Horrory lat 1940s

Horrory lat 1940s

20/10/2026 Blog 0

W tym roku przypominam i nadrabiam filmowe lata 40, wstawiając na bloga rankingi najlepszych filmów i dwóch seriali z poszczególnych roczników tej dekady. Horrory jak zawsze zasługują na swój własny temat.

Kolejna dekada i kolejna konsternacja: co horrorem jest, a co nie? Mój ulubiony film Halloweenowy tej dekady chyba nigdzie nie jest wymieniony jako horror chociaż, ale ja w ostatni dzień października mam zamiar przypomnieć sobie Arszenik i stare koronki. Nie ma elementów nadnaturalnych, więc nie dziwi mnie brak oznaczenia jako horror, ale – zabawa ze śmiercią? Zabawa z powodu śmierci? Odkrycie prawdy o słodkiej części twojej rodziny? Boris Karloff Raymond Massey w roli brata? Jesień? Czarno-biały obraz? Ten film ma w sobie wszystko, czego miałbym wymagać od filmu na Halloween – dodatkowo jest tak czy siak jednym z moich ulubionych filmów w historii. CHAAARGE!!!

A dalej nie jest wcale mi łatwiej. Adaptacje Conan Doyle’a? Portret Doriana Graya? Tak, to są najlepsze horrory dekady najwyraźniej. Niespodzianek jest więcej – czy to odkrywanie, że filmy o Potworach ze studia Universal mają pewną ciągłość fabularną: oglądam film o Draculi i okazuje się, że to kontynuacja filmu o Wilkołaku. Film o morderczym kocie okazuje się być wyraźną inspiracją dla Psychozy Hitchocka. I jednak Peter Cushing wcale nie był pierwszym „poważnym” aktorem horrorowym, którego wyróżniam w tej kategorii – przed nim Boris Karloff nie tylko nominowałem do roli roku w 1945, a nawet wygrał.

Wiadomo raczej, czego się spodziewać – nawet jak były trochę ambitniejsze, to nie były robione ze świadomością wydobycia tej głębi. Niemniej przychodzi jesień, ja się budzę nad ranem i zdążę zobaczyć jakiś horror z tamtych czasów. Trwający jakieś 70 minut. Zawijam się w kołdrę, piję herbatę, zapalę świeczkę i zaczynam tak dzień, zanim słońce wstanie. I przede mną jeszcze trochę oglądania mam. Mam nadzieję, że za rok lata 30 dadzą mi taką samą frajdę.

MÓJ TOP

  • U progu tajemnicy, 1945
  • Porywacz ciał, 1945
  • The Leopard Man, 1943
  • Frankenstein spotyka Człowieka Wilka, 1943
  • Uninvited, 1944
  • Isle of the Dead, 1945
  • Queen of Spades, 1949
  • Seventh Victim, 1943
  • The House of Fear, 1945
  • Wilkołak, 1941

RYM

  • I Walked With a Zombie, 1943
  • Dead of Night, 1945
  • Cat People, 1942
  • The Body Snatcher, 1945
  • The Queen of Spades, 1949
  • The Leopard Man, 1943
  • Carnival of Sinners, 1943
  • The Seventh Victim, 1943
  • The Uninvited, 1944
  • The Picture of Dorian Gray, 1945

FILMWEB

  • U progu tajemnicy, 1945
  • Abbott i Costello spotykają Frankensteina, 1948
  • Portret Doriana Graya , 1945
  • Porywacz ciał, 1945
  • Doktor Jekyll i pan Hyde, 1941
  • The House of Fear, 1945
  • Wilkołak, 1941
  • Perła śmierci, 1944
  • Sherlock Holmes twarzą w twarz ze śmiercią 1943
  • Upiór w operze, 1943

Isle of the Dead (1945)

Ocena 4 z 5

Przedziwna mieszanka: Grecja, wojny bałkańskie, podgatunek wampirów pochodzący z literatury rosyjskiej… I do tego Boris Karloff. Przekłada się to na film, który głównie „buduje napięcie”, tudzież czeka na trzeci akt.

Oto oglądamy surowego generała, który po zwycięskiej bitwie postanawia odwiedzić grób żony, który akurat jest niedaleko i nie był tam od dawna. Przepływa łódką razem z dziennikarzem wojennym po zmroku na tytułową wyspę, gdzie znajduje grób zbezczeszczonym. Mało tego: słyszy głos kobiety. Idąc typ tropem trafiają na dom wypełniony ludźmi z różnych powodów – jeden jest na przykład archeologiem i bierze na siebie winę za rozkopane groby, ponieważ miał przyciągnąć ludzi wierzących o ukrytych tam skarbach. Spędzają tam noc, ale zostaną na dłużej – nikt nie może opuścić wyspy z powodu zarazy. Surowy generał pomaga wprowadzić kwarantannę siłą, ale nie zyskuje w ten sposób przyjaciół.

Fundament jest więc bogaty i naciągany, nie wspominając za bardzo o tym, że nic na ekranie nie daje znać o Grecji jako miejscu akcji – prowadząc do sprzeczania się, kłótni, napięć, nieufności. Boris Karloff jest bardzo ludzki w swojej bezwzględności: możemy uwierzyć, że robi to wszystko będąc głęboko przekonany o słuszności izolacji. Oraz, że umie rozkazy wprowadzać jedynie siłą oraz strachem. Przysłania jednak resztę postaci, które w ogóle się nie wyróżniają – a sprawdzania, czy ktoś żyje, poprzez przykładanie piórka i lusterka jest cokolwiek… Archaiczne.

Finał dotrzymuje słowa, budując atmosferę i rozwój wydarzeń w zaskakujący sposób. Sposób, który niejako przerósł twórców, którzy nie podołali w wydobyciu należytej głębi z tych wszystkich niejasności, domysłów, zagubienia i paniki. Są tutaj momenty, gdy jako widz wstrzymywałem oddech i jestem pewien, że w pełnej sali kinowej zapadałaby grobowa cisza. Film kończy na wysokiej nucie i po seansie sprawdzam, czy może lata później nie powstał remake w rękach kogoś bardziej ambitnego.

PS. W czasach Covid-19 ten seans inaczej byłby odebrany. Ktoś go wtedy oglądał?

Frankenstein spotyka Człowieka Wilka ("Frankenstein Meets the Wolf Man", 1943)

Ocena 4 z 5

Kontynuacja Wilkołaka jak i Ducha Frankensteina. I jako człowiek, który oglądał tylko jedno z nich i nic z niego nie pamięta, mogę napisać: bardzo fajna kontynuacja, która jest tak naprawdę samodzielna. Zaczynamy od świętokradzctwa na grobie Lawrence Talbota – niedługo później w innym mieście znajdą rannego człowieka, który przedstawia się właśnie jako Lawrence Talbot. Ma problemy z pamięcią i nie potrafi odpowiedzieć na wiele pytań – władze i lekarze biorą go za zagubionego człowieka, ale nikt nie spodziewa się prawdy: że jest wilkołakiem, jest przeklęty i teraz ucieka, aby umrzeć.

Ponoć jako kontynuacja są tutaj dziury logiczne i inne takie, ale jako samodzielny obraz? Zadziałał na mnie. Miałem reakcję emocjonalną na sytuację tego człowieka, rozumiałem go i byłem zaangażowany w to, co się dzieje. To horror, fantasy czy część serii przy okazji – na pierwszym miejscu są oczy człowieka i jego osobista historia w tym wszystkim. Reżyseria jest na wyższym poziomie niż powinna – jak na film trwający ledwo ponad godzinę potrafi on wykorzystać każdą sekundę, aby zbudować atmosferę i napięcie. Ogólnie realizacja filmu robi wrażenie – finałowa lokalizacja w ogóle nie daje o sobie znać, że jest miniaturą aż do samego końca, gdy zostaje zalana. Implementacja postaci Frankensteina również tak po prostu ma sens w obrębie fabuły – to zrozumienie! Oni zgodnie z tytułem się spotykają, to nie jest żaden pojedynek czy coś w tym stylu. Dwoje potworów, którzy nie chcą być potworami. Potwora Franka gra Bela Lugosi i ponoć jego sekwencje zostały w dużym stopniu wycięte – zostawiono tylko te, w których nie mówi, bo wokal aktora nie przeszedł testów z próbną widownią. Po samym filmie nie domyśliłbym się tego za bardzo.

Minus obrazu polega na tym, że gdzieś w połowie skręca w schemat i powtórkę z rozrywki. Nowy chłop chce być Frankensteinem i to w ogóle mi nie pasowało do jego postaci, po prostu dramaturgia tego wymagała, więc film świetnie się zaczyna i kończy byle jak, chociaż w imponującym stylu.

PS. Film zasługuje na co najmniej trzy Oscary – efekty specjalne, kostiumy i charakteryzację. Przegrał z Zanurzeniem alarmowym (coś o łodzi podwodnej) w pierwszej kategorii, pozostałe dwa nie istniały w tamtym czasie. A mamy tutaj pełną przemianę w wilkołaka na „jednym” ujęciu, gdzie cały czas widać oczy protagonisty. Z powodu takich scen wymyśla się nagrody, nie w drugą stronę.

The Uninvited (1944)

Ocena 4 z 5

Solidny i unikalny horror. Na tyle, na ile dzisiaj współczesna widownia może obejrzeć film zaczynający się od sceny, gdzie ludzie natrafiają na pusty dom i myślą: „Ty, fajny jest, kupmy go sobie”. Reżyser daje nam czas poczuć wysokość urwiska, wiatr, widok morza z okna. Sam dom zwraca uwagę, pomimo pustki bez wyrazu – wygląda jak zwykły, pusty dom, do którego nikt się nigdy nie wprowadził. Nie jest smutny, ponury lub straszny. To nie jest historia idiotów ignorujących oczywiste sygnały, żeby tutaj się nie wprowadzać. A to dobry sygnał o tym, jak będzie reszta historii wyglądać.

Widzicie: to nie jest typowy horror. Nadal mówimy o duchach, nawiedzonym domu i zgłębianiu historii tego, co naprawdę się wydarzyło w przeszłości – dostarczając satysfakcji widowni w tym polu! – jednak podejście protagonistów oraz samo istnienie zjawisk paranormalnych ma inny wymiar. Szybko orientują się, że mają duchy i stawiają temu czoła w praktyczny sposób, jako problem do rozwiązania. Problem wielowymiarowy, mający znaczenie dla żywych jak i martwych. Spróbowano też przedstawić zjawy na ekranie, ale technologia jeszcze na to nie pozwalała, więc efekt… Cóż, widz zrozumie i ruszy dalej. Tym bardziej, że większość czasu film idzie w stronę niepewności: czy naprawdę mówimy o tym, o czym mówimy? Może to tylko siedzi w naszych głowach i jest objawem czegoś innego?

Twórcy nie straszą czymś jednoznacznym, życie bohaterów nie jest konkretnie zagrożone – duch ich nowego domu przynosi zimno i depresję, przygnębienie, brak sił do stawienia czoła wymarzonemu życiu. A do tego ciągnie za sobą ciężar przeszłości i życia innych ludzi. Angażuje to solidnie, a scena seansu… Robi wrażenie.

Plus rewelacyjna kwestia finałowa. Tak się powinno kończyć filmy!

PS. Ray Milland ponownie pokazuje klasę. A Gail Russell zmarła w wieku 36 lat z powodu alkoholizmu. Ech.