Styczeń 2022
Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Zaczynamy...
Tańcz, Elise ("En corps")
31 stycznia | VOD
Taniec jest piękny. I jak zazwyczaj w filmach tanecznych, tylko on.
Początek zapowiada film bez słów, wypełniony tańcem: zbliżająca się premiera, spojrzenia, podglądanie interakcji między ludźmi i w końcu: występ. Klasyczny w formie i muzyce. Piękny. A potem bohaterka upada podczas występu, kontuzja oznacza zaprzestanie tańczenia – może nawet tymczasowe. A co gorsza, bohaterowie zaczynają mówić.
Dialogi są niskiej jakości, poświęcone współczesnym tematem takim jak wegetarianizm, podział na męskie i żeńskie, ale również wygarnięcie młodym, że mają za lekko i dobrze tak sobie złamać nogę, żeby docenić, co masz. Wszystko to z udziałem ludzi szukających powodu, aby się obrazić. Dosłownie nie można zapytać, czy idziesz na spacer, bo kogoś o to dupa zapiecze i z oburzeniem odpowiedzą pytaniem: „Wyglądam, jakbym lubiła spacery?”. Szkoda, że taniec dla twórców jest tylko pretekstem.
Na szczęście nadal jest w tym filmie taniec, tu i ówdzie jakaś krótka sekwencja się zachowa. Klasyka zostaje zastąpiona przez współczesność, nadal ogląda się wspaniale ich energię, choreografię, dynamikę, zgranie. Pod koniec jest wspaniały punkt kulminacyjny, gdy wszyscy są na scenie. Sekwencja ta jest ucięta w najważniejszym punkcie: muzyka jest wyciszona, a my oglądamy, jak ojciec bohaterki oglądając jej występ wspomina jej dzieciństwo. Pewnie miało to budować emocje, ale na to już za późno – ta część filmu z trudem będzie interesować kogokolwiek. Takie ucinanie wywołuje jedynie frustrację i myśl: czemu ten film nienawidzi tańca? Gdyby było inaczej, to by go po prostu pokazał.
Janet Jackson.
29 stycznia | 4 odcinki po 50 min | Canal+
Grzeczny, miły dokument o piosenkarce. Znajomość muzyki i sympatia wobec niej wymagana przed seansem.
Kolejny taki sam dokument o artystce, która jest perfekcjonistką, pobiła rekordy, jest idolką, mówiła ważne rzeczy, jest inspiracją dla wszystkich i cała reszta tych samych słów, co w przypadku pozostałych artystów, którzy kupili sobie dokument mówiący: „Nie znacie mnie, nie oceniajcie, tak naprawdę jestem bardzo miłą osobą i kocham swoje dzieci i swoich fanów”. Zero jakiegokolwiek zacięcia, wszystko trzymane w bezpiecznej atmosferze, żebyśmy polubili artystkę i było nam żal, gdy jej się wydarzyło coś przykrego. W tym wypadku „nipplegate”, które nijak nie jest przedstawione tak, byśmy mogli to zrozumieć. Znaczy kilka lat wcześniej pozowała pół-nago i to było wyzwalające i inspirujące, a teraz zobaczyliśmy jej pierś i teraz to jest oburzające? Dajcie spokój.
Przez cały ten miniserial nie ma nawet jednego fragmentu koncertu czy piosenki, który trwały chociaż 10 sekund. Nie możemy doświadczyć tego fenomenu za sprawą dokumentu, „Control” i inne musimy lubić przed seansem. Sam dokument chyba nawet nie ma żadnych praw do pokazania czegokolwiek. „Nipplegate” też pokazali tylko na stillsach.
Najbardziej mnie fascynuje w tym dokumencie jego niewinna manipulacja, całkowicie bezzasadna. W pierwszym odcinku jest fragment Good Times, gdzie postać graną przez panią Janet była bita przez matkę. W następnym odcinku ten sam fragment jest pokazany jako część narracji o ojcu prawdziwej Janet i jej dominującego charakteru – sugerując tym samym, że ojciec bił panią Janet, chociaż wystarczyło oglądać poprzedni odcinek, by znać prawdę. W następnym odcinku na początku przypominają słowa o jej dominującym chłopaku, łącząc to z wypowiedzią do Janet, która jeszcze bardziej ją stresuje i dominuje. Tylko że to nie są słowa jej chłopaka, tylko osoby zza konsoli w studio nagraniowym – ale z kontekstu wynika, jakby to chłopak jej tego dokładał. Znaczy: jesteśmy dorośli, umiemy dostrzec manipulację. Widzimy ją i nie mamy pojęcia, co ona tu robi. To jest po prostu dziwne.
PS. Norman Lear żyje i jeszcze gada do kamery. Cyborg, normalnie cyborg.
The Requin
28 stycznia | Prime Video
Alicia Silverstone spała na tym filmie chyba więcej ode mnie.
Standardowe kino z rekinem: bardzo długo im zajmuje, żeby w ogóle dojść do rekina, a gdy ten się pojawia, to wcale nie jest lepiej. Właściwie wystarczy tylko mówić na głos absurdy tego, co ma miejsce na ekranie i to komentować: z jakiegoś powodu są w domku na wodzie, który przy przypływie odpływa od lądu. I bohaterowie kłócą się, żeby już teraz wyskakiwać i płynąć przez sztorm do lądu. A minutę później się kłócą, że no nie, to debilizm, lepiej siedzieć na dupie i czekać. A gdy jest spokój następnego dnia, to panikują i krzyczą, bo nie widać lądu. Czemu oni są tak irytujący w swoim naturalnym zachowaniu, czemu nawet jak robią coś mądrego, to nadal ich zachowanie można skomentować tylko jako idiotyzm? Każdy tutaj zachowuje się debilnie, Alicia Silverstone i rekin też, ale ona akurat przeżyje. To było piękne kino, nie zapomnę go nigdy. Szczególnie jak Alicia Silverstone wskoczyła do wody, by walić rekina belką. W sensie waliła w taflę wody, a rekin pewnie też gdzieś tam był. Płakałem ze śmiechu. Skojarzenia z Birdemic wskazane.
Jak aktorzy z niezłą karierą trafiają do takiego kina? Poważnie pytam. Jeszcze w Powrocie do liceum grała w tym roku. Czy Last Survivors będzie z tego grona najlepszy? Mam nadzieję…
PS. Tytuł to „rekin”, tylko po francusku. Serio.:D
The Ice Age Adventures of Buck Wild
28 stycznia | 1h20 | Disney+
Zaskoczenia są dwa: ta kontynuacja trwa dokładnie tyle samo, co oryginał. I wygląda lepiej.
Oczywiście, podczas oglądania wyglądało to dla mnie jak cut-scenki z egranizacji Ice Age sprzed 20 lat, ale sprawdzając później – nie, było dużo lepiej. Najwyraźniej 20 lat temu topowa grafika komputerowa dużego ekranu wyglądała gorzej, niż współczesna zrobiona na odpierdol. Ruch postaci, wygląd ich futra, ogólna jakość w The Ice Age Adventures of Buck Wild – to wygląda źle, ale tylko jak na współczesne standardy.
Sam film jest tak dobry, jak udany może być spin-off koncentrujący się na pobocznych postaciach, których nikt nie lubi, którzy to postanawiają coś zrobić, ale nikt w nich nie wierzy, po czym pokazują, że dadzą sobie radę z pomocą innych oraz masą szczęścia. W tym wydaniu dwa oposy chcą żyć na własnym, więc opuszczają stado Manny’ego, Diego i Cezary’ego Pazury, po czym dzieje się to, co już opisałem.
Tragedii nie ma – morał i w ogóle, wszystko tutaj jakoś tam wybrzmiewa. Humor raz na jakiś czas trafi, nic szkodliwego tutaj nie ma, krótkie to i lekkie… Niech będzie.
Z zimnej strefy ("In From The Cold")
28 stycznia | 8 odcinków po 50 min | Netflix
Na wakacjach matka nastoletniej sportsmenki zostaje porwana przez CIA, ponieważ kiedyś była szpiegiem rosyjskim, dała sobie z tym spokój, ale teraz tylko ona może uratować świat.
Opis brzmi jak żart, ale ten serial jest poważny. Mamy tu walkę o życie, oddawanie życia za sprawę, grubą intrygę sięgającą wysokich stanowisk, a przede wszystkim walkę matki o zdrowie córki. I ludziom to się podoba: opowieść o tym, że matka zrobi wszystko dla swoich dzieci. Finał sezonu zrobi tych ludzi w chuja co prawda, ale poza tym są jeszcze zwroty akcji, sceny akcji oraz delikatny „spin” na gatunku kina szpiegowskiego, ale tego nie warto zdradzać.
Sam serial punktuje głupoty fabuły, jakby to miało sprawić, że absurdy przestaną być kretyńskie. Znajdują starą agentkę z Rosji, pytają ją, czy nią jest, ona zaprzecza. To 156 ludzi rzuca się na nią, ona spuszcza wpierdol każdemu po kolei i wyskakuje przez okno – szok, to atrapa, bo tak szpiedzy działają. I obok są ludzie z monitorami, oglądający powtórki z jej skakaniem z okna, bo tak działają szpiedzy. Potrzebują jej do misji – ma uwieść typa będąc milfem, a oni „Mamy tylko ciebie”. To jest chyba serio bardziej żenujące dla CIA niż KGB. Cały seans jest żenujący – oglądanie, jak twórcy próbują udawać, że rozumieją wywiad, to skręt żołądka i łapanie się za głowę. Bohaterowie są niedojrzali, a świat filmowy pozbawiony jest realizmu – i nie, nie mam na myśli wspomnianego „spinu”. Mam na myśli fakt, że np. zabójca na jakimś zebraniu się ujawnia, celuje do kogoś z pistoletu, cała ochrona się aktywuje, wszyscy celują w zabójcę… I tak sobie stoją bez ruchu, gdy jedna osoba z nim gada. A gdy zabójca opuści broń, to go przytulają. Uwierzcie mi, twórcy to wszystko robią na poważnie.
Chociaż słysząc takie teksty jak: „Znajdę cię i zabiję twoją złotą rybkę” naprawdę mam wątpliwości. Po usłyszeniu tekstu z Dostojewskim chciałem jeszcze bardziej obniżyć ocenę. Ten serial to nieśmieszny żart.
PS. Finał zapowiada drugi sezon. I już teraz obiecuje, że będzie to jeszcze głupsze!
Angry Birds: Summer Madness - sezon I
28 stycznia | 16 odcinków po 13 min | Netflix
Ptaszki z gry mobilnej teraz jako nastolatkowie w obozie letnim, gdzie w sumie nie wiadomo, co powinni robić, ale jest sporo wyrzutni, trampolin, przyjaciele i dobra zabawa. Ku mojemu zaskoczeniu ta produkcja przywołuje mi na myśl okres powalonych animacji ze złotej ery Cartoon Network (w stylu „Ed, Edd i Eddy”, ale nie aż tak dobre – bardziej widzę w tym potencjał na taki poziom, ale już teraz oglądałem to z przyjemnością). Jak nie mogą opuścić kabiny, to kopią tunel – jak chcą sobie zrobić krzywdę, to budują niebezpieczną zjeżdżalnię sięgającą granicy ziemskiej atmosfery – do kosmosu później zresztą wrócą, a tam dryfowanie bezwładne nie będzie jednym z najstraszniejszych rzeczy na świecie, nie! Będzie… zabawne. Konwencja jest solidnie zrealizowana, bawię się przy tym.
Co by nie mówić, środowisko tego serialu (obóz wakacyjny) oferuje kreatywne rzeczy. Podstawy odcinków mogą być schematyczne, w stylu łobuz męczy bohaterów i trzeba go sprowadzić na ziemię, ale już esencją odcinka – czy też rozwinięciem historii – jest zrzucanie komuś domu na inny dom. Albo uleganie wypadkom, żeby zyskać cukierki. Lubię taki poziom humoru i chcę więcej. Chcę kolejnego sezonu, gdzie twórcy będą bardziej przeganiać pałę. Sezon tak naprawdę na trzy gwiazdki, ale czwarta ode mnie na zachętę.
Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie - sezon I
28 stycznia | 8 odcinków po 30 min | Netflix
Twórcy żartują w przemyślany sposób – a ja dobrze się czuję, że podczas oglądania cieszę się razem z nimi.
Tytuł w wersji oryginalnej jest jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej zabawny – wskazuje na parodię i tak właśnie jest: o matce, która straciła dziecko, więc teraz bawi się w detektywa, podejrzewając sąsiada o bycie mordercą. Znamy to tak dobrze z innych produkcji, że nawet nie widzimy w tym nic absurdalnego, jesteśmy przyzwyczajeni. Na szczęście twórcy są przytomni. Chwała im za to. Mają strasznie inteligentne poczucie humoru. I dobrze się czułem z samego faktu, że rozumiałem intencje twórców, że byliśmy po tej samej stronie. Historia czy postaci są dosyć typowe i niewyróżniające się – z wyjątkiem przeszłości protagonistki i jej obrazów z kwiatami. Całą resztę ogląda się dobrze, bo kupujemy tę stylistykę, jesteśmy rozbawieni i ciekawi, jak to się potoczy. Twórcy nie tracą pary aż do końca, mając parę asów w rękawie, nawet jeśli sztuczka jest cały czas ta sama: umieszczenie absurdalnych skrótów narracyjnych i schematów gatunkowych w produkcji jak najbardziej realistycznej. To oznacza też, że zachowanie części postaci podchodzi pod absurd, a części pod realizm. Wszystko w imię humoru, więc też niewiele tu człowieczeństwa – po śmierci człowieka nie ma ludzkiego zachowania wśród tych, co wciąż żyją. Konwencja by tego nie wytrzymała, albo też twórcy nie są wystarczająco zdolni do takich rzeczy. Za to chwała im za poważne podejście, sumienne podejście do tworzenia komedii. To znaczy, że są świadomi, iż nie wystarczy nazwać coś parodią, aby wszystkie żarty miały sens. To trzeba przemyśleć, oni to zrobili.
Plus świetny finał, z cameo Glenn Close oraz Deana z Community.
All of Us Are Dead - miniserial
28 stycznia | 12 odcinków po 70 min | Netflix
Horror, który zbliża ludzi. Tych, którzy przetrwają.
Miejscem akcji jest szkoła i pobliskie miasto. Bez zdradzania zbyt wiele: wśród ludzi zaczynają pojawiać się zombie. I trzeba zacząć walczyć o przetrwanie.
Korea ma dziwne podejście do seriali – ich dramaty mają wysoki budżet, tonacja rzadko jest jednolita (od powagi po absurd), a czas trwania odcinka może wynosić nawet półtorej godziny. No bo czemu nie? I może to jest jakieś rozwiązanie problemu, jakim jest masowe tworzenie krótkich seriali? Osiem odcinków, które ledwo zagrzeją miejsce w naszym życiu – i już mamy je za sobą. Co by nie mówić, z tymi koreańskimi tytułami trzeba spędzić trochę więcej czasu. Trzeba trochę się pomęczyć – posiedzą w tej szkole naprawdę długo.
Poświęcony czas jednak się opłaca. Po tych ośmiu odcinkach, gdy siedzą przy ognisku (tak, jeszcze są w szkole cały czas) i po prostu gadają, to czułem, że faktycznie sporo przeżyli. I ja przeżyłem to razem z nimi. Czułem ciężar doświadczeń, które nagle pojawiły się w ich życiu. A to był intensywny czas – każdy mógł paść, nawet z punktu widzenia scenariuszowego wydawało się, jakby umierały losowe osoby. Czysty przypadek. Rzadko która śmierć coś dawała, była w imię czegoś. To inni, jeśli już, nadawali jej znaczenie. Walczyli mocniej, żeby wcześniejsze rozstania nie poszły na marne.
Historia jest raczej typowa – ponownie oglądamy dylemat w stylu: „Nie mogę zabić tej osoby, to była moja koleżanka, a teraz koleżanka mnie je, no trudno”. Postaci są dosyć nijakie – na tyle, aby można ich było użyć do typowych scen w takich opowieściach. Ich zachowanie wtedy nie jest dyktowane charakterem, ale koniecznością realizacji typowego momentu (jak np. „nie ufam tej osobie!”, więc reszta zajmuje strony). Dużo tutaj akcji i melodramatyzmu. Nie ma telenoweli, ale jest dosyć łzawo. Starcia z zombie to petarda – każde stawienie niebezpieczeństwu może skończyć się śmiercią, a pod względem realizacyjnym jest to najwyższy poziom. Bohater może walczyć o przeżycie na jednym ujęciu, a w tle za nim jest 50 ich osób walczących równie intensywnie. Zombie w tym wydaniu są ślepe, czułe na dźwięk, a jak zaczną zapierdalać, to nie mają problemu z rozpierdoleniem się na ścianie – po prostu za chwilę wstaną i zaczną bieg ponownie. Powalić każdego z nich nie jest proste, ale można uciec – niektórzy protagoniści walczą w sposób bardziej finezyjny, ze wślizgami i odbijaniem się od ścian. Ogólnie: pierwsza klasa, rewelacyjne widowisko.
Finał pokazuje, że to film o wspólnym doświadczeniu. I nie tylko postaci, ale również nasze, osób to oglądających. Na koniec czułem, że jestem w tym razem z nimi. Razem z nimi jestem przy tym ognisku. I czuję, że to osiągnąłem.
The Orbital Children - sezon I
28 stycznia | 6 odcinków po 35 min | Netflix
Przyszłość. Stacja kosmiczna, gdzie dochodzi do awarii, a bohaterowie muszą sobie poradzić zarówno z nią, jak i o wiele większym zagrożeniem zbliżającym się dla całej ludzkości…
Naprawdę muszę pochwalić twórców za jedno: narrację i wprowadzenie w ten nowy świat. Co chwila pojawia się coś, czego nie rozumiemy, ale zrobiono to tak, że chcemy zrozumieć. Chciałem poznać ten świat i jego zasady. Czym jest Siódemka, konflikt między Ziemią i Księżycem, jakie są przepowiednie? Gdzieś w połowie sezonu poznajemy większość odpowiedzi, ale to wystarczyło mi, bym całość obejrzał praktycznie na jedno posiedzenie.
Trochę tu filozoficznego anime – przede wszystkim podejmującego temat przeludnienia zagrażającego ludzkości i czy pojedynczy człowiek jest tak samo ważny, co cała ludzkość. Nie jest to zbyt zgłębione, ponownie usłyszałem te same głodne kawałki w stylu: „ludzie nie są tylko źli, stworzyliśmy dużo piękna” – ale to dopiero początek. Drugi sezon powstaje i z całą pewnością będę go oglądać.
Gramy u siebie ("Home Team")
28 stycznia | 1h30min | Netflix
Ten film ma wszystko: podróbę Seana ze Scrubs, czarnoskórego kierowcę autobusu i wymioty po jedzeniu ekologicznego jedzenia.
Trener, który wygrał Super Bowl (taki turniej amerykańskiego futbolu), z powodów osobistych wraca do domu, gdzie zaczyna trenować zespół swojego dorastającego syna. Do tej pory zajmowali pierwsze miejsce od końca, czy trener tej klasy odwróci ich losy?
Tak. Wiemy, że w ten lub inny sposób dojdzie do pozytywnego zakończenia, czasem potrzebujemy takiego kina i tutaj mamy pewność, że je otrzymamy. Mogłem kupić zachowanie młodych, uwierzyć w nich, że osiągnięcia w sporcie są dla nich osiągnięciami w życiu. Sekwencje sportowe zrealizowano porządnie, obyczajówkę też. Nie ma tu w zasadzie komedii, może poza motywem kopania jednego dziecka w dupę przez cały film, ale i bez tego dobrze mnie się to oglądało.
Wystarczający to film. To, co robi, robi dobrze – wątki tła traktuje pretekstowo, przerysowuje niektóre elementy, ale pierwszy plan działa. Młodzi bohaterowie i ich trenerzy zyskali moją sympatię, chciałem zobaczyć ich wygraną, a gdy spojrzałem na czas, to byłem zaskoczony, że zaraz koniec. Szybko to minęło i nie żałuję. Chciałbym co prawda, żeby dramat ojca z synem do czegoś został doprowadzony (zaczyna ich trenować z miłości do sportu, ale nie kończy zajmując się tym z miłości do syna – czy coś), ale nie będę wymagać wszystkiego.
Truth and Lies: The Last Gangster
27 stycznia | Disney+
Prawda jest jak „Goodfellas”.
Dokument o mafijnej rodzinie Gambino. Nie wiem, jak ze znajomością takich amerykańskich rzeczy w Polsce, ale ten dokument dobrze opowiada o życiu w czasach takiej gangsterskiej dominacji. Rzeczowo, spokojnie, tylko trochę tutaj sensacji i żerowania na emocjach. Człowiek nie wierzy, że takie rzeczy mają miejsce na co dzień tuż obok niego, że za wieloma rzeczami stoją przestępcy kontrolujący wiele aspektów życia. Bawi też częste powtarzanie, że to było dokładnie tak, jak w „Chłopcach z ferajny” albo „Ojcu chrzestnym„. Słuchamy rozmów z prawdziwymi gangsterami i ich odpowiedzi na najtrudniejsze pytania: jak się czułeś zabijając? Co byś zrobił, gdyby twój syn się dowiedział? Co byś zrobił, gdyby twoje dziecko też wstąpiło do mafii?
W sumie największy problem jest taki, że to trochę jak sklejka niż własny film – główny wywiad, na którym bazuje ten tytuł, pochodzi jeszcze z 1998 roku. Widziałem takie eseje na YouTubie, ma to swój urok.
Ben & Jody
27 stycznia | Netflix
Nie zapowiada tego, ale jednak jest źle. Wolno buduje napięcie, by zawieść pod koniec.
Indonezja, ciężka sytuacja. Bohaterowie są porwani i pracują niewolniczo przy rąbaniu drewna. Jedynym ratunkiem jest ucieczka.
Pierwsze wrażenie – i drugie, i trzecie – naprawdę zapowiada solidne kino. Jest społeczne zacięcie, ukazanie trudnej sytuacji ogólnej w kraju, jest nawet solidna scena akcji na początku. Krótka, ale dająca nadzieję, że będzie taka na koniec, tylko większa. Jest powolne budowanie napięcia… A przynajmniej tak to człowiek interpretuje, bo po jakimś czasie już jednak pojawia się taka myśl, że to zwykle zwlekanie jest. Kolejne opóźnienia niczego nie dodają, po prostu bohaterowie mają trzy rozmowy na ten sam temat. A my przecież i tak wiemy, jak to wszystko się skończy. Poważny ton zapowiada co prawda bardziej realistyczny trzeci akt, ale realizm i tak szybko idzie za okno. W połowie zacząłem obawiać się głupot.
I je dostałem. Cały finał to padaczka w stylu bieganie z łukiem w stronę wroga. A gdy dobiegniesz to co wtedy? Uciekasz xD Niektóre ujęcia są chociaż dobrze zrealizowane. Ogólnie strata czasu.
Please Baby Please
26 stycznia | Mubi
Amanda Kramer robiła już pełne metraże, shorty i teledyski (w tym Maya Hawke z niej korzystała), ale w tym roku dobiła dopiero do mnie – i to od razu podwójnie, reżyserując dwa obrazy. Pierwszy widziałem na Splat Film Fest (Give Me Pity / Odrobina litości), drugi teraz na Mubi. I rozpoznałem jej styl, chociaż najpierw skojarzył mi się z Dwudziestym stuleciem Matthew Rankina (2019). Zaczynam od tego, ponieważ ciężko jej styl wizualny opisać, a nie chciałbym tylko dawać wam czegoś w stylu: Dziki albo Tramwaj zwany pożądaniem, tylko nakręcony przez Davida Lyncha. Wszystko jest trochę inaczej przedstawione, zrealizowane. Barwy i muzyka pełnią rolę w każdej chwili, budują atmosferę innego świata, w którym bohaterowie żyją. Dosłownie widzimy, czym oni oddychają i jak widzą świat wokół. To kraina gangów musicalowych i artystów, nieustających debat o seksualności oraz roli danej płci, buncie wobec przypisanego występu. Faceci nie chcą być agresywni, kobiety chcą być facetami i móc więcej. Wszyscy wątpią w siebie, kwestionują siebie i to, kim są – a język wizualny to oddaje. Nie ma tu wielkich rzeczy, wszystkie są raczej małe, dlatego trzeba słuchać uważnie – np. w pewnym momencie bohaterka powtarza coś, co chwilę wcześniej powiedział typowy „samiec alfa”. Z kpiną, ale jednak mówi to też po to, aby w oczach ukochanego wyjść na bardziej męską (bo i on w trakcie opowieści zaczyna podejrzewać, że to coś dla niego). A on słysząc to sprzedaje jej pocałunek. Z uwagi na ekstrawagancki i dziwny styl to wszystko po prostu działa i jest frajdą w oglądaniu. Tylko chyba ta zabawa starcza na jeden seans.
Dylematy bohaterów znajdują ujście w takiej formie, tylko na tym twórca się zatrzymuje. Pozwala mi zatańczyć i szukać. Dowiadują się, że po odszukaniu siebie będą musieli znaleźć tych, którzy ich zaakceptują, dostosują się do zmiany i nadal będą ich kochać. Coś w tym jest.