Oceniam odcinki seriali: Złotka, Rodzina Soprano, Fleabag i inne
Mam zamiar w tym roku zrobić na blogu listę najlepszych odcinków w historii - a tak naprawdę już w poprzednim, tylko nie zebrałem się za to. Pojedyncze odcinki to takie specyficzne medium, że należy mu się uwaga. I tak już w każdym roczniku zawieram listę najlepszych epizodów seriali, więc kwestię mam ułatwioną. Przed zrobieniem takiej listy jednak chcę najpierw poczynić pewne przygotowania - jednym z nich jest właśnie nadrobienie pozycji z dotychczasowych list najlepszych odcinków. O liście Variety czy RollingStones wiem od lat, ale czy są inne? I na ile są one wartościowe? Oto wyzwanie filmowe na ten roku. Cześć trzecia.
Planowałem oczywiście oglądać każdorazowo więcej odcinków – myślałem o 25 odcinkach na miesiąc. To jednak byłaby naprawdę obszerna publikacja i wymagałaby pośpiechu, żeby tyle nadrobić czy powtórzyć. A jeśli nadrobić – najczęściej tyczy się to seriali, których w ogóle jeszcze nie znam, jak Maude, Homicide, Roseanne, IC, West Wing i wiele innych. Nie widzę sensu w nadrabianiu tylko jednego odcinka z takich seriali, ani też np. całego sezonu wokół. Muszę je obejrzeć w dużo większym stopniu, więc to też ogranicza ilość odcinków, które „nadrobię” co miesiąc. Póki co stanęło na 10 odcinkach – większość już znana wcześniej i powtórzona: może dzisiaj myślę o nich inaczej? Część znana i powtórzona, żeby docenić je ponownie. Może nawet docenić bardziej? Zobaczymy. To była przyjemność wrócić do The Wire i innych, to była męka powtarzać i dawać drugą szansę innym, to był zaszczyt odkrywać Maude i Homicide.
Wszystko w kierunku własnej listy. Już teraz mogę o niej napisać: nie zależy mi, aby były na niej obecne odcinki, które są wysoko oceniane z powodów fabularnych. Dlatego, że są częścią większej historii. Inaczej widzę listę najlepszych odcinków i to jest moja okazja, aby napisać, co myślę o takich „Middle Ground” i czemu jest on zdyskwalifikowany. Inna odcinki widziałem i nic z nich nie pamiętam, więc potrzebuję takiej przestrzeni, aby o nich napisać.
Zapraszam. I jeśli macie własne propozycje takich odcinków – piszcie śmiało.
Legenda:
RS – pozycja na liście RollingStone
VF – RS – pozycja na liście VanityFair
TR – pozycja na liście TheRinger
MO – moja ocena
Fleabag “Episode #2.1” (2x1 duh)
RS #24 VF #25 MO: 7
Z serii: uwielbiam serial, więc wyróżnię coś na siłę. I ten odcinek niejako nadaje się do tego idealnie, ale to nadal jest wyróżnianie na siłę, prezentując coś ze środka historii. Ja oczywiście całe Fleabag poznałem lata temu – odbębniłem nawet własną część czekania, czy w ogóle drugi sezon powstanie – więc mogłem wrócić tylko do tego odcinka. I jest świetny, ale z tych samych powodów, dla których całość jest świetna: humor, udział montażu (szybkie przejścia na czyjąś reakcję), zaskakująca historia, relacje między bohaterami… Tutaj to jest w pigułce podane, wyraźnie i gęsto, kiedy siedzą przy stole i rozmawiają przez cały odcinek. Aż komuś pójdzie krew z miejsc intymnych.
Wprowadzono postać Przystojnego Księdza, granego przez Andrew Scotta. Pociągnięto wątki, jak wygląda życie po wyznaniu prawdy i stracie wsparcia siostry – przede wszystkim jednak dano widzom to, co pokochali: zadziorne poczucie humoru Phoebe Waller-Bridge. Nic dziwnego, że później chcieliśmy ją wszędzie – niestety okazało się, że na siłę i na producencką pałę nie da się tego odtworzyć, dodając ją bezmyślnie do innych produkcji i licząc, że się uda. https://garretreza.pl/fleabag/
PS. Szykując SS z tego odcinka, aby dać powyżej, odpaliłem Prime Video na komputerze, gdzie z jakiegoś powodu odcinek odpalił się z lektorką. Chryste Panie.
Iluminacja “Consider Helen” (1x9)
RS #94 MO 7/10
Niewiele pamiętam z tego serialu – chyba tylko tyle, że był dobrze zrobiony i opowiadał o osobie, która potrzebowała się angażować i serial eksplorował naiwność takiego „angażowania się”, marzenia o rewolucji bez wiedzy itd.
Ten odcinek jednak bierze się za temat z drugiej strony – i miał być jednym z pierwszych, które tego próbowały, dlatego znalazł się na liście Rolling Stones (chociaż… Wiele seriali z dużą obsadą robiło takie rzeczy od dekad… Poczynając na dowolnym Star Treku, poprzez Scrubs i kilkucześciowe „His Story” [inne postaci były wtedy narratorami] kończąc na Lost, które wręcz zmieniało wszystko w zależności od tego, kto był centralną postacią). Teraz zamiast śledzić losy owej osoby zaangażowanej społecznie, podążamy za jej matką. Oglądamy jej codzienność. Oglądamy jej interakcję z chłopakiem córki, z którym właśnie zerwała.
Całość jest naprawdę fenomenalnie zrealizowana, pokazując perspektywę i przeplatając przeszłość z teraźniejszością, ale przede wszystkim pokazuje bardzo naturalnie szerszy kontekst tego, kim Amy (protagonistka) jest. I zamiast tylko skupiać się na niej warto rozejrzeć się za tym, czy w jej życiu było coś innego, czy pozostało jej już tylko walka o lepsze jutro dla całego świata. Czy była kochana? Czy była miłość w jej życiu do tej pory? Już lata temu widziałem, że ten serial wyprzedził swoje czasy. I najwyraźniej nadal wybiega on w przyszłość. To cichy, ale wyraźny apel: dajmy ludziom, których kochamy, powód, aby zostali z nami w teraźniejszości. https://garretreza.pl/iluminacja/
Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta “What the Hell Did I Do?” (1x6)
TR #18 MO 5/10
Serial, którego nigdy nie byłem fanem. W trakcie oglądania, wiedząc jak najmniej, nie byłem nawet pewny, czy oglądam dokument. Była duża szansa, że oglądam coś dla jaj, ale tak – to była prawda. Chłop zabił i ten dokument przyparł go do ściany, aby się przyznał, co doprowadziło do aresztowania. Odcinek miał premierę w 2015 roku, a sam Robert Durst zmarł w 2022 roku, będąc w więzieniu. Później wypuścili drugi sezon.
To jednak nie ma związku z samym serialem. W znaczeniu tego, jak się go ogląda – bo ogląda się go nadal źle. Odcinek trwa nieco ponad pół godziny i połowa tego czasu wydaje się poświęcona patrzeniu na literki i słuchaniu: „Noooooo… Może to napisała ta sama osoba, może nie, a może, chociaż w sumie”. Jest różnica między oglądaniem dokumentu a oglądaniem niezmontowanego materiału rozwodnionego do granic możliwości. I dwa kilometry za tą granicą jest The Jinx.
Kluczowy moment wyszedł lata później, jak przesłuchiwali nagrany materiał i odkryli, co sam Robert Durst powiedział do siebie nie pamiętając, że ma na sobie mikrofon. Jak miałem nie myśleć, że to nie może być na poważnie? To musi być jakiś American Vandal czy coś w tym stylu. Dwie minuty odwzorowania Wavelength i słuchania mamrotania, po którym po prostu następuje koniec całego serialu. Serialu, który nie istnieje bez tych dwóch minut. Zero dramaturgii, narracji, czegokolwiek. Po prostu czekanie dziewięć lat na kolejny sezon.
The Last of Us “Long Long Time” (1x3)
RS #50 TR #62 MO 6/10
Jeśli dobrze pamiętam, był to odcinek niejako „dodany” w procesie adaptacji gry na serial – i pierwszy, o którym słyszałem w tym, czym dziś jest to coś, co się przyjęło nazywać popkulturą. Chodzi o to, że dodali homoseksualistów. Nawet nie wiem, czy faktycznie ich dodano.
Faktem jest, że to odcinek niejako retrospektywny – na drodze Joela i Ellie trafiają oni na chatę pewnego znajomego, ale jego tam nie ma, a my jako widzowie poznajemy jego losy od czasu wybuchu pandemii. Zombie. Jest to odskocznia od „głównej” linii fabularnej, ale jest ona nadal ze wszystkim powiązana, więc to nadal istotny, niepomijalny odcinek. I dzięki temu wysoce charakterystyczny – dziś jest w zasadzie jedynym, który pamiętam z serialu.
Najlepszy nie jest – wymaga dużo od widza, jak choćby ideę tego, że chłop minuty po odjechaniu wojska zabierającego wszystkich żywych buduje sobie własne miasteczko. W pojedynkę. Stawia ogrodzenie, pułapki na nieżywych (które pewnie zabiły więcej żywych) i jest sobie samowystarczalny. I nikt tego nie zauważa. Do czasu, aż trafi się jeden chłop. O 15 się zobaczą, o 15:36 będą już w łóżku, chociaż gigantycznym sukcesem było, że nie został zabity. A potem pozwolono mu iść. A potem poczęstowano kolacją. A potem winem. Ech. A potem ten obcy chłop zaczyna się rządzić, że on chce kosić trawniki i generalnie utrudniać udawanie, że to jest niezamieszkała okolica, do której nie warto zaglądać. A potem oboje umierają i to jest smutne, bo Nick Offerman robi co może, aby widownia płakała. A faktem jest, że jednak chcemy płakać, oglądając jego historię. Nawet pomijamy słabość samej historii. Albo słabość dialogów. „Obiektywnie patrząc… Jest to romantyczne”, Chryste Panie… Cały monolog wcześniej wykładający kawę na ławę z umieraniem też jest dnem, krótko pisząc. Tak jak treść listu zostawiona na stole, pełna banałów.
Pedro Pascal i Bella Ramsey to nadal skarb. Dobrze było ich znowu zobaczyć. Całkiem niezły odcinek do powtórki bez potrzeby oglądania całego sezonu. Rozumiem uczucie do samego odcinka, ale sam nie będę go wyróżniać na swojej liście.
Sukcesja “Connor’s Wedding” (4x3)
RS #14 TR #8 MO: 5/10
Słyszałem o tym odcinku wcześniej, ale że nie jestem fanem Sukcesji po przemęczeniu się przez dwa sezony dałem sobie spokój i nie ciągnąłem tego na siłę. Jak z takiej perspektywy mogę ocenić odcinek z czwartej serii? Mogę spróbować.
Co jest w sumie możliwe, ponieważ to odcinek, gdzie bohaterowie dowiadują się o śmierci jednej z postaci. I w jakiś sposób rozwodniono to do 20 minut. A potem dodano wody i zrobiono 30 minut. I tak dalej, aż osiągnięto godzinę czasu trwania. W każdym normalnym serialu to wszystko trwałoby parę minut i byłoby lepiej skonstruowane. Zamiast tego dostajemy masę powtórzeń, zabawę w głuchy telefon, zagubienie, bełkot (dosłowny) oraz przypomnienie obowiązkowe, że bohaterowie są okropnymi ludźmi, bo zaraz po śmierci zaczynają kombinować. To jest nudne na tyle sposobów, że chyba już żaden nie został. Każde uzasadnienie takiego lenistwa w scenariuszu i narracji brzmi dla mnie jak wymówka: że to niby jest realistyczne, że przecież nie wiadomo, co powiedzieć, że to takie prawdziwe, gdy takie rzeczy nagle mają miejsce… Wymówki. W normalnej narracji to wszystko jest w domyśle oczywiste, ale tutaj muszą każdą sylabę wyłożyć jak krowie na rowie, podświetlić ją i powtórzyć trzynaście razy.
Naprawdę bym wolał, gdyby ten odcinek był jeszcze bardziej tani i minimalistyczny – niech kamera przez cały czas będzie przy przyszłym denacie i zatrzyma się nad jego ciałem w statycznym kadrze, gdy wokół zaczyna się RKO, ludzie są na telefonie, telewizor włączony w tle bierze w tym wszystkim udział… Takie coś osiągnęłoby to, co chciał ten odcinek zdobyć, tylko wymagałoby chociaż trochę kreatywności oraz jakieś choreografii. Zamiast tego oglądamy aktorów gadających na zmianę w pokojach.
Dopiero ostatnie minuty są… jakieś. „You’re fucked; – No, you’re fucked; – No, you are fucked”. Nawet czuję, że oglądam postaci, a nie grupę aktorów grających tę samą postać na zmianę.
Rodzina Soprano “College” (1x5)
RS #4 MO: 8/10
Kurde, pierwszy sezon Sopranos to było coś. Tutaj Tony zabiera córkę Meadow na wycieczkę, aby wybrała, do jakiej uczelni chce się dostać – co pozwala im się zbliżyć jako ojcu i córce – jednocześnie trafiając na starego znajomego; a w domu chora żona jest kuszona przez księdza. Do tego kilka innych drobnych rzeczy ma miejsce, jak telefon od kochanki. Odcinek wypchany po brzegi.
Wracając po latach do powtórki tego jednego odcinka byłem w szoku, gdy zaczął się od pytania: „tato, jesteś w mafii?”. To naprawdę potrafi wciąż uderzyć widza, adresując cały potencjał serialu: nie zaczynamy od początku, nie oglądamy „drogi na szczyt” czy coś. Oglądamy człowieka, który jest w mafii od dekad, wychował dzieci i trzyma swoje brudy przed nimi w sekrecie, a teraz na naszych oczach staje przed wyborem: być szczerym czy nie. To nie jest kwestia moralna o byciu gangsterem i przestępcą, uzasadnienie jego działań, ale jedynie pytanie: jakim jest ojcem? Kłamie własnej córce w oczy i zapewnia ją, że mówi prawdę, przy czym ona prawdopodobnie i tak się domyśla prawdy. Zobaczymy, jak sama obecność córki uratuje życie Tony’emu. Zobaczymy, jak balansuje wszystkie aspekty swoje życia, a i tak koniec końców dostaje po dupie – właśnie za kłamstwo, za ukrywanie prawdy, za ciężar, jaki świadomie zgodził się nosić. Kochanka i zdradzanie żony – czy te rzeczy jeszcze są popularne w serialach? https://garretreza.pl/soprano/
Columbo, “Etude in Black” (2x1)
RS #52 MO: 6
Odcinek jak odcinek – może i w tym szaleństwie jest metoda, bo nie pamiętałem rozwiązania, więc znowu się wciągnąłem, ale z drugiej strony: nie zapada w pamięci. Pamiętałem tylko, że będzie ważne nagranie z koncertu.
Odcinek jest wyróżniany, ponieważ Peter Falk i John Cassavetes mieli mieć wyjątkową chemię między sobą, ale pokazali to przecież nie raz. Mężowie są tego chyba moim ulubionym przykładem, ale nawet tamtego filmu nie mam zamiaru za coś takiego wyróżniać bardziej. W przypadku Columbo wolałbym relację, jaką Falk miał z Patrickiem McGoohanem, Leslie Nielsenem, a Donald Pleasence to już w ogóle mój faworyt.
Sam odcinek jak odcinek. Typowy Columbo. Długi, specyficzny, inteligentny.
Biuro “The Dundies” (2x1)
RS #40 MO: 8
Michael zbiera ekipę, aby w barze rozdać coroczne nagrody wśród swoich pracowników. I tylko on widzi w tym coś istotnego – reszta jest, bo do tej pory jedzenie było darmowe. Żarty Michaela są do dupy, bawi się sam ze sobą… I gdy wszystko wydaje się zmierzać ku upadkowi, wtedy wszystko się odmienia.
Nieironicznie: to naprawdę dobry odcinek The Office, aby go wyróżnić w takim miejscu. Może i bardziej się śmiałem na „Stress Relief”, jestem też zwolennikiem finału, wesele i świąteczne odcinki to wiadomo – ale „The Dundies” zrozumiały serce całej produkcji i idealnie to przedstawiły. To w końcu serial o docenieniu tego, co się ma. I z kim się ten czas w pracy spędza. Michael nie zmienia się, skrętu dupy idzie dostać wielokrotnie podczas tego odcinka, ale zmienia się nastawienie ludzi wokół niego. To wszystko: nastawienie. Oraz alkohol. Może to jest jakieś rozwiązanie. Niech będzie, że tylko Pam piła, a reszta po prostu zmieniła nastawienie. Ponoć każda dobra historia zaczyna się od alkoholu.
Plus: Pam i Jim nie są tutaj razem. Tylko patrzą na siebie. Chuj mnie strzeli, żeby przez to przechodzić kolejny raz. https://garretreza.pl/biuro-us/
Złotka “Mrs. George Devereaux” (6x9)
RS #90 MO: 8
Serial o czwórce przyjaciółek w podeszłym wieku – czy raczej trzech i mamie jednej z nich – które się wspierają cały czas. Jedna jest głupia, druga ma ego, trzecia jest córką czwartej. I chociaż jest to bardziej sit-com niż serial komediowy w stylu Normana Leara, to wciąż są podejmowane trudne tematy – jak bohaterka czująca się źle pomimo wszystkich wyników i badań wychodzących pozytywnie, co okazuje się potężnym wyrzutem sumienia u lekarzy, którzy ignorują pacjentkę. Albo wsparcie koleżanki, która chce popełnić samobójstwo. Z takiego towarzystwa wybrany jest odcinek powyższy, gdzie okazuje się, że zmarły od lat mąż jednej z bohaterek jedynie upozorował swoją śmierć. I teraz wraca. I chce, żeby znowu byli razem.
Nawet nie jest adresowany fakt, że kilka odcinków wcześniej ta bohaterka dowiedziała się, że mąż miał dziecko z inną kobietą i trzymał to w sekrecie dekadę po własnej śmierci. Jaka zła na niego była, czemu nie ma o tym słowa? Czemu tak serialowe bzdury są tak cenione?… Odpowiedź przynosi finał. To są te rzeczy, których człowiek zupełnie się nie spodziewa – i ten element szoku jest tutaj potrzebny. Bohaterka wtedy też wiele rzeczy zapomniała.
Czy żarty mają sens w takiej sytuacji fabularnej? Nie do końca, ale pasują, gdy się je słyszy pierwszy raz. Dużo się człowiek tutaj śmieje, ale pamięta niemal wyłącznie ten dołek, w który wpada na samym końcu. Żal i przygnębienie. Szkoda, no. Nawet jeśli nie lubię tej postaci, to poczułem to, co ona. I wiele innych osób, które żyją dalej, gdy ich druga połowa odeszła na zawsze.
Życie na fali "Pilot" (1x1)
TR #12 MO: 7
Naprawdę dobry pilot, który natychmiast przenosi do tamtych czasów, jednocześnie je definiując i tworząc. Przynajmniej takie wrażenie się odnosi, gdy widzi się opowieść o człowieku, który zostaje wygnany z domu i znajduje schronienie w posiadłości bogatych. I pływa łódką. I uczęszcza na imprezy bananowych dzieci. Wychodzi na fajkę i poznaje Mischę Barton. Pyta ona: „Kim jesteś?”, a bohater odpowiada: „Kimkolwiek tylko chcesz, bym był”, z każdej strony budując archetyp nastolatka, któremu nie zależy na laskach i popularności, a z papierosem w ryju wygląda tak fajnie, że wszystkie reklamy wyrobów nikotynowych mogą się schować. Ale Mischa Barton ma chłopaka, który się nie zainteresuje, gdy będzie zbyt pijana, aby o własnych nogach zajść do łóżka, więc bohater w całkowitej anonimowości podejmie wyzwanie i ją zaniesie do łóżka, samemu śpiąc na kanapie. Do muzyki Mazzy Star.
Naprawdę dobry pilot. Cała konstrukcja relacji protagonisty z różnymi postaciami – kto ile wie, kto zna prawdę? – zapowiada interesującą dynamikę. Punkt wyjścia też jest interesujący – chłop po wyjściu z więzienia, bez rodziny, co dalej? Tak, chcę to oglądać dalej.
Czy jest to jakiś wzór pilota? Albo najlepszy pilot w historii? A gdzie tam, inne seriale robiły te rzeczy lepiej. W samym O.C. pilot nie przedstawia wystarczająco dobrze postaci Setha, który dopiero w następnym odcinku pokazuje bycie dupkiem z poczuciem „uzasadnionej” wyższości siebie. Wątpię, aby ta sama postać w pilocie mogła powiedzieć: „I listen to the same music as Marissa Cooper? I think I have to kill myself.”.
Niemniej: dobra rozrywka.
Najnowsze komentarze