San Sebastian 2026

San Sebastian 2026

12/09/2026 Blog 0
san sebastian film festival 2026

Relacja oraz wrażenia z 45 filmów, które zobaczę na festiwalu San Sebastian w 2026 roku.

Dzień 0 Jak w ogóle wymyśliłem sobie San Sebastian?

Zaczęło się od Scope50. Nie będę wyjaśniać, co to takiego, ale brałem w tym udział. Wygrała Magic Girl i zanim weszło to na ekrany polskich kin zapytali uczestników, czy ktoś chce plakat. Za darmo, to wziąłem. Potem jeszcze musiałem antyramę kupić za 70 PLN, co było kilkoma dniówkami wtedy dla mnie. Ale trudno. Sam plakat nic specjalnego, ale jest tam wymienione właśnie San Sebastian. Wygrało nawet. Wiecie, co jeszcze wygrało? Mirage,Duchroju,Badlands, Niedokończony utwór na pianolę, Skrzydła motyla, Szczęście, Ewa chce spać – ten ostatni nawet umożliwił karierę reżyserowi, Tadeuszowi Chmielewskiemu. Przełożeni chcieli ten film udupić i pan Tadeusz byłby skończony, ale film nie do końca legalnie opuścił kraj, wygrał i tak to się potoczyło. Ludzie, co chcieli udupić film, teraz otrzymali nagrodę. W końcu pracowali przy filmie, który wygrał za granicą.

Wiele z tych filmów dostało nagrodę tylko tam. A ile brało udział w konkursie! Tak właśnie zacząłem się przyglądać temu festiwalowi i wymyśliłem sobie, że kiedyś tam się udam. Więc oto jestem.

TOP 10

1. WILD HORSE 9
2. MUGALIM
3. MIS MUERTOS TRISTES / MY SAD DEAD
4. THE LONELIEST MAN IN TOWN
5. CLUB KID
6. JOSEPHINE

7. JUST AN ILLUSION
8. THE DEBUT
9. MINOTAUR
10. EL TREN FLUVIAL / THE RIVER TRAIN

Relacja #1 Jak się dostać do San Sebastian? Na przykład samolotem – wylatują z Krakowa, Warszawy, Gdańska i chyba jeszcze gdzieś. Nie ma lotów bezpośrednich – to zawsze będzie przesiadka w Madrycie lub Barcelonie, a stamtąd drugi samolot do San Sebastian. Możecie jeszcze mieć jedną przesiadkę wcześniej, np. we Frankfurcie. W lotnisku w Madrycie trzeba wyjść na zewnątrz, pojechać darmowym autobusem do Terminalu 4, tam się odprawić i złapać następny samolot. Z Warszawy do Madrytu leciałem trzy godziny i kilka minut. Według rozkładu miało być 3h55min, ale wylecieliśmy mając pół godziny opóźnienia i przybyliśmy nadal wcześniej, niż mieliśmy. Do San Sebastian leciałem godzinę. Teraz tylko bierzecie taksówkę/bus miejski jadący pół godziny do samego San Sebastian i jesteście na miejscu. To jest wersja bez przygód.

W moim przypadku przygód było jednak trochę – wybrałem samolot z Warszawy do San Sebastian z przesiadką w Madrycie, ale kupiłem dwa oddzielne bilety. Musiałem więc zabrać bagaż, a ten nie chciał wyjść. Nie było ogłoszenia, gdzie można go odebrać – dopiero ktoś przyszedł i powiedział nam, że nasz bagaż kręci się na taśmie tam, o. Idziemy i żadnego bagażu nie ma – zaglądamy przez te pasy i widzimy walizki, które zablokowały się na taśmie na zewnątrz. I oczywiście kto wchodzi do środka? Ja. Zdążyłem wyciągnąć dwie obce walizki, zanim mnie prawie bramka zgniotła. Zdążyliśmy zauważyć, że reszta bagażu tam nie stoi, tylko wypadła z taśmy i leży na betonie lotniska. Idziemy do obsługi, mówimy o sytuacji, a oni „Uno momento” i pozostało czekać. Między Madrytem i wylotem do SS miałem dwie godziny. Właśnie minęła pierwsza. Teraz tylko znaleźć ten autobus jadący na około do Terminalu 4, gdzie jest wylot do SS.

Przechodzę przez kontrolę. Nie znajdują moich kosmetyków – bo już na tym etapie nie ma jak zdać bagażu, wszystko idzie ze mną w ręku – więc nie muszę tym razem wyrzucać prawie pełnego szamponu za 80 PLN. Była 16:05, samolot odlatuje o 16:25, a ja nie zwróciłem uwagi, że zamyka się o 16:10. Więc poszedłem zjeść burger kinga na szybkości, bo od 9 rano nic nie jadłem. Miałem mieć w końcu 2h w Madrycie na wszystko. Samolot odleciał beze mnie.

Co teraz? Idę do lady linii samolotowej i czekam na swoją kolej. Płacę karę w wysokości 80€ i będę lecieć następnym samolotem. O godzinie 8 rano. Przede mną 16 godzin siedzenia dupą na lotnisku. Zjebałem sprawę. Przegapię hostel. Przegapię pierwszy film. I wtedy mi mówi chłop: a nie, jest jeszcze miejsce w locie o 19:35. Radość! I wtedy mi chłop mówi: a nie, jednak nie. Jest lista rezerwowa i pan byłby 10 w kolejce liczących na zwolnienie się miejsca w pełnym samolocie. Panie, dawaj mi to. Teraz tylko dwie godziny srania w spodnie ze strachu, że jednak nie będę miał szczęścia – ale w sumie pogodziłem się z tym. Hostel mi nie przepadnie, pierwszy film anuluję i nie będę miał kary. Internet mam, jedzenie mam, poduszkę mam – mogę siedzieć na lotnisku do 7 rano, trudno.

Ale tym samolotem wyleciałem o 19:35. Było jeszcze miejsce poza mną. Nie dali nawet kawy. W samym SS miałem czekać do 21:45 na bus miejski, więc skumałem się z dziennikarzem i na spółę wzięliśmy taksówkę. Po czym on wziął kurs na fakturę i nic nie płaciłem. Ostatecznie jedno, co się stało, to że nie odebrałem jeszcze akredytacji – będę musiał to zrobić jutro, jeszcze przed pierwszym filmem. Żaden problem.

I tak naprawdę miałem szczęście. Nie musiałem wyrzucać kosmetyków, czekając na zastępczy samolot poznałem fajną dziewczynę, która ma chłopaka i nic mi nie postawiła, oraz poznałem tego dziennikarza, który postawił mi. Taksówkę. A zaraz po mnie do San Sebastian przyjechał Bill Skarsgard.

Relacja #2 Jak się zapisać na San Sebastian – w moim przypadku na początku jest pisanie listu motywacyjnego, ponieważ starałem się o akredytację prasową. Płacę 50€ i czekałem blisko półtora miesiąca na odpowiedź – gdzieś pod koniec sierpnia napisali, że przyjęli podanie. Kiedy ogłaszamy całość programu? Przedostatni poniedziałek przed festiwalem – w tym roku był to 7 września. 11 września o 9 rano ruszała rezerwacja biletów. Da się oglądać pięć filmów dziennie (raz nawet sześć), ale chociaż zaczynają się nawet o 8:00 (8:30, 9:00), to ostatni seans nadal przypada na okolice 22:00. Brakuje mi Wenecji, gdzie po piątym filmie nadal kończyłem dzień o 21:00 – albo wybierałem szósty film i nocleg na plaży.

Rezerwując wybiera się od razu numerowane miejsce na sali kinowej. Niektóre sale mają podziały na strefy: balkony itd. więc to też się od razu decyduje. Dwa dni zajęło mi ogarnięcie, że ekran na podglądzie wyboru miejsca jest na dole, więc pierwsze dwa dni mam zarezerwowane do oglądania ze szczytu. Albo tam, gdzie było jeszcze wolne. Kara za niezrealizowanie rejestracji jest taka, że zastrzegają sobie prawo do kasacji pozostałych moim rezerwacji. Konkretnie.

Następnie odbierasz akredytację na miejscu i tylko pokazujesz przy wejściu na film. Obsługa upewnia się, że wiesz, jak dostać się na swoje miejsce – jeśli nie pamiętasz, to pokażą ci drogę. Jeśli pamiętasz, bo sprawdziłeś w mailu, to idziesz sam.

Istnieją też regularne karnety, ale nie wiem, jak to ogarnąć. Oraz pojedyncze bilety.

Relacja #3 Tłumaczenie

Podoba mi się energia Hiszpanii. Lubię przy śniadaniu siedzieć przy barze i obserwować, jak ludzie wchodzą, wszyscy dużo gadają, piją kawę, jedzą kanapkę… To nie jest tak, że krzyczą albo mówią za dużo, raczej są cały czas pełni życia. Chłop podchodzi do stolika z zamówieniem i pyta po prostu, kto co zamawiał, bo on nie pamięta. Efekt jest sympatyczny. Dogadacie się po angielsku, ale nie są w tym zbyt dobrzy. Nadal „dogadujecie się” zamiast „komunikować”. Od połowy drugiego dnia zastanawiam się, na czym polega międzynarodowość w nazwie festiwalu. Chyba tylko na tym, że uczestniczą w konkursie filmy z zagranicy. Mają tutaj premiery światowe itd.

A jednak, gdy uczestniczę w Q&A z reżyserem z Tajwanu, chociaż było to zapowiedziane również po angielsku (w sensie, że się wydarzy), to samo spotkanie przebiega jedynie po Hiszpańsku. Bez pytań, czy potrzebuje może ktoś tłumaczenia na angielski. A w Polsce? Człowieku! W Polsce jak w lesie, panie. We Wrocławiu pytają, czy ktoś potrzebuje tłumaczenia na język polski. I jak ktoś potrzebuje, ale są to pojedyncze osoby, to tłumacz siada koło nich i im tłumaczy prywatnie, bez angażowania całej sali.

Byłem otoczony widownią z każdej strony, poza tym wychodzić w trakcie Q&A nadal jest mi głupio, więc siedziałem i zastanawiałem się: czy ja słyszę inne języki w tym San Sebastian? Słyszę, nawet polski język usłyszałem tu i tam, ale jednak 99,2% to język hiszpański (lub baskijski – zabijcie mnie, ale nie odróżniam jeszcze).

Kolejne Q&A, już zapowiedziane w języku angielskim… Ponieważ jeden z aktorów wymagał tłumaczenia z hiszpańskiego i obok niego była tłumaczka, ale w sumie, co im szkodzi – zapytali, czy ktoś potrzebuje tłumaczenia. Uniosłem rękę. Ktoś zadaje pytanie. Reżyser odpowiada. Tłumacz tłumaczy. Reżyser coś dopowiedziała. Kolejne pytanie. Kolejna odpowiedź. Kolejne tłumaczenie… Bez dotłumaczenia tego, co było dopowiedziane. Ostatnie pytanie, ostatnia odpowiedź, kończymy bez tłumaczenia. Aktor cały czas otrzymywał tłumaczenie na ucho. Gdy piszę te słowa, kolejne dwa razy nie było tłumaczenia. A podczas prelekcji przed filmami Giovanniego kobieta chyba nawet nie tłumaczyła tego, co prelegent mówił – on to robił z głowy, a ona zaznaczała na kartce z tekstem jakieś momenty i je tłumaczyła na baskijski oraz angielski.

Nie mam problemu z tym, że dogaduję się swoim łamanym angielskim z ich niewiele mniej łamanym angielskim. Nie przeszkadza mi, że gdy znajduję nowego znajomego to gadamy po angielsku, ale gdy do niego dołączy się grupa przyjaciół, to przechodzą na hiszpański i jestem wtedy całkowicie wyłączony. Jestem w końcu gościem, nie oczekuję, że będą dla mnie gadać po angielsku. Nie przeszkadza mi też brak angielskiego menu w dominującej większości knajp, że tłumaczę sobie na własną rękę kolejne potrawy – i korzystam ze sztucznej inteligencji, ponieważ większość nazw nie ma tłumaczenia i odnosi się do bycia robionym w danym regionie lub daną metodą. Wiecie: specjalna wołowina, specjalne pieczywo. Niby prosta kanapka z tuńczykiem czy łososiem, ale nie przetłumaczysz tego tak po prostu.

Ale jednak trzeba wyciągnąć wnioski: festiwal w San Sebastian to festiwal lokalny z międzynarodowym repertuarem, który pewnie poradziłby sobie bardzo dobrze bez napisów angielskich (tylko hiszpańskie), gdzie ludzie z zagranicy najbardziej komfortowo będą się czuć w Burger Kingu. A nie, tam też nie – burdel jest tam nieziemski. Klient skończył jeść, zostawił tacę na stoliku i ja to po nim posprzątałem. A raczej odniosłem w stronę śmietnika zawalonego z każdej strony i pewne nie ogarnianego od rana. A w Polsce? Paaanie. W Polsce cały czas jakaś niepełnosprawna osoba lata i przeciera, zbiera, utrzymuje porządek.

MINOTAUR (2026)

18 września 09:00

Nie jest łatwo pokazać nieobecność czegoś. Dwoje ludzi kładących się do łóżka może oznaczać różne rzeczy, nie tylko wygasły ogień w małżeństwie albo coś innego – dlatego trzeba pokazać ich życie codzienne. Ale tak, aby dać widzowi klucz do kolejnych scen, których jeszcze nie widział. Ale tak, żeby nie wiedział, że dostaje do ręki klucz. Ale tak, żeby efekt końcowy nie był wyrokiem moralnym widowni wobec fikcyjnych postaci. Ale tak, żeby widz nie zasnął z nudów. To byłoby miłe.

Reżyser umie pokazać wolne kino bez poświęcania mu dużej ilości miejsca. Realizacja pozostaje prosta, aby czytelność pomogła wyrazić znaczenie sceny. Muzyka pozwala wybrzmieć przede wszystkim ciszy, aby realizm opowieści nie został zatracony – a jest to jak najbardziej realistyczny tytuł. O ludziach stawiających czoła nieoczywistym momentom życia, bez poczucia wyższości, że zrobili jedyną właściwą rzecz. To chyba najbardziej ludzka część tej historii – gdy dobiega ona końca, to nikt nie ma pewności: przeszłości czy przyszłości. Na dodatek tylko widz wie, ile każdy z bohaterów wie i nie wie, co inni wiedzą o nich. Dramat i tragedia się wydarzy, życie nie przyniesie bezpośrednich konsekwencji i tylko czarne chmury zbierające się nad ich głowami niepokoją tym, co się może jeszcze wydarzyć. Ich syn nie wie tylko, czemu też je widzi.

Gdy trwa wojna, są nadal ludzie zajmują się swoim życiem, które nie zmienia się od razu. I możliwe, że nigdy się nie zmieni. Mówimy o ludziach mających możliwość nadal pozostać ustawionymi w perspektywie niebezpieczeństwa. Wojna trwa w tle, wywołuje trudności i są tego wszystkiego świadomi, ale film niewiele musiałby się zmienić, gdyby jej w nim nie było – tak jak los bohaterów nie będzie zakłócony sytuacją, gdzie zwykli obywatele będą oddani na bycie mięsem armatnim. Wojna w tym filmie nie jest czystym złem albo tematem rozmów. Nie ma radości z niszczenia Ukrainy, nie ma bezduszności, ludzie nie mają zdania na jej temat. Za dziesięć lat ludzie będą pewnie oglądać Minotaura i nie będą myśleć o tym, jaki ona ma komentarz wobec operacji specjalnej na terytorium Ukrainy. Jest duża szansa, że film uzyska wtedy ponadczasowość: gdy zwykli ludzie strzelają do siebie, elita żyje swoim życiem. I też się martwi, ale z innych powodów.

HOPE (2026)

18 września 12:00

Co zaatakowało krowę na śmierć bez jedzenia jej? Tego akurat nigdy się nie dowiemy – w sensie, czemu ją zaatakowano i nie zjedzono. Będziemy wiedzieć kto, ale to nadal nie będzie mieć sensu. Póki co: nie ma to znaczenia, ponieważ jest wstępem do kozackiego kina akcji: spluwy, pościgi, bieganie, koreańskie przekleństwa, bezbłędne budowanie dramaturgii i napięcia, do tego kobieta z granatnikiem w ręku – czego chcieć więcej? Cóż. W skrócie… Nie, nie ma żadnego „skrótu”. Ciąg dalszy wymyka się jasnym wytłumaczeniom. Po seansie nie umiem uzasadnić całokształtu tego obrazu. Nawet nie opowiedzieli historii do końca, to nadal jest urwane i bałaganiarskie.

Należy jednak podkreślić: to imponująco zrealizowane kino akcji. Wszystko tutaj zostało zrealizowane z rozmachem i świeżością – skala, tajemnica, humor, napięcie, to jest kompetentnie zrobiony monster-movie. Gdy misja bohaterów zostaje osiągnięta – po masie demolki, poświęceń, utraty krwi i wiary w sukces – można czuć dziką satysfakcję. Stanęło się murem za bohaterami i klaskało się im jak na zdrowe kino rozrywkowe przystało. Można nawet zrozumieć, jaki kierunek twórca sobie wyznaczył następnie: badanie sprawy dalej, dokładanie kolejnych elementów. To na pewno jest część czegoś więcej. Problem – jeden z wielu – jest tylko taki, że to część ze środka tego czegoś więcej. Cokolwiek to jest. Innym problemem – twórca w skandaliczny sposób nie przestrzega reguł, które sam ustanowił, zabijając w ten sposób wszelkie przejęcie losem bohaterów ze strony widza – są rzucani, spadają z wysokości piątego piętra, doznają wszelkich urazów… I nic. Gonią ich superszybkie stworzenia i… I nic. Po każdym ujęciu znowu są daleko na horyzoncie.

Inny problem to efekty specjalne. Modele komputerowe są imponujące, projekty potrafią przerazić (w ten pozytywny sposób), ale sama ich animacja… Powiem tak: po seansie znajomy zapytał, czy odpowiadała za to sztuczna inteligencja. Sam obstawiam, że modele były wygenerowane w jednej ilości FPS, a film był zrealizowany w drugiej wartości FPS i z tego połączenia wyszedł pokraczny efekt końcowy, obniżający wrażenia z filmu do poziomu produkcji budżetowej. Albo gameplayu z czasów PS2.

Koreańczyk zrobił film dla fanów kina akcji, którzy wyłączą film w połowie z zamiarem, że dokończą kiedy indziej. I nigdy tego nie zrobią. Ja byłem na sali, gdzie czuło się, jak wszyscy chcieli krzyczeć w stronę ekranu: „Kończ już, mam to w dupie!”. Byłem jednym z nich. Nadużywanie gościnności nie jest dużą wadą, ale bardzo męczącą i przez to mającą duże konsekwencje. Nie wiem, jak twórcy mogli w najmniejszym stopniu zakładać, że widzowie będą chcieli oglądać to chociaż do 80 minuty, a co dopiero 150. Hope wygląda, jakby Szczęki i Jaws 2 połączono w jedną fabułę jakoś, a do tego dodano pierwsze pół godziny trzeciej części – jednocześnie odkrywając, że to wszystko jest częścią uniwersum Prometeusza. Z jakiegoś powodu.

TANGLES (2026)

18 września 15:30

Animacja o pożegnaniu matki, która zachorowała na Alzheimera. O tym jest ostatnie 30 minut. Wcześniej zastanawiają się, co z ową matką nie tak, co zajmuje widzom mniej niż minutę, a postaciom 40 minut, więc tylko czekamy, aż fabuła do nas dołączy. A tak naprawdę od 60 minuty zaczyna się coś autentycznego, prawdziwego czy emocjonującego. Do tego czasu film ma do zaoferowania okruchy.

Jest dobrze zrealizowany, zagrany, narysowany – ale po prostu wiemy doskonale, dokąd ten film zmierza. I chociaż jest oparty najwyraźniej na prawdziwych doświadczeniach, efekt filmowy nadal jest filmową wersją tego. I nie robi w tym temacie niczego, czego już nie widzieliśmy. Fabuła jest raczej niejasna: czemu ignorują objawy choroby? Czemu nic nie robią? Czemu jak matka gotuje zupę z noży, to nic nie robią? I czemu jak bohaterka zwraca uwagę reszcie rodziny, żeby może zareagowali, to się obrażają? Czemu jak protagonistka karmi matkę, to druga siostra zabiera jej talerz? Nikt tego nie adresuje wewnątrz filmu. Czuć, że tutaj chodzi tylko o protagonistkę, aby pokazała siebie na ekranie. Dopiero później to zaczyna być pokazem doświadczenia, jakim jest żegnać ciało matki, która rozum straciła już dużo wcześniej. Wszystko cały czas w wersji light.

A do tego czasu tylko animacja zawiera ślady niespodzianek. Tylko fragmenty z samolotem i przewrotnym komentarzem stewardessy są zawsze atrakcyjne, poza tym: okruchy. Jak zalanie okolicy wokół domu wodą, żeby pokazać, jak ciężko było tam podejść – tego typu smaczków film ma garść i one są jego największą zaletą.

Opowieść oczywiście chwyta za serce. Jest wyrazem miłości do kobiety, która dla niej bohaterką. Między innymi tym. I chyba tylko tym miał być, więc – tytuł udany.

YO NO MORIRÉ DE AMOR (2026)

18 września 17:45

Bardziej realistyczniejszy obraz nastolatki dorastającej – z wiekiem i emocjami – do opieki nad matką chorą na demencję. Zapomina, nie umie się komunikować, przestaje mieć władzę nad ciałem i trzeba zrezygnować z czasu dla siebie, aby poświęcić go dla niej. Pomóc jej z jedzeniem, w toalecie, pobyć koło niej tak po prostu. I protagonistka podchodzi do tego buntowniczo, puszczają jej nerwy, nakrzyczy, nawet uderzy matkę, nie będzie chciała tego wszystkiego robić i mieć takiego ciężaru… Ale będzie się zmieniać. Powoli.

Czy jest to faktycznie realistyczne? Cóż, jak na film: tak. Nie jest to jednak aż tak prawdziwe, jakby mogło być – to wciąż bardziej próba wyobrażenia sobie takiej uczciwie buntowniczej postawy niż po prostu pokazanie osoby, która nie zgadza się na takie rzeczy. Plus nadal będą takie kwiatki, jak mama oddająca stolec na podłogę zaraz po tym, jak siedziała na sedesie i nic nie zrobiła. Normalka, protagonistka krzyczy i denerwuje się, po czym… Wyciera stolec ze swojego łokcia. Jak on tam się dostał? To robi w rękawiczkach. A zaraz potem inna scena, gdzie myje mamę gąbką… Gołymi rękami. Tak, miejsca intymne też.

Nie jest to obraz, który przekonuje od początku, ale w końcu zdobywa widza. Jest to udana produkcja, a ostatnie ujęcie jest z całą pewnością jednym z najlepszych w tym roku. Proste, zaczynające się wcześniej przed właściwą historią, dające czas bohaterom, wykorzystujące pustą przestrzeń, niedopite kawy, dopalający się papieros…

DERNIER DOMICILE CONNU / LAST KNOWN ADDRESS (1970)

18 września 20:45

Detektyw, który dostał po dupie za wykonywanie swojej pracy, dostaje okazję, aby wyjaśnić sprawę na granicy zamrożenia. I tę charakterystykę protagonisty zapamiętam, szczególnie w obecnej Polsce wybrzmi inaczej wstęp, jak zgarnia syna adwokata jeżdżącego po pijaku, po czym wszystkie zeznania zostają przekręcone, krew nie pobrana na badania, syn jeździ dalej i tylko bohater ma kłopoty później. Albo jak pomógł dziecku znaleźć jego gołębie. Albo jak pracował w kinie, żeby zgarniać zboczeńców – takie to było miłe, przyziemne, widoczne. Dobra praca policjanta.

Z właściwej fabuły już nic nie będę pamiętać. Może poza ostatnim zdaniem: „Nie było rozkazu? Więc teraz policja potrzebuje rozkazu, żeby ochraniać obywateli?”. Ogólnie niby pan reżyser odpowiadał tutaj też za dialogi, ale zapamiętam sekwencje montażowe pozbawione właśnie dialogów wyjaśniających postępowanie postaci – po prostu działają i coś z tego wynika, bez użycia słów. Z drugiej strony – nie pamiętam w sumie żadnych scen akcji z tego filmu. Tylko na początku biegali i strzelali, a tak… Chodzenie i gadanie.

CLASSE TOUS RISQUES / THE BIG RISK (1960)

18 września 23:00

Pierwszy raz, jak przed filmem jest prelekcja. Szkoda, że przed filmem o 23:00, ale no, niech będzie. Prelekcja po hiszpańsku i tłumaczona na język baskijski oraz angielski. Wszystkie trzy brzmiały hiszpańsko.

Wracając do samego filmu – przedstawia powrót do kraju przestępcy, który jest za granicą i musi to zrobić tak, żeby wyszło cwanie. Bo jest kara za jego głowę, a chce teraz żyć z żoną i dziećmi. Na szczęście ma przyjaciela, więc będą sobie pomagać, ryzykując jeden za drugiego, pierwszy odwróci uwagę policji, drugi się przedrze i tak na zmianę. Będą cwaniakować i kluczyć, wyprowadzając gliny w pole. I znowu w filmie Giovanniego początek jest najlepszy – relacja między przyjaciółmi jest tym, co bawi. I gdy jeden z nich umrze, film nie ma od razu czym tego zastąpić i tylko trwa z rozbiegu.

Potem zostaje ten przyjaciel zastąpiony przez Belmondo, ale to nie jest już to samo, a gdy już robi się to przekonywujące, to do końca jest stanowczo zbyt blisko. Ten poziom powinni osiągnąć dużo wcześniej. Intryga kręci i kręci, ale bez mojego zaangażowania. Nawet jeśli jest trochę więcej akcji, to nadal głównie oglądamy, jak ludzie w płaszczach gadają ze sobą bardzo intensywnie.

Nawet chciałem dać wyższą ocenę – za intrygę, jej przejrzystość – tylko dwie ostatnie sceny wyglądają tak: w pierwszej bohater mówi, że ma dosyć i się poddaje, a w ostatniej narrator dodaje: oddał się policji i go stracili. Zapewne na śmierć. Po męczeniu się, żeby wytrzymać do tej 1 w nocy poczułem się… Zdradzony. Oczywiście zakładam, że wpływ na taki finał miały czynniki zewnętrzne (czas, budżet czy cenzura – zło ma być ukarane, coś w tym stylu, to też na podstawie prawdziwych wydarzeń, o ile się dobrze orientuję), ale niesmak pozostaje.

RI GUANG / WILL YOU STILL BE MY FRIEND (2026)

19 września 09:00

Spokojny obraz dorastania dwójki chłopaków w okolicy, gdzie działa biznes rybacki. Chodzi o to, że rodzina jednego chłopca przejęła czyjś biznes i robi hałas, utrudniając połów, więc chcą, żeby ich dziecko zaprzyjaźniło się ze starszym wnukiem dziadka będącego grubą rybą w okolicy. Nie wiedzą, że owi chłopcy chcą ze sobą się przyjaźnić. I no wiecie, to festiwal filmowy, tutaj nie ma relacji damsko-męskich że tak powiem.

Jakie ma to znaczenie dla przebiegu filmu? Praktycznie żadne, ale jest jedynym elementem dramaturgii w tej produkcji. Więc ona jest, ale jakby jej nie było i można spokojnie o niej zapomnieć. Widownia podzieli się więc na tych, którzy odpoczywali przy niespiesznym tempie filmu, zrelaksowali się w trakcie, docenili spokój i naturalność relacji na ekranie, jej prawdziwość – oraz na tych, którzy też to docenią, ale było tego dla nich stanowczo za dużo. Film nie nadużywa gościnności tempem – to jest dosyć szybkie, co chwila oglądamy coś nowego: a to włamią się w nocy do pustego budynku, a to obchodzą urodziny i śpiewają karaoke, a to pracują w kostiumie smoka – problemem jest tylko ilość tego. Oglądamy praktycznie właśnie spędzanie wolnego czasu przez tych młodych chłopców. Przydałaby się większa różnorodność, ale to, co otrzymujemy, zostało zrealizowano na wysokim poziomie.

THE BALLET LESSON (2026)

19 września 12:00

Chłopiec i dziewczynka są rodzeństwem. Rosyjskomówiącym, ale są obecni w Japonii. Nie ma ich rodziców. On chce być ruchany w dupę przez Robloxa, ona chce być baletnicą. I czekają na rodziców. Pojawia się ojciec, który zabiera ich do matki i nie mówi za dużo po drodze.

Dalej pamiętam, że była krówka. Wypili jej mleko i wysłali do rzeźni. Była też Azjatka, która ukradła portfel. I próbowali zeswatać chłopca z jakąś obcą dziewczynką. Tak, jednak na festiwalu filmowym może być obecna relacja damsko-męska, tylko musi być wyśmiana. Patrzcie, jaki chłopak nieśmiały, hehe. Ma siedem lat i nie umie wyrywać, hehe.

Film trwa jakieś 10 minut licząc 9 i pół minuty napisów końcowych, ale w sali kinowej siedzieliśmy przez półtorej godziny. Jakim cudem? Nie wiem. Nic się nie działo i było to żadne. Ani spokojne czy romantyczne, relaksujące, po prostu: żadne. Jedyne wspomnienie, jakie będę miał, to fatalne aktorstwo. Aktorzy pewnie są w porządku, ale każdy w tym filmie, nawet jak ma jedną linię dialogową, to brzmi, jakby czytał z kartki i nie wiedział, co zaraz będzie mówił. Młodzi, starzy, każdy jest monotonny i fatalny.

Pod koniec podjeżdżają pod gigantyczny tunel. Jakby się okazało, że to film Lovecraftowski, to mieliby mój szacunek. Przynajmniej mógłbym napisać: warto zobaczyć ostatnie pięć minut. Ale nie. Nie warto. Czysta amatorka. Pierwszy film na festiwalu, po którym klaskali – bo była obsada na sali. W tym dzieci. Je oklaskiwali najbardziej, zboczeńcy. Ta malutka dziewczynka była w szpilkach. Posrało?

WEICHEN (DUST, 2026)

19 września 16:00

Obejrzałem ten film w wersji 10-tysięcy-D-X i nikt mi tego nie odbierze: Tsai ustawił kamerę w San Sebastian, zobaczyłem efekt jego medytacji w San Sebastian, wygrałem życie. Nawet jeśli sama medytacja kompletnie mie ominęła – nie mam najmniejszego pojęcia, do czego te statyczne ujęcia miały mnie popchnąć. Widzę piękno miasta, natury i budynków, obok których w sztucznie wolny sposób przemieszcza się mnich w czerwieni… I w sensie, co dalej. Nie mam na to odpowiedzi. Bardzo szybko nawet przestaję widzieć mnicha, a samo piękno okolicy widziałem bez potrzeby angażowania w to ekipy filmowej, która tylko stawiała kamerę. Jeśli dobrze zrozumiałem część Q&A – która nie była tłumaczona na angielski – film nie miał żadnych aktorów. Te wszystkie osoby w tle przejeżdżające na rowerze itd. to nie byli statyści. Taka ciekawostka. A sam film należy do muzeum.

SYMPHONIE POUR UN MASSACRE / SYMPHONY FOR A MASSACRE (1963)

19 września 20:15

Film stojący dzięki intrydze. Motywacje bohaterów czy sami bohaterowie nie są interesujący – robią to dla pieniędzy i są na tyle inteligentni, żeby intryga mogła dojść, gdzie potrzebuje. Jednak ona naprawdę mi wystarczyła – była pełna napięcia, zaangażowania, złożoności. Wiarygodna na tyle, żeby faktycznie człowiek mógł ją wymyślić i jednocześnie nie przewidzieć każdego szczegółu – wiadomo, o co chodzi. Nic nie jest nam powiedziane, wszystko jest wyjaśnione poprzez akcję. Oglądało się znakomicie.

I jakby co: grupa przestępców musi się nagle zrzucić, aby zrobić robotę – jeden jednak postanawia zgarnąć dla siebie te pieniądze, zanim zostaną zainwestowane w przestępstwo. Otrzymujemy prawdziwie inteligentny heist-movie zrealizowany w czerni i bieli, gdzie ponownie sekwencje bez dialogów są tymi najbardziej zapadającymi w pamięci. Twórcy umieli skupić naszą uwagę na postępowaniu bohaterów i wynagrodzić nas za to. Dobry seans – nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy nieco zbyt wolny i zimny, aby angażować fanów thrillerów i kryminałów.

MON AMI LE TRAÎTRE / MY FRIEND THE TRAITOR (1988)

19 września 22:45

Rok 1944, Francja – moment wygonienia Niemców łączy się z potrzebą znalezienia tych, którzy współpracowali z wrogiem. I ukarania ich. Bohater robił złe rzeczy i teraz próbuje żyć jako podwójny agent, pomagając policji znaleźć tych, którzy byli jeszcze gorsi od niego.

Fabuła ma prostą konstrukcję – znajdą jednego, zakręcą się wokół niego, udowodnią mu winę, złapią, powtórzyć trzy razy i niby po sprawie, bohater jest czysty – do momentu, gdy jednak znajdą się tacy, co będą chcieli sprawiedliwości. Finałowa porcje tej historii jest frustrująca – tyle wtedy zwrotów akcji i bawienia się losem protagonisty, że w warunkach domowych widz czułby się zachęcony do przewijania – cały czas jesteśmy na krawędzi skończenia opowieści i dodaniu kolejnej sceny. I kolejnej. I kolejnej. Zrealizowane to jest rewelacyjnie, te wszystkie masakry w dalekim tle w jednym kadrze, doskonała robota. Problemem było zaangażowanie wtedy widowni, aby wytrzymała kolejne wydłużenie produkcji. I kolejne.

Po raz kolejny u Giovanniego widzę problem z brakiem przemocy – nie ma tutaj zadawania bólu, cierpienia, strachu. Raz, że tak naprawdę nie wiemy, co bohater robił i nie umiemy sobie wyobrazić, czy powinien za to karę ponieść – tym bardziej karę ostateczną poprzez pluton egzekucyjny. Dwa, że to jest opowieść wypełniona rządzą zemsty, która słabnie z braku możliwości współczucia, współdzielenia tej pasji. Przez to też brakuje konsekwencji – czy mamy mieć nadzieję, że uniknie kary? Jak więc zacząć rozmawiać o wyciąganiu odpowiedzialności wobec kolaborantów z okupantem? Czy w ogóle to robić? Film wydaje się do tego dążyć, ale nie ma równocześnie zamiaru wykonać ku temu niezbędnych kroków. Nigdy nie czułem, że bohaterom coś grozi, że śmierć i tortury mają tutaj jakiś wymiar. W jednej scenie przebiorą podejrzanego w czarny płaszcz i pójdą z nim na spacer, a lokalni rozpoznają w nim okrutnego człowieka. Zawołają: „Ty! Ty, kurwa ty!” i tak jakby, troszeczkę go będą gonić, troszeczkę tak jakby go otoczą, a on od razu się przyzna do wszystkiego. I przyjmie karę śmierci, jak zakładam.

To dobrze zrealizowany, angażujący obraz – w tym znaczeniu, że widz dostaje masę treści, gdzie zło zostaje ukarane (a ten końcowy czarny charakter – myślałem, że go gra Houlubek! Taki dobry występ) – ale nie jest to w żadnym stopniu „Wyrok w Norymberdze”. Ni przypowieść o sensowności zemsty i zasady: oko za oko. Czy człowiek powinien zostać ostatecznie ukarany za zło, które wyrządził, nawet jeśli potem dokonał dużo dobra? Paaaanie. Najpierw dojrzej, potem zaczynaj ze mną takie tematy.

GLAXO (2026)

20 września 08:30

Gdzieś w okolicy 45 minuty zorientowałem się, że film mógł się zacząć właśnie teraz i byłby pewnie nawet lepszy. Wcześniejsze sceny po prostu nie łączyły się, nie przechodziły w coś dalej, były aż tak oderwane. Najpierw oglądamy, jak ludzie oglądają „Terminatora”. Potem chyba tańczyli i patrzyli na kobietę. Potem że fabrykę zbudowali. Potem chyba o trenowaniu koni. O byciu fryzjerem. A, jeszcze Mormoni byli. Gdzie to nas doprowadziło? Do 45 minuty. Potem to wszystko wróci w amatorski, nieangażujący, banalny sposób.

Nie ma na co patrzeć – to w zasadzie film telewizyjny. Pokazują nagość i stosunek seksualny, ale bez pasji i namiętności. Widzimy dorastanie, ale przez większość czasu nie możemy powiedzieć, czyje dorastanie oglądamy – na ekranie jest kilka postaci i każda jest tak samo obojętna widzowi. Jest w tym jakaś arogancja – że skoro to potem wróci, to jakoś wynosi to film wyżej bez dodatkowej roboty, a tymczasem powinni nad każdą sceną oddzielnie przysiąść i uczynić ją istotną, atrakcyjną. Czego nie zrobili.

Wydaje się, że większość ciężaru tej produkcji leży na relacji widza z postacią samicy, która jest pewna siebie… I to koniec jej osobowości, ale widz powinien widzieć w niej coś więcej. Widz powinien stawiać siebie w miejscu tego nieśmiałego (i kilku innych zamienników na słowo: „nijaki”) nastolatka, który nie powinien mieć u niej szans, ale to ona go wybiera, całuje, bierze do łóżka i zdradza męża z nim. Widzowi powinno na tym zależeć, żeby „może jednak” coś z tego wyszło – a ja ani przez moment nie byłem zaangażowany z jego relację z samicą, która cały czas wyżej sra niż dupę ma. I gasi fajkę butem na środku parkietu. Coś czuję, że twórcom nie mieści się w głowie moje stanowisko.

Końcowe sceny jakoś nadają temu pewien kształt – jakby twórcy celowali w „Ostatni seans filmowy”, tylko była garść scen, których zwyczajnie nie chciało im się zrealizować. Poszli na skróty, wykonali całość od niechcenia. Mam przeczucie, że większość widowni zapamięta tylko początkowe cytowanie „Terinatora”. Przynajmniej się wtedy śmiali. Czego nie bardzo rozumiem – postać nie rozumie skomplikowania fabuły filmu Camerona… I to jest zabawne? W Hiszpanii? Przecież oni sami robią masę filmów, gdzie jest 67 zwrotów akcji tylko po to, aby było ich 67. Nie rozumiem.

COWARD (2026)

20 września 11:30

Co czyni człowieka tchórzem? Zdolność do stawienia czoła śmierci bez wymiotowania? Oddawanie moczu do zupy jeńców? Czy też postawienie się, gdy inni tak robią? Może nawet: zwrócenie im na to uwagi? Czy też bycie gejem? Nie jest to zbyt ważne: bycie tchórzem i temat tego zagadnienia to mniej niż 10% filmu, którego akcja ma miejsce podczas I wojny światowej. Cześć żołnierzy walczy, część jest od noszenia rzeczy – w tym ciał z pola walki. Główny bohater może i ma imię, chyba raz je użyli przez cały film, więc chyba nie chcą, abym je tutaj użył. Może to spoiler.

Wracając do tematu – tak gejowej wojny jeszcze na oczy nie widziałem. Oddawanie moczu do zupy odbywa się koniecznie w kółeczku, aby każdy widział penis kolegi. Gdy jeden opowiada, że mu żona urodziła, to bez problemu znajdzie się kolega, który uda kobietę w ciąży i reszta kompanii dołączy do zabawy. Znajdzie się nawet cała drużyna chłopów w sukienkach, którzy będą udawać samice i tańczyć dla całej reszty. Jeden nawet drugiemu goli ogoli. Najwyraźniej coś takiego było – niezdolni do walki, więc dodają otuchy. Czy tam rozrywki. Tym, którzy są ranni. Wiecie, od wojny. Ciężko pamiętać, że tutaj trwa wojna. Nawet wino piją, a jak przyjdzie czas na cimcirimcim, to będą mieć do tego pokój. Zrobią to w tajemnicy, więc pewnie każdy miał taki sam pokój. Wojna ma wiele oblicz.

Nie ma za bardzo fabuły. Po prostu protagonista spotka chłopa, który będzie trochę ciepły i… Będą razem. Trochę tam postękają, że to będzie źle widziane – ale nic takiego nie będzie miejsca. On sobie wsadzi nóż w łapę, aby być niezdolny do pracy – i tak nic nie robił, wychodził na pole walki i ciężko dyszał, bo wojna taka straszna. Tak naprawdę wobec tego tyczy się tytuł – bohater zamiast być tam razem z resztą i walczyć (czego i tak nie robił) wybrał bycie tchórzem i noszenie sukienek czy makijażu. I co? Nic. Jeden chłop źle na niego spojrzy i powie jedno zdanie, koniec przykrości.

Przynajmniej w końcu zobaczyłem seks homoseksualistów na dużym ekranie. Trzy dni na to czekałem – po coś się w końcu chodzi na te festiwale, nie? I patrzenie, jak ludzie wychodzą z sali po takiej scenie. Teraz jedna para wyszła. Zawsze bawi.

CINCO AÑOS, CUATRO MESES / FIVE YEARS, FOUR MONTHS (2026)

20 września 16:15

Niewyraźne kształty, jakby ktoś źle ustawił kamerę. Picie kawy. Jechanie gdzieś. Kopanie w ziemi w kuckach, po czym wyprostowanie się po kilku lekkich uderzeniach w ziemię, żeby pokazać, że na pewno tam była długo i się zmęczyła, tylko aktorka nie umie tego pokazać i wychodzi sztucznie. Chodzi o to, że kobieta szuka swojego syna. Jak długo będzie szukać? Pięć lat i cztery miesiące. Czemu tak? Ano: poczekajcie. Za dużo informacji naraz. Jakoś trzeba wypełnić ten czas ekranowy.

Widziałem już takie kino. Filipiny tego dużo tworzą, ale tutaj gadają po latynosku, więc obstawiałem Kolumbię. I ktoś po drodze na kolejny film potwierdził moje wyobrażenia. Drewniane aktorstwo, wolne tempo, pole do drzemania w trakcie: jesteśmy w Kolumbii.

Na końcu zapytała duchy i one jej powiedziały, co z synem. Nie miała na to reakcji.

THE LONELIEST MAN IN TOWN (2026)

20 września 18:00

Tytuł odnosi się do słów piosenki bluesowej, jednak ma pewne odzwierciedlenie w samej historii i tematyce filmu. Bohater jest samotny – nie na tle emocjonalnym, ale fizycznym: zmarła mu żona, jest jedynym mieszkańcem w swojej kamienicy po tym, jak reszta została wygoniona. Niedługo on sam się ugnie – nowy właściciel, który chce wyburzyć całość i bardzo mu na tym zależy – a do tego czasu spędza życie
w pojedynkę. On i muzyka, biografie muzyków, zdjęcie zmarłej żony, pojedynczy stolik w knajpie, solowy występ z gitarą w barze dla paru osób… Kamera uchwycą tutaj emocje, które wykraczają poza proste szczęście i smutek. A gdy protagonista w końcu podpisze zgodę, wróci do niezrealizowanego marzenia – nigdy nie opuścił swojej Austrii, a chciałby zagrać bluesa w delcie Missisipi.

Tak go poznajemy, krok po kroku. Dowiadujemy się o jego przeszłości i całkiem udanej karierze muzycznej. Nie ma co prawda wiele do nauki, ale odbywamy podróż razem z nim przez przedmioty, które zgromadził za życia i teraz je sprzedaje, aby ufundować podróż. Nie ma w tym żalu czy innego motywu zmarnowania życia, pytania: czy było warto? Zgromadził masę gadżetów, plakatów, wycinek z gazet, muzyki na nośnikach fizycznych. Ma płyty i kasety, działający odtwarzacz VHS z nagranymi koncertami i wywiadami z samym sobą. Al Cook nie zapomniał tego i teraz sobie nagle przypomina – on tym nadal żyje, on nadal jest tą samą osobą. Wątpliwości są dla młodych osób najwyraźniej – na starość nie ma miejsca na żal. Tak się przeżyło to życie – bez oceny jakiejkolwiek. I teraz przekazuje te rzeczy kolejnym osobom, które wyrażają entuzjazm. Rozumieją jego pasję. Oni też kiedyś przekażą te rzeczy dalej – jeśli będą mieć takie szczęście.

Jeśli już jakoś nazwać ten film pojedynczym słowem, byłoby to: czarujący. I tak, również geriatryczny. Aktorstwo wymaga wyrozumiałości ze strony widza, nie ma tutaj zbyt dużo wydarzeń. Praktycznie wiecie wszystko, co się w filmie wydarzy, jednak chodzi o doświadczenie go samemu. Jego humoru, widoku choinki ze świeczkami, tych występów na żywo. Film nie aspiruje do angażowania w duże pytania, w stylu: o co chodzi w życiu? To malutki wycinek z życia człowieka poza czasem, który nadal jest sobą. I żyje. A teraz przed nim kolejna przygoda.

MIS MUERTOS TRISTES / MY SAD DEAD (2026)

20 września 20:00

Póki co najlepsza rzecz na tym festiwalu okazała się serialem Netfliksa. Idę na nowy film Pablo Larraina trwający 3h i z dwie godziny wcześniej podczas rozmowy z przypadkowym kinomanem ten mnie informuje, że to będzie pocięte na serial Netfliksa. W praktyce film ma konstrukcję jak film, po prostu raz na 50 minut jest czarny ekran przez dosłownie kilka sekund. Raz czy dwa poleci piosenka, która zapewne miała lecieć dłużej właśnie na napisach końcowych odcinka, ale poleci tylko fragment. Da się to oglądać jako jedną produkcję. I z tego co widzę, na IMDb istnieje ten tytuł dwa razy – jedno ma paskudny plakat z Netfliksem, drugi ma fotos z filmu w miejsce plakatu. Nie jest to w końcu pierwszy raz w historii – Patryk Vega też cały czas kręci produkcje i wypuszcza je dwa razy, potem polska Furioza wyszła dwa razy, wcześniej Sion Sono bodaj zrobił dwie wersje tej produkcjach o hotelu z wampirami dla Amazon Prime…

Wracając: My Sad Dead jest wyraźnym spadkobiercą kultury, która dała światu BARDO czy Sto lat samotności. Opowieść o pani doktor na emeryturze, która nadal widzi i słyszy własną zmarłą matkę. W skutek pewnych wydarzeń niedługo cała okolica będzie słyszeć zmarłych w różnych okolicznościach ludzi – niektórych będą znać, reszta będzie całkowicie obca. I pani doktor będzie się starała im z tym pomóc, jednocześnie starając się rozwiązać sytuację z zanieczyszczoną wodą. W ten sposób chyba można spróbować streścić ten obraz, który jest bardzo rozległy w wątkach, postaciach, motywach. Jedynie skala jest kameralna – to nadal opowieść głównie w obrębie jednego domu i okolicznego osiedla, tylko parę razy ktoś wejdzie drabiną na poziom 10 piętra. I kamera razem z nim. Albo będziemy w szpitalu wyglądającym jak dworzec centralny.

Pod względem treści nie jest łatwo ogarnąć ten tytuł, przynajmniej bez żadnego przygotowania i za pierwszym razem. Z jednej strony jest to film o komunikacji międzyludzkiej, ale szybko zaczynają się włączać wątki różnic klasowych, zbliżania się Ameryki Południowej do Stanów Zjednoczonych (w tym negatywnym znaczeniu), COVID-u i etyki lekarskiej, śmierci… A kończy się, jakby to był tylko rozbudowany pilot do nowej wersji Golden Girls. Jeśli nie oglądaliście – to taki sitcom, gdzie cztery kobiety z różnych pokoleń mieszkają w jednym domu.

Jest to łatwiejsze do ogarnięcia niż takie BARDO, ale w obu przypadkach mogę napisać: nie muszę rozumieć, żeby się zachwycać językiem filmowym. Wiele aspektów fabularnych jeszcze mnie zastanawia, nie jest też łatwo przyjąć naraz te trzy godziny, ale jednak: byłem pod wrażeniem. Od początku do końca.

MUGALIM (2026)

21 września 09:00

Małe miasteczko nad jeziorem, a mimo to w sklepie nadal brakuje ryb. Szkoła, do której z dużego miasteczka przybywa jej patron, więc dyrekcja chce mu pokazać, że są wdzięczni i o nim pamiętają. Chcą zorganizować występy taneczne i wokalne, połączone z walcem na koniec roku. Bohater jest nauczycielem muzyki, odpowiada za chór i pianino, a jego ambicją jest udać się do dużego miasta i tam występować, ponieważ czuje, że tam, gdzie jest, nie ma dla niego widowni. Film opowiada jednak o miejscu na ziemi i dziurze, którą po sobie zostawiamy, gdy je zmienimy. I pytanie: czy będzie ona wypełniona?

Rozumiemy postawę bohatera. Słyszymy jego klasyczną muzykę i czujemy braki w widowni. Czujemy, że chciałby móc grać dla kogoś, a tymczasem gra tylko w szkole, dla siebie, dla dorosłego i niesamodzielnego dziecka sąsiadów, gdy ten woła w nocy i pianino go uspokaja, oraz podczas zabaw disco-polo, gdzie na zamknięcie przyjęcia bohater improwizuje. Nie jest też otoczony negatywizmem – usłyszy parę razy wariację sentencji o tym, że zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma, ale otrzyma również wsparcie i pomoc od innych.

Podróż do dużego miasta będzie wzbogacona o humor, który przypomniał mi kazachstańską „Ademokę” sprzed czterech lat (WFF ’22): ta sama maniera bohaterów, żarty sytuacji życiowych, delikatny śmiech wśród widowni. Nic wielkiego, ale jednak autentycznego, podanego z wielkim wyczuciem chwili. Dzięki niej nastrój całości jest tak… Zwyczajny. Nie jest to duża historia o zmianach życiowych. Bohater nie należy do żadnej elity, aby jego misja była ważna. To opowieść o ludziach, ludziach żyjących wśród ludzi, żyjących dla samych siebie. Każdy szuka szczęścia i widz po seansie będzie zaskoczony, jeśli mu się przypomni, że w trakcie filmu dwie osoby popełniały samobójstwo. Twórcy nieraz udowodnią świadomość tego, że każdy element powinien mieć cel – i będzie go mieć, a odsłonięcie tego faktu przed widzem może przejść niezauważenie.

Mugalim podkreśla, że każdy ma prawo do szczęścia w życiu. Zamiast kazać cieszyć się tym, co już się ma, z pewną nieśmiałością odważa się zapytać: może już jesteś szczęśliwy?

LA SCOUMOUNE / HIT MAN (1972)

21 września 12:00

Dawno nie widziałem Belmondo z takim wyczuciem luzu i pewności siebie. Tutaj gra chłopa z pistoletem, który uda się do więzienia, ponieważ nie opuści swojego przyjaciela w potrzebie. Fabuła jak fabuła, ma swoje problemy (szczególnie pod koniec jest taki przeskok, że pierwsze wrażenie było jakby pomylili kolejność taśm z filmem) ale daje dużo okazji do scen akcji oraz takich, gdzie Belmondo jest urzekający. I chyba o to chodzi.

Tylko no: to jest zdrowo przesadzone kino akcji. Takie, gdzie chłop przed śmiercią od materiału wybuchowego zrobi trzy piruety krzycząc, zanim upadnie i umrze. Albo ta strzelanina w barze – strzelają się 10 minut, w końcu jeden z przeciwników zakrada się za Belmondo i już mu strzela w plecy, gdy się okazuje, że cały czas z boku stał chłop z nożem w ręku. Nikt do niego nie strzelał, po prostu sobie tam stał i rzucił tym nożem, żeby ratować skórę Belmondo. I resztę sceny wraca do ukrycia. Da się przełknąć, ale no: jak ktoś tego nie kupi, to nie jest jego wina, tylko filmu.

TRE CIOTOLE / THREE GOODBYES (2025)

21 września 16:00

W sumie fajnie zobaczyć film, gdzie wymioty kobiety nie są zapowiedzią jej ciąży. Nie, tutaj ma nowotwór. Fajno!

Ona i on są razem, ale ona jest niepoważna, niedojrzała i nie ma zamiaru tego zmienić, więc on się z nią rozstaje. I teraz oni żyją oddzielnie… Tylko nie wiem, czemu miałoby mnie to interesować. Twórcy nie przewidzieli, że nie będę automatycznie zaangażowany, jak ona wchodzi na stronę jego knajpy i zostawia recenzje z jedną gwiazdką. No głupia, ale co z tego? Nic. I się rozstali, ale myślą o sobie, ponieważ film musi się wydarzyć, czy coś. No i jest ten nowotwór. I są przemyślenia: ale fajnie, że się rozstaliśmy wcześniej, bo teraz jakbyśmy byli razem, to bym myślała – jest ze mną, bo mnie kocha czy dlatego, że umieram? I sobie znajdzie chłopa z dykty, który na koniec filmu ożyje. Serio.

Bardzo fajna scena przytulania się jest w tym filmie. Szkoda, że zamiast na niej skończyć film trwa kolejne 20 minut. Film tylko dla tych, którzy wiedzą w jakiś magiczny sposób, że już są zaangażowani w relacje bohaterów. Cała reszta zapewne go nie znajdzie i nie ma sensu, aby go oglądać. Pani reżyser tylko kieruje kamerę na aktorów i pilnuje, żeby ich twarze były widoczne. Resztę roboty robią aktorzy, nic więcej.

DIE GÄSTE / THE GUESTS (2026)

21 września 19:30

Lata 60, Niemcy: ciężkie czasy dla wszystkich, a matka bohaterki idzie do pracy w miejsce kogoś innego. Nie zastępuje jej tak, jakbyśmy to dzisiaj zrozumieli – podbija się za kogoś innego. I oczywiście wtedy doznaje urazu, wpada w śpiączkę i umrze na dniach, a oficjalnie nawet jej tam nie było. Bohaterka ze swoim chłopakiem sami wezmą ją do samochodu i zawiozą jej oddychające ciało do ojczyzny, aby umarła, jak należy.

I to przede wszystkim bardzo dobrze się ogląda. Ciężko tylko to jakoś uargumentować, ale faktem jest, że dojadą do Hiszpanii w 60 minucie filmu i ja nie czułem zmęczenia. Fabułę znacie, bohaterowie ledwo wystarczają, a obraz ówczesnych czasów jest uproszczony, ale jednak ogląda się z przyjemnością. Relacje w rodzinie, jak podejmowali decyzję – stosunek do śmierci – wydarzenia po drodze, jak tańczyli albo dostali kurczaka po drodze – cały obraz radzenia sobie ze śmiercią rodzica, rozłożone w czasie i nieobecne do czasu, aż stanie się realne… Jest to miłe.

Kijem w oku pozostają dwie ostatnie minuty. Bohaterka w końcu przeżywa żałobę w sekrecie przed wszystkimi, robi nielegalne rzeczy pół nocy i wraca nad ranem, znajdując swojego chłopa nadal w ciągu alkoholowym z pozostałymi samcami. Co więc robi? Wsiada w samochód i odjeżdża. Sześć dekad temu, więc podkreślmy: chłop ledwo co mówi po hiszpańsku i ona mu kradnie samochód, zostawiając cztery kraje dalej poza jego ojczyzną, ponieważ była obrażona i teraz minie prawie tydzień, zanim się zorientują, czy jej nie porwano, auta nie ukradli itd. Będą się martwić przez ten czas aż ona nie wróci do domu i wtedy dopiero się wyjaśni, że ona po prostu zachowała się jak niedojrzała suka w stopniu, w którym on nigdy by nie dał rady zrobić. Wszystko to zrealizowane jako pokaz siły kobiet w każdy możliwy pani reżyser sposób. Uwolniła się spod wpływu samca, jest niezależna, klaszczemy! I jeszcze puszcza sobie w radiu współczesny utwór rapowy, zapewne o sile kobiet. I jeszcze podczas Q&A gadali głupoty, jak to im bardzo zależało na pokazaniu ówczesnej sytuacji kobiet, jak wtedy były wychowane, jakie wtedy życie znały, jak wtedy im kazano myśleć… I puszczają agresywny rap, którego nie wynajdą jeszcze przez wiele dekad. Zero pomyślunku ze strony kogokolwiek, kto pracował przy tym filmie.

Ale poza tym film spoko. Można go skończyć na scenie ogniska. Idealny finał. Wcześniejsze usilne przedstawianie samców jako dorosłych dzieci, które nic nie robią, nic nie umieją i wolą leżeć z fajką na trawie, gdy kobiety pracują w kuchni w pocie czoła – to jeszcze mogło ujść. Koncentrowało się w końcu na pojedynczej postaci, która taka właśnie była. Teraz tylko czekać 40 lat, aż twórcy dojrzeją. Znaczy, jeśli to w ogóle nastąpi.

EL DESHIELO / THE MELTDOWN (2026)

21 września 22:30

Góry, ośrodek na wysokości, czternastolatka trenująca do czegoś i romans z lokalnym chłopcem. Ona z Niemiec chyba, on miejscowy Hiszpan. Oraz echa wspólnej przeszłości na tej ziemi. Oni wyjdą zatańczyć. Ona zniknie. Będzie świadek widzący, gdzie poszli, mała dziewczynka, ale powiedzą jej, żeby milczała i nic nie mówiła. Dziewczynka nie zapyta: ale czy jak będę milczeć to przeze mnie jej nigdy nie znajdą? Bez tego film nie mógłby się wydarzyć. Humanizm zaburzyłby tę produkcję na amen.

Chyba widziałem lepsze odcinki Siostry Bonifacy jeśli chodzi o kwestię kryminału i rozwiązywania sprawy. Rozumiem, że tutaj chodzi o coś innego niż rozwiązanie sprawy – chociaż nie rozumiem, czym by to miało być? Eksplorowanie uczuć kobiety po tym, jak zaginęło jej dziecko? Że jej smutno? Czy może chodzi o to, że dziecko płaci karę za konflikty przeszłości? A widz płaci za to ponad godziną patrzenia w ścianę, jak bohaterowie dosłownie nic nie robią? Pojawi się co najwyżej ktoś, kogo zapytają: czemu nic nie robicie? I odpowiedzą: robimy, co możemy. I tak kilka razy. I będą niezadowoleni. Minie godzina, zmieni się pora roku, znaleziony zostanie czerwony szalik, każda postać zachowa się nielogicznie w złożony, przerastający widza sposób. Zupełnie nie idzie zrozumieć postawy samej dziewczynki, która będzie milczeć, bo tak jej powiedzą – zero wątpliwości czy prób obejścia zakazu. Wiecie: czegoś, co by sprawiło, że ta godzina będzie czymkolwiek wypełniona. Dosłownie czymkolwiek. Cała godzina do wycięcia, zastąpienia montażem i kończymy 57 minut wcześniej na dokładnie tej samej nucie. A to tylko ostatnie 60 minut.

TENDER LOVING CARE (2026)

22 września 08:45

Wiem, jak Mike Leigh robi filmy – stawia na improwizację i nie mówi aktorom, jak scena ma przebiegać. I następnie wycina pół zarejestrowanego materiału w montażu, aby ukształtować fabułę składającą się na końcowy film. Takie kino może się udać, ale może też udać się w pewnym stopniu. „Tender…” udaje się w pewnym stopniu – nadal wybrzmiewa w nim serce, którego twórcy poszukiwali, ale jednocześnie nie jest łatwo przestać widzieć wyraźną metodę, jaką autor stosuje.

Zaczynamy od historii dwójki przyjaciółek – jedna została rzucona przez żonatego chłopa, druga umawia się bez sukcesów ze strażakiem. I pracują w opiece społecznej. Nic z tego nie zostaje pociągnięte – i na koniec, gdy patrzy się wstecz, to ciężko nie mieć pewności, że z powodu nieidealnych umiejętności improwizacyjnych obsady. Od pierwszej sceny ze starszymi rodzicami jednej z tych przyjaciółek jasne dla mnie było, że ci emeryci są najlepsi w całym filmie z improwizowania, więc w sumie nic dziwnego, że z czasem film koncentruje się na nich coraz bardziej. Wcześniej włącza nowe postaci i nowe wątki, zamiast skupić się na czymkolwiek. Czuć, że reżyser jeszcze nie znalazł tego, co chciał i szuka dalej. A film jest już w połowie. To nadal miał być film o opiece nad innymi ludźmi – i taki jest efekt końcowy, ale miał chyba mieć większy kontekst. Społeczny czy coś, a nie jedynie zamknąć się na tym, że opieka nigdy się nie kończy i w końcu dojdzie do tego, że trzeba będzie opiekować się rodzicem i małżonkiem.

W historii, która zaczyna się – i kończy z jakiegoś powodu – na milczącym bezdomnym, który odmawia pomocy. Jego nieruchoma twarz dobrze opowiada pewną historię, ale nie w scenach wymagających improwizacji, odbijania piłeczki od innego aktora, dawania mu przestrzeni. To jest uwaga, która niestety tyczy się większości obsady – nie mogą nawet się ruszać, żeby była ciągłość w montażu, gdy wytnie się pół ich dialogów, jeśli te będą prowadzić donikąd. Efekt jest niestety taki, że często mówią jedynie to, co mieli powiedzieć, bez tworzenia postaci wokół tych informacji, bez tworzenia naturalnej drogi do powiedzenia tych rzeczy. Często miałem wrażenie, że jeden aktor drugiemu nie daje pola i przestrzeni, aby coś udało im się osiągnąć, przez co kolejne sceny wychodzą płasko. I niestety tylko tak zapamiętam ten obraz: jako nieudaną próbę. Nadal warto ją zobaczyć, bo to poruszająca, ludzka historia, ale ten reżyser odnosił większe sukcesy w przeszłości. Je naprawdę warto zobaczyć.

MARKENS GRODE / GROWTH OF THE SOIL (2026)

22 września 12:00

To przez długi czas był naprawdę dobry obraz – a trwa ponad dwie i pół godziny, oferując w niezbyt szybkim tempie opowieść o człowieku, który buduje sobie dom w górach, zakłada tam rodzinę i ujarzmia naturę. Tylko niestety jak patrzę wstecz, to tych wszystkich rzeczy, które pokochałem w trakcie oglądania, tak naprawdę tutaj nie ma. Jest piękno natury, dobre zdjęcia, surowy klimat, ale jednocześnie scenariusz nieudolnie adaptuje literacki pierwowzór, robi z bohaterów strasznych chujów, nie akcentuje ważnych aspektów historii, rozwala wszystkie poruszone motywy skandalicznie bezsensownym postępowaniem postaci i kończy na równie bezmyślnej nucie, która nijak filmu nie zamyka. Jest w tym tytule ponad półtorej godziny świetnego kina – wyciąć kilkanaście scen, zakończyć fabułę gdzie indziej i to naprawdę byłby dobry film. Tylko niestety twórcy zrobili bardzo dużo, aby zepsuć to, co mieli.

Nie jest to film faktycznie umiejący przedstawić budowanie swojej chaty po środku niczego. Może i na początku bohater zmaga się z postawieniem szałasu i śpi pod skarpą, prawie zamarznie na śmierć, ale już zaraz później będzie sobie z miasta przynosić kolejne meble, a chatę postawi nawet bez sekwencji montażowej. Po prostu wykopie jakiś głaz, a w następnej scenie dom już będzie stać. Chińczycy zrobili to lepiej w Till Death Do Us Part.

A jaki jest czas akcji? Otóż dałbym się przekonać, że najwyżej połowa XX wieku, sądząc po obuwiu bohatera i jego stroju. A tymczasem to musi być nawet XIX wiek, sądząc po maszynach, jakich zaczną używać, czy analfabetyzmie wśród większości postaci. Ponad to pierwowzór literacki daje – ponoć – tło dla każdej postaci. Skąd oni znaleźli się w tym lesie, jak wyglądało ich życie wcześniej, zapewne też rozbudowuje ich osobowości. Film tego nie ma – po prostu są w tym lesie, budują rodzinę i odezwą się do siebie trzema słowami raz na pół godziny. Nic więcej.

Jednak to wcale nie przeszkadza, ponieważ to było piękne. Do momentu, ale było piękne. On milczy, ona ma zdeformowaną (od urodzenia?) wargę. Ona początkowo trzyma dystans oraz kamień w ręku, przez co prawie zamarzła na śmierć, on ją odratuje. Nabiorą do siebie zaufania, stworzą rodzinę, będą faktycznie razem budować wszystko, co mają. Naprawdę byłem zachwycony oglądaniem, jak jedno i drugie robią co mogą i muszą, aby osiągnąć cel. Szczególnie wrażenie robi fakt, że ona rodzi dzieci w pojedynkę – po tym, jak wygoniła męża z powodu pierdoły. Poszła pod drzewo, rozłożyła skórę i na kolanach dała życie. Piękna scena. Piękna relacja. Piękny film.

Tylko no… Co wam mogę napisać o tym, jak to się zepsuje, bez zdradzania treści za bardzo? Nie da się. Napiszę tylko tyle: po czwartym dziecku ona zacznie zdradzać (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) i powie mężowi, że gdyby nie była zdeformowana, to w ogóle by go nie chciała (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!). Tego jest niestety trochę w tym filmie. Tylko kilka kluczowych scen fabularnych, a każda została zrealizowana fatalnie. Reżyseria kuleje, ilekroć dana scena nie wymaga tylko krótkiego, statycznego ujęcia – więc za piękno obrazu mogę chwalić tylko skandynawskie plenery oraz operatora. To jest bolesny seans – w tym znaczeniu, w jakim telenowela może zadać ból, gdy w odcinku 2400 okazuje się, że ona tak naprawdę zabiła swojego syna i następnie zmieniła płeć. Pytasz tylko: „co do kurwy?” i zastanawiasz się, czemu w ogóle zacząłeś to oglądać. Chciałem ocenić wysoko, potem chciałem ocenić chociaż przyzwoicie, ale patrząc wstecz muszę zaakceptować prawdę: twórcy zamordowali ten obraz. W nim już nie ma tego życia, które było. Jeśli zacząłbym go oglądać drugi raz, to prędzej dostałbym zawału, niż go dokończył.

LE GITAN / THE GYPSY (1975)

22 września 16:00

Utwór przyciągający przede wszystkim Alainem Delonem oraz jego nieoczywistą relacją z człowiekiem, którzy cały czas na siebie wpadają. Zazwyczaj jest też policja w to zaangażowana. Alan Delon w pewnym momencie otwiera walizkę pełną pieniędzy i mówi: nie kradzione, jedynie od państwa. To jeden ze sposobów, w jakie zdobywa sympatię nie tylko widzów, ale i ludności wewnątrz historii filmu. Sam film pozwala sobie parę razy skorzystać z takich kwiatków, jak trafienie przypadkiem na lekarza, który z dobroci serca uratuje życie ściganemu człowiekowi. I nawet nie weźmie za to grosza. Wiecie, żeby film mógł trwać dalej.

Udany protagonista, kilka udanych scen akcji, kilka momentów, które zapamiętam – czy raczej jeden, czyli relaksujący wieczór w apartamencie. I książka z obrazkami. Piszę te słowa parę dni po seansie i nie mogę sobie przypomnieć kto przeżył.

UN ALLER SIMPLE / ONE WAY TICKET (1971)

22 września 18:15

Opowieść o człowieku, który jest młody i już był dwa razy w więzieniu. Wchodzi i wychodzi, został już skreślony przez wszystkich – teraz napadł z bronią w ręku i podczas ucieczki zabił policjanta. Leży w gipsie i jest torturowany – z jednej strony przez niektórych policjantów, z drugiej przez pewnego człowieka oferującego pomoc. Obie grupy chcą tego samego: aby bohater przyznał się przy okazji do innego morderstwa. I tak dostanie karę śmierci, więc co mu grozi? Protagonista ucieka więc przed torturami, aby pomóc przyjaciółce i wyjaśnić sprawę, nie mogąc zaufać komukolwiek.

Giovanniemu kolejny raz udaje się zdobyć sympatię widza wobec swojego głównego przestępcy z zasadami. Nie gra go Delon ani Belmondo, ale urok osobisty chłop ma im niemal równy. Intryga jest konkretna i każdy etap składa się w sumie z pojedynczej, dosyć długiej sekwencji – w szpitalu, w gabinecie, w porcie. Każda trzyma w napięciu i oferuje wiele angażujących elementów: co bohater powinien zrobić? Co może zrobić? Jak się z tego wywinie? I ma również wiele okazji, aby zrobić coś, by pogorszyć swoją sytuację i ulżyć sobie, może nawet uratować swoje życie. W końcu – nie ma nic do stracenia, zabiją go tylko raz. A jednak… Ma pewne zasady. I jest w tym spójny, wiarygodny. To nadal postać z filmu, postać większa niż życie, postać-symbol… Ale jednak symbol wiarygodny.

Tak naprawdę tylko jeden segment wydaje się dłużyć i wydaje się, jakby był zbędny, po prostu potrzebuje dużo czasu, aby dobrnąć do puenty. I była ona istotna, ale wydaje się, że powinni do niej dojść w lepszy sposób. A tak: świetne kino ze świetnym zakończeniem. Warto!

– Potrzebujesz jeszcze tej spluwy?
– To mój najbliższy przyjaciel. Lubimy się trzymać za ręce.

EL TREN FLUVIAL / THE RIVER TRAIN (2026)

22 września 20:30

Senny realizm – opowieść o dziecku, które trenuje taniec, ojciec jest głównym nauczycielem, a teraz młody usypia całą rodzinę i wsiada w pociąg, który zabiera go do dużego miasta, gdzie głos ze słuchawek obcego człowieka kieruje go w stronę hotelu i trafi na kobietę, która będzie jadła mandarynkę i się masturbuje… Ten tytuł jest trochę zbiorem momentów, a trochę udaje mu się przekonać, że w tym jest większa i szersza myśl, tylko nie zdążyłem na nią wpaść podczas oglądania. Albo twórcy mieli fantazję erotyczną, aby nagrać małe dziecko, aby wystąpiło w masce luchadores, stepując i co tam jeszcze – zaraz po owej scenie masturbacji starszej kobiety. I potem dorobili do tego film, który przecież nie musi być spójny i logiczny, jeśli wpisuje się w nurt sennego realizmu. Chyba wszystko jest możliwe.

Osobiście miałem przyjemność z odbycia tej przedziwnej, krótkiej podróży. I mam nadzieję, że dużo osób go zobaczy i kiedyś wróci do mnie z jakąś interpretacją.

THE DEBUT (2026)

23 września 08:30

Aktorzy, sztuka, zaangażowanie w fikcję, relacje między tym i życiem osobistym – Mona jest jedną z tych kobiet, których zadaniem było być w tle ludzi, którzy faktycznie żyli. A nawet jeśli nie uznajecie tego za „prawdziwe” życie, to zgodzicie się, że było bardziej przeżyte niż to Mony. Teraz siedzi w lobby teatru i czeka na swoją kolej podczas przesłuchań. Zaśpiewa pamiętając tekst, ale bez wczucia się w rolę, jej emocje będą schowane, więc nie dostanie roli… Do czasu, aż główna aktorka zrezygnuje, więc Mona dostaje telefon: ma swoją niewielką część na scenie. Nagle jest otoczona przez ludzi mówiącej jej, że jest wspaniała, oraz musi stawić czoła reżyserowi, który ją zniszczy, ale zrobi to w ciepły sposób.

Nie jest to „Whiplash” pod żadnym względem, ale są tutaj wspólne punkty. Mona nienadaje się na aktorkę i nie wie, co robi, na dodatek nie radzi sobie w ogóle z negatywnym zwrotem oceniającym jej dotychczasowe wysiłki podczas prób. Jednak nie jest on taki, jak możecie sobie wyobrazić – wszyscy jej mówią, że jest wspaniała, jedynie reżyser wszystkich puści wolno z wyjątkiem jej i będą pracować solo, co ją przerośnie. Reżyserowi i scenarzyście udaje się znaleźć sposób, aby wyśmiać środowisko artystyczne jak i je zrozumieć jednocześnie. Nie ma tutaj miejsca na krytykę – jest tylko praca nad sobą oraz pochwały. Wszystko podpada tutaj pod bycie procesem. Mona przechodzi przez wiele pomysłów, etapów i refleksji, ale żadna nie jest tutaj ostateczna, określająca ją i przekreślająca. Mona przechodzi przez bycie płatkiem śniegu, primadonną, snobką, melomanką, pępkiem świata i w końcu… Rodzi się na nowo. Jako prawdziwy artysta.

Przedstawiane tutaj jest jej życie prywatne, ale twórcy nie idą w stronę pokazywania, jak ono się nagle i drastycznie zmienia. Protagonistka nie przechodzi metamorfozy w kogoś, kim nie jest, wobec swoich dzieci i męża. Wróci po próbach zmęczona i pójdzie spać. Nie chodzi tutaj o nabranie pewności siebie i powiedzeniu mężowi, że ma się wynosić – raczej o odkrycie nowych kolorów życia, jakie to ma do zaoferowania. I cieszenia się nimi.

Kreacja Paula Giammetti to skarb – ciepły, prawdziwy, bezlitosny i ukrywający wszystkie swoje warstwy przed całym światem. W życiu bym nie pomyślał, że będę klaskać w kinie dla Julliane Moore, ale tak właśnie się stało – jest tutaj moment jej konfrontacji z reżyserem, w trakcie którego miałem nadzieję, że będzie pauza dla oklasków… I tak właśnie było. Dołączyłem się do nich. Niestety jednak – jako osoba, która nie jest fanem filmów, gdzie Jullianne Moore staje się Julianne Moore – The Debut dołącza do tej kategorii. Została obsadzona z jakiegoś powodu – i tym powodem jest fakt, że jej bohaterce w końcu odwali. Nie wiem, który raz to widzę, ale nie przekreśla to „The Debut”. Ma nawet to sens. Lubię jednak „The Debut pomimo to. I dlatego bardziej podkreślam udział Paula G. To dzięki niemu najbardziej udaje się ten list miłosny do sztuki i procesu jej powstawania. I zrozumienia, że sztuka nigdy nie jest ukończona, ona zawsze będzie żywa.

PS. Plus za choreografię odpowiada człowiek, który pracował przy Hamiltonie!

CLUB KID (2026)

23 września 11:30

Jakby John Carny (Once) zrobił film z gejem w NYC, który dowiedział się, że ma dziesięcioletniego syna słuchającego Cocteau Twins i Elliotta Smitha. Peter istnieje w biznesie organizowania imprez – nie wiem co prawda, na czym to polega, ale zmusza do brania dużej ilości twardych narkotyków. Chłopak istnieje w tym środowisku wiecznej zabawy: tańce, używki i codzienność prowadzona po linii najmniejszego oporu. Jedzenie na wynos, miejsce do życia odziedziczone po rodzinie, masturbacja do animowanego porno (o czym zdążycie zapomnieć do końca filmu) i przygodne sytuacje łóżkowe z ludźmi z Internetu. I na to wszystko pojawia się on: dziesięcioletni Brytyjczyk imieniem Arlo. Najwyraźniej nasz gej jednak miał raz w życiu stosunek z kobietą i wystarczyło. Matka popełniła samobójstwo, ojczym jest bardziej zainteresowany podpierdalaniem pieniędzy z pomocy socjalnej na dziecko, więc chłopak zostaje podrzucony z Londynu do Nueva York jak Kinder Niespodziankę do swojego oryginalnego ojca. Najpierw na dwie godziny, ale ciężko będzie go oddać. Po jakimś czasie Peter odkryje, że wcale nie chce go oddawać. Młody zmieni jego życie.

To jedno z tych kin, które rozkręca się dosyć krzywo przez te 10-15 minut, ale jak już złapie oddech, to mogłoby trwać i trwać bez celu, ponieważ tak genialnie się to ogląda. Nie potrzeba kierunku, gdyż wystarczy, że ta dwójka jest razem na ekranie. San Sebastian puszcza film oczywiście bez angielskich napisów, więc śmiech widowni nie raz zagłuszał kwestie postaci i nie szło uczestniczyć w momencie. Jest tutaj niestety/stety nieco więcej: film potrafi zamknąć widownię w tej krótkiej chwili, gdzie wszystko wydaje się możliwe w ten pozytywny sposób. Dzieciak trafia do Nowego Jorku i świat transów, nocnych klubów i muzyki techno otwiera się przed nim otworem, a gej z nałogami po prostu z dnia na dzień staje się czysty bez żadnych trudności. Nawet znajdzie partnera w szkole, gdzie pójdzie jego syn. Przy scenie grania na pianinie było jednak dla mnie jasne, że film będzie musiał jakoś się skończyć.

I to w sumie jedyny problem produkcji – opowieść trwa dalej i będą łzy, ale autor zamiast zacząć odkładać na drugą cześć opowiadał dalej i dalej, nie mogąc cały czas znaleźć konkretnego zakończenia. I tak naprawdę nie znajduje go w końcu. Mam jednak nadzieję, że za wiele lat otrzymamy kontynuację. Chcę zobaczyć, gdzie serce powiedzie tych bohaterów. I ich twórców. Śmiałem się, wzruszyłem, czego chcieć więcej? Lubię patrzeć, jak geje płaczą. A nieletni są wykorzystywani za darmo na dyskotekach.

Highlight roku: „Fucking beach” na ulicach NYC. I następująca zaraz potem przemoc wobec nieletniego. Piękne ujęcie.

THE LITTLE APARTMENT / EL PISITO (1958)

23 września 16:15

Nie mam wiele do powiedzenia: spokojna komedia o kamienicy, ludziach w długu i starej kobiecie na łożu śmierci, którą przekonują, aby wyszła za młodego chłopa. Wiecie: aby po jej śmierci jej rzeczy były bezpieczne, zamiast być przejęte z powodu braku spadkobiercy. W jakiś sposób to działa – i to nawet jako komedia, czyli bawiłem się cały czas – z historii, dialogów, energii bohaterów. Zdjęcia i reżyseria jest solidna, film bawi i nie zostawi mi w głowie prawie nic.

A jest naprawdę zabawnie, biorąc pod uwagę jeden moment znęcania się nad kotem. Jeśli wtedy się zaśmiałem, to film zrobił dużo rzeczy we właściwy sposób.

Była prelekcja, osoba obok mi przetłumaczyła – film jest częścią sekcji poświęconego problemowi mieszkaniowemu: podnoszono czynsz i ludzi nie było na to stać, więc tracili miejsce do życia. Po filmie też się szykowali do gadania, ale no, bez tłumaczenia to sobie mogą.

OÙ EST PASSÉ TOM? / WHERE DID TOM GO? (1971)

23 września 19:00

Według prelekcji był to pierwszy zaangażowany politycznie film Giovanniego i jego największa klapa finansowa – nigdy nie był wydany potem na nośniku i nie było w zasadzie możliwe go obejrzeć dopóki syn reżysera nie zrealizował rekonstrukcji. Czy to jest zaangażowane politycznie? W taki sam sposób, jak Uwe Boll chyba – tytułowy Tom jest wegetarianinem i nigdy nie strzelał. Jest bogaty, bierze udział w naradach i pokojowo wymienia zakładników z jakimś dyktatorem, a poza tym siedzi w górach z pieskiem i odpoczywa. Do czasu, aż usłyszy strzały – atrakcyjna kobieta wymyśliła sobie strzelać do rzutek. I uczy bohatera strzelać, bo jest atrakcyjna. A on nauczy się strzelać i wymyśli we śnie: trzeba zabić owego dyktatora. Po co się pierdolić pokojowo, jak można go zabić i uwolnić wszystkich zakładników od razu? Jakby Hitlera zabić odpowiednio wcześnie, to też byśmy uniknęli kłopotów.

A potem fabuła robi się jeszcze bardziej durna, ale przynajmniej pokazuje, że retoryka z przykładem Hitlera była żywa już tyle dekad temu. Są sekwencje zachwycające realizacją – wszystkie sceny w górach, jak schodzą stromymi zboczami, czuć to wszystko, jak ryzykowali życiem. Jest tutaj świetna scena pościgu samochodowego. I generalnie zasnąć nie zasnąłem, chociaż ciężko było oglądać, jak chłop na końcu uratował wszystkich, zamknął wszystkich złoczyńców, a oni: nie, nie chcemy, bo jeszcze naszą rodzinę wsadzą do więzienia w nasze miejsce. Tu chodzi o idee, nie odzyskanie wolności. Taka wolność to nie wolność. Chociaż z filmu wygląda, jakby wszyscy złoczyńcy byli już zamknięci. Z wielką wyrozumiałością widzę tutaj próbę zrobienia tego, co Szulkin w którymś ze swoich arcydzieł, ale… Kurczę, Giovanni powinien zaczął budować fundamenty pod taki finał dużo, dużo wcześniej, a nie nagle z tym wyskakiwać w ostatniej minucie.

Efekt? Głupi film, ale dobrze zrobiony. I nie nudzi.

PS. Jest tutaj też niestety chyba najbardziej brutalna śmierć zwierzęcia uchwycona na kamerze. Bohater niby strzela do kozła górskiej (?) i… Nie trafili. A zgaduję, że mieli trafić i zabić, ponieważ byli przygotowani na jej upadek, kamery ustawione idealnie, aktor stoi u dołu i ciało zwierzęcia miało mu spaść pod stopy. Ale nie trafił. Zwierzę skoczyło obok. Kamienie się obsunęły pod nim… i zginął przez upadek. Ja pierdolę. Potem są jeszcze sceny z korridy, ale to akurat ma pewien sens – pokazuje bestialstwo krainy, do której bohater przybywa, aby zabić dyktatora. Niech więc będzie.

FJORD (2026)

23 września 22:00

Rumuni przyjeżdżają do Norwegii z dziećmi. Wszystko fajnie – lokalni każą coś zrobić swojemu dziecku i ono ma wyjebane. Rumuni niemal po mormońsku wychowują swoje dzieci, każą im coś zrobić i one to robią. W szkole na ciele dzieci znajdują siniaki więc od razu zabierają im dzieci, dzwonią po Red Hot Child Protection i zaczyna się afera na cały kraj: czy wolno pacnąć własne dziecko?

Całość jest ekstremalnie wolna, nieudolna, niewiarygodna, sztuczna i wykalkulowana. Żaden motyw nie jest poprowadzony, cały czas tylko oglądamy oświadczenia za oświadczeniem bez reakcji czy umieszczenia go wewnątrz świata, między postaciami. Ktoś powie, że odebrali im dzieci, o ich nie lubią. Ktoś powie, że to prześladowanie na tle religijnym. Ktoś powie, że to przejaw nienawiści do obcokrajowców. Ktoś powie, ktoś powie, ktoś powie. Krytycy zadowoleni, łatwo im będzie napisać, o czym jest ten film i uzasadnić wysoką ocenę. Jest o tym, bo postaci tak powiedziały. I kończymy scenę, nie rozwijamy tego, nie zgłębiamy, zostawiamy. Zapytamy za to w następnej scenie postać ojca czy ten uważa, że rodzina to tylko związek kobiety z mężczyzną. I twórcy zachowują się, jakby to czegokolwiek dowodziło, że to porusza jakikolwiek temat, że jest komentarzem społecznym. Nie, nie jest. Jest prowizorką pod nagrody.

Chwilę przed pójściem na seans Fjordu widziałem na ulicy slogan nagłaśniający sytuację, że w San Sebastian eksmitowali 87-letnią kobietę, bo nie płaciła czynszu. I nawet jak ktoś obcy chciał zapłacić, to nie przyjęli – przejmują kamienicę, nowy właściciel, staruszka jest obecnie u policji. Straszne. O tym też zrobicie sztucznie zaangażowany dramat, po którym będę tylko żałował, że wzięliście się za ten temat? Temat jak temat, przestaje być szybko istotny. Problemem głównym jest teraz, że jestem zamknięty na sali z męczącym filmem, który nie ma nic do powiedzenia, a swoich bohaterów ratuje poprzez imigrację.

Nawet Mungiu nie jest w stanie zrobić udanego zdobywcy Złotej Palmy. To naturalny spadkobierca takiej Anatomii…, czyli masa niedojrzałych postaci podejmuje wymagający dojrzałości temat. Przez prawie trzy godziny. Tylko po to, aby zdobyć nagrody czy coś – bo przecież ten reżyser pokazał już nie raz, że umie podejmować ważne tematy w dojrzały sposób, co się więc stało?

Póki co:
1. Cztery miesiące…
2. Egzamin
3. Prześwietlenia
4. Fjord

LOVERS SLEEP ALONE (2026)

24 września 09:00

Niecałe półtorej godziny oglądania chłopa, jak jest zmęczony, pali fajki, jeździ rowerem, masturbuje się kilka razy, podejrzy gejów w lesie i z ukrycia przyjmie inhalację na astmę… I powtórzyć to wszystko wielokrotnie, może z wyjątkiem gejów w lesie, to akurat było chyba tylko raz. To jest chyba film o tym, że opiekuje się ojcem i mu ciężko, nie może spać, gdy tato leży i wymaga kompleksowej opieki i pielęgnacji. Zmieni mu pozycję, umyje, podłączy kroplówkę.

Nie ma tym rytmu czy czegokolwiek, co mogłoby nadal walorów oglądaniu. Z każdej strony bije potrzeba robienia filmu dla siebie, pokazania siebie, łącznie z tą masturbacją. Oczywiście chodzi o to, że robił to agresywnie i nie przyniosło mu spodziewanej ulgi, to był wyraz frustracji… Ale coś mi mówi, że są inne sposoby pokazania tego bez chwytania za penisa. Nie ma też żadnej spójności czy ciągłości – zadzwoni po karetkę i w następnej scenie wracamy do zmęczonej twarzy na rowerze. Chodzi o budżet? A jednak zobaczymy ojca w szpitalu leżącego, więc jednak mogli coś więcej pokazać. Zabieranie z pokoju czy coś, żeby był jakikolwiek łącznik między scenami, żeby zredukować chaos, jaki udało się w jakiś sposób osiągnąć w tym prostym filmie.

Domyślam się, że film był kręcony z ukrycia i zrobili, co mogli, ale to nadal jest film wymagający za dużo od widza w stosunku do tego, co mu daje. To film dla krytyków, nie regularnego widza, który w scenie masturbacji zobaczy tylko fakt, że ktoś nagrał swoją własną masturbację. Całość się kończy tym, że bohatera policja zgarnęła i zaprowadzili na najwolniejsze przesłuchanie na świecie. Dlaczego? Chodzi o to, że była kradzież i on akurat stamtąd wyjeżdżał autobusem, ale twórcy znaleźli najbardziej niejasny sposób, aby to przekazać, wcześniej odtrącając oglądającego najdalej jak mogą. I tak, na tym się film kończy. Co to miało wspólnego z czymkolwiek? Nic. Ale festiwale lubią narzekanie na rasizm. Zgarnęli go przez kolor skóry, widzicie. Może? Nie wiem.

SOUDAIN / ALL OF A SUDDEN (2026)

24 września 11:30

Trzy godziny i szesnaście minut. Pierwsza godzina jest o poznawaniu bohaterów i jedna z postaci zobaczy, jak druga wystawia mono-dramę pod tytułem: „Z bliska wszyscy są nienormalni”. Poznajemy tam miejsce pracy bohaterki: zakład opieki nad starszymi osobami, które już nie są samodzielne. I ma pomysły na działanie placówki, bez przedstawiania tak naprawdę działania tej placówki, jej pomysłów czy ogólnie na czym polega praca. Nie zobaczymy, aby pracowała. Minus.

Druga godzina to gadanie o teoretycznym działaniu i kierunku takiej placówki, że powinna być taka i taka. Osobiście patrząc z perspektywy osoby pracującej w zawodzie paramedycznym – jest to bardziej życzeniowe gadanie bez wizji kogoś, kto faktycznie widział na poważnie, jak działa takie miejsce. Osoba z demencją nie zadzwoni dzwonkiem o trzeciej w nocy i nie poczeka, aż przyjdziesz, żeby ciebie poinformować, że musi wyjść. Ona po prostu wyjdzie i się po drodze przewróci. Przyprowadzanie koleżanki na nocny dyżur i zapraszanie jej, żeby sobie popatrzyła, jak myjesz dolną część ciała pacjentki pod prysznicem… Nawet nie wiem, gdzie zacząć. Dopuszczam do siebie możliwość, że to są różnice kulturowe, ale ciężko mi sobie wyobrazić, aby takie gwłcenie czyjejś prywatności mogłoby być porządane w jakikolwiek sposób przez pacjenta, personel, rodzinę pacjenta czy nawet tę przyjaciółkę. Może to i miły moment pod względem filmowym, bo ludzie się dotykają i uśmiechają, ale całkowicie oderwany od rzeczywistości. Godzina na minus.

I gdzieś w trakcie tych dwóch godzin są dwie sceny trwające z 25 minut łącznie, jak gadają o kapitalizmie. Naprawdę. Jedna postać wysuwa tezę, że kapitalizm prowadzi do zmniejszenia populacji ludzkiej, a druga na to: jak to? I ta pierwsza to tłumaczy. A potem do tego wracają. Czy którekolwiek z nich umiałoby podać definicję kapitalizmu? Ani trochę. Ale gadają, oczywiście w oderwaniu od jakiegokolwiek kontekstu i tego, jak świat wyglądał przed wprowadzeniem elementów kapitalizmu na krótki okres ponad 200 lat temu w kilku krajach na tej planecie.

No i jest trzecia godzina, jak osoba umierająca na raka umiera na raka. I sobie gadają i cieszą się życiem i widownia się wzrusza. Standardowo, bo łączy się ze wcześniejszym gadaniem o szacunku do osoby chorej i jakim wyzwaniem się opiekować się taką osobą, ale tak naprawdę zapamiętam tylko jedną scenę: końcowego występu. Jakby połowa kamer w ogóle nie przewidziała takiego rozwoju wypadków, ale dali radę dotrzymać mu kroku.

A potem jest ostatnie kilka minut, które nie może się skończyć. I już, koniec z głowy. Przetrwałem. Dałem chusteczkę dziewczynie obok i wyszliśmy z sali.

Póki co:
1. Drive My Car
2. Happy Hour
3. Zło nie istnieje
4. All of Sudden

DEUX HOMMES DANS LA VILLE / TWO MEN IN TOWN (1973)

24 września 17:30

Człowiek, który spłacił dług wobec społeczeństwa – jeśli za taki uznamy odsiedzenie wyroku, pełnych 10 lat w więzieniu. Teraz ma pracę uczciwą, znajduje kobietę, ma nawet wsparcie byłego policjanta, który wybrał pracę z więźniami. Problemem jest tylko świat przestępczy, który nie chce mu dać emerytury. Oraz pewien glina, który jest przekonany, że nasz bohater knuje coś niedobrego.

Emocje oglądającego są prowadzone bezbłędnie – raz, że to Alain Delon, więc udaje mu się sprzedać postać przestępcy w romantyczny sposób. Jego pasja i niewinność w oczach – to człowiek, który naprawdę zaczął od nowa i nie powinien być oceniany za to, co już się skończyło. A przynajmniej tak oglądający chce wierzyć. Ilekroć jest jakiś mały detal, który policja może wykorzystać, widz w głębi ma nadzieję, że bohater nie wpadnie w ich pułapkę.

Jose Giovanni kolejny raz kreśli obraz o karze śmierci i zaognia w widowni płomień sprzeciwu wobec tak wyglądającej sprawiedliwości. Podkreśla śpiące osoby wśród osób, które zadecydują o życiu i śmierci. Sędzia bazgrzący podczas przemowy. Po raz kolejny protagonista przyznaje się do tego, do czego jest winny, ale ten chyba ma największe trudności, aby zachować zimną krew w ostatniej minucie. A to ujęcie z gilotyną – szczyt szczytów w karierze Giovanniego. Jedno z arcydzieł w historii kinematografii.

No to tego:
1. Dwoje ludzi z miasta
2. One Way Ticket
3. Cygan
4. Mój przyjaciel zdrajca
5. Hit Men
6. The Big Risk
7. Where did Tom go?

ESTE CUERPO MÍO / THIS BODY OF MINE (2025)

24 września 20:00

Pamiętnik osobisty, który wyraźnie nie zaczynał jako cokolwiek do pokazywania publicznego – pierwsze 10 minut czy więcej jest z ręki, kręcone w paskudny sposób i na dużym ekranie robi negatywne wrażenie (te wszystkie gigantyczne twarze). Dopiero później zatrudniają pomoc od trzymania kamery, później kamer w liczbie mnogiej, ale to nadal do końca pozostaje prywatne nagranie. Niby jest to rejestr doświadczenia zmiany płci, ale nie ma tutaj wiele treści czy informacji. Smaruje się kremem z testosteronem, załatwia jakieś formalności prawne jeden czy dwa razy, pomyśli kilka razy nad swoim strojem, raz się ogoli… Nie ma tego dużo. Nie ma opowieści o tym, czemu to robi, co to znaczy, nic z tych rzeczy.

Jednak sala była wypełniona emocjami ludzi, którzy uczestniczyli w tej podróży. Ona dla nich coś znaczy, oni znają tych ludzi, może nawet to będzie coś znaczyć dla tych, którzy sami przechodzą lub przechodzili przez tranzycję. Zakładam, że tak jest, ale tego nie wiem – dla całej reszty widowni to zapis podróży obcego człowieka, gdzie zmiana płci jest przedstawiona niczym zmiana fryzury. Nie ma słowa o tym, że obcy nie mieli pewności jakiej jest płci i przekręcali mu zaimki, albo że go babcia nie poznaje czy sztrocuje za wymysły – zmiana płci nie ma tutaj w ogóle żadnej wagi. To tutaj jest, ale jakby tego nie było. Oglądamy po prostu ludzi cieszących się, że są razem. Sam bohater od początku ma swoją sympatię, która go wspiera aż do końca seansu. I mam nadzieję, że ta miłość będzie wieczna. To tego typu tytuł. Takie rzeczy oferuje.

Niemniej – uważam, że to powinno zostać prywatne. W najbardziej skrajnym przypadku: wypuśćcie ten vlog na YouTubie. Festiwale filmowe, kino komercyjne, płacenie wam za oglądanie tego? To już inne rejony.

LE CLAN DES SICILIENS / THE SICILIAN CLAN (1969)

24 września 22:30

Przestępca ucieka z więzienia – ale zanim to nastąpi, poznał w celi zwykłego człowieka, który popełnił zbrodnię z pasji i powiedział za dużo. Teraz nasz bohater wie niemal wszystko o pewnym sklepie jubilerskim wartym miliony. Teraz tylko potrzebuje ekipy, gdy policja jest ledwo dwa kroki za nim. Wyzwaniem jest przyjąć jego propozycję. Wyzwaniem jest mu zaufać. To nie będzie prosta sprawa.

Nie jest to film, który Giovanni reżyserował – i mogę tylko napisać, że ten reżyser chyba lepiej sobie radzi w sekwencjach akcji. W jakiś sposób są one bardziej immersyjne niż to, co widziałem u Jose. Ta ucieczka po pobycie u prostytutki, jak Alain Delon skacze z okna jednego budynku do drugiego rozwalając to drugie po drodze – przecież lata później dopiero trzeci Bourne to przebije! Jak akcja opowiada tutaj fabułę, jak klarownie jest przedstawione wszystko, w pełnym napięciu – no miodzio. Ta sytuacja u fotografa – tylko podziwiać poziom rzemiosła, jaki mają ci twórcy. Znakomity, znakomity heist-movie. Jak dokończę do końca, to pewnie będę stawiał ponad remake „Ocean Eleven” Soderbergha.

Przerwałem seans jakieś 40 minut przed końcem, bo powiedziano mi, że odbywa się impreza dla dziennikarzy, więc stwierdziłem: dokończę po powrocie z San Sebastian. Imprezy nie było – może była innego dnia, może dopiero będzie – ale za to zobaczyłem samicę robiącą przysiad między samochodami. Tak się zaczęła moja przedostatnia doba na festiwalu. A gdy wróciłem do kapsuły, to akurat wprowadzały się jakieś zwierzęta. Rzucali walizkami i śmiali się przez pół godziny chyba. Po odgłosach trudno było ocenić, czy są to faceci i można ich po prostu wypierdolić na ulicę, czy też są to drobne kobiety. Albo co gorsza, grube kobiety. To moja kara za nieoglądanie filmu do końca.

WILD HORSE 9 (2026)

25 września 09:15

Rok 1973, Chile. Przedstawiciele CIA (Sam Rockwell i John Malkovich) jadą na Wyspę Wielkanocną. Rodzima nazwa to Rapa Nui, ale Malkovich ma na to wyjebane, a Rockwell chce być dobrym przyjacielem i wspiera starszego kolegę po fachu. A nie jest to łatwe: Malkovich jest dupkiem i zapomina, co powiedział, innym czasem przestaje nad sobą panować. Czasami celowo, czasami nie. Przeżył dużo i ma wiedzę o tym, co naprawdę się działo w kluczowych momentach historii licznych krajów. Teraz są na misji. Nie wiemy jakiej, ale bohater grany przez Rockwella jest ma jedną robotę więcej. Brzmi znajomo? Spokojnie: reżyser ma świadomość, że raczej widzieliście In Bruges.

– Zabijałem ludzi w krajach, których nawet nie umiesz przeliterować.
– Zabijałeś ludzi w krajach, których nie umiem przeliterować? Wymień chociaż jeden.
– Czechosłowacja.

To film o przyjaźni. O ukrytej historii i kształtowaniu historii przez czynniki wyższe: rządy, jej agentów, ich cele. O wpływie na to, jak nasze życie będzie przebiegać. O naszych wyborach i do jakich konsekwencji prowadzą. O czynieniu zła w imię wyższego dobra. O tym, jak owe wyższe dobro może być definiowane i jak nie łatwo jest je faktycznie ocenić: jest tylko wymówką czy jednak faktyczną prawdą? To jest z całą pewnością fantazja na temat niektórych zagadek współczesnej historii – co się wtedy naprawdę stało? Film przytłacza swoje postaci świadomością tego, jaka jest prawda. I tym, że ta prawda wcale prawdziwa być nie musi, jedynie ONI chcą, byśmy w nią wierzyli. Oraz w końcu tym, że owa prawda jest jak najbardziej prawdziwa. I jesteśmy wobec niej całkowicie bezsilni. Albo znowu: ONI chcą, byśmy tak myśleli.

Ale tak, to przede wszystkim film o przyjaźni. Stąd liczne rozmowy o niczym, gdzie nie liczą się właściwe słowa, jedynie reakcje na nie, stosunek jednej postaci do tego, co ona mówi. Biorąc scenariusz tego filmu, broni się on w każdy sposób – jeśli nie będzie on analizowany w każdej szkole scenopisarstwa do końca istnienia kina, to celem owych szkół nie jest faktyczna edukacja. Szczególnie każdy student powinien umieć zwrócić uwagę, jak każda z postaci ma własną stronę wśród wydarzeń na ekranie. I gdy Malkovich prosi Rockwella, aby wybrał stronę, to widz ma świadomość: Rockwell ma swoją własną, trzecią stronę. A jest ich jeszcze kilka w tej historii. To film o przyjaźni. Nie ważne, czy męskiej lub żeńskiej, ale o tym, co jesteśmy w stanie zrobić dla siebie i drugiej osoby. I twórcy dają swoim postaciom przypomnienie: mamy możliwość wpływać na historię. Mamy wpływ na własne życie. Nawet jeśli tylko na krótką chwilę. Każdy w tym filmie miał wpływ na to, jak odejdzie w stronę zachodzącego słońca.

McDonagh pokazał po raz kolejny, że jest wysokiej klasy scenarzystą – konstrukcja, dialogi, rytm, refreny swojej historii, jak zacząć, jak rozwinąć, jak rozpisać, jak skończyć, jakie postaci stworzyć, jakie relacje między nimi zbudować: umie wszystko. Aktorzy pewnie też są szczęśliwi i tworzą raz za razem wspaniałą kreację, gdy z nim pracują. McDonagh jest jednak też reżyserem – i jest w tym oczywiście dobry, ale ma braki. I mam nadzieję, że zda sobie z nich sprawę. I idealnie by było, jakby jeszcze wrócił do WH9 i je przemontował, ale niech chociaż przy kolejnym filmie pamięta: film to nie tylko scenariusz. Jest tutaj jeden bardzo ważny moment, który na papierze nie jest najważniejszy, ale podczas oglądania jasne jest, że to centrum i kulminacja filmu. Albo chociaż jego bardzo ważna część. To wtedy, gdy Sam Rockwell zaczyna iść w górę – kto nie pomyśli wtedy o „Fool’s Gold” w Dobry, zły i brzydki? Komu nie będzie żal, że ten spacer nie jest taką audiowizualną eksplozją, jaką mógłby być? Wszystkie nuty fabuły mogłyby wtedy wybrzmieć, aktorzy mogliby mieć swój moment, kompozytor miałby pole do popisu… A tymczasem McDonah tego nie widział. Nie zauważył okazji do wstępu przed finałowym dialogiem. Nie wykorzystał tej okazji i ja widziałem ten brak. Czułem ten brak. Finał nadal jest doskonały i poruszający, ale… Mógłby być taki, jaki słowa nie opiszą. Nie w scenariuszu, nie w recenzji. Tylko obraz jest w stanie to zrobić. Za to w końcu kochamy kino.

Wielki film. Wielki scenariusz i aktorzy. Cała reszta też może być wielka. Następnym razem?

PS. Kto zgadnie, jaka piosenka Rolling Stones leci na napisach końcowych? Tak, dokładnie: *** ** ****.

SURPRISE FILM (INK, 2026)

25 września 11:30

Seans niespodzianka, którą zdradzono co najmniej jeden dzień wcześniej. Stoję w kolejce po kawę dla mediów i włączam Instagrama, a tam post na koncie festiwalowym. Obstawiałem nowego Inarritu, ale cóż – tak przynajmniej obejrzałem coś, co bym nigdy sam z siebie nie włączył. Nowy Danny Boyle? Lubię parę jego filmów, ale na nowy bym nie pobiegł.

Teraz pochyla się nad powstaniem gazety w Wielkiej Brytanii – czy też jej drodze na szczyt. Zaczyna się od rozmowy, gdzie Robert Murdoch oferuje nowemu pracownikowi czego tylko zamarzy, byle tylko stworzył gazetę jego marzeń. Zbierają ekipę i pracują numerem – wszystko zmierza w stronę pytania o cenę, jaką kosztuje sukces w tej branży. Osiągną najlepsze wyniki – ale czy było warto? I chyba nie będzie zaskoczeniem, że film nie daje rady zasłużyć na stawianie takich pytań.

Ink ma energię i włożono wiele wysiłku w jego montaż, ale jednocześnie złapałem się na tym, że oglądam go niejako na auto-pilocie. Historia leci po znajomej ścieżce, ale nie ma tutaj związku przyczynowo-skutkowego, nie widać efektów działań bohaterów – a raczej jest on osiągany tak po prostu. Jest dużo gadania, że „musimy być bardziej”, a potem następuje montaż, gdzie jest większa sprzedaż. Nie ma w tej historii za bardzo bohaterów, którzy podejmują jakieś działania, mają wpływ na cokolwiek. Gadają, a historia toczy się tak, jak mogliśmy się spodziewać.

Dramaturgia kręci się wokół łamania zasad i podejmowania coraz większego ryzyka, za którym nie stoją prawie żadne konsekwencje – a te, które są, nie są jasno połączone z działaniem bohaterów. Więcej seksu, więcej łamania obyczajów, więcej sprzedaży. Wszystko to w kontekście konkurencji, która po prostu istnieje, najwyraźniej nie robi tego, co nasi bohaterowie… I mają większe wyniki. Oraz stabilną sprzedaż. Nawet na samym końcu ledwo obniżają loty. I film zachowuje się, jakby był to początek upadku kultury współczesnej, łącząc losy gazety aż do teraźniejszego Trumpa, Muska i innych figur kultury, które… No właśnie, macie o nich zdanie? Film dobrze wie, jakie macie o nich zdanie. A tymczasem media robiły syf jeszcze w czasach Hearsta, jak zniszczyli karierę Fatty’ego Arbuckle’a? Był oskarżony o morderstwo i pomimo niewinności prasa doprowadziła do jego upadku. Zresztą, wcześniej był Thomas Jefferson i afera wokół jego kobiety, która była ciut za młoda na bycie w związku. Nie, to co innego? W jaki sposób?

Danny Boyle ani jego scenarzysta nie wydają się zdolni, żeby się do takich pytań odnieść. Są gotowi mówić. Nie są gotowi na dialog lub przygotowanie się, zanim zaczną mówić. Tak się robi w kulturze współczesnej od prawie dwóch dekad. To o wiele istotniejsza część współczesności niż pojawienie się fotografii nagich piersi w prawie poł wieku temu.

LA BOLA NEGRA (2026)

25 września 16:00

Ledwo przed filmem zdążyłem wrzucić relację o kwestii języka i tym, że San Sebastian to tak naprawdę lokalny festiwal dla lokalnej publiczności tylko i wyłącznie – a tutaj idę na film hiszpański bez angielskich napisów. Była o tym informacja, tylko oczywiście komu by przyszło do głowy sprawdzać takie szczegóły na międzynarodowym festiwalu dla międzynarodowej publiczności? To tak, jakby kupować w Polsce film na nośniku fizycznym i nie umieszczać tam polskich napisów czy lektora. To po prostu nigdy nie będzie akceptowalne i tak jest w tym przypadku. To ogólnie przesądza moją ocenę samego festiwalu.

Po upewnieniu się u obsługi, że napisów nie będzie wróciłem na salę i potraktowałem to jako eksperyment. Zdążyłem zobaczyć wystarczająco dużo aby wiedzieć, że brak napisów nie jest czymś, co mi… Przeszkadzało? Nie mogłem zrozumieć tego, co mówią, ale język filmowy nadal obowiązuje, więc obejrzałem całość. Co mogę napisać?

Reżyseria jest przeciętna w swoich szczytach. Większość ujęć jest banalna i nikt nie nadał im większej motywacji – kamera ma być wycelowana w aktora, który mówi, wystarczy. Są potencjalnie intersujące momenty pod względem wizualnym, ale kamera właśnie to lekceważy – jak choćby scena tańca w tłumie, pokazana od szyi w górę. Długie ujęcie, dużo się dzieje i ledwo to widać. Do tego shallow focus, aby kierować uwagą widza, jak to mają w zwyczaju słabi reżyserzy. Ci chociaż trochę lepsi komponują kadr, aby kierować uwagą widza – tutaj tego nie stwierdziłem.

Niestety mam też podejrzenia, że fabuła nie jest czymś spektakularnym, więc nie spodziewam się czegoś więcej, gdy już powtórzę film, jak będzie na VOD czy coś. To też dosyć skromny rozmach – 90% filmu to gadanie dwóch aktorów w pomieszczeniu czy coś w tym stylu. Niemniej – obejrzałem całość do końca. To zasługuje na jakieś wyróżnienie. I mam nadzieję, że organizatorzy będą do końca życia wielokrotnie każdego dnia przepraszać twórców za takie promowanie ich obrazu.

EL FANTASMA (2026)

25 września 19:45

Low-key komedia o artystach, w której przenika się to co prawdziwe z fikcją – jest to niejako zgłębianie tematu życia artysty, który zmarł młodo i zniszczył większość swojego dorobku, ale to też również zabawianie współczesnych artystów, którzy nie są zbyt ogarnięci życiowo. W tym udawanie przed jednym, że to on tworzy ten film.

Efekt jest dezorientujący i miałem problemy, żeby się wczuć w konwencję czy zamiar twórców. To nadal otwarcie film, nie jest dokumentem kręconym z ukrycia ani nic, nadal oglądamy film wewnątrz faktycznego filmu, ale jednocześnie ów artysta najwyraźniej jest naprawdę tym artystą, gra samego siebie. Może to kwestia kulturowa, że nigdy nie słyszałem nazwisk przytaczanych na ekranie i stąd nieporozumienie, ale uważam, że twórcy mogli zrobić lepszą robotę. Efekt jest niezręczny i nieporadny w swoim przesłaniu, a przecież koniec końców to jest zwykła komedia z pseudo-artystów, którzy kręcą film intencjonalnie rozmazany.

BIAN JING / BORDER (2026)

25 września 22:30

Kolejny film puszczony bez napisów angielskich, tylko język azjatycki i napisy hiszpańskie. Z tym, że to film, gdzie postaci głównie stoją nieruchomo i patrzą przed siebie albo na kogoś, więc że brakuje napisów zorientowałem się po 10 minutach. A że trwa godzinę, to spróbowałem do końca… Byłem tak zmęczony, że znalazłem się na granicy wyjścia z sali – na szczęście jakiś dziadek zaczął się kręcić próbując znaleźć wyjście. I znalazł każdą ścianę, zanim znalazł drzwi (już z moją pomocą), co jakoś zaangażowało salę i pozwoliło wytrzymać te ostatnie minuty.

O czym jest ten film? A żebym ja to wiedział. Powiedzą do siebie z 15 zdań przez cały film. On jest masturbowany przez starego dziada, ale spotka prostytutkę, która postanowi skończyć z ulicą, on się zakocha, tamten dziadek będzie zazdrosny, zginie i chyba będą mieć dziecko z tą prostytutką, bo ostatnie ujęcie to jakiś niemowlę.

Niby jest to porządnie reżyserowane, niby jest rytm w montażu, ale i tak tego nie da się oglądać. Twórcy wyraźnie nie mieli pojęcia, jakie to będzie robić wrażenie, ponieważ niektóre ujęcia wyglądają jak z horroru – chłop leży na łóżku, ujęcie na jego spodnie: wewnątrz są czyjeś ręce. Chłop patrzy w górę. GIGANTYCZNA GŁOWA STAREGO CHŁOPA wypełnia ekran. Onanizuje go i to chyba wyraz czułości czy coś, ale gdyby nie brak muzyki, to byłby klasyczny jump-scare. Później też jest podobna sytuacja, jak kobieta patrzy w dal. I nic tam nie ma. Wracamy do kobiety. Wracamy do oddali – I TAM STOI CHŁOP. BARDZO BLISKO. WRĘCZ DWA METRY OD NIEJ. WYŁONIŁ SIĘ SPOD ZIEMI. PUTA! Znów brak muzyki ratuje spodnie przed ubrudzeniem.

Do tego ujęcie onanizowania członka. Tylko tego członka widzimy i trwa to tyle, że naprawdę się spodziewałem zobaczyć ejakulację, ale doprowadziła go tylko do erekcji i na tym skończyliśmy. Co my robimy na tych festiwalach filmowych…

Puenta: film masakrycznie nudny.

EL MAL HIJO / THE BAD SON (2026)

26 września 09:15

Ojciec, który zawsze jednak się pojawi – spędza czas z dzieckiem i pije alkohol przy okazji. Czy faktycznie można na nim polegać? Kim będzie jego syn? Chyba w tę stronę idzie ten film, tylko niestety efekt przypomina zbiór luźno połączonych – jeśli w ogóle – scen, które są dosyć obojętne podczas seansu. Teraz pamiętam jedynie pojedyncze momenty, gdy muzyka była głośna (wyswobodzenie zwierząt)… I to tak naprawdę wszystko. Monotonny, kiepsko zrealizowany obraz.

JOSEPHINE (2026)

26 września 12:00

Tytułowa bohaterka ma osiem lat i ojciec nie chce, żeby się bała. On źle śpi, więc razem oglądają piłkę nożną i biegają w niedzielny ranek. Jo biegnie po parku swoimi drogami, przez co zostaje sama – i do tego świadkiem gwałtu. Widzi biegaczkę wchodzącą do szaletu, za nią wchodzi facet, słychać krzyki, ciąg dalszy ma miejsce na trawniku na zewnątrz w zasięgu wzroku Jo: uderzenie w głowę, trzymanie za szyję, ściąganie ubrań, obnażanie ciała, penetracja. Wszystko z dystansu, bez typowo festiwalowych detali. Ojciec odnajduje córkę, gwałciciel zostaje złapany z udziałem policji. Problem tylko w tym, że Jo nie rozumie tego, co zobaczyła. A rodzice nie umieją z nią o tym rozmawiać. Więc nasza bohaterka zaczyna rozumieć to po swojemu. I wyciąga wnioski.

Nie mamy do czynienia z filmem, gdzie każdy jest mądry na trudny temat. Nie jest też głupi. Nie jest też zdolny do powiedzenia czegoś zaskakująco mądrego w swojej prostocie (np. „Akceptujemy miłość, na jaką myślimy, że zasługujemy”). „Josephine” idzie w stronę dojścia do celu poprzez błędy, pomyłki, improwizowanie, próby i przede wszystkim różnymi ścieżkami. Jo będzie mieć kontakt z wieloma osobami, ale też sama będzie próbowała coś zdziałać. Temat gwałtu jest w końcu trudny – seks nie jest tak młodej osobie znany, a co dopiero różne odmiany seksualności: czy dziecko może zaświadczyć, że to był gwałt, a nie, że ona tak właśnie lubi? Ogólnie to film, w którego odbiorze pomaga obejrzenie tylu odcinków SVU, co ja – chociaż akcja dzieje się w San Francisco, to łatwiej wypełnić luki narracyjne (czemu ofiara nie wniosła oskarżenia i przeniosła się do innego miasta?). Jasnym też jest, gdzie może historia pójść, jak dziecko zacznie się uczyć pozornie właściwych lekcji – jak „jeśli czegoś nie chcesz i ktoś ciebie do tego zmusza, to masz moją zgodę, aby tę osobę zranić”. Tylko jak potem takie dziecko zaciągnąć na badania krwi?

Od pierwszego ujęcia kamera trzyma się perspektywy dziecięcej i to dopiero początek przeróżnych pomysłów, jakie twórcy mieli. Zaskoczyli mnie nieraz samymi ideami jak i ich wprowadzeniem w życie – każdy jest warty odkrycia. Zaskoczyli też samą narracją – czego się tak naprawdę dowiadujemy o rodzicach Jo, a czego tylko się domyślamy? Jak wygląda ich perspektywa? Nie są to rzeczy z pierwszego planu, ale jednak są tutaj przedstawione i można poczuć np. stanowisko ojca Jo, dlaczego zaczął się bać. Wszystko to pomaga opowiedzieć historię ludzi, którzy nie znają odpowiedzi – ale do tego dążą. Z miłości.

Ostatecznie film wygrał mnie podczas jednej, bardzo odważnej i ryzykownej sceny – na jednym ujęciu, które nawet niekoniecznie musiało być pojedyncze. Mam przez to na myśli, że nie zorientowałem się od razu, że będę oglądać jedno ujęcie i nie jestem pewny, czy zaczęło się ono wtedy, gdy myślę, że się zaczęło. To wyjaśni dopiero powtórka. Nie napiszę, co ona zawiera, ale wymaga i angażuje wiele postaci, większość widzimy tylko przez moment, ale prowadzi ona do przekonującej rezolucji. Film przekonał mnie, że ta wyboista droga doprowadziła ostatecznie do tego, że Jo zrozumiała życie, swoje miejsce w nim i… ciąg dalszy nastąpi? Kolejny raz na tym festiwalu mam ochotę zobaczyć po latach ciąg dalszy jakiegoś obyczaju. Wcześniej był „Club Kid.

A Professora de Francês (2026)

26 września 16:00

Niedorzeczna rzecz. Tytułowa nauczycielka spotyka orientuje się, że jeden z jej uczniów już zna język. Oraz jest jakimś mesjaszem, który leczy nieuleczalnych. I jest demonem. I to w ogóle to jakaś wariacja nt „Dziecka Rosemary”, tylko nieudolna. Aktor grający owego mesjasza daje z siebie wszystko, ale kamera całkowicie przekręca jego występ, przez co efekt jest komiczny. Muszę przyznać: widziałem potencjał i że istnieje szansa, że ten film mógł się udać, ale kiedy zamiast przejmującego występu dostajemy zbliżenie na jego wytrzeszcz oczu czy ślinę na ustach, to ciężko to traktować poważnie.

Reszta filmu jest podobnie niechlujnie zrealizowana. Żadna scena nie ma sensownej, wiarygodnej puenty – zamiast tego widz cały czas pyta: „And… what’s next?”, ale zamiast tego idziemy do kolejnej sceny, niespójnej z poprzednią. I ta dla odmiany będzie wyglądać, jakby to był sen bohaterki i zaraz się obudzi, ale nie – to serio się dzieje i widz ma to kupić, te absurdalne dialogi, te niedorzeczne zachowanie postaci…

Raczej zaśniecie przed końcem, jeśli już włączycie.

JUSTE UNE ILLUSION / JUST AN ILLUSION (2026)

26 września 18:45

Jakoś 1982 rok, Francja. Fabularnie film was nie zaskoczy za bardzo – główny bohater przygotowuje się do swojej bar micwy i podoba mu się koleżanka, z którą przygotowuje prezentację do szkoły. Ma starszego brata, który słucha rocka i przez to protagonista nie ma przestrzeni dla siebie. Ma rodziców, którzy pracują. Ma kolegów, z którymi próbuje wypożyczyć kasetę VHS z porno. Dozorca budynku też będzie istotny. Oraz rabin, który przychodzi na nauki. Nie ma w tym wszystkim czegokolwiek, czego jeszcze nie widzieliśmy – ale jest fantastycznie zrealizowane, opowiedziane, wymieszane i ma pełno czaru.

Tak, poszedłem podczas festiwalu w San Sebastian na francuski film, który jest w Polsce dostępny do wypożyczenia na VOD – ale raz, że nie było w tym czasie nic innego, a dwa, że poza festiwalem i tak bym go nie obejrzał. Trzy: wydawał się przyzwoitym filmem. Zaryzykowałem. I jak na początku poleciał The Alan Parsons Project to wiedziałem, że będzie to udany seans. Trochę tylko zajęło pozwolenie sobie, aby polubić to aż tak, jak wskazuje końcowa ocena. A uzasadnienie? Cóż: to połączenie uśmiechów, tańca, radości, szczęśliwych momentów. Wyskakiwanie przez okno z bratem, uśmiech kobiety cieszącej się na twój widok, łzy rodziców czujących dumę. Tego typu rzeczy.

Nie będzie to film dla wszystkich. Czy szczęście w fabule jest naciągane? Cholera – jednym z ważnych jej elementów jest wygranie na loterii! Czy pierwsza miłość bohatera jest po prostu urocza i uśmiechnięta? Nie do końca, bo jeszcze chce wkurzać ojca oraz walczy o jakieś aktywistyczne rzeczy, do tego jednak bohater zapracowuje na jej względy – ale patrząc na to od jej strony tego już się nie czuje. Niektóre elementy fabularne też się nie spinają – pewna kaseta nie zostanie znaleziona (na jak długo ją wypożyczyli?!), pewna osoba bezrobotna pozostanie bezrobotna… Chcę powiedzieć, że da się do tego i tamtego przyczepić. Nie każdego serce tak się połączy z ekranem podczas oglądania – ale moje się połączyło. Za dużo tego tutaj wszystkiego było, żeby w końcu mnie nie przełamać. I jestem pewien, że przełamie jeszcze wielu kolejnych.

Tylko ten dzieciak mógłby być brzydszy. Nie aż tak jak ja, ale no… W końcu dziewczyna go na początku nie chciała, więc powinien być… Zwyczajniejszy. A nie, że jest jaki jest, to jeszcze kradnie szminkę, a i tak ją zdobywa na koniec? Ech.

GA-NEUNG-HAN SA-RANG / POSSIBLE LOVE (2026)

26 września 21:30

To może być film, który muszę sobie przemyśleć. Jakąś analizę zobaczyć czy coś, jak już film wypłynie na świat – czy też mam nadzieję, że to jest tego rodzaju film, że jeszcze nie dostrzegam jego błyskotliwości, a wspominanie o Kieślowskim i jego Dekalogu… Nie widzę tego, tak po prostu.

Film podejmuje temat zwolnień wśród ludzi pracujących oraz bogactwa i luksusowego życia ludzi, którzy nie pracują. Jest bardzo stopniowy i bierze dużo czasu, aby przejść do puenty. Wiele razy powtarza coś, co wydawało mi się wszyscy powinni pojąć dosyć szybko. Na dodatek ma retrospekcję, która zachowuje się, jakby to było odkrywanie tajemnicy w filmie Shyamalana. Mamy biednych ludzi goszczących elitę. Mamy żonę bogatego człowieka, która z nudów robi zaangażowany społecznie dokument, chociaż nie robi nic jako reżyser, po prostu jest przejęta i włącza kamerę, nie ma poczucia prywatności i czuje ekscytację na widok łez i objawów załamania nerwowego. A jej mąż lewituje ponad wszystkim, niedotykalny w jakikolwiek sposób.

Na początku protagonistka wspomina, jak na nią matka w dzieciństwie nakrzyczała za mycie samochodu. Pod koniec filmu widzi własne dziecko ze szlaucha w ręku. Myślę, że większość widzów da radę połączyć kropki. Nawet myślę, że dałem radę zrozumieć zachowanie bohaterki na koniec filmu – że odebrała bogatemu prywatność i coś, co należało jedynie do niego. I to jej się udało. Gdzie w tym jednak przewrotna wybitność metafor Dekalogu? Gdzie w tym w ogóle cokolwiek szczególnie istotnego do powiedzenia? To są banały. Proste uproszczenia rzeczywistości trwające 2 i pół godziny. Doskonale zrealizowane i opowiedziane, ale jednak zmierza do puenty, którą przewidziałem w ciągu pierwszej godziny. Lee Chang-dong dawał z siebie dużo więcej do tej pory.

No to tego:
1. Miętowy cukierek
2. Oaza
3. Płomienie
4. Possible Love
5. Green Fish