William A. Wellman
Co najmniej 34 członków jego rodziny brało udział w Wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Jego pra-pra-pra-pradziadek podpisywał Deklarację Niepodległości. Dwa miasta w USA zostały nazwane na cześć jego rodziny. Jack London to jakiś jego kuzyn. On sam zrzucił zabawkę z Kaczora Donalda na głowę dyrektora, za co został wywalony ze szkoły. Ukradł samochód. Zabijał ludzi. We Francji zyskał przydomek "Dzikiego Billa". Miał być aktorem, ale spoliczkował żonę reżysera i na tym się skończyło, więc został reżyserem. Zrobił dużo filmów, a Oscara dostał za scenariusz. Oto William A. Wellman i przegląd jego twórczości.
„Get a director and a writer and leave them alone. That’s how the best pictures get made.” – William A. Wellman
Wellman jest przykładem reżysera, który stopniowo pojawiał się w moim życiu. Najsłynniejszy jego obraz obejrzałem stosunkowo niedawno i był jednym z ostatnich (Skrzydła, pierwszy Film Roku w historii Akademii), oglądałem za to inne jego obrazy i nie byłem przekonany (pierwsza wersja Star is Born, Wróg publiczny numer 1), aż zobaczyłem Ox-Bow. A potem Yellow Sky. Wtedy dopiero Wellman pojawił się na moim radarze jako ktoś, kto jednak zrobił coś godnego uwagi. A potem Kobiety…, Pole bitwy, Bohaterstwo…, Żołnierze… Na tym etapie Wellman był już dla mnie jednym z tych kilku reżyserów, których chcę zobaczyć jeszcze kilka obrazów. Z uwagi na warsztat ale i jakość, a także nietypowość. To były filmy wyraźnie ambitne, chcące coś powiedzieć. A obok tego były te duże filmy dla wytwórni. Dzięki nim przetrwał w pamięci. Dzięki nim możemy odkryć inne jego obrazy.
Znajduję w nim pewną inspirację. To fachowiec, który umiał się poruszać w czasach, jakich przyszło mu żyć. Zrobił masę filmów – IMDb podaje 81, ale niektóre z nich zaginęły – i trzeba powiedzieć: pracował przy taśmie. Robił to, co mu zlecono. Sam miał powiedzieć, że jedna szósta tego, co zrobił, była udana. Za mną dopiero pierwsza dycha i wiem, że będę oglądać dalej. Jest we mnie ten szacunek dla takich ludzi, którzy wykorzystują przymusową pracę, aby wtedy rozwijać swój warsztat. Przyglądając się jego filmom z osobna natrafia się na historie o tym, że zgodził się kręcić, ale dzięki temu potem miał gwarancję realizacji tego, na czym mu zależało. Wydaje się to całkiem uczciwe. Jest w tym wszystkim głębsza prawda o filmie jako sztuce i biznesie – prawdziwy artysta rozumie obie te strony i potrafi działać w obu kierunkach, a także je łącząc. Oglądając filmy Wellmana mam wrażenie, że oglądam artystę. Dla mnie to ten sam poziom, co Curtiz, nawet jeśli bez podobnej maestrii językiem filmowym.
„Frankly, if you examine my whole background, it’s not very good. I can tell you that for every good picture, I made at least five or six stinkers.” – William A. Wellman
Obecnie William A. Wellman znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #44
Top
1. Pole bitwy
2. Bohaterstwo na sprzedaż
3. Droga do Yellow Sky
4. Zdarzenie w Ox-Bow
5. Żołnierze
6. Kobiety jadą na zachód
7. Skrzydła
8. Banda dzikich dzieci
9. Szczęśliwie się skończyło
10. Wróg publiczny nr 1
11. Narodziny gwiazdy
Ważne daty
~1615 – Thomas Wellman przychodzi na świat, w 1640 roku opuszcza Londyn i płynie do New England, gdzie stanie się jednym z założycieli Massachusetts; jego potomkowie wezmą udział w Wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych i w ogóle; William to jego pra-pra-pra-pra-pra-prawnuk.
1896 – urodziny Willa (USA)
1913 – urodziny piątej żony
1915 – Will dołącza do wojska i uczy się latać, zabijał ludzi
1919 – pierwsza praca aktorska (odkryty przez Douglasa Fairbanksa), później u Raoula Walsha będzie pracować; zostanie wylany za spoliczkowanie aktorki, która okaże się żoną reżysera
1923 – debiut reżyserski
1934 – piąte małżeństwo (do jego śmierci)
1945 – Will robi Żołnierzy, swój ulubiony film
1958 – ostatni film (według syna: „just got tired of fighting with the studios.”; na planie Will wkurzył się, że studio zastąpiło człowieka od kawy automatem na monety – wywalił automat na ulicę i człowiek wrócił)
1975 – śmierć (LA, białaczka)
2009 – śmierć piątej żony (ostatni raz była przed kamerą w 1945 roku)
Skrzydła ("Wings", 1927)
Tak, to jest pierwszy film, który zdobył Oscara za najlepszy film. Nie piszę tego jako potwierdzenia, że dobrze rozpoznajecie tytuł – piszę to jako określenie, że już w tamtym roku podjęli decyzję: tak mają wyglądać filmy, które zdobędą główną nagrodę. I trzymają się tego do dzisiaj. Mam na myśli całą treść – pochwałę wojskowości, pietyzm, rozmach, dramaturgię. Jest w tym coś, co szanuję, jako produkcja zrobiona wyraźnie na zamówienie, odhaczająca kolejne wskazówki i wymagania. Tylko wtedy to jest koherentna całość, bo gdy patrząc na nią inaczej: wtedy wymowa się rozłazi, gdy zaczynamy od „Wojenka to przygoda”, a pod koniec mamy śmierć i stratę, nadal jednak kończąc na szczęśliwej nucie. Osobiście widzę tutaj coś w stylu Pearl Harbor Baya, czyli melodramat na tle wojny. Tylko bardziej standardowy, ale składniki są podobne.
Na pewno wrażenie robią sceny w powietrzu, jak napisy uzupełniają akcję i nadają znaczenie obrazom walki samolotowej. Dzięki temu są one czytelne i treściwe – wiemy, kto do kogo strzela i co uszkodził, bo mamy to napisane. Każde kolejne ujęcie to jakiś popis, a jak samoloty nurkują udając zestrzelenie, to mistrzostwo – nawet dodano kredkami czerwony kolor, żeby samolot wydawał się płonąć podczas pikowania. Widać tutaj dużo pomysłowości oraz pracy włożonej w zrobienie jak najbardziej efektownej produkcji upamiętniającej poświęcenie wojenne jak i zachętę do wstąpienia do armii. Stąd ten rozdział emocjonalny, między smutkiem z powodu śmierci towarzyszy oraz przedstawianiem armii jako zabawy w wojenkę. Już parę lat później ten sam reżyser zrobi coś całkowicie odmiennego w Bohaterstwie na sprzedaż.
Jest też słynny tracking shot, gdzie kamera wchodzi w głąb sami, sunąc nad stolikami… Zaskakujące ujęcie – zapewne dlatego, że rzadko kiedy w kinie kamera wchodzi w głąb sceny. Zazwyczaj z boku, z lewa na prawo itd. Osobiście widziałem to ujęcie już kolejny raz – pierwszy raz we właściwym filmie – i wyraźnie widać, jak osoby przy stolikach odsuwają się na bok, robiąc miejsce dla kamery. Doceniam też fenomenalny remaster oraz dodawanie dźwięków, nie tylko muzyki. Robi to wrażenie!
Dobrze jest to oglądać jako jeden z ostatnich filmów Wellmana. Najbardziej popularny, ale on był faktycznym artystą – stworzył wiele zapomnianych lub przemilczanych obrazów, ale zrobił też ten, który przeszedł do historii. Trudno to ocenić. Dzięki Wings każdy w końcu kojarzy nazwisko i może zwracać uwagę na inne jego produkcje.
Wróg publiczny nr 1 (1931)
Droga i życie Toma Powersa, od dzieciństwa po dorosłe życie gangstera, wypełnione szantażem, biciem się, handlem alkoholem i szacun na dzielni – wtedy jeszcze był to pełnoprawny szacunek, połączony z obawą przed odezwaniem się i nawiązaniem kontaktu wzrokowego. Ludzie inaczej mówili, dzieciństwo było inne, a w kinie przechodziły sceny z ojcem bijącym swoje dziecko pasem. Dziś by to przeszło chyba tylko u Hanekego.
Jest to jedno z pierwszych kontaktów kina z gatunkiem gangsterskim i to absolutnie widać. Choćby po kreacji Cagneya, który na szczęście wzorował się na prawdziwych przestępcach. Każda tego typu postać odegrana w późniejszych filmach nosi w sobie cień charakteru Toma Powersa. Trudno mi nie docenić takiego wkładu, chociaż ogląda się to tak sobie. Trwa krótko, ale jednocześnie się dłuży. Tej opowieści brak właściwego tempa – twórcy wzięli na warsztat cały życiorys jednego człowieka i zmieścili to w półtorej godziny. Większość tylko przemyka, a postaci są zagrane po linii najmniejszego oporu, byle tylko spełniały swoją mechaniczną rolę dla fabuły.
Do tego wydźwięk nie jest tak poważny jak można by się spodziewać. Może to wina lat 30, może znamiona tak wczesnego kontaktu z tym gatunkiem, nie wiem. Ale gdy na samym początku usłyszałem wyraźnie komediową muzyczkę i Jamesa Cagneya w kółeczku uśmiechającego się do kamery, to wiedziałem, że coś tu będzie nie tak. I było, aż do końca, gdy to pokazała mi się ściana tekstu z jasno wyłożonym morałem. Jest taka scena, w której gangster wchodzi do sklepu. Wchodzi i na początek prosi o broń. Pyta jak się to ładuje. Sprzedawca mu pokazuje. Ten pyta: „o tak?”, wyjmując z kieszeni naboje i ładując do pełna. A sprzedawca: „o tak, bardzo dobrze!”. Zgadnijcie, co nastąpiło potem…
Bohaterstwo na sprzedaż ("Heroes for Sale", 1933)
Pięć filmów w jednym. Wojna, Wielka Depresja i reszta tragedii lat 20 w USA w 70 minut.
Zaczynamy na polu walki – bohater imieniem Tom oficjalnie umiera, a ktoś inny zdobywa za niego pochwały, medale i przywileje. Niemiecki lekarz pomaga Tomowi, ten wraca do życia, ale z kontuzją oraz uzależnieniem od morfiny, bez medali, bez niczego. I tak zaczyna zwykłe życie: z licznymi ciężarami, a to dopiero początek jego niedoli, gdzie jest tylko jedna, pozytywna rzecz: wciąż żyje.
Całość z całą pewnością zbiera punkty za ambicję i aktualność – kino powinno być odskocznią od rzeczywistości, unikać jej, przemilczeć ją, a tymczasem Wellman wali nią widzów w twarz aż boli po dziś dzień. Wszystkie te nieszczęścia i portret niedoli zwykłego człowieka wydają się codziennością tamtych czasów, a tutaj udało się oddać im sprawiedliwość, gdy to miało miejsce. Jest tutaj oczywiście ujęcie typowe dla prozy w stylu Victora Hugo, czyli dawanie happy endu w postaci niepoddawania się, okazywania wytrwałości i bycia gotowym na to, co przyniesie jutro, pomimo tragedii dnia dzisiejszego. Nikt tutaj nie będzie się niespodziewanie bogacił, los nie odmieni się sam – po prostu bohaterowie nie pozwolą mu się przykryć, będą brnąć dalej. To już pozostaje do oceny widza: czy po tym powiedzą: „Łatwo ci mówić, reżyserze jeden”, czy też znajdą w tym siłę. Albo może po nich to spłynie. Ponad 90 lat później nie będę udawać, że umiem się wczuć. Ja w 2/3 czułem zmęczenie ilością filmów, które zobaczyłem w ciągu tej niecałej godziny i trochę byłem już obojętny na tym etapie, co będzie dalej.
Zaskakujące, że niewiele tutaj jakiejś próby rozbudowania psychiki postaci. Gdy na początku postać krzyczy ze strachu i nie biegnie na pole bitwy – ok, można zrozumieć strach, ale nie widzimy, jak on się rozwija, co go wywołuje, nie czujemy go. Widzimy tylko przedramatyzowane aktorstwo, które musiało ten moment sprzedać w tak krótkim czasie. To w końcu tylko postać poboczna, która nie zajmie wiele czasu w tym ultra-krótkim filmie, który mógł być monumentem na skalę trzygodzinnego „The Best Years of Our Lives”. Zamiast monologów z OFF-u wszystko wyraża akcja – jak bohater kradnie pieniądze na morfinę, jak się waha itd., jego działania mówią o jego wnętrzu, dzięki czemu dynamika pozostaje wysoka. Nie wydaje się też, żeby to był projekt „pod nosem” – Warner Bros fundowali całość, w finale znalazło się nawiązanie w pozytywnym kontekście do „New Deal” Roosevelta (czemu Warner sprzyjało), a oryginalna wersja była tylko kilka minut dłuższa. To miał być tak intensywny, przekrojowy obraz. I trzeba oddać – każdy segment jest zrealizowany we właściwy sposób. Nigdy nie czułem, że to tylko przystanek do „właściwej” części filmu – gdy piszę, że to pięć filmów w jednym, mam to na myśli też w pozytywnym sensie. Za każdym razem nowe postaci, tematy, motywy czy miejsce akcji zostały wprowadzone należycie, to wszystko zapada w pamięci, jest wyraźne i przejrzyste, układając się w jakąś większą strukturę. Robi wrażenie do dzisiaj.
Banda dzikich dzieci ("Wild Boys of the Road", 1933)
Opowieść czasu kryzysu ekonomicznego, w której dzieci widzą, jak ich rodzice tracą pracę, ograniczają wydatki, sprzedają dobytek, ale hajs się nadal nie zgadza. Postanawiają więc odciążyć rodziców jak mogą: ucieczką z domu. Trochę jest w tym neorealizmu, trochę pogadanki w stylu „After-school-special”. Przygody bohaterów są zróżnicowane – napotykają niebezpieczeństwa, napotykają przyjazną rękę. Pojadą pociągiem na gapę, będą szukać zarobku, pracy, zaczną zawierać przyjaźnie po drodze, będą wykorzystywani.
Reżyser nie tworzy analizy lub wyjaśnień tego, co się dzieje na świecie. Wie tylko, że młodzi włóczędzy są częścią świata, w którym żyje. Z jednej strony film angażujący emocjonalnie przykrym losem osób, które dopiero co zawitały na tym świecie i już muszą dokonywać wyborów, których nikt nie powinien rozważać. Z drugiej rozumiemy i akceptujemy przyjazną rękę władz, które chcą pomóc bohaterom – szczególnie ten monolog na końcu, niby kuje w uszy, ale intencje są szlachetne. Z trzeciej strony – to produkcja, w której jak pociąg przejedzie komuś po nodze, to ten się nawet nie ruszy.
Całość nadal kończy się pogodnie. Nie jestem do tego przekonany, ale rozumiem.
Narodziny gwiazdy (1937)
Miałem okazję zobaczyć pierwowzór na Mubi (dodali pod koniec grudnia) i powiem tak: to nie był dobry film. Bohaterka pochodzi ze wsi i chce osiągnąć sukces, rodzina trzyma ją za gardło i mówi: „Nigdy nic nie osiągniesz!”, na co bohaterka mówi: „Jestem… bohaterką… tego… filmu… na… pewno… mi… się uda…!”). Jedzie więc do dużego miasta i chce być aktorką, a tam wszyscy łapią ją za gardło i mówią, że jej się nie uda, po czym zaczynają ją traktować w wyjątkowy sposób, bo wiadomo – jest bohaterką tego filmu – więc pokazują jej ten świat, objaśniają jak trudno się w nim wybić, a na koniec nawet dorzucą słowo zachęty. W końcu „nigdy nie wiadomo, trzeba wierzyć, c’nie?”. Wszyscy się z nią cackają i prowadzą ostatecznie za rączkę, żeby osiągnęła sukces – w którym w ogóle nie czułem osobistego spełnienia bohaterki. Fabuła z kolei rozwija się w taką stronę, że wschodząca gwiazda przyćmiewa starą gwiazdę, tamta za to się obraża… I czemuś takiemu mamy poświęcić naszą uwagę. Ja tam jestem na nie. Najlepszy moment – finałowe złamanie czwartej ściany.
Szczęśliwie się skończyło (Nothing Sacred, 1937)
Opis tego filmu obecny na serwisie może wprowadzać w błąd, bo ujmuje on wiele serca każdej z postaci. Bohaterami w tej historii są dwie osoby: Wally Cook, czyli przebrzmiały dziennikarz z Nowego Jorku, który popełnił błąd i teraz musi udowodnić ponownie swoją wartość, przynosząc do redakcji największy tekst w jej historii. Trafia tym samym na drugą osobę: Hazel Flagg z małego miasteczka o nazwie Warsaw (w stanie Vermont*). Dziewczyna jest przekonana, że umiera, ale ponowna wizyta u lekarza weryfikuje te obawy: dziewczyna jest cała, zdrowa i… w sumie nie wie, z czego się cieszyć, bo wolałaby już otrzymać 200 dolarów**, polecieć do Nowego Jorku i się wyszaleć, bo w Warsaw i tak nic na nią nie czeka.
Tutaj pojawia się właśnie Wally, który o niczym nie wie, podziwia Hazel za jej odwagę wobec zbliżającej się śmierci i dlatego napisze o niej artykuł. I wszystko to jest szczere! Oboje trafiają do Nowego Jorku, gdzie wita nas nie tylko 1937 rok, ale też tworzenie amerykańskich filmów z 1937 roku: to świat nieprzyzwyczajony jeszcze do ludzi, którzy mają już zaplanowany nekrolog. Całe miasto jednoczy się w uczucie do Hazel Flagg w iście przytłaczającym stylu. Dość powiedzieć, że Hazel otrzymuje klucze do miasta, a w planach jest jeszcze ustanowienie święta narodowego na jej cześć. Mały i nieszkodliwy numer szybko wymyka się spod kontroli, nikt nie mówi o niczym innym niż nasza bohaterka, wszyscy na nią patrzą, a ta przesada sprzyja komizmowi. Humoru nie ma tutaj za bardzo w dialogach czy slapsticku, ale w samej konstrukcji fabularnej i kolejnych absurdach, które wynikają z tego prostego pomysłu. Co najbardziej zaskakujące – to finał był naprawdę sensowny! Obraca całą historię w coś więcej, dodaje nawet nieco szlacheckiego rysu wszystkim bohaterom. Robi swoją robotę tak dobrze, że wręcz grozi zbytnią pompatycznością – ale i tego udaje się uniknąć. Szczęśliwie się skończyło jest właśnie tym: małym, uroczym filmem dla poprawy nastroju.
*fikcja literacka, chociaż po prostu dziwna – bo miasteczko Warsaw jest naprawdę w USA, po prostu w stanie Nowy Jork, ponad 600 kilometrów od Vermont. Cóż, mi dowiedzenie się tego zajęło 20 sekund, ale w 1937 roku Internet chodził trochę wolniej – albo nie chcieli, żeby Amerykanie z nowotworem jechali do Vermont po 200 dolarów?
**tyle Warsaw daje umierającym obywatelom; jeśli dobrze liczę to jakieś 66 tysięcy złotych dzisiaj;
Zdarzenie w Ox-Bow ("The Ox-Bow Incident", 1943)
Zaskakuje mnie, ile razy Wellman dał radę zrobić krótki film. Ten tutaj ma ledwo 75 minut, ale w sumie: co tu jeszcze można było opowiedzieć? Zdarzył się incydent w tym westernie: popełniono zbrodnię i wiemy, kto za to odpowiada. Trzeba się śpieszyć, zanim ta osoba umknie sprawiedliwości. Nie ma czasu nawet, aby szukać szeryfa albo innego oficjalnego przedstawiciela – trzeba ruszać już teraz. I ruszają wszyscy, grupą. Każdy z innego powodu.
Zaczynając od początku: Henry Fonda miał być naocznym świadkiem linczu, który miał miejsce w 1919 roku w Omaha, który był tylko częścią „czerwonego lata” (Red Summer), czyli serii krwawych zamieszek na tle rasowym, które miały miejsce w Stanach Zjednoczonych latem i wczesną jesienią tego roku. Przyczyną miały być braki pracy po I wojnie Światowej, którą to lukę wypełnili czarnoskórzy obywatele – oraz obawy przed doprowadzeniem w Stanach do odpowiednika Rosyjskiej Rewolucji. Wracając do Omahy – czarny został oskarżony o zamordowanie białej kobiety, biali obywatele mieli domagać się sprawiedliwości i spalili budynek sądu, aby rząd wydał im więźnia. Ten się ugiął, czarny został wydany i zlinczowany, a następnie spalony. Fotki dostępne są na Wikipedii.
James Joyce w szkicu do Ulissesa miał wspomnieć o tych mordach. W 1940 roku powstała powieść: The Ox-Bow Incident, będącej westernem, którego akcja ma miejsce w 1885 roku i opowiada o grupie ludzi domagającej się sprawiedliwości w świecie, gdzie prawo działa za wolno, a zbrodniarz może wyjść na wolność, jeśli ma wystarczająco dużo do wydania na adwokata – tak jest przynajmniej w adaptacji Wellmana, który nieco pozmieniał (m.in. pewna śmierć w finale nie jest spowodowana przez czyjeś słowa, ale inną śmierć). Sam reżyser medytował nad adaptacją czekając, aż pozwolą mu ją zrobić tak, jak chciał. I w końcu musiał samemu kupić do niej prawa, żeby to osiągnąć. Nie osiągnął zadowalających wyników finansowych (co przypisuje się ciężkiej, wojennej atmosferze – kto wtedy chce oglądać poważne filmy?), wytwórnia nie wiedziała, jak to reklamować i był nominowany do jednego Oscara: najważniejszego. To był ostatni film, który był nominowany jedynie w kategorii Film Roku. I przegrał z Casablanką, która co prawda miała premierę rok wcześniej, ale do Oscarów zakwalifikowała się w 1943 roku.
Jak o tym teraz myślę – to musiał być szybki film (czyli też: krótki), ponieważ w dłuższym byłaby przestrzeń do zastanowienia, do namysłu, do sprawdzenia przesłanek. W bezpośrednim było tylko miejsce na złapanie gagatka i założenie mu pętli na szyję – oraz przedstawienie, aby przekonać samego siebie, że to wszystko ma sens. Nie ma tutaj rasizmu – chociaż w sumie jest w tle. Jedna z osób w tle opowiada, jak w dzieciństwie widziała lincz własnego brata – czy zrobił, za co został ukarany? Nikt tego nie wie. Anthony Quinn jest pochodzenia latynoskiego i wciela się w jedną z ofiar. Inną jest starszy człowiek. Wszyscy są mężczyznami – po obu stronach tego czynu. Jedni domagają się sprawiedliwości, inni są trochę spokojniejsi, jeszcze inni chcą na różne sposoby wykorzystać nadarzającą się okazję i np. zrobić ze swojego syna prawdziwego mężczyznę. Wielokrotnie padną tutaj słowa o tym, że to nie jest sprawiedliwość, że nie mają pewności, że mogą zabić niewinnego człowieka. Problem w tym, że każda z postaci o tym wie – i niczego to nie zmienia. Ciężko jest zmienić zdanie, ciężko jest odezwać się – w świecie Wellmana ciężko też żyć dalej ze świadomością tego, co się zrobiło.
Treść listu w książce nie została ujawniona, co reżyser postanowił zmienić. Przez to film kończy się ciężkostrawnym, dłużącym się wyjaśnieniem, że lincz jest zły. Fonda czyta list na głos, bo pozostali nie umieją i słuchają w ciszy. Przez półtorej minuty. W tak krótkim filmie to naprawdę wyraźne. Można to zrozumieć i w ogóle – temat wciąż jest aktualny, George Junius Stinney umrze rok później. Wellman udowodnił jednak, że umie opowiadać w subtelny sposób i taką jego stronę cenię bardziej. Pytanie tylko, na ile był subtelny, a na ile go do tego zmuszano.
Żołnierze ("The Story of G.I. Joe", 1945)
Jakby pierwsza część – albo wstęp – do Pola bitwy, który Wellman nakręci cztery lata później. Żołnierze prezentują losy grupy wojaków idących pierwszy raz do boju. Druga wojna światowa, zabierają nawet ze sobą pieska, który się przybłąkał, oraz reportera-obserwatora. Są wystawieni na propagandę niemiecką oraz pierwsze, zimne wrażenie: samotność i wątpliwości. Czy naprawdę warto brać w tym udział? Czy naprawdę jesteśmy pewni, za co walczymy? Czy na pewno walczymy w imię czegoś słusznego?
Wolno się to rozwija i pozornie bez jakiejś historii, bo nie ma tutaj klasycznej opowieści. To prezentacja tego świata, w którym postaciom przyjdzie żyć w najbliższym czasie. Istnieje tak naprawdę tutaj tylko rozwój wewnętrzny – widzimy, jak powstaje spojrzenie żołnierza. Jeden rzut oka na innego żołnierza i on już wie, co on przeżył, rozumie go. O tym jest ten film. Jest tutaj też element propagandowy i zachęcający do udziału w wojnie, ale jest on bardziej obowiązkowym akcentem niż częścią narracji. Nie ma tutaj śladu przygody – jedynie twarde doświadczenie, które jest konieczne.
Droga do Yellow Sky ("Yellow Sky", 1948)
Męski, męski, brutalny, gorzki i męski. Wtedy takie filmy nazywano „western-noir”. Bohaterowie są z tej drugiej strony barykady: gonieni za napad na bank. Ucieczka prowadzi przez pustynię – albo zawracają w ręce sprawiedliwości. Wybierają podróż za horyzont. I idą. I idą. Naprawdę idą. Walczą między sobą o napój, najpierw podróżują na koniach, potem konie nie mają siły, aby iść z takim ciężarem, więc nasze chłopy schodzą i idą na piechotę. Potem konie nie mogą nawet iść, a na horyzoncie niczego nie ma. „Jak padnę, to już nie wstanę”, na co towarzysz odpowiada mu: „To prawda”. I idzie dalej. Jak padniesz, to nikt cię nie podniesie. W tym świecie jesteś sam.
Nie jest to jakiś długi lub dłużący się fragment filmu, ale jest niezwykły i istotny. Jak w kinie Dardenne: nawet jeśli zrobi coś złego, to zdążyli przejść za to przez piekło, ale na tym się nie zatrzymujemy! Po prostu ich rozumiemy, widzimy w nich ludzi. Nawet jeśli są to ludzie agresywni i wojowniczy, to nadal są ludzie. Można się z nimi komunikować jak z ludźmi. Niewiele z tego filmu może zostać pewnie w pamięci, potem kopią złoto i jakieś czerwone twarze się pojawią czy coś, nie wiem, nie pamiętam – ale ta dynamika między bohaterami, to męstwo w każdym dialogu! Jest w tym wszystkim autorefleksja, że nie oceniają swoich towarzyszy, gdy ci robią coś złego lub niewłaściwego, bo wiedzą, że sami nie są lepsi. Nie zgadzają się, ale też mają przeszłość. I nie są w miejscu, które pozwoliłoby im mówić innym, że robią źle. Są przegrani – waleczni, ale każda walka może być tą ostatnią. Tylko przetrwanie się liczy. Nie mają ideałów, na to już za późno. Albo za wcześnie.
Plus Gregory Peck dostający lanie od kobiety, piękny widok. Do takich produkcji się wraca!
Pole bitwy ("Battleground", 1949)
„Kompania braci” w postaci filmu. To nadal Hollywood, ale widzę tutaj zaskakująco dużo prawdy o byciu w wojsku, wśród tych ludzi, w tej organizacji, w tym trybie i rytmie. Przedstawiono tutaj jeden z ostatnich epizodów 2 wojny światowej (koniec 1944 roku), opisany w historii jako „Obrona Bastogne”, miasteczko w Belgii. Całość jest fikcyjną wersją prawdziwych wydarzeń, napisanych przez człowieka, który oparł to wszystko na własnych wspomnieniach. Perspektywa i struktura nie jest jednak fabularna, ale żołnierska – i tutaj jest największa trudność w oglądaniu, ponieważ priorytetem filmu musiało być zmieszczenie całości wojny w jednym filmie z perspektywy żołnierza. Jest tutaj wszystko, dosłownie wszystko – tylko nie sprzyja to realizacji historii, która ma jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy, ciąg dalszy. Rzeczy się dzieją, potem nie, potem też nie… Jak to na wojnie. Co więc zrobiono? Umieszczono na ekranie mnóstwo barwnych – ale w zwyczajny sposób – postaci oraz przechodzono od jednego barwnego epizodu do drugiego. Jak chociażby „wątek” żołnierza, który zdobył kilka jajek i za cholerę nie może znaleźć chwili, żeby je przygotować i zjeść. Nagle jest sygnał, że się zwijamy i idziemy, a idziemy przed siebie, aż szef powie, że robimy postój i kopiemy doły. A jak wykopiemy doły i już wsadzamy jajka do kasku, żeby je usmażyć nad ogniskiem w ten sposób… To znowu trzeba iść. W taki sposób poznajemy tych ludzi, ich życie, nawiązujemy z nimi relację emocjonalną, a jednocześnie nie umieramy z nudów, gdy w ogólnym sensie „nic się nie dzieje”.
Postaci są barwne – w takim stopniu, w jakim przypadkowo spotkani ludzie na wojnie mogą być barwni. Nie mają już o czym gadać poza oczywistościami, nie mają co robić poza pracą, trudno nawet nazwać ich kumplami – ale gdy są razem, to można oglądać ich niczym bohaterów naprawdę dobrego sitcomu, kiedy tylko siedzą przy stole i gadają o niczym. Ta scena na początku, jak jedna z postaci szuka sobie miejsca w namiocie i co chwila ktoś nowy wchodzi, każdy coś gada, każdy coś wtrąci – to jest trochę jak objawienie, że w tak ciekawy sposób można nakręcić scenę 20 chłopa leżących i mamroczących coś pod nosem. Reżyseria jest rewelacyjna, podobnie jak cała realizacja.
Dzisiaj trzeba uprzedzać – to nadal Hollywoodzki film jest. Amerykański, zrobiony przez jednego z mistrzów „klasycznego” stylu i kina. Tutaj gdy trzech ludzi nagle coś mówi, to z jakiegoś powodu wiedzą, w której kolejności mają mówić – jest ta przejrzystość oraz porządek, nie ma silenia się najpierw na mówienie jednocześnie, żeby następnie: „Przepraszam, ty pierwszy” czy coś. A gdy skończą, to czwarta osoba wie, że już nikt więcej mówić nie będzie i mówi swoje jako podsumowanie.
Życie żołnierza składa się braku wiedzy, co się dzieje. A gdy wiedzą, co się dzieje, to potem są obudzeni o 2 w nocy, że nastąpiła zmiana planów i ruszają. Idą, kopią dół – a gdy go wykopią, to nastąpiła kolejna zmiana planów. I tak bez końca. Postawiono na rzeczy duże jak i małe – relacje z przełożonymi, sposób spania czy jedzenia, co jedzą, w jakim stanie jest ich wyposażenie. Brakuje seksu czy romansu, gdy spotkają jedyną kobietę, czy innych „zakazanych” rzeczy, ale film w żadnym momencie nie sprawia wrażenia, że czegoś mu brakuje, że jest wybrakowany. Nadal obraz to brutalny i bezlitosny – ale no właśnie, chodzi tutaj o całokształt. Czyli również o tych wszystkich ludzi, którzy będą wspominać dobrze pewne rzeczy z czasów, kiedy byli w wojsku: czyli właśnie ludzi, z którymi tam razem walczyli. O ludzi, których walczyli. Ludzi, którzy o nich walczyli. Ludzi, których stracili. Nie wiesz, po co tam tak naprawdę jesteście – nie wiecie, czy robicie różnicę – najczęściej czujecie, że marnujecie czas – czekacie tylko końca. W jednym monologu film najmocniej przegina pałkę, kiedy pewna postać postanawia zagrzać żołnierzy do walki, dając im powód, żeby tutaj być i iść dalej. To dobry moment i nie jest trudno go zrozumieć, tylko jest najbardziej wysilony z całości tego „całościowego” filmu definiującego wojnę, kiedy jeszcze sami próbowali ogarnąć rozmiar i znaczenie tego konfliktu.
Zostałem zaskoczony przez ten obraz, przez jego zdrowy rozsądek i podejście do tematu. Nie bierze się on za historię czy moralność, dostrzega wszystkie odcienie samego doświadczenia bycia tam, umie połączyć te wszystkie sprzeczne kwestie – jak żal ze śmierci połączony z heroicznymi dokonaniami żołnierzy, jakim było mordowanie ludzi w innym mundurze. Umie oddać sprawiedliwość prawdzie i zakładam, jakby ten seans, cztery lata po wojnie, był pierwszym razem, kiedy żołnierze po powrocie z frontu czuli się zrozumiani przez sztukę. I ta sztuka pozwoliła innym zrozumieć ich. Moralność zaczyna się dopiero po seansie – jak mogłeś tam być i robić te straszne rzeczy? Cóż… Właśnie tak. James Jones później przesunie poprzeczkę dalej, ale nikt nie powinien odbierać Wellmenowi tego, co tu osiągnął. Brawo.
Kobiety jadą na zachód ("Westward the Women", 1951)
Narodziny gwiazdy („A Star Is Born”, 2018)
Jeden z najszczęśliwszych filmów ostatnich lat. Nie jestem w stanie tego ocenić niżej.
Jack jest muzykiem. Zbiera tłumy na każdym koncercie, jest też alkoholikiem i nie stroni od innych używek. Po jednym występie idzie do baru, gdzie widzi amatorkę Ally śpiewającą na scenie. Poznają się, idą do innego baru i przez całą noc Jack zachęca Ally do tego, żeby się otworzyła, żeby zaczęła śpiewać własne piosenki, żeby się odważyła. Następnego dnia bierze ją na scenę, razem prezentują jej utwór, publika ją kocha. Tak zaczyna się jej kariera.
Zacznę od tego, że scenariusz jest najsłabszym elementem całości. Gubione są wątki („sprzedanie się” Ally i Jack krytykujący ją za to), rozwój postaci stoi pod dużym znakiem zapytanie (ponownie – szczególnie u Ally, która z szarej myszki w ciągu jednej sceny staje się kręcącą dupą na scenie piosenkarką pop, która poza sceną jest wciąż tą samą dziewczyną, którą polubiliśmy wcześniej), sukces i sława przychodzą z dnia na dzień bez szczególnego wysiłku, a całość wieńczy jedno z najgorszych możliwych zakończeń, jakie tylko można było wymyślić. Twórcy stawiają tam na łatwe rozwiązania i zwrot akcji, który oparli o jedną scenę, która zresztą była oparta o rozmowę. O nic więcej. Pojedynczy dialog i jedna z postaci stwierdza, że kompletnie zmieni swoje życie. Finał jest prawdziwie skandaliczny – reszta razi z uwagi na to, jak ładnie inne elementy filmu się udały, szczególnie pierwsze półtorej godziny, ale ostatnie sceny zasługują na potępienie w każdych warunkach.
Nie znaczy to, że w skrypcie nie było udanych rzeczy (pomiędzy słowami wspomina się o ciężkiej pracy Ally przez całe życie i o tym, jak rodzina ją wspierała, co zaprocentowało w momencie, kiedy ją poznaliśmy), ale to jednak film oparty przede wszystkim o reżyserię. O ton tej opowieści, o prowadzenie aktorów i chemię między nimi. Oglądanie Jacka i Ally na ekranie jest przyjemnością. Dwoje ludzi, którzy po prostu do siebie pasują i znaczą dla siebie bardzo dużo. Najbardziej polubiłem ten etap na początku, kiedy było między nimi jeszcze seksualne napięcie, ale bez zaspokojenia go. Miałem nawet podejrzenie, że pozostaną tylko przyjaciółmi do końca seansu, niemniej dosyć szybko idą do łóżka – ale potem film wciąż jest dobry. Cała opowieść jest bajką, ale taką, którą kino musi sobie przypomnieć, jak opowiedzieć. Nie myślę o niej w kategoriach naiwności czy przypadkowości. To po prostu historia osoby, która miała szczęście. Spotkała właściwego człowieka, jej życie zmieniło się z dnia na dzień, otrzymała szansę i ją wykorzystała. Jest tu miejsce na uwierzenie w tę opowieść. Można w końcu wyglądać jak Stefani Germanotta, ale jak ci mówią, że masz za duży nos, by osiągnąć sukces, to wtedy już nie wierzysz w siebie.
Poziom piosenek jest dosyć średni. Takie utwory jak Shallow, I’ll Never Love Again czy Always Remember Us This Way będzie można jeszcze pamiętać dzień po seansie, reszta to krótkie przerywniki bez żadnej treści dramaturgicznej, bez duszy czy wartości. Nic nie mówią o postaciach czy danym momencie fabularnym. Takie tam krótkie kawałki, żeby nie było, że film muzyczny ma tylko trzy piosenki. Rockowe jamowanie za to było naprawdę miłe w słuchaniu.
To typowa opowieść o tym, że sukces jest łatwy – utrzymanie go i pozostanie później dobrym człowiekiem jest wyzwaniem. Do tego otrzymujemy jakieś półtorej godziny oglądania, jak ludzie się uśmiechają, cieszą i płaczą z radości. Widownia reaguje oklaskami na samo twoje wejście na scenę, przed występem nie trzeba nawet rozgrzewać głosu czy robić prób. Wchodzisz i jesteś na szczycie świata. Zakończenie jest minusem, ale tak szczęśliwych filmów powstaje zbyt mało, żebym mógł to ocenić niżej.
PS. Nie wiem, co tutaj bardziej mnie zastanawia. Występ Dave’a Chappelle’a, Sam Elliott mówiący Bradleyowi Cooperowi: „Ukradłeś mój głos” czy też fakt, że Sam Elliott dostaje jakieś wyróżnienia za swoją rolę w tym filmie, chociaż jest może z minutę dłużej, niż w Lebowskim i jest przedmiotem fabularnym, a nie postacią, w której jest miejsce dla aktora.
PS 2. Naprawdę szanuję Coopera. Inni idą na debiut reżyserski, żeby coś osiągnąć, powiedzieć, udowodnić coś sobie, obsadzić się w niesamowitej roli albo mieć sceny seksu z cholera wie kim. A Cooper robi swój film tylko po to, żeby mieć pretekst walnąć kobietę ciastem w twarz. Mój bohater.
Najnowsze komentarze