Peter Bogdanovich

Peter Bogdanovich

27 marca 2021 Blog 0

Miał wyreżyserował "Ojca chrzestnego", "Chinatown", "Dzień szarańczy", "Garść dynamitu" czy "Ucieczkę gangstera". Zamiast tego wyreżyserował garść filmów, o których nie słyszeliście, a każdy jest zaskakującym odkryciem. No, prawie każdy. Oto Peter Bogdanovich i przegląd jego twórczości.

I went from getting the laundry to directing the picture in three weeks.” – Peter Bogdanovich

Zaczynał od oglądania filmów, promowania ich, pisania artykułów do gazet i prowadzenia wystaw w muzeum sztuk nowoczesnych na Manhattanie, przypominając twórczość wielkich reżyserów. Był aktorem i miał w tym doświadczenie, ale zainspirowany francuską nową falą i tamtejszymi reżyserami postanowił osobiście stanąć za kamerą, więc ruszył do Los Angeles i na jednej premierze zagadał do Rogera Cormana, który znał jego twórczość z gazet. Zrobili razem kilka filmów a sam Bogdanowich miał powiedzieć, że nigdy nie uczył się więcej, niż od tego człowieka.

Później Peter zrobił Ostatni seans filmowy, zaczynając w ten sposób swój złoty okres, który potrwał tylko kilka lat. Został okrzyknięty artystą na miarę Orsona Wellesa z uwagi na jakość swojego debiutu (najwyraźniej Last Picture Show był właśnie uznawany za jego pierwszy obraz), by później przestać przynosić uznanie oraz zysk już w 1974 roku – czego w sumie nie odzyskał do dziś. Robił mało filmów i zdarzały się takie, które polubiłem, ale dla filmu Bogdanovich w zasadzie zaczął się i skończył już wtedy: na początku lat 70.  Następne 50 lat to pasmo przeróżnych wydarzeń: rozwody, zakochania, filmy robione z miłości do przeszłości i do filmów, które widział w dzieciństwie. Peter ogłaszał bankructwo dwa razy, pisał książki i kręcił dokumenty o kinie, za kamerą stając od przypadku do przypadku, nie umiejąc odtworzyć tego, co przyniosło mu sukces. Raz za bardzo trzymając się przeszłości i sprawdzonych rozwiązań, by potem podejmować ryzyko, które się nie opłaciło.

Najprawdopodobniej to, czego Bogdanovich potrzebuje, jest ktoś taki, jak on sam. Przypominał w końcu twórczość reżyserów, utrwalał ich obraz, przeprowadzał wywiady, przybliżając nowym kinomanom artystów, którzy byli zapomniani, nierozumiani albo nieznani. Taki jest teraz sam Bogdanowich. Ktoś powinien z nim usiąść i pogadać o ostatnich 50 latach, by rozwiać różne teorie i zatamować domysły, takie jak chociażby o tym, że Peter nie jest aż tak dobrym reżyserem. Był po prostu otoczony dobrymi ludźmi, których zraził do siebie po odniesieniu sukcesu. Niby jest człowiekiem, z którym ciężko się pracuje – Cloris Leachman, zdobywczyni Oscara (i Garreta) za rolę z Ostatniego seansu filmowego miała na zawsze mieć za złe Peterowi, że ten nie pozwolił jej na nagranie dubla w scenie kłótni z jej filmowym kochankiem (ale raczej robiła to ironicznie, w końcu dostała statuetkę Akademii – a Peter nie robił dubla, bo któryś z jego idoli filmowych nie robił dubli).

Z drugiej strony sam Peter po zrobieniu filmu, którego nie chciał żaden dystrybutor, sam wykupił prawa do niego, by potem walczyć o to, by ludzie mogli go obejrzeć. I poniósł porażkę. Przy Masce (swoją drogą, też film zrobiony z miłości – do swojej zmarłej kochanki) zdecydował się na angaż Cher, z którą nie pracowało mu się najłatwiej, ale wiedział, że ona nadaje się najlepiej, więc nie myślał o sobie, tylko o filmie, który robi. Odpowiedź na moje wnioski przyniósł rok 2020 i seria podcastów TCM The Plot Thickens – chociaż bliżej im do dokumentów zrealizowanych w formie audycji radiowych, bo nie siedzą w pokoju i nie rozmawiają, są za to nawet fragmenty archiwalnych wywiadów – w których przybliżona jest kariera Petera. Mają one własną stronę, ale jest też w całości na YouTube, jak chcecie. Naprawdę warto poznać choćby tło powstanie Saint Jack i ile rzeczy się wtedy działo w życiu tego człowieka.

A jego dorobek wciąż stoi przed nami otworem. W końcu nawet jego wtopy finansowe budzą ciekawość, a przecież zrealizował wiele interesujących dokumentów. Przeniósł swoim widzom wiele wzruszeń oraz śmiechu, więc warto być jednym z nich.

I think one of the reasons younger people don’t like older films, films made say before the ’60s, is that they’ve never seen them on a big screen, ever. If you don’t see a film on a big screen, you haven’t really seen it. You’ve seen a version of it, but you haven’t seen it. That’s my feeling, but I’m old-fashioned.

Żywe cele ("Targets", 1968)

5/5

Okres New Hollywood to jednak pewniak jeśli chodzi o dobre, odważne kino. Mamy tutaj dwóch bohaterów: jeden z nich kupuje broń i rusza na miasto planując umrzeć, ale wcześniej chce zabić tylu, ile tylko zdoła. Drugi to gwiazda kina, która właśnie podjęła decyzję o przejściu na emeryturę (w tej autotematycznej roli Boris Karloff). Targets to takie kino, które z miejsca mnie kupiło. Od razu widać nieszablonowe podejście twórców do tematu tworzenia sztuki, odwagę w montażu czy też innych środkach stylistycznych – ale to przede wszystkim obraz wymagający. Tak, zrealizowany z ogromną dyscypliną, trzymający w surowym napięciu, ale jednocześnie będący zagadką dla widza. Dopiero ostatnia linijka dialogu uświadomiła mi, że tak naprawdę oglądałem zupełnie inny film, a motywacje mordercy mają śladowe znaczenie. Teraz będę myślał nad tym, co twórcy chcieli mi przekazać.

Ostatni seans filmowy ("Last Picture Show", 1971)

5/5

Pamiętam, jak po pierwszym seansie byłem zawiedziony, że to wcale nie jest film o kinie. Co prawda chodzą do kina i uczestniczą w tytułowym ostatnim pokazie, ale nie ma to dla nikogo znaczenia. Podobnie jak film, który wtedy zobaczą. To tylko symbol, że w ich miasteczku nie będzie już nic do roboty dla siebie. Właściwie bardziej miasteczko jest bohaterem głównym. Ludzi jest sporo i ogólnie są do siebie podobni, ale miasteczko się zmienia – a raczej z czasem odsłania przed nami swoją twarz. Jego mieszkańcy wszystko o sobie nawzajem wiedzą – kto z kim romansuje, interesują się lokalnym sportem i wiedzą, który nastolatek zawalił wynik meczu. Trudno nawet z samego seansu wywnioskować, ile trwa akcja tej historii. Chyba rok. Rok kręcenia się, romansowania, polowania na „pierwszy raz”, jechania do Meksyku na weekend, podjęcia decyzji o pójściu do wojska… Szukania szczęścia. Podjęcia decyzji, by pójść dalej.

Naprawdę polubiłem ten film, tylko jeśli miałbym go za coś wyróżnić, wtedy wskazałbym na tytuł. Cała reszta była i jest w innych filmach, może poza takim obrazem małego miasteczka, które rzadko jest tłem dla nastoletnich opowieści o dorastaniu. Bogdanovicha robi wszystko dobrze albo bardzo dobrze, ale nie ma w sobie takiej unikalności, jak choćby American Graffiti Lucasa.

PS. Ostatnie ujęcie wskazuje na to, że kontynuacją Ostatniego seansu filmowego jest Szatańskie tango. I gwoli ścisłości – istnieje prawdziwa kontynuacja, rozgrywająca się 20 lat później. Też została przeniesiona na ekran, też przez Bogdanovicha. Nazywa się Texasville, wersja książkowa wychodzi w 1987 roku, śledzi losy postaci granej przez Jeffa Bridgesa, Cybill Shepherd i innych. Bogdanovich trzy lata później przeniesie go na ekran z marnym skutkiem finansowym (budżet 18 milionów, box-office 2,3 miliona)

Obecnie Peter Bogdanovich znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #XXX

Top

1. Żywe tarcze
2. What’s Up, Doc?
3. Papierowy księżyc
4. Ostatni seans filmowy
5. Maska
6. Poza sceną
7. Saint Jack

Ważne daty

1939 – urodziny w Kingston, małej miejscowości zamieszkałeś przez niecałe 24 tysiące ludzi, nazwanej przez Brytyjczyka na cześć wsi, z której pochodził. Rodzice byli emigrantami z Serbii (z uwagi na zagrożenie nazizmem, matka była austriacką żydówką).

1962 – pierwsze małżeństwo, rozwód w 1972 roku (bo Peter będzie mieć romans z Cybill Shepherd)

1967 – pierwsza córka

1968 – pierwszy film Petera, wyprodukowany przez Rogera Cormana. Reżyser wolał zrobić to pod pseudonimem (Derek Thomas).

1970 – druga córka, umiera ojciec Petera.

1971 – premiera Ostatniego seansu filmowego na podstawie książki Larry’ego McMurtry, autora Na południe od Brazos czy Czułych słówek, a także scenariusza do Brokeback Mountain (ale na podstawie opowiadania pani Proulx).

1972 – powstaje The Directors Company, czyli spółka finansowana przez Paramount, do której należą William Friedkin, F. F. Coppola i Bogdanowich. Zasady są proste: możecie robić, jaki tylko film chcecie, ale w granicach budżetu (3 miliony). Peter zrobi Paper Moon, Coppola zrobi Rozmowę, Friedkin nic nie zrobi i jeszcze się przyczepił do Francisa, że ten kopiuje Powiększenie. Krótko później spółka się rozwiąże, po złych wynikach finansowych następnego filmu Bogdanovicha (Daisy Miller), by po latach człowiek z Paramount skomentował to tak: „The chief problem with the Directors' Company… was that it was never really a company.”

1975 – przepraszanie publiczności w gazetach za jakość filmu Ostatnia miłość

1979 – umiera mama Petera. Kończy się romantyczna znajomość z Cybill Shepherd (bo zdradzał ją, później sama Cybill przyznała się do zdrady – z Elvisem).

1983 – Bob Fosse robi film Star ’80 o Dorothy Stratten, zamordowanej w 1981 roku przez swojego męża, który następnie popełnił samobójstwo. Dorothy była dziewczyną Petera, który odszedł od tworzenia filmów, by napisać książkę o niej: The Killing of the Unicorn. Bridge z piosenki Californication Red Hotów („First-born Unicorn„) odnosi się właśnie do Dorothy.

1985 – Peter ogłasza bankructwo

1988 – drugie małżeństwo z młodszą siostrą Dorothy: Louise. Zrobią razem najwięcej filmów (11), ale głównie w stylu To: rozdział 2, gdzie Peter gra Petera, a Louise gra asystentkę. Wezmą rozwód w 2001 roku. Pod względem wspólnych tytułów, druga jest Cybill (8).

1992 – książka o Orsonie Wellesie.

1997 – drugie bankructwo

2012 – ogłoszono wtedy najnowszy film Petera, który nie powstał do tej pory.

2020 – Nagrywa podcasty https://theplotthickens.tcm.com/

No i co, doktorku? ("What's up doc", 1972)

5/5

Do hotelu w San Francisco trafia doktor Howard Bannister, mający w planach zabiegać o stypendium w dziedzinie muzykologii. Taszczy ze sobą walizkę pełną kamieni i tylko to go martwi. Za okularami widać u niego wymuszony spokój. Towarzyszy mu jego narzeczona – Eunice Burns, nieco władcza kobieta, która cały czas mówi Howardowi, co ma robić. W innym wypadku będzie… bardzo niezadowolona. Już wiecie, skąd u niego ten wymuszony spokój. Eunice ciągnie ze sobą zwykłą walizkę z ubraniami – czemu o nich w ogóle piszę? Bo każda z postaci ma tu jakąś walizkę. Wszystkie są identyczne, każda ma inną zawartość i tylko kilka osób wie, o co chodzi w tej grze, a widz się do nich nie zalicza. Na to wszystko wdrapuje się Judy Maxwell, która z jakiegoś powodu będzie robiła, co tylko jej się zachce. Poda się za żonę Howarda i nie odpuści. Włamie się do jakiegoś pokoju i odmówi opuszczenia go. Będzie wymyślać niestworzone historie, a na koniec własnoręcznie obróci w pył pół miasta.

Nie spodziewałem się aż tak dobrej komedii. Tak pomysłowej, zwariowanej, szybkiej i uroczej. Od początku było widać zamiary twórców, chociaż to wtedy tytuł zaliczał najwięcej „minusów”. Najwięcej było wtedy pustych scen pozbawionych gagów, najłatwiej było się wtedy zgubić. Przeszkadzał mi brak wprowadzenia w postać Judy, nie nadążałem przy scenach z walizkami i szybko zaczęło mi przeszkadzać, że nie wiedziałem, o co im chodzi i o co toczy się gra.

Jednak mija 1/3 filmu i to wystarczy, by się wkręcić w każdy absurd. Komedia pomyłek, slapstick, żarty wizualne – wszystko, co najlepsze. Ryan O’Neil to masa frajdy, ze swoim opanowanym zachowaniem stanowi idealny kontrast do postaci Judy, która chce tylko mieszać i czerpie zabawę z samego czynu. Cały czas będzie wyglądała, jakby chciała spuścić dynamit w toalecie. Tacy ludzie to idealny duet do zabawy w szukanie walizki – bo na odejście będzie już za późno.

Plus kwestia pieniędzy, o której niedawno pisałem w notce o Wyścigu szczurów – tutaj zostały uwzględnione. Na koniec każda destrukcja została usankcjonowana i zwrócona. Miło!

Papierowy księżyc ("Paper Moon", 1973)

5/5

Plenery, pola, kilku aktorów, długie sceny dialogowe i senne miasteczka, do których prowadzi pusta droga. Na dodatek w wersji czarno-białej. Byłem wpatrzony jak w przysłowiowy obrazek, klimat i zdjęcia w filmie na mocny plus.

Fabuła? Matka umiera, jej córka (Addie) zostaje sama na świecie, nie licząc ciotki mieszkającej kilka miasteczek dalej. Do „odprowadzenia” jej tam zostaje zobowiązany „przyjaciel” matki (Moses), którego kilka razy w filmie oskarży się o bycie tatą dziewczynki. Moses zajmuje się oszukiwaniem ludzi na małe sumy, wyłudzi nawet 200 dolarów w imieniu młodej. I natychmiast je wyda. Mała zrobi awanturę, że pieniądze należą do niej, więc… Będzie musiał je odrobić (szantaż policją, a jak). I zamiast szybkiego odstawienia w pociąg i nadania telegramu zacznie się kino drogi.

Jak każde takie kino wypchane jest zapychaczami po uszy, większość scen można by wyciąć. Film na tym traci, ale zyskuje bohaterami, relacjami między nimi, końcówką i wspomnianym klimatem. Będzie przyjaźń, wspieranie się, trudne momenty oraz kilka udanych. Efekt finalny jest sympatyczny i wiarygodny, miły dla oka.

Co ciekawe, Moses i Addie to w rzeczywistości tata i córka (Ryan i Tatum O’Neal, która dostała najważniejszego Oscara za drugi plan w dziejach właśnie za ten film). Jeśli się o tym wie, to oglądanie tej dwójki na ekranie dodaje całości smaczku.:)

Fajny, nostalgiczny film. Warto obejrzeć.

Saint Jack (1979)

4/5

Jak pełnometrażowa scena Copacabany z Goodfellas – tytułowy Jack jest Amerykaninem włoskiego pochodzenia, który po Korei podróżuje po świecie. Teraz jest w Singapurze, robiąc, co trzeba, znając wszystkich, będąc gotowym na wszystko. Brakuje konkretnej historii, reżyser utrzymuje uwagę widza charyzmą głównego bohatera i jego małymi momentami w życiu. Zawiera przyjaźnie, daje sobie radę w każdej sytuacji i pomoże każdemu, kto stanie na jego drodze. 

To film małej skali, skromny i niewyróżniający się wizualnie – w tym znaczeniu, że jak widzę Bena Gazzarę w New Hollywood, to mam wrażenie, że oglądam Cassavetesa (i Zabójstwo…). Najbliżej Saint Jack do debiutu Bogdanovicha (Targets), gdzie większość opowieści zmierza, wydaje się, donikąd i dopiero finałowa kwestia nadaje sensu reszcie seansu. Różnica jest taka, że w Saint Jack raczej domyślamy się, o co chodzi, a finałowy zwrot niczego nie odmienia. Raczej tylko krystalizuje nasze przemyślenia. Oglądamy człowieka, który stawia czoła wielu trudnym sytuacjom i obserwujemy, jak zachowuje się w kryzysowych okolicznościach. Jak wtedy, gdy rozwalili mu klub, a jego pierwsze pytanie dotyczyło bezpieczeństwa jego pracownic (seksualnych, to ważny motyw w tej opowieści). I można to różnie odczytywać, przy równoczesnym braku narzucania jednego, konkretnego kierunku naszym myślom. 

Spokojny film. Tu jest wszystko: zniszczone marzenia, kumple, miłość, śmierć i bol O tym, że każdy człowiek musi podejmować trudne decyzje – zrealizowany z wyrozumiałością, cierpliwością i ciekawością. 

PS. Warto wysłuchać podcastu, w którym opowiadają o kulisach powstania. Co musiał Bogdanovich poświęcić, by zrealizować ten tytuł, jak wpłynęło to na jego relacje z Orsonem Wellesem, jak płacił prostytutkom w trakcie kręcenia, aby te… przestały sprzedawać swoje ciała, i w końcu jak to wpłynęło na jego romans z Cybill Shepherd. Naprawdę interesujące, że reżyser sam siebie obdarzył tutaj rolą drugoplanowego „antagonisty”.

Maska ("The Mash", 1985)

5/5

Myślałem, że obejrzę kolejny łzawy wyciskacz smutnych emocji – opowieść o człowieku imieniem Rocky, którego wszyscy odrzucają ze względu na wygląd, gnębią go i ma trudne życie, a po wszystkim umrze młodo. W pierwszej scenie jednak zobaczyłem go tańczącego do Badlands Bruce’a Springsteena (!) i witającego się z gangiem motocyklowym. Jedzie do nowej szkoły, bo poprzednią zaliczył, żeby się zapisać. Tam dyrektor wyraża niepokój, ale ten sam go uspokaja słowami: „Wyglądam dziwnie, ale poza tym jestem normalny”. Idzie do lekarza, tam nowy doktor chce porozmawiać z matką naszego dziwnego bohatera i zapytać, czy ta wie, że jej syn najprawdopodobniej umrze – i tutaj sam bohater razem z matką dopowiadają: „w ciągu pół roku”.

W rzeczywistości tak właśnie było, ale film tego nie wyjaśnia, dopiero Wikipedia: bohater chorował na coś tak rzadkiego, że medycy nie mieli pojęcia, co z tym zrobić, jakie stawiać prognozy. Dlatego od kiedy skończył cztery lata to „straszyli” rodzicielkę, że jej potomek umrze w ciągu kilku miesięcy. Umarł, mając 17 lat i nawet nie wiedzą, czy przyczyna zgonu ma tak naprawdę związek z jego chorobą i deformacją wyglądu. Film zmienia ogólnie tu i tam pewne elementy (wycinając choćby postać brata), wykorzystując tę postać do opowiedzenia historia, po której poznaniu lepiej się oddycha, żyje na tej planecie i ma też nową energię następnego dnia. To opowieść o człowieku, który swoje wątpliwości i niepowodzenia zrzuca na karb jednej swojej cechy, robiąc to w sposób nam strasznie bliski. Wielu z nas w końcu podejrzewa, że nie możemy nikogo znaleźć albo że nie jesteśmy lubiani, bo coś jest z nami nie tak, a przecież wszyscy przez to przechodzimy. Co jeszcze bardziej zaskakujące, główny dramat nie leży w tym, a w relacji Rocky’ego z matką, którą chce uwolnić od narkotyków. Jest nawet zaskakujący obrót spraw, jak zaczynają na siebie krzyczeć. Normalne rzeczy, również w takiej rodzinie.

Cholera, nawet klaskałem (jedną ręką o kolano) na scenie wręczenia dyplomów. I ucieszyłem się na widok Laury Dern, bo wiedziałem, dokąd poprowadzi wątek z nią. Takie rzeczy jednak można zrealizować dobrze, bez wymagania wyrozumiałości ze strony widza i reakcji w stylu: „sztuczne i słodkie, ale chcieli dobrze, więc…”. Bogdanovich zrobił film wiarygodny, pełen nadziei, wywołujący uśmiech. I po latach wywalczył wersję reżyserską, w której wiele nie zmienił, ale już dodał muzykę Springsteena, jak to sobie planował przed premierą. Świetny film.

Plus Steely Dan.

Peter w 2015 roku powiedział o Masce: I made that picture for Dorothy Stratten because she’d been murdered, and in the 10 months I knew her I found that she was very, very interested in The Elephant Man on Broadway. She went to see this production and she was very moved by it. After she was killed I figured it out: Dorothy identified with him because of her beauty – because her beauty was as much of a source of alienation as his ugliness. They came to me with this picture called Mask. I thought it was not a very good script but it surely was an interesting story because it was a true story. And then I remember how Dorothy felt about The Elephant Man and I thought, „Well, I’ll make it for her.

Poza sceną ("Noise Off", 1992)

5/5

Adaptacja sztuki teatralnej z 1982 roku, w której reżyser stara się zapanować nad ekipą odgrywającą role w zwariowanej komedii pomyłek, jednocześnie popełniając błędy i pomyłki skutkujące humorem. Nie mówiąc nawet o tym, że są skłóceni i mogą sobie zacząć nawzajem przeszkadzać…

Ten film ma naprawdę fenomenalne momenty. W zasadzie pierwszy akt powoli rośnie do tego poziomu, w drugim osiągając wielkość. Co prawda w trzecim dominuje humor, którego nie jestem fanem (z angielskiego cringe, np. aktor wychodzący na scenę spodziewający się zastać tam coś, by coś z tym zrobić, ale tego nie ma i nerwowo musi improwizować przed publicznością – za bardzo się w to wczuwałem, a scenariusz nie robi z tym nic ciekawego), ale jeśli miałbym wskazać tytuł, w którym było mi najbliżej do śmiania się z takich trudnych sekwencji, to właśnie tylko Poza sceną bym wymienił. Bogdanovich utrzymuje niewiarygodnie wysokie tempo, by w środkowej części być wręcz niemożliwym w swojej precyzji. Nie wyobrażam sobie oglądać tego na scenie, bo bym po prostu połowy nie zauważył. Praca kamery, długie ujęcia skupione na szczegółach i tworzeniu przemyślanych kadrów (genialne ujęcie, gdy trzech biegających bohaterów idealnie ustawia się w rzędzie, aby wykonać gest picia alkoholu), umiejętne korzystanie z bliskich planów, to wszystko niewiarygodnie ułatwia śledzenie akcji, zatopienie się w niej i oddanie kolejnym żartom, gagom… Jakby Billy Wilder zaczął tworzyć w okresie New Hollywood komedię i wszedł do współpracy z zaczynającym karierę Busterem Keatonem, to mielibyśmy właśnie Poza sceną. Kupa zabawy i tytuł, do którego będę wracać.

Plus ostatnia rola Denholma Elliotta. Warto to wiedzieć, jego postać głuchego alkoholika będzie trochę mniej wtedy irytować. A samego aktora na pewno znacie, grał chociażby kamerdynera w Nieoczekiwanej zamianie miejsc. I to mogła być ostatnia rola Audrey Hepburn, jakby ją przyjęła.