Robert Zemeckis

Robert Zemeckis

23 grudnia 2018 Opinie o filmach 0

No other contemporary director has used special effects to more dramatic and narrative purpose.” – David Thomson
Television saved my life.” – Robert Zemeckis

Robert Zemeckis

Obecnie Robert Zemeckis znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #34

Top

1. Powrót do przyszłości – trylogia
2. Lot
3. Kto wrobił Królika Rogera
4. Ekspres polarny
5. Cast Away
6. Forrest Gump
7. Miłość, szmaragd i krokodyl
8. Beowulf
9. Kontakt
10. The Walk. Sięgając chmur
11. Opowieść wigilijna

Ważne daty

1951 – urodziny Roberta

1967 – powstaje ulubiony film Roberta: Bonnie i Clyde. Po seansie Robert decyduje się iść do szkoły filmowej. „We weren’t interested in the French New Wave. We were interested in Clint Eastwood and James Bond and Walt Disney

1973 – ukończenie studiów filmowych

1978 – debiut kinowy

1980 – pierwsze małżeństwo (rozwód w 2000 roku)

2001 – drugie małżeństwo

Ekspres polarny („The Polar Express”, 2004)

4/5

Bogata wyobraźnia znajdująca spełnienie w formie animowanej. Tak właśnie wyobrażałbym sobie podróż do Mikołaja.

Nasz mały bohater nie wierzy w Świętego Mikołaja, ale chce wierzyć. W noc wigilijną pod jego dom przyjeżdża ekspres polarny, żeby zabrać jego i inne dzieci na biegun północny, gdzie spotkają Mikołaja. W ten sposób zaczyna się podróż naszego chłopca – pełna wątpliwości i testów, w trakcie której zmieni się jego spojrzenie na wiele rzeczy. Nawet jeśli to wszystko jest tylko snem.

Ekspres polarny bez wątpienia wykorzystuje fakt bycia animacją. Co chwila oglądamy coś, co uzasadnia decyzję artystyczną. Może było na odwrót, może animacja nie była początkowo w planach, ale efekt jest taki, że o innej metodzie nie mogło być mowy. Kamera wykonuje niemożliwe zbliżenie na odbicie w talerzu, następnie przenika przez przedmioty, bałwan na dworze ożywa i macha jak we śnie… Nie wspominając o tym, że pod dom bohatera w środku nocy podjeżdża pociąg! To musiało być ujęte w nawias, to nie mogło być realistyczne (czemu sąsiedzi się nie zbiegli?), ale jednocześnie to musiało spełniać wymogi dziecięcej wyobraźni oraz je przewyższać. Cała pierwsza połowa filmu to niespodzianka za niespodzianką, podróż wypełniona atrakcjami po same brzegi. 

Polski dubbing a wersja oryginalna

Na premierze oglądałem oczywiście z dubbingiem, to był w końcu 2004 rok – ile ja mogłem mieć wtedy lat? Pamiętam tylko, że uwielbiałem głos polskiego Mikołaja. Teraz włączyłem na chwilę dla porównania i nie mam do zarzucenia nic którejkolwiek wersji (wciąż wolę polskiego Świętego), ale jest jeszcze jedna kwestia: w oryginale Tom Hanks wciela się w pięć różnych postaci, co ma swoje znaczenie dla wymowy filmu: użycza głosu tacie głównego bohatera, konduktorowi, włóczędze, Mikołajowi oraz dorosłej wersji głównego bohatera, czyli narratorowi. W Polskiej wersji jego miejsce przyjmuje Adam Ferency, który wciela się w te wszystkie role… z wyjątkiem konduktora, którego zagrał Krzysztof Dracz. Więc jest tak, jakby Agnieszka Matysiak (reżyser polskiego dubbingu) miała własną interpretację filmu?… Sam nie wiem. Dziwne to jest.
 

Mamy tutaj lokomotywę, która robi manewr 180 na lodzie, kelnerów nalewających do trzech kubków jednocześnie i tańczących na stolikach złożonych wyłącznie z obrusów, niesamowitą podróż przez góry na jednym ujęciu (pierwszy mastershot w moim życiu, którego byłem świadomy!) oraz postać włóczęgi nawiedzającego (a może zamieszkującego?) zewnętrzną część pociągu (dach, koła, wyglądajcie za nim!). Ekspres polarny jest prawdziwą ucztą dla każdego małolata wybierającego się w podróż, aby spotkać Mikołaja we własnej osobie. Nie wiadomo, czego się spodziewać, ale to, co otrzymujemy, właśnie spełnia te oczekiwania.

Druga połowa filmu z kolei wydaje się zaskakująco rozciągnięta. Niewiele się wtedy dzieje i nie ma nawet co porównywać z pierwszą.  To zresztą tylko jeden z wielu zarzutów, które można mieć wobec tej produkcji – są momenty naiwne i naciągane, ekspozycja na początku jest okropna (bohater w środku nocy zagląda do szuflady, żeby zobaczyć wycinki z gazet z artykułami o strajku Mikołajów), a wymowa całości jest… dezorientująca. Są tu rzeczy omawiane tak mocno, że odbierają apetyt – inne niemal w ogóle nie są ruszane i pozostają do interpretacji widza (postać włóczęgi). Najmocniejszy jest tu motyw wiary w Mikołaja, ale jednocześnie trudno jest mi powiedzieć, co ta postać symbolizuje w Ekspresie polarnym. To może być banalny film, ale też może się okazać przemyślany i wymagający o młodych odbiorców bardzo dużo, tylko nikt nie będzie tej produkcji traktować na tyle poważnie, żeby nad tym wszystkim przysiąść. Zaczęliśmy seans od oglądania, jak to konduktor z podniecenia mało nie umarł, bo w jego towarzystwie nalewano gorącej czekolady. Można się przy tym bawić, ale czy naprawdę na koniec mamy też zrozumieć głębię podróży wewnętrznej głównego bohatera (patrz: ramka)?

Jest to temat na inne czasy. Teraz tylko napiszę, że ponowny seans Ekspresu polarnego był znakomitym doświadczeniem. Bawiłem się, miałem co doceniać w trakcie oglądania i będę darzyć go ciepłym uczuciem. Jak nie za nic innego, to za samą wyobraźnię twórczą – ale dobrze się też czuję na myśl, że wiara w Mikołaja nie musi być bezwarunkowa.

 

Lot („Flight”, 2012)

5/5

Wybitna scena awarii samolotu, do tego anty-klasyczna opowieść o robieniu słusznej rzeczy. Mało jest takich historii.

Whip Whitaker bierze narkotyki, pije nałogowo alkohol oraz pilotuje samoloty pasażerskie. Podczas jednego z rejsów maszyna zawodzi, a Whip będąc pod wpływem kokainy poprawionej wódką, dał radę wylądować i uratować niemal wszystkich pasażerów i załogę. Na ponad 100 osób umarło sześć i chociaż nie była to wina pilota, to wciąż może on być pociągnięty do odpowiedzialności za te zgony. I dostać dożywocie. Whitaker w obawie przed takim rozwiązaniem robi wszystko, aby tego uniknąć.

Nie chcę was jednak zmylać – to nie jest taki film, w którym główny bohater pcha fabułę do przodu. On raczej reaguje, odpowiada i unika roli prawdziwie głównej, dowódcy i kontrolera, który będzie pchać fabułę do przodu. Współgra to z ogólną konstrukcją fabularną, ponieważ ta jest zaskakująco otwarta i pozwalająca widzowi na odebranie całości tak, jak on chce to odebrać. Oczywiście sporo ludzi chce nienawidzić, więc recenzje ogółem nie są najlepsze. Inni widzowie teoretyzują, że Whit w jednej scenie spotkał Boga. Ja z kolei zastanawiam się, jak bardzo Lot opowiada o narkotykach czy Bogu właśnie, a w jakim stopniu to tylko rzeczy mówione przez bohaterów, bez żadnej intencji ze strony twórców. Mamy w końcu historię inspirowaną prawdziwym incydentem z 2000 roku (wtedy jednak nie było happy endu), który był jeden na milion – i dokonał go człowiek będący pod wpływem przeróżnych substancji. Może więc być tak, że Lot wchodzi w ten sposób w dyskusję z powszechnie złym nastawieniem do używek, że szczerze widzi pozytywną stronę w kłamaniu o tym i wydaje się, jakby główny bohater dyskutował właśnie o tym z samym ze sobą. Bo po co w końcu powiedzieć prawdę? Co to dobrego przyniesie?

Innym aspektem filmu, który wydaje się siedzieć w głowach bohaterów, to właśnie rola Boga. W końcu wydaje się ironią, że tragedia jawi się jako sukces, a i tak bohater może za to dostać dożywocie. Niczym bibilijna przypowieść o tym, że „nie znasz dnia ani godziny”, że powinno się ponieść konsekwencje i dziękować najwyższemu, że nauczka obyła się niemal bez ofiar. Whit w końcu nie pierwszy raz siadł za sterami w złej kondycji. Za każdym razem igrał z losem, stawiając losy setek ludzi na szali, ponieważ „wierzył w siebie”.

Ostatecznie film jest o czymś innym, ale wciąż odnoszę wrażenie, że przez głowy postaci na ekranie przemykają powyższe tematy, w mniejszym lub większym stopniu. Koniec końców jednak jest to historia re-definiowanie samego siebie. Uwolnienie się przede wszystkim od tego, co inni o tobie mówią, co powiedzieć mogą i co pewnie myślą. Odrzucenie tego wszystkiego, jako czegoś nieistotnego. Koniec tej historii wydaje się niemal klasyczny w swej „słuszności” i „moralizatorstwie”, jednak przy bliższym przyjrzeniu się jest inaczej. [SPOILER] Szczęśliwe zakończenie ma brudne barwy i niewesołe twarze, bohater wygrywa, tracąc wszystko (wygrana zresztą jest dyskusyjna), a szlachetna decyzja Whita z końcówki nie była podyktowana pobudkami ogólnie przyjętymi za szlachetne przez społeczeństwo: kłamał do końca, na dodatek okazując wcześniej słabość. Dopiero kiedy stanął przed wyborem: przyznać się albo zwalić winę, wybrał publiczną spowiedź. Nikt w ten sposób nic nie wygrał, zło nie zostało pokonane w żadnym stopniu – właściwie nawet zło wygrało, bo pozbawiło naród bohatera i wiary w dobro, co często jest wartością dodatnią w takich historiach. A mimo to Whit Whitaker jest prawdziwym bohaterem: uratował ludzi, dokonał cudu, a potem jeszcze powiedział prawdę. Był przy tym zwyczajnym dupkiem, alkoholikiem, ojcem bez rodziny i manipulatorem, a ponadto po prostu słabym człowiekiem bez żadnej samokontroli. [/SPOILER] Czy Lot chciał o tym też coś powiedzieć?

Trudno jasno odpowiedzieć. Nie dlatego, że sam film jest chaotyczny lub niezdecydowany – raczej dlatego, że starano się poprzez narrację oddać stan bohatera. Podejmujemy decyzję i nie wiemy, co będzie dalej. Wiemy tylko, że inaczej nie możemy tego skończyć.

Cała historia ma bardzo powolną, szczegółową narrację. Nie ma pośpiechu, przy zmianie lokacji bohaterowie nie znajdują się od razu na miejscu, tylko najpierw tam dochodzą pieszo (np. długim korytarzem). Atmosfera rośnie, a każda scena wybrzmi tak, jak potrzebowała. I cały czas aż do końca widz trzymany jest obok wydarzeń – bo tak naprawdę cały kraj, wszystkie media, chcą wiedzieć: co tam się stało? Jak to wyglądało? Whip cały czas ich unika, zmienia miejsce pobytu. Właściwą sprawą zajmują się adwokaci i inni ludzie pracujący w jego imieniu. Jak wszystko aktualnie wygląda, Whitaker dowiaduje się z telewizji, z wiadomości na sekretarce, z rozmów ze wspomnianym adwokatem. Do widza dociera tylko uczucie presji i nieuchronności tego, co musi nastąpić. Z wierzchu są spokojne rozmowy, bardzo rzeczowe i cierpliwe, ale słychać jak wielkie są emocje, które pod nimi się kryją. Czuć, że każde zdanie było przemyślane. Miałem tę świadomość, że wszystko tu jest istotne, a jedno słowo może o wszystkim zaważyć. Bohaterowie zachowują się tak, jakby od tego zależało ich życie. I więcej.

The Walk. Sięgając chmur ("The Walk", 2015)

4/5

Odświeżający seans. Jest to oparta na faktach opowieść Philippe’a Petit, który postawił sobie marzenie do zrealizowania: przejść bez zabezpieczeń z dachu jednej wieży WTC na drugą. Jest to opowieść o artystach. Ludziach, którzy przy pierwszym spotkaniu mówią ci, jakie jest ich największe życiowe marzenie, i jak to zamierzają je zrealizować. Bo dopiero wtedy są wolni. Stawiają sobie zadanie i robią wszystko, by do niego doprowadzić. Przynajmniej spróbować. Własnym kosztem, a nie innych. Bez nihilistycznych, pozbawionych wyobraźni i ryzyka pobudek, jak to jest dzisiaj u różnych performerów, których stać tylko na to, by stanąć pod ścianą bez ruchu. Petit był artystą, który był wolny, a Zemeckis składa hołd jemu i mu podobnym. Jego film od pierwszych minut to magiczna sztuczka i przygoda. Ten człowiek ma wyobraźnię do CGI. Zazdroszczę mu jej.