Wrzesień 2022

Wrzesień 2022

10/09/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

Obejrzane filmy
5
obejrzane seriale
0
2/5

Niewidzialna wojna

30 września | AVP

Vega obraca swój życiorys w komedię i nawet chyba nie jest tego świadomy. 2,5 godziny żartów z dupy.

3/5

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie ("Luckiest Girl Alive")

30 września | Netflix

Wolne kino. Pozwala zrozumieć, czemu po latach dopiero człowiek jest w stanie stawić czoła traumie.

Bohaterka… jest przede wszystkim kobietą, taką wkurzającą. Myśli tylko o jedzeniu i chudnięciu po pizzy, robieniu wrażenia na innych kobietach i innych takich rzeczach. Tyle właściwej zawartości ekranowej – jej narracja z OFF-u oraz historia dodają tej osobie wagi. Otóż ta osoba ma przeszłość, której coraz bliżej do otwartej konfrontacji. Dzisiaj udało jej się mieć niezłe życie: oferty pracy dziennikarskiej i inne takie, w tym zrobienie dokumentu o tym, co się wydarzyło w jej szkolnych czasach. Co prawda w ogóle nie kupuję, że ktoś chce zrobić z nią wywiad, albo że ten wywiad będzie mieć wymierne konsekwencje, ale zamysł jest chyba niezły.

Twórcy dodają mnóstwo interesujących przejść montażowych (np. w teraźniejszości bohaterka orientuje się nagle, że stoi w kałuży, co staje się wstępem do retrospekcji w deszczu), ale nadal większość treści – w tym większość osobowości protagonistki – zawarta jest w narracji z OFF-u. Bez niej ta sama postać nie dałaby rady swoją prezencją czy aktorstwem zwrócić uwagi odbiorcy. I to nawet z nią filmowi jest ciężko, z uwagi na jego oczywistość, wolne tempo i nieudolne kombinowanie, zamiast przejść do rzeczy, skoro i tak wiemy, gdzie to zmierza. Widownia bardziej będzie doceniać ten film i jego starania, by coś powiedzieć, niż ze faktycznie polubi taki seans.

Protagonistka nawaliła się, została zgwałcona, nie pamięta wszystkiego, nie jest odważna, nie chce podejmować działań, które mogą zniszczyć czyjeś życie na podstawie jej „chyba to się stało”. Co nie znaczy, że nie jest ofiarą. Nie uzasadnia to jej zachowania na starość, gdy nie potrafi siebie kontrolować, ale to już wina scenariusza, który nie potrafi zasygnalizować jasno, że nauczyła się walczyć o swoje i teraz z tym przesadza. Ogólnie dużo tu dobrych pomysłów, które zasługują na lepszy film.

3/5

Hokus Pokus 2

30 września | Disney+

Prawdopodobnie dokładnie to, czego chcieli fani pierwowzoru. I pewnie tylko oni. Dziwni ludzie.

Mamy tu z grubsza to samo: trio cudacznych wiedźm, które są jednocześnie śmiertelnie groźne, jak i głupie jak but. Nowe, nieinteresujące bohaterki będące tłem, postać Billy’ego zombie, który jest cudowny i niewystarczająco użyty, scenografia i atmosfera idąca w całkowite Halloween… Brakuje w sumie tylko naciskania na nastolatków, że dziewictwo jest źródłem wstydu.

To specyficzny tytuł, co jest jasno przekazane w otwierającej sekwencji retrospekcji – jeśli wtedy zaakceptujecie młode wersje wspomnianego trio i ich przeszarżowane aktorstwo, to dalej już pójdzie z górki. Tańce, muzyka, śpiewanie i latanie na miotle typu odkurzacz roomba.

Ten film daje też uczuciowe zamknięcie historii tria, które pragnie potęgi, ale nie będzie gotowe zapłacić za to ceny. Trzeciej części raczej nie będzie, a taki jednorazowy powrót jest w pełni akceptowalny: trochę dziwny i trochę zabawny. Ja jestem zadowolony.

4/5

Moja przyjaciółka opętana ("My Best Friend's Exorcism")

29 września| Amazon Prime Video

Fajny teenage-horror ejtisowy o anoreksji, gwałcie, rodzicach i przyjaźni.
 
Narkotyki w lesie, znalezisko w postaci demonicznego totemu i następny dzień pełen podejrzeń, że chyba najlepsza przyjaciółka nastoletniej protagonistki została opętana przez demona. Z jednej strony otrzymujemy oczywisty komentarz na wiele tematów, z drugiej strony on działa i angażuje dzięki aktorom (m.in . Elsie Fisher), bohaterkom i ogólnemu czarowi tej produkcji. Czułem, że Abby naprawdę chce uratować swoją przyjaciółkę i spotyka ją za to tylko kara, że faktycznie trafia do dołka (wszyscy się od niej odwracają) i musi się z niego wyciągnąć, aby osiągnąć swój cel. A może to zrobić tylko będąc szczerą wobec swojej prawdziwej motywacji – motywy homoseksualne są tu obecne, ale twórcy do końca brną w tę trudniejszą drogę, czyli ukazanie przyjaźni. Kupiłem to.
 
Całość jest też silnym uśmieszkiem z tego, jak wspominamy lata 80 dzisiaj, w latach 2020s. Mnóstwo tutaj piosenek pop, które uwielbiamy z tamtego okresu, zobaczymy też sporo ludzkich zachowań czy językowych archaizmów – ale to wszystko poprzez filtr dzisiejszego spojrzenia i łagodnej, przyjaznej kpiny. Protagonistki są świadome już wtedy, jak niezręczny jest np. występ religijny w ich szkole, więc i widzowie uśmiechają się razem z nimi, ale jest w tym uśmiechu delikatne: „kurde, miało to swój urok”. I ten humor świetnie rozwija oraz urozmaica znajome schematy kina egzorycyzmów, nie odbierając im jednak powagi wynikającej z nastolatki walczącej o życie swojej najlepszej koleżanki. To kiczowate, ale bardzo dające się lubić kino.
 
PS. Serio nie wiem, czy film robi sobie jaja, czy takie rzeczy jak LYLAS wtedy istniały. A to chyba dobrze świadczy o samym filmie.
3/5

Louis Armstrong's Black & Blues

28 września | AppleTV

Standard. Jeśli widzieliście już takie dokumenty, to ten też.

Dokument o życiu muzyka jazzowego. Z jednej strony standardowa biografia spełniająca się informacyjnie, jak i nastrojowo – ale też uczuciowo, oddając hołd swojemu bohaterowi. Z drugiej strony standardowa opowieść o byciu czarnoskórym artystą w XX wieku w USA. Dobrze, że w innych krajach w ogóle nie było czarnoskórych i nie ma o czym mówić. A w końcu jest to dokument, który mówi ustami innych – tutaj najważniejsze są wspomnienia pewnego człowieka z lat 70., który zobaczył prawdziwą twarz pana Armstronga, gdy ten nie myślał, że jest widoczny. Ten materiał nie został nagrany na potrzeby tego dokumentu, pewnie nawet jest dosyć sławny – a ta produkcja go sobie przywłaszcza, nadając mu swój własny głos, chociaż go nie ma.

Całość jest ładnie złożona i ładnie są czytane np. wspomnienia, ale to tytuł skierowany wyłącznie do tych, co temat już znają. I to im wystarczy. Oglądać tylko wtedy – albo gdy w ogóle jeszcze nie słyszeliście o panu Armstrongu, tudzież o życiu czarnoskórych w USA. Wtedy faktycznie dowiecie się dużo ważnych rzeczy.

2/5

Shoot! Goal for the Future

27 września | Crunchyroll

Zniewieściały, przedramatyzowany serial z demencją.

Pierwszy raz mam okazję oglądać słabe anime. Znaczy tak właśnie celowałem, od najniżej ocenionego na filmwebie wśród wyprodukowanych w 2022 roku. Na początek jest co chwalić, bo jakość wykonania nadal jest wysoka: animacja, kreska, kolory, kreacja postaci (w sensie animowanym, nie scenariuszowym), zaangażowanie aktorów drących się z całej siły… Włożyli w to tyle pracy, ile w większość innych anime, muszę przyznać. Właściwie problemy zaczynają się dopiero od drugiego odcinka – w pierwszym jeszcze mamy postać protagonisty, który kiedyś grał w piłkę i teraz już nie trenuje, wyraźnie ma jakąś stygmę w głowie na tym temacie. Los oczywiście popycha go na boisko, a tam odkrywamy, że człowiek, którego wspominał cały ten czas, jak najbardziej żyje, jest radosny i nie wie, że nasz bohater przestał grać. O co więc chodzi?

Nie jest to jednak zbyt istotne – po kilku odcinkach wątek zostaje porzucony i całość staje się w sumie kolejną historią słabej drużyny sportowej, która idzie po zwycięstwo, ponieważ co innego mają robić. To prowadzi też do głównego problemu, czyli pustej dramaturgii – kłócą się o wszystko, wszystko jest wyrażone krzykiem, cały czas ktoś kogoś o coś błaga ze łzami w oczach, a wielki dramat, od którego zaczynamy tę opowieść, traci na znaczeniu do tego stopnia, że dosłownie znika z opowieści. A ile przez ten dramat wylali łez, rzucali się sobie na ręce i ramiona… Ech. Wspomniane problemy drugiego odcinka to ogromne powtarzanie materiału – cały czas wydaje się, że oglądamy raz za razem tą samą retrospekcję, ten sam wewnętrzny monolog, cały czas wracamy do tej samej emocji… Ile można? Przynajmniej same mecze są ciekawe, ale głównie przez animację, nie sam przebieg. To wciąż opowieść w stylu: „bardzo chcą i w końcu im się udaje”. Z lekką domieszką: „A jak się nie uda, to nic, dalej będziemy w grze/turnieju/nadal będę ich trenerem/nadal jest nadzieja”. Będą przegrywać 0:2, od lat nie strzelili bramki, ale oczywiście w danej sytuacji strzelą gola.

Od szóstego odcinka twórcy zaczynają wymyślać fillery, które są coraz bardziej absurdalne same w sobie, ale dodatkowo też ośmieszająco przedstawiają pojęcie twórców o grze w piłkę i jak ona wygląda. Biegają w tym odcinku panikując krzykiem w myślach cały czas, bo nie mogą rozgryźć strategii przeciwnika. Nie że to im w czymś przeszkadza, np. podaniu czy skonstruowaniu akcji, po prostu panikują z powodu sobie tylko znanemu. Wtedy też człowiek zaczyna się zmuszać do dalszego oglądania.

Nadal jednak fajnie się patrzy, jak bohaterowie anime kopią piłkę z taką siłą, że ta powinna się rozwalić, a nie być kopniętą z takim impetem, że przesuwa bramkarza razem z bramką. To też nadal opowieść o dawaniu z siebie wszystkiego, zawsze, cały czas. Na końcu przeciwnik cieszy się z wygranej bohaterów, bo ci zrobili to w tak dobrym stylu – tego typu rzeczy. Nadal to jednak nużąca, chaotyczna i dziwnie zniewieściała opowieść pełna pustych dramatów.

1/5

Nix

27 września

Reżyser Rekinado tym razem kręci dramat z elementami horroru i time travel. Efekt nie jest śmieszny.

Jest to opowieść o rodzinie, która po latach nadal przeżywa tragedię śmierci córki: ojciec jest nie wiadomo gdzie, matka postradała zmysły, jeden z braci został menelem na strychu, a drugi brat jest jedynym odpowiedzialnym, który ma to wszystko teraz na głowie. Co więcej: tragedia i potwór z jeziora nadal podążą za tymi ludźmi. Z czasem ta opowieść pokazuje się mieć wyraźne ambicje – tutaj bohaterowie będą potrzebować oświecenia, akceptacji i zrozumienia samych siebie, przeszłości oraz innych, by móc ruszyć dalej. Pewne wydarzenia z czasem wrócą w innej perspektywie, będziemy odwiedzać wspomnienia i okażą się one inne, niż zapamiętaliśmy.

Problem w tym, że to nadal źle zrobiony film, posiadający wszystkie cechy złego kina o marnym budżecie. Mógłbym zrozumieć ograniczenia, gdyby na ekranie było widać pasję tworzenia i potrzeby opowiedzenia tej historii – ale tego nie ma. Czułem jedynie, że dla całej ekipy to tylko wypełniacz czasu, aby coś robić. Projekt, do którego tych ludzi zagoniono i robią swoje bez zaangażowania, po wszystkim będą mogli o tym zapomnieć. Słaba narracja czy aktorzy nie mogą usprawiedliwiać kiepskiego scenariusza, kiepskich pomysłów. Czułem podczas seansu, że musieli natrafiać nawet na takie problemy, jak kręcenie nie w tej lokacji, która była planowana pod daną scenę, ale kręcili po prostu tam, gdzie akurat mogli. Albo z aktorem, który akurat był w danym dniu dostępny. Tonacja i obraz w ogóle nie pasują do tego, co film próbuje osiągnąć – bo potwór tutaj faktycznie jest. Już pomijam, że wystarczy zapalić światło, by przestał atakować i zniknął, ale jednocześnie w trakcie rozwoju fabuły okazuje się symbolem tego, co bohaterowie sami zrobili, tylko teraz nie chcą tego pamiętać czy coś. Protagonista przenosi się w jakiś sposób do przeszłości i okazuje się być mężczyzną, którego widział w lesie – rozmawia nawet z własnym ojcem, ale jednocześnie chwilę później nikt go nie słyszy, gdy ostrzega wszystkich: „Nie idźcie tam, bo ona przez to zginie!”. Ciężko się połapać w regułach tej opowieści.

Bo żeby zbudować świat i postaci, nie trzeba wiele. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to jest istotne, a autorzy tej produkcji najwyraźniej tego nie wiedzą. Nie dają aktorom nic, nie tworzą wystarczających scen. Gdy w teraźniejszości pokazują tęsknotę matki za zmarłą córką, to co mogą zrobić? Wspomnieć tylko scenę, jak mama robiła córce tost – bo nic innego nie robili, nie mówili, nie pokazali. Zniechęcający to obraz. Czuję, że wkładam więcej wysiłku w pisanie o nim, niż twórcy w zrobienie go.

3/5

Krzywe linie Boga ("Los renglones torcidos de Dios / God's Crooked Lines")

24 września | Netflix

Oriol Paulo dalej próbuje zrobić film złożony z samych zwrotów akcji. Efekt jest głównie obojętny.
 
W porównaniu z jednym z poprzednich filmów tego samego reżysera („Contratiempo”) jest nieco lepiej w mojej ocenie, bo dużo mniej tutaj absurdalnych zbiegów okoliczności. Idiotyczne zachowanie bohaterów nadal jest, podobnie jak wysilone zwroty akcji, ale tych jest jednak… Mniej. I nie są wykorzystane wszystkie. Wiadomo, że np. para bliźniaków wcale nie będą tutaj traktowani jak ludzie, prawdziwe postaci, to jedynie wstęp do zwrotu akcji w stylu: „Myślałem, że to był bliźniak 1, ale nie, to był bliźniak 2!!!!!!!!” – ale nie będzie chociażby „Lęku wysokości”, czego się serio spodziewałem. Naprawdę byłem w szoku, że jednak twórcy nie chcieli mnie szokować jeszcze w ten sposób, chociaż i bez tego jest to po prostu film przekombinowany. Pamiętacie, jak w „Community” każdy spiskował i zdradzał? Trwało to dwie minuty i urywało łeb swoją intensywnością, ale nadal jednak główne punkty pod względem treści były zachowane. Wiadomo było, o czym to jest i po co to jest. „Krzywe linie Boga” nie dają rady dotrwać nawet do połowy, zanim po prostu straciłem zainteresowanie, bo to tylko znajome sztuczki stosowane jeszcze raz. Nie chodzi o to, że nagle wątek, który bierzemy za retrospekcję w rzeczywistości jest futurospekcją – chodzi o to, że jesteśmy zaangażowani na tyle, by wywrzeć na nas szok takim zabiegiem. Nie byłem zaangażowany w niczyje losy w „Krzywych liniach Boga”, niczyją historię, bo to i wszystko inne (charaktery czy cele) były poddawane wielokrotnie delikatnym zmianom, aby nadal „pasować” do kolejnych zwrotów akcji. Nie ma tu żadnego większego motywu, typu: walka o sprawiedliwość, to tylko zwroty akcji bez substancji pomiędzy. Chcę tego, ale tak naprawdę chcę tamtego, ale robię to, żebyście myśleli, że chcę tamtego, więc udaję na pozór, że chcę tamtego, podczas gdy w rzeczywistości a dajcie spokój…
 
Całość podlana pretensjonalnością. Taki tytuł, co on oznacza? A no jeden z bohaterów ma wenę i przywołuje cytat, że Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo, tylko wariatów rysował krzywą linią. Autor scenariusza za cholerę nie umie zaimplementować takiej poetyki do filmu, jedynie ją wciska na siłę. Efekt to wywracanie oczu zamiast docenianie poezji. Tym gorzej, że film trwa 2,5h i nie może się skończyć. Wszystko jest jasne, zagadka zostaje rozwiązana w końcu, ale nie, jeszcze w sądzie się kłócą, a do końca filmu 10 minut. Twórcy wcale nie mają kolejnego zwrotu w kieszeni, ostatniego, największego, najbardziej szokującego, który całkowicie teraz przewidujemy i tylko czekamy 10 minut, aż twórcy w końcu do niego dojdą. Dajcie spokój…
2/5

Abyzou ("The Offering")

23 września | Amazon Prime

Jeszcze jeden horror z jumpscerami, za to brak mu sensu. Śmieszny.
 
Horror z serii: scenariusz liczący 18 stron, a tam coś w stylu – bohaterka patrzy na korytarz. Nic nie widzi. Patrzy jeszcze raz. Nic. Patrzy jeszcze raz. DZIECKO! BOHATERKA NABIERA POWIETRZA! DZIECKO KRZYCZY! BOHATERKA KRZYCZY! DZIECKA NIE MA! KTOŚ PRZYCHODZI I PYTA „CO SIĘ STAŁO”! BOHATERKA PATRZY NA NIEGO! NOWA SCENA! Na ekranie trwa to 3 minuty, w tle leci dźwięk drona, cała sekwencja nic nie wnosi i jest do wycięcia.
 
Mały budżet przeznaczono na ten obraz o stworze z klątwy, który doprowadza do poronień. Jedynym powodem, żeby to w ogóle finansować, był finał, gdzie każdy umiera i tak, wszelka nadzieja ginie pomimo tego, że wcześniej mogło wydawać się inaczej. Pewnym urozmaiceniem jest zapewne dla niektórych umieszczenie akcji w środowisku Żydowskim, tylko na ekranie zobaczymy najbardziej stereotypowe wizualnie osoby tego pochodzenia, jak tylko się dało. Te peruki z kręconymi bokobrodami to chyba w sklepie na Halloween zamawiali.
 
Poza tym niewiele więcej. Znajome zagrania z wolnych horrorów, które brak tempa tłumaczą budowaniem napięcia, chociaż ich działania mają dokładnie odwrotny efekt. Horror do przespania.
2/5

Lou

23 września | Netflix

Przyzwoity film o chodzeniu po lesie. Standardowe głupoty przy braku zaangażowania emocjonalnego.

Ona ma dziewczynkę i sąsiadkę, która zaraz popełni samobójstwo, ale akurat w tym momencie pojawi się ojciec dziecka, porwie je, więc sąsiadka w tym pomoże, bo jest twardą babką umiejącą tropić, więc idą w nocy, w deszczu, między drzewa. Aby uratować dziecko.

Zagrane i zrealizowane w sumie jest na poziomie – czuć zaangażowanie aktorów czy fakt, że faktycznie brną w tym zimnie. Jedyny problem jest taki, że guzik mnie cokolwiek w tej historii obchodzi – oglądam chodzenie po lesie, od czasu do czasu ktoś powie lub zrobi coś głupiego, a jedyna niespodzianka twórców polega na tym, że ktoś tu okaże się czyimś synem. Obojętne kino, nic gorszego.

2/5

Uśmiechnij się ("Smile")

22 września | SkyShowTime

Standardowy zestaw głupot, debilni bohaterowie, zero sensu.
 
Bohaterka jest najgorszym psychologiem na świecie, pracującym w zakładzie medycznym, który powinien być zamknięty za niekompetencję – pacjent może sobie poderżnąć gardło, a oni w pierwszej reakcji sprawdzają, czy ma tętno, zamiast blokować tętnicę. W każdym razie – bohaterka rozmawia z idiotką, która świruje i gada od rzeczy, po czym właśnie podrzyna sobie gardło. I teraz pani doktor ją wszędzie widzi bez żadnego powodu innego niż „jump scare jest czymś, co widzowie zaakceptowali, więc… BU!”. Po spędzeniu połowy filmu na odhaczaniu schematów zacznie odhaczać największy, czyli prowadzić śledztwo wyjaśniające klątwę. Oczywiście jest idiotką jak wszyscy w tym filmie, więc nawet nie sprawdzi przeszłości, chociaż ponad 20 osób spotkało to samo, co ją. Ktoś będzie musiał do tego dojść zamiast niej, podczas gdy ona będzie tylko histerycznie krzyczeć „MUSISZ MI UWIERZYĆ” i nieudolnie próbować sklecić trzy słowa tak, by miały sens. Śledztwo doprowadzi do idiotyzmów, cała historia nie będzie mieć sensu, oczywisty finał będzie się ciągnąć jak cholera. Nie ma jednej dobrej rzeczy w tym filmie.
 
Ogólnie przepis na ten film był prosty: 64 standardowe jump-scare’y typu: chyba coś jest w tym ciemnym tle, bohaterka gapi się tam przez minutę i nagle TELEFON DZWONI. Do tego „to był tylko sen” albo „ona sobie to tylko wyobrażała” (najlepiej połączone z zapowiedzią czegokolwiek świeżego, ale nie, twórcy są tchórzami, więc nie pójdą w tę stronę) i każdy inny idiotyzm, który utożsamiacie z takim kinem. Do tego beznadziejna, niezaangażowana reżyseria, której wystarczyło tylko wycelować kamerę w aktora i tyle. Na papierze jest napisane, co się dzieje i kamera to pokazuje, ale za tym nie stoi żadna interpretacja, nadanie kolorytu, nic. Jedynie kamera wycelowana w aktora, który wyraźnie potrzebuje wsparcia. Okropny film, który nawet na tym tle niczym się nie wyróżnia.
 
PS. Plus murzyn w roli partnera, który daje dyla, jak tylko robi się zbyt poważnie. Ten film jest rasistowski.
 
PS 2. Jak zazwyczaj nie mam problemu z opiniami innych, tak uważam, że porównanie tego do „It Follows” jest swoistym papierkiem lakmusowym dowodzącym tego, że ktoś kiedyś, dawno temu nie ogarnął „It Follows„, ale nie chciał wyjść na idiotę, więc chwalił, a teraz zbiera tego żniwo i wydaje mu się, że to jest ten sam poziom.
3/5

Randka w nieskończoność ("Meet Cute")

21 września | AVP

Zakochany bez pamięci, tylko zamiast o scenariusz Kaufmana oparto całość o urok Kaley Cuoco i Pete’a Davidsona.
 
Pierwsze wrażenie jest negatywne, ale niesłusznie, bo cover piosenki Carole King akurat ma swoje uzasadnienie w czołówce Randki w nieskończoność. A przynajmniej refren „Will You Still Love Me Tommorow” ma związek z fabułą, nie że całość piosenki – niemniej, muszę oddać filmowi, nie zasługuje na negatywne nastawienie już od początku. Ten minimalistyczny film ma nawet ambicje! Oto oglądamy Kaley Couco idącą do baru, gdzie podrywa Pete’a Davidsona i w trakcie randki oświadcza mu, że podróżuje w czasie i spędza z nim pierwszą randkę codziennie od długiego czasu. On tego nie kupuje, żegnają się, a ona faktycznie wraca i wszystko zaczynają od początku. Pytanie tylko, ile można tak żyć?
 
Nie jest to historia dobrze opowiedziana. Przede wszystkim są tu długie partie, które się ciągną, nie dodają nic nowego i wtedy film stoi w miejscu. Nie było pomysłu, jak osiągnąć kolejny punkt w opowieści, więc zamiast tego decydowali się na przedłużanie, powtarzanie, zakładając, że to stworzy frustrację w postaciach i to ich popchnie do jakiejś zmiany. Zmiany jednak występują bardzo rzadko – to w końcu film o komforcie braku zmian, a teraźniejszość dla widzów nie tworzy tego samego komfortu, który czuje protagonistka, więc… nudzimy się oglądając jej perypetie. W tej randce nie ma nic szczególnego, nie mówią nic interesującego, a jedno „It’s okey to be messy sometimes” nie jest wcale tak głębokie, by unieść cały film. Aktorzy wystarczają, mają zadowalającą chemię między sobą, ale to doprawdy wszystko – na tym opiera się cały film. Nie na języku obrazu, nie na historii, tylko na nich.
 
W połowie w końcu pojawiają się poważniejsze tematy i wracanie do innych okresów – żeby nie zdradzać za dużo – podejmując tym samym rozmowę o ludziach, ich kształtowaniu, miłości i w sumie naprawdę tutaj mógłby się zacząć Zakochany bez pamięci, tylko filmowi brakuje ciężaru. Brakuje konkretnych postaci, z konkretną przeszłością, gdzie konkretne wydarzenia mają konkretne efekty – zamiast tego gadają teoretycznie, wykazując niską wiedzę autorów na ten temat, a całość obracają w żart. Szkoda. To wyraźnie kino czasów covida, gdzie niski budżet i możliwości starano się zakryć rozległymi dialogami między nieliczną obsadą. Samobójcy, osoby z depresją oraz zaburzeniami psychicznymi zasługują na lepsze kino. Takie, które poświęciło chwilę, aby ich poznać, zamiast wykorzystywać jako wymówki na dodawanie głębi skromnej produkcji.
5/5

The U.S. and the Holocaust - miniserial

20 września | 3 odcinki po 2h

Przeszłość pełna wstydu i bólu wyciągnięta na światło dzienne.

Pierwsza połowa XX wieku skupiona na USA, jej odpowiedzi na II wojnę światową oraz sytuację osób Żydowskiego pochodzenia, a także wydarzeń, które wojnę poprzedziły. Nie mówimy tu o innych narodach, wiele wydarzeń jest jedynie wspomniane lub omówione pokrótce (wskazana jest znajomość poprzedniego dokumentu Burnesa: The War). Jak wtedy ludzie mówili o sobie nawzajem, za czym głosowali, jakie podejmowali działania i jak zupełnie inny świat mogli w ten sposób stworzyć. Oglądamy prawdziwe przemowy, prawdziwe artykuły z gazet, słyszymy wyniki prawdziwych głosowań. I to jest zupełnie inne doświadczenie, niż oglądanie gotowego utworu fikcyjnego, gdzie Charles Lindbergh zostaje prezydentem USA (Spisek przeciwko Ameryce), bo tu oglądamy dokument. I czułem, że historia rozwija się przede mną, czułem zagrożenie i napięcie wiedząc, jak wiele zależy od tego wszystkiego. A to przecież zostało wyciszone, pominięte ze wstydem, zastąpione efektem. „Wcześniej mówiliśmy i robiliśmy różne rzeczy, ale w końcu zrobiliśmy co właściwe i wszystko się szczęśliwie skończyło, a to najważniejsze, nie?” – zabrano wtedy jednak ten ludzki pierwiastek ukazujący, że prawidłowa odpowiedź wtedy też nie była znana, każdy miał wątpliwości, każdy miał swoją własną rację. I gdyby inna racja by zwyciężyła, to historia byłaby zupełnie inna.

Jako dokument uwieczniający tamten fragment historii, to dokument doskonały. Popełnia jednak błąd narzucania widzom interpretacji i wyciągania wniosków, jakoby świat dziś i wczoraj był taki sam. Skoro sto lat temu właściwe rozwiązanie było takie, to dziś też tak powinniśmy robić – tylko bez analizy świata dzisiejszego. Wtedy był ruch społeczny, by Stany nie włączały się w wojnę z Niemcami, bo to nie ich wojna – co jest wymownie komentowane tym, że do tego ruchu należała chociażby Lillian Gish. Jak jest przedstawiona? Jako jedna z największych aktorek w historii? Gwiazda masy filmów? Blisko, bo jako gwiazda konkretnego filmu. Zgadniecie którego? I tak, dzisiaj też są w Stanach głosy oporu przed dołączeniem USA do wojny Rosji z Ukrainą. Tylko jakoś kłóci mi się to z lekcją wyciągniętą z serialu o wojnie Wietnamskiej, gdzie zostały dobitnie pokazane skutki myślenia Stanów o sobie jako policji świata. I dlaczego manipulowano rządem Amerykańskim, by zaczął tak o sobie myśleć. W każdej z tych historii popełniono inne błędy i nie ma co udawać, że jest zawsze jedno rozwiązanie.

Chcę tylko powiedzieć: wtedy było wtedy, dziś jest dziś. I każdy z tych okresów zasługuje na własną analizę. Wyciąganie wniosków i uczenie się o przeszłości jest wspaniałe, ale błędem jest branie dwóch sytuacji za identyczne, a jeszcze większym błędem jest narzucanie odbiorcy takiego myślenia poprzez dokumentalistę. Taka Prohibicja była pod tym względem o wiele lepsza – to ja wyciągałem wnioski i ja za to brałem odpowiedzialność. Czemu tutaj zdecydowali się podprowadzić mnie kilka kroków za rączkę? Chciałbym wierzyć, że twórcy robią to w dobrej wierze – że sytuacja jest gorąca, już teraz, działania są potrzebne. Tylko sam dokument właśnie pokazuje, że pośpiech, przekrzykiwania się i budowanie stresu w dużych grupach ludzi jest kiepskim pomysłem…

4/5

Lotnisko w Kabulu ("Escape from Kabul")

20 września | HBO Max

Dobrze, że ten dokument powstał. I wypowiedzieli się z każdej strony.

W 2021 roku zakończyła się wojna w Afganistanie – czy też wojska USA opuściły tamte strony po 20 latach, jakkolwiek to inaczej nazywać. 18 dni na lotnisku było miejscem wszystkich ludzkich tragedii – panował całkowity chaos, którego nie szło ogarnąć, bo wszyscy chcieli stamtąd uciec zanim władze przejdą/wrócą w ręce miejscowych. To stamtąd pochodzą nagrania odlatujących samolotów z ludźmi na skrzydłach czy na kołach, ale wtedy działo się więcej okropnych rzeczy.

Tak, nadal są tu rzeczy, takie jak obowiązkowe dowalenie Trumpowi (całość zaczyna się od jego obietnicy, że wojna się skończy, chociaż to stało się za czasu innego prezydenta) czy kobiety dzielące ludzi według płci (i komu na wojnie jest gorzej). Jednak jako całość to dokument nadal warty obejrzenia – nieprzyjemny w oglądaniu, ale w ten dobry sposób. Konflikt wojenny ukazany jako bagno zasysające każdego, z każdej strony – tutaj każdy wychodzi ranny. Dla mnie chyba najbardziej bolesne było oglądanie zeznać amerykańskich żołnierzy wspominających to, co widzieli na lotnisku – ktoś wyżej podjął decyzję, ale to oni musieli brać te dzieci na ręce. A przecież to tylko sama końcówka wojny, wcześniej też musieli sporo przeżyć. Zapewne chcieli zrobić coś dobrego i dlatego w ogóle tam polecieli, a wszystko, na co mogli liczyć, to zrobienie czegoś właściwego od czasu do czasu, a przez resztę pobytu właśnie tylko to, co zobaczyliśmy w Lotnisku w Kabulu: pilnowanie tłumu, gumowe kule, spychanie ludzi z murku, a od czasu do czasu nabój w czyjąś głowę.

Nie ma tutaj nic o całym konflikcie, samej wojnie, jakiegoś komentarza wobec czegokolwiek (poza końcówką, gdy z perspektywy czasu jedynie potwierdzają w ogólny sposób: dziś jest gorzej) – wiemy tylko, że jesteśmy na miejscu, mamy sytuację i trzeba ją przeżyć. A jak będzie okazja zrobić coś dobrego, to z niej skorzystać. Tamci nie chcą, by ich bracia i siostry utracili dom i przenieśli się do Stanów. Armia chce zapewnić bezpieczeństwo wszystkim, co jest trudne, gdy co chwila widzą w kimś samobójcę, jakiego widzieli w przeszłości. Piekło, piekło, piekło. Wszystko opowiedziane bez pośpiechu, rok później, na spokojnie, z dystansem i wspomnieniami w oczach, które nie opuszczą nikogo, kto tam był. Chronologia, po trochu z każdej strony, równocześnie.

3/5

Il Boemo

18 września | Kino

Erotyka, opera i skomplikowane emocje. Sukces okupiony ceną i życie zakończone myślą: czy było warto?

Czesko-włoska produkcja o muzyku w Italii, który chce tworzyć muzykę i w tym celu oddaje się władzy arystokracji, którzy go wykorzystują, ale jednak obietnicę spełniają: będzie mieć szansę stworzyć operę. Sama historia jest fikcyjna, o ile wiem, chociaż w tle przewinie się pięcioletni geniusz muzyczny imieniem Wolfgang.

Ekran ugina się od przepychu: renesansowe oraz barokowe wystroje wnętrz, stroje, sztuka. To głównie lekko idealizowana wizja tych czasów, w której wszyscy są atrakcyjni i zadbani, czyści i zdrowi, chociaż łączy to z elementami turpistycznymi w porównaniu do reszty opowieści (utrata nosa w wyniku choroby, patologiczna skóra u wielu podobnych pacjentów). Jest w tej historii erotyka (postaci faktycznie się zdobywają nawzajem i czują pociąg jeden do drugiego, ludzkie ciało – głównie kobiece – też jest ukazane w całym jego pięknie), muzyka i skomplikowane emocje, ale nie skomplikowane motywy czy postaci. Twórcy na ekranie dają radę uchwycić wątpliwości i ciężar tworzenia połączonego z jednoczesnym wstydem ceny, jaką trzeba było za to zapłacić. Podniosłość chwili, gdy aria jest wykonywana, połączona z żalem, że widownia grzecznie tylko ukrywa znużenie oraz ziewanie. Element finansowy też jest napomknięty, minimalne ceny dla samych twórców w kontekście wysokich opłat dla artystów śpiewających.

Atrakcyjna wizualnie produkcja, która ledwo-ledwo daje radę dodać coś od siebie do tej znajomej historii. Sukces okupiony ceną i życie zakończone myślą: czy było warto?

2/5

Amsterdam

18 września | Kino

Wielki sen w reżyserii Tommy’ego Wiseau. Zły, dziwny film.

Amsterdam ma kompetentnych aktorów. Ma fabułę, którą da się śledzić ze zrozumieniem. Ma dobrą scenografię, kostiumy czy efekty specjalne – szczególnie w departamencie okaleczania ludzi na ekranie. Można powiedzieć o tej produkcji dobre rzeczy, ale jednocześnie jest to film zły. Źle zrealizowany, ale też możliwe, że i pod względem moralnym, gdybym tylko miał ochotę pochylić się nad końcowymi przemowami, w których twórcy odlatują na inną planetę i chyba ratują nas przed faszyzmem. To produkcja, o której za wiele dekad będziemy czytać w biografiach znanych osobowości Hollywood – i dopiero wtedy zrozumiemy, co musiało się odjebać, żeby ten film w tej formie powstał.

Przecież to dosyć prosty w teorii film. Kryminał, gdzie osoby niewinne są posądzone o zabójstwo, więc oczyszczają swoje imię, po drodze odkrywając spisek poprzez kolejne wywiady i pozyskiwanie nowych informacji. Zrobienie tego nie jest skomplikowane, widownia uwielbia takie produkcje – jak z tego można w ogóle zrobić katastrofę? Bo to jest katastrofa, na każdym polu. Śpiewanie bez sensu po francusku, żeby oprzeć na tym przyjaźń – zbieranie odłamków pocisków, żeby robić z nich filiżanki – powtarzanie w kółko tytułu filmu, jakby to miało sprawić, że zacznie coś dla nas znaczyć. A może twórcy myślą, że robią Casablankę? A jak wygląda przekonanie policji o własnej niewinności? „Panowie, dajcie mi 3 dni, to wszystko sam wyjaśnię”. Litości!

Większość seansu mija na oglądaniu dialogów i przemów, czasami jedni rozmawiają, gdy w tle ktoś przemawia. Chodzą od jednej osoby do drugiej, gadają, niewiele to daje. Nagle się zatrzymujemy i narrator mówi: „A żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć o 15 lat”. Gdy wracamy do teraźniejszości to nie czujemy, że coś zostało dodane. Operator wydaje się z siebie zadowolony, jeśli kieruje kamerę w ogólnym kierunku akcji i coś w ogóle wtedy widać. A twórcy są zajęci tylko jednym – zrealizowaniem sceny, która ma coś fajnego. Najczęściej tylko w ich mniemaniu, bo nawet jeśli są to faktycznie dobre pomysły, to ich potencjał ginie w ogólnie marnym wykonaniu albo nagromadzeniu. Scena może nie mieć sensu, ale ma „coś”, co ją wyróżnia, jakby to miało być usprawiedliwienie. Tak więc mamy scenę autopsji, gdzie faktycznie oglądamy otwieranie człowieka. Albo scenę wrzucania kobiety pod samochód zrealizowano na jednym ujęciu, ona faktycznie wpada pod auto i widzimy, jak po niej przejeżdża, a wśród widowni słychać oniemiałych oglądających. Albo jakaś scena jest tylko wyobrażeniem, co by było, gdyby – ale zaskakujemy tym widza na koniec. Howard Hawks miał mówić, że dobry film to trzy dobre sceny i zero słabych. David O. Russel wydaje się twierdzić, że dobry film to seria złych scen, z których niektóre zapamiętamy.

Chaos, na który wzruszycie ramionami.

4/5

Barcelona '77 ("Modelo 77")

16 września | HBO Max

Fikcyjna wersja prawdziwych wydarzeń – bohaterowie są zmyśleni, ale tło ich losów wydarzyło się prawdziwym ludziom: ludzie niesprawiedliwi zamknięci w więzieniu napotykają na niesprawiedliwość, tyranię oraz sadyzm każdego dnia, głównie ze strony systemu oraz strażników. W skrajnych przypadkach mogą nawet zabić, wpisać „Dostał ataku serca” i sprawa zamknięta – do czasu, aż więźniowie nie zaczynają się buntować. Bohater wchodzi tam w garniturze i śpi bez materaca, dostaje wszy i nie może się myć, więc szybko robi złe wrażenie na odwiedzających.

Nie lubię oglądać historii o takim pustym cierpieniu, gdzie autorzy kolejny raz pochylają się nad jakimś przypadkiem, gdzie ktoś był niesłusznie traktowany… I tak jest przez kolejne dwie godziny. Barcelona… na szczęście to rozumie, dając widzom protagonistę, który ewoluuje, ale nadal zachowuje ten ludzki pierwiastek pozwalający mu cierpień na widok cierpienia innych. Gdy on się poddaje, to jest tragedia. Gdy walczy, to jest sukces. Trochę jest tutaj Shawshank, mimo to czuć tutaj ten inny klimat, surowsze więzienia, reżim, ból na ciele uwięzionych, ich stan psychiczny zszargany bezcelowością oraz bezsensem walki. Są młodzi, ale dla nich już jest za późno. Ten film z całą pewnością jest pochwałą poświęceń i walki zamiast bycia cicho licząc, że jakoś to będzie, to tylko kilka lat. Lata spędzone na walce – nawet jeśli będą to jego ostatnie lata w życiu – są lepsze niż lata spędzone na przeczekaniu.

Plus twórcom udało się zawrzeć tę w historię w jakichś satysfakcjonujących dla widza klamrach, chociaż tak naprawdę nic nie zostało osiągnięte i ból trwał dalej. Film jednak wie, kiedy się skończyć, bez oszukiwania odbiorcy.

1/5

Zołza

16 września | Canal+

Język polski nie został wymyślony, by potem używać go do takich rzeczy. Oglądać z muzyką zagłuszającą dialogi, wyłączonym dźwiękiem oraz dystansem kilku krajów od ekranu.
 
Scenarzyści wiedzieli chociaż tyle, że muszą tytułową bohaterkę faktycznie pokazać w negatywnym świetle. Musi być paskudną, wredną osobą dla wszystkich, musi się jeszcze rządzić i być bezwzględna w osiąganiu celu po trupach. I to nam dali, każda scena na początku prezentuje protagonistkę jako kompletne kurwiszcze pod byle pretekstem. Scenarzyści nie wiedzieli już nic więcej: chociażby tego, że musimy rozumieć, CZEMU ona zachowuje się jak kurwiszcze. Albo żebyśmy chociaż z nią sympatyzowali na tyle, byśmy chcieli poczekać i dowiedzieć się tego później, żebyśmy chcieli zobaczyć jej przemianę w kogoś pozytywniejszego. Film jednak wychodzi wyłącznie z jednego założenia: bohaterka ma być wredna, by potem być miła, wszystko inne jest tutaj zbyt skomplikowane, wszelkie człowieczeństwo jest tutaj niepożądane.
 
A ja mam w dupie przemianę tej bohaterki. Po pierwszych kilku sekundach nie chcę jej oglądać. I wszystko potem jest odbywaniem kary za opłacenie biletu, abonamentu, czegokolwiek.
 
O ten brak humanitaryzmu tak naprawdę się rozchodzi, bo patrząc czysto teoretycznie, ten film mógł się udać: opowieść o kobiecie, która doznaje przemiany dzięki fikcyjnym postaciom, które stworzyła w swoich serialach, ma potencjał. Efekt końcowy jest tragiczny tylko i wyłącznie dlatego, że każda sekunda tego filmu jest zbrodnią w przedstawianiu ludzi, ludzkości, świata, rzeczywistości, Polski i Polaków. Wszystko, co ludzkie, zostało tutaj przetworzone przez sztuczną inteligencję dokonującą propagandy, aby przekonać odbiorcę, że te wszystkie rzeczy to najgorsze, co tylko istnieje i istnieć będzie. Słowa nie są w stanie oddać obrzydzenia tym, co zobaczyłem. Frustracji, którą czułem podczas oglądania. Tak, bohaterka dokonuje przemiany, ale nie ma w tym nic ludzkiego, szlachetnego, wiarygodnego – nadal jest irytująca, a całość sztuczna.
 
To prawdziwie szkodliwa produkcja, przy oglądaniu której człowiekowi jest żal na myśl, że język polski jest wykorzystywany w takim celu, że ktoś może pod wpływem takiej produkcji uwierzyć w przedstawiony obraz świata oraz ludzi, że zacznie mówić jak bohaterowie na ekranie. To twór smutnych ludzi gardzących ludźmi, a szczególnie swoimi odbiorcami.
2/5

Zróbmy zemstę ("Do Revenge")

16 września | Netflix

Szkoła dla bananowej młodzieży, gdzie liczy się tylko popularność – popularna uczennica zostaje zdradzona przez chłopaka, gdy ten wstawia do Internetu ich sex-taśmę i wszystkiemu zaprzecza, wychodząc na ofiarę (w jakiś sposób, film niczego z tego nie tłumaczy). Bohaterka poznaje nową koleżankę, która też podobnie została skrzywdzona i razem planują się zemścić na swoich prześladowcach.
 
Myślę, że ten film boli, gdy widz naprawdę chciałby, żeby ten film się udał. Uczennice szkoły mszczą się na swoich wrogach, którzy żyją z dupą w chmurach? Grane przez te aktorki z „Riverdale” i „Stranger Things”? I wynika z tego zwariowana komedia? Dajcie mi to! Tylko efekt jest taki, że – zacznę od końca – zwariowana komedia oznacza tłum nastolatków chodzących wolno, albo machający rękoma, bo są naćpani od grzybków. Na przestrzeni sześciu tysięcy filmów to był najmniej śmieszny wizerunek upalonych nastolatków, jaki widziałem (bo też najbardziej bezpieczny i grzeczny, broń boże pokazać ludzi pod wpływem robiących prawdziwą głupotę albo zagrażający życiu swoim lub innych). A co do mszczenie się na swoich pyszałkowatych wrogach… Bohaterowie są równie pyszałkowaci! Nie ma tu nawet jednej sceny, gdzie postaci mają szkolne, nastoletnie obowiązki. Wszyscy tylko chodzą z okularami na pół twarzy, resting bitch face i siorbią napoje przez słomkę, gardząc wszystkimi innymi. Nawet protagonistka, która niby miała pod górkę i żyje „biedniej” od wszystkich innych, nie ma w sobie grama pokory i jest równie sukowata, co cała reszta. Dodatkowo – spoiler – scenarzyści psują to wszystko jeszcze bardziej, gdy dodają zwrot akcji, w którym postać Mayi Hawke tak naprawdę planowała mścić się na niej, bo to ona ją skrzywdziła i tego nawet nie pamięta. Komu i czemu ja mam więc kibicować? Snobom i psychopatom? Ten film jest oderwany od rzeczywistości.
 
Muszę powtórzyć kiedyś „Zemstę frajerów”. Coś czuję, że na standardy 2022 roku, to będzie arcydzieło. Dla uczuciowości: serialowy Scream parę lat temu bardzo dobrze przedstawiał życie codzienne nastolatków, którzy jednocześnie mogli być bohaterami porywającej historii.
 
Wszystkie inne wady – głównie brak postaci, które mają ze sobą jakąś prawdziwą relację, zamiast budowania ich na jednej rozmowie, po której „dobra, teraz się przyjaźnimy”, „dobra, teraz się w sobie kochamy” itd. – mógłbym przecierpieć, ale ten film po prostu nie działa u samych fundamentów. Startuje z nadzieją, a potem twórcy zapominają, o czym jest ich produkcja, tracąc odbiorcę przyciągniętego obietnicą fabularną, która zostaje pod koniec całkowicie skreślona. I tylko te aktorki nadal robią robotę. Tylko czemu najwyraźniej Maya Hawke zaczyna cierpieć na syndrom Audrey Hepburn i obcinają jej włosy na krótko w każdym filmie? Tutaj jest to chociaż jakoś uzasadnione, że musiała się pozbyć swoich lekko dzikich, długich włosów.
2/5

Przyznaj się, Fletch ("Confess, Fletch")

16 września | SkyShowTime

Film z serii „aktorzy wystarczą”. I chyba nawet nie planowali, że ktoś to będzie oglądać…

Fabuła kręci się wokół postaci Fletcha – nonszalanckiego człowieka władającego sarkazmem, który jako były dziennikarz zostaje zatrudniony do znalezienia ukradzionych obrazów wartych fortunę. W trakcie zostaje wpakowany w morderstwo i teraz musi dodatkowo udowodnić, że nie jest zabójcą, po drodze pokłóci się z glinami, wysadzi łódź i prześpi się z jakąś kobietą.

Fabuła spełnia swoją funkcję w takim zakresie, że dostarcza zwrotów akcji typu „wchodzi do domu i znajduje tam ciało”, ale nie są one angażujące. Fabuła rozwija się w takim tempie, że na 15 minut przed końcem czułem się, jakbym dopiero oglądał środek – finał jest zrealizowany pośpiesznie. Cały czas są wprowadzane nowe postaci, jakieś nieporozumienia, rzadko ma to szczególny związek z celem fabuły – ot, byle tylko coś się działo, gdy film trwa, ale bez poczucia, że to wszystko gdzieś faktycznie zmierza. Postaci są sympatyczne – niektóre – ale nie ze względu na nie same, ale ze względu na ich archetypy: po prostu lubimy krnąbrnych protagonistów, którzy zawsze zachowują luz i wychodzą zwycięsko, albo niedocenionego pomocnika, który w końcu zostaje uznany. Lubimy te postaci, bo spełniają te funkcje, nie dlatego, że lubimy te postaci. Aktorzy sprawdzają się bez szału, urok Johna Hamma nie do końca pasuje do takiego uroku, który Fletch powinien mieć. Bardziej na takiej decyzji castingowej zaważyła renoma Jona Hamma jako „tego typa z Mad Men” i co on sobą wtedy reprezentował. O co mi chodzi? Już staram się tłumaczyć…

Jedną z ostatnich linijek dialogu jest zarzucanie protagoniście białego przywileju („white privilege”). Dlaczego? Nie ma to uzasadnienia fabularnego albo pokrycia w jego zachowaniu. Jeśli w ogóle spojrzeć na jego zachowanie pod tym kątem było wręcz odwrotnie (zostaje m.in. aresztowany przez czarnego policjanta z powodu noszenia czapki). Czemu więc jedna postać mu to zarzuca? I wtedy mi coś kliknęło – bo o tym jest ten film. Nie pod względem fabuły, ale swojego całego istnienia. To w ogóle nie miał być film, który ktokolwiek nawet obejrzy, ale teraz producenci mogą mówić, że zrobili film nawiązujący do seksizmu dawnych lat (oryginalnych filmów o Fletchu z lat 80.) i rozliczający go, dając teraz opowieść punktującą prawdziwą naturę Fletcha, jego faktyczną przydatność (która jest niska), podkreślając jednocześnie zasługi żeńskich postaci. Fletch w tym filmie jest żartem, którego sam nie łapie (wracający bezsens z nim upierającym się, że dobrze mówi w języku włoskim). Tu nigdy nie miało być interesującej historii czy postaci, to film tylko i wyłącznie istniejący w teorii, używany jako przykład w opowieściach o seksizmie w kinie, zmianach w ostatnich latach itd.

Znaczy: tak po prostu mi się wydaje, film takie robi wrażenie. Bez tego zostaje marnością do zapomnienia podczas przerwy na toaletę po filmie. I tyle.

3/5

Pięć dni w szpitalu Memorial ("Five Days at Memorial")

16 września | 8 odcinków po godzinie | AppleTV

Zero o Katrinie. Zero z medycyny – ale za to wyciska każdą łzę. A przynajmniej próbuje.

Tytułowy szpital i pięć w dni w nim odnosi się do okresu po uderzeniu huraganu Katrina na Nowy Orlean w Stanach Zjednoczonych, rok 2005. Budynek pełnił wtedy rolę również schronu dla zwykłych ludzi, mając pod opieką również kilkuset pacjentów. Woda się podniosła w momencie, gdy pękły tamy, prąd padł i szpital działał kilka dni jak w czasach jaskiniowców – w końcu jak ma wyglądać praca w szpitalu, gdy winda padła, a pacjenci są leżący i wymagany jest transport między piętrami? Plus, mówimy o huraganie Katrina i jednym z największych cyrków politycznych XXI wieku. Po wszystkim – czyli też ewakuacji, która dopiero po pięciu dniach nastąpiła – znaleziono tam 45 ciał. I ten mini serial zgłębia tę zagadkę w sposób najbardziej płytki, jak tylko mógł. Dzieli się przy tym na dwie części – pierwsza prezentuje w czasie rzeczywistym tytułowe pięć dni, by później przejść do części prawnej i opowiedzieć o parze śledczych, prowadzących wywiady z ludźmi z Memorial, próbujących zrozumieć, co tam się stało.

Co w praktyce oznacza powtarzanie wielu informacji, które już poznaliśmy – co oznacza znużenie, ale to akurat jeden z mniejszych problemów tego serialu.

To w końcu serial pozujący na taki, który ma ambicje uzyskać odpowiedzi. Jak jednak ma zamiar to zrobić nie patrząc na Katrinę całościowo? W końcu podstawowy problem polegał nie na tym, jakie ci ludzie podjęli wybory w tej sytuacji, ale że w ogóle zostali w niej postawieni – a to była konsekwencja wyłącznie polityczna, bo taki huragan przewidywano już wiele dekad wcześniej, już wtedy mówiono o konieczności podjęcia działań prewencyjnych, jednak nic z tym nie robiono. A gdy katastrofa się wydarzyła, to nikt nie miał zamiaru jej dotknąć, pogłębiając problem. Sceny ze szpitala Memorial serio są tylko kroplą w dosłownym morzu podobnych tragedii, które wtedy miały miejsce dosłownie wszędzie. Tego jednak z miniserialu się nie dowiecie, co mnie zadziwia tym bardziej, że wyraźnie twórcy chcieli pokazać środkowy palec prezydenturze George Busha – raz zrobili to dosłownie – więc opisywanie rzeczywistości było im jak najbardziej na rękę. Czemu więc tego nie zrobili? Czemu oglądając osiem godzin „Memorial” dowiaduję się mniej, niż z czterech godzin fascynującego dokumentu Spike’a Lee „Kiedy puściły wały”? To przecież kluczowe dla fabuły tego serialu!

Bo to też historia oparta na faktach, o prawdziwych ludziach. Czemu więc medycy ssą w medycynie? Naprawdę pytam. Czemu są tak bezużyteczni, czemu tak panikują i załamują ręce? Najwyraźniej twórcy wydają się żyć w przekonaniu, że opieka medyczna sprowadza się do głaskania po czole, trzymania za rękę oraz patrzenia w oczy z litością oraz żalem. Twórcy serialu serio mogą być pozwani do sądu za szarganie wizerunku – jeśli dla was medycyna ma jakąś wartość, oglądając „Pięć dni…” będziecie chwytać się za głowę co chwila.

Tutaj chodziło tylko o melodramatyczność. Historia może być słaba, dialogi banalne, może brakować postaci – bo każdy tutaj się wymienia dwiema postawami na zmianę, cyniczną i przejmującą. Najpierw z łzami w oczach powtarzają: „Ludzie giną, czy wy to rozumiecie? LUDZIE. GINĄ.”, a ktoś tej osobie odpowiada: „No ale co zrobisz, nic nie ma, brak prądu, leków, jedzenia, wody, wind, transportu, ewakuacji, nie ma tego, tamtego, takie życie”. I ta pierwsza idzie dalej, przekazać tamtej osobie, że nic nie mogą zrobić. I tamta osoba teraz z łzami w oczach krzyczy: „LUDZIE. GINĄ. ZRÓBCIE COŚ”, a w odpowiedzi tamta staje się cyniczna i mówi: „Nic nie możemy zrobić”. To wszystko widownia najwyraźniej miała przełknąć, bo całość jest właśnie cały czas melodramatyczna. Nawet jak jeszcze nic się nie dzieje, to jedna z postaci dzwoni do męża i żali się, że tęskni za nim. Nim seans się skończy, to każdy większy aktor dostanie okazję do „momentu”, w którym będzie głośny, zaangażowany, z łzami w oczach będzie wołać „ZRÓBCIE COŚ” albo pytać: „JAK DO TEGO MOGŁO DOJŚĆ?”. Dojrzały widz będzie tylko wywracać oczami i się dziwić, jak osoby pracujące w medycynie mają problemy z akceptacją rzeczywistości.

Znaczy: huragan, brak prądu, brak planu ratunkowego – czego się spodziewaliście? I ten serial, zamiast dokopać administracji Busha za ich liczne błędy, ostatecznie odbiera godność prawdziwym ludziom, którzy musieli się zmierzyć z konsekwencjami ich decyzji. Można sobie popłakać i się wzruszyć, szczególnie jak pozabijali wszystkie zwierzęta (bo jak je ewakuować, gdy dla ludzi brakuje miejsca? więc je zabili, żeby nie zmarły z głodu w budynku otoczonym przez wodę na cholera wie jak długo), ale coś czuję, że z tej historii można było wyciągnąć więcej.

2/5

Blueback

16 września | Kino

Film telewizyjny z Australii o ratowaniu rybek. Zawiera scenę zdzielenia ryby w pysk lewym sierpowym xD

Nie ma tu za wiele do pisania: kobiety pływają pod wodą, natrafiają na złych coś-tam, którzy robią złe coś-tam życiu podwodnemu, więc coś-tam z tym robią i na końcu wszyscy są szczęśliwi. Było to w latach 90. na Polsacie, teraz też jest, bez większych zmian. Zawiera absurdy fabularne, nierealistyczne podejście do wielu rzeczy i aspektów życia, idealizowanie pewnych zachowań i tak dalej. Przyroda jest fajna, pływanie jest fajne, kłusownictwo jest niefajne. Tylko główna ryba, z którą bohaterka się zaprzyjaźnia, jest zrobiona w CGI.

PS. Mia Wasikowska nadal nie ma zamiaru wybierać grania w dobrych filmach. Nie żebym widział wszystkie jej filmy, bo tylko 78, ale za każdym razem jak widzę jej nazwisko to mam pewność, że zaraz zobaczę coś średniego. I mam tak od 12 lat. Ona jest świetna, ale najczęściej tylko ona.

3/5

Wilcze stado ("Project Woolf Hunting")

16 września | Kino

Con-Air i Resident Evil Revelations połączone w średni film. Kino wysycone krwią.

Początkowe sceny zapowiadały coś na kształt „Con-Air” i to dobry trop: oto oglądamy transport najgorszych przestępców, tylko za pomocą statku. Przestępcy oczywiście są seryjnymi mordercami, gwałcicielami, znajdziemy tam psychopatów mający frajdę z czyjegoś cierpienia i bólu. Policjanci i inni agenci władzy są bezwzględni i będą trzymać porządek. Nie ma na statku kamer, więc nikt im nie pomoże – mają na myśli przestępców, ale w trakcie podróży sytuacja się zmieni. Będą krzyki, krew, akcja. Co prawda na poziomie wykonania bardziej tych koreańskich seriali wysokobudżetowych, niż faktycznych premier kinowych (jak to film startuje u nas), ale ja tam nie kręcę nosem. Jestem zachwycony poziomem seriali z Korei, tylko chciałbym, żeby po pobiciu chłopa do krwi, owa krew była na podłodze pod nim, gdy ten wstaje…

I to da się oglądać. Co prawda wszyscy bohaterowie są jednowymiarowi, a ich charyzma zaczyna się i kończy co najwyżej na posiadaniu tatuaży. Widzowie przyzwyczajeni do Koreańskiej ekspresji nie będą pod wrażeniem – nadal jednak mamy brutalne kino, które ma świadomość, że musi dostarczyć wiele scen akcji, co właśnie robi. Na ekranie zobaczymy mnóstwo szybkich zgonów, w których ludzkie ciało przybiera przeróżne kształty. Fizyka oczywiście nie jest zachowana i np. rękę można oderwać od reszty ciała po prostu mocniej szarpiąc – ale to szczegół. Gorzej, że całkiem złożona konstrukcja wielowątkowej historii buduje napięcie i tajemnicę tylko do momentu, gdy gdzieś w jednej trzeciej filmu więźniowie się uwalniają, mają w ręku broń palną, a strażnicy tylko do nich celują. Dużo pokrzyczą, aż w końcu więzień zastrzeli strażnika, więc drugi strażnik… rzuci się na więźnia z kolbą od rewolweru. I to niestety jest nieodwracalną zapowiedzią poziomu reszty filmu – akcja jak najbardziej ma miejsce, tylko nie ma sensu. Ludzie będą ginąć bez sensu i przynajmniej wtedy skończą się głupio zachowywać. A gdy do gry dołączy jeszcze nieśmiertelny Super Żołnierz rodem z jakiegoś Resident Evil, wtedy już w ogóle straciłem zainteresowanie – i tak, jego pokonanie też będzie banalne, tylko nastąpi po godzinie oglądania, jak zabijał wszystko na swojej drodze.

Ogólnie kino, które spełnia obietnicę. Chcesz krwawe kino sci-fi, to dostaniesz – będziesz co najwyżej narzekać na brak wyraźnego protagonisty w stylu Stallone’a, Arnolda, Chucka czy chociaż Seagala. Z obsady Wilczego stada zapamiętam tylko tę laskę z drugiego planu, bo miała koszulkę. I grubego więźnia, co się poświęcił.

3/5

Dobranoc, mamusiu ("Goodnight Mommy")

16 września | Prime Video

Nie jest źle, po prostu zrobiono ten sam film jeszcze raz. W nieco gorszej wersji.

Już był jeden solidny film o rodzeństwie, które zaczyna podejrzewać, że ich mama po powrocie z operacji jest kimś innym (twarz jest w znacznym stopniu zasłonięta). Tylko jak to udowodnić? Jak się wyswobodzić z tego zagrożenia? I oryginalny horror z 2014 roku naprawdę porządnie wszystko zrobił, nawet potrafił zaskoczyć. Nowa wersja nie jest zła – osiąga w znacznym stopniu to samo. Problemy, które napotyka, są niedoprzeskoczenia: po co? O ile pamiętam oryginał, to zmian nie wprowadzono. Styl realizacji, tempo czy wydźwięk jest identyczny w USA, co w Austrii. Oryginał nadal jest lepszą wersją, bo bardziej chwytało przy oglądaniu. Nie mogę jednak napisać, bym odradzał seans tej produkcji – to nadal niecodzienny, kameralny thriller, który nie raz i dwa wywraca to, co zrobił, by skołować widza bardziej, aby ten jeszcze mniej był pewny, co jest właściwym ruchem. Niełatwy to obraz. A czy fakt, że oryginał jest lepszy, ma znaczenie, jest tematem na zupełnie inną rozmowę.

Jeśli nie macie oryginału, to oglądajcie to.

5/5

Primal - sezon II

16 września | 10 odc po 22 min | HBO MAX

Dinozaury, jajka, walka. Tartakovsky niczym wczesny Verhoeven, pod masą brutalności skrywa poruszające kino.

Czasy prehistoryczne, ale to w sumie luźna sugestia na początek, bo twórcy umieszczają bohatera w różnych warunkach, a kolejne scenerie kojarzą się z Wikingami, pierwszymi plemionami ludzkimi, plemionami pod przywódctwem władcy pokroju Kleopatry, pierwsze wierzenia w bogów czy siły natury. Jak to się łączy z jaskiniowym protagonistą i jego dinozaurowym towarzyszem? Jakoś, to po prostu trzeba zaakceptować. Twórcy robią co chcą, a fani to kupują, bo sedno serialu jest niezmienne: to mocne, brutalne kino, które pomimo animacji szokuje przemocą i śmiercią. To niby spełnienie typowych, męskich marzeń o własnym dinozaurze, jeżdżeniu na nim, bycie najsilniejszym i najbardziej potężnym gościem, który zawsze da radę – tylko jednocześnie to historia pełna bólu, tragedii i cierpienia. Bohater pomimo swojej prymitywności oraz braku języka mówionego, którym mógłby się posługiwać, ma serce – i to serce można złamać. A ja oglądając jego przygody zaangażowałem się tak mocno, że autentycznie się bałem o niego. A twórcy przecież nie unikają niczego – pokazują wyrywane kończyny, miażdżone głowy, śmierć dorosłych, ale też dzieci i niemowląt. Strata i tragedia kroczy wokół bohaterów cały czas, a historia jest świadoma innych punktów widzenia: walczą tu wszyscy ze wszystkimi, każdy aby przetrwać rani innych, każdy jest bohaterem własnej opowieści. Dla siebie i bliskich są herosami, dla innych tyranami, potworami, trzeba na nich polować. Przetrwanie zamiast chwały przynosi żal, że taka była cena przeżycia kolejnego dnia, że tak wygląda nasz los: albo oni albo my.

Nadal nie ma dialogów, ale w tym temacie twórcy mają pewną niespodziankę. Eksperymentują z czasem akcji, próbują też historii z czarnym charakterem, pojawi się też męski dinozaur na horyzoncie. I z tego wszystkiego mógłbym kręcić co najwyżej na ten czarny charakter – sam w sobie świetny, wszystko tam dobrze zrobiono i nie mogłem się doczekać, aż bohaterowie znajdą sposób, by go pokonać – ale jednak bardziej cenię sobie ten tytuł, gdy nie ma on konkretnego wroga w fabule. Samo życie jest wtedy wystarczająco ciężkie. Reasumując: świetny serial, świetny sezon. Wielkie osiągnięcie animacji dla dorosłych.

Chociaż niby według Cartoon Netwoork nadaje się od 14 lat.

1/5

Ania

15 września | Netflix

Czyli zrobię taki dokument o każdym członku obsady Złotopolskich?
 
Przyznaję się, trochę wypadłem z polskiej popkultury. Jak ostatni raz sprawdzałem, to umiejętności aktorskie Ani Przybylskiej były obiektem żartów… No i tyle, no, co tu jeszcze pisać. Grała słabo w słabych filmach. A potem umarła. Osiem lat później powstał ten dokument, gdzie wszyscy się nią zachwycają – jako człowiekiem jak i aktorką. No cóż.
 
O samym dokumencie też nie ma się co rozpisywać. Polscy celebryci mówią o zmarłej używając tych samych słów, przy okazji lansując się przed kamerą, jak to oni z nią nie rywalizowali czy coś, ale współpracowali i się lubili. Na pewno. Jeden chłop nawet nagra piosenkę o denatce i ją puści na napisach końcowych, no co za przypadek. Moim ulubionym komplementem polskiej śmietanki towarzyskiej jest ten, gdy chwalą kogoś za to, że ten nie ma oporu latać samolotem, żeby gdzieś wpaść na pięć minut. „Kręciła film w Turcji i co chwila wracała do rodziny, oni byli dla niej tacy ważni”. Poza tym dużo nagrań prywatnych, które powinny zostać prywatne, oraz denatka będąca wulgarną („Nie mam czasu jeździć na jakiś pokaz mody czy inną uroczystość otwierania parasola w dupie”). Wielokrotnie nie miałem pojęcia, co twórcy sobie myśleli, tworząc ten tytuł.
 
A poza tym człowiek jak człowiek. Nie ma wyróżniającego się powodu, aby kręcić ten dokument – poza pragnieniem zakrzywiania rzeczywistości. A oglądać tym bardziej nie ma po co.
 
*że niby to było w Gdyni wg IMDb, ale ja byłem na tym festiwalu i Ani nie kojarzę z programu. To musiał być jakiś pojedynczy pokaz wtedy, gdy ja byłem na Filipie.
2/5

Batman i Superman: Bitwa supersynów

15 września '22 | HBO Max

Animacja dla osób zbyt młodych, żeby mieli frajdę z poznawania tych superbohaterów.

Pierwszy raz się stykam z wersją Batmana, gdzie jest on ojcem. W każdym razie – jakoś nie kupuję wersji, w której nie daje on rady przywołać gówniarza do porządku, ale taką opowieść dostajemy w tym filmie. Syn Supermana odblokowuje swoje moce, dowiaduje się prawdy o ojcu, poznaje Batmana i jego syna, który jest o krok od bycia antagonistą w tym filmie (nawet zrzuca chłopaka w przepaść). Na szczęście jest tutaj inne zagrożenie prosto z kosmosu, które daje radę zawładnąć wszystkimi superbohaterami na planecie… I nasi nieletni muszą dać im radę. Jakoś tego nie kupuję.

To po prostu nie jest zrobione ze zrozumieniem tych postaci. Cała głębia komiksowa zostaje tutaj ujęta, aby sprowadzić coś do poziomu osób zbyt młodych, by umieć czytać, jednocześnie nie dając im nic, co by mogło zachęcić je do dalszego poznawania komiksów, zarażenia ich fascynacją tymi postaciami. Wszystko tutaj jest nijakie i bezpieczne, bohaterowie trochę pobiegają i dadzą sobie spokojnie radę, uratują wszystkich.

Jest tutaj tylko jeden dobry moment, gdy na końcu uratowanie sytuacji wymaga od nich samopoświęcenia. I z miejsca to akceptują w taki sposób, że faktycznie wydają się dojrzali na tyle, aby to zrozumieć i wybrać. Podoba mi się też kierunek ich relacji – w realizacji była oczywiście przyspieszona, ponieważ całość trwa 75 minut, ale gdy na końcu stają się kumplami, to byli w tym wiarygodni. Inni, ale uczciwie mający taką zażyłość między sobą. To pozwala mi myśleć, że historia sama w sobie ma potencjał – to nie był poroniony pomysł od samego początku. Gdyby potraktować cały „setup” z dojrzałością i nie zamykać się wyłącznie na widownię poniżej ząbkowania, wtedy warto jest zrobić remake.

5/5

Harley Quinn - sezon III

15 września | 10 odcinków po 20 min | HBO Max

Fantastyczna zabawa!

W życiu bym nie pomyślał, że uniwersum Batmana potrzebuje właśnie takiej produkcji: wulgarnej, pełnej seksu, gdzie Bruce Wayne faktycznie jest ranny psychicznie, a Harley Quinn jest faktycznie doktorem. W sensie – żartujemy od lat, że się przebiera za nietoperza i to nie jest normalne, wiele jest historii gdzie Bruce’owi śnią się koszmary i jest na granicy, ale jednak jego siła wewnętrzna nie pozwala mu się złamać. Nigdy tej granicy nie przekracza, dzięki czemu jest tak cholernie imponujący – nie pozwala, by przeszłość go kontrolowała, żyje teraźniejszością. W tym serialu jednak… sprawy będą wyglądać inaczej. I to działa, bo współpracuje z całą wizją tej produkcji, gdzie czas istnieje, dzięki czemu każda postać podatna jest na zmiany, ewoluuje. A to oznacza, że taki Joker może rzucić bycie kryminalistą. A James Gordon może startować na burmistrza i ulec korupcji. Harley nadal jest psychopatą i agentem chaosu, ale ona też… ewoluuje.

Animacja jest przezabawnie szybka i różnorodna, twórcy pozwalają sobie na wstawianie różnych szaleństw tu i tam. Dodatkowo cały sezon ugina się od easter eggów, które działają na swoich własnych zasadach, ale jak jesteś w temacie, to uśmiechniesz się kilka razy więcej – np. Clayface grający Thomasa Wayne’a w filmie (nie pytajcie, w serialu ma to sens). Po produkcji okazało się, że w rzeczywistości miał wtedy wąs, więc dodali ten wąs w post-produkcji. Nieistotny detal, ale jeśli znacie zamieszanie z wąsem w filmie „Liga sprawiedliwości”, to ten detal zapamiętacie. Kolejne odcinki zaczynają się układać w całość, pełną bólu i absurdu. Fantastyczny seans. A przecież tak przede wszystkim ten sezon jest historią miłosną dwojga ludzi, którzy są pewni miłości jeden do drugiego, ale… muszą popracować nad relacją między sobą. I zadać sobie pytanie: czy faktycznie pasują do siebie? Nie mam wątpliwości: to najlepsze kino LGBT tego roku.

Sezon IV (2023) 3/5

Całość nadal ma urok swoich bohaterów oraz humor, który lubię, tylko gdzieś tak w trzecim czy czwartym odcinku zadałem sobie pytanie: o czym to teraz jest? I nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi. Żaden większy wątek fabularny, który twórcy tutaj tworzą, nie obchodził mnie na tyle, żebym go zapamiętał. Poison Ivy staje się szefem Ligii Złych czy coś takiego i musi pokonać swoją nieśmiałość czy coś. Harley pracuje dla Batmana i musi nauczyć się grać według reguł. Czy coś. Lex Luthor nic nie robi i na końcu sezonu jednak okaże się, że coś robił cały czas, tylko w sumie wystarczy się zhakować do jego auta na Księżycu i po sprawie, świat uratowany. Chwila, czy Harley po pijaku zabiła jednego z ważnych dobrych bohaterów i nawet tego nie pamięta? Alfred poszedł do więzienia akurat wtedy, gdy Batman wychodzi? Dziwne to jest.

Bawiłem się dosyć przeciętnie i z całą pewnością nie będzie to serial, do którego jeszcze wrócę. W pewnym momencie nawet rozważałem, żeby nie oglądać całości, jedynie wybrane odcinki. Czekam co prawda na piąty sezon.

4/5

Cyberpunk: Edgerunners - miniserial

13 września | 10 odc. po 22 min | Netflix

Nightcity jest małym i pustym miastem, pełnym kolorów i jednej historii. Skuteczne i skromne.

Szkoła, do której chodzisz, by zostać kimś, ale też dlatego, że matka się dla ciebie poświęca, byś mógł coś mieć z życia. Śmierć matki z dnia na dzień. Bunt i agresja wobec świata – czujemy to wszystko, oglądając ten serial. Rozumiemy, w jaki sposób młodociany bohater zostaje przestępcą i mu nawet kibicujemy, żeby coś osiągnął. Wszystko to przy użyciu fenomenalnej akcji, przepięknej animacji i świetnego voice-actingu (oglądałem po japońsku).

To zamknięty mini-serial, więc nie będę się zbytnio czepiał skromnego przedstawienia świata czy miasta – to, co zrobili, jest wystarczające. Bogaci wykorzystują biednych, wszczepy istnieją i są limity – ok. Mam jednak jeden problem z tym tytułem: znam te schematy i wiem, że są skuteczne same w sobie, jeśli tylko są wykonane chociażby poprawnie. Można je wykonać o wiele lepiej, ale w takiej formie nie są złe, jedynie przewidywalne, a przez to tracą swój impakt emocjonalny. W końcu poświęcenie czy inna forma ryzyka nie uderza tak mocno, gdy wiemy trzy odcinki wcześniej, że tak potoczy się lub skończy ta historia. Lucy wygląda jak bezwstydne spełnienie marzeń protagonisty, przejmuje inicjatywę, a pod względem charakteru wypełnia każdą rolę, jakiej od niej twórcy potrzebowali (kochanki, żony, siostry, muzy, inspiracji, anioła stróża), chociaż wydaje się być zdolna do zdrady – ale czy ktokolwiek myślał, że faktycznie tak postąpi? Czy może zgodnie ze schematem okaże się zranioną osobą, która boi się zaangażować i dlatego dystansuje się od protagonisty? I po jakimś czasie jednak pęka, jest wielka miłość, w dosłownie ostatniej chwili, bo zaraz będzie tragiczny finał, jakiego domaga się schemat? Mimo wszystko nadal czułem sporo podczas oglądania, bo animacja i aktorzy to sprzedają, jedynie scenarzysta dał z siebie tak 60%. Ewentualnie miał dwa tygodnie na napisanie 10 odcinków.

*to niby polski serial, ale robiony w Stanach, wyglądając przy tym jak „Akira”. Ot, Cyberpunk…

3/5

Glass Onion

13 września | Netflix

Blisko 70 minut intrygującego kina, od którego chce się wymagać bardzo dużo. Film trwa ponad 120 minut.

Ekscentryczny milioner zaprasza co roku najlepszych kumpli na swoją wyspę – w tym roku urządza zabawę w zagadkę kryminalną, którą goście będą musieli rozwiązać. Pierwszą tajemnicą będzie jednak fakt, że detektyw Blanc jest jednym z gości, chociaż nie był zaproszony – ale jednak zaproszenie otrzymał. To mały moment, ale wśród widowni wszyscy już będą tworzyć teorie: ktoś tu kłamie! Albo milioner wysłał zaproszenie i teraz się wypiera, albo detektyw wciska kit – tylko dlaczego? Dzieje się tak, ponieważ Glass Onion umiejętnie karmi widza treścią: informacjami o bohaterach, świecie, relacjach i ich historii. Wszystko w wyraźny sposób jest podawane tak, byśmy wiedzieli, że to wróci w przyszłości, będzie istotne. To się naprawdę świetnie ogląda, a wizualnie również jest to seans pomysłowy i zróżnicowany, zmontowany i zagrany wzorowo. To naprawdę jest film, od którego chce się wymagać – pamięta się detale, zwraca na nie uwagę, domaga się znaczeń i głębi od wszystkiego. Ku mojemu zaskoczeniu, całkowicie brakuje tu też typowego dla kina Johnsona „subverting expectations”. Ten film jest tym, czym jest i to otrzymujemy. Są zaskoczenia, ale są one tradycyjnymi zaskoczeniami, bez wymyślania koła na nowo i kombinowania dla samego kombinowania. Tutaj twórcy zaskakują nas intrygą i zwrotami fabularnymi, gdy dowiadujemy się czegoś nowego. Nie jest to jednak kryminał, w którym sami możemy coś robić – jedynie biernie śledzimy intrygę, bo o najważniejszych rzeczach detektywi wiedzą na długo przed nami. Wbrew marketingowi nie jest to żadna kontynuacja albo druga część względem Knives Out, tak samo jak Morderstwo w Orient Expressie nie jest ósmą częścią Tajemnicy morderstwa w Styles. To po prostu kolejny utwór z tą samą postacią, jaką jest detektyw Blanc.

Cała opowieść kręci się wokół siły słowa – oskarżenia, oświadczenia, zeznania jako czegoś, co ma wartość niepodważalną. Bohaterowie tego filmu będą kłamać, zaginać rzeczywistość, co potem będzie mieć konsekwencje. Tak jak oskarżenia o gwałt czy napaść seksualną potrafią zniszczyć życie, tak postaci w tym filmie są zagrożone, bo ktoś jest w stanie coś powiedzieć, co niekoniecznie ma potwierdzenie w prawdzie. To oczywiście działanie czysto metaforyczne i symboliczne, które nie ma odzwierciedlenia w prawdziwym życiu – trzeba mieć coś na poparcie tego, co się mówi, gdy się twierdzi, że kogoś się widziało o danej porze. Film wtedy się rozłazi, bo jeszcze chwilę wcześniej wymagał od widza bardzo dużo, w tym osadzenia w twardej rzeczywistości, gdzie bez dowodów detektyw guzik może – ale chęci są… szlachetne, chyba. Może nawet mądre. Słowa w filmie Johnsona mają konsekwencje, działania nie. Kosztem tego jest bombastyczny finał, który nie kończy żadnego wątku w satysfakcjonujący sposób. Morderca zostaje ukarany, postaci nie przechodzą zmiany, prawda nie wychodzi na jaw i nikogo to nie obchodzi, a film kończy się i tyle. Sugerowane jest, że sprawiedliwość jednak nastąpi, chociaż skąd taka zmiana? Bo trochę figurek zostało roztrzaskanych? Dajcie spokój, a co z tymi wszystkimi wątkami pobocznymi i powodami, dla których bohaterowie robili, co robili? Johnson zaczyna film nagradzając widzów za pamiętanie o szczegółach, kończąc karząc ich za to. A to nicpoń.

4/5

Wielka ofensywa piwna ("The Greatest Beer Run Ever")

13 września | AppleTV

Green Book w Wietnamie. Zac Effron jest przezabawny, świetnie się bawiłem.

Chickie Donohue ma taki dylemat: nic nie robi, kiedy jego przyjaciele walczą w Wietnamie. Ktoś rzuca pomysł, żeby dać im znać, że jesteśmy wdzięczni za ich poświęcenie dla ojczyzny – poprzez przywiezieni im amerykańskiego piwa. Chickie oświadcza, że to zrobi – mając bardziej na myśli, że „spróbuje” to zrobić – ale ostatecznie faktycznie robi. Pakuje do torby puszki z piwem, zatrudnia się na statku i bez większego planu płynie do Wietnamu.

Pod wieloma względami jest to naturalny następca poprzedniego filmu Petera Farrelly’ego: oba tytuły są kinem drogi, gdzie w trakcie podróży bohaterowie przechodzą przemianę. Tam tematem był rasizm i nauka, że nie ogranicza się on tylko do złego traktowania czarnoskórych przez białych – w Wielkiej ofensywie piwnej mówimy o wojnie w Wietnamie i zrozumieniu, że to była zupełnie inna wojna od poprzednich. Bohater zaczyna jako osoba wierząca, że ten konflikt jest czymś słusznym, że nasi chłopcy bronią nas tam przed komunistami. Jest zły, że w telewizji pokazują same depresyjne wiadomości, domaga się szacunku dla ludzi, którzy tam walczą. Jest też wściekły na hipisów, że – w jego opinii – szkalują całe wydarzenie.

Problem w tym, że w ogóle w to nie uwierzyłem: że jest patriotą, że faktycznie wierzy w to, co mówi, że w ogóle nawet go cokolwiek z tego obchodzi. Przez pierwsze 10-15 minut czułem, że sam film chce tylko mieć ten etap z głowy, byle tylko przejść do dania głównego. Wcześniej każe protagoniście wypluwać banalne teksty, których od takiej osoby mógłbym się spodziewać, ale nie wypadają one wiarygodnie. Po seansie całości myślę jednak, że to było celowe, a właściwy grzech leży w tym, że cały portret Chickieego to wielki bałagan. Dopiero po dłuższym przemyśleniu udaje się dostrzec, w co twórcy zapewne celowali: chcieli, by Chickie nie wiedział sam, co myśleć, ale chciał być „dobrym człowiekiem”, może nawet „dobrym obywatelem”. Wspierać przyjaciół i powtarzać to, co mówią ci, którzy wydają się mądrzejsi od niego. Pod sam koniec dowiadujemy się, że to on namówił swojego przyjaciela – z którym nie widzimy go w żadnej interakcji, tylko na poziomie dialogów o tym się dowiadujemy – do wstąpienia do wojska, to on rozwiał jego wątpliwości. To przez Chickiego trafił on na pole walki i zaginął. Dopiero wtedy, długo po seansie, możemy odebrać tę postać jako prawdziwego człowieka, ale podczas samego seansu ma dwa cele: pokazaniu komediowych umiejętności Zaca Effrona, oraz słuchania przesłania filmu.

I z tym drugim film radzi sobie naprawdę nieźle… Najczęściej. Niestety jest kilka momentów, gdy po prostu chcą przekazać morał historii i tyle, a to nie pomaga nam polubić bohatera, nie mówiąc o całym filmie.

Z przyjemnością jednak dodaję w pośpiechu, że większość komentarza i opracowań na temat samej wojny, została zrealizowana świetnie. Piszę to jednak z perspektywy osoby, która widziała serial Vietnam War, więc już wcześniej znałem główne grzechy tego konfliktu i jego wszelkie tła, ale zaryzykuję stwierdzenie, że nowy widz też zrozumie, o co chodzi, chociaż niektóre kwestie są dosyć skromnie wyłuszczone (np. tok myślenia poprzednich pokoleń, który spowodował podstawowy błąd w komunikacji z nimi nt zasadności samej wojny wietnamskiej). Niemniej, one faktycznie są w tym filmie i koniec końców świetnie prezentują myśl samego filmu: zmianę perspektywy jednostki na temat tego konkretnego konfliktu, który pasował do epoki, a także przemawia do nowych pokoleń. A to wszystko w zasadzie z użyciem komedii.

To jest ten poziom geniuszu, który pozwala wykorzystać największą głupotę. Film opowiada w końcu o człowieku, który pakuje się do Wietnamu i ma wszystko gdzieś poza swoim celem, decyduje się nawet na podróż autostopem, byle tylko odwiedzić kumpli i dać im piwo. Piwo, które i tak mają tam na miejscu. Dlaczego to robi? Bo jest idiotą, który powtarza w kółko, że tak, rozumie, to jest wojna, straszne i okropne – ale tak naprawdę tego nie rozumie. I każdy, kogo spotyka na drodze, jest zszokowany poziomem jego głupoty i odklejenia od rzeczywistości, potrzebnej do tego, aby serio odbyć taką podróż. To nie tylko przezabawny motyw, świetnie wykorzystany przez twórców, ale cwany komentarz wobec osób, które wypowiadają się o wojnie w barze, samemu nie będąc na linii frontu. Zresztą, sama rozbieżność między prawdą i jej wizualizacją dzięki mediom/innym ludziom jest boleśnie aktualna. Komedia komedią, ale potrzebna jest też opowieść o człowieku, który nieumyślnie zdecydował się samemu zobaczyć prawdę na własne oczy.

Przezabawna historia i komedia na każdym polu: gagi sytuacyjne, słowne, zachowania się postaci. Byłem w szoku, jak dobrze się bawiłem, przy jednoczesnej przyjemności z kompetentnie opowiedzianej historii z Wietnamem w tle. Twórcy bawią głupotą protagonisty, poruszają tragedią wojny, dają nadzieję na zmianę w dobrym kierunku. A to wszystko na faktach!

PS. Ale te masywne przedramiona to mógł schować pod rękaw. Wtedy jeszcze nie mieli pojęcia, jak ćwiczyć, by to osiągnąć. A tu jego żyły zajmują mi połowę telewizora, panie, litości.

4/5

Na zachodzie bez zmian ("All Quiet on the Western Front / Im Westen nichts Neues")

12 września | Netflix

Młodzi odkrywają zimno i syf wojny. Trafia celnie.

Młody człowiek wybiega z okopu ze strachem w oczach, ktoś musi go wyrzucić na siłę. Biegnie, kule świszczą mu nad głową, wszyscy wokół umierają. Młody potyka się, kolega żołnierz go podnosi i w tej sekundzie dostaje kulkę. Młody patrzy w otępieniu, ktoś go kopie w dupę krzycząc „rusz się młody, bo cię trafią” i wtedy on dostaje kulkę. Młody biegnie, karabin mu się zacina, więc biegnie ze szpadelką na wroga. Wszystko to już widzieliśmy, a ich główny atut polega na szokowaniu. Tak jak bohater widzi to pierwszy raz, my też powinniśmy. Tylko my to już widzieliśmy, może obejrzymy z grzeczności – w końcu nie jest winą filmu, że oglądaliśmy inne filmy. Twórcy Na zachodzie… wydają się myśleć, że robią pierwszy film wojenny w historii, chociaż nawet ich własny film jest trzecią adaptacją tej samej książki o pierwszej wojnie światowej, gdzie młodzież z radością idzie na pole walki i dopiero tam widzi rzeczywistość. Wtedy, gdy już jest za późno.

To ciężka i smutna opowieść o ludziach walczących, którym nie zostało nic innego. Wszyscy wokół się mordują, innej opcji nie ma, nikt też nie chce niczego zmienić. Kapitulacja to w końcu zdrada niemieckiego narodu, policzek w twarz tych wszystkich, którzy oddali życie za ojczyznę. Nie wiemy o co się biją, nie poznajemy ich perspektywy osób żyjących sto lat temu, nic z tych rzeczy. Film trzyma się perspektywy jednej osoby i jej doświadczeniach: utraty przyjaciół, patrzenia śmierci w oczy, znoszenia głodu, mrozu, przemoczonych ubrań i wygasającego ciepła wewnątrz. W 2022 roku film nadaje stoi na etapie, że wojna jest zła, bo ludzie tam umierają. Przydałoby się chyba, by któryś z twórców przeczytał w końcu chociażby esej Ludwiga von Misesa o wojnie, moglibyśmy wtedy pójść dalej…

Między scenami znanymi oglądamy sceny nowe: otwierająca sekwencja, gdzie mundury zmarłych są przerabiane i wręczane nowym rekrutom, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że oto mają w ręku ciuch ledwo ściągnięty z czyjegoś ciała. Kradnięcie jajek od kury albo zaloty do plakatu, gdzie narysowano coś na kształt damski. Większość seansu spędzimy na polu bitwy, czasami zobaczymy generałów debatujących nad pokojem. 92 lata temu najmocniejszą częścią pierwszej wersji było wszystko poza tym: altruistyczne przemowy, inspirowanie młodzieży do pójścia na front, szkolenie i w końcu powrót z frontu, gdzie bohater poznał perspektywę osób, które nigdy nie atakowały Francji, ale wypowiadają się o tym, co jest właściwe. Te sceny uderzyłyby w twarz widza mocniej niż film, który dostaliśmy w tym roku, ale on nadal jest wystarczający. Obłęd w oczach żołnierzy, bród, śmierć, smutek. Wojna to piekło.

„There. That’s the sound of peace” – MASH

4/5

Raymond & Ray

12 września | AppleTV

Na pogrzeb zawsze wziąć broń palną. Można wiele zarzucić, ale warto zobaczyć do końca.

Ojciec nazwał ich tak samo. Matka jednego z nich (bo mają tylko tatę wspólnego) zaczęła pierwszego nazywać Ray, drugiego Raymond. Papa robił odwrotnie. teraz nie żyje, a synowie jadą na jego pogrzeb. Scenarzyści liczą w ten sposób na jakieś emocje, przy okazji opowiedzą o tych postaciach przy pomocy półsłówek, które wyrażą bardzo dużo bez podania konkretnych szczegółów. Omówienie przeszłości, wyrażenie głębokich emocji, zatrzymanie się w ciszy i zastanowienie nad bieżącym dniem – z tego wszystkiego chyba wynika przypowieść o zostawieniu przeszłości za sobą. Nie wiem, czy to się udało, bo scenarzyści nie są na tyle dobrzy, żeby to zainscenizować, więc skończą film tylko na „daniu szansy” takiej możliwości w przyszłości. Zamiast szczerej, poruszającej rozmowy, na zamknięcie usłyszymy „pogadamy o tym w weekend”.

Ogólnie scenariusz tej produkcji nie jest za dobry. Większość opowieści polega na zamykaniu bohaterów w jakiejś lokacji, gdzie będą mogli gadać „na osobności”. Nawet jeśli jest to trochę dziwne, chociażby pogrzeb trwający pół dnia, gdzie jedna osoba cały dzień spędza na kocu pod drzewem, jakby przyszła na piknik. I jeszcze dziecko własne zabrała na taką uroczystość. Równie dziwnym zabiegiem twórców jest pomieszanie relacji rodzinnych, zapewne w celach komediowych, aby spuścić trochę powagi – tylko że teraz jeden z synów prześpi się z kochanką własnego ojca, więc jeśli coś z tego wyjdzie, to jego brat będzie jego synem. Nawet jeśli uznamy to za zabawne – a trochę tak jest – to nie pasuje to do postaci syna i tego, co się o nim dowiadujemy. Najgorsze jednak są dialogi, pozbawione rytmu, pełne szczegółów mówionych „przy okazji”, żeby naturalniej zrealizować ekspozycję – tylko efekt nadal jest pokraczny. „Wiesz przecież, jak nas traktował”, „Wiesz, o czym mówię” – to naprawdę nie jest szczyt scenopisarstwa. Na dodatek aktorzy nie byli zbyt dobrze poprowadzeni, a samo doświadczenie ich zawodzi – tyle dekad ich widzę na ekranie, a tu często brakuje im wyczucia odnośnie mówienia wielu kwestii.

Niemniej – gdy już zaczyna się ceremonia pogrzebu, gdy tempo trochę zwalnia, gdy wszyscy już się poznają i gadają od serca… To muszę przyznać, że zacząłem się w to angażować. Zacząłem coś czuć na tym filmie. Scenariusz nie jest napisany poprawnie, ale miał pomysły, a wtedy one były najważniejsze. I ich oglądanie naprawdę dało mi kopa. Wspólne kopanie grobu, chowanie ojca i zostawienie tego za sobą – tutaj udało się o czymś opowiedzieć.

Gdyby w Polsce zrobili taki film, to zewsząd słyszelibyście pochwały w jego stronę. Dialogi byłyby równie złe, aktorsko pewnie byłoby nawet lepiej. Zabrakłoby tylko broni palnej, za to dodaliby wódkę. I hit gwarantowany.

2/5

Dobry opiekun ("The Good Nurse")

11 września | Netflix

Seksualizacji morderców i spłycania rzeczywistości ciąg dalszy. Lepiej zobaczyć Czarny ptak.

Ona pracuje w szpitalu. Dostaje nowego współpracownika, którego podejrzewa o to, że zabija z premedytacją pacjentów. Dowiaduje się, że w jego poprzednich miejscach pracy ginęli ludzie. Nawiązuje współpracę z organami ścigania, aby go powstrzymać.

Historia jest jak najbardziej prawdziwa, twórcy opowiadają ją w tempie medytacyjnym – grama napięcia lub ekscytacji dowolnej tutaj nie znajdziemy. Człowiek zabija ludzi, życie bohaterki jest zagrożone podwójnie (ze względu na jej chorobę serca, może umrzeć dosłownie ze strachu), a wy oglądając ten film będziecie musieli podchodzić do telewizora wielokrotnie by sprawdzić, czy ten film ma jeszcze puls. Ma, ledwie wyczuwalny. Potencjał opowieści został po prostu zmarnowany, o potrzebie powiedzenia nią czegokolwiek nie ma nawet co wspominać.

Ukoronowaniem tego wszystkiego jest ostateczna konfrontacja z mordercą. W „Czarnym ptaku” to była godzina nerwowego balansowania na granicy życia i śmierci. W „Dobrym opiekunie” to scena trwająca trzy minuty, gdzie w dialogu bohaterka bez ogródek pyta wprost: „zrobiłeś to? No bo wiesz… Ja nic nikomu nie powiem”. Kurtyna.

I nie obchodzi mnie, że tak serio to wyglądało. Śmiechem prawie uszkodziłem telewizor.

4/5

Wendell & Wild

11 września | Netflix

Wszystko wszędzie naraz metodą kukiełkową. Dużo świetnych rzeczy, nawet jeśli trochę za dużo.

Bohaterka w wysilony przez scenarzystów sposób traci rodziców, po czym zostaje przestępcą (bo tak) i zostaje wysłana do szkoły dla ciężkiej młodzieży, która liczy na grubą kasę za jej „naprostowanie”, co okazuje się częścią spisku bogatych ludzi rujnujących życia. Aha, do tego jeszcze trzeba dodać demony i siły nieczyste. Ten film sprawia wrażenie bycia przypadkowych połączeniem kilku różnych filmów – w ten sposób całość jest barwna i różnorodna, ale jednocześnie trochę traci widza, któremu ta przygoda nie zostaje w pamięci. Trudno tę różnorodność podsumować czymś istotnym dla bohaterów, więc protagonistka uczy się banałów o tym, żeby cieszyć się tym, co się ma. Czy coś. Zabawa jest jak najbardziej przednia, animacja to cudo, ale całość jest jednorazowa.

Chcecie przykład bałaganu twórczego? To poczekajcie, aż dowiecie się, jaka jest geneza tytułu. Bez jaj, to są przecież drugoplanowi bohaterowie odpowiedzialni za małą część całości… Było dużo pomysłów i ogólnie to wszystko jest na plus, tylko struktury i porządku zabrakło, by odpowiedzieć sobie na pytanie: o czym opowiadamy? I po co? Dla samej frajdy mrocznej animacji poklatkowej? To jednak trochę mało.

3/5

Mój policjant ("My Policeman")

11 września | Prime Video

Ech, nawet geje mają problemy przez baby. Jak żyć?

Anglia sprzed kilku dekad, gdy jak dwóch facetów całowało się w bocznej uliczce, to żandarmeria przybiegała, by ich pobić za bycie obrzydliwymi. W zasadzie trudno jest was wtajemniczyć nieco bardziej, ponieważ… To już wszystko. Relacja ludzi w odległych czasach. Nie ma tutaj historii, a osobowość bohaterów w zasadzie kończy się na seksualności i tym, że są ogólnie mówiąc „wrażliwi”. To wręcz momentami zabawne, ponieważ kilka razy w tej historii jedna osoba mówi, że trzeba coś zrobić, a druga odpowiada, że mogą zrobić tylko jedno: wypić herbatę. To w zasadzie jedna z niewielu czynności, które mają miejsce w tej opowieści. Palenie papierosa, pozowanie do rysunku, zwiedzanie galerii – bardzo statyczna ten seans. Nawet jak na początku wzywają policjanta do wypadku, to na miejscu okazuje się, że już po wszystkim. Spacer w stronę miejsca zdarzenia był najbardziej dynamiczną częścią tego wątku.

W zasadzie dzięki temu udało się podkreślić podniosłość szczegółów. Jeden dotyk ma w tym filmie siłę huraganu, podobnie jak spojrzenie rzucone ukradkiem. Problem w tym, że te detale poradziłyby sobie na własną rękę. Pewnie nawet można by wyciąć z filmu wszystko poza tymi detalami, zrobić niemy film. I byłoby dzieło na miarę filmów Murnau. Zależy, jak bardzo chcecie oglądać pełnometrażowy film dla kilku chwil.

Tym bardziej, że film nie ma za bardzo sensu tak fabularnie. Kobieta czyta list, z którego chyba dowiaduje się tego, co już wiedziała od lat, po latach decyduje się podjąć decyzję w najbardziej egoistyczny sposób, jaki tylko dało radę… No cóż. Ale gdy twórcy opowiadają oczami, nie scenariuszem, to wtedy jest to naprawdę ładny film.

5/5

How to Blow Up a Pipeline

10 września

Dobra – coś jest serio nie tak z kinem, gdy tak trzymający w napięciu tytuł przechodzi bez echa.

Tytuł jest wyczerpujący, ale nie zdradza za dużo: oglądamy grupę terrorystów, która decyduje się wysadzić rurę transportującą paliwo w Teksasie. Tyle musicie wiedzieć i nie chcę wam zdradzać więcej: to kino licznych niespodzianek aż do samego końca (naprawdę!), który trzeba przeżyć samemu – aż tak liczy się tutaj samo doświadczenie, przeżywanie tej przygody. Nazwa brzmi instruktażowo i po części tak jest, ale inaczej, niż możecie sobie pomyśleć: realizm nie polega tutaj na podaniu przepisu „jak zrobić bombę”, ale by pokazać, jak wiele człowiek ryzykuje decydując się na taki terroryzm. Jak ciężko jest chociażby zrobić taką bombę bez wysadzenia samego siebie w powietrze razem z budynkiem. Scenariusz pędzi przed siebie w cierpliwy sposób, bez zwłoki i niepotrzebnych detali, konstruując obraz wokół dialogów i montażu (jedno potężne cięcie za drugim na jakiejś czynności: upadku, wyważaniu drzwi, wybuchu). To kino trzyma w napięciu, bo potrafi w ogóle chwycić widza najpierw. I nie ma zamiaru wypuszczać. Rewelacyjnie zaimplementowano retrospekcje, każda w odpowiednim momencie fabuły rozgrywającej się w teraźniejszości, podając widzom te informacje, których akurat potrzebuje, bez tracenia uwagi z najważniejszego: widzu oraz nie puszczanie go aż do końca seansu. To kino, które rozumie poświęcenie, stawkę oraz ryzyko.

Tematem jest terroryzm i film rewelacyjnie daje radę udźwignąć ten temat – daje nam bohaterów, którzy mają po kolei poważny, zróżnicowany powód, aby angażować się w ten sposób, znajdują w tym upust przeróżnych myśli i przemyśleń, budując na ekranie współczesny obraz młodych ludzi, którym świat mówi, że muszą działać, a jak działać, to tylko siłą, bo tylko siła da jakikolwiek efekt. Planeta umiera, czas się kończy, lepiej teraz coś zrobić i nawet się poświęcić, niż nic nie robić i umrzeć później, gdy miliarderzy uciekną w kosmos. Nie jest istotna sama istotność tych przekonań, ich zasadność – film nie jest komentarzem, ale obrazem tego wycinka czasu, który trwa już o wiele za długo. I oddaje go w skrótowy, ale więcej niż wystarczający sposób. I tak robi więcej, niż inne tytuły współczesne.

Co więcej ci bohaterowie debatują o tym wszystkim wielokrotnie podczas filmu, w krótkich retrospekcjach. Przyznają sami przed sobą, że są terrorystami – ale co to tak naprawdę znaczy? Mają regułę, żeby nikogo nie zabijać. Są świadomi, że tak naprawdę bardziej zaszkodzą prostym ludziom, którzy są w pracy (oraz tym, którzy więcej zapłacą potem za paliwo), niż koncernom jako takim. Na dodatek ich plan – chociaż ryzykowny siłą rzeczy, podczas którego wiele pójdzie nie tak – jest piekielnie przemyślany i inteligentny. Co więcej, film zaskakuje swoją inteligencją wielokrotnie w trakcie seansu – ale to już terytorium spoilerów.

To jeden z najlepszych filmów 2022 roku. Zachwyca tematem, realizacją, napięciem. Czuję, że gdyby postaci były bardziej złożone oraz angażujące na dłuższą metę, to byłby nawet jeden z moich ulubionych filmów w ogóle. Nie miałem jednak żadnej emocjonalnej reakcji na koniec, który spotkał którąkolwiek postać, a poznając ich „backstory” (że ktoś ma białaczkę i niedługo i tak umrze) to częściej dostawałem coś, czego się spodziewałem – pytanie tylko, na ile grzebanie w przeszłości zaszkodziłoby napięciu fabuły. I czy sympatyzowanie z bohaterami, nawiązanie z nimi relacji, byłoby dobrą decyzją. Wiem jedno: to kolejny tytuł, do którego chcę wrócić.

PS. Patrząc po opiniach na IMDb zaczynam zadawać sobie pytanie: czy jeszcze możemy się po prostu dobrze bawić na filmie? Gadają o tematyce i przesłaniu, a nic o realizacji. Nic nie poczuli podczas seansu, co nie mieści mi się w głowie. Jedynym sposobem na to, jaki widzę, jest oglądanie filmu z telefonem w ręku.

4/5

Fabelmanowie ("The Fabelmans")

10 września | Kino

Oglądanie filmów jest zajebiste. Robienie też. I gadanie z Johnem Fordem również.

4/5

Menu

10 września | Kino

Przezabawne czarna komedia z odrobiną horroru i art-house’u. Naprawdę fajnie jest się pośmiać z samobójstwa…

Jak ta restauracja na wyspie się utrzymuje z 12 gości? Każdy musi zapłacić 1250 dolarów. Zabiera ich tam statek, nie ma miejsc pojedynczych, pracownicy żyją według ścisłego harmonogramu, kolacja trwa ponad cztery godziny. Goście są więc wybrani precyzyjnie, nawet sami nie wiedzą, jak bardzo. I chcą przeżyć doświadczenie, ale zamiast tego przeżyją przygodę.

Bohaterów poznajemy stopniowo: ktoś jest fanatykiem gotowania, obok siedzi krytyk kulinarny, aktor z sekretarką, garnitury na wakacjach, stali bywalcy i inni. Nie znają się, ale pracownicy restauracji znają ich dokładnie – na początku wydaje się, że to dla podwyższenia usługi, ale szybko okazuje się, że wiedzą o nich więcej, niż powinni. Jedno pomieszczenie: jadłodajnia i kuchnia, kilka stolików, wszyscy aktorzy zebrani w jednym miejscu, fabuła rozwija się z posiłku na posiłek: coraz lepiej ich poznajemy, coraz bardziej czujemy, że coś tu jest nie tak. Nie ma tutaj jednej reakcji: jedni boją się coraz bardziej, inni bawią się coraz bardziej. Jednym apetyt rośnie, innym ubywa. Najlepiej będą tu się bawić widzowie z czarnym poczuciem humoru, gotowi na naprawdę dziwny rozwój wydarzeń.

Menu to historia braku smaku, akceptacji bylejakości, marnych marzeń i fantazji podpartych gloryfikacją idoli tylko po to, by móc w lepszym świetle widzieć samego siebie. To opowieść o wyróżnianiu innych, chociaż jedyną motywacją ku temu jest tak naprawdę wyróżnianie samych siebie. To film na wiele tematów, mniej lub bardziej złożonych, odnoszących się do filozofii współczesnego świata. To nie jest banalna krytyka bogatych za to, że są bogaci albo że uważają się z tego tytułu za lepszych od innych. Poruszone tutaj motywy dotyczą wszystkich, na każdym poziomie zamożności, edukacji, inteligencji – film jednak ich nie przedstawia. Adresuje je, jest ich wyraźnie świadomy, ale jeśli widz sam nie rozmyśla nad tymi zagadnieniami filozoficznymi, to możliwe, że będzie mieć problem ze zrozumieniem postępowania bohaterów – dlaczego traktują się tak nawzajem, dlaczego tak się zachowują. Dla tych widzów pozostaje tylko czarny humor, zaskakująca fabuła oraz sporo ciężkiego szokowania. Tak czy inaczej, to naprawdę dobry seans.

Jedno, co mógłbym zarzucić tej produkcji, to brak bliższego przejęcia się losem tych postaci. Może to w ogóle nie było planowane i tylko Ralph Fiennes zrobił taką fenomenalną robotę, nadając swojemu bohaterowi mnóstwo wrażliwości – ale widząc głębię w jego oczach zacząłem pragnąć tego w stosunku do innych postaci. Nicholas Hoult i jego wątek mnie poruszył, zgoda, ale taka Anya Taylor-Joy zabija kogoś – i mało mnie to obeszło z którejkolwiek strony. Pozbawiła życia, ktoś został życia pozbawiony, a ja już wtedy wiedziałem, że to nie ma znaczenia. Reszta postaci nie dostała w sumie nawet tyle. Szkoda, no.

4/5

Most ("Causeway")

10 września | AppleTV

Ludzie zmagają się z codziennym życiem. Angażujące, prawdziwe, nieoczywiste.

Współczesność, USA. Lynsey (Jennifer Lawrence) siedzi na łóżku. Kobieta obok musi jej pomóc zdjąć kurtkę. Gdy myje zęby, to nie trafia szczoteczką do ust. A gdy później będzie prowadzić samochód, to będzie zła, ponieważ jazda autem nie powinna być zwycięstwem. Wiele na początku nie dowiadujemy się o Lynsey – zdradzę wam tylko, że ma to coś wspólnego z Afganistanem. Oraz że na jej drodze stanie Brian Tyree Henry (Paper Boy z Atlanty – pierwszy raz widzę, gdy ma tak dobrą okazję do wykazania się na ekranie!), w roli mechanika pomagającego z jej samochodem. Oboje nawzajem pomogą sobie z przeszłością, a przynajmniej będziemy mieć na to nadzieję.

Nie jest to kino zbyt dynamiczne. Stara się zwolnić, pokazać trochę więcej z każdego momentu. Nawet jeśli rozmowa o pracę zamyka się w czterech zdaniach, to później jednak widzimy, jak jest przyuczana do fuchy czyściciela basenu. Widzimy kilka razy, jak je czyści. Tylko po to, by zobaczyć na własne oczy, jak sobie z tym radzi pomimo ograniczeń, ale twórcy nie mówią nam tego wprost – te sceny są ukazane z dystansu, jako przerywnik. Ból i cała reszta nie jest nam uświadamiana, sami to dostrzegamy.

Mało tu też oczywistości. Każdy w tej historii nie widzi swoich wad, każdy w zasadzie wydaje się bohaterem w swoim mniemaniu – ale to nie świadczy o nich źle, bo też mają do tego prawo. To po prostu zbiór dorosłych osób mierzących się z trudnym tematem, ale bez dialogu. A ten brak jak najbardziej rozumiemy: z powodu przeszłości z daną osobą, z powodu samego zagadnienia i tego, że nie chcemy się nim dzielić, składać go na kogoś… Ale też nie chcemy dostrzec w nim prawdy. Dali jestem od wydawania wyroków, kto w tej historii ma rację – ale mogę przynajmniej napisać, że film dobrze pokazuje, jak ktoś może chcieć wrócić na wojnę: bo to najlepsza alternatywa, jaką zna. Jednocześnie jednak podkreślam: tego nie ma w filmie. Są tylko oczy Jennifer Lawrence, w których możemy to odnaleźć, ale twórcy nie informują nas o takim poglądzie na sytuację.

Nie jest to idealny film – kończy się raczej przedwcześnie (bardziej z obawy przed ciągiem dalszym, niż by specjalnie zostawić „niedomówienie”), pomysł pocałunku wydaje się po prostu dziwna (z gatunku „mieć ciastko, ale i je zjeść”, bo co to za film bez romansu i gejów). Widać jednak, że twórcy włożyli pracę i uczucie w ten obraz. Czuć, że oglądamy trochę prawdy na ekranie, prawdziwą postać i jej krótki okres z życia. Rehabilitacja, utrzymanie się, walka z przeszłością, kłopoty ze snem, znalezienie pracy, samochód nawali… Czuć, że twórcy wiedzą coś o życiu i umieją je pokazać na ekranie. Nawet jeśli póki co brakuje im artystycznej odwagi do powiedzenia czegoś od siebie.

Dwie dekady temu wyszły Życiowe rozterki z Jakiem Gyllenhaalem i Jennifer Aniston. Most przypomniał mi tamten obraz. A to był naprawdę dobry film.

3/5

Sidney

10 września | AppleTV

Standardowy dokument pełen dobrych chęci*, tym razem przedstawiający życie i dokonania Sidneya Poitier: aktora, reżysera, aktywisty. Głosu pokolenia czarnoskórych, którzy jako pierwsi mieli głos.

Był kolejnym Hamiltonem: czarnoskórym człowiekiem z Karaibów, który nic nie miał i osiągnął wszystko dzięki determinacji. Zaskakujące, że oglądamy tutaj prawdziwy wywiad z panem Poitier, jakby kręcili ten dokument, by go opublikować jeszcze za życia aktora (zmarł w tym roku, miesiąc przed 95 urodzinami). Nie mogę znaleźć informacje, kiedy nakręcono część z nim, ale jednak naprawdę słuchamy starego człowieka opowiadającego o młodości: szukaniu pracy, uczeniu się aktorstwa poprzez czytanie gazet razem z radiem, odbiór jego aktorstwa przed widownię – od zachwytu po krytykę.

Nakreślono tu też tło kulturowe, czyli że przed panem Poitier czarnoskórzy aktorzy grali tylko głupków, to były komediowe role. Poitier grywał wyłącznie godnych, dumnych i poważnych ludzi. Wrażenia jednak nie były wyłącznie pozytywne, ponieważ pokazywał czarnych niemal wyłącznie jako „przydatnych czarnych”, którzy zawsze się poświęcają dla dobra białych (finał Ucieczki w kajdanach). No cóż. Podobnie zresztą jak współcześnie pan Żurawiecki zarzuca polskiemu kinu LGBT, że tam gej jest tolerowany wyłącznie wtedy, gdy oddaje nerkę córce.

Ogólnie udany tytuł: oddaje cześć człowiekowi i jego pamięci, uświadamiając wiele tym, którzy o nim wcześniej nie słyszeli. To wystarczy, chociaż nie ma tu słowa wyjaśnienia, dlaczego i po co powstał Tata duch. Twórcy wydają się też nie znać filmu Granice wytrzymałości z 1962 roku, a polecam.

*chociaż ilekroć widzę Ophrę, to czuję, że ona wykorzystuje takie okazje, by się wybić i kreować swój wizerunek, nie ma w niej nic autentycznego.

3/5

Klara ("Chiara")

9 września '22 | HBO Max

Jakby ktoś myślał, że przeciętne filmy w Wenecji to tylko wygrywają, to im mówię: otóż nie tylko.
 
Jakby nie patrzeć, to Wenecja w 2022 roku wygrywa u mnie zarówno pod względem średniej oceny filmów w konkursie głównym, jak i obecności najlepszych premier. „Klara” brała udział w tym pierwszym, więc oglądałem z ochotą, a tutaj zastaję typową religijną produkcję o kimś świętym, tutaj o Klarze z Asyżu, która inspirowała się świętym Franciszkiem, obcięła włosy, wstąpiła do zakonu i coś tam, coś tam, lepiej o tym poczytać na Wikipedii niż próbować traktować film na tyle poważnie, jakby był jakąś wiarygodną reprezentacją jej losów. Nie uwierzyłem w ani jedną relację między bohaterami, w ani jeden sposób, na jaki niby rozwiązali jakikolwiek konflikt. Klara tylko się uśmiecha, jest pogodna cały film i okazjonalnie poprosi, by zanieść gdzieś słój, bo on sam się wtedy napełni oliwą. Albo „krój tej chleb kobieto, starczy dla wszystkich. Zaufaj mi, mordo”. I kroi, cięcie, kamera na innych, uśmiechają się, każdy dostaje po kromce… No przedstawiciel „chrześcijańskiej paszy”, tyle. Na puls atrakcyjne aktorki oraz fakt, że późno się zorientowałem, co tak naprawdę oglądam. Wiecie, to w końcu Wenecja, tam przeciętne filmy jedynie wygrywają, prawda?… Otóż jednak nie tylko.
5/5

No Bears ("Khers nist", 2022)

9 września

Życie w Iranie pisze film. Wystarczy tylko włączyć kamerę.

Film w filmie – reżyser kręci obraz na odległość, widząc tylko nagranie na żywo przez laptopa, porozumiewając się z ekipą i aktorami poprzez słuchawki i mikrofony. Nie może być na miejscu z przyczyn oczywistych, dlatego teraz znajduje się na terenie tuż koło granicy. Mała wioska, wszyscy się nawzajem znają, a on wyróżnia się aparatem i samochodem. Są podejrzani wobec niego – nie wiedzą i zastanawiają się kim on jest? Jaki ma cel? Po czyjej jest stronie? Powoli reżyser zostanie wkręcony w miejscowy konflikt, gdzie bezpiecznie byłoby spełnić prośbę miejscowych i nie mieszać się. Reżyser jednak chce zachować absolutną neutralność, nie działać na niekorzyść którejkolwiek strony, ale tak się nie da.

To film o teraźniejszości w Iranie. Bohaterowie fikcyjnego filmu chcą stamtąd uciec, zabrać się za granicę z ukochaną osobą. Trzeba wyrobić paszport. Później okaże się, że to wcale nie jest fikcja, to ludzie grający samych siebie. Problem imigracji też nie jest taki, jak się nam może wydawać – władza kompletnie nie panuje nad nielegalnymi grupami, które pomagają w ucieczkach. To oni pilnują, by nie dałoby się tego zrobić za darmo, bez ich udziału. Oni tez odegrają rolę w życiu reżysera – w końcu będzie mieszkać koło granicy, gdzie oni działają. Napięcie rośnie powoli i bezpośrednio. Aktorzy wychodzą z roli i gadają do reżysera, który stoi za kamerą. Mówią o swoim prawdziwym życiu, które następnie chcą uwiecznić, zasymbolizować w kamerze – dzięki temu film wydaje się pozbawiony fikcji, prawdziwy. Jakby to, co oglądamy, nie było pierwotnie częścią filmu, które reżyser chciał zrealizować – jakbyśmy oglądali coś, czego nam nie wolno oglądać. W takim kontekście wolne i uprzejme rozmowy z obcymi nabierają innego wymiaru – ci ludzie są prości i nie rozumieją tradycji, które świętują, ale trzymają się przy tym i są nieustępliwi. Nie można ich po prostu pogonić, uciec przed nimi, oni cały czas wracają, próbując nakłonić reżysera do czegoś. Podejrzenia wystarczą, brak dowodów nie jest przeszkodą. Nie będą wyrażać zgody na neutralność, chociaż zupełnie nie będą rozumieć rozmiaru sytuacji i swoich prawdziwych intencji.

Aktorzy z planu się zbuntują – mówią w końcu o rzeczywistości, o prawdziwych i realnych rzeczach, a reżyser tylko kręci produkcję ku pokrzepieniu serc z ładnym zakończeniem. W finale film rozlatuje się kompletnie – to po prostu nie jest kraj dla ludzi kręcących kino. I nie tylko dla nich. Życiowa to opowieść, uderzająca w twarz swoja życiowością. Tytułowe niedźwiedzie to zagrożenie, o którym mówią, że jest tylko mitem. Kiedyś się uważało, że na tamtej drodze po zmroku można je znaleźć, ale to tylko gadanie. Idź, nic ci nie będzie.

2/5

Królowa wojownik ("The Woman King")

9 września

Było, a teraz jest jeszcze raz.

Coś o trenowaniu w armii, coś o walce z tyranem, coś o pokonaniu zła i sile ludzi, którzy tego dokonali. Viola Davis wykorzystuje każdą okazję do intensywnego aktorstwa, które ani razu nie pasuje do samego filmu (ale do filmu już tak, bo ten jedzie wyłącznie na schematach umożliwiających monologi w niewłaściwej chwili). Młoda bohaterka jest oczywiście buntowniczką, która musi okiełznać swój temperament – gdy mówi to jej rodzina, to źle, ale gdy mówi to jej Viola Davis, to wtedy jest dobrze. Podczas treningu dają jej sznurki do wiązania, bohaterka mówi: „a po co?”, to dają jej miecz i ma rozwalić manekina – nie daje rady, więc ma wracać do sznurków, jakby to miało ją nauczyć posługiwania się ostrzem. Nieszkodliwe, banalne schematy pozbawione sensu czy osobowości.

Ogólnie film jest dobrze zrealizowany technicznie i jak ktoś nigdy żadnego filmu nie widział, to może będzie mieć reakcję emocjonalną na ten film. Wyjątkiem jest beznadziejna choreografia walk na broń białą – żołnierze cały czas machają wokół siebie tym, co mają w ręku, jakby opędzali się od much. Dodaje to tylko komedii do spektaklu, ale no trudno. Mnie tylko martwi scena siłowania się na włócznię – dwoje ludzi pcha sobie nawzajem ostrze w płuco i się licytują, kto pierwszy stchórzy. Osobiście myślę, że to pojedynek na to, kto jest większym idiotą (oboje – wystarczy tylko brać udział), ale cóż, to Afryka, tam mają różne dziwne zwyczaje.

Poza tym jest jeszcze kwestia tego, jak film wykorzystuje prawdziwą historię, co w niej zmienia, co wybiela i ludzi to bulwersuje. Faktów nie znam, historię z filmu i tak już nie pamiętam, więc tyle z mojej strony. Bardziej tylko zapytam: czemu RRR nie miało takiego problemu? Tam też można nie znać historii, ale wystarczy obraz Brytyjczyków w tamtej produkcji by wiedzieć, że mamy do czynienia z okropną propagandą.

2/5

Bros

9 września | Kino

Komedia z gatunku „znajdź żart”.

Nie wiem, o czym jest ten film. Jeden chłop chce robić czekoladki, drugi otwiera muzeum, gdzie historyczne postaci mówią: „mogłem być bi”. Chcą być razem, ale coś tam, więc są razem trochę, potem coś tam, żeby się rozstać, a potem coś tam, żeby jednak być razem i jest szczęśliwe zakończenie. Znaczy – jeśli lubicie te współczesne komedie amerykańskie oparte o zaproszenie na plan kogoś, kto jest śmieszny w czymś innym, pozwolenie mu na improwizowanie jako jedyny rodzaj humoru, więc protagonista dużo krzyczy, jest sporo niezręcznych scen – wtedy dostaniecie to, co lubicie. Osobiście podczas seansu zaczęła mnie boleć twarz, bo żaden mięsień nie poruszył się na niej przez te dwie godziny.

Znaczy… Od początku. Bohater jest podcasterem z paskudną manierą. Gada i gada, a ja myślę, że będzie mieć 0 słuchaczy i na tym polega żart czy coś, ale nie, ma ich milion. Albo dwóch chłopów leży w parku, jeden na kocu, drugi na trawie. „Ej, czemu nie leżysz na kocu, jest jeszcze tyle miejsca, a zamiast tego leżysz na trawie?; – Bo lubię leżeć na trawie”. Czy to był żart? Serio pytam. Albo jeden otwiera się przed drugim i mówi od serca, pochyla się i w ogóle – widać, że mówi to pierwszy raz w życiu przed innym człowiekiem – że jego marzeniem było… Uwaga, nikogo nie ma w pobliżu?… Robienie czekoladek. I film stara się z tej nieśmiesznej kwestii zrobić coś śmiesznego, wyolbrzymiając teatralnie podanie tej informacji, ale też jednocześnie to uszanować, że to nie jest śmieszne, to w końcu jego marzenie i powinien to zrobić. Tak na wszelki wypadek, żeby nikogo nie urazić. Serio, tak się nie da robić komedii, ale chyba nikogo to nie interesowało zbytnio. Scenariusz to ciąg identycznych scen, gdzie 450 osób siedzi przy stole, ale tylko dwie z nich naraz prowadzą dialog (najczęściej protagonista z kimś), a reszta słucha. Czasami bohater wali monolog, bo po co komplikować sprawę – a pozostali go słuchają.

Twórcy w ogóle też nie kłopoczą się rozdzieleniem satyry od autentycznych wydarzeń. Już pomijam, że głównym tematem jest nawiązywanie do jakichś innych produkcji – bo ten film jest za mało hermetyczny, trzeba jeszcze to docisnąć – ale czasami w jednej scenie zaczynają od satyry, by na tej samej nocie zrobić coś poważnego, co się w ogóle kupy nie trzyma. Jakaś baba na rozdaniu nagród ma dziwny strój, a po niej na scenę wchodzi protagonista, robi ogłoszenie i mu klaszczą.

1/5

Lot/ryzyko ("Flight/Risk")

9 września | Amazn Prime

Dokument o tragedii Boinga 737 MAX 8. Lepiej zobaczyć konkurencyjny Netflksa na ten sam temat, więcej tam informacji.

Tamten dokument też nie jest idealny, ale jednak przedstawia historię firmy, jej rosnący status, zmianę kierownictwa i jakie zmiany wprowadzili, jak to wszystko doprowadziło do katastrofy, w której nowe modele Boinga w idealnych warunkach pogodowych zaliczyły lądowanie ze śmiercią wszystkich na pokładzie. Tytuł tamtego: „Upadek: Spraa Boinga”.

W dokumencie Amazona czułem, że informacje są mi podawane od tyłu, połowa w ogóle nie została podana, a całokształt narracji rozumiem tylko dlatego, że kilka miesięcy temu widziałem tamten drugi dokument. U Amazona ogólnie nacisk jest położony bardziej na ukazanie rodzin zmarłych, na gadanie „tak nie powinno być” i o tym, że korporacjom uszło to wszystko na sucho, a szefowie nadal zarabiają miliony. Ważne rzeczy, ale dokument jako całość nadal jest wybrakowany, męczący i nie oddający sprawiedliwości tej złożonej kwestii.

2/5

Koniec trasy ("End of the Road")

9 września | Netflix

Murzyni kradną pieniądze, policja ich ściga. Zabijają policję i za kasę kupują sobie naleśniki. The End.

To taki film, który pewnie jest gdzieś w Internecie krytykowany za to, że na ekranie wszyscy antagoniści są biali, protagoniści czarni i misja filmu jest na tym etapie już jasna. Trochę tak jest: czarna bohaterka zmaga się z trudnościami życiowymi, ale stawia im czoła z godnością, daje z siebie wszystko. Nie widzimy tego, bo to było przed filmem, ale było. Pracuje, opiekuje się dzieckiem i robi najlepiej, jak może. Troszczy się o dzieci i brata. Musi zmienić miejsce zamieszkania, więc jadą i po drodze na pustynnych terenech spotykają wyłącznie białych rasistów i bandytów, sadystów wykorzystujących okazję bez żadnej logiki i sensu. Podczas noclegu w motelu ich sąsiad przypadkiem zostaje zastrzelony, a morderca zapomni zabrać przy okazji pieniądze. Bohaterowie znajdą je i pomyślą, że w sumie czemu nie, zawsze jakaś pamiątka. Teraz biali przestepcy chcą odzyskać te pieniądze.

Tylko no, mamy jednak film o czarnych, którzy kradną pieniądze i uciekają przed policją – ponieważ mundurowi są też przestępcami w tej historii. W ten sposób dylemat zostanie rozwiązany sam, czy zachować pieniądze.

Nie są się za bardzo uwierzyć w taką historię, bohaterowie byli obojętni, największe emocje czułem wymyślając kolejne satyryczne opisy fabuł. Nic specjalnego, mogło być gorzej.

2/5

Bilet do raju ("Ticket to Paradise")

8 września | SkyShowTime

Bogaci ludzie na wakacjach. Aktorzy nadal mają sympatię widza, chociaż w ogóle na nią już nie pracują.

To taki powiew przyjemnej przeszłości, kiedy były gwiazdy filmowe i gazety wmawiały czytelnikom ekscytację z powodu pojawienia się Gwiazdy 1 i Gwiazdy 2 razem na ekranie. Po raz pierwszy, albo po raz od pierwszy od X lat. Julia Robert i George Clooney, nazwiska które ponad 20 lat temu zarabiały miliony od jednej roli, teraz pojawiają się szósty raz razem, ale pierwszy raz razem-razem, jako para. Myk polega na tym, że byli parą małżeńską, rozwiedli się i teraz dowiadują się, że ich córka bierze ślub, więc robią wszystko, by uchronić ją przed tą katastrofą.

Czemu małżeństwo jest takie złe? No bo no, coś tam, coś tam. Film nie jest nawet w pobliżu bycia gotowym do omawiania tego tematu na poziomie wiekowym umożliwiającym wejście w związek małżeński nawet w krajach średniowiecznych. Podobnie jak nie jest wystarczająco dojrzały, ale zaprezentować starą miłość, która może się odrodzić. Udowodnić, że można kogoś nie cierpieć i jednak znowu ją pokochać. To w ogóle nie o to tutaj chodzi – chodzi o to, że mamy wyspę Bali oraz atrakcyjnych aktorów przeżywających idealną wersję ładnych rzeczy, takich jak ślub czy wesele. Postaci? Historia? Szkoda gadać, ma nam wystarczyć sekwencja, jak te bogate osoby grają w alkoholowego ping ponga i tańczą po każdym wygraniu. I ktoś im mówi, że robią wiochę, ale im to nie przeszkadza.

Nie powiem, fajnie jest zobaczyć tych aktorów – zaczynając od Kaitlyn Dever, która po „Justified oraz Short Term 12 wciąż zasługuje na więcej, a tymczasem rok ’22 przyniósł jej dwa filmy 4/10, to są kurwa jakieś jaja. Julia Roberts jest trochę jędzowata, żeby w ogóle można było uwierzyć, że ktoś nie chce z nią żyć. George Clooney ładnie rozładowuje jej sukowatość, żeby efekt był sympatyczny. Problem w tym, że nigdy nie przechodzą do momentu, w którym mogliby pokazać, dlaczego ci ludzie w ogóle chcą być ze sobą. Ponownie. Widać atrakcyjność ma wystarczyć. Tak jak robienie filmu tylko z pobudek marketingowych – czy to za kawą, kosmetykami albo miejscem podróży.

Oto film, przy którym tylko idzie zasnąć i zapomnieć.

PS. Dlaczego Julia Roberts gra Georgię, a George Clooney nie gra Juliana?

4/5

Blondynka ("Blonde")

8 września | Netflix

Zabójstwo Marilyn Monroe przez cierpiacą Normę Jeane. Fascynujący, chociaż robi robotę za widza.

Andrew Dominic pokazał swoim dotychczasowym dorobkiem, że chociaż bierze na warsztat biografie prawdziwych osób, to nigdy nie ma zamiaru przedstawiać wtedy prawdy, nie rości sobie do tego prawd. Nawet jeśli wyłączyć Blondynkę z tego kontekstu, to film sam w sobie jest wyraźnie celowo odrealniony: wydarzeniom brakuje kontekstu czy ciągłości, pewne sytuacje mają miejsce, poboczne postaci pojawiają się i znikają, nie jest to ani trochę wiarygodne. Reżyser interesuje mit, legenda, jej wpływ na nas oraz zamykanie widza w jednym pokoju z wizją tego, co może kryć się za naszym pobieżnym wyobrażeniem sobie pewnych osób lub ich losów. W końcu my prawdy też nie znamy. I reżyser postanawia się bawić tą możliwością, że my sami możemy sobie w pewnym momencie pomyśleć: „Czy tak było naprawdę?…”

Zaczynamy od młodej dziewczynki wystawionej na kontakt ze swoją matką, która karmi ją marzeniami o ojcu: potrzebą osiągnięcia sukcesu, by zasłużyć na spotkanie z nim. Różne skomplikowane mechanizmy, które potem będą mieć wpływ na jej dalsze życie. Dziewczynką jest Norma Jeane, którą zaczną nazywać Marilyn. Dużo tutaj skomplikowanej psychologii i wydarzeń mających miejsce w abstrakcyjnym wymiarze: tworzenie świata, niszczenia świata, tworzenie ludzi, zmienianie ich. Wiele różnych zabiegów, byle tylko być szczęśliwym. Byle tylko wytrzymać. A mówimy o zwykłej osobie z ulicy, która znalazła się na świeczniku tylko ze względu na wygląd. Każdy w końcu ma problemy. I jakoś sobie z nimi radzi.

Reżyser ubiera tę wizję w piękny język filmowy, tworząc niesamowite sceny i wizualia – byle tylko odbiorca przeniósł się do tego świata i mógł cierpieć razem z protagonistką. Twórcy nie tłumaczą tego świata, ale tłumaczą przesłanie. Aktorzy często mówią kwestie, które mogłyby wyjść od YouTubera robiącego analizę obrazu, nie z samego obrazu. To mocno rozleniwia i osłabia chęć angażu w seans. Wszystko jest w końcu jasne – dzieci powinny się wychowywać bez kontaktu z rodzicami, zgadzam się.

3/5

Cars on the Road - sezon I

8 września | 9 odcinków po 6 min | Disney+

Kolejny z miniaturowych seriali, tym razem w świecie Aut Pixara. Dwa samochody jadą w trasę, bo siostra jednego z nich wychodzi za mąż, drugi dołącza do towarzystwa. Zamiast jednak po prostu tam dojechać, to robimy to w starym stylu: przeżywając przygody i korzystając z niespodzianek, jakimi życie nas zaskoczy.

I to właśnie ta miłość do szerokich dróg prowadzących przez pustkowia, osamotnionych miejsc na które można trafić tylko przy okazji takich podróży – to mnie tu najbardziej ujmuje. Jak cyrk pozbawiony gości, rozbity pośrodku niczego.

Twórcy stawiają na różnorodność – raz bohaterowie nocują w nawiedzonym hotelu, by później uczestniczyć w kręceniu filmu albo odkryć zapomniany świat w stylu czwartego Mad Maxa. Morał jest standardowy i mówi o drogocenności przyjaźni. Jeśli nie chwytacie świata Aut, to ten serial niczego dla was nie zmieni. To tytuł kolorowy, sympatyczny, prosty. Tylko tyle i aż tyle.

2/5

Patrz jak kręcą ("See How They Run")

8 września | Disney+

Z serii: nie chce mi się, więc robię postmodernizm. Śmieszni aktorzy w nudnym filmie.
 
Są takie sceny otwierające, które mówią wszystko. Tutaj narrator opowiada, że wszystkie „Whodunit” (czyli kryminały, gdzie jest morderstwo i chodzi o wyjaśnienie, kto tego dokonał) są takie same i wymienia schematy. Sygnał jest jasny: twórcy nie umieją tego zrobić dobrze, więc będą budować pozory komedii, w której nie ma ani grama humoru. Jest zamiast tego żart za żartem mający na celu zakryć niskie kompetencje twórców. Nie ma więc angażującej zagadki, plejady zapadających postaci, skomplikowanej motywacji, szokującego finału czy ekscytacji z próby rozwiązania zagadki. Zamiast tego jest Sam Rockwell wyraźnie ignorujący dialogi, które dostał do mówienia i z martwym wyrazem twarzy czekający, aż inni skończą mówić swoje okropne kwestie – co jest przezabawne. Naprawdę się cieszę, że pan Rockwell potrafi sobie poradzić nawet w złym kinie i nadal warto jest go oglądać.
 
Patrz jak kręcą to typ produkcji, gdzie jakaś postać mówi, że retrospekcje to zło, by zacząć w ten sposób retrospekcję. Albo zespoilerować cały finał filmu na początku, nazwać go głupim, a potem i tak do takiego finału doprowadzić. Niektórym osobom wydaje się, że jak sami powiedzą coś o sobie negatywnego, to nagle to coś przestaje być negatywne, być wadą, minusem, utrudniać czerpanie przyjemności z seansu. Nie, postać wypunktowała, że to wada, minus i przeszkadza przy oglądaniu, więc teraz… Jesteśmy w punkcie wyjścia. Saoirse Ronan próbuje nowych rejonów i jest nawet śmieszna, a dzięki finałowi wczytałem się w powstawanie Pułapki na myszy Christie i faktycznie, było to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, tylko zupełnie nie kupuję, co film chciał w ten sposób osiągnąć. W jaki sposób pani Christie miała ujmować honoru prawdziwym ludziom robiąc tę sztukę?
 
Dobra, wystarczy. I tak za bardzo się w to wczytuję. Śmieszni aktorzy, nudny film, wracam czytać Christie.
2/5

Pinokio ("Pinocchio")

8 września | Disney+

Klasyczna baśń pozbawiona uroku klasyczności, zastąpiona współczesnością i jej brakiem uroku.

Nowa wersja wśród nowych wersji – ta jest oficjalnym remakiem od Disneya filmu z 1940 roku, ta sama historia i ta sama próba, tylko efekt jest skazany na porażkę. Mamy patrzeć na wróżkę i widzieć wróżkę, ale tak nie jest: po prostu nie stworzono na potrzeby filmu odpowiedniego środowiska, gdzie takie rzeczy, jak wróżka spełniająca życzenia w ogóle pasuje. Oczywiście, można oglądać to na ślepo wychodząc z założenia, że tytuł wystarczy, ale nie gwarantuję, że takie podejście przetrwa do końca seansu. I nie dlatego, że to remake – ale dlatego, że baśniowość jest w naturze tej… baśni. Jak widzimy wróżkę, to nie możemy kwestionować, że to włamywacz – twórcy muszą nas przekonać do magii. Gdy Pinokio tańczy i zachwyca widownię, my musimy uwierzyć w jej reakcję, zamiast czuć się tym manipulowanymi. Gdy bohater odkrywa świat, dla nas to też musi być przygoda, nie odhaczanie punktów. Nie da rady zrobić z tego współczesnego filmu we współczesny sposób, zachowując jednocześnie te wszystkie zbiegi okoliczności i absurdy. Albo jedno, albo drugie – tutaj łączymy te dwie rzeczy. Pinokio na koniec drze ryja do Toma Hanka, jak mu minął dzień, a ten robi minę do kamery i pyta: „zrobiłeś to wszystko w jeden dzień?”. A potem pojawia się potwór i ich zjada. Dzisiejszy widz będzie zadowolony.

Przynajmniej od początku jest jasne, jaki to będzie film. Narrator kłóci się sam ze sobą, w stylu nowoczesnego przekomarzania się symulującego humor czy lekkość, opóźniając rozpoczęcie filmu – zasiadamy do ogniska, przy którym siedzi więc ktoś, kto nie umie opowiadać.

4/5

What We Do in the Shadows - sezon IV

6 września | 10 odcinków po 30 min | HBO Max

Najlepszy odcinek: „The Wedding” (4×6)

Colin Robinson dorasta i Laszlo go wychowuje, Nandor ma dżina i życzy sobie ślub, Nadja założy nocny klub dla wampirów, Guillermo znajdzie sobie chłopaka. Aha, będzie jeszcze odcinek w stylu „Odpicuj mi dom”. Humor jest na miejscu, plus całość kończy się podsumowaniem, że wszyscy potrzebują większej zmiany, więc… Piąty sezon, czekam. Najwyraźniej twórcy mają w planach coś konkretnego.

Zaskakujące, że czwarta seria ma sporo momentów dramatycznych, ale skromnych i pod powierzchnią. Bohaterowie wyraźnie przeżywają wiele razy „moment”, ukrywają prawdziwe emocje lub kłamią, albo nawet wyznają coś, ale będzie to ucięte i szybko schowane pod dywan, ale będzie na ekranie, jak najbardziej. Czarne poczucie humoru, bycie wampirami, pogarda dla życia i głupota bohaterów zbierze tutaj ciężkie żniwo. Jak się nad tym wszystkim zatrzymać, to obejrzeliśmy w tym roku naprawdę dziwne rzeczy. Kto by chciał spin-off poświęcony postaci Frankiego? Albo barze, gdzie gośćmi są znane postaci historyczne, a Ghandi debatuje z Leonardo z Vinci?

Czwarty sezon nadal jest luźnym zbiorem pomysłów o różnej jakości, dostarczając w ten sposób kolejny raz tego, co fani już polubili. Przełom czy rewolucja w formie jest tylko zapowiedziana. Dobra, specyficzna rozrywka.

1/5

Tom i Jerry: Kraina bałwanków ("Tom and Jerry: Snowman's Land")

6 września | VOD

Jeszcze jedna nietrafiona reprezentacja klasycznej kreskówki – tania, niedorzeczna, obojętna

Wydaje się, że nie trzeba wiele filozofii – jedno jest kotem, drugie myszą, będą się gonić – ale nie, w tym filmie każde jest zwierzątkiem innego właściciela sklepu z zabawkami, dlatego jest między nimi konflikt. Sklepy konkurują ze sobą, więc i Tom z Jerrym konkurują, kto jest lepszy. A siostrzeniec Jerry’ego ożywi śnieg i będą mieć nowego przyjaciela. I będą śpiewać. Dużo tu śpiewania, więcej niż gonitw (bo slapsticku praktycznie tu nie ma). Tom i Jerry rozwiązują konflikt śpiewając i czarując, tego mi było trzeba. Naprawdę nie wiem, czemu właściciele praw autorskich do tych postaci uważają takie ich wykorzystywanie za dobry pomysł – tyle dekad bajek, a ja bym nigdy do nich nie podszedł po poznaniu tych nowych produkcji robionych za grosze, bez pomysłu czy czegokolwiek. Więcej tu „Troskliwych misiów” niż czegokolwiek związanego z „Tomem i Jerrym”. Świąt też tu nie ma, poza śniegiem i wręczaniem prezentów na koniec.

Animacja jest niesamowicie bylejaka. Zero cieni, gdziekolwiek, obraz wygląda strasznie płasko, zrobiony w czymś niewiele bardziej zaawansowanym od Painta. Miałem wręcz skojarzenia z grą komputerową o „Różowej Panterze”. A gdy jest przemoc, wtedy każda postać okazuje się być z plastiku. Na samym początku Tom przykłada sobie strzelbę do twarzy, dostaje w twarz dwa razy i nawet się nie rusza, te pociski nie mają na niego żadnego wpływu. Gdzie ta plastyczność, gdzie ból, gdzie krzyki Toma? Gdzie w tym wszystkim „Tom i Jerry”?

2/5

24 godziny ("En los márgenes")

5 września | Canal+

Jedno z tych kin zaangażowanych, które mają blade pojęcie o czymkolwiek. Tutaj o eksmisji w Hiszpanii.

Przedstawiciel hyper-link cinema, czyli kilku wątków dziejących się jednocześnie, przeplatających się i w niewielkim okresie czasu. Pomoc socjalna pomagająca komuś, kto może stracić dziecko, ktoś nie odbiera telefonu od matki, ktoś może być eksmitowany. Niby jest tutaj wrażenie przyziemności i skupiania się na problemach maluczkich, tylko zrobiono to słabo. Z całości bije wrażenie bycia tworem ludzi, którzy zasłyszeli o tym, że taki problem istnieje – i to im wystarczyło. Nie ma tutaj analizy, wiedzy o tym wszystkim, szczegółów. To tylko nagłówkowa produkcja – nawet raz dosłownie leci fragment audycji w radio o rekordowych zyskach spółek energetycznych. To wszystko. Przekaz jest jasny: „bogaci się bogacą kosztem biednych ledwo łączących koniec z końcem”, ale zrozumienia tutaj za grosz, bo… krzyczenie na ulicy wygląda fajnie? Nie wiem.

Twórcy rozbijają się najmocniej na szczegółach. Kobieta wystawia mężowi walizkę na ulicę w środku nocy. I ta walizka jest tam jeszcze do czasu, aż on wróci. Nie pod drzwiami na klatce schodowej, na ulicy. Albo szczęśliwy zwrot w finale, gdy kobieta przez balkon wygląda i widzi, że jadą ją eksmitować… Ale ostatecznie ogarnia, że pod jej blokiem jest cały tłum protestujących, będą jej bronić! Po prostu wygląda ze złego balkonu! xD Odklejenie twórców jest często zabawne w tym filmie. I oczywiście, że będzie czyjeś samobójstwo, takie śliczne. Poetyckie wysypanie tabletek na obrus, eleganckie nalanie wody do szklanki, muzyczka w punkt… Żaden człowiek tak nigdy nie zrobił, ale co twórców obchodzą ludzie? W sensie tak naprawdę: co ich obchodzą?

A tak w ogóle, to czy w Hiszpanii nie ma prawa tzw. dzikiego lokatora? Ten film twierdzi, że obecnie ma tam miejsce sto eksmisji dziennie. Dziwne jak na kraj z jedną z najdłużej istniejących komunistycznych partii politycznych w Europie.

5/5

Duchy Inisherin ("The Banshees of Inisherin")

5 września

„You have no control who tells your story” McDonagh medytuje nad powodami, dla których ludzie żyją.

„Banshee” – duch w folklorze Irlandzkim zwiastująca śmierć członka rodziny poprzez krzyki czy zawodzenia. W najnowszym filmie McDonagha faktycznie jest postać starej kobiety, którą wszyscy wymijają na drodze, mieszkającej z dala od wszystkich – gdzieś w drugim akcie przepowie śmierć, ale bez krzyków czy nachalności, tylko w formie ostrzeżenia. Śmierć w tej historii jest nieunikniona, bohaterowie muszą tylko zadbać o to, by nie dosięgnęła ona niewłaściwych ludzi. Pádraic od lat przyjaźni się z Colmem, ale z jakiegoś powodu dzisiaj wspólne piwo nie jest możliwe. Nie chodzi o to, co ktoś zrobił czy powiedział, nikt nie ma tu negatywnych emocji wobec kogokolwiek, po prostu Colm nie chce się już przyjaźnić z Pádraicem. I ten ostatni nie może tego zrozumieć. Starzy przyjaciele, którzy mają się teraz od tak, rozstać? Dziwny wstęp do dziwnej historii w filmie dosyć zwykłym i absurdalnym jednocześnie.

Moja potrzeba spisania wrażeń – czasami przez postronnych traktowane jako recenzje – ustępuje mojej potrzebie zrealizowania pełnej analizy całego filmu, zastanowienia się nad nim w całości. Tutaj nie mogę nawet napisać, czemu przyjaciele przestają być blisko, chociaż to kwestia ledwo pierwszych 20 minut, a co dopiero głębiej wejść razem z wami w tę opowieść, ponieważ motywacje bohaterów i ich późniejsze działania są istotne. Całość rozgrywa się na wyspie Inisherin, z brzegu można usłyszeć działania wojenne w ramach Irlandzkiej Wojny Domowej i opowiada o zmaganiu bohaterów z codziennością, rzeczywistością, czasem. Teoretycznie jest to czarna komedia, ale nie tylko, a wręcz ledwo chociaż tyle. Zdarzają się zabawne wymiany zdań czy śmieszne zdarzenia, ale to przede wszystkim historia o wewnętrznych przemyśleniach i tym, jak tworzą one świat wokół nas. Przemyślenia, które można zaobserwować wyłącznie na twarzach bohaterów, ale niekoniecznie zrozumieć.

To film do oglądania przez tych nastawionych na kontakt ze sztuką, która chce coś powiedzieć, zostawić po sobie. Przede wszystkim poprzez dialog z potrzebą i zasadnością potrzeby zostawiania czegoś po sobie na tym świecie – czegoś, co mogłoby rezonować z ludźmi żyjącymi setki lat po nas. Co w końcu zostawimy? To, co chcemy zostawić? Czy to, co zostanie po nas niezależnie od tego, jaką mamy nad tym kontrolę? Waszyngton w sztuce Hamilton śpiewał, że nie masz władzy nad tym, kto opowie twoją historię. Bohaterowie McDonagh mają tę możliwość, ale nie są tego świadomi.

Film zaczyna się 1 kwietnia 1923 roku, kończy nieco ponad tydzień później. 10 kwietnia dojdzie do śmierci generała w Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA), walczącej o włączenie Północnej Irlandii do niepodległej względem GB Irlandii. Wcześniej podzielili się, wywołali wojnę domową i przegrali, a śmierć owego generała była wstępem do końca konfliktu. Północna Irlandia jest częścią Królestwa, a IRA żyje do dziś, pod nową nazwą. McDonagh kończy swój film słowami: „Some things there’s no moving on from. And I think that’s a good thing.”. Nie jest jasne, co miał na myśli – on i jego bohater.

Całość dedykowana montażyście, Jonowi Gregoremu. Montował nie tylko poprzednie filmy McDonagh, ale też Mike Leigh czy Drogę czy Donnie Brasco. Zdjęcia do Duchów… zaczęły się miesiąc później.

PS. Plakat to taki spoiler, że nie wytrzymie. Tylko to chyba też ma znaczenie…

2/5

Nie martw się kochanie ("Don't Worry Darling")

5 września | HBO Max

Do oglądania jako jeden z pierwszych filmów w swoim życiu – i tylko wtedy może być świetny.

Kinomani widzieli już wiele produkcji, których bohaterka zaczyna mieć problemy z odróżnieniem rzeczywistości od fantazji – albo żyje w idealnym społeczeństwie, które okazuje się kłamstwem i tylko ona wydaje się je dostrzegać. „Nie martw się kochanie” jest jeszcze jedną taką historią: lata 50 w USA, przedmieścia, on wyjeżdża do pracy razem z innymi mężami, a ich żony zostają w domu i sprzątają. Wszystko jest idealne dopóki… Hm, w sumie chyba ten film nie ma żadnego „dopóki”, po prostu bezpośrednio przechodzi do bohaterki mające różne wizje, podejrzenia i tak dalej, znacie to. Takim momentem mogło być chyba lądowanie samolotu, ale już wcześniej miała podejrzenia, ale te były niemrawe. Zresztą ten samolot to też lipa, bo tylko się obudziła w domu po wszystkim, nie pamiętając powrotu. I czemu ten samolot w ogóle miał miejsce, skoro w obliczu wyjaśnienia nie miało to żadnego sensu? Generalnie to schemat klasycznie źle zrealizowany.

I mogę sobie wyobrazić, że jeśli czegoś takiego w życiu jeszcze nie widzieliście, to wtedy… będzie wam się ten film podobać. Jazdy na jawie, surrealistyczne doświadczenia, wszystko będzie trochę „inne” – jak to widziałem pierwszy raz w życiu, to mi się podobało samo w sobie i w ogóle tego nie kwestionowałem. Jest jednak różnica między filmami, które po prostu to robią, a takim „Truman Show”, które pomimo powtórek pozostaje jednym z moich ulubionych filmów i nadal mogę go oglądać. A tutaj powstaje nowy film, który oglądam z niechęcią, bo czuję się, jakbym już go widział i nie polubiłem go już wtedy – a ta różnica to kreacja świata i postaci, które nadałyby temu unikalnego posmaku. Dzięki niemu to doświadczenie – chociaż nadal podobne – byłoby czymś świeżym. To jednak nie jest nic świeżego, to powtórka, my odbywamy tę samą podróż ponownie. A w tym wypadku taki rodzaj opowieści zupełnie się nie sprawdza, bo oglądamy ją z dystansu, nie umiemy się wczuć w bohaterkę i jej schizy.

Które, zresztą, są całkowicie niewłaściwe i idiotyczne. W jednej scenie ściany domu zaczynają przygniatać Alice do szyby – niby jakie jest tego wytłumaczenie? Bo finał w ogóle nie adresuje tego typu odpałów.

Wiemy, że to jest przedstawienie, widzimy schemat, widzimy też niedorzeczne zachowanie bohaterki. To wszystko nas odpycha od filmu, którego jedyną atrakcją są schizy protagonistki, które znudziły się nam 20 filmów temu. W kluczowej scenie podejmuje walkę i krzyczy podczas kolacji na tego, kto niby może być organizatorem tego całego zamieszania: oboje krzyczą na siebie. Debatują, jedna strona zbija drugą, obnażają nawzajem swoje kłamstwa albo słabości… I wtedy jakaś baba się odzywa, wszyscy pozostali milczą. Baba wali monolog do protagonistki pt „jak śmiesz takie oskarżenia rzucać” – czemu bohaterka wtedy milczy? Bo tak mówi schemat. Ten film umie się słuchać wyłącznie schematu. Łącznie z tym, że końcowe wyjaśnienie nie może się trzymać kupy.

A co „Nie martw się…” chce powiedzieć przy pomocy tego wszystkiego? Chyba na siłę chce nienawidzić mężczyzn – nawet wtedy, gdy sam film na to nie chce iść. W skrócie wszystko okazuje się spełnieniem męskiej fantazji, w której facet zaspokaja wszystkie potrzeby kobiety, to on zapewnia utrzymanie, po powrocie do domu jest seks i kolacja, własny dom i co tam jeszcze chcecie. I chociaż okazuje się, że niektóre kobiety też biorą w tym udział z własnej woli, to bohaterka nadal płacze i krzyczy: „o mój boże, te biedne kobiety, zniewoliliście je!”. I chyba tylko widzowie w tym momencie pomyślą: „a może niektórzy faceci też zostali zniewoleni przez swoje kobiety?”. Film jednak o tym nie myśli. Generalnie ten film mało przemyślał cokolwiek.

5/5

Wieloryb ("Whale")

4 września | Kino

Piękny film o pogodnym człowieku, który kocha swoją córkę.

1/5

Gdyby ściany mogły śpiewać ("If These Walls Could Sing")

3 września | Disney+

McCarthney znowu opowiada o The Beatles, Pink Floyd opowiada o Davidzie Gilmourze. Poziom: „pierdoły”.
 
Teoretycznie jest to „dokument” „opowiadający” o studiu Abbey Road i jego dorobku. W praktyce jest to tylko pretekst do mówienia o tym, co widownia już lubi, więc słuchamy jeszcze raz o połowie dorobku The Beatles czy Pink Floyd. Są tu inni artyści, których nie znałem, ale wtedy i tak się wyłączałem, ponieważ mało mnie to interesowało – a to dlatego, że w takich momentach mocno uwidacznia się poziom merytoryczny całości. A ten poziom to: „pierdoły”. Gdy mówią o Beatlesach to tak nie przeszkadza, wtedy przynajmniej leci w tle muzyka, którą lubimy. Gdy jednak starają się wspomnieć o czymś, czego nie znam, nie ma nawet tego, ponieważ ani razu nie mówią niczego interesującego. Faktycznie prawdziwi artyści siedzą i mówią, robią to z pasją, ale jest milion lepszych dokumentów na ten temat. Ten jest tylko zbiorem wspomnień czy haseł.
 
90 lat działalności studia w półtorej godziny, z czego większość czasu to gadanie o płytach The Beatles. Czy oni są poważni?
2/5

Dobranoc Oppy ("Good Night Oppy")

3 września | AVP

Dokumentalne zero, ale szanuję popularyzacje dokonań naukowych.
 
Twórcy razem z magikami ze studia Light & Magic odtwarzają historię misji na Marsa z 2003 roku, gdy wysłali dwa roboty na Czerwoną Planetę. Miały one badać jej powierzchnię i starczyć na 90 dni, a starczyły na o wiele więcej i były spełnieniem marzeń naukowców i inżynierów z NASA. To wielkie osiągnięcie tego tytułu – pokazanie naukowców jako ludzi, którym praca przynosi szczęście, którzy się cieszą i ekscytują nowym dniem i jego możliwościami. Tacy sami ludzie jak my, tylko my wiwatujemy podczas meczu, a oni podczas relacji z lądowania. Ogólnie ten tytuł potrafi utrzymać uwagę, dając nam energicznych ludzi, muzykę pop czy dramaturgie. Wizualnie mogłoby być bardziej angażująco, bo takie lądowanie na Marsie nie jest niczym szczególnie się wyróżniającym muzycznie lub jakkolwiek. A chyba powinno.
 
Jednak jako dokument? Zero wartości. Odkryli wodę na Marsie i to tyle. Popularyzacja nauki to jedno, ale tak w ogóle bez podawania tego, co ta misja komuś dała? Żeby widz wyszedł z seansu z jakąś nową wiedzą? Twórcy założyli, że tego nie będzie. Tylko półtorej godziny oglądania, jak ludzie wyrażają ekscytację z jakiegoś powodu. Dajcie spokój…
 
Ładny, miły, grzeczny, dla wszystkich i pozytywny seans. Pusty w środku.
3/5

All The Beauty And The Bloodshet

3 września | VOD

Aktywiści o sobie bardziej niż o misji. I nadal nie mówią wystarczająco o sobie.

Bohaterka tego dokumentu jest fotografem i razem ze swoimi wspólnikami jest zaangażowana w sprawę firmy farmaceutycznej, która coś tam, coś tam, ludzie umierają przez nią. Szczegóły to tam pikuś, nawet ogólny zarys sprawy jest przedstawiony w mętny sposób – ale na przestrzeni całego dokumentu można pozbierać fragmenty, z których wynika, że lobbowali w środowisku medycznym podawanie ich środku osobom uzależnionym, przez co chorzy umierali, a biznes kwitł. To generalnie wszystko. I z tych pieniędzy sponsorują muzea, więc teraz pani fotograf z kolegami drą ryja w owych muzeach, żeby wywrzeć na nich presję, aby przestali brać pieniądze od tych firm farmaceutycznych.

Do tego dostajemy podróż przez życie pani fotograf i jej bliskich, jej środowiska i ludzi, których poznała. To wyraźnie opowieść bardziej skierowana na artystów i jak oni się czują – na jednej rozprawie pani fotograf czyta z kartki i wyznaje, że była uzależniona, a teraz jest w trakcie odwyku. I podkreśla, że nie czuje z tego powodu wstydu. Nikt nie pytał, nikt nie osądzał, ale trzeba to powiedzieć najwyraźniej. Temat wstydu nie jest zgłębiony, nikt też nie kwestionuje zasadności jego braku – może wstyd byłby akurat na miejscu? Mówią tylko, że nie można osądzać osób uzależnionych i coś tam, coś tam, to nie ich wina. Osobiście – znam dzieła sztuki, gdzie są historie osób, które zeszły na samo dno i się od niego odbiły, a teraz mówią szczerze o tym doświadczeniu w pełni. Przyjmują to na klatę, prezentują kim byli, kim są teraz, jak z tego wyciągnęli wnioski, jak się zmieniali. All The Beauty... pokazuje okres narkotyków i przygód bez komentarza, nie wchodzi w te osoby, nie obnaża ich. Mogą nam pokazać ich miejsca intymne, ale własnej duszy się wstydzą. Grzeczna i miła to wiwisekcja, taka pobieżna i bezinwazyjna, która „chce” dobrze. Nic więcej.

Część aktywizacyjna jest równie pobieżna. Wszystko jest w skrócie, relacjonowane przez osobę niezainteresowaną ekonomią, polityką czy ciągiem przyczynowo-skutkowym. Na końcu powiedzą, że coś się stało, standardowy biały tekst na czarnym tle czy coś, zero niespodzianek. Muzea w końcu przestały brać pieniądze od tych ludzi – tylko co to znaczy? Mają teraz mniejszy budżet i musiały kogoś zwolnić? Biorą te pieniądze z innego źródła? Miasto ich wsparło kosztem placu dla dzieci albo remontu dróg? Nieważne, przytulą się, ucieszą, będzie symboliczne zwycięstwo i kończymy. Planeta uratowana, Wenecja wygrana, krytycy szczęśliwi.

3/5

Argentina, 1985

3 wrzesień | Prime Video

Wzorowane na JFK. Tam Costner dowalił 40-minutowy monolog i skończył mrożącą ciszą. Tutaj gość czyta z kartki przez 5 minut i zbiera oklaski.

Tematem filmu są autentyczne wydarzenia mające w Argentynie, które potem trafiły do sądu. Film nie jest zbytnio zainteresowany opowiedzeniem tej historii, bardziej jej streszczeniem, więc robi najmniej, jak się da. Zainteresowanym najwyraźniej to wystarcza: podjęcie tematu i powiedzenie o nim jedynej, słusznej rzeczy. Źli są źli i mają iść do piekła, naród Argentyński tego się domaga. Wystarczyło w Cannes, wystarczyło do zgłoszenia na Oscary.

Dostajemy więc standardowe elementy – dobrze wykonane, ale to wszystko. Prokuratura musi być dzielna, oskarżeni są pewni siebie i grożą bohaterom w delikatny sposób. Trudno mówić o napięciu lub zaangażowaniu. Gdy w końcu trafimy na salę sądową, to zeznania będą podawane w pośpiechu, a montaż zastąpi narrację. Niech wszystko przekłada się, niech wszyscy się przekrzykują w nakładaniu jednej sceny na drugą, jeszcze głos z OFF-u dodajcie. Na dodatek film i tak się urywa w momencie składania apelacji, bo w sumie i tak powiedzieli tylko tyle, ile od początku zakładałem, że powiedzą. Nie musieli tego mówić do końca – sukces narodu, Argentyna silna, źle przegrali, radość. Tylko o co chodzi?

W wielkim finale bohater w rozmowie zostaje oświecony: musi zrobić dobrą mowę końcową. Więc to robi. Czyta z kartki przez pięć minut, a montażysta i operator robią co mogą, by dynamicznie zaprezentować statyczną salę. Przemowa nie jest niczym specjalnym – ot, że za przestępstwa powinna być kara piekła. Gdy się kończy, wszyscy zaczynają klaskać. Kolega się pochyla i mówi: „Dobra robota”. Kompozytor włącza podniosłe smyczki. Wspaniała scena, zapomnę ją natychmiast.

Pewnie dobrze, że taki film powstał. Szkoda, że nie zostanie w pamięci.

5/5

Pearl

3 września

Life is brutal, dlatego na farmie są widły i aligatory. Śmieszy i przeraża w jednym seansie.

Rok 1918. Koniec pierwszej Wojny Światowej, czasy Hiszpanki. Tytułowa bohaterka żyje na farmie, w izolacji przed wirusem razem z resztą rodziny. Czeka tylko na męża, który wyjechał na wojnę. Rzeczywistość jest nudna i przykra, dlatego Pearl fantazjuje, chce tańczyć i być gwiazdą – pod spodem jest oczywiście potrzeba miłości, niezaspokojona przez twardą matkę oraz sparaliżowanego ojca na wózku, który wymaga całkowitej opieki we wszystkim. Takie życie niczego nie oferuje, dlatego bohaterka ucieka do świata marzeń. Takie przedstawienie dla wielu może nie wystarczać, ponieważ twórcy duży ładunek kładą na monolog umieszczony pod koniec opowieści, trwający 6 minut i 20 sekund (znaczy monolog jest dłuższy, ale na początku są cięcia, te sześć minut to jedno ujęcie), który dużo bardziej wchodzi w historię tej postaci i jej perspektywę, jak stała się tym, kim jest w filmie. Jakkolwiek ten monolog nie jest imponujący pod każdym względem, to jednak ten prequel bez niego jest mało prequelowy. Przedstawia nam tę postać, ale nie pozwala jej zrozumieć, a wręcz grozi niebezpieczeństwem zaszufladkowania jej przez wielu widzów jako psychopatki, gdy w rzeczywistości to bardzo złożona postać.

Sam myślałem, że to trochę parodia prequeli – te wszystkie „drobne” nawiązania do filmu X wywoływały u mnie uśmiech politowania. Tamten film w końcu był parodią, a tutaj w openingu protagonistka widzi żywą gęś i nabija ją na widły bez powodu, a potem zanosi nad wodę, by nakarmić nią aligatora. Jak takie coś można traktować poważnie? Cóż, jednak można, tylko zajmuje to bardzo dużo czasu. Opowieść trwa, a ja z czasem coraz bardziej byłem zaangażowany w tę tragiczną historię. Ten film pozwala ją poczuć, współczuć Pearl i zrozumieć, jak stała się tym, kim jest obecnie. Ponoć ten tytuł jest nazywany „Jokerem w wersji żeńskiej” i coś w tym jednak jest. To intrygująca historia o marzeniach na temat innego świata, w którym można zacząć wszystko od nowa. Tutaj obecny świat jest koszmarem, którego nie można porzucić, zawsze będzie w tobie i za tobą. Brak miłości jest początkiem każdego zła w tym świecie, wszyscy się nienawidzą – nawet jeśli to nie prawda. Zaczyna się od nienawiści wobec jednej osoby. Potem wobec siebie. A potem dopiero przychodzi reszta.

Na to jednak trzeba poczekać, praktycznie do samego końca – do monologu oraz uśmiechu, gdy lecą napisy, a nasza protagonistka nie mruga przez prawie dwie minuty, starając się ze wszystkim sił podtrzymać iluzję tego, co uśmiech wyraża. Wtedy dopiero czujemy to samo, co czuje ona. To może być film do oglądania wielokrotnego, bo wcześniej głównie czekałem na jakiś horror. Ten film miał być w końcu horrorem, prawda? Horror trwa jednak cały czas, tylko twórcy w pełni o nim mówią zbyt późno.

3/5

Sr.

2 września | Netflix

Włączenie kamery i liczenie, że coś z tego wyjdzie, jako metafora życia. To powinno zostać w nagraniach prywatnych.
 
Robert Downey był reżyserem jednych z najniżej ocenionych filmów na IMDb i zmarł w 2021 roku. Zanim to się stało, to w 2019 roku jego syn zaingerował kręcenie filmu z nim… O nim. O nich. O ich przeszłości. O tym, co ich łączy. Co znaczyli i znaczą dla siebie nawzajem. Niewielu z nas pewnie widziało filmy seniora chociażby we fragmencie, więc możemy zobaczyć tę część czyjegoś życia, jak opowiada o tworzeniu. Tylko co z tego wynika? Wyciskacz łez, oczywiście. Pod koniec wręcz myślałem, że nagrają, jak senior umiera w łóżku. Żal za kończącym się życiem kogoś, kto był dla nas tak istotny i ostatnia próba zrobienia czegoś razem z nim. Tylko to nadal jest coś wyłącznie osobistego. To nie jest metafora lub fabuła z drugim, osobistym dnem, tutaj nie było kreatywności, jedynie włączenie kamery i tyle. Na koniec Junior podsumował, że sam nie wie, co zrobili, ale stwierdził, że takie jest życie. Pojawiasz się, robisz coś i umierasz. Wygodne, a ja nie wyrażam zgody na coś takiego. Sztuka zasługuje na więcej. Widz zasługuje na więcej. To był prywatny projekt i takim powinien pozostać. Chcieli to wypuścić, dobrze, ale nie ma powodu, aby to oglądać – chociaż pewnie znajdą się kinomani, którym ten film przypomni, aby zadzwonić do ojca i złożyć mu życzenia. Raz. Większego wpływu ten film na nikim nie wywrze. Ja tym jednym zdaniem osiągnąłem to samo, co oni kręcąc dwugodzinny film.
1/5

Szczęścia chodzą parami

2 września | C+

Polacy robią komedię, więc do standardowych wad dochodzi jeszcze brak komediowego wyczucia
 
Pomysł jest następujący: on przynosi pecha, więc jak ktoś się z nim umawia, to też ma pecha. Koniec. On pracuje jako terapeuta związków, ona projektuje samochody. Spotykają się i przekomarzają, żeby nie było za słodko, ale generalnie są razem i tyle, tylko no właśnie, on przynosi jej pecha i wywiązuje się z tego komedia na papierze. Na taśmie filmowej twórcom brakuje komediowego wyczucia, aktorom brakuje reżysera mogącego ich poprowadzić, żeby ten humor wydobyć ze skryptu. Są tutaj gagi, pomyłki, nawet dowcipne dialogi… I chyba tylko pan Tomasz Karolak wiedział, co robił. Cała reszta jest dwa poziomy pod nim, po prostu mówią swoje kwestie, a montażysta robi pauzy, by dać znać odbiorcy, że to miało być śmieszne. Gagi bardziej wizualne, jak ten z psem, który podpala ostatecznie bocianie gniazdo… Jak to czytacie, to pewnie się uśmiechacie, ale w filmie wszystko zawodzi i po obejrzeniu efektu finalnego tylko żałowałem na myśl, jak o wiele lepiej można było to zrobić. I jak mogłem się lepiej bawić. Bez tego wyczucia komediowego oglądam tylko kolejną bzdurną historię pełną idiotycznych zwrotów akcji.
 
Główny duet ma chociaż jakąś chemię między sobą, bo patrząc przez pryzmat scenariusza w ogóle nie kupuję ich jako pary. Po nocy w hotelu oboje się wymykają cichaczem, ale tak naprawdę to żadne tego nie chciało i w sumie chcą kontynuować znajomość i być razem?… Finał to największe kuriozum, bo ona teoretycznie uczy się, że jego pech przyniósł jej szczęście i chce z nim być, tylko on myślał, że zrujnował jej życie, więc wstąpił do klasztoru i zniknął. Czy więc ta historia o silnej i niezależnej kobiecie ma finał, w którym kobieta coś robi? No coś ty xD Siedzi na dupie 313 dni, aż on zobaczy jej zdjęcie w gazecie i bez żadnego powodu zmieniającego jego poprzednią decyzję o życiu w ascezie ruszy do miasta, by powstrzymać jej ślub. Którego chyba i tak nie brała, była tylko gościem?… Więc się spotykają, on jej mówi: „nie mogę bez ciebie żyć” i happy end. Obok samochód się psuje, ona chce pomóc, on jej mówi: „daj se spokój” i nie pomaga… I na tym kończymy. Czyli to by wyglądało identycznie, gdyby ona nie nauczyła się niczego, a jego pech nie przyniósł jej szczęścia, to było wszystko całkowicie zbędne. Kurczę, ale skopali ten finał…
 
Ale mogło być gorzej.
2/5

Na podsłuchu ("Wire Room")

2 września | APV

Dwie godziny oglądania, jak ludzie gadają przez telefon. Drama z Entoruage trzyma poziom.

Kino czasów covida, gdy twórcy muszą radzić sobie z ograniczeniami, co wychodzi różnie – tutaj wymyślili film o agencie specjalnym prowadzącym obserwację przestępcy, akurat wtedy, gdy ktoś zagraża jego życiu, więc agent postanawia złamać wszystkie zasady, skontaktować się z przestępcą i pomóc mu ujść z życiem dzięki podsłuchowi oraz monitoringowi. Mamy więc w zasadzie kino ludzi pojedynczo przebywających w jakimś pomieszczeniu, gadającym do powietrza (bo komunikują się telefonicznie bez trzymania go, tylko słuchawki bezprzewodowe najczęściej) i raz na 40 minut coś się stanie.

To doprawdy idiotyczny film i pewnie twórcy nawet nie przewidzieli, jak komiczny będzie efekt. To jeden z kilku filmów Bruce’a Willisa z 2022 roku – wiecie, jak wygląda jego udział tutaj? Polega on na dzwonieniu do niego, żeby ruszył dupę i przyszedł, a on odmawia xD Na początku filmu był, powiedział trzy zdania i poszedł, „Nie przeszkadzajcie mi”, ale na koniec przyszedł i zrobił swoje. Ilość idiotyzmów fabularnych przytłacza i bawi, z każdą kolejną głupotą coraz bardziej. Na dzień dobry dostajemy przestępców dzwoniących na telefon o którym wiedzą, że jest na podsłuchu – i grożą policji, przy okazji przyznając się do przestępstw. Dom jest na monitoringu? Wysyłają tam swoich ludzi, którzy dokonują czegoś nielegalnego, a potem są zaskoczeni, że to było widać. I zostało nagrane. A gdy mordercy jadą do bohatera mu wpierdolić, to czy wtedy organizuje sobie jakieś wsparcie? Nie no, po co, wystarczy Bruce Willis. Nie mogę też nie wspomnieć o początkowym przestępcy, który był obserwowany i dzięki temu uratowano mu życie – Drama zadzwonił do niego i powiedział: „Po lewej masz typa, zastrzel go”, na co on: „Ej, skąd wiesz? Obserwujesz mnie? Są tu kamery?”, na co Drama: „Nie no co ty, mordo, żadne kamery” i tamten mu wierzy. I potem jest z siebie dumny, że jednak przejrzał kłamstwo.

I jest to okropnie tanie. I jest to okropnie biedne kino, ale jednak widać, że twórcy skaczą tutaj wokół ograniczeń i „tego, co mają”, robią coś dosłownie z niczego. To nie jest tak, że jest tutaj coś zrobione źle, że scenariusz jest zły czy coś: tego scenariusza po prostu nigdy nie było, ale film i tak zrobili. Casting aktora grające Dramę naprawdę tutaj pomaga dostrzec ludzi po drugiej stronie kamery, więc trudno jest się gniewać. Pożartować podczas seansu można, nie jest to udane kino i tyle, bez spiny. Jest dużo gorszych rzeczy.

Właśnie zdałem sobie sprawę, że już widziałem inny film z Dramą oraz Brucem Willisem z 2022 roku… I dosłownie nic z niego nie pamiętam. Nawet przeczytanie wrażeń własnych dało mi tylko jakieś pojedyncze ujęcia czy coś, tamten film jest aż tak niezapadający w pamięci. Tym bardziej wypada pochwalić ten tutaj: Wire Room z pewnością zapamiętam. Co najmniej w pięciu procentach.

3/5

Ocelot ("Wildcat")

2 września | APV

Urocze!

Młody żołnierz po wojnie leczy depresję i inne doświadczenia, pomagając osieroconemu ocelotowi (drapieżnik z rodziny kotowatych) w powrocie na łono natury. Osiemnaście miesięcy i będzie po wszystkim, więc siedzą w lesie i krok po kroku starają się pomóc zwierzęciu, aby ten przetrwał w nowych warunkach. Naprawdę dobrze jest wiedzieć, że są ludzie zajmujący się takimi rzeczami. Dużo tutaj ujęć z ręki skierowanej na twarz żołnierza, który w trakcie prowadzi vloga i jest bardzo egzaltowany, wiele uzewnętrznia i najczęściej czułem, jakby to był film o oglądaniu jego emocji, a nie przeżywaniu ich razem z nim. Dużo mówi o tym, jak się czuje, co myśli, cały czas dokłada dramaturgii mówiąc o tym, jak coś jest ważne, jak terminy gonią, jak jest niewiele czasu na coś i że jak to się nie uda, to kto wie, a jeśli ocelot sobie nie poradzi, to będzie… nie będzie dobrze *wytarcie łzy*

Czuję, jakby pełny metraż z tego był złą decyzją. Jakby to był średni metraż, wtedy twórcy nie musieliby tak dużo dodawać i wypychać zawartością, zamiast tego tylko pokazać relację tego człowieka i kota. Wtedy ten tytuł jest najlepszy – gdy Keanu wrócił po pierwszej nocy spędzonej razem i żołnierz po prostu rzucił kamerę na bok, żeby się przytulać z podopiecznym… To było piękne. Naprawdę trzeba chwalić Ocelota za to, że jest przede wszystkim o tym, na co wskazuje. Kamera nie jest skierowana na aktywistów czy ekologów i jacy oni są fajni, że się tego podejmują, nie – tutaj ich cel jest najważniejszy, oraz osobista podróż. Jak pomaganie innym może pomóc nam oraz jak wojna niszczy, ale miłość naprawia.

3/5

Do ostatniej kości ("Bones and All")

2 września | APV

No proszę, Chalamet nieźle wygląda bez koszulki.

Zacznę bezpiecznie: jest to film tak ogólnie o młodych osobach szukających swojego miejsca na świecie, szczególnie tutaj rozbrzmiewają gdzieś motywy „zasługiwania na życie”, bo życie na tej planecie skonstruowano tak, aby coś zabierać innym, by samemu żyć dalej. Trzeba konsumować, ranić innych i piętnować ich, aby samemu kontynuować swą egzystencję. I bohaterka tego filmu właśnie staje przed tym dylematem, a kontynuując ogólny zarys fabuły, my oglądamy, jak wyrusza w podróż, aby odnaleźć matkę. Nie chcę niczego zdradzać, ponieważ sam film trochę celowo robi wszystko w nijaki sposób, tracąc widza w ciągu sekund – i gdy ten zaczyna żałować, że włączył, dowala znikąd naprawdę mocnym akcentem. Nie ma on najmniejszego sensu i podważa wiarygodność protagonistki, ale przynajmniej coś się zaczyna dziać w tym filmie. A to dobrze zapowiada resztę seansu.

A jest to seans filmu, który miał jeden pomysł na siebie i gubi się dosyć wcześnie, aby zrobić z niego film trwający ponad dwie godziny. Ewidentnie brakuje tutaj zarówno artystycznej dojrzałości jak i filmowych umiejętności, aby rozwinąć obiecującą ideę na opowieść o współczesnych młodych osobach, sprowadzając w sumie go dosyć szybko do dylematu nad mięsożernością, a patrząc na film jako całość, naprawdę trudno powiedzieć, co miało z niego wyniknąć – jakby reżysera interesowały tylko kostiumy i plenery, improwizował na bieżąco i stwierdził, że jakiś tragiczny finał zapewne będzie pasować. Nawet jeśli nie będzie to mieć sensu, a w tym wszystkim giną momenty naprawdę godne lepszej produkcji (jak spotkanie z matką, którą tutaj rozwinięto w słuchanie czytania listu, gdy matka cierpliwie czeka na koniec – kolejny raz ten film gardzi posiadaniem sensu). Muszę do tego dodać prawdopodobnie najgorsze dialogi 2022 roku, to prawdziwy punkt odniesienia dla innych tragicznych dialogów. Wszystkie są strasznie zrealizowane, ale są tu po prostu całe sceny, gdzie aktorzy nie robią nic innego poza mówieniem zdań takich jak: „Ty jesteś taka i taka, czujesz to, to, to i to, dlatego robisz to, to, to i to, ale zrozum, ja jestem taki i taki, dlatego zrobiłem to i to, dlatego ty masz taki wybór: to albo to, rozumiesz?”. To najgorsze, co dialogi mogą zrobić, zarówno aktorom jak i opowieści: odbierają im życie.

Wszystko to składa się na film pozbawiony życia. Bohaterowie się spotykają i kontynuują razem podróż, bo tak pisze w scenariuszu, a nie dlatego, że jest między nimi jakaś chemia, relacja. Są jacyś, bo tak mówią, ale nie dlatego, że tak się zachowują. Przez to historia może tylko angażować tylko wizualnym uczuciem, jakie reżyser ma do bohaterów. Albo do ich kostiumów i czasów, w których żyją.

4/5

Athena

2 września | Netflix

Nie wiem, na ile wydarzenia przedstawione na ekranie mają jakiś związek z rzeczywistością, tutaj twórcy chyba tylko inspirują się ogólnym nastrojem społeczeństwa oraz konfliktami z policją, dając nam nawet w teorii mało wiarygodną fabułę o trzech francuzach z Algierii, z których każdy w tym samym konflikcie stoi po różnych stronach. Ot, byle tylko były różne strony na to samo i by widz mógł spojrzeć na to samo wydarzenie z różnych perspektyw, dostrzec ich racje. Przynajmniej w teorii.

W praktyce odebrałem każdą postać jako prostą i banalną, każda jest też popychana do ekstremum. Opowieść idzie dalej w przewidywalny, prosty sposób, dając nam znajomy i spodziewany morał. To kino udające bycie zaangażowanym społecznie, ale nie ma własnego głosu ani też zaangażowania z doświadczenia. Wszystko to raczej z perspektywy kogoś, kto czyta gazetę, różne wydarzenia zlewają mu się w jedno i postanawia „coś z tym zrobić”.

Całe szczęście „zrobił” film powalający wizualnie. Długie ujęcia wypełnione akcją i treścią, masywne plenery, spektakularna choreografia, złożoność na złożoności. Takie rzeczy współcześnie spotyka się głównie w teledyskach, a tutaj mamy pełnometrażowy film wypełniony tym po brzegi. No cudo.

Tylko się tak trochę przyczepię, że w sumie cały ten wizualny przepych całkowicie odbiera realizm i szkodzi historii – nawet gdyby ta była udana. Powinienem oglądać starcia uliczne, a zamiast tego oglądam artystyczną interpretację, gdzie główny bohater uderzy dwa razy pięścią, rozejrzy się majestatycznie z przejęciem (slow mo), krzyknie jak ktoś większy od życia… Tutaj wszystkie te elementy zmieszczone w kadrze są tylko po to, aby podkreślić jeden, najważniejszy. To nie tłum ludzi i chaos, walka i wojna – nie, to spektakl, wykalkulowany i pełny emocji, gdzie bardziej liczyła się strona wizualna niż historia i idee za nią stojące. Walka z policją, która w końcu zostaje otoczona, kamera się odsuwa, motocykle zaczynają jeździć w kółko wokół mundurowych, tłum jednocześnie wystrzeliwuje race, no wygląda to obłędnie. I nie bardzo mogę się ślinić na ten widok, ponieważ mam wątpliwości, czy powinno wyglądać obłędnie.

2/5

Osobliwość ("The Wonder")

2 września | Netflix

Z serii: oszołomy religijne są fuj. Trochę starają się to udziwnić chociaż.
 
Film zaczyna się na planie zdjęciowym – od samego początku zostajemy więc poinformowani, że oglądamy fikcję. Ten zabieg wróci potem parę razy, ale bez wyraźnego celu – coś o tym, że opowieści są ważne, nadają sens życiu. Było to wielokrotnie, a Osobowość idzie z tym na skróty w typowy sposób. Efekt jest taki, że trochę uatrakcyjnia to wizualnie całość, ale już nie wzbogaca tematycznie. Co więcej sami twórcy idą na łatwiznę, bo skoro ich historia i tak jest podrasowana taką efektowną ramą, to nie musi być atrakcyjna sama w sobie – a przynajmniej wyszli z takiego założenia jej autorzy. Przez to dostajemy fabułę, w której mało kogo idzie zrozumieć i niewiele działań bohaterów ma sens.
 
Irlandia, czasy dawne. Bohaterka Osobowości jest jedną z pierwszych pielęgniarek (a więc osoba reprezentująca naukę) i ma za zadanie ustalić prawdę: czy dziewczynka twierdząca, że nie je od miesięcy, faktycznie jest cudem? Pielęgniarka będzie z nią spędzać czas, robić pomiary oraz obserwować. Szybko wyjdzie na jaw, że okoliczna społeczność bardziej jest zainteresowana cudem niż życiem dziewczynki i jeśli umrze, to umrze. Całość ma syndrom Dwunastu gniewnych ludzi Lumeta, tzn. trzeba czekać do 70 minuty, zanim bohaterowie zrobią pierwszą logiczną rzecz – i będzie to jedna z niewielu takowych. Opowieść jest dosyć statyczna i czeka bardziej na ilość minut na liczniku niż wydarzenia, które coś zmienią – trzymamy się niewielkiej obsady, która ma ze sobą niewiele interakcji, mało pochylenia nad ich psychologią i przez to opowieść jest nie o postaciach, ludziach, konflikcie tradycji z nowoczesnością, wiary i nauki, religii i człowieczeństwa, ale o przesłaniu. A przesłanie odgadujemy w ciągu pierwszych minut, tylko ta rama z „to jest fikcja” nie bardzo się z tym łączy i czekamy na rozwinięcie, które nie bardzo następuje.
2/5

Kryptonim Polska

2 września | Netflix

Ciężko ogarnąć ten film i w efekcie go zlekceważyć na początku, podsumować nic nie mówiącymi słowami w stylu: „Ten tytuł jest upośledzony” i zamknąć temat, zapomnieć o wszystkim. „Kryptonim Polska” jest idiotyczne, nieśmieszne i niewydarzone, ale w rzeczywistości problem polega na tym, że jest o niczym i został zrobiony przez ludzi nie mających pojęcia o tym, jakie środowiska portretują. I to jest wyraźne nawet wtedy, gdy sami nie macie kontaktu z takim środowiskiem, ponieważ bohaterom brakuje zwykłej logiki, spójności i ludzkiego podejścia. Oto oglądamy polskim nacjonalistów próbujących… Cholera wie co. I jest dziewczyna, którą zdradził chłopak, więc wyprowadza się do Białegostoku, gdzie spotyka chłopaka, który jest fajny, tylko… Należy do wspomnianych nacjonalistów. Z jakiegoś powodu. I teraz chodzi o to, że jednocześnie jest naziolem, ale na 50%, żeby dziewczyna się nie skapnęła. Coś z tego rozumiecie? Bo ja nie. Widzę tu tylko próby scenarzystów, żeby ten film był o czymś, więc idą w schemat, który jako tako pasuje, tak po chińsku, hehe. A potem naziole stwierdzą: „Dobra, podkładamy bombę” przy tęczy na Placu Konstytucji (pamiętacie to jeszcze?), nie uda im się, chłop z dziewczyną będą się całować i koniec filmu. Coś z tego ogarniacie?
 
Powyższy żart z „jako tako” w porównaniu do żartów z filmów jest faktycznym żartem. Wydaje się z samego seansu, jakby pisanie skryptu polegało wyłącznie na tym, by napisać 500 żartów i jakoś potem z tego wyjdzie film, tylko te żarty nie są zakorzenione w jakimś konkretnym wizerunku tych dwóch środowisk. A raczej wizerunku, który istnieje tylko w memach na grzecznych stronach dla całych rodzin. Dwaj naziole grają w Fifę – obaj Polską, hehe. Z drugiej strony z lewaków nie ma żartów, bo to chyba ta „właściwa” strona, więc mowy nie ma, żeby pstryknąć im w nos z jakiegokolwiek powodu. Chyba że żartem z nich jest ten chłopak na początku, co przekonywał do wolnych związków. Albo ten sojowy chłoptaś na końcu gadający o tym, że trzeba zacząć słuchać kobiet – chociaż to akurat żart z kobiet, które na takie teksty lecą.
 
„Kryptonim Polska” jest kinem miałkim, obojętnym, męczącym i generalnie do wyłączenia. Ma jedną dobrą scenę, gdy chłopak i dziewczyna są razem zapakowani do furgonetki i oglądając tylko ją można nawet być pod wrażeniem, że cały film musi być udany. Fajny dialog, fajnie zagrany (Maciej Musiałowski, czyli Tolo z Chrzcin, to skarb), w rytm i punkt. Reszta jest tylko dezorientująca. To po prostu upośledzony film.
3/5

Women Talking

2 września | VOD

Puste, obojętne gadanie. Aktorzy starają się nadać godności, co im wychodzi.

Chociaż mamy rok 2010, to wydaje się, jakbyśmy oglądali film, którego akcja rozgrywa się setki lat temu. Głównie dlatego, że pani reżyser wymyśliła sobie kolorystykę zbliżoną do czerni i bieli, która miała postarzeć prezentowane wydarzenia – nie przewidziała, że przez to całość będzie monotonna, nieciekawa i bezbarwna jeszcze bardziej, niż już jest z powodu swoich postaci, tematyki czy historii. Oto oglądamy komunę religijną, gdzie kobiety są źle traktowane, więc teraz debatują, czy wyjechać, walczyć albo milczeć. Przy czym „debata” to zbyt mocne słowo, ponieważ każda postać reprezentuje tylko jakiś punkt widzenia i nie ewoluuje. Nie jest prawdziwą postacią, jedynie aktorem starającym się nadać godność wypowiadanym tekstom. I im się to udaje, chociaż wiele nie zmienia. Dyskusja stoi w miejscu z wielu kolejnych powodów: twórcy nie są tym w ogóle zainteresowani, bardziej szukają okazji to kolejnego powtórzenia przesłania, które nawet przesłaniem nie jest, ale przynajmniej sprawia wrażenie, że twórcy są po „dobrej stronie” w dyskusji na temat jakiś.

Świat filmu nie jest zbudowany w bogaty i przekonywujący sposób, jedynie garść skrótów i rzeczy, które widzieliśmy w innych tego typu opowieściach. Nie możemy więc poznać realiów życia bohaterek, wyobrazić sobie w ich sytuacji czy myśleć całościowo o tym, o czym oni debatują. Muszą zostawić swoje dzieci, jeśli odejdą. A czemu? Mogą zabrać, ale tylko te młodsze. Dobrze, ale jak będą się nimi opiekować? Jak sobie dadzą tak naprawdę radę? Debata jest pozbawiona podstaw, bo wszystko ma wymiar symboliczny, by opowiedzieć raz za razem o opresji kobiet przez mężczyzn. Wyszedł film gardzący mężczyznami, który z każdej strony sprawia wrażenie, że rok 2022 jest końcem ery „Oscar bait white guilt movies” (Till nie dostało nominacji, nawet dla aktorki!). Teraz mogą zacząć robić „Oscar bait white men guilt movies for women” or something, i don’t know.

Czas akcji zapewne miał pokazać, jak blisko takie antyczne praktyki są. W praktyce oznacza, że debatowali nad ucieczką cały film, a zapewne wystarczyłby spacer trwający 10 minut w dowolnym kierunku, by znaleźć kogoś z telefonem, zadzwonić po policję i po godzinie byłoby po wszystkim. Tak biednie jest przedstawiony świat filmu, że takie rozwiązania wydają się całkowicie realne dla widza. Wtedy film byłby ciekawszy, bo zamiast gadania byłoby działanie, a zamiast teorii, to niektóre bohaterki w praktyce musiałyby zostać dla Boga w takiej komunie.

PS. Ben Whishaw to Halle Berry tego roku chyba. Za rolę w Będzie bolało bym go nagradzał, za jego płacz tutaj mam ochotę go wyśmiać.

1/5

Trick or Treat Scooby-Doo!

2 września | VOD

Last Jedi w świecie Scooby’ego. Velma podrywa złola, a Fred opłaca siły ciemności, by sprowadzić więcej przestępców. Co ja w ogóle oglądam…

Twórcy nie ukrywają się za bardzo z tym, że gardzą oryginalną kreskówką o Scoobym i krótko mówiąc mają w głębokim poważaniu w zasadzie cokolwiek. W pierwszej scenie bohaterowie łapią przestępcę poprzez zbudowanie gigantycznego lasera, który wycelują w górę, bo złol przebrał się za kota i teraz ściga czerwoną kropkę lasera. Skoczy na nią tak mocno, że wywoła lawinę, która go przygniecie. I tak zostanie złapany, ale bohaterowie mają wywalone na niego i się zmywają, więc nawet nie wysłuchają końcowej mowy antagonisty. Widać twórcy obejrzeli Last Jedi i się zainspirowali wywracaniem schematów, zaskakiwaniem odbiorcy, a także skopiowali tamtejsze poczucie humoru.

Teraz bohaterowie stwierdzają, że wszyscy ich przeciwnicy od lat 60. nosili kostiumy z jednej fabryki. Więc idą zamknąć babę, co prowadzi tę fabrykę xD A ona jeszcze najpierw wynajmie w ogóle kogoś, by „zajął się” naszymi bohatera, więc dobrze się składa, bo za coś trzeba ją było wsadzić do więzienia. Velma oczywiście zaczyna na nią lecieć, pewnie tak ją podnieciła wizja „zajęcia się” nią. I bez tej baby, co robiła kostiumy, nie ma przestępców! Fred, Velma, Daphne, Shaggy i Scooby nudzą się, ściągając koty z drzew czy szukając zgubionych skarpetek. Last Jedi. Fred ma tego dość i prosi studnię spełniającą życzenia, by znów coś się zaczęło dziać. I zaczyna, więc biorą babę od kostiumów do pomocy, która okazuje się bardziej kompetentna (czyli w ogóle) do tego zadania od protagonistów. Tzn. gdy przestanie pozować i machać biodrami, jakby udawała śpiewanie piosenek w Internecie.

Po wielkim finale Fred, dobrze wiedząc, że to nie studnia spełniła jego życzenie, bierze plik banknotów i wywala go do studni metodą „make it rain”. Najwyraźniej Fred bywał z strip-klubach. Śmieje się przy tym maniakalnie, wszyscy wokół tak samo. Proszą o więcej zagadek, więcej potworów, więcej przestępców. Bajka dla dzieci, proszę państwa. I tak seans się kończy, wyglądając przy tym jak zły sen, ale to jest rzeczywistość. Wiedziałem, że to będzie słabe, ale to jest naprawdę słabe. Na poziomie tak niskim, że wręcz trzeba zobaczyć, aby uwierzyć.

A jak ktoś nie oglądał nigdy Scooby’ego? To dostanie słabą animację pozbawioną sensu, którą wyłączy po 5 minutach, bo ta nieustająco nawiązuje do czegoś, czego nie zna.

1/5

Nierozłączki: Duch, który musiał odejść ("Ivy & Bean: The Ghost That Had to Go")

2 września | Netflix

Dziecięca fantazja to dzięcięca rzecz.

Chyba pierwszy raz widzę produkcję, która nie urzeczywistnia dziecięcych fantazji. Sąsiad nie okazuje się przestępcą, duchy nie okazują się istnieć, nie ma też żadnych tajnych intryg. Są po prostu dzieci, które się bawią, a kamera to uchwyciła. W tej produkcji akurat są przeświadczone, że toaleta w szkole jest nawiedzona, więc składają ofiary z ulubionych zabawek, żeby przegnać złe duchy. I zalewają kibel i mają szlaban. Koniec historii. Niecała godzina, to wszystko.

Dzieci to urocze „troublemakery”, dorośli są od rozkładania rąk, styl wizualny trochę przywodzi na myśl „Matyldę. Niby jest tu groźna pani dyrektor, którą przez przypadek spotyka coś złego (na zasadzie karmy), ale w sumie to nic z tej historii nie wynika. Pewnie nadaje się do puszczenia małym dzieciom, aby zobaczyli, że czasem fantazje to tylko fantazje. O ile to cokolwiek warte. Dla całej reszty – jedna gwiazdka.

4/5

BARDO: fałszywa kronika garści prawd

1 września | Netflix

Fantastyczny spektakl. Nawet jeśli twórcy nie zależy, by cokolwiek z tego zrozumieć.

1/5

Głośni sąsiedzi ("Fenced In")

1 września | Netflix

Najgłupsza komedia roku.

Bohater pracuje w sklepie z instrumentami muzycznymi, od czego ma rozwalone nerwy – każdy głośniejszy dźwięk może go zabić. Zmienia więc z rodziną miejsce zamieszkania na spokojniejsze – ale okazuje się, że są tam głośni sąsiedzi. Tacy na serio głośni, impreza, zwierzęta, drą ryja dla zasady i jeszcze jest ich wielu, drących ryja równocześnie. I w tej sytuacji bohater idzie na wojnę, zamiast się przeprowadzić znowu. Pewnie głównie dlatego, że tym razem jest w mniejszości – nawet żona mu mówi, żeby wyluzował, chociaż przed chwilą była pierwsza do troski o jego zdrowie. Nikt go nie popiera w tym, że sąsiedzi są za głośni, a co więcej – to bohater cały czas wychodzi na tego gorszego, na idiotę i prostaka. Komedia. W roli głównej prawdopodobnie dwóch najmniej lubianych stand-up’erów Brazylii, którzy od 20 lat ciągną jeden żart – jeden jest głośny mówiąc nieśmieszne rzeczy, drugi robi miny w reakcji na nieśmieszne rzeczy. Ponadto humor polega na powtarzaniu tego, co przed chwilą miało miejsce. Ten drugi chociaż na początku filmu wydaje się obiecujący – jeszcze nie śmieszny, ale ma timing ogarnięty, może coś z tego będzie… A potem mija piąta minuta filmu i wszelkie nadzieje odchodzą, zostaje tylko frustracja.

Gdy historia dobiega końca, bohater ujawnia swoją destrukcyjną stronę. Po godzinie walczenia o spokój i ciszę dostaje je, ale nie może z tym żyć, więc walczy, by wszystko odkręcić. I żałuje, płacząc w ostatniej sekundzie filmu. Komedia. Wcześniej jeszcze zabije człowieka i ukryje ten fakt, ale wszystko spoko – pół godziny później się okaże, że to nie on zabił, luz. Jeszcze wsadzi dynamit do papugi i rozjebie ją na milion kawałków, ale spoko, luz, ona to przeżyje. Komedia.

1/5

Jezioro słone

wrzesień '22 | Canal+

Leciałbyś na mnie gdybym nie była twoją matką?”

Trudne relacje międzyludzkie w rękach rodzimych filmowców kończą się na stworzeniu postaci, które powinny trafić do psychiatryka w maksymalnie dwudziestej minucie. Wszystko trzeba wyolbrzymić, przerysować, podkreślić, rozszerzyć, aby jak najszybciej utracić wiarygodność oraz człowieczeństwo. A i tak być przeświadczonym, że kręci się o ludziach – w Polskim kinie więc stabilnie. Starzejące się małżeństwo decyduje się na separację z powodu tego, że ona drze ryj (w sensie, to naprawdę ma miejsce w filmie). On wyjeżdża, ona zostaje z wolną chatą w okresie wakacyjnym i zaczyna odżywać – tak, jak to rozumieją polscy filmowcy. Instagram, wmawianie sobie jaką to jest się atrakcyjną osobą, romans z niewydarzonym typem, próbowanie nowych rzeczy i gadanie samych głupot. Można by podejrzewać ten film o ambicje liberalizowania starszych pokoleń, że oni też chcą wolnej miłości, gdyby nie zakończenie, gdzie mąż bierze babę za rękę, ciągnie nad jezioro i mówi: „Patrz, jak zajebiście”. I są razem. The End. Twórcom w Polsce o nic tak naprawdę nie chodzi, robią filmy przez przypadek.

Wszystko to jeszcze nie brzmi szczególnie źle, tylko cały czas oglądamy kino w stylu: Patryk Vega robi Kobietę w oknie, tylko tak naprawdę pan Vega jest na to za dobry. U niego człowiek może się chociaż pośmiać, a takie Jezioro… jest niby idiotyczne, ale jednak tak żal z tego kpić. Może to przesyt, że jest tego naprawdę dużo w rodzimym kinie, a może coś we mnie umarło, gdy usłyszałem „Leciałbyś na mnie gdybym nie była twoją matką?”. I potem mu cycki pokazała. Dlaczego, jak się chce opowiadać o ludziach, to trzeba opowiadać o tych z najbardziej niedojrzałymi i kretyńskimi problemami, które wynikają głównie z braku akceptacji rzeczywistości?

Przespałeś się z nią?
– W dupę. Nie wiem, czy się liczy.