Clint Eastwood

Clint Eastwood

13 marca 2021 Opinie o filmach 0

Bez przebaczenia ("Unforgiven", 1992)

5/5

Późny Dziki Zachód. W małym miasteczku dochodzi do incydentu – klient pociął prostytutce twarz. Dla niej to koniec życia, bo żaden teraz nie będzie jej chciał. Domaga się kulki w łeb dla swojego oprawcy, ten jednak zostaje potraktowany dużo łagodniej przez miejscowego szeryfa, Little Billa. Kobieta wystawia więc nagrodę za jego głowę.

Według mojej polonistyki w liceum Bez przebaczenia było pierwszym westernem, który złamał zasadę klasycznej konstrukcji tego gatunku. Czyli: dobro wygrywa ze złem, szeryf w białym kapeluszu strzela w samo południe do bandyty ubranego na czarno, ratuje sytuację i odchodzi w kierunku zachodzącego słońca – tego typu schematom Eastwood zaprzecza w swoim najsłynniejszym tytule. Ja wtedy miałem ten seans za sobą, wiedziałem, dlaczego Clint Eastwood dedykuje go „Dla Sergio”. Ale nic nie mówiłem, bo po co? Niemniej, piszę o tym jako ciekawostce – polonistka była w porządku. Znaczy, jak na nauczyciela idącego zgodnie z planem.

Ale tak, zgadza się: Bez przebaczenia jest doskonałym przykładem revisionist western. Scenariusz i fabuła działają na dosłownie każdym możliwym poziomie. Nie ma tutaj postaci, którą przyjdzie Ci ocenić łatwo. Prawdopodobnie skończysz na milczącym przyzwoleniu, by każdy robił swoje, a ewentualną ocenę wystawisz długo po seansie. Bo czy prostytutki są złe, zlecając morderstwo? Tak, ale… takie były czasy. Jeśli miały przetrwać, nie mogły pozwolić sobie na bycie traktowanymi jak gówno. Jedyną ich bronią w takiej sytuacji było grożenie, że wynajmą łowcę głów. Czy Little Bill jest zły, bo zostawił przy życiu tego, kto pociął dziwkę? Nie, to tylko kilka blizn. Gdyby pociął mężczyznę, to szeryf w ogóle by się nie zjawił. A może ten jest zły, bo nadużywa władzy? Tak, chociaż z drugiej strony dzięki temu miasteczko JEST bezpieczne. Czy to jednak czyni go dobrym? Cóż…

A główny bohater, czyli Will Munny, rewolwerowiec zgłaszający się po głowę oprawcy – może on jest zły? Oczywiście! Im więcej się o nim widz dowiaduje w czasie seansu, tym gorsze ma o nim zdanie… I jednocześnie w coraz większym konflikcie wewnętrznym się znajduje, bo trudno mu oceniać go za to, co robił w przeszłości. Z drugiej strony, teraz zgodził się zabić drugiego człowieka dla kilku drobniaków, bo mu brakuje, by utrzymać farmę. Ale cholera, spójrzcie tylko na niego! Nie robi tego dla siebie, ani dla zabawy. Nienawidzi się za to, że tylko w ten sposób może utrzymać rodzinę. Nienawidzi się za przeszłość. Spłacił swój dług. A raczej nadal go spłaca. Mam rację?…

Termin „Późny Dziki Zachód” od którego zacząłem, pasuje tutaj nie tylko jako ogólny opis czasu trwania akcji filmu. Bez przebaczenia to futurospekcja każdego klasycznego westernu, który powstał. Każda postać w tym filmie była kiedyś bohaterem lub jego zaprzeczeniem. Ratowali niewiasty z rąk bandytów albo wręcz przeciwnie – porywali je i strzelali celnie do każdego, kto chciał je uratować. Pili, pojedynkowali się, tworzyli legendy o honorze i niesamowitych akcjach, w których samodzielnie wychodzili cało z każdego galimatiasu. Łączy ich jedno: przetrwali. I teraz są tutaj. Nie dzielą się na tych dobrych i złych. Tutaj nawet nie chodzi o podział na żywych i martwych. Gatunek i tamte czasy zostały tu obdarte ze swojej legendy, blasku i chwały. Teraz widać tam tylko gorycz, ból i nieuniknioną przegraną. Tym tytułem kino zbliżyło się najbliżej do idealnego rejonu szarego. Trudno napisać, o czym jest. Fabuły tu, technicznie rzecz biorąc, nie ma. To doświadczenie czasów, które minęły, i nie pozostawia widza obojętnym. Wyzywa go.

Clint Eastwood

Obecnie Clint Eastwood znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #23

Top

1. Bez przebaczenia
2. Co się wydarzyło w Madison County
3. Rzeka tajemnic
4. Wyjęty spod prawa Josey Wales
5. Za wszelką cenę
6. Prawdziwa zbrodnia
7. Doskonały świat
8. Richard Jewell
9. Krwawa profesja
10.Gran Torino
11.Mściciel
12.Północ w ogrodzie dobra i zła
13.Wzgórze Rozdartych Serc
14.Niesamowity jeździec
15.Żółtodziób
16.Listy z Iwo Jimy
17.Sztandar chwały
18.Oszukana

Krawawa profesja ("Blood Work", 2002)

4/5

Terry McCaleb jest starszym detektywem, z wyrazem twarzy jakby właśnie wypalił jakieś kwaśne cygaro. Prowadzi grę z psychopatycznym mordercą, który bawi się z bohaterem, zostawia mu wiadomości. Opuszczając miejsce zbrodni, uwagę McCaleba zwraca pewien człowiek, który natychmiast zaczyna uciekać gdy tylko zauważy, że jest obserwowany. Pościg pod nocnym niebem skończy się na kracie w ciemnym zaułku – ścigany się wdrapał na drugą stronę, a Terry złapał za stare serce i prawie zszedł na miejscu. Już tracił przytomność, już widział, jak tajemniczy nieznajomy bez strachu cofa się i teraz to on jest tym, który obserwuje… ale bohater w ostatniej chwili wyciągnął z kieszeni ośmiostrzałowca, wsadził między kraty i zaczął strzelać w kierunku zbiega. Tak, jakbyście mieli wątpliwości, czy Clint Eastwood gra twardziela, czy nie.

Dwa lata po tych wydarzeniach Terry dostał w końcu nowe serce i może odpoczywać w spokoju na emeryturze, pod słonecznym niebem, na pokładzie jachtu zacumowanego na przystani – do czasu, aż skontaktuje się z nim Graciella Rivers, siostra tej, której wyjęto serce, by McCaleb mógł je przyjąć. Została zamordowana podczas napadu na sklep jako przypadkowa ofiara rabunku. Graciella chce wiedzieć, kto za tym stoi.

To porządny kryminał. Mimo iż każdy element brzmi schematycznie, tchnięto w niego ducha, by całość wydawała się żywa. Widz sam dochodzi do wniosku, jak twardy jest główny bohater. O tym, że jest bardzo uzdolnionym policjantem i „ma nosa” już mu się mówi wprost, ale potem mógłby sam dojść do tego wniosku, obserwując, jak pracuje nad sprawą. Schemat gliny na emeryturze, który wraca do roboty… cóż, tutaj to już pójście na łatwiznę. W jednej scenie słucha Gracielli i kategorycznie odmawia, w drugiej budzi się w nocy, by zmienić zdanie. Potem wspomniana mimochodem, że ta cała sprawa z „posiadaniem serca, bo ona umarła” go przekonała, ale wtedy będzie na to już za późno.

Zdecydowanie największym plusem jest fabuła, sama intryga. To jak Terry prowadzi śledztwo, zbiera informacje, rozważa hipotezy i próbuje spojrzeć na całość pod innym kątem, odkrywając w ten sposób prawdę… Intrygująco, tajemniczo, a nawet z odrobiną niebezpieczeństwa. Czuć, że bohater jest obserwowany. Nie wiem, ile w tym zasługi autora pierwowzoru (Blood Work to adaptacja powieści), ale Eastwood wyreżyserował to naprawdę nieźle.

Przeszkadzają drobne elementy – początek, ze sprawą tego psychopaty, jest za krótki, by potem zapadł głębiej w pamięć. Dano mu mało czasu, i tyle też, jako widz, przypisywałem mu znaczenia. Z pewnością nie była to „wielka” sprawa, jaką chciano z niej zrobić. Wszyscy naprawieni przez The Wire będą też z uniesionymi brwiami oglądać niektóre sceny – szef niewymagający zdania raportu to jedno, ostrzelanie cywilnego samochodu na środku ulicy bez powodu też mogłoby przejść, ale dokonanie morderstwa i samosądu bez dowodu na jego winę i przy aprobacie szefa policji nijak mi przez „gardło” nie przejdzie.

Ale jako całokształt oglądało mi się znakomicie. Dobra intryga, dobra męska atmosfera – wystarczyło, by powstał porządny tytuł.

Dlaczego mieszkasz na łodzi?
– Nie lubię kosić trawników.

Richard Jewell (2019)

4/5

Clint Eastwood raczej już opowiedział, co chciał i zagrał, co chciał, więc teraz bierze się za prostych ludzi godnych uwagi i ich małe historie, znajdując w nich jednak coś więcej – w tym komentarz do stanu kraju… Ale jednak na pierwszym miejscu jest główny bohater.

I jaki to jest bohater! Sprawa jest naprawdę prosta: człowiek o aparycji nieprzywołującej na myśl  odważnego stróża prawa ratuje ludzkie życie poprzez wykrycie bomby na koncercie. Zanim jednak w 27 minucie to zobaczymy, to cały poprzedzający to wydarzenie czas był wykorzystany, abyśmy czuli ekscytację na widok Richarda otrzymującego od losu swoją szansę. Nikt nie traktuje go na poważnie, on sam traktuje siebie zbyt poważnie, swoją nadgorliwością sprawia problemy, więc póki co zarabia jako ochroniarz na koncertach i liczy, że w przyszłości będzie lepiej. Chce chronić porządku, a może co najwyżej rozdawać butelki ciężarnym w upalne wieczory, ale i to robi z zaangażowaniem. Hej, pomaganie to pomaganie. Ubiera się do pracy, jaką chciałby mieć, a nie takiej, jaką wykonuje, więc i będąc w ochronie stara się zachowywać jak policja – rozgląda się, śledzi, wyłapuje podejrzane widoki. Najczęściej jednak leżący plecak to tylko plecak, którego właściciel poszedł pić. Groźby telefoniczne to tylko groźby, a jednak Richard nie poddaje się i robi swoje tak, jak powinien – i to się opłaca. Znajduje bombę, a wtedy… Robi swoje dalej. Nie staje się bardziej przekonujący czy coś, a jednak dzięki tym 27-minutowym ten moment jest chwilą prawdziwego tryumfu zasad nad rozleniwieniem. A to dopiero początek.

Zresztą dopiero po seansie pomyślałem, że taki Richard powinien raczej wtedy zesrać się ze strachu i samemu oddalić się na odległość stu metrów, ale zamiast tego został w polu rażenia, by odganiać ludzi.

Film jako całość w pewnym sensie oskarża dziennikarstwo, że obecni piszący wolą gonić sensację i się nudzą za biurkiem, zamiast prowadzić porządną działalność – ale to raczej z konieczności to wynika, niż intencji twórczych. Postaci związane z reporterstwem są tylko dwustopniowe – najpierw napiszą, by później zdać sobie sprawę ze swojego błędu… I to tyle, ale wystarczająco miłe. Ważniejszy jest tutaj motyw wiary Richarda w prawo i ludzi działających w jego imieniu. Dzięki temu tak naprawdę nie jest to rzewny i tragiczny film o człowieku, który przechodzi przez piekło – bo chociaż media go obsmarowują, to on sam to wytrzymuje. Właśnie dlatego, że uważa siebie za jednego z nich – chroniących porządku – i rozumie ich działania, do końca niemal będzie przekonany, że oni robią to tylko dlatego, iż muszą. A tak naprawdę męczą Richarda, bo to lepiej wygląda, niż jak gdyby mieli nic nie robić, bo innych teorii nie mają. Na końcu Richard musi zrozumieć, że ci ludzie nie są rządem, tylko działają w ramach reprezentacji tego rządu. Eastwood uderza tutaj w jedną z klątw narodu Amerykańskiego, jakim jest wiara, że obecny rząd czy status ich kraju nadal stoi na poziomie filozofów politycznych, którzy go założyli 200 lat wcześniej. W rzeczywistości wartości, w których imię ten kraj był założony, są łamane tak jak wszędzie zresztą. Cytując Sorkina: „USA nie jest już najlepszym krajem na świecie”. Od siebie tylko dodam, że nie wiadomo, jaki jest najlepszy. Popkultura nadal stara się odkryć – o ironio – Amerykę, przywołując przykłady na udowodnienie tej tezy, zamiast zacząć się przyglądać jakiemukolwiek innemu krajowi, czy może tam jest lepiej. Kanada? Nowa Zelandia?

A sam Jewell zmarł w wieku 44 lat, chyba szczęśliwy. Według filmu z powodu niedoczynności serca, ale przede wszystkim cukrzycy, która mu rozwaliła nerki. Nie jest też zbytnio istotne samo bombowanie, prawdziwy terrorysta i jego powody. Wiemy tylko, że się znalazł, przyznał i sprawa jest wyjaśniona, sześć lat później. Nie wiemy, że przyznał się, by uniknąć procesu, który mógł się skończyć karą śmierci.

PS. Sam Rockwell nazywający Richarda „Radarem”… Kurczę, to jest znakomity przykład tej całej „spuścizny sztuki”, że lepiej odczytuje się teraźniejszość, znając przeszłość. Nie oglądaliście MASH i nie wiecie wtedy, ile ciepłych uczuć stało za tym, że Rockwell w tak krótkim czasie poznał się na Richardzie i dlatego z miejsca zaczął go przezywać „Radar”. Nie wiecie, jaka to była wspaniała postać i ile to znaczy, dostrzec ją w kimś innym.