off camera 2023

off camera 2023

29/04/2023 Blog Opinie o filmach 1

Opinie o filmach widzianych na festiwalu OFF Camera w 2023 roku

Relacja będzie potem, teraz tylko kilka słów o każdym filmie. Najnowsze na górze, pierwsze, które widziałem, są na dole.

Ranking:

  1. Banger
  2. Love Life
  3. Safe Space
  4. I like Movies
  5. Blaze
  6. Falcon Lake
  7. Dry
  8. Spare Keys
  9. Soft
  10. War Pony
  11. Do You Love Me?
  12. Aliens Abducted My Parents And Now I Feel Kinda Left Out
  13. The Integrity of Joseph Chambers
  14. After Yang
  15. Follower
  16. Harka
  17. Upon Entry
  18. Amanda
  19. Medusa Deluxe
  20. Forever Young
  21. A Room of My Own
  22. America
  23. Dalva
  24. More Then Ever
  25. Delegation
  26. For My Contry
  27. Motherhood
  28. Great Silence
  29. Exodus
  30. Day of the Tiger
  31. The Happies Man In The World
  32. Mascotte
  33. The Uncle
  34. Winter Boy
  35. Daugther of Rage
  36. Drifter
  37. The Cathedral
  38. Norwegian Dream
  39. Other People’s Children
  40. Miało cię nie być
  41. Wyrwa
Ocena 4 z 5

War Pony (2022)

7 maja

Life a bitch and then you die
 
Bill i Matho. Jeden ma kilka dzieci z różnymi osobami, spędza codzienność na kombinowaniu. Teraz dowiaduje się, że za pewne młode pudle ludzie mogą chcieć dawać kupę kasy, więc wchodzi w ten biznes. Matheo z kolei będzie z kolegami rozdrabniać narkotyki solą, żeby więcej sprzedać, ale klienci szybko się skapną, w tym ojciec Matheo.
 
Miejscem akcji jest w Dakocie Południowej oraz Pine Ridge, rezerwat Indian. To obraz rezerwatu, który nie kojarzy się z rezerwatem, naszym wyobrażeniem takiego miejsca albo uzasadnieniem, co w ogóle czyni to miejsce rezerwatem, nie poznajemy zasad działania tego miejsca. To wygląda jak biedna dzielnica średniego miasta pozbawionego perspektyw, albo Baltimore z serialu The Wire. Szereg domów, plac do jazdy na deskorolce, szkoła. Dziecko wyrzucone z domu znajdzie schronienie u murzynki, która handluje narkotykami. Aktorzy nie wyglądają na moje oko jakoś szczególnie odmiennie, a przynajmniej w takim stopniu, by samemu z siebie widzieć tam współczesnych Indian (i nie, nie oczekuję, żeby jeździli na koniach, mieli pióra i nazywali się Stojąca Krowa*). Twórcy nie są zainteresowani oczekiwaniami widza czy łamaniem ich przyzwyczajeń – widzowie bez czytania opisów mogą nawet nie wiedzieć, co zobaczyli. W samej narracji „rezerwat” pojawia się tylko w kontekście odwożenia doń jednej dziewczyny, to wszystko. Reszta to po prostu biedna dzielnica jakich wiele.
 
Fabularnie twórcy pokładają sporo nadziei w widzach, że ci poskładają ten film. Największy problem byłby chyba w tym, żeby w ogóle chcieć go poskładać – w końcu co jest złego w tym, że film ma dwa niepowiązane wątki? To po prostu można zostawić jakim jest, tylko jednak coś twórcy musieli mieć na celu, by pokazać je równolegle, chociaż niewiele je łączy. Główny fotos tak często reklamujący i przez co utożsamiam film z jego zawartością, prezentuje grupę dzieciaków – w istocie jednak to nie jest film o tym, ta grupa pojawia się jedynie w tle, okazjonalnie. War Pony jest historią dwójki osób – jedna starsza, druga młodsza. Jedna widzi bizona na początku filmu, druga na końcu. Na powierzchni wydaje się, jakbyśmy oglądali kolejny, znajomy film o tym samym: dobrze zrobiony, realistyczny, prawdziwy, szczery, ale jednak już to widzieliśmy. Prawie nie ma tu fabuły, rzeczy bardziej się dzieją i w pewnym sensie wynikają jedno z drugiego, ale bez celu. Bill znajduje psa, więc go odprowadza. Wtedy dowiaduje się, że na tych psach można zarobić. Więc szuka kasy, by uzbierać potrzebną sumę. I ją uzbiera, ma kasę i szczeniaki. W połowie filmu zapomnicie, że są tu jakieś psy, a na koniec bohater zrezygnuje z pomysłu, bo jednak interes nie wypalił. Jest za tym oczywiście jakaś symbolika, ale nie porywa ani nie mówi ona niczego, czego już byśmy nie wiedzieli wcześniej.
 
A jednak wydaje się, że jest tu coś więcej. I mam nadzieję, że tak jest. Mimo wszystko, jeśli nie oglądaliście w ostatnim czasie za dużo patologii, to tutaj otrzymujecie solidny obraz tego świata, uczący empatii w stosunku do osób pochodzących z takich rejonów. Tutaj nic poza kombinowaniem nie ma, nawet jeśli ze wsparciem bohaterów.
 
PS. Miałem coś pisać o najładniejszej aktorce, ale teraz widzę, że w międzyczasie zdążyli ją skazać na dożywocie za morderstwo, więc ten tegos. Proza życia – człowiek szuka nudesów, a znajduje wyrok dożywocia.
 
*chociaż aktor grający Matho serio ma na nazwisko Crazy Thunder.
Ocena 4 z 5

Dry (2022)

7 maja

Spektakularne Hyperlink cinema o mieszkańcach miasta dotkniętego brakiem deszczu.
 
Rzym, od trzech lat nie padał tutaj deszcz. Oglądamy losy wielu ludzi na przestrzeni kilku dni, często połączonych w rodziny, mniej lub bardziej związanych z tematem braku wody oraz restrykcjami do powszechnego ograniczania jej użycia. Myjesz auto, to policja ciebie goni – tego typu rzeczy. Woda jest wydzielana na baniaki, nie można podlewać kwiatków, w telewizji zalecają cuda na kiju w stylu niespłukiwania toalety. Widzimy buntujących się nastolatków, influencerów internetowych biorących jedną lub drugą stronę, naukowiec w telewizji zyskuje sławę jako ekspert i pomoc dająca nadzieję społeczeństwu, lekarz w szpitalu zmaga się z narastającą ilością pacjentów zgłaszających się z podobnymi objawami grożącymi śmiercią… Jest tego sporo. Wszystko to oczywiście na jednej płaszczyźnie z bogatymi i politykami, którzy nie są zainteresowani rozwiązaniem problemu albo ograniczeniem użycia wody. Jedynie przekonaniem społeczeństwa, że oni wcale tego nie robią.
 
To pierwszy film na festiwalu Off Camera, gdzie tak dobrze przyłożyli się do montażu. Początek zachwyca, gdy w tle słyszymy muzykę klasyczną, a montażysta miękko i w odpowiednim momencie przechodzi z jednego elementu filmu w drugi. Całość naprawdę robi spektakularne wrażenie: Rzym wyschnięty na wiór, mnóstwo postaci, kilka bogatych sekwencji. To w żadnym wypadku nie wygląda jak typowe kino festiwalowe, we Włoszech to musiał być planowany na megahit pełen napięcia oraz efektów specjalnych. Do tego humor, dobrze napisane dialogi, interesujący rozwój wydarzeń… Tak, to kino mówiące oczywistości, ale jednak nie jestem pewny, czy wszyscy widzowie wiedzą, jak bardzo jest to aktualny film. Tak, można tu zobaczyć echa covida, ale problemy susz i innych też mają miejsce w tej chwili. A celebryci przekraczają limity, płacą kary i mają w dupie problem, a odpowiedzialność spływa na ogół społeczeństwa. Dry znakomicie to portretuje, razem z wywoływaniem winy u zwykłych ludzi, budowaniem fanatyzmu w jedną i drugą stronę, manipulowanie powszechne. A rozwiązania problemu nie ma.
 
Odkładając satyrę na bok, wtedy „Dry wyraźnie ma jednak istotne problemy. Tak po ludzku: ciągnie się, bo większość wątków ma coraz mniejsze znaczenie, coraz mniej mają związku z czymkolwiek, trudno na koniec wymienić chociaż trzy, do których chce się wrócić. Na szczęście twórcy wiedzieli, jak w lekki oraz dający satysfakcję sposób zakończyć tę opowieść, więc złe wrażenie zostaje zmyte. To naprawdę dobra zabawa – nawet jeśli jednorazowa.
 
PS. Jedyna wpadka programowa – film trwał pół godziny dłużej, niż podawał festiwal. To nie jest ich wina w tym znaczeniu, że IMDb też podaje 97 minut, ale no, mieli kopię w ręku i widzieli, że film się skończy o 19. A ja o 19 miałem War Pony w MOS-ie. I nie tylko ja, hehe. A na korytarzu kina było milion ludzi czekających na początek Mascotte o 19. Nie dało rady wyjść, więc ich wypchnęliśmy za okno i wyszliśmy z kina, a oni wrócili tą samą drogą.
Ocena 3 z 5

More Then Ever (2022)

7 maja

Wielkie wydarzenie: pierwszy film, gdzie używają wyszukiwarki Ecosia.
 
Helene i Mathieu. Ona umiera, on krzyczy „czy ty pomyślałaś o mnie?”, ona jedzie w góry i spotyka innego umierającego chłopa, gdzie uczy się czegoś na pewno, ale to nie wystarcza. To film o umieraniu, gdzie umierający chyba uczy się, że rani innych, a inni uczą się, że jednak umierający ma ostatnie słowo w temacie tego, czy chce żyć, walczyć czy umrzeć. I jak to zrobić. A więc standardowo, tylko nadal bez potencjału na faktyczną zmianę wśród widzów, żeby zrozumieli te lub inne rzeczy. Bohaterowie po prostu nie są wystarczająco dojrzali, nie poświęcają temu wystarczająco uwagi, twórcy nie dają im wystarczająco czasu i tak dalej. Pokrzyczą, potem pokrzyczą jeszcze raz to samo, a potem jeszcze raz.
 
Opowieść z Francji przenosi się do Norweskich lokacji, z zimnym morzem, skałami, białymi nocami i brakiem zasięgu. Fabuła nie oferuje większego wsparcia, głównie oglądamy poczynania bohaterów idące w oczywistym kierunku. Bohaterowie są wystarczająco i miło się ogląda, szczególnie starego umierającego oraz Helene, jak się dogadują bez komplikacji. Nie ma za bardzo nic do zapamiętywania, trochę tylko sekwencji wyraźnie nastawionych na wzruszenie odbiorcy (efekt trudny do oceny, większość osób na widowni była obojętna, ale kilka wzdechów trudne było do interpretacji i może dla nich ten film zadziałał), ponad to ciężko ocenić stronę medyczną tej produkcji. Bohaterka ma niby chorobę płuc, po czym wskakuje do lodowatej wody, więc tak na chłopski rozum płuca powinny jej się tam obkurczyć w sekundę, że by już z tej wody nie wyszła. Kiepsko się też ogląda losy kobiety, która wyraźnie robi kłopoty innym – przecież ściąganie jej ciała stamtąd to będzie straszny kłopot. Jest tu szczególnie jedna scena, jak dosłownie wciska swoją tragedię w ręce innej osoby, zmuszając ją do patrzenia, dokładając cierpień. Bardzo niedojrzały to obraz momentami.
 
To też kolejny film o umieraniu, gdzie człowiek w końcu zaczyna myśleć: „mogła umrzeć pół godziny wcześniej”. Niestety, film kończy się, zanim bohaterka umrze. Za to tak naprawdę to zmarł aktor wcielający się w jej partnerkę – zawsze coś.
Ocena 3 z 5

Drifter (2023)

6 maja

Gej driftuje z penisa na penis, do tego głośna muzyka i dużo penisów.
 
Film zaczyna się od seksu oralnego w kadrze. Nie pierwszy raz na OFF Camerze, ale pierwszy raz z napletkiem. Moritz przeniósł się z chłopakiem do Berlina, gdzie zalicza kolejne penisy po tym, jak chłopak z nim zerwał. Film jest podróżą przez świat klubów nocnych, kultury queer i drag, co jest w sumie tylko jakimś tam synonimem skakanie z kwiatka na kwiatek. Drifter to film monotonny, nie zainteresowany w zasadzie niczym, a na pewno nie bohaterem i jego światem. Z całą pewnością szczery wobec tego, co widzi. Na plus obecność głównej muzyki, która ma potencjał wybudzić widzów w trakcie seansu.
 
Obnażanie się na ekranie nie jest szokujące czy zastępcze wobec treści, jou. Ogarnijcie się już, mamy 2023 rok.
Ocena 4 z 5

Harka (2022)

6 maja

Portret świata pełnego frustracji, bezsilności i korupcji, oraz co z tym może zrobić jeden człowiek.
 
Ali jest prostym człowiekiem – ma nawet problem z pisaniem czy przepisywaniem numeru swojego dowodu osobistego. Nie ma żadnych szczególnych cech przydatnych na rynku prac: ot, pracownik fizyczny. Większość dni spędza na opychaniu paliwa na ulicy, nielegalnego tylko po to, by lokalny gliniarz mógł trochę dostać do łapy. Problem się zacznie, gdy bank będzie chciał zabrać rodzinie Aliego dom z uwagi na długi martwego ojca. Teraz Ali musi wykombinować masę kasy w Tunezji, gdzie wciąż trwają strajki na ulicy ze względu na poziom bezrobotności.
 
To kino realistyczne, ale też niezbyt szczegółowe – reżyser nie komunikuje nam zbytnio, ile to jest te 8000 w ich kraju, ile bohater teraz ma w kieszeni, albo ile dostaje za konkretną robotę, ile mu brakuje. Nie ma budowania napięcia w ten sposób, zamiast tego twórcom wystarczy tylko obraz nędzy na ekranie i wymogów oraz poświęceń, aby po prostu osiągnąć coś podstawowego. Uniknięto też paru okazji do bardziej angażującego kina – raz Ali znajdzie się na środku pustyni bez możliwości powrotu. W następnej scenie już jest w mieście i tylko wspomni, że wracał stopem – Better Call Saul wokół takiej samej sytuacji dało radę napisać cały, fascynujący odcinek. Harka jednak tego unika, chociaż z drugiej strony widzimy wiele: nalewanie paliwa, napięcie w oczach bohatera, metodyczny handel na ulicy. Ali nie idzie wprost poza prawo, nie, on najpierw nawet idzie do pośredniaka i próbuje innych metod.
 
Koniec końców jednak film znakomicie portretuje frustrację skorumpowanego świata, gdzie policja bardziej pilnuje interesów korporacji i ich zarobków, niż żeby zwykły człowiek mógł zarobić uczciwie i przeżyć, nie raniąc w ten sposób nikogo – poza korporacjami i ich zyskami (albo, tak jak osoba z festiwalu pisząca opis filmu, możecie wszystko zrzucić na patriarchat). Osobiście bardziej widzę tutaj frustrację samego reżysera, niż postaci na ekranie, ale jest to jednak frustracja uczciwa i realna, związana ze stanem naszej teraźniejszości, uniwersalna również w Polsce. Po prostu reżyser wolał zrobić o tym film, niż to, co Ali w końcówce filmu. Od tego jest w końcu sztuka.
Ocena 3 z 5

For My Country (2022)

6 maja

Francuska, rodzinna drama o walce dla szacunek dla martwego syna.
 
Młody człowiek umiera we francuskiej armii podczas czegoś, co jest falą, ale nie jest falą – znęcanie się drugiego roku nad osobami z pierwszego to tam tradycja czy jakieś inne wciskanie kitu. Aissa pochodził z Algierii, jest muzułmaninem, ale chciał walczyć dla Francji. Nie doczekał tego, a teraz jego matka z bratem (ojciec był agresywny, więc go opuścili) walczą, by armia wzięła odpowiedzialność za tę śmierć i pochowała go z właściwymi honorami.
 
Temat fali i armii biorącej odpowiedzialność nie będzie zbyt rozwinięty i w sumie stanie na czymś w stylu: „No w sumie to nasza wina, ale na chuj drążyć temat?”. Reżyser pójdzie w stronę retrospekcji i różnych aspektów tego, że człowiek zginął, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Nie wyjdzie, więc zakończy sceną, jak dwoje braci śpiewa razem. Na festiwalu scena ta leciała bez napisów i była po francusku, więc najwyraźniej sama treść piosenki nie miała znaczenia. Bracia po prostu mieli coś robić razem, miało to mieć wymiar przyjemny i to miało nam wystarczyć.
 
Poznamy dzieciństwo braci, ostrego ojca uczącego pływać poprzez wrzucanie do wody dzieci i bycie wściekłym, że po 15 sekundach jeszcze nie umieją pływać. Polityka i różnice będą na nich zrzucone, wciśnięte na siłę, chociaż jeszcze nie będą nic rozumieć. Ojciec pojawi się na pogrzebie i będzie chciał zobaczyć własnego syna – czy mu na to pozwolić? Każde z braci w dorosłym życiu wybrało inne życie, jednego nawet wyrzuciło na Tajwan. Śmierć jest okazją do wspomnień i zastanowienia, oddawania hołdu i takich tam. Dużo tutaj autoterapii reżysera i wiary, że coś z tego wyjdzie dla odbiorcy. A jeśli nic nie wyjdzie, to przynajmniej zostanie dobrze zagrany tytuł.
Ocena 3 z 5

Mascotte (2023)

6 maja

Miałbym do tego filmu dziwny szacunek, gdyby okazał się biografią seryjnego mordercy.
 
Holandia, Jeremy jest nastolatkiem i ma problemy z uzębieniem. Tak naprawdę to ma problem ze wszystkim, ale zacznijmy od zębów i tych kilku sztuk, które ma. Nosi aparat, ale w scenie otwierającej lekarz zapowiada mu wstawienie mostków i będą one mocniejsze od własnych zębów. Ojca nie ma i go nienawidzi, siostra go szuka (znajdzie kulturę furry), matka rzuca pracę w ośrodku pomocy niepełnosprawnym i zajmuje się prostytucją. Jeremy będzie to widzieć, będzie pełen frustracji. Niestety nie jest na tyle inteligentny, by się ogarnąć, nie ma też wsparcia osób inteligentnych. Patologia pochłania w tym filmie do końca.
 
Widownia na festiwalu była pod wrażeniem scen brutalnych, walk wręcz oraz samookaleczeń, które są bardzo sugestywne, nawet jeśli mają miejsce poza kadrem. Nie jest to kino też po prostu przyjemne, wręcz przeciwnie – dużo tutaj ludzi zadających sobie ból słowami podczas kłótni, krzyczących i plujących rzeczy, których nigdy nie powinno się usłyszeć od rodziny. To wszystko jest jednak elementem szoku – gdy się go wyjmie, to pozostanie film, który nie bardzo sobie radzi z opowiadaniem o emocjach.
 
Wręcz od nich ucieka, zamiast mieć odwagę je pokazać, wymyślić. Córka szuka ojca, umawia się z nim – oczywiście na spotkanie przyjdzie zboczeniec w ogóle nieświadomy, że nastolatka przed nim szuka swojego prawdziwego ojca, nie kochanka. Gdy do młodej w końcu dotrze, co się dzieje, kamera natychmiast opuszcza pomieszczenie, idzie na drugą stronę ulicy i przez okno z bezpiecznej odległości 50 metrów pokazuje, jak córka po prostu wstaje od stołu i wychodzi. Nie widzimy jej reakcji, a autorzy nie mieli odwagi wczuć się w tę sytuację i pomyśleć, co ta postać mogła w takim momencie poczuć. Dlatego też nie mogli tej reakcji pokazać, a cięcie jest ratunkiem, odrywając tym samym widownię. Nie wiemy, co wtedy się działo w umyśle tej dziewczynki. Możemy tylko założyć, ale równie dobrze możecie to zrobić teraz, na podstawie tego, co przeczytaliście.
 
W ten sposób generalnie są tu potraktowane emocje. Twórcy nie dają czasu wybrzmieć momentowi, żebyśmy go poczuli. Nie pomaga wrażenie, że montażysta lepiej się czuje montując pod muzykę, niż pod oczy aktorów. Albo, że główny aktor wcielający się w Jeremy’ego jest… drewniany. W większości scen patrzy się tempo przed siebie, jak mu reżyser kazał, ale taki zamysł artystyczny nie przekłada się na trójwymiarową postać.
 
Seans jest więc nudny, ale jest jedna scena, która ratuje ten film. Prawie pod koniec – matka oświadcza, że idzie się kurwić. Jeremy idzie więc do łazienki z wiadrem, nabiera wody i wylewa ją na matkę, po czym ją zamyka w pokoju i biegnie nad morze, wykrzyczeć się. I to mogłoby zakończyć film, ale niestety tak się nie dzieje. Rozbita rodzina rozbija się dalej.
Ocena 1 z 5

Wyrwa (2023)

5 maja

Kino polskie kolejny raz umarło na pięć minut. Nawarstwienie dramatów, beznadziejne dialogi, kuriozum za kuriozum.
 
Jeśli film Śubuk czegoś nas nauczył, to w celu zdobycia nagrody za scenariusz w Gdyni należy nawarstwić dramatów pod sufit, zatrudnić ekipę remontową i wyburzać ten sufit każdym możliwym sposobem, aż po ostatnie minuty filmu. Minuty, co ja piszę: sekundy! Dlatego też nie wystarczy Wyrwie historia kobiety imieniem Janina ginącej w wypadku, zostawiającej męża i dwie dziewczynki. Nie, ona musi zginąć śmiercią samobójczą. Będąc w ciąży, czwarty miesiąc. Jedno z córek powie tacie, że wolałaby, żeby to on umarł. Dlaczego tak? A no ponieważ nie możemy przestawać dowalać do pieca. Potem jeszcze okaże się, że żona miała romans, dodatkowo została zgwałcona i stąd ciąża, a nad jej trumną dowiemy się, że jej mąż też miał romans. Całe szczęście film ma tylko 95 wleczących się w nieskończoność minut, bo jej córki by jeszcze umarły na białaczkę.
 
Kluczowym elementem filmu było pozbawienie go substancji na poziomie absolutnie jakimkolwiek. Imiona postaci to już szczegół, ale czas akcji? Kochanek mówi, że nie widział Janiny od sylwestra, więc to nie mogło być jego dziecko, a nam to nic nie mówi, bo nie wiemy, kiedy jesteśmy. Pogoda jest biała i wygląda na wrzesień, ale jaka jest prawda? A kogo to obchodzi? Ważne jest, aby wykorzystać brak informacji do komentowania relacji damsko-męskich. A konkretnie wychwalania kobiet oraz kopania mężczyzn. Co prawda nic nie wiemy o relacji tych ludzi ani o ich osobowości czy dosłownie czymkolwiek, ale czemu ma to nam przeszkodzić w uwierzeniu na słowo, że to wszystko jest winą męża, prawda? O niej wiemy nieco więcej: miała kochanka, nie dbała o swoje dzieci, popełniła samobójstwo, czytała SMS-y jadąc autem w deszczu, a nawet utajniała wiadomość o tym, że została zgwałcona, z pełnym wsparciem kobiety, która zapewne była jej ginekologiem. Nawet ją wspierała w milczeniu, ujmując tę postawę jako coś zasługującego na pochwałę. Tak samo jak ukrywanie prawdy, „kobiety są w tym dobre”.
 
Facet jest winny wszystkiemu: że jego kobieta miała romans, że się zabiła, że w kwietniu pada śnieg. Nawet nie wolno mu mieć żałoby, teściowa wspaniałomyślnie daje mu jeden dzień, a potem ma być „silny dla swoich dzieci”. To i tak lepiej, bo teść dał mu w ryj, obwiniając go o wszystko. I męskim zachowaniem wtedy było go bronić i przemilczeć jego zachowanie.
 
Poświęcam tyle miejsca temu, ponieważ to naprawdę jedyny sposób, jaki widzę, przez który ten film mógł powstać: bo o takich relacjach twórcy chcieli opowiedzieć. Fabuła i postaci nie są ważne, jakaś zagadka śmierci do rozwiązania? Ojtam, ojtam. On po prostu może być źle zrobiony i niewydarzony, ale jednak powstał i reżyser pojawia się na spotkania z widzami, nie wstydzi się, musi coś widzieć w Wyrwie. I tym czymś jest właśnie opowieść o prawidłowym męstwie, przepraszającym kobiety za wszystko, co one same zrobią z własnej woli.
 
Sam film to absurdalny dramat psychologiczny bez psychologii czy substancji, zainteresowany wyłącznie wejściem w psychikę bohatera bez psychiki, czyli ukazaniem szoku, jaki musiał przejść, gdy dowiedział się o śmierci żony. Następnie fabuła potoczy się tak, że po 20 minutach człowiek pyta: „A to nie miał być film o problemie utraty żony? I co teraz powiedzieć małym dzieciom?”. Bo oto mąż śledzi jakiegoś aktora i powstrzymuje dresa przed zgwałceniem kelnerki. Potem ten dres ich znajdzie jakimś sposobem w posiadłości w lesie i film zapowiada się na polskie Home Alone, tylko jednak nie. Będzie jeszcze gorzej. Ten ciężki dramat będzie mieć trzeci akt, jakby napisany przez Shane’a Blacka. Sam w sobie naprawdę niezły, alejako część dramatu to policzek w twarz widza, jeden za drugim. Jeszcze kończą to wszystko tańcem na stypie, który miał symbolizować i wyrażać coś na pewno, no brak słów. W jaki sposób to się łączy z czymkolwiek w tej opowieści? W jaki sposób to czyni z bohatera lepszego człowieka, męża, ojca? Nic w tym filmie nie ma sensu. Aż tak gardzicie widzem, że myślicie, iż wystarczy mu pokazać tańczenie z dziewczynkami i już wszystko będzie rozwiązane? Współczuję całej ekipie, kondolencje. Oby to był ostatni raz, gdy wy się staracie, a widownia kiśnie na sali.
 
I tylko epizod Marty Stalmierskiej zasługuje na uwagę. Nie sam w sobie, ale po prostu doceniam, że ta aktorka dostaje nadal małe role, a i tak potrafi coś z nich wycisnąć. Kino polskie może i umiera raz za razem, z każdym kolejnym słabym tytułem zdobywającym nagrody oraz wyróżnienia (o oklaskach widowni nie wspominając…), ale potem się podnosi i jest nadzieja, że tym razem będzie inaczej.
Ocena 4 z 5

After Yang (2021)

5 maja

Czy androidy śnią o smaku herbaty? Wychodzi na to, że tak. I ludzie też.
 
Wyraźnie kino czasu covida – mała obsada, małe sceny, głębia scenografii czy świata przedstawionego to zasługa efektów komputerowych. Niedaleka przyszłość, wszelkie szczegóły historyczne są skąpe – wiemy tylko, że technologia poszła do przodu tak mocno, że teraz można sobie kupić androida jako członka rodziny. Jake z żoną Kyrą kupili tytułowego Yanga, ponieważ adoptowali chińską dziewczynkę i robot miał im pomóc jej w zachowaniu swojego kulturalnego dziedzictwa. Teraz jednak Yang się zepsuł i Jake wyrusza w podróż, aby go uratować – nawet jeśli jest to niemożliwe.
 
Język filmu to proste, nieskomplikowane, minimalistyczne wnętrza wypełnione najczęściej jednym aktorem i kojącymi barwami oraz światłem z zewnątrz. Podróż między kolejnymi punktami odbywa się wewnątrz jakiegoś pojazdu autonomicznego, taksówki bez kierowcy, gdzie się po prostu siedzi. Interakcje między ludźmi są rzadkością – większość tutaj spędzania czasu ze sobą i medytacji nad tym, co zrobić. Jake wielokrotnie zatrzymuje się, by zebrać myśli, a reżyser nie wyznacza nam kierunku czy celu. To w sumie film o wszystkim po trochu: refleksji na temat śmierci, sztucznej inteligencji, aplikacji szpiegujących i zbierających dane, relacji ludzi z androidami, wychowywaniu dzieci w nowym świecie, różnicach kulturowych. W sumie twórcy chłoną wszystko, co ich otacza, a następnie przekształcają to w film.
 
Kluczowe są dwie sceny: jak android pyta: „co jest takiego wspaniałego w byciu człowiekiem”, oraz późniejsza scena w lesie. Nie wiem, ilu widzów połączy ją z dużo wcześniejszą opowieścią o herbacie, ani czy to jest dobry trop, ani też czy twórcy zrobili cokolwiek, aby widz ją pamiętał – ale w mojej interpretacji o tym jest właśnie ten film. O opisaniu smaku herbaty, która jest jak spacer po lesie. Niespodziewany Herzog jest zawsze skarbem.
Ocena 3 z 5

The Uncle ("Stric", 2022)

5 maja

Z serii było wiele razy i jest nudne, ale dla jednej sceny warto się pomęczyć.
 
Pamiętacie Kła i jego nijakie klony? Film o ludziach zamykających człowieka w wymyślonym świecie, który z naszej perspektywy wydaje się absurdalny, jeśli nie mamy za grosz empatii. Wujek na taki film się zapowiada – i chociaż ma własne zwroty akcji, wytłumaczenie czy zmiany w formule (teraz to jeden człowiek więzi grupę ludzi), to nie daje rady go uratować. To nadal jest męczący, pusty seans. Oto widzimy ludzi przygotowujących się do Wigilii Bożego Narodzenia oraz przyjazd wujka. Ten przyjeżdża, spędzają razem święta, coś jest nie tak, ale wujek odjeżdża, a następnego dnia robią to samo. Zakładają swetry, rozbierają choinkę (by ją ubrać wieczorem, z wujkiem), pieką ciasteczka. I od nowa, tak jakby. Dlaczego?
 
Cóż, gdy się pozna całość, to porównania do Kła są nie na miejscu. Gdy się to jednak ogląda, to przez dobre 80% widzi się w tym kolejnego Kła, równie banalne, głupie i nie rozumiejące same siebie kino. The Uncle ma jednak sensowne wytłumaczenie, które stoi za tym wszystkim. Wytłumaczenie, które zasługiwałoby na zgłębienie i rozwinięcie. Zamiast tego jednak oglądamy głównie bohaterów, którzy starają się być jak najbardziej irracjonalni, irytujący, nieprzyjemni, obrzydliwi, wulgarni, wkurzający i mogę tak naprawdę długo. To paskudny seans, pełen poddenerwowanych, podkurwionych ludzi biorących udział w historii pozbawionej humanizmu. Niech chociaż jedna linia dialogowa ma sens, niech bohaterowie będą ludźmi dla siebie nawzajem, ale nie, zamiast tego przekrzykują się, kto się czuje gorzej w obecnej sytuacji.
 
Już pomijam, że ich antagonistą jest stary człowiek z karabinem, którego przeładowanie po jednym strzale trwałoby 15 sekund.
 
Zanim poznałem całą historię, to miałem jej już dosyć od bardzo dawna i nic tego nie mogło uratować. Jest co prawda w finale moment, który wynagrodził mi tę męczarnię, ale nie mogę udawać, że ona wystarczy. Gdy już zacząłem oglądać i mam zamiar skończyć, to na końcu było coś dla mnie, ale w żadnym wypadku nie mówię, że warto zacząć cierpieć. Ogólnie film jest dobrze zrealizowany, wręcz nienagannie – przeszkadza tylko brak humanizmu i nuda.