Darren Aronofsky

Darren Aronofsky

25 sierpnia 2018 Opinie o filmach 0

I have a real problem with violence and sexuality being used for no reason. Those are very easy tools to rely on and very dangerous to abuse. I try to be truthful to what violence is. There’s nothing glamorous about it.” – Darren Aronofsky

Noe: Wybrany przez Boga (2014)

1/5

Na początek zaznaczę, że nie mam pojęcia, jak przypowieść o Noe i Bogu, który pozabijał wszystko, ma się do tego standardowego chrześcijańskiego Boga, który wybacza i jest miłosierny. I nie muszę wiedzieć, ale podobnych „dziwactw” wytykać nie będę. Tego jest po prostu za dużo, by zmieścić w jednym tekście. Skupię się jedynie na filmie jako samodzielnym tworze, tak jakby Aronofsky stworzył powieść fantastyczną w zupełnie nowym uniwersum.

Zacznę tak jak twórcy, od samego początku: Adam i Ewa żyli w raju. Zerwali jabłko i zostali z niego wygnani, mieli trzech synów: Kaina, Abla oraz Setha. Kain zabił Abla i razem z pomocą upadłych Aniołów, które miały strzec Adama i Ewy i zostały zamienione w kamienne olbrzymy, razem zbudowali cywilizację. Potomek Setha wybrał życie pustelnika. Osiem pokoleń do przodu żyje już Noe, który miał sen, w którym zobaczył górę gdzie mieszka jego dziadek, a potem miał pod stopami jagody, a na koniec był w wodzie i krzyczał. Wniosek: Bóg jest zły na ludzkość, chce zresetować wszystko wielkim potopem, a Noego wybrał, by ten zbudował Arkę gdzie znajdą schronienie wszystkie zwierzęta. Z wyjątkiem jednorożców.

Przy okazji są jeszcze takie wątki tła jak upadek owych Aniołów, które zostały ukarane za wypełnianie swojego zadania, a potem ludzie ich pogonili (tak, człowieczki z maczugami i pampersami z liśćmi pogoniły mityczne Kamienne Olbrzymy), i by wszystkie poginęły gdyby nie Anthony Hopkins, który wyjął z kapelusza miecz, który wbity w ziemię wywołuje powódź ognia na 129 poziomie. Skąd on miał taki item? Można go było wytworzyć? Czemu inni ludzie sami go nie wytworzyli? Czemu użył go tylko wtedy? Czemu potem ludzie go nie napadli i mu go nie zabrali? Czemu pomimo ratowania przez człowieka Olbrzymy nadal były obrażone? Czemu potem ów Hopkins nie przekazuje miecza dalej tylko woli zbierać jagody? Czemu ludzie, którzy w tej wersji wierzą Noemu, że Bóg ich nie kocha i zaleje na śmierć, sami nie zaczęli budować choćby tratw? Z budową obozu, mieczy i w ogóle poradzili sobie całkiem nieźle. Czemu Olbrzymy mogą popełniać samobójstwa i w ten sposób zostać zbawione?

STOP!

Widzicie więc, że nawet nie ma potrzeby zaczynać opowiadać o samej Arce i głupotach z nią powiązanych, wystarczy się nudzić tym, jak Aronofsky to wszystko opowiada, dokładając zbędne wątki, źle rozkładając akcenty, rozciągając każdą składową ponad zdrowy rozsądek i traktując każdy element super poważnie.

Ten film nie ma żadnych pozytywnych stron. Nie ma sensu albo logiki. Jest źle opowiedziana – by opowieść była ciekawa, musi być jakieś wyzwanie jakiegokolwiek rodzaju, które bohaterowie muszą pokonać. W Noe nie jest nim ani przebycie cholera wie jak dużej pustyni na piechotę – bohaterowie nie męczą się i nie czują głodu. Nie jest nim sprowadzenie zwierząt – same przylatują. Nie jest nim wyhodowanie tylu drzew na pustyni – Bóg robi czary-mary. Problemem nie jest też żaden dylemat moralny, zaakceptowanie takiej misji ani też poświęcenie całego życia temu jednemu zadania, albo nawet i fizyczne wykonanie łodzi – to wszystko dzieje się samo. 10 lat do przodu i już mamy arkę. Dopiero po 40-50 minutach znajduje się jakiś problem w postaci ludzi, którzy chcą zaatakować Noego, ale zanim skończyłem wyliczać, ile błędów ma w sobie ten wątek, był już następny tydzień (czemu Olbrzymy im nie przeszkodziły gdy zaczęli się rozbudowywać, tylko czekali aż ci zaatakują?).

Nie ma tu pozytywnych postaci – wszyscy na czele z Bogiem są tu źli. Sam Noe jest tyranem, który stwierdza, że miał sen, więc zagania wszystkich do niewolniczej pracy i ma resztę w dupie. Jego dziadek siedzi na górze i po prostu ma wszystko w dupie. Emma Watson przez większość czasu ma za zadanie narzekać, że nie może mieć dzieci, ale Hopkins jej dotknie (magia) i już będzie mogła, więc zaniecha ratowanie przyrodniego brata byle tylko poruchać z jego drugim bratem, który jest spokojny, póki ma co ruchać. Dlatego właśnie pierwszy brat nie jest spokojny i kwestionuje „nauki” ojca. Poza nimi jest jeszcze Jennifer Connelly, która nie ma osobowości, najmłodszy syn, który nie pełni żadnej roli w tej opowieści, i cała reszta ludzi, którzy chcą zdobyć ową Arkę (mimo że się tam nie pomieszczą nawet), i to są po prostu grabieżcy, którzy nic nie produkują, tylko żyją na koszt innych. Niektóre z tych postaci trudno nazwać bezpośrednio negatywnymi lub złymi, ale dobrymi też nie ma za co. Smutno tak patrzeć na ich życie, wypełnione jedynie poprzez czynności wymagane do fabuły (jakoś to trzeba nazwać). Żadne nie ma życia prywatnego, i popadałem w przygnębienie, ilekroć patrzyłem, jak żyją. Płakać się chce. Szczególnie że większość postaci jest istotna tylko w dwóch-trzech scenach, a przez resztę filmu bidulki tłuką się z tyłu jak muły zbyt stare, by ciągnąć wóz. Nie ma też żadnej pozytywnej wartości w tej opowieści. Jedynie złe rzeczy usłyszałem na seansie, z całą tą gadaniną o kpinie z moralności, jakoby człowiek był zły z natury i tak dalej… W ogóle kwestia filozofii została wyrzucona z tej opowieści – nie wyjaśniają, czym „zło”, „dobro” albo „miłość” jest. Po prostu każą go używać postaciom, przez co te coraz bardziej przypominające dzieci, które nie rozumieją trudnych słów, ale chcą wyglądać na dorosłe, używając ich. Szczególnie w zakończeniu, które obok prawdy nawet nie stało.

Bez sensu, logiki, pozytywnych wartości oraz bohaterów. Sama nuda. Jeśli chodzi o kozackie efekty specjalne, to w filmie jest ich tylko nieco więcej niż na zwiastunie. Skoro najlepszym wątkiem filmu o Arce Noego jest Anthony Hopkins szukający po lesie jagód, to coś tu jest nie tak.

Obecnie Darren Aronofsky znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #222

Top

1. Requiem dla snu
2. Pi
3. Źródło
4. mother!
5. Zapaśnik
6. Czarny łabędź
7. Noe: Wybrany przez Boga

Ważne daty

1969 – urodziny (Brooklyn, USA)

1991 – debiut krótkometrażowy

1998 – debiut pełnometrażowy

mother! (2017)

3/5

Tak po prawdzie, ten tytuł zarówno imponuje mi (realizacyjnie), jak i wzbudza moją niechęć (merytorycznie).

Akcja ma miejsce w jednym domu, a konkretnie: jego wnętrzu. Nie wychodzimy na zewnątrz, wszystko przychodzi do nas i obserwujemy to z pozycji głównej bohaterki (każdej ujęcie w tym filmie to albo jej PW, ujęcie zza jej ramienia albo ujęcie pokazujące ją). Co chwila coś się pojawia, coś się dzieje, wszystko zainscenizowane jest naprawdę wspaniale. Zaplanowane zostało to wręcz bezbłędnie, od strony twórczej i ogólnie myśli przewodniej mother! jest kinem imponującym. Mam wrażenie, że nigdy nikt nie miał problemu ze zrozumieniem tego tytułu – zresztą, interpretacje słyszałem już długo przed seansem*. Nie będę jednak pisać, jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z tą produkcją i chce ją poznać na własną rękę. Napiszę tylko, że od strony twórcy, reżysera, artysty – to naprawdę znakomity tytuł. Spójny, żywiołowy, wręcz lepki. Darren Aronofsky miał wyraźną wizję, konkretny plan na jej zaprezentowanie i nie ma wątpliwości, że to mu się udało.

Od strony widza… Tu już sprawa ma się inaczej.

Bo co się dzieje przez pierwszą godzinę mother!? Ludzie przychodzą do domu, tytułowa postać każe im wypierdalać, co czynią od razu albo po dłuższej chwili. I tak z 20-30 razy z rzędu. Dajcie spokój. Nigdzie tutaj nie streszczam fabuły, ponieważ nie mam zamiaru udawać, że ten tytuł fabułę w ogóle ma. Tu są tylko wydarzenia, każde z kolei jest symbolem i metaforą. Naprawdę kiepską w tym. Takie ino może być udane (Sanatorium pod klepsydrą Hasa, Dom Bartasa), mother! do tej grupy nie należy. Nie buduje żadnego świata, w którym te wydarzenia mają miejsce, budząc tylko dezorientację u widza. Z jednej strony więc mamy produkcję, która przez 99% operuje symbolami ponad czasem i przestrzenią, a z drugiej bohaterka używa telefonu i wzywa policję, jakby to wszystko działo się współcześnie, tu i teraz. A to się po prostu nie dodaje.

Brak stabilnego świata z kolei powoduje, że nie ma tu podróży, w której widz może uczestniczyć. Oglądający od razu zostaje wrzucony w wir wydarzeń. A fakt, że film pomimo tego wciąż jest oczywisty do zrozumienia, niekoniecznie musi być jego mocną stroną. Nie budził on mojej ciekawości, zamiast tego czułem dyskomfort z powodu faktycznego chaosu na ekranie. Kolejne sceny nie mają żadnego realnego porządku. Ludzie przychodzą do domu, demolują wnętrze, przepraszają, idą do pokoju obok, uprawiają tam seks i są oburzeni, że ktoś im przeszkadza. Bohaterka dostaje bólu głowy, idzie się napić do łazienki, wychodzi, prosi tych samych ludzi, żeby zeszli, a ci zaczynają ją obrażać.

Ta oczywista symboliczność też jest problemem, ale większy problem mam z tym, co za nimi stoi oraz jak one są dostarczone. Aronofsky opowiada o prawdziwym zagrożeniu, którym należy się zająć, ale głosi to w najgorszy możliwy sposób. Jest on typowy dla ludzi uważających się za lepszych, bo oni dostrzegają problem, podczas gdy wszyscy inni są gorsi, ponieważ nie są go świadomi. I nie ma różnicy, czy chodzi o głoszenie, że „rząd nas kontroluje!”, „telewizja kłamie!”albo „ziemia umiera, zabijamy naszą planetę!”. Ta pogarda innymi ludźmi jest bardzo mocna w mother!, bo ukazuje ludzi jako głupią, wulgarną tłuszczę, którą kontrolować można tylko siłą. A kto będzie u kontroli? Reżyser. Ten błąd popełniano przez całą znaną historię ludzkości i tak naprawdę to sam Aronofsky wychodzi tu na jedynego ignoranta, który nie potrafił tego błędu nie powtórzyć. Zdaje się nie rozumieć, że rozum, jak to ujęła Ayn Rand, nie może pracować pod dyktando lufy karabinu. W ten sposób reżyser ani nie osiąga celu, jakim było przesłanie jego filmu, ani też niczego sam się nie uczy jako jednostka.

*oskarżano tych, którym mother! się nie podobało, że nie zrozumieli filmu. Ci w odpowiedzieli udowadniali, że go zrozumieli.