Robert Siodmak
Niemiecki reżyser. W 1925 roku zaczął pracować jako montażysta i scenarzysta w filmie, wcześniej był bankierem i reżyserem teatralnym. Zdążył pracować z Pressburgerem, Wilderem, Ulmerem i Zinnemannem. W 1933 roku uciekł do Paryża wciskając kit, że jest amerykańskiego pochodzenia. Tworzył tam, aż Francja też dołączyła do Hitlera, więc w 1939 przybył do USA. Chałturzył do 1943 roku, kiedy dostał kontrakt z Universalem. Zrobił tyle noir, że mu wyszło nosem. W 1955 roku wrócił do Niemiec i dostał Złotego Niedźwiedzia. Ostatni film zrobił z Orsonem Wellesem. Umarł w Locarno siedem tygodni po śmierci swojej żony, na atak serca.
„I developed a technique to get my own way about scripts. You see, if you refuse scripts too often or argue, straight away you get the reputation of being difficult; so, instead, when I was offered a script which I thought had a basically good idea, however mishandled, I would say, “Yes, fine, of course I’ll do it,” and then sit back while preparations went ahead. Then about a week before shooting was due to begin I’d go to the producer and say, “Look, this is a wonderful script, but there is just one little point…” and suggest a small but vital alteration. This would always be accepted, if only to keep the peace, and then of course other things would have to be altered to fit in with it, and gradually the thing would start coming to pieces at the seams. By the time we started shooting everything would be so confused that I began with no set script at all, and could do as I liked, which was the way I wanted it…” – Robert Siodmak
Obecnie Robert Siodmak nie znajduje się jeszcze w moim rankingu reżyserów (za mało widziałem)
Top
1. Kręte schody
2. Zabójcy
3. Karmazynowy pirat
4. Ludzie w niedzielę
Ważne daty
1900 – urodziny (Dresden, Niemcy)
1902 – urodziny brata Curta, reżysera; umrze w 2000 roku
1930 – debiut pełnometrażowy (również jego brata Curta)
1933 – przenosiny do Francji; urodziny żony, umrze w 1973 roku
1939 – przenosiny do USA
1966 – ostatni reżyserowany film brata Curta
1967 – ostatni samodzielnie reżyserowany film
1973 – śmierć (Locarno, Szwajcaria – atak serca)
Kręte schody ("The Spiral Staircase", 1946)
Kaleka – której defektu nie widzimy, jedynie jej górna część ciała daje znać o utykaniu – zostaje zamordowana. Policja wie tylko jedno: mordercą jest ta sama osoba, która zabiła wcześniej inną kalekę. Teraz wszystkie oczy są skierowane na Helen – film nie mówi wprost, czym jest jej kalectwo. Pozwala nam zobaczyć kilka scen pod rząd, gdzie jej milczenie wydaje się sztuczne – czemu tylko faceci mówią? Aż w końcu zaświtała mi w głowie odpowiedź. Razem z Helen udajemy się do posesji, gdzie opiekuje się starszą kobietą. Morderca podąża jej śladem…
Kino to niebywale intensywne – wyraźnie jest to adaptacja rozległego kryminału (ta autorka stworzyła też literacki pierwowzór „Starsza pani znika”, zmarłej w 1944 roku), która następnie została skondensowana do 80 minut. I priorytetem była tutaj dynamiczność – każda scena zawiera kilka informacji, każda scena buduje coś w przyszłości (jeśli tak jak ja będzie was zastanawiać ta furtka stojąca pośrodku podwórka przed domem, to film do tego później wróci), każda scena przechodzi od razu do rzeczy i każdy motyw czy wątek miał zaplanowany ciąg dalszy. I równie wyraźnie książka musi oddawać tej historii o wiele większą sprawiedliwość, ponieważ film ledwo większość tego wszystkiego poliże, prowadząc do finału, gdzie odkrycie mordercy nie jest zaskoczeniem (WIDZIELIŚMY w końcu jego oko), jego motywacje wzięły się znikąd, do tego jeszcze matka zaczęła chodzić. Niemniej: droga do tego wszystkiego była ekscytująca, oczu nie można było oderwać. Nie tylko ze względu na zwarty scenariusz, ale przede wszystkim reżyserię – trudno wyjść z podziwu, jakie życie tchnięto w każde ujęcie z osobna, jak za każdym razem budowano napięcie bez pudła, jak gra światłem i cieniem podkreślała dłonie ofiary! To trzeba zobaczyć!
Ogólnie jest to kino wizualnie pochłaniające. Świat filmu to stare posiadłości i stare czasy noszenia zapalonej świeczki jako źródła światła, jednego lekarza na całą wioskę, w mieście lecą filmy wymagające akompaniamentu pianina i operatora kręcącego korbą, droga z miasta do domu jest niepokojąca, dom jest schronieniem przed deszczem i zimnem, rozmiary rezydencji pozwalająca na obecność intruza, którego nikt nawet nie zauważa, do tego lustra i portrety, a pomieszczeniom zwykle będzie brakować prywatności. Dostajemy tutaj wszystko, czego nasze serce zakochane w noir i klasycznych horrorach potrzebuje. Reżyser „jedynie” unosi to cztery poziomy wyżej.
Konsekwencja napiętego scenariusza jest jeszcze jedna: splot wydarzeń dla wielu oglądających będzie absurdalny, a przynajmniej ciężki do uwierzenia. Wszystko się dzieje w ciągu jednego dnia, przynajmniej tak się wydaje – ale nawet jeśli tak nie jest, to i tak w ciągu tych 80 minut będziemy mieć seryjnego mordercę, wieloletnią waśń między braćmi osiągającą moment krytyczny, rywalizację lekarzy, jeden z nich nawet wymyśli uratowania bohaterki przed byciem niemową, tło wydarzeń prowadzące do bycia niemową, uczucie lekarza do niemowy… Do tego jeszcze momenty mające zmylić uwagę widza istniejące tylko po to: a to ktoś poszedł bez sensu na spacer i wraca mokry, więc zakładamy, że to ta postać musi być mordercą.
Aż dodałem książkę na listę życzeń, może kiedyś ktoś mi kupi pod choinkę. Zaskakujące to kino, które mnie pochłonęło. Nie jest idealne, a i tak robi ogromne wrażenie. Ten opening ze starymi filmami! Wychodzi na to, że Robert Siodmak tylko w ’46 roku zrobił trzy filmy warte uwagi. Trzeci przede mną, trzymajcie kciuki…
Zabójcy ("The Killers", 1946)
Najpierw było opowiadanie Hemingwaya liczące 11 stron, wysłane po części dla zabawy. Zarobił w ten sposób 200$, pokrywając w zasadzie słynną scenę otwierającą przyszły film Siodmaka: w barze pojawiają się goście, zamawiają i po chwili biorą wszystkich na zakładników, ponieważ planują zabić kogoś. Inna postać biegnie ją uprzedzić, ale ta zrezygnowana nie zamierza walczyć. Siodmak pokazuje jego śmierć i postanawia zgłębić temat – Hemingway zamiast tego opisuje, jak jego alter ego postanawia opuścić miasteczko, gdzie ma miejsce cała ta akcja. I tu następuje koniec. Potem za kolejne adaptacje wezmą się Andrei Tarkovsky, Don Siegel czy Mamoru Oshii.
Film idzie dalej poprzez śledzenie pracownika firmy ubezpieczeniowej, który z własnej inicjatywy postanawia zgłębić temat: czemu ten człowiek był zrezygnowany? Czemu nie walczył? Czemu chcieli go zabić? Wiemy tylko, kto go zabił: ktoś. Ktoś, kto rozpłynął się w powietrzu. To akurat nie jest istotne. To, co u Hemingwaya jest opowieścią o życiu w świecie wypełnionym przemocą i zbrodnią, tutaj staje się podstawą filmu noir z uśmiechniętym nawet-nie-detektywem. Struktura każdemu będzie przywoływać na myśl „Obywatela Kane’a” poprzez serię retrospekcji różnych osób. Każda zna inny fragment, tylko każdy jest też podejrzany o przekręcanie. Wśród nich jest w końcu ktoś, kto jest zamieszany w morderstwo – a kolejne warstwy ładnie prowadzą i ciekawią widza, odsłaniając tragiczną historię człowieka, który był bokserem i dokonał niewłaściwych wyborów.
Otwierająca scena jest słynna, ale trudno powiedzieć, która jest słynniejsza – ta czy napadu, nakręconego na jednym ujęciu. To są największe fajerwerki wizualne tej produkcji, trzymające w napięciu, reszta jest po prostu wzorowym noir. Tak samo jak intryga, fabuła, bohaterowie – spójne, logiczne, dające odpowiedzi. Nie wiem tylko, na ile daje satysfakcję – wiele ostatnich minut filmu tylko go kończy. Zagadka zostaje rozwiązana, bohater dostaje uścisk ręki i gratulacje… I tyle. Widz dostaje wszystko, czego oczekiwał i nadal mu mało.
„Don’t ask a dying man to lie his soul into Hell.”
Powiązane
1946 Crime Film noir Gothic Gothic Horror Home Invasion Mystery Reżyser Thriller Whodunit
Najnowsze komentarze