Oceniam odcinki seriali: Broad City, St Elswhere, Doctor Who

Oceniam odcinki seriali: Broad City, St Elswhere, Doctor Who

09/10/2026 Blog 0

Ciąg dalszy nadrabiania telewizyjnej klasyki. Nadal ograniczam się do pięciu odcinków naraz, żeby mieć czas na inne rzeczy i nie iść na ilość.

Pięć seriali – dwa, które znam z ich późniejszego okresu (SpongeBob, Doctor Who), jeden, który w jakimś stopniu już znam (St. Elsewhere) i dwa, z którymi miałem pierwszy kontakt: My So-Called Life oraz Broad City. I jeden z nich będzie na mojej liście najlepszych odcinków w historii.

LEGENDA:
RS – RollingStone
MO – Moja ocena

Moje tak zwane życie / My So-Called Life, ”Pilot” (1x1)

RS: 71 MO: 6/10

Przykład wyróżniania odcinka, bo lubi się cały serial. Serial, który pokrył się kultem po byciu anulowanym i wytrzymaniu na ekranie jedynie przez 19 z 22 planowanych na pierwszy sezon odcinków (później udało się zrealizować ciąg dalszy – w formie pisemnej). A autorka? Odnajdzie sukces pisząc musical Wicked.

Pilot jest udanym pilotem, czyli prawidłowo reprezentuje nadchodzący serial o dorastaniu, niezręczności, świecie nastolatek i ich spojrzeniu na rzeczywistość oraz spojrzeniu innych postaci – w innym wieku – na owe nastolatki. Dlaczego farbują włosy? Czemu podoba im się konkretny chłopak? A ich pierwsza rozmowa? „- This doesn’t seem like a Friday.; – It’s Thursday.” Albo upadek losowy, przez który matka myśli, że wydarzyło się coś złego – dzisiaj by to rozegrało się jeszcze inaczej. Zaskoczenie, gdy się człowiek dowiaduje, jak inni ciebie widzą, chociaż sam siebie postrzegasz zupełnie inaczej. To wszystko jest w tym serialu, ale to są argumenty za całym serialem, nie jego pojedynczym odcinkiem. Sam pilot jest tylko pilotem. Wyróżnianie tego nie widzi mi się jako coś sprawiedliwego – to mały, osobisty serial, który istniał przez krótką chwilę i co? Mam teraz napisać, że Kochane kłopoty na przestrzeni czterech sezonów zrobiły to lepiej? W końcu tamtych bohaterów pamiętam i znam lepiej, niż postaci w pilocie. Niech ten tytuł pozostanie w swoim własnym wymiarze.

Doktor Who

Doctor Who, “Blink” (3x10)

RS: 82 MO: 8/10
Samodzielny odcinek rozgrywający się obok innych wydarzeń – tytułowa postać pojawia się tutaj niemal gościnnie. To historia kobiety, której udaje się poprzez zawiłości z linią czasową pokonać najstraszniejsze istoty w galaktyce: Anioły z boku jawiące się jako zwykłe, kamienne statuy, gdy tak naprawdę poruszają się gdy nie są obserwowane, a gdy zbliżą się do swojej ofiary – wtedy wyrządzają im najbardziej psychopatyczną karę znaną Doktorowi. Nie wolno się obracać, nie wolno… No właśnie: mrugać. Ale to nie jest historia tylko o tym. Tytułowe mruganie odnosi się też – czy raczej przede wszystkim – do życia, które mija w mrugnięciu okiem. Życie długie, szczęśliwe, bez żalu – ale ledwo się zaczyna, człowiek jest młody i ma wszystko przed sobą, aż tu nagle wszystko dobiega końca. To jest najpiękniejsza część tego odcinka – nie da się jej opowiedzieć, można ją tylko samemu przeżyć.
 
Najwyraźniej to też pierwszy „występ” wspomnianych Aniołów, co jest imponujące samo w sobie. Pamiętam ich z jednego odcinka w piątej serii, co wystarczyło, aby wyróżnić tamten epizod. Tutaj są równie straszni, ale jednak nie są głównym powodem, dla którego ten odcinek jest tak wielki. A dalej wiadomo: świetna narracja wyjaśniająca wszystko w naturalny sposób, oraz jedna z pierwszych ról Carey Muligan. Nikt nie będzie mieć wątpliwości, że na jej widok trzeba się zatrzymać i powiedzieć: „Hej”. Z uśmiechem.
 
Najsłabszy ten odcinek jednak jest w samej dramaturgii – czy też akcji. Gdy na końcu w życie bohaterów wkrada się panika, wtedy głowa pochyla się sama i widz tylko czeka, aż ten wstyd się skończy. Z punktu widzenia scenariusza, zachowania bohaterów, stosunku do widza… To mogło być lepsze. To powinno być lepsze. Ponoć nie było dużo czasu, aby tę fenomenalną historię przepisać porządnie, więc i do samego rozwoju fabularnego można się przyczepić (klucz w ręku posągu?), ale to finał kuje w oczy. To i straszenie na końcu… posągami. Tak jakby producent-debil zażądał czegoś takiego na koniec, żeby było intensywniej, nie rozumiejąc zupełnie historii. Anioły zakrywały oczy, dlatego były takie straszne – a tutaj chcą wzbudzić obawy widowni przed… pomnikami. Takimi zwykłymi. Gargulce, rzeźby postaci historycznych, dekoracje? Co jest z wami nie tak?
 
Nadrobiłem też kilka innych odcinków serialu przy okazji. To nadal nie jest serial, który mam poznany, więc skorzystałem z okazji. Zobaczyłem np. dwuodcinkową historię o tym, jak Doktor musiał się ukryć w ciele człowieka i wymazać sobie pamięć. Większość czasu to zapowiedź I wojny światowej i podkreślanie stosunku białych ludzi do czarnoskórej służby… Do tego ten debilny moment rzucania piłką w coś, aby to uderzyło w coś, to uderzyło w coś, to uderzyło w coś i tak jeszcze dwa razy, dzięki czemu już zapomniałem, o co tam chodziło. Chyba mama szła z wózkiem na spacer i zaraz coś by spadło na ten wózek, więc Doktor uruchomił taką przypadkową sekwencję reakcji łańcuchowej z czapy, aby uratować to dziecko. To był ten moment, gdy byłem gotów skreślić serial na zawsze. To było przeskoczenie rekina do tysięcznej potęgi – ale też ten dwuczęściowy odcinek pokazuje serce serialu. Nie udaje się zawsze – właśnie wtedy się nie udało, ponieważ nie było należycie wprowadzone – ale jednak który inny serial o podróży w czasie postanawia pokazać fikcyjną personę jako równie prawdziwą? I ona nie chce umrzeć, żeby Doktor mógł żyć. Odpowiedź brzmi: Orville zrobiło to lepiej. Tak emocji jak i warsztatu. Doktor… jest momentalnie naprawdę źle wyreżyserowany, zmontowany, jakakolwiek spójność akcji jest na bardzo niskim poziomie.

Ale no: wyróżniam samo Blink. I tego się trzymajmy.
spongebob 1999

SpongeBob SquarePants, “Pizza Delivery” (1x5a)

RS: 89 MO: 7/10

Chyba najprostsza jak i dobrze reprezentująca serial animacja – trzeba dostarczyć pizzę. Szef robi to dla pieniędzy, chociaż nie sprzedaje pizzy. SpongeBob ma serce na wierzchu zrobi wszystko, aby dostarczyć klientowi pizzę, którą ten zamówił. Nawet jak będzie umierał z głodu, to własność klienta jest świętością. A z kolei Squidward będzie dupkiem, złośliwcem i zachowanie SpongeBoba doprowadzi go do pasji, ale w licznych chwilach potrzeby będzie gotów oddać życie za przyjaciela. Jak i stanie w jego obronie. Na dodatek animacja, historia, żarty – wszystko jest wystarczająco absurdalne i zabawne.

Po prostu są lepsze odcinki serialu. Robiące niektóre rzeczy bardziej – ale pewnie Pizza Delivery jest najbardziej uniwersalna i każdemu się podoba w jakimś stopniu. Inne jednych bawią bardziej, kolejnych mniej. Dobry reprezentant serialu, to z całą pewnością. Nie rozumiem w sumie tylko czemu akurat SpongeBob dostał wyróżnienie spośród tylu absurdalnych animacji. Czy to kwestia tego, że SB jest bardziej popularny od chociażby Ed, Edda i Eddy’ego?

St Elswhere, "Time Heals, Part 1 & 2" (4x17-18)

RS: 68 MO: 8/10

Pierwszy serial medyczny w nowoczesnym – czy tam współczesnym – rozumieniu tego gatunku przekraczał granice wielokrotnie, zawsze koncentrując się na swoich bohaterach i ich losach. Ten podwójny odcinek miesza liczne plany czasowe, aby z okazji rocznicy 50-lecia istnienia szpitala wspominać, co się tutaj działo przez te pięć dekad i jak to się zaczęło. Same historie nie są niczym szczególnym, ale połączone ponad czasem tworzą coś unikalnego. Dziecko zdiagnozowane dekady temu z polio, przenosimy się w czasie i dowiadujemy się, że zmarło – podawanie w ten sposób informacji widzowi nie jest łatwe i faktycznie wymaga uwagi ze strony oglądającego, ponieważ wszystkie przejścia są faktyczne wizualne. I są częste, bardzo intuicyjne i filmowe. To coś więcej niż ciekawostka dla fanów, aby dowiedzieć się więcej szczegółów o postaciach, które lubią i chcą oglądać – to obraz medycyny na przestrzeni lat. To obraz życia, które pracownicy szpitali oddają temu miejscu. To obraz doświadczenia, jakim jest oddanie się temu miejscu. To historie, które nigdy się nie kończą. Tutaj odcinek się nie kończy, one po prostu przemijają i są zastąpione nową.

Broad City, “Knockoffs” (2x4)

RS: 84 MO: 5/10

Domyślam się, że byłby sposób, aby ten tytuł był śmieszny. Po prostu nie zrobiono nic, aby te rzeczy były śmieszne. W sumie blisko temu do takich Przyjaciół, obie produkcje mają podobnych moralnie bohaterów i poziom humoru. Tylko że Broad City przez skupienie się na płci pięknej ma skłonności do puentowania każdej sceny czymś w stylu: „I dlatego kobiety nie powinny mieć praw wyborczych”. To przynajmniej byłoby chociaż w jakiś sposób śmieszne. Bo miałoby puentę.

To serial o dwóch koleżankach mieszkających w mieście… I tyle. W jednym odcinku na przykład zaczynają od zakładania, jak mogą wyglądać penisy ludzi grających na podwórku w kosza. Jedna myśli, że gadają o wyglądzie, druga gada o calach i w końcu się porozumieją. I to tyle. Większa część odcinka to kolacja, gdzie jedna zje dużo rzeczy, na które ma alergię i prawie umrze wiedząc, że ma tę alergię, a druga wydali kondom z moczem i będzie się zastanawiać, od kiedy go tam ma. Na koniec jedna poda drugiej antidotum na alergię, ale nie trafi i poda samej sobie, więc będą w szpitalu. Wyjdą i będą debatować: z kim zakazanym byś poszła do łóżka? I jedna powie: O.J. Simpson. Niby więc składniki są na miejscu, żeby to było komedią, ale jednak nie śmieję się. Jeśli już to jestem przerażony tym, co zobaczyłem. Nie ma puenty, zaskakującej konstrukcji, to gadanie o penisach na początku nie wraca potem, cierpienie bohaterek nie ma w sobie żadnego cierpienia, wszystko po nich spływa i nie zostawia śladu. Nie ma w tym wiele logiki, wszystko jest naciągnięte. I u podstaw jest ta bezduszna treść na każdym kroku. To po prostu nie działa.

Knockoffs jest trochę bardziej zjadliwe. Jest tam wątek poboczny o kupowaniu torebek i to niby wspiera tematycznie wątek główny: o nabywaniu tanich zamienników czegoś. Jedna z bohaterek na pierwszej randce dowiaduje się, że jej facet lubi bycie ruchanym sztucznym kutasem przez kobietę. I ona to robi, tylko potem go myje – dildo znaczy – i zmywarka go niszczy, więc kupuje zamiennik. I okazuje się, że zamiennik nie ma sensu, on nie chce tego mieć w sobie, więc się posprzeczają trochę i na tym ich relacja dobiegnie końca. Aha? Znaczy jacyś starsi ludzie też potem sobie kupię sztuczny penis, jak usłyszę tę historię, więc… Aha. To się wydarzyło. Ma mnie to chyba szokować czy coś, ale nie szokuje, ponieważ wszystko ma zupełnie inny wymiar: bohaterowie robią to wszystko, bo to jest ich marzenie. I gdy się kończy, to się kończy, bez żadnego śladu czy konsekwencji. To się wydarzyło. W końcu sama bohaterka – na tyle, na ile ją poznałem – nie za bardzo zwraca uwagę na takie rzeczy, więc tutaj też ta produkcja się nie sprawdza. Albo inaczej: nie są to zbytnio spójne postaci. W końcu cały serial zaczyna się od bycia zaskoczonym, że koleżanka rozmawia z nią w trakcie bycia penetrowaną, a teraz wkłada ludziom sztuczne rzeczy w odbyt… I nie ma wobec tego żadnej refleksji.

Wiem tylko, że ten serial potrafi być gorszy. To, że obejrzałem i jest mi to obojętne, to akurat całkiem nieźle, jak na Broad City.