Sierpień 2022

Sierpień 2022

21 sierpnia 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

0
Obejrzanych filmów
0
Obejrzanych seriali
2/5

Gry rodzinne - miniserial

31 sierpnia | 8 odcinków po 50 min | Netflix

1000 odcinków telenoweli ściśnięte do miniserialu

Młodzi biorą ślub, tylko tak nie do końca – czekamy na pannę młodą. W międzyczasie oglądamy retrospekcje pokazujące, co działo się w ich życiu w ciągu ostatnich miesięcy. Wychodzi na to, że chłop bierze za żonę kochankę swojego ojca, który zresztą zdradzał żonę z jej matką, ale prawda jest nieco bardziej skomplikowana, o czym dowiadujemy się z kolejnych odcinków. I kolejnych retrospektyw. I nie radzę wam zgadywać kolejnych zwrotów akcji – bo gdy sobie pomyślałem, że w tym całym burdelu brakuje tylko geja, murzyna, aborcji i poronienia… To dostałem jedno z tych czterech, więc już się zamknąłem i po prostu ciągnąłem seans do końca*, delektując się kolejnymi idiotyzmami. Fabuła tej produkcji to burdel – każdy sypia z każdym, każdy popełnia zbrodnie wojenne, każdy odpierdala jakiś szajs, każdy ma z kimś dziecko, każdy umiera i wstaje z martwych… I to wszystko w obrębie dwóch rodzin, sześciu osób na krzyż. Scenariusz przy wszystkich swoich wadach (i serio, mam na myśli WSZYSTKIE) nadal zasługuje na uznanie za całą tą szaloną konstrukcję, liczne zwroty akcji, ciągłe zaskakiwanie widza. Głównie swoimi poronionymi pomysłami, ale jednak. Wielkie uznanie dla aktorów, którzy potrafią wykorzystać taki materiał pozostając na tarczy, a sam ślub gdzieś w okolicy czwartego odcinka jawi się jako naprawdę dobry wątek. Pan młody drze ryja, przyjeżdża pogotowie, jest bójka, poród, poronienie, nagłe powroty z zaświatów – czego tu może brakować? Serio, jedno z najlepszych ślubów w historii Polskiej kinematografii.

Scenarzystka w ogóle nie panuje nad swoim dziełem, a jej zagmatwana konstrukcja służy wyłącznie prowadzeniu do kolejnych zaskoczeń. Po obejrzeniu jednej retrospekcji, która nie ma żadnego sensu, oglądamy później ten sam okres czasu, tylko teraz twórcy umieszczają tam trzy kolejne retrospekcje, każda kolejna ujawniająca nową treść – i to nadal nie ma sensu. Ważne wydarzenia są zapominane albo tracą na znaczeniu i nikt ich potem nie pamięta. Wiele wątków i postaci zostaje w otchłani niepamięci, ewentualnie bezdusznie służą narracji (niepełnosprawna babka na wózku mówiąca „rusz dupę”). Pomimo masy historii i przybliżania bohaterów widzowi, nie ma tu takiego zwykłego humanitaryzmu – ktoś znika nagle, jak się z tym czuje ojciec tej postaci? Nikogo wśród twórców to nie interesuje. Wolą pokazywać szósty raz tę samą scenę, tylko tym razem jedna z postaci powie dwa słowa, które zmienią wydźwięk tej sceny. Nie ważne, jakie to są słowa („JESTEM GEJEM”), potem i tak o nich zapomnimy, bo kolejny zwrot akcji będzie istotniejszy.

Podstawą tej opowieści założenie, że ludzie są debilami. Wyobraźcie sobie najgorsze cechy, jakie możecie przypisać np. kobiecie. I w ten sposób macie już dwie postaci z tego serialu. Takie stężenie chorób psychicznych i różnych zaburzeń, połączonych z całkowitym brakiem człowieczeństwa, daje naprawdę przezabawny efekt – w ten nieplanowany sposób. Np. dowiadujemy się, jak dwie postaci zdradziły swoich małżonków. Jak do tego doszło? A no spotkali się. A jak dwie inne uprawiały seks, chociaż się nienawidzą? A no jedna z nich miała wolny wieczór. W całej tej historii nie ma śladu logiki – w zachowaniu bohaterów, ich decyzjach, ich rozumowaniu. Ważne jest, by byli kłótliwi, nerwowi, poddenerwowani. Takie postacie po prostu pasują do świata przedstawionego w tym serialu, muszą być zdolne do każdej głupoty, każdego okrucieństwa, każdej formy bezmyślności. Wszystko po to, aby stworzyć osiem szybkich odcinków, gdzie cały czas coś się dzieje. Polskie kino obecnie może inaczej nie umie.

*warto jednak tak zrobić na samym końcu, czyli wyobrazić sobie najgorsze zakończenie. Po to, aby trochę złagodzić szok wywołany tym, jak na siłę zabili cały ten serial na sam koniec. Nikt niczego się nie uczy, nikogo nie spotyka kara czy sprawiedliwość, nie ma ani odrobiny człowieczeństwa w całej produkcji – ale jest jedno ostatnie zaskoczenie! Brawo!

4/5

Sportowe opowieści: faul niesportowy ("Untold: Operation Flagrant Foul")

30 sierpnia | Netflix

Nie spodziewałem się zobaczył solidnego dokumentu. Nie ma to związku z samą produkcją, po prostu rynek teraz tak wygląda.

Otrzymujemy tutaj prostą historię: oszust sędziował w meczach, które sam obstawiał. Proste? Proste, tylko teraz oszuści dostają mikrofon do ręki i zaczynają mówić. A to, co mówią, tworzy szeroki i skomplikowany obraz – nie tylko dlatego, że przy mikrofonie mają tendencję do wybielania się, zrzucania części winy na wspólników czy po prostu kłamania. Prawdy samej w sobie tutaj nie znajdziemy, ale za to nasz horyzont zostanie poszerzony – od prostych „oni kradli, to czemu sam nie mogłem skorzystać?”, po nieco bardziej skomplikowane sędziowanie pod publikę. Słynniejsi zawodnicy mogli więcej, bo nikt nie chciał ich widzieć na ławce – ani widownia, ani tym bardziej właściciele klubów czy organizacji sportowych. Tworzy się tu obraz sytuacji, w której źródło zła jest czymś więcej, niż tylko osobistą zachłannością czy zepsuciem. To świat, który tworzy zło – a przynajmniej sprzyja złu na rozkwit.

Naprawdę ciekawy tytuł. Zachęca do kwestionowania i kopania głębiej, a to naprawdę dużo. Na plus!

2/5

Samarytanin ("Samaritan")

26 sierpnia | Amazon Prime

Stallone mówi w tym filmie do 13-latka: „You have big balls”. Ma na myśli jego mosznę.

Bohater jest dzieciakiem zafascynowanym historią, która wydarzyła się nie tak dawno temu: dwoje superbohaterów było po dwóch stronach barykady, jeden pomagał, drugi nie do końca. Zaczęli ze sobą walczyć i zginęli, ale jest szansa, że jeden z nich żyje. I nasz małoletni bohater w to wierzy. Teraz pierwszy raz zobaczył sąsiada, który mieszka tam całe życie i wygląda jak Sylvester Stallone, więc chyba wiemy, gdzie to zmierza.

Ta produkcja naprawdę miała potencjał. Samo origin story, streszczone we wstępie, zasługuje na swój własny film, rozwinięcie tych postaci i ich historii. Ten film również: ten świat, jego przeszłość i przyszłość, wszystko w nim kipi od możliwości, co ambitny twórca mógłby wykorzystać. Twórcy „Samarytanina” nie mieli ochoty za bardzo pracować przy tym filmie, więc skupili się wyłącznie na dokończeniu go. Nikt nie przykłada tu do niczego żadnej wagi, całość wyparowuje z pamięci bardzo szybko i gdy powstanie nowa wersja (a mam nadzieję, że tak będzie), to wszyscy będą w szoku, że kiedyś już podjęto taką próbę. I nie widzę tak naprawdę szczególnego powodu, dla którego nikt z twórców nie wierzył w tę opowieść, albo też nie zaszczycił jej swoją uwagą. To nawet w obecnej formie ma więcej sensu niż połowa superbohaterskich filmów z ostatnich 20 lat, więc to nie była porażka już na poziomie pomysłu.

Co więc nam zostaje? Przyzwoite sceny walki oraz Sylvester Stallone kolejny raz wracający do trenowania podopiecznych i ciepłego moralizowania, jak to robił 50 lat temu w „Rockym 2„. A my możemy to zobaczyć jeszcze raz. Ja tam jednak się uśmiechnąłem, gdy to zobaczyłem. W ten dobry sposób. Póki z nami jest, nie?

2/5

Czas na siebie ("Me Time")

26 sierpnia | Netflix

Pochwała tatusiostwa. Mężczyźni w średnim wieku nadal są zdolni gołymi rękoma pokonać jaguara, oni zwyczajnie wybierają spędzanie czasu ze swoimi dziećmi. I to jest ok.

Myślałem, że Kevin Hart ma w kontrakcie granie taty opiekującego się swoją rodziną, uważanym za miękkiego z tego powodu, ale na koniec seansu jednak to on ma rację. Oglądam ten schemat już któryś raz w tym roku. To wszystko może być prawdą, tylko jest jeszcze jeden pomysł, który przyszedł mi do głowy, gdy zobaczyłem jak w Czasie dla siebie na scenę wyszedł Seal, gwiazda muzyki sprzed trzech dekad. Kevin Hart na jego widok się cieszy, a gdy grają razem, to już lepiej być nie może. Widząc to pomyślałem, że najwyraźniej istnieje podgatunek filmów skierowanych właśnie do mężczyzn w średnim wieku – zarówno pan Hart jak i jego postać mają ponad 40 lat – gdzie ważnym wątkiem będzie zarówno potwierdzenie, że nadal mają „to” w sobie, ale z własnej woli to żegnają, bo wolą spokojne życie z rodziną. Są w tym dobrzy i to jest właściwe. A występy minionych celebrytów są atrakcją dla takich ludzi, bo ich znają i mają z nimi związek, w odróżnieniu zapewne od nowej muzyki i nowych trendów.

Kobiety, fabuła, humor – to wszystko pełni rolę wspierającą w takim filmie. Nawet nie końca pasują – sporo tutaj chociażby żartów z odchodami, ślizgania się na nich, jakby to był film dla najmłodszych. Może po prostu twórcom chodziło o dowcip slapstickowy, nie ważne jaki? Baba ma tylko wspierać, ale z drugiej strony i ona się obrazi, gdy tylko historia będzie tego wymagać, co przekreśla jej początkowy cel, ale to nie ważne, skoro historia jakoś się toczy. A historia dostarcza ważnych punktów, więc wszyscy na planie byli zadowoleni: tzn. oglądamy, jak bohater pomimo wieku dokonuje szalonych rzeczy – skacze z wysokości, wykazuje się odwagą, wychodzi cało ze starcia z dzikim zwierzęciem, a to wszystko dopiero początek. Bohater grany przez pana Harta nadal ma w sobie wszystko to, co czyni go mężczyzną, jest stuprocentowym samcem – po prostu łączy to z byciem uroczym, niezdarnym dużym dzieckiem, dla którego rodzina jest najważniejsza. Nauczy się, jak być lepszym rodzicem w trakcie opowieści, a rodzina na koniec będzie go kochać. Wszystko to, czego widz takich produkcji oczekuje, domaga się i będzie bardziej szczęśliwy, gdy je dostanie -a przynajmniej tak pewnie wynika z analizy komputerowej.

Opisuję ten film tak, jakbym opisywał cały podgatunek, ponieważ taki właśnie Czas na siebie jest. To znaczy: on nie jest sobą, nie ma tożsamości czy charakteru, jest jedynie zbiorem wytycznych, które scenarzysta ustawia tak, by się chociaż troszkę rymowały, ale nikomu na tym nie zależało. Przynajmniej mam nadzieję, że do scenariusza zatrudniono człowieka, nie robota. Miały być konkretne rzeczy na ekranie, one są i to wystarczy. Widownia przecież i tak wyłączy film w połowie albo zaśnie na nim, by po przebudzeniu nawet nie zorientować się, że Netflix włączył im sam kolejną pozycję do „oglądania”.

Coś za często w tym roku oglądam masturbację Kevina Harta.

2/5

Transfer Luísa Figo: Dzień, który zmienił futbol ("The Figo Affair: The Transfer that Changed Football")

25 sierpnia | Netflix

Są tematy, które nadają się na dokumenty. Ten się nadaje na filmik na YouTube.

Nie żeby było w tym coś złego – opowiadać można o wszystkim, jeśli chcieli konkretnie dokument pełnometrażowy, to nic mi do tego. Zresztą, widzom się podoba takie szczegółowe opowiedzenie o tym, że zawodnik przeszedł z jednego klubu do drugiego, bo ten drugi go kupił. W sensie to wszystko – brak tu uniwersalności, aktualności czy czegokolwiek, co wyniosłoby ten temat ponad ciekawostkę. To nie służy do opowiedzenia pośrednio o niczym innym, niż o zmianie klubu. Coś tam gadają, że każdy klub ma inne wartości, ale i tak wszyscy wiedzą, że te wartości nie mają żadnego znaczenia dla nikogo – i będą zapomniane gdy tylko niesportowe zachowanie, aktorzenie czy inne przewinienia przyniosą korzyść klubowi. Wygrana jest jedyną wartością, można ją osiągnąć w dowolny sposób – jeśli fani chcą, by piłka nożna uosabiała coś więcej i zmiana klubu była decyzją inną niż finansowa, to ta rozmowa musi mieć początek zupełnie gdzie indziej.

Tymczasem – mogliście zrobić pełnometrażowy dokument o sędziowaniu podczas Mistrzostw w Korei i Japonii, to byłoby pasjonujące i byłoby kluczem do opowiedzenia o masie rzeczy. A tak zrobiliście film, który fani piłki włączą, aby leciał w tle. Oni już to wszystko wiedzą przecież. I tylko oni.

2/5

Angry Birds Summer Madness - sezon III

25 sierpnia | 4 odcinki po 25 min | Netflix

Tak, już zrobili trzeci sezon w niecałe osiem miesiący. Krótszy w odcinkach, ale każdy z nich jest dłuższy.

I czuć wypalenie twórców. Brakuje pomysłów, historie są banalne i oczywiste, nie zawierają żadnej frajdy czy niespodzianek. Tu i tam zdarzy się sekunda rozrywki, ale to wszystko. W pierwszym odcinku brakuje hajsu na obóz i grozi mu zamknięcie, więc zmuszają Reda do zrobienia reklamy. I ma na to jeden dzień, bo drugiego będzie bankructwo. W następnym odcinku już nikt nie pamięta, że Red uratował obóz i chcą go wyrzucić na podstawie czegoś, co nie ma sensu. Następne odcinki kręcą się wokół poszukiwań skarbu, odcinku Halloweenowego i świątecznego… I żaden z nich nie jest niczym wyjątkowym. Podobało mi się, że biegali nocą po obozie i trafili na faktyczne potwory oraz koncert punkowy odbywający się w tajemnicy, ale tylko dlatego, że to buduje świat tego serialu, że obóz jest takim miejscem, gdzie takie rzeczy są na porządku dziennym – a nie dlatego, że to były fajne sceny, śmieszne czy zapadające w pamięci. Naprawdę widzę potencjał w tym serialu, ale chyba już muszę się pogodzić z tym, że nie będzie on wykorzystany.

A co do świątecznego… Jak to zrobili, skoro miejscem akcji jest obóz letni? Po prostu w sąsiedztwie świnki obchodzą Pigmas, z Mikołajem, prezentami, skarpetą na ścianie itd. Leją sztuczny śnieg, a bohaterowie próbują to naśladować, więc leją pudding waniliowy na domki i udają, że to śnieg. Chuck to je i mówi, że jednak można spożywać żółty śnieg. A szef obozu kradnie prezenty od Mikołaja i trzeba je odzyskać… Twórcom po prostu już nie zależy. Mnie trudno zależeć na czymś takim.

Stąd spadek oceny – podsumowuję nią w końcu całe trzy sezony. Pierwszy był miły, drugi miał pojedyncze odcinki… Ale hej, w tym tempie zdążą jeszcze ze dwa sezony w tym roku wypuścić, może one będą dobre? Zabawne, urocze, szalone? Chciałbym.

5/5

Zbrodnie po sąsiedzku ("Only Murders in the Building") - sezon II

23 sierpnia | 10 odcinków po 30 min | Disney+

Więcej dobrego, chociaż nie tego samego. Lekki kryminał, chce się oglądać, czekam na 3 sezon.

Pierwszy sezon skończył się kolejnym morderstwem, a trójka podcasterów zostaje głównym podejrzanym. Szukają mordercy na własną rękę, żeby udowodnić niewinność, ale nie tylko. Sprawa będzie posuwać się do przodu nieznacznie, brakować będzie śladów czy motywu. Sam serial traci w stosunku do pierwszej serii urok robienia podcastów, miłości do nich i ich potencjału na odmienianie życia. Oglądamy jednak nadal te same postaci – nowe nie pojawiają się zbyt często, chociaż oglądanie Shirley MacLaine w nowej roli to zawsze przyjemność. Stare postaci jednak cały czas wystarczają, relacje między nimi nadal są cudowne, a historia z odcinka na odcinek niezmiernie wciąga, kończąc każdy odcinek jakimś zwrotem akcji. Nawet jeśli po jednym obejrzeniu mam wątpliwości, ile z tego była potrzebne, a ile było tylko zmyłką, by wypełnić czas antenowy. Blackout dostarcza dramaturgii, ale czy coś dodaje? Trudno ocenić. Na pewno mamy dzięki niemu cudowną scenę jodłowania „Sound of Silent”.

Ostatni odcinek jest świetny. Finał dostarcza klasycznego zebrania wszystkich zainteresowanych i wyjawienia, kto jest mordercą. Tradycja łączy się z szacunkiem ze współczesnym poczuciem humoru („Więc kto zabił?; – Mamy tak po prostu powiedzieć?”). Wszystko ładnie się łączy, dostajemy dramatyczne zwroty akcji, bohaterowie mogą być uroczy ostatni raz, zagadka zostaje rozwiązana i znaczy to bardzo wiele dla wszystkich postaci, a tym samym dla nas. Więcej od lekkiego kryminału nie mógłbym oczekiwać.

Powstanie trzeci sezon i w finale zapowiedziano jego najważniejsze punkty. Będzie nowe morderstwo, trójka z Arconi znowu jest blisko niego, a ja mam ochotę to zobaczyć.

3/5

Untold: The Rise and Fall of AND1

23 sierpnia | Netflix

Coś, o czym każdy fan koszykówki powinien wiedzieć. Tylko pewnie i tak już wie…

Nie słyszałem wcześniej o tej marce – wszystko miało miejsce na początku lat 90. gdy grupa dzieciaków chciała pracować, ale mieć czas na koszykówkę, więc połączyli to i weszli w biznes odzieżowy dla aktywnych fizycznie. To był tylko pierwszy krok na drodze do stania się kamieniem milowym streetballa (ponoć jest polski termin „koszykówki ulicznej”, ale to nie to samo dla mnie) oraz fundamentem całego sportu, o którym dziś nikt nie pamięta… A przynajmniej takie wrażenie można odnieść podczas oglądania. Zapomniane legendy, które są przypominane przez film, którym należy się szacunek za to, ile rzeczy zaczęło się wraz z nimi i ich charyzmą, odwagą, kreatywnością. To największa zaleta tej produkcji.

Jednak przez większość czasu tego dosyć krótkiego dokumentu oglądamy historię obiboków, którzy mieli farta, imprezowali podczas pracy na szczycie i tak dalej. Jako sportowcy – szacunek, jako ludzie – nie ma wiele do gadania. Mieli pieniądze, to wydali na narkotyki i hotele, przy okazji dobrze się bawiąc na boisku. Szybko traciłem wątek i nie wiedziałem, czemu tym ludziom poświęcono dokument. Na szczęście na samym końcu twórcy się ogarnęli i umieli dostarczyć puentę. Ci ludzie zrobili coś ważnego i trzeba pamiętać o tym, że do nich należy pierwszy krok. Nawet jeśli nie pierwszy-pierwszy, to pierwszy w znaczeniu popularyzacji, a to też ma swoją wartość.

Szczególnie doceniam montaż sztuczek sportowych sprzed lat, zestawionych z zachowaniem profesjonalnych zawodników (jak Stephen Curry) na współczesnych boiskach. Te same ruchy, ten sam fundament, ta sama spuścizna.

2,5/5

Cuphead Show - sezon II

19 sierpnia | 13 odcinków po 11 minut | Netflix

Bez zmian, więcej tego samego. Ulubiony odcinek: „Say Cheese”

To nadal tytuł, który udaje stylizację i wzorowanie się na starych kreskówkach. Nie tworzy niczego własnego, jedynie kopiuje rozwiązania i schematy z dawnych lat, w tym fabularne – mamy więc jednego z braci, który chce czytać książkę, ale coś mu w tym przeszkadza. Albo rodzeństwo razem decyduje się znaleźć sobie lepszego brata, na koniec ucząc się, że lepszego nie znajdą i pasują do siebie. Albo śpiący dziadek, którego nie możemy obudzić, więc kłócimy się wokół niego po cichu. Bohaterowie nadal wymieniają się osobowościami na potrzeby akurat kopiowanego schematu. A szkoda, bo nadal widzę w tym serialu potencjał.

Wiele odcinków kończy się clifhanngerami, które nie są rozwiązane w następnym odcinku, bo do tego czasu wszystko się tradycyjnie resetuje. Bohaterowie często nagle okazują się być w zagrożeniu, które po nich idzie… I kończymy. Ich dom jest zdemolowany tak bardzo, że go nie ma… I kończymy. Tom i Jerry kończyli walkę, gdy jeden jest znokautowany czy nieprzytomny, ale to przynajmniej rozwiązywało konflikt danego odcinka. Cuphead nie umie się tak kończyć, zamiast tego celowo się urywa, zostawiając nam w pamięci przede wszystkim jakiś straszny obraz.

I te straszne obrazy często faktycznie się udają. Podobnie jak momentami humor się udaje – czarny, przykry, niemal brutalny. I ogólnie, da się to oglądać, tylko nadal jest to tytuł nieistotny. Obejrzymy w kilka godzin, zapomnimy. Twórcy nie mają już chyba zamiaru stworzyć własnego świata czy ciekawych bohaterów, jedynie odtwarzają przeszłość póki ktoś im za to płaci. Zostało w końcu jeszcze wiele schematów, które idzie powtórzyć:
– znajdą zwierzątko, które będzie problematyczne
– pojawi się dziewczyna, o którą będą się zabijać, a która na końcu wybierze innego
– pojadą do wielkiego miasta i wystraszą się jego chaosu i rozmiaru, wrócą do siebie
– wygrają milion dolarów i co z nimi zrobić
– będą grać w golfa
– kręgle
– tenisa
– fortepianie
– zaproszą znajomych na imprezę, ale drugi będzie chciał spać
– i tak dalej…

2,5/5

W głowie kota ("Inside the Mind of a Cat")

18 sierpnia | Netflix

Miły upominek dla kociarzy, którzy nic nie wiedzą o kotach. Uwaga – zawiera śladowe ilości telewizji.

Dokument to za dużo powiedziane – bardziej rozbudowany segment telewizji śniadaniowej, gdyby umieli tam usiąść na dupie na półtorej godziny i zająć się jednym tematem. W tym wypadku mówią o kotach i zastanawiają się: czy koty nas kochają? Czy znają swoje imię? Czemu tak się zachowują? Zaprezentowane tu są wyniki badań, różne eksperymenty, opowiedziano historię relacji kotów i ludzi. Wszystko w uwłaczającej formie programu telewizyjnego sprzed 20 lat.

PS. A tak w ogóle każdy film zawierający w sobie chociażby fragment „Talent Show” może wypierdalać. Na kolanach do Częstochowy przez Skandynawię i błagać o wybaczenie wszystkich po drodze. Nie po to nie oglądam telewizji, by ją podchodem oglądać – to chyba proste, prawda?

2,5/5

Dwa życia ("Look Both Ways")

17 sierpnia | Netflix

W tym filmie życie zawsze będzie mieć szczęśliwe zakończenie.

Ona i on mają zbliżenie czwartego stopnia. Był seks i teraz pytanie: czy są w ciąży? Ona robi sobie test. W jednej rzeczywistości ma dziecko, w drugiej nie. I oglądamy, jak te dwa życia idą swoim torem, równolegle.

Oglądamy więc dwa filmy w ramach jednego. I to doskonała okazja, żeby dostrzec poziom reżyserii – bo ta na ogół we współczesnych produkcjach prezentuje poziom godny pożałowania, ale nie zwracamy na to uwagi, bo jest „wystarczająca”. Gdy mowa o filmie opowiadającym dwa wątki w innych wymiarach, to wtedy jest to dosłownie widoczne i uwiera. Mam na myśli, że te dwa filmy powinno się jakoś odróżnić wizualnie: ruchy kamery, kolorystyka, tonacja. Język filmowy dostarcza nieskończoną ilość możliwości, aby to zrobić. Co więc zrobiono w filmie „Dwa życia”? Nic. Reżyser miał to w dupie, więc film jako taki ogląda się tak samo, cały czas. Póki w scenie nie bierze udział dziecko czy coś, to jedynym sposobem, aby odróżnić te dwa wątki, to pewnie inna fryzura bohaterki. To wszystko. Cały ciężar stworzenia dwóch różnych opowieści złożono na aktorów, ale jednocześnie bez wymagania od nich czegokolwiek, więc zrobili tylko tyle. Czyli w sumie nic, poza stworzeniem sympatycznych postaci.

Inne filmy starają się i jak osiągają taki poziom 5/10, to przynajmniej mogę to uszanować. Twórcy „Dwóch żyć” nie mogli być mniej zainteresowani staraniem się o cokolwiek. Ich produkcja to definicja „dobra, wystarczy”. Nie jest zły, nie jest dobry, tragedii nie ma – wystarczy. Jest oryginalny pomysł, pozytywna energia, ładne wykonanie, szczęśliwe zakończenie i mądre przesłanie, że wszystko w życiu może się dobrze skończyć. I każdy cynik-krytyk chcący się przypierdolić zreflektuje się przed finałem, że może jednak wśród widzów będą jacyś widzowie, którzy też są w trudnej sytuacji życiowej, którzy potrzebują akurat usłyszeć, że wszystko będzie okey. Nie że będzie dobrze, ale że jakoś sobie poradzimy. Nie już teraz, ale za parę lat. Będzie dobrze. Czemu więc mamy się gniewać na taki film? Niech ma ocenę pozytywną. Nie da się do niego przypierdolić. I ja też nie chcę.

Tylko że nawet to przesłanie jest mądre tylko dlatego, że jest bezpieczne. Dwie różne ścieżki życiowe, obie kończą się szczęśliwie – zero ryzyka, zero życiowych komplikacji, zero dojrzałego podchodzenia do dorosłości. Ot, dwa różne wybory i oba prowadzą do szczęśliwego życia, każde na swój sposób. Miły, przytulny, bezpieczny finał, który nikogo nie obrazi, nikogo nie będzie prowokować. Jest odpowiednikiem klepania po głowie, gdy ma się cztery latka, a ulubiona zabawka została ukradziona przez psa sąsiadów. Ale to tylko moje wrażenia.

Takie filmy bardziej mnie wkurwiają niż są tego warte. Wypierdalać z takimi filmami, dać mi coś prawdziwego!

1/5

Kolejne 365 dni ("The Next 365 Days")

17 sierpnia | Netflix

Bez zmian, nadal wieje wiochą na kilometr. Trochę do śmiechu, więcej do znudzenia.

Fabularnie chyba jest o tym, że teraz w związku mają kłopoty i mało jest seksu, ale to tylko formalność, bo poza tym to jest ten sam film, co część druga, tzn. reprezentuje sobą to samo. Nadal oglądamy jak bohaterki piją wino, tańczą, przebywają we Włoszech, nad morzem. Sceny erotyczne od czasu do czasu też się przewiną, jako element tego teledyskowego świata, gdzie w tle lecą cały czas jakieś mamroczące utwory natychmiast z pamięci wylatujące.

Nie ma tu nic interesującego pod kątem postaci, fabuły, tematów. To nadal kino obrażające mężczyzn i kobiety (to drugie zapewne nieświadomie – ale pochwalanie postawy polegającej na stawianiu siebie w centrum wszystkiego jest strasznie uwłaczające), gdzie od czasu do czasu coś absurdalnego będzie mieć miejsce. Poza tym: nuda. I bardzo was przepraszam, ale nie znalazłem zaczepienia aby dojść do tego, czemu akurat ta produkcja jest popularna. Może to po prostu ta sama demografia, która nabija miliony wyświetleń na YouTubie ludziom robiącym zakupy w supermarkecie przez pół godziny? Innej teorii nie mam. Luksus na ekranie oraz bycie na wakacjach, seks – to wszystko nigdy nie było tak nudne, co w serii tych filmów. I to wszystko tylko po to, aby bohaterka nauczyła się, że w związku trzeba być egoistką. I nie, nie chodzi o definicję egoizmu, tylko o coś zupełnie innego i nazywanie tego egoizmem.

Najwięcej emocji wywołują tu angielskie napisy, które cały czas tracą znaczenie tego, co bohaterowie mówią po polsku. I dokładają wulgaryzmów tam, gdzie ich nie, ujmując ich tam, gdzie faktycznie są. Zagadka na zagadce.

5/5

Better Call Saul - sezon VI

16 sierpnia | 13 odcinków po 50 min | Netflix

Są seriale, które są tylko po to, aby być. I jest taki Better Call Saul, którego koniec jest końcem życia.
1/5

13: The Musical

12 sierpnia | Netflix

Trochę jak oglądanie swoich dzieci na przedstawieniu teatralnym. No starają się i mają frajdę, po co drążyć temat?

Oglądając takie filmy zawsze myślę, że ich realizowanie musiało sprawiać frajdę. Musical z tańcem i śpiewaniem, wszystko zrealizowane przez dzieci dla dzieci o dzieciach wchodzących w wiek tytułowych trzynastu lat. Problem tylko jest taki, że to musical pisany z myślą o dzieciach pięcioletnich, sprowadzony do ich poziomu i prezentujący świat pięciolatków, a raczej utwierdzający przekonanie, że osoby wchodzące w wiek nastoletni są takie same, jak te wchodzące do przedszkola. Choreografia, piosenki, rymy, melodie, fabuła… To wszystko jest na takim poziomie, żeby było, bo to tylko dla rodziców oglądające swoje pociechy. Tu chodzi o zupełnie inne rzeczy, niż gdy się ogląda prawdziwy musical.

A tak w ogóle to adaptacja prawdziwego musicalu z 2008 roku opowiadającego o tym, że dzieci wcale nie są dziecinne – Netflix to zmienił, u niego dzieci są jeszcze bardziej dziecinne. Ja dopisuję kolejny musical do listy – takie, które warto zobaczyć na żywo i które po adaptacji tracą swoje podstawowe cechy charakterystyczne.

3/5

Dzienna zmiana ("Day Shift")

12 sierpnia | Netflix

Polubiłem Foxxa, gunplay, sceny akcji (momentami kojarzące się z Bollywood), współpracę podczas pojedynków… Nawet Dave Franco wyszedł na plus.

Bohater grany przez Jamiego Foxxa (sprawdzającego się w roli twardego złodupca z shotgunem) poluje na wampiry we współczesnym, alternatywnym L.A., aby zarobić na rodzinę. Sprawy się komplikują, gdy jego rodzina zostanie w to zaangażowana. Będzie strzelał, współpracował z sobie podobnymi zabójcami, walczył wręcz, prowadził samochód w scenie pościgu, troszczył się o córkę i opierdalał przydupasa, którego mu przydzielili, któremu w trakcie filmu urosną jaja. I odpadnie głowa.

Wiele w tym filmie nie działa, są tu momenty odrzucające, męczące, głupie i bezduszne – ale pomimo to seans sprawił mi przyjemność. Polubiłem Foxxa, gunplay, sceny akcji (momentami kojarzące się z Bollywood), współpracę podczas pojedynków… Nawet Dave Franco wyszedł na plus, a raczej jego postać, która była męcząca na początku po to, by na koniec udowodnić swoją wartość pomimo tchórzostwa, kiedy to zyskuje więcej odwagi. Serio, jest tu co lubić. Jak przyjdzie co do czego, to starcie w domu będącym gniazdem wampirów będzie w moim rankingu najlepszych scen akcji tego roku.

A co nie gra? Wątek rodziny nie ma sensu i spowalnia akcję – dosłownie! W pewnym momencie ta rodzina zostaje porwana, postać Foxxa jest przytrzymywana i ma słuchać co zrobić, by uratować swoich ukochanych – ale co się wtedy dzieje? Foxx gada ze swoją rodziną, a porywacze wokół stoją i nic nie robią. I to trwa przez wiele minut („OKŁAMYWAŁEŚ MNIE!”). Z samym wątkiem nic nie jest robione tak naprawdę – jak już zabiją wszystkich wampirów, to film się kończy, a my mamy po prostu opuścić świat tej opowieści w przekonaniu, że ich wszystkie problemy zostały rozwiązane. To też jeden z tych filmów, gdzie przeciwnicy w starciu z tchórzliwym protagonistą będą się cackać, zamiast go zabić w pół sekundy. Mógłbym się w sumie też przyczepić do scen akcji, że mają za dużo fikołkowania na pokaz. No i wiecie, cała kwestia tego, że to jedynie wypełnianie starego schematu – ale z energią, więc mi nadal się nieźle oglądało. Na plus.

PS. Dałbym sobie dupę uciąć, że to na podstawie scenariusza Maxa Landisa. I teraz bym był bez dupy.

3/5

Carter

5 sierpnia | Netflix

Ponad dwie godziny czystej akcji na jednym ujęciu.

Dosłownie czystej. Nawet w scenach, gdy nie ma walk, strzelanin, pościgów, gonitwy – to wtedy kamera jest cały czas intensywna, jej zachowanie buduje napięcie. Na to się patrzy jak na bajkę – każda sekwencja wygląda, jakby miała być ostatnią w filmie, każda jest podkręcona na 11, każda robi rzeczy, jakich nigdy na oczy nie widziałem, każda to kanonada problemów i trudności w realizacji, bo żadna nie była po prostu łatwa – każda jest zrobiona najbardziej efektownie, jak najszybciej, jak najgęściej – a tym samym po prostu najtrudniej. Ten tytuł nie łapie zadyszki, tylko przyspiesza. To dzika jazda i absolutne szaleństwo, na pociągach, samolotach, spadochronach, motorach i czym tylko chcecie, przez całą planetę. Ujęcie z drona łączą się z ujęciami z ręki, spod samochodu, z dźwigu, ze steadicamu. Słowa nie oddadzą tego, jak ten film wygląda – to trzeba zobaczyć samemu.

Zaznaczę tylko jedno: ten film to dosłownie czysta akcja. Tu nie ma nic innego. Fabuła, dramaturgia, napięcie? Nie ma. Podczas seansu ta akcja nie znaczy nic poza nią samą – jej rozmach jest frajdą samą w sobie, ale nie ma ona związku z ratowaniem czegoś czy osiągnięciem czegoś. Film wręcz kończy się po prostu urwaniem przed następną sceną akcji, gdy życie bohaterów będzie zagrożone i znowu będą z czymś walczyć. Nie ma tu nawet tej świadomości, że bohaterowie są utalentowani w walce, albo muszą być wybitnie zmęczeni i na skraju wyczerpania, ale ich determinacja pcha do niemożliwego. Nie! Zupełnie nie myślę o bohaterach w jakimkolwiek aspekcie. Nawet ich muskuły nie robią na mnie wrażenia, bo nie mają tego ludzkiego wymiaru. Dosłownie w kilku momentach filmu myślałem, że to co robią, jest ryzykowne – np. gdy skakali po rusztowaniu, albo spadali z niego. Na tym filmie można dosłownie zasnąć, obudzić się i kontynuować seans bez przeszkód, nadal mając z niego tyle samo frajdy. Sceny pewnie nawet dałoby radę puścić w losowej kolejności i też by to zadziałało, gdyby nie spójność jednego – masterowanego i tak – ujęcia. Po wyskoczeniu z samolotu jest sekwencja lotu, potem lądują w samochodzie, pościg, potem pociąg z helikopterem… To wszystko jest bardzo płynne. Szalone. Płytkie. I niesamowicie wygląda.

Internet nisko ocenie ten film i tak ogólnie mało jednak mówi o tych wadach – piszą głównie, że po prostu nie da się na to patrzeć ze względu na montaż i zdjęcia. Ja tam pamiętam, jak siedem lat temu te same sztuczki zbierały zachwyty w Hardcore Hanry. I nadal zresztą zbierają. Nagłe, cyfrowe zbliżenia, CGI itd. Może oglądali na telefonach? Ja miałem frajdę, nawet jeśli nadal wolę filmy mające minutę akcji, ale by reszta projekcji wspierała ten jeden moment.