Raoul Walsh

Raoul Walsh

19/06/2018 Blog 0

Przez królika stracił oko. Odkrył Mariona Morrisona i nazwał go John Wayne, bo akurat wtedy czytał książkę o Tonym Waynie. Nakręcił pierwszy film w formacie widescreen. Zastrzelił Lincolna. Zagrał młodego Pancho Ville. Był znany z wybierania kontrowersyjnych tematów na swoje filmy. Zrealizował pierwszy film gangsterski. Wyreżyserował jeden tytuł znajdujący się na mojej liście najlepszych filmów w historii. Oto Raoul Walsh i przegląd jego twórczości.

There is probably no moment in picturemaking that is more acutely essential to a director’s success than the instant of his choice of story material.” – Raoul Walsh

Zawsze staram się napisać coś od siebie, robiąc takie przeglądy. Coś, do czego doszedłem oglądając kilka filmów jednego człowieka i co nasunęło mi się na myśl z ich połączenia. Co ich suma mówi o ich reżyserze? Cóż… W tym przypadku nic takiego się nie stało. Stworzył masę dobrych filmów, są opinie przypisujące mu „nowoczesne” spojrzenie kamerą w Hollywood, jest z nim związana całkiem przyzwoita ilość ciekawstek – szczególnie ta związana z jego okiem… A jednak nie mam nic szczególnego do napisania o tym człowieku po obejrzeniu filmów, które robił.

Some men are all right in their place if they only knew the right places.” – Raoul Walsh

Albert Edward „Raoul” Walsh był jednym z ludzi, którzy mieli szczęście i okazało się, że mają pewne zacięcie do tego, co los im dał do roboty. David Wark Griffith miał go zatrudnić, bo potrzebował kogoś, kto umiał jeździć konno – i gdy się poznali bliżej, to zrobił z niego filmowca. Już parę miesięcy po aktorzeniu w „Narodzinach narodu” Albert reżyserował obraz, który przejdzie do historii i zostanie zapisany na liście filmów budujących dziedzictwo kulturalne Stanów Zjednoczonych. Trzy razy realizował nową wersję filmu, który stworzył wcześniej – pierwszy raz zrobił to jeszcze w epoce kina niemego. Realizował film za filmem, schludnie i z energią, czasami udawało się zrobić to w oparciu o udany scenariusz. Dzięki temu tworzył coś, co przechodziło do historii. Warte podkreślenia wydaje mi się tylko fakt, że sam reżyser (i często jego obsada) nie była zadowolona z typu filmów, które robili: pełne brutalności, siły, mięcha. Nawet jeśli standardy się zmieniły i dzisiaj te filmy są bardziej grzeczne niż niegrzeczne, to jednak nadal jesteśmy w stanie zrozumieć postawę Jamesa Cagneya, który miał żałować, że tak rzadko pojawia się w filmach, które mógłby pokazać swoim dzieciom.

Pan Albert też miał nie być tego fanem, ale robił swoje. Jest w tym pewna nauka. Oraz odmienne spojrzenie na tamten okres kina w Hollywood.

Raoul Walsh

Obecnie Raoul Walsh znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #156

Top

1. Burzliwe lata dwudzieste
2. High Sierra
3. Biały żar
4. Terytorium Colorado
5. Droga olbrzymów
6. Operacja Birma
7. Regeneration
8. Grzech Sadie Thompson
9. Złodziej z Bagdadu
10.Strażnik prawa
11.Jaka jest cena sławy
12.Sięgać wyżej

Ważne daty

1887 – urodziny Alberta (NYC)

1889 – urodziny brata George’a (aktora), będzie sportowcem i aktorem dzięki bratu, ostatni raz wystąpi w 1936 roku, potem wróci do trenowania koni, umrze w 1981 roku

1909 – teatralny debiut aktorski Alberta

1913 – filmowy debiut aktorski Alberta

1915 – pełnometrażowy debiut reżyserski (łącznie zrobił wtedy co najmniej 14 filmów i pracował przy Narodzinach narodu razem z bratem)

1918 – powrót z wojny, gdzie służył jako oficer

1927 – Albert tworzy remake własnego filmu (sprzed 12 lat); później zrobi dwa kolejne, dwóch innych filmów

1928 – ostatni występ aktorski w filmie Sadie Thompson; wypadek samochodowy z efektem utraty oka

1936 – ostatni występ aktorski brata George’a

1941 – Albert robi swój (i Jamesa Cagneya) ulubiony film (Rudowłosa, gdzie Rita Hayworth samodzielnie śpiewała… przez kilka sekund)

1947 – trzecie małżeństwo (do jego śmierci)

1958 – Albert zostaje wyrwany z łoża śmierci, aby zrobić Nagich i martwych, co ponoć go wyleczyło; autor powieści, na podstawie której powstał film, miał rzec, że to najgorszy film, jaki widział

1959 – Albert jest jednym z ludzi niosących trumnę Errola Flynna

1964 – ostatni film

1980 – śmierć (atak serca, Kalifornia)

Regeneration (1915)

Ocena 4 z 5

Pierwszy znaczący film w reżyserskim dorobku R. A. Walsha (jak podają napisy początkowe czy plakat), następny będzie dopiero Złodziej z Bagdadu dziewięć lat później. W tym filmie od początku pokazuje ambicje oraz zmysł reżyserski, gdy w scenie kłótni rodziców zamyka przesłonę, aby kadr skupił się na ich dziecku po środku. To o nim jest ta opowieść i życiu, jakie poznał, jakie w konsekwencji prowadził, jaki się stał i jak się zmienił później – oczywiście (?*) dzięki kobiecie. Wszystko to na przestrzeni 70 minut wypełnionych emocjami i ludzkim spojrzeniem na życie i ludzi. Również tych po drugiej stronie prawa: gangsterów, przestępców, wykreślonych. Czuć tutaj autentyczne przekonanie, że są oni też ludźmi, tylko właśnie – poznali prawo siły za młodu i tylko takie prawo znają. Angażujące to i przekonywujące kino. Potem przeszło do historii na stałe dzięki wpisaniu w 2000 roku na listę filmów budujących dziedzictwo kulturalne USA. Z tego powodu je nadrobiłem. Polska ma taką listę może?… (jest – utworzone w 2025 roku – brakuje na niej Kanału, ale są inne perełki).

*czy ten trend zmiany dzięki kobiecie jest jeszcze żywy dzisiaj? Czy tak łatwo jest się go spodziewać w 2026 roku?

Grzech Sadie Thompson (1928)

Ocena 4 z 5

Opowieść o kobiecie, która chce zacząć życie na nowo , ale jej w tym przeszkadzają. Była prostytutką, miała układy z niewłaściwymi ludźmi, teraz jest w drodze do nowego życia, ktoś ją rozpoznaje i nie pozwala zapomnieć, zostawić tamtego życia. Historia jest cokolwiek średnia, ale podejmuje ciekawe tematy – konfrontowana jest tu choćby mentalność chrześcijańskiego bohatera drugoplanowego, który nie umie przebaczyć, zapomnieć i dać drugiej szansy. Innym interesującym tematem jest poczucie winy oraz poddawanie się mu. To też tytuł, w którym Raoul Walsh nie tylko stanął za kamerą, ale również pisał skrypt i grał jedną z ról.

Burzliwe lata dwudzieste ("Roaring Twenties", 1939)

Ocena 5 z 5

Ten film ma wszystko: doskonały pomysł wyjściowy (zakorzeniony głęboko w problematyce normalnych ludzi, w tym wypadku jest to powrót z Pierwszej Wojny Światowej i brutalna rzeczywistość pozbawiona godnego życia dla ludzi, którzy ledwo uniknęli śmierci na froncie), idealne przeplatanie wątków (są postaci które znikają z ekranu na 40 minut i więcej, by wrócić w trzecim akcie) oraz doskonałego głównego bohatera, który miesza się z przestępczością z konieczności, aby cokolwiek osiągnąć. Chociaż to anty-bohater, to jednak cały czas widzimy w nim przebijający się blask człowieczeństwa. Dojrzały, poważny i brutalny film. Piękne kino!

High Sierra (1941)

Ocena 5 z 5

Gorzkie noir, w którym wszystko jest przegrane od samego startu oferującego świeży początek. Przewalone…
Roy Earle wychodzi z więzienia po ośmiu latach. Ten, kto pomógł mu wyjść na wolność, teraz zleca kolejną robotę – ukraść klejnoty z małego miasteczka wypoczynkowego położonego w zachodniej części Stanów Zjednoczonych.

High Sierra to wyjątkowo ponury obraz. Roy wraca w rodzinne strony, a tam ludzie boją się go, bo zobaczyli jego zdjęcie w gazecie. Drugiej szansy tam nie dostanie. Najlepszy przyjaciel Roya nie może opuścić łóżka, pije i umiera powoli, doprowadzając się do samo-destrukcji. Bohater może tylko stać z boku i pozwolić przyjacielowi decydować o samym sobie. Nawet pies w tej historii jest przeklęty, sprowadzając zagładę na każdą kolejną osobę, która poczuje do niego sympatię. Wszystko w tym filmie krzyczy o przegranej – zarówno nieuchronności losu, jak i konieczności pogodzenia się z konsekwencjami ścieżki, którą wybrało się dawno, dawno temu. Teraz już nawet nie ma co mówić o żadnym wyborze. Ten podejmuje już ktoś inny – a to optymistyczna wersja, bo wtedy można przynajmniej wskazać palcem. Gorzej, gdy wszystko po prostu się sprzeciwia wobec bohatera bez żadnego wyraźnego powodu, jakby inaczej już nie mogło być. Nawet nie ma tu kobiety, która czeka na bohatera, daje mu szansę, wierzy w niego, albo jest nagrodą. Nie dość, że są tu wyjątkowo dwie (!) postaci żeńskie, to obie są zajęte i przeklęte. Jedna idzie w ramiona człowieka zwiastującego zmieniające się czasy, z czym Roy nie może się pogodzić. Drugiej z kolei nasz bohater nie chce, a ona trzyma się go, bo nie może inaczej żyć. Przewalone…

Dialogi od samego początku są doskonałe, działając zarówno jako rozmowy, jak i nośnik podtekstu, mówiącego nam różne dodatkowe rzeczy o postaciach czy świecie filmu. Z początku bohater Bogarta wydaje się niedopasowany do aktora (to coś nowego, usłyszeć takiego aktora mówiącego „I feel better when I make sure that grass is still green and trees are still growing„), ale to tylko pierwsze wrażenie, szybko staje się charyzmatyczny i twardy, jak powinno być, łącząc to jednocześnie z delikatniejszą stroną natury Roya. Intryga z kolei jest bardzo złożona, ilość wątków zaskakuje – do tego stopnia, że film w pewnym momencie zdaje się stać w miejscu. Po prostu nie wiadomo, co tu jest głównym motorem napędowym i gdzie postęp powinien nam rzucać się w oczy. Wygląda to chwilami, jakby sami twórcy zapomnieli o tym, co istotne; pod koniec nawet miałem wrażenie, jakby nie wiedzieli, w którą stronę popchnąć fabułę – co jest mylne, w końcu dużo wcześniej zarówno fabuła, jak i tytuł produkcji jasno wskazują zakończenie. Lepiej byłoby więc napisać, że nie wszystkie fragmenty opowieści trzymają równy poziom. Dużym problemem to nie jest, w końcu nadal otrzymaliśmy doskonałe noir.

CYTAT

Sometimes I feel like I don’t know what it’s all about anymore
„High Sierra” (1941)

Operacja Birma ("Objective, Burma!", 1945)

Ocena 4 z 5

Po trochu zabawy w wojenkę, militarystyki, męskiego wsparcia, kina przygodowego oraz propagandy przeciwko Japonii podczas 2 wojny światowej. Kino w akcie wdzięczności wobec ludzi, którzy wyswobodzili Birmę spod okupacji japońskiej – nawet nie będę tego sprawdzać (chociaż warto – Burma/Birma po juncie wojskowej w 1989 roku zmieniła tytuł i do dzisiaj Polska nie może się określić, jak wymawiać oficjalną, formalną nazwę tego kraju). Całość ma być nawet kopiuj-wklej z kilka lat starszego westernu – niemniej, wracaj: aby odbić Birmę, żołnierze wysłani są na misję, żeby rozwalić radar wykrywający atak lotniczy. Od tego zależy cała przyszłość inwazji na ten kraj i wyswobodzenia go spod rąk tych złych Japończyków.

W swoim czasie krytycy chwalili obraz wojny w tym filmie – wtedy wystarczyło, że Eroll Flynn w roli dowódcy nie wygrał tej wojny w pojedynkę. To już był jakiś postęp w temacie patosu i portretu heroizmu walczących. Dzisiaj wymagania są wyższe, bo i wyobrażenie wojny jest inne – to nadal jest reklama wojska. Mówią, że będzie ciężko, sporo ludzi umrze, ale nadal wsiadają do samolotu z uśmiechem na ustach. Podczas lotu już jeden z drugim ma zawroty żołądka, ale Errol Flynn ich uspokoi, że każdy ma stracha, to nic wielkiego. Ogólnie obraz wojny w tym filmie nie jest akceptowalny, chociaż odnosi się od czasu do czasu wrażenie, że twórcy mają jakieś tam pojęcie, o czym opowiadają. Cztery lata później Pole bitwy Wellmanna zrobi w tym temacie o wiele lepszą robotę.

Operacja... to przede wszystkim kino przygodowe, kino akcji z silnym naciskiem militarnym i fetyszem wojska. Dzisiaj będzie razić szczególnie mocno nastawienie bohaterów, że „Rozkaz to rozkaz”, co finalnie okazuje się być słuszne, ale już parę lat później zaczną powstawać filmy ujawniające, jak dowództwo popełniało błędy i wysyłało ludzi na bezsensowną śmierć. Operacja... jako kino wojenne zestarzało się naprawdę szybko. To utrudnia traktowanie tego seansu jako kina rozrywkowego – szczególnie wobec silnego akcentu propagandowego, na którym film się kończy. W trakcie opowieści nie jest on zbytnio obecny – a wspomnienie o brutalnym traktowaniu więźniów przez wojska Japonii akurat są aktualne i odświeżające – tylko ostatnia ściana tekstu dobija.

To powiedziawszy: jest to solidnie zrealizowane kino, które poświęca trochę za dużo czasu na skrupulatne wyjaśnienie dramaturgii i trudności po drodze. Blisko 2,5 godziny w fotelu kinowym nie jest spędzone w całości na zaangażowaniu. Można wyjść do łazienki bez pośpiechu. Szanuję rozmach realizacyjny, ale wybrałbym jednak krótszy czas trwania oraz ciaśniejszy montaż.

Terytorium Colorado ("Colorado Territory", 1949)

Ocena 5 z 5

Raoul Walsh jeszcze raz wraca do High Sierra, tylko adaptuje go na western bez Bogarta, zachowując noirowość i w tytule umieszczając żeńską postać. Ciężko mi po takim czasie porównać oba filmy, więc w zasadzie oceniam ten tytuł oddzielnie – a ma bardzo dobrego bohatera i historię, która już wtedy pokazuje potencjał w opowieściach typu: Bonnie & Clyde. Ma momenty, gdy potrafi być inteligentny, ma momenty, gdy potrafi być emocjonalny. Finał jest spodziewany, ale i tak uderza solidnie i zostanie w pamięci.

Ogólnie Walsh trzy razy wracał do swoich dotychczasowych produkcji, by zrobić je jeszcze raz. Zdążył nawet niemy film zrobić jeszcze raz niemym w momencie, kiedy każdy się spodziewał dźwięku lada moment.

Biały żar ("White Heat", 1949)

Ocena 5 z 5

Cody Jarrett jest dowódcą bandy przestępczej, na którą poluje policja za napad na pociąg. Cody decyduje się pójść do więzienia za inną robotę, której nie wykonał – ale miała ona miejsce w tym samym czasie zupełnie gdzie indziej. Nie mógł więc odpowiadać za napad na pociąg, a za tamtą robotę zgarnie o wiele mniejszy wyrok – policja jednak tego nie kupuje. Wprowadza do aresztu własną wtyczkę, aby zaprzyjaźnili się z Codym, co pomoże posadzić go na dłużej w więzieniu.

Ten wstęp całkiem nieźle prezentuje stopień skomplikowania fabuły na ekranie – to jest naprawdę porządny skrypt, bogaty w mnóstwo ruchomych elementów. Protagonista ma migrenę oraz skomplikowaną relację z matką, co też stanie się kluczem do wkroczenia w krąg jego bliskich współpracowników, na których polega. Jego żona go nie kocha, a nawet spiskuje przeciwko niemu z jednym członkiem jego gangu. Do tego jak często rozwój scen zaskakuje, idąc w całkowicie niespodziewanym dla bohaterów kierunku. Nawet powyższy plan, który dałem we wstępie, jest tak naprawdę planem B. Widownia dostaje tutaj wciągającą, dynamiczną historię z jednym z najbardziej wyrazistych finałów w historii gatunku. I nie tylko! „Made it, Ma! Top of the world!” Co zaskakujące, James Cagney jest poniekąd odpowiedzialny za scenariusz – to on zasugerował migreny (odgrywając je wzorował się na wybuchach swojego zmarłego w 1918 roku ojca alkoholika) oraz wskazał kierunek inspirowania się gangiem Kate Barker (znanej jako Ma Barker, zmarłej w 1935 roku – matki wielu członków gangu, która sama w sobie nie miała być przestępcą; gang działał do 1949 roku). Sam Cody miał być wzorowany na osobie imieniem Francis Crowley, który w wieku 19 lat (1932) skończył na krześle elektrycznym. Jego ostatnie słowa: „I want to wipe off the chair after this rat sat in it.” (szczurem miał być więzień, którego zabito w tym samym krześle. Inne źródło mówi, że ostatnie słowa brzmiały: „Send my love to my mother.”

To powiedziawszy – chociaż nadal nie ma na ekranie tyle tłumaczenia, co w Strażniku prawa (które zobaczyłem wcześniej, Biały żar to powtórka), nadal jest tutaj sporo tłumaczenia. Oraz działania w obrębie wskazówek cenzury i innych takich. To ostatnie w pewien sposób jest odświeżające, gdy policja na ekranie jednak decyduje się zagrać w brudny sposób. Nic nielegalnego, ale… Sami zobaczycie, bo oczywiście seans nadal polecam: to intensywna i wciągająca opowieść, śmiertelnie poważna, brutalna i wypełniona talentem. Raoul Walsh, Max Steiner, James Cagney – złoty standard gatunku gangsterskiego do dzisiaj.

Przy całym moim uczuciu do takiego kina – cieszę się jednak, że ruszyło dalej. Na swoje czasy szokowało i przekraczało granice, dzisiaj już „czegoś tu brakuje”. A rzucanie się Cagneya podczas bólów głowy bardziej wyrywa z opowieści niż dodaje jej głębi.

Strażnik prawa ("The Enforcer", 1951)

Ocena 3 z 5

Reżyseria: Bretaigne Windust. Tak jest w samym filmie. Rozchorował się niestety i okazało się to na tyle poważne, że będący tymczasowo Walsh zdążył film dokończyć, ale odmówił przyznania mu tego dokonania, jakim było reżyserowanie Enforcera. Ja to widzę tak, że pewnie po trzech dekadach dokonań nie musiał brać jeszcze więcej i szczerze mówił, że dla Windusta to będzie przełom. Chłop urodził się w Paryżu, w Ameryce tworzył teatr, przeniósł się do Hollywood i próbował, kończąc w telewizji i umierając w 1960 roku.

A sam Enforcer… Kurczę, zestarzało się to okrutnie jak na film policyjny, kryminalny, z gangsterami. Do tego stopnia, że w większości scen nie mam pojęcia, co oni próbowali osiągnąć. Nie zdziwię się, jeśli wszyscy widzowie dzisiaj stracą zainteresowanie dalszym seansem widząc, jak przestępcy ustawiają się ze snajperką na przeciw hotelu. I ten bez snajperki mówi temu ze snajperką: „To ten pokój, który jako jedyny jest oświetlony”. I w środku jest cel, który stoi w miejscu. Snajper celuje i celuje i celuje, nikt się nie rusza. Widać, że celownik jest wymierzony w cel, nie da się spudłować. I ten bez snajperki mówi: TERAZ! I snajper strzela… I nie trafia. I gangsterzy uciekają. I policja biegnie na miejsce w pośpiechu, co się stało? Snajper na przeciwko. „Musimy sprawdzić ten budynek, z którego strzelali”, na co Bogart mówi: „Tam jest z 300 pokoi, nigdy ich nie znajdziemy”.

Przecież tego dzisiaj nie ma co puszczać na Tele5 po 23. Czarno-białe kadry, Bogart i intryga – ten film ma jakieś zalety, ale to jest jednak w mojej ocenie kino klasy B, gdzie wszystko jest powiedziane na głos, zachowanie każdej postaci jest sztuczne, realizacja nie jest przekonująca, fabuła ma dziury i nie widzę tutaj opowieści mającej jakikolwiek związek z rzeczywistością.