Mervyn Leroy

Mervyn Leroy

06/12/2017 Opinie o filmach 0

The industry is riddled with jealousy envy, mistrust and greed.” – Mervyn Leroy

Mervyn LeRoy

Obecnie Mervyn Leroy znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #202

Top

1. Pożegnalny walc
2. Jestem zbiegiem
3. Quo Vadis
4. Poszukiwaczki złota
5. The House I Live In
6. Mały Cezar

Ważne daty

1900 – urodziny (San Francisco)

1904 – urodziny trzeciej żony Katherine 'Kitty’ Spiegel Leroy, będą razem do jego śmierci

1927 – debiut reżyserski, ponoć istnieje kopia tego filmu i wymaga odnowienia

1932 – zarabia za reżyserię filmu ponad 13k

1949 – za reżyserię Any Number Can Play dostaje ponad 68k

1966 – ostatni film

1987 – śmierć (Alzheimer, Beverly Hills)

Poszukiwaczki złota („Gold Diggers of 1933”)

Ocena 4 z 5

Uroczy, pełen wigoru musical propagujący życie z nadzieją w sercu. Szkoda tylko, że w 47 minucie film się kończy, a trwa jeszcze kolejne 50.

Początek lat 30. Trwa okres wielkiej depresji. Nie ma tu analizy zjawiska lub przyczyn ekonomicznych, jest tylko opowieść o ludziach zmuszonych do obniżenia standardów życia i stagnacji przez ciąg pustych dni. Przy zmysłach trzyma ich tylko nadzieja, że jutro wszystko może się zmienić. Oto grupa tancerek zostaje bezrobotna, ponieważ reżyser nie ma pieniędzy aby wystawić sztukę. Śpią więc do południa, nie szukają innego zatrudnienia, ale żyją w dobrej klasy garsonierze, a kradzież od sąsiada jest uzasadniona. To świat, w którym osoby zamożne są dobre, jeśli rozdają pieniądze, a jak są źli, to od razu gardzą wszystkimi i zakładają, że biedni są gorszym sortem podludzi.

Ale to tło właściwej zawartości, czyli w tym wypadku: sekwencji muzycznych. Nie ma ich dużo, ale trzeba przyznać: są najlepsze w swoim rodzaju. One trwają i trwają, a kiedy myślałem już, że oglądam następną scenę – nie, to cały czas kolejny etap tej wielkiej sekwencji! Wraz z kolejnymi minutami musical rozrasta się i rozbudowuje, cały czas trzymając się tego samego motywu od pierwszej do ostatniej nuty. Piękna robota! Jestem pewien, że każdy miłośnik klasycznych amerykańskich musicali będzie z seansu zadowolony.

Zła wiadomość jest jednak taka, że historia w filmie kończy się około 47 minuty. Spokojnie można było wtedy puścić napisy końcowe, bo ciąg dalszy niczego już nie dodał, ale za to sporo ujął. Ostatnie 50 minut to już zupełnie inna fabuła, oparta na rażących uproszczeniach, marnym humorze i niejasnych absurdach. Bohaterowie, których polubiliśmy w pierwszej połowie, teraz będą nam okazjonalnie migać na drugim planie. Zachwyt sekwencją muzyczną zastąpiony zostaje przez drapanie się po głowie nad tym, jak cokolwiek z drugiej połowy miało działać w zamyśle twórców. Film jest warty obejrzenia, nie mam wątpliwości – bądźcie tylko przygotowani na to, iż pod koniec możecie czuć zawód.

Chcecie więcej?

Cóż… Słodka Charity chyba pasuje w tym miejscu. To amerykańska wersja Nocy Cabirii Felliniego. Długie i dosyć męczące, ale kiedy przyszedł czas na sekwencję „Rhythm of Life” z udziałem Sammy’ego Davisa Jr. wtedy to już nie miało znaczenia. Ilekroć przypominam sobie tę scenę to muszę ją znowu obejrzeć na YouTubie. Zresztą, cholera, może spodoba się wam cały film?

Pożegnalny walc ("Waterloo Bridge", 1940)

Ocena 5 z 5

Jest to remake filmy Whale’a z 1931 roku, wobec którego podjęto konkretne decyzje o zmianach względem pierwowzoru (oraz sztuki teatralnej, która miała premierę w 1930 roku i była oparta na doświadczeniach życiowych i wojennych autora: Roberta E. Sherwooda). Nie tylko dodano 2 wojnę światową jako klamrę narracyjną – czynią Pożegnalny walc 17 maja 1940 roku jednym z pierwszych filmów w historii, które poruszyły ten temat – ale przede wszystkim dodano klasy produkcji oraz fabule i bohaterom. Jest granica, gdzie klasa przeradza się w cenzurę, ale w tej produkcji jej nie przekroczono. Pierwotnie to była wprost opowieść o prostytutce – czy tam osobie zmuszonej przez różne czynniki do prostytucji – która poznaje żołnierza i zamiast spędzić z nim wieczór w tradycyjny sposób, to rodzi się między nimi romans. Mogłem napisać: RUCHANIE, ale to nie cenzura nakazała mi użyć innego słowa, a moja własna potrzeba, ponieważ to one lepiej oddawały naturę tego, o czym chcę opowiedzieć. Tak samo jest w samym filmie – chociaż prawdą jest, że cenzura musiała być zadowolona.

W filmie LeRoya rozwój fabularny i rozkład akcentów jest inny, to już jednak odkryjecie sami. Ważne, że to faktycznie romantyczny film – nie tylko dlatego, że opowiada o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości, ale dlatego, że opowiada o potrzebie miłości i wszystkim, co w niej cudowne i smutne. Klamra narracyjna jest tak naprawdę tylko po to, aby pokazać upływ czasu – właściwa akcja nadal rozgrywa się podczas Wielkiej Wojny. I główny bohater te półtorej dekady później nadal o niej pamięta. Nie wiemy, co to znaczy: czy znalazł kogoś innego, czy jest samotny czy może też jest samotny z wyboru, ponieważ nikogo innego już nie chce do siebie dopuścić. Ten brak niedomówienia jest w naturze całego filmu – nie jako akt tchórzostwa, ale właśnie odwagi, aby dać tyle widzowi.

Jest w tym filmie scena, w której Vivien Leigh przeczytała w gazecie straszną wiadomość i musiała zaraz kontynuować rozmowę z kimś w taki sposób, aby nie pozwolić, by ta osoba też poznała tę informację. Jak obie osoby w tej konwersacji zachowują klasę i szacunek do siebie nawzajem, jak żadna nie przechodzi od razu do emocji i pochopnych wniosków, zachwyca mnie do dzisiaj i zachwycało wiele lat temu, gdy oglądałem ten film pierwszy raz. A przecież później te postaci wracają do tej rozmowy, gdy obie już dowiedzą się więcej. I ta klasa w wymianie zdań jest nadal utrzymana. Ten humanitaryzm międzyludzki był potrzebny w tym dramacie psychologicznym, ponieważ bez tego całego ciepła drugiej osoby nie można by opowiadać tej samej fabuły. Pożegnalny walc nie jest tragedią z powodu bomby spadającej na tytułowy most, jak to było w sztuce teatralnej. Jest tragedią ze względu na wewnętrzne przekonanie bohaterów do tego, że nie zasługują na miłość, ponieważ są jacy są. Widzowie mogą to podciągać pod różnicę klas i przynoszenie hańby rodzinie, do której panna młoda się włączy, ale jednak przede wszystkim jest to film o tragedii wewnętrznej. „Akceptujemy miłość na jaką myślimy, że zasługujemy”, powie wiele lat później nauczyciel do Charliego w Perks of Being a Wallflower. Autorzy Pożegnalnego walca też to rozumieli.

I film opowiada o tym jedynie poprzez sugestię. Ani razu nie krzyknie nikomu w twarz chociaż jednym słowem. Będzie jedynie sugerować, dlaczego Myra Lester była na dworcu, gdy żołnierze przyjechali. A to anonimowe spotkanie na moście nie było odosobnione. I jeszcze barman powie, że dla Myry jeszcze za wcześnie, by przyjść do baru – można się jej spodziewać po północy. Finał odbywa się w samotności, jedynie pamiątka w ręku Roya mówi nam, że on o wszystkim się dowiedział. Albo ktoś inny i przekazał mu ją. Może on o nim nie wie? W tych niedopowiedzeniach znajduje się cały melodramatyzm tej historii, która zawsze będzie poruszająca, wzruszająca i smutna. Czy kostiumy i fryzury bardziej pasują do lat 40 a nie 20? Najwyraźniej. Czy maniera męska i podejście do jego wybranki serca wyraźnie wskazuje na czasy dawno minione? Owszem. Czy przez brak spadającej bomby będą widzowie, dla których filmowi brakuje mocniejszych momentów? Również przyznaję rację – ale na tym wszystkim polega siła tej produkcji i nie wyobrażam jej sobie w jakiejkolwiek innej formie (nawet nieszczególnie zależy mi na nadrobieniu trzeciej adaptacji sztuki Sherwooda [Gaby, 1956], która ponoć już ma happy end). Brawa dla aktorów, dla operatora, dla reżysera – za całe piękno, jakie stworzyli na ekranie.