Wrzesień 2022
Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...
Niewidzialna wojna
30 września | AVP
Vega obraca swój życiorys w komedię i nawet chyba nie jest tego świadomy. 2,5 godziny żartów z dupy.
Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie ("Luckiest Girl Alive")
30 września | Netflix
Wolne kino. Pozwala zrozumieć, czemu po latach dopiero człowiek jest w stanie stawić czoła traumie.
Bohaterka… jest przede wszystkim kobietą, taką wkurzającą. Myśli tylko o jedzeniu i chudnięciu po pizzy, robieniu wrażenia na innych kobietach i innych takich rzeczach. Tyle właściwej zawartości ekranowej – jej narracja z OFF-u oraz historia dodają tej osobie wagi. Otóż ta osoba ma przeszłość, której coraz bliżej do otwartej konfrontacji. Dzisiaj udało jej się mieć niezłe życie: oferty pracy dziennikarskiej i inne takie, w tym zrobienie dokumentu o tym, co się wydarzyło w jej szkolnych czasach. Co prawda w ogóle nie kupuję, że ktoś chce zrobić z nią wywiad, albo że ten wywiad będzie mieć wymierne konsekwencje, ale zamysł jest chyba niezły.
Twórcy dodają mnóstwo interesujących przejść montażowych (np. w teraźniejszości bohaterka orientuje się nagle, że stoi w kałuży, co staje się wstępem do retrospekcji w deszczu), ale nadal większość treści – w tym większość osobowości protagonistki – zawarta jest w narracji z OFF-u. Bez niej ta sama postać nie dałaby rady swoją prezencją czy aktorstwem zwrócić uwagi odbiorcy. I to nawet z nią filmowi jest ciężko, z uwagi na jego oczywistość, wolne tempo i nieudolne kombinowanie, zamiast przejść do rzeczy, skoro i tak wiemy, gdzie to zmierza. Widownia bardziej będzie doceniać ten film i jego starania, by coś powiedzieć, niż ze faktycznie polubi taki seans.
Protagonistka nawaliła się, została zgwałcona, nie pamięta wszystkiego, nie jest odważna, nie chce podejmować działań, które mogą zniszczyć czyjeś życie na podstawie jej „chyba to się stało”. Co nie znaczy, że nie jest ofiarą. Nie uzasadnia to jej zachowania na starość, gdy nie potrafi siebie kontrolować, ale to już wina scenariusza, który nie potrafi zasygnalizować jasno, że nauczyła się walczyć o swoje i teraz z tym przesadza. Ogólnie dużo tu dobrych pomysłów, które zasługują na lepszy film.
Hokus Pokus 2
30 września | Disney+
Prawdopodobnie dokładnie to, czego chcieli fani pierwowzoru. I pewnie tylko oni. Dziwni ludzie.
Mamy tu z grubsza to samo: trio cudacznych wiedźm, które są jednocześnie śmiertelnie groźne, jak i głupie jak but. Nowe, nieinteresujące bohaterki będące tłem, postać Billy’ego zombie, który jest cudowny i niewystarczająco użyty, scenografia i atmosfera idąca w całkowite Halloween… Brakuje w sumie tylko naciskania na nastolatków, że dziewictwo jest źródłem wstydu.
To specyficzny tytuł, co jest jasno przekazane w otwierającej sekwencji retrospekcji – jeśli wtedy zaakceptujecie młode wersje wspomnianego trio i ich przeszarżowane aktorstwo, to dalej już pójdzie z górki. Tańce, muzyka, śpiewanie i latanie na miotle typu odkurzacz roomba.
Ten film daje też uczuciowe zamknięcie historii tria, które pragnie potęgi, ale nie będzie gotowe zapłacić za to ceny. Trzeciej części raczej nie będzie, a taki jednorazowy powrót jest w pełni akceptowalny: trochę dziwny i trochę zabawny. Ja jestem zadowolony.
Setki bobrów ("Hundreds of Beavers")
29 września | CDA Premium
Ten film to filmik na YouTubie. Pełny metraż pełen absurdów, czarnej komedii i abstrakcji. Na dodatek czarno-biały i niemy. Art-house idzie w stronę Garry’s Moda.
To opowieść o człowieku, który zniszczył swój dorobek życia przez brak refleksji oraz pomyślunku, był niedbały. Teraz zaczyna od dosłownego zera – jest w lesie i musi zdobyć ciepło oraz pokarm. Musi się stać bardziej zaradny, żeby przetrwać w tych głuchych lasach, przywodzących na myśl serce Kanady, chociaż kręcono całość w Wisconsin. Prawie to samo. Jak już stanie na nogi, to będzie mógł zacząć myśleć o znalezieniu miłości w postaci córki gościa, który skupuje skóry bobrów. On odda córkę jednak za setkę bobrów. To nie będzie łatwe.
Całość jest czarno-białe, nieme (chociaż dźwięki są, szczególnie na potrzeby potknięcia – jednak ilekroć ktoś mówi, to wtedy pojawia się plansza z tekstem) oraz… Cóż, powiem tak: każdy bóbr to dorosła osoba w kostiumie bobra. Takim na Halloween, za dwieście złotych. Króliki i inne to samo. Większość filmu zrobiono na green-screenie i jedynie jakoś umieszczono na tle prawdziwego lasu. Logika wydarzeń jest swoja własna i jest bliższa tej z zachowania przeciwników w grze komputerowej niż
To nie jest dobry film. To jest dobry „zły” film, który ogląda się na sali kinowej późno w nocy, pijąc alkohol w towarzystwie ludzi, którzy są po tej samej stronie i czują takie kino. I się będą z tego śmiać. Mam opory przez dawaniem tak wysokiej oceny – ten obraz to wyraźnie dzieło ludzi wychowanych na filmikach robionych w GMODZIE, a nie chcę, żeby kino szło w tę stronę. Widziałem takie filmiki, kiedy są doprowadzone do extremum – a extremum, które ja widziałem, było nim wiele lat temu, teraz pewnie ta granica jest przesunięta dużo dalej – i nie byłem tego fanem. To obrazy głośne, szkaradne, randomowe, wykrzywione i przekrzywione. Treść ginie tam pod formą, jeśli w ogóle jeszcze jakaś jest. Z drugiej strony – gdyby Hanna-Barbara dzisiaj zaczęli tworzyć, to byliby twórcami na YouTubie, bez wątpliwości. Mieliby kilka milionów wyświetleń pod każdym tytułem i nikt by o nich nie słyszał.
Moja przyjaciółka opętana ("My Best Friend's Exorcism")
29 września| Amazon Prime Video
Fajny teenage-horror ejtisowy o anoreksji, gwałcie, rodzicach i przyjaźni.
Narkotyki w lesie, znalezisko w postaci demonicznego totemu i następny dzień pełen podejrzeń, że chyba najlepsza przyjaciółka nastoletniej protagonistki została opętana przez demona. Z jednej strony otrzymujemy oczywisty komentarz na wiele tematów, z drugiej strony on działa i angażuje dzięki aktorom (m.in . Elsie Fisher), bohaterkom i ogólnemu czarowi tej produkcji. Czułem, że Abby naprawdę chce uratować swoją przyjaciółkę i spotyka ją za to tylko kara, że faktycznie trafia do dołka (wszyscy się od niej odwracają) i musi się z niego wyciągnąć, aby osiągnąć swój cel. A może to zrobić tylko będąc szczerą wobec swojej prawdziwej motywacji – motywy homoseksualne są tu obecne, ale twórcy do końca brną w tę trudniejszą drogę, czyli ukazanie przyjaźni. Kupiłem to.
Całość jest też silnym uśmieszkiem z tego, jak wspominamy lata 80 dzisiaj, w latach 2020s. Mnóstwo tutaj piosenek pop, które uwielbiamy z tamtego okresu, zobaczymy też sporo ludzkich zachowań czy językowych archaizmów – ale to wszystko poprzez filtr dzisiejszego spojrzenia i łagodnej, przyjaznej kpiny. Protagonistki są świadome już wtedy, jak niezręczny jest np. występ religijny w ich szkole, więc i widzowie uśmiechają się razem z nimi, ale jest w tym uśmiechu delikatne: „kurde, miało to swój urok”. I ten humor świetnie rozwija oraz urozmaica znajome schematy kina egzorycyzmów, nie odbierając im jednak powagi wynikającej z nastolatki walczącej o życie swojej najlepszej koleżanki. To kiczowate, ale bardzo dające się lubić kino.
PS. Serio nie wiem, czy film robi sobie jaja, czy takie rzeczy jak LYLAS wtedy istniały. A to chyba dobrze świadczy o samym filmie.
Rdzenni i wściekli ("Reservation Dogs") - sezon II
28 września | Disney+
Zaczął się jako produkcja raczej fabularna – przygody młodocianych osób będących potomkami Indian, którzy planują zebrać pieniądze (głównie poprzez czynności nielegalne) na podróż do Kalifornii. W międzyczasie wyjaśnione jest, skąd taka potrzeba. Ostatecznie grupa rozdziela się i tylko niektórzy jadą na Zachód w finale I sezonu… I w drugim dosyć szybko plan spala na panewce, grupa jest rozbita i każdy żyje oddzielnie, ale twórcy nadal trzymają się tego motywu podróży do Kalifornii. Chcą to dokończyć, chociaż sami bohaterowie nie czują się z tym pewnie i nie wiedzą, co czynić, jak już to zrobią. Przekonują siebie nawzajem, że ma to jakieś znaczenie, obficie przy tym korzystając z piękna morza. I w ten sposób przechodzą do sezonu trzeciego, który jest najbardziej wolny od tej całej fabularności, której ten serial niezbyt potrzebował. O wiele lepiej radzi sobie będąc taką trochę Indiańską „Atlantą”, tylko po wyjęciu aspektu komentującego życie danej grupy etnicznej w obrębie współczesnych Stanów Zjednoczonych, a zostając w sumie tylko z samym humorem i często dosyć absurdalnymi fabułami. A te potrafią być zaskakujące w standardowy sposób – np. policjant przez przypadek spożyje masę narkotyków, pójdzie do lasu i znajdzie przyjaciela na całe życie – inne mają ekscentrycznych bohaterów, te najlepsze umieją poruszyć.
Streściłem niejako cały serial, aby powiedzieć, że ten tytuł długo szukał swojej tożsamości. Współtwórcą jest Taika Waititi, więc pewnie na tym etapie dużo już możecie się spodziewać: rozpoznacie jego talent do przekleństw i sprawiania, że dosyć specyficzny humor (głównie słowny, ale też oparty o charaktery konkretnych postaci) jednak zdaje się działać. To może być wadą lub zaletą, albo jak w moim przypadku: trochę po trochu z obu światów. Jednym razem wychodzi to na plus, innym razem czuję, że powstrzymuje produkcję przed osiągnięciem czegoś – ale tak to jest z całą filmografią Waititi. Woli on bezpieczeństwo humoru niż faktyczną deklarację artystyczną. Dlatego też całość jest jednak poziom niżej od „Atlanty”, która od początku była zdecydowana i wiedziała, czym chce być – nawet jeśli widzowie potrzebowali na to więcej czasu.
Indianie i ogólnie potomkowie rodowitych Amerykanów w tym serialu mogą bardzo przypominać tzw białą hołotę – lekkie przestępstwa, miękkie narkotyki, lecenie w chuja i generalnie hedonistyczny tryb życia to tutaj powszechność. Jest też miłość do rodziny, duchowe życie czy gadanie z duchami, honorowanie zmarłych, ale to po prostu ludzie mieszkający w biednych rejonach bez większych perspektyw, więc ich życie oraz codzienność wygląda, jak wygląda. Jest w tym pewien luz i można się doszukiwać posmaku tragedii, ale bohaterowie z pewnością tak na to nie patrzą. Młodsi chcą uciec i zmagają się z faktem, że zostawią ten świat, a starsi już mają podejście: „Jest jak jest”. Nie dowiemy się wiele o tym świecie, ale obraz, który zobaczymy, będzie naturalny i wiarygodny. Działa jako uzupełnienie lub rozwinięcie takich filmów, jak „War Pony” z tego samego roku.
Podobnie jak „Atlanta”, najlepiej sobie ta produkcja radzi, kiedy idzie w oddzielny, samodzielny odcinek. Zaskakująco często bohaterowie muszą stawić czoła śmierci, będą tutaj pożegnania i stypa, ale nie tylko. Bohaterowie w tle powracają – bardzo byłem zdziwiony, że gdy rozmawiali pod koniec serialu o trenerze w szkole, to ten trener pojawił się jako postać w pierwszym. I nawet go pamiętałem. Czuć rodzinność i bliskość tej społeczności, a twórcy mają kilka historii wartych opowiedzenia. Szkoda, że na trzech sezonach najwyraźniej ta przygoda się skończyła – bo z każdym kolejnym stawała się coraz lepsza.
Hellraiser
28 września | SkyShowTime
Standaryzacja horrorów. Teraz nawet taki Hellraiser wygląda jak cała reszta współczesnych i przeciętnych tytułów. Przynajmniej się stara.
Opening pełen krzyków i gwałtownych akcji, które nie bardzo mają sens. Po czołówce poznajemy bohaterów, ich osobiste przejścia. Dostają kostkę i prowadzą grę. Trochę ludzi umrze, jakiś jeden czy drugi wulgarny widok się pojawi, a na końcu wsiądą do samochodu, jeden zapyta drugiego: „Co to kurwa było” i the end. Nie zostawi to na mnie większego wrażenia, ale jednak czuć, że od oryginału minęło ponad 30 lat. I współcześni widzowie wcale nie są gotowi nawet na jego imitację – te kostiumy oraz sceny perwersji nawet teraz robią wrażenie, ale nijak się mają do atmosfery z pierwszego filmu. Tam seksualne napięcie było faktycznym napięciem, tam było opętanie, wieczna tortura, a kostiumy nie były kostiumami. Tak po prostu te istoty wyglądały.
Nie mówię, że to słaby film przez porównanie – mówię, że jak komuś się podobała nowa wersja, to miał do tego rację. Nie ma wielu takich produkcji, a oryginał faktycznie ma braki na poziomie historii i postaci. Pytanie tylko, czy ich potrzebował. Osobiście uważam, że pewnie dałoby radę połączyć te dwa światy, a póki co: oryginał jest specyficznym klasykiem, a nowa wersja już jest zapomniana.
Najlepszy moment: tablica tytułowa. Chwilę wcześniej słyszymy krzyki bólu i cierpienia, pojawia się napis i po nim krzyki zostały połączone w niesłyszalny sposób z okrzykami seksualnymi. To bardzo pasuje do filmu, brawo.
Louis Armstrong's Black & Blues
28 września | AppleTV
Standard. Jeśli widzieliście już takie dokumenty, to ten też.
Dokument o życiu muzyka jazzowego. Z jednej strony standardowa biografia spełniająca się informacyjnie, jak i nastrojowo – ale też uczuciowo, oddając hołd swojemu bohaterowi. Z drugiej strony standardowa opowieść o byciu czarnoskórym artystą w XX wieku w USA. Dobrze, że w innych krajach w ogóle nie było czarnoskórych i nie ma o czym mówić. A w końcu jest to dokument, który mówi ustami innych – tutaj najważniejsze są wspomnienia pewnego człowieka z lat 70., który zobaczył prawdziwą twarz pana Armstronga, gdy ten nie myślał, że jest widoczny. Ten materiał nie został nagrany na potrzeby tego dokumentu, pewnie nawet jest dosyć sławny – a ta produkcja go sobie przywłaszcza, nadając mu swój własny głos, chociaż go nie ma.
Całość jest ładnie złożona i ładnie są czytane np. wspomnienia, ale to tytuł skierowany wyłącznie do tych, co temat już znają. I to im wystarczy. Oglądać tylko wtedy – albo gdy w ogóle jeszcze nie słyszeliście o panu Armstrongu, tudzież o życiu czarnoskórych w USA. Wtedy faktycznie dowiecie się dużo ważnych rzeczy.
Shoot! Goal for the Future
27 września | Crunchyroll
Zniewieściały, przedramatyzowany serial z demencją.
Pierwszy raz mam okazję oglądać słabe anime. Znaczy tak właśnie celowałem, od najniżej ocenionego na filmwebie wśród wyprodukowanych w 2022 roku. Na początek jest co chwalić, bo jakość wykonania nadal jest wysoka: animacja, kreska, kolory, kreacja postaci (w sensie animowanym, nie scenariuszowym), zaangażowanie aktorów drących się z całej siły… Włożyli w to tyle pracy, ile w większość innych anime, muszę przyznać. Właściwie problemy zaczynają się dopiero od drugiego odcinka – w pierwszym jeszcze mamy postać protagonisty, który kiedyś grał w piłkę i teraz już nie trenuje, wyraźnie ma jakąś stygmę w głowie na tym temacie. Los oczywiście popycha go na boisko, a tam odkrywamy, że człowiek, którego wspominał cały ten czas, jak najbardziej żyje, jest radosny i nie wie, że nasz bohater przestał grać. O co więc chodzi?
Nie jest to jednak zbyt istotne – po kilku odcinkach wątek zostaje porzucony i całość staje się w sumie kolejną historią słabej drużyny sportowej, która idzie po zwycięstwo, ponieważ co innego mają robić. To prowadzi też do głównego problemu, czyli pustej dramaturgii – kłócą się o wszystko, wszystko jest wyrażone krzykiem, cały czas ktoś kogoś o coś błaga ze łzami w oczach, a wielki dramat, od którego zaczynamy tę opowieść, traci na znaczeniu do tego stopnia, że dosłownie znika z opowieści. A ile przez ten dramat wylali łez, rzucali się sobie na ręce i ramiona… Ech. Wspomniane problemy drugiego odcinka to ogromne powtarzanie materiału – cały czas wydaje się, że oglądamy raz za razem tą samą retrospekcję, ten sam wewnętrzny monolog, cały czas wracamy do tej samej emocji… Ile można? Przynajmniej same mecze są ciekawe, ale głównie przez animację, nie sam przebieg. To wciąż opowieść w stylu: „bardzo chcą i w końcu im się udaje”. Z lekką domieszką: „A jak się nie uda, to nic, dalej będziemy w grze/turnieju/nadal będę ich trenerem/nadal jest nadzieja”. Będą przegrywać 0:2, od lat nie strzelili bramki, ale oczywiście w danej sytuacji strzelą gola.
Od szóstego odcinka twórcy zaczynają wymyślać fillery, które są coraz bardziej absurdalne same w sobie, ale dodatkowo też ośmieszająco przedstawiają pojęcie twórców o grze w piłkę i jak ona wygląda. Biegają w tym odcinku panikując krzykiem w myślach cały czas, bo nie mogą rozgryźć strategii przeciwnika. Nie że to im w czymś przeszkadza, np. podaniu czy skonstruowaniu akcji, po prostu panikują z powodu sobie tylko znanemu. Wtedy też człowiek zaczyna się zmuszać do dalszego oglądania.
Nadal jednak fajnie się patrzy, jak bohaterowie anime kopią piłkę z taką siłą, że ta powinna się rozwalić, a nie być kopniętą z takim impetem, że przesuwa bramkarza razem z bramką. To też nadal opowieść o dawaniu z siebie wszystkiego, zawsze, cały czas. Na końcu przeciwnik cieszy się z wygranej bohaterów, bo ci zrobili to w tak dobrym stylu – tego typu rzeczy. Nadal to jednak nużąca, chaotyczna i dziwnie zniewieściała opowieść pełna pustych dramatów.
Nix
27 września
Reżyser Rekinado tym razem kręci dramat z elementami horroru i time travel. Efekt nie jest śmieszny.
Jest to opowieść o rodzinie, która po latach nadal przeżywa tragedię śmierci córki: ojciec jest nie wiadomo gdzie, matka postradała zmysły, jeden z braci został menelem na strychu, a drugi brat jest jedynym odpowiedzialnym, który ma to wszystko teraz na głowie. Co więcej: tragedia i potwór z jeziora nadal podążą za tymi ludźmi. Z czasem ta opowieść pokazuje się mieć wyraźne ambicje – tutaj bohaterowie będą potrzebować oświecenia, akceptacji i zrozumienia samych siebie, przeszłości oraz innych, by móc ruszyć dalej. Pewne wydarzenia z czasem wrócą w innej perspektywie, będziemy odwiedzać wspomnienia i okażą się one inne, niż zapamiętaliśmy.
Problem w tym, że to nadal źle zrobiony film, posiadający wszystkie cechy złego kina o marnym budżecie. Mógłbym zrozumieć ograniczenia, gdyby na ekranie było widać pasję tworzenia i potrzeby opowiedzenia tej historii – ale tego nie ma. Czułem jedynie, że dla całej ekipy to tylko wypełniacz czasu, aby coś robić. Projekt, do którego tych ludzi zagoniono i robią swoje bez zaangażowania, po wszystkim będą mogli o tym zapomnieć. Słaba narracja czy aktorzy nie mogą usprawiedliwiać kiepskiego scenariusza, kiepskich pomysłów. Czułem podczas seansu, że musieli natrafiać nawet na takie problemy, jak kręcenie nie w tej lokacji, która była planowana pod daną scenę, ale kręcili po prostu tam, gdzie akurat mogli. Albo z aktorem, który akurat był w danym dniu dostępny. Tonacja i obraz w ogóle nie pasują do tego, co film próbuje osiągnąć – bo potwór tutaj faktycznie jest. Już pomijam, że wystarczy zapalić światło, by przestał atakować i zniknął, ale jednocześnie w trakcie rozwoju fabuły okazuje się symbolem tego, co bohaterowie sami zrobili, tylko teraz nie chcą tego pamiętać czy coś. Protagonista przenosi się w jakiś sposób do przeszłości i okazuje się być mężczyzną, którego widział w lesie – rozmawia nawet z własnym ojcem, ale jednocześnie chwilę później nikt go nie słyszy, gdy ostrzega wszystkich: „Nie idźcie tam, bo ona przez to zginie!”. Ciężko się połapać w regułach tej opowieści.
Bo żeby zbudować świat i postaci, nie trzeba wiele. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to jest istotne, a autorzy tej produkcji najwyraźniej tego nie wiedzą. Nie dają aktorom nic, nie tworzą wystarczających scen. Gdy w teraźniejszości pokazują tęsknotę matki za zmarłą córką, to co mogą zrobić? Wspomnieć tylko scenę, jak mama robiła córce tost – bo nic innego nie robili, nie mówili, nie pokazali. Zniechęcający to obraz. Czuję, że wkładam więcej wysiłku w pisanie o nim, niż twórcy w zrobienie go.
Miasto na wzgórzu - sezon III ("City on a Hill")
25 września '22 | HBO
Zaskakujące, jak dużo nazwisk przewija się przez tę produkcję: Kevin Bacon. Ben Affleck, Matt Damon, James Mangold, Barry Levinson… A jednak nie słyszałem o tym tytule. Oglądam, bo to z 2022 roku jest (częściowo). Jedna z tych produkcji, gdzie jest dużo wątków – najczęściej kryminalnych – które jakoś są ze sobą powiązane. Był wypadek na budowie i próbujemy ustalić, kto jest winny; Kobieta ma problemy ze swoim ojcem; Bogaty chłop molestuje kobiety; Były agent CIA ma wątpliwości moralne. Motywy poruszone są istotne, ważne i wymagające, aby o nich mówić, ale jednak serial nie daje planuje być faktycznie brudną produkcją, gdzie bohaterowie szukając sprawiedliwości wystawiają się na faktyczne ryzyko. Jest jedynie dużo mieszania w głowie: czy jesteś pewien, że dobrze robisz? Czy jesteś pewien, że tobie się uda? Może jednak sędzia uwierzy mi, a nie tobie? Czy jesteś pewien, że wyjdziesz na tym dobrze? Zapomnij o wszystkim, a ja ci dam samochód. Nie jest to przekonywujące w pełni.
Jakkolwiek to zabrzmi: to trochę taki „Reacher”, który myśli, że jest „The Wire”. Gatunkowo uproszczona produkcja myśląca o sobie, że jest realistyczna i moralnie niejednoznaczna, w której na końcu wszystko jest po bożemu wyjąsnione: źli ukarani, dobro wygrywa itd. Ma to też swoją wartość, ale chciałoby się więcej. I są seriale, które dają więcej. Osobiście lubię „Reachera” i dla takich seriali też mam czas.
Under Wraps 2
25 września | Disney+
Jeśli dzieci Świadków Jehowy domagają się filmu na Halloween, to chyba puszczają im wtedy takie tytuły. I po 10 minut je wyłączają.
Żeby nie było – mam świadomość, że nawet dla Świadków to nie jest dopuszczalny obraz. Mam na myśli, że przynajmniej pozornie to jest film dla osób, które chcą dać coś dzieciom w klimatach Halloween, ale nic… „brudnego”. Zabijanie i tak dalej. Tutaj są dzieciaki bawiące się z przyjaznymi Mumiami, a także zajmują się organizacją wesela dla dorosłych. Brzmi uroczo, ale jednak – jest tutaj przejmowanie władzy nad ludźmi czy homoseksualiści. Nie więc, dla kogo to jest.
Sam film też tego nie wie. Mija 30 minut, zanim jedna z postaci stwierdzi, że czuje się „odstawiona” przez przyjaciół i będzie mieć z tym problem. Co prawda „coś się dzieje”, ale głównie po to, by się działo. Będą ożywione mumie, które wtopią się w tłum dzięki Halloween, będą tańczyć na imprezie, zła mumia będzie na nich polować – tego typu rzeczy. A jedzenie to tylko burgery, hotdogi, pizza – i pokazywanie, jakie to jedzenie jest fajne. Samo ich spożywanie jest imprezą. Za mało grzeczny ten film jest dla grzecznej widowni. Zbyt grzeczny dla wszystkich normalnych. Zbyt dziecięcy dla tych, którzy szukają czegoś porządniejszego na Halloween – już „Hokus Pokus 2” był bardziej Halloweenowy.