprawie, gdzie Robert O. jak najbardziej miał świadomość tego, co się dzieje, ale podejrzewał, że użyje tego do osiągnięcia swojego celu. To może być przeświadczenie, że film toczy się wokół ciebie, jak wokół postaci Roberta DJ.
 
I co z tego wynika? Cóż – z jednej strony detonacja, chociaż teoria mówiła, żeby tego nie robić. Z drugiej strony utrata panowania nad bombą. Z trzeciej pewność, że świat zapomni o Oppenheimerze. I z czwartej głowa cały czas wypełniona wizjami świata, który może nadejść. W finale są zrobione z pompą, ale pewnie z uwagi na to „bycie całością”. Krok tu takiej zagładzie, podpaleniu całego świata, został postawiony, on jest możliwy, zabawki ku temu istnieją. Teraz tylko czekamy, aż świat faktycznie zapłonie… Tylko właśnie, teoria a praktyka. Ja nie myślałem o tym finale, żaden z recenzentów o nim nie wspominał – poza tymi, którzy z łatwością używają emocjonalnych zwrotów, oni wychodzi z kina z szeroko otwartymi oczami. Bo byli wstrząśnięci. Czy zrobiło na kimś wrażenie tak naprawdę? Nie wiem. Sam musiałem zrobić analizę całego filmu, aby dojść, o co w ogóle mogło w nim chodzić i nadal jestem obojętny. Reszta widzów chyba założyła, że to coś w stylu „wojna to zło” i powiedziała: „aha”.
 
A to film o czymś więcej. O trudnościach, jakie stawia przed nami wszechświat, żebyśmy mogli go poznać. I ile kosztuje podjęcie ryzyka, aby to zrobić. Tylko ciężko to dostrzec, kiedy ogląda się filmy jedynie po to, aby potwierdzić własne założenia sprzed seansu, a takie wrażenie sprawie większość recenzentów.

POST-SCTRIPTUM

EPILOG

POSŁOWIE

Biorąc się za tę analizę, zrobiłem to jak w większości tego typu przypadków – ponieważ jeden seans nie wystarczył, abym miał klarowną opinię o tym filmie. Po pierwszym seansie napisałem tylko trzy słowa: „Teoria kontra rzeczywistość”, co mimo wszystko sprawia, że miałem więcej do powiedzenia o tym filmie niż, delikatnie mówiąc, większość osób, które zdecydowały się zabrać głos w sprawie obrazu, poprzez tworzenie np. publikacji nazywanej przez autora „recenzją”. Skąd o tym wiem, chociaż nie śledzę w sumie żadnego polskiego krytyka, recenzenta lub znawcy? Bo w tym przypadku postanowiłem zrobić wyjątek, nadrobić każdą publikację, jaką tylko mogłem znaleźć (wpisując w YouTube „recenzja” oraz za pośrednictwem mediakrytyka) i w sumie mogę z tego zrobić rytuał na koniec roku.
 
Wszystko wzięło się oczywiście z tego, że po obejrzeniu pierwszym poszedłem na filmweb i zobaczyłem dużo niepodpisanych ocen. Wysokich, nawet w rankingu jest tam w pierwszej setce (#70, kiedy piszę te słowa – tuż za Insterstellar), ale są to cyfry wciąż puste. Również od ludzi, co zazwyczaj piszą cokolwiek po seansie, nawet oni nic nie dali rady wymyślić, jakby film nic w nich nie zostawił. To była moja pierwsza wskazówka, że ten film został odebrany w pochwałach, ale bardziej dla zasady, niż że faktycznie zachwycił ludzi. Potem włączyłem recenzje i nikt tam nie wspomina o zmianach kolorystycznych, albo że wybrane fragmenty pojawiają się w odmiennych barwach, o „teoria/rzeczywistość”, a większość to najchętniej by wycięła wątek Lewisa Straussa, bo po co on w ogóle w filmie jest. Cały czas mówię, że świat się zatrzymał w 2007 roku – bo wtedy wszedłem w świat filmu, zostałem kinomanem i zaobserwowałem pierwszy raz cechy tego środowiska. Tylko ja ewoluowałem i już rok później rozumiałem takie rzeczy, że np. horror nie musi straszyć, aby być dobrym. Albo klasyk może mi się nie podobać. A adaptacja nie musi być wierna, żeby być udana. Banały, które nadal są niepojęte dla masy ludzi, będących mentalnie w tym 2007 roku. To jest wyczerpujące, słuchać/czytać przez kilka dni recenzji, gdzie autor myśli, że ma do czynienia z biografią, z filmem o bombie atomowej albo o życiu z konsekwencjami jej detonacji – tylko po to, by potem mówić, że jak na biografię albo film o bombie to ten film ma takie i takie wady. Ale po kolei…

RECENZJE

Na początek krótko podsumuję recenzje jako takie, żeby nie pisać tego samego przy wszystkich – owe publikacje składają się ze zdradzania treści filmu, lania wody wokół filmu (poprzednie filmy danego reżysera oraz jednozdaniowa opinia o nich, bez uzasadnienia itd.) oraz budowania akapitów z dwóch zdań, by następnie je powtarzać po sobie wieloktotnie przy użyciu synonimów i sprawić tym samym wrażenie, że powtórzenie jest dowodem na prawdziwość wystosowanej tezy. Autorzy uznali też za stosowne straszyć metrażem czy gatunkiem dramatu sądowego (którego przynależność zresztą jest mocno rozdmuchana), jakby to był 2007 rok i kinomani nie ruszyli się od tamtego momentu mentalnie nawet o krok. Do tego wspomnienie o Barbenheimerze, bez wytłumaczenia co to było, ale jak jest okazja do lania wody, to autorzy widać chętnie skorzystają. Co ciekawe, nawet napiszą to hasło błędnie parę razy („Barbieheimer”). Pozwolą sobie też na zbaczanie z tematu i opisywanie treści własnymi słowami tak, jakby to było zawarte w samym filmie, chociaż nie jest to prawdą – będą też komentować ogólny wymiar historyczny wydarzeń filmowych, opierając się na uproszczeniach oraz nikłej wiedzy własnej.
 
W skrócie: niewiele tych tekstów w ogóle powinno doczekiwać się publikacji, a jeszcze mniej pod tytułem „recenzja”. To nie są recenzje i nie powinno się ich czytać przed seansem filmu.
 
  • Przerabianie formuły o „Niszczycielu światu”, aby złośliwie oznajmić, że ten film ich nudził, w stylu: „Stałem się panem marudą. Niszczycielem dobrej zabawy, pogromcą uśmiechów dzieci”.
  • Ale fajnie, że Cillian Murphy dostał główną rolę, a do tej pory był na drugim lub trzecim planie poza setką tytułów, gdzie grał pierwszy lat i zbierał za to pochwały.
  • zaczynanie od stawiania siebie w pozycji arbitra, mówiąc: „Nolan zrobił coś dobrego czy może najgorsze gówno w historii, przekonajmy się, zapraszam do recenzji”

ROZMOWY O FILMIE

Postanowiłem dodać taki punkt po obejrzeniu dwóch filmów. W pierwszym na kanale Bez/Schematu pt „Oppenheimer: arcydzieło czy niewypał? | Dyskusja Spoilerowa”, gdzie zebrało się czterech ludzi mających w 95% tę samą opinię o „Oppenheimerze” i przez ponad dwie godziny powtarzali to, co mówili we własnych filmikach przez 20 minut. Wiedzieli, że mają tę samą opinię i mimo to z pełną świadomością zebrali się, żeby przez ponad dwie godziny zgadzać się ze sobą nawzajem. 
Druga „rozmowa” była w FilmWebowym MovieSię „Podsumowujemy rok 2023”, gdzie nie było żadnej rozmowy. Każdy tylko coś mówił o jakimś filmie, ale nie było nic głębszego, wchodzenia w szczegóły czy konfrontowania się z opinią innych, jedynie mówienie czegoś w stylu: „To nie moje kino”, zasłanianie się żartowaniem („to obiektywnie najlepszy film roku”) albo złośliwościami („i tym najlepszym filmem jest oczywiście X”).
Jedno, co tych wszystkich ludzi łączy, to zdolność do zadawania pytania i brak zdolności do poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Są w stanie zaobserwować, ile rzeczy w tym filmie nie ma, chociaż miały miejsce w rzeczywistości. Są w stanie zaobserwować, że teoretycznie kluczowe wydarzenia w ogóle nie są pokazane albo wspomniane. Są w stanie wykazać się wiedzą na temat tego okresu historycznego i zaobserwować, jak niewiele – lub w ogóle – tego też nie ma w filmie. Są w stanie zadać pytania: po co ten aktor, skoro ma tylko jedną scenę? Są w stanie zadać pytanie: po co jest ten wątek? I na tym ich możliwością się kończą. Zadanie pytania jest odpowiedzią, bo skoro pytają, to znaczy, że odpowiedź jest jednoznaczna i nie ma w nich nawet grama wątpliwości o własnej nieomylności oraz słuszności. Nie ma w nich poszukiwaczy czy filozofów. Nie ma też krytyków. Krytyk minimum, co powinien móc zrobić, to zaoferować inny sposób widzenia. Kinoman może jeszcze powiedzieć coś w stylu: „Nie lubię tego gatunku” albo „mam alergię na tego aktora” albo „Bollywood nie jest dla mnie” i to zamknie temat – ale nie krytyk! A tymczasem oni mówią dokładnie to samo i jedyne, co najwyraźniej w ich opinii czyni z nich krytyków, to dodawanie na końcu: „Ale to tylko moja opinia, każdy ma własną, najlepiej sami idźcie do kina i się przekonajcie”. Nie mogę o sobie napisać, bym tego nie rozumiał. Nawet 16 lat temu.
 
W ten sposób kończymy więc 2023 rok. Z kinomanami w 2007 roku, a krytykami w 2006 roku. *muzyka outro z Oppenheimera*