Styczeń 2022

Styczeń 2022

9 stycznia 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Zaczynamy...

10
obejrzanych filmów
12
obejrzanych sezonów seriali
2/5

Janet Jackson.

29 stycznia | 4 odcinki po 50 min | Canal+

Grzeczny, miły dokument o piosenkarce. Znajomość muzyki i sympatia wobec niej wymagana przed seansem.

Kolejny taki sam dokument o artystce, która jest perfekcjonistką, pobiła rekordy, jest idolką, mówiła ważne rzeczy, jest inspiracją dla wszystkich i cała reszta tych samych słów, co w przypadku pozostałych artystów, którzy kupili sobie dokument mówiący: „Nie znacie mnie, nie oceniajcie, tak naprawdę jestem bardzo miłą osobą i kocham swoje dzieci i swoich fanów”. Zero jakiegokolwiek zacięcia, wszystko trzymane w bezpiecznej atmosferze, żebyśmy polubili artystkę i było nam żal, gdy jej się wydarzyło coś przykrego. W tym wypadku „nipplegate”, które nijak nie jest przedstawione tak, byśmy mogli to zrozumieć. Znaczy kilka lat wcześniej pozowała pół-nago i to było wyzwalające i inspirujące, a teraz zobaczyliśmy jej pierś i teraz to jest oburzające? Dajcie spokój.

Przez cały ten miniserial nie ma nawet jednego fragmentu koncertu czy piosenki, który trwały chociaż 10 sekund. Nie możemy doświadczyć tego fenomenu za sprawą dokumentu, „Control” i inne musimy lubić przed seansem. Sam dokument chyba nawet nie ma żadnych praw do pokazania czegokolwiek. „Nipplegate” też pokazali tylko na stillsach.

Najbardziej mnie fascynuje w tym dokumencie jego niewinna manipulacja, całkowicie bezzasadna. W pierwszym odcinku jest fragment Good Times, gdzie postać graną przez panią Janet była bita przez matkę. W następnym odcinku ten sam fragment jest pokazany jako część narracji o ojcu prawdziwej Janet i jej dominującego charakteru – sugerując tym samym, że ojciec bił panią Janet, chociaż wystarczyło oglądać poprzedni odcinek, by znać prawdę. W następnym odcinku na początku przypominają słowa o jej dominującym chłopaku, łącząc to z wypowiedzią do Janet, która jeszcze bardziej ją stresuje i dominuje. Tylko że to nie są słowa jej chłopaka, tylko osoby zza konsoli w studio nagraniowym – ale z kontekstu wynika, jakby to chłopak jej tego dokładał. Znaczy: jesteśmy dorośli, umiemy dostrzec manipulację. Widzimy ją i nie mamy pojęcia, co ona tu robi. To jest po prostu dziwne.

PS. Norman Lear żyje i jeszcze gada do kamery. Cyborg, normalnie cyborg.

2/5

The Ice Age Adventures of Buck Wild

28 stycznia | 1h20 | Disney+

Zaskoczenia są dwa: ta kontynuacja trwa dokładnie tyle samo, co oryginał. I wygląda lepiej.

Oczywiście, podczas oglądania wyglądało to dla mnie jak cut-scenki z egranizacji Ice Age sprzed 20 lat, ale sprawdzając później – nie, było dużo lepiej. Najwyraźniej 20 lat temu topowa grafika komputerowa dużego ekranu wyglądała gorzej, niż współczesna zrobiona na odpierdol. Ruch postaci, wygląd ich futra, ogólna jakość w The Ice Age Adventures of Buck Wild – to wygląda źle, ale tylko jak na współczesne standardy.

Sam film jest tak dobry, jak udany może być spin-off koncentrujący się na pobocznych postaciach, których nikt nie lubi, którzy to postanawiają coś zrobić, ale nikt w nich nie wierzy, po czym pokazują, że dadzą sobie radę z pomocą innych oraz masą szczęścia. W tym wydaniu dwa oposy chcą żyć na własnym, więc opuszczają stado Manny’ego, Diego i Cezary’ego Pazury, po czym dzieje się to, co już opisałem.

Tragedii nie ma – morał i w ogóle, wszystko tutaj jakoś tam wybrzmiewa. Humor raz na jakiś czas trafi, nic szkodliwego tutaj nie ma, krótkie to i lekkie… Niech będzie.

1/5

Z zimnej strefy ("In From The Cold")

28 stycznia | 8 odcinków po 50 min | Netflix

Na wakacjach matka nastoletniej sportsmenki zostaje porwana przez CIA, ponieważ kiedyś była szpiegiem rosyjskim, dała sobie z tym spokój, ale teraz tylko ona może uratować świat.

Opis brzmi jak żart, ale ten serial jest poważny. Mamy tu walkę o życie, oddawanie życia za sprawę, grubą intrygę sięgającą wysokich stanowisk, a przede wszystkim walkę matki o zdrowie córki. I ludziom to się podoba: opowieść o tym, że matka zrobi wszystko dla swoich dzieci. Finał sezonu zrobi tych ludzi w chuja co prawda, ale poza tym są jeszcze zwroty akcji, sceny akcji oraz delikatny „spin” na gatunku kina szpiegowskiego, ale tego nie warto zdradzać.

Sam serial punktuje głupoty fabuły, jakby to miało sprawić, że absurdy przestaną być kretyńskie. Znajdują starą agentkę z Rosji, pytają ją, czy nią jest, ona zaprzecza. To 156 ludzi rzuca się na nią, ona spuszcza wpierdol każdemu po kolei i wyskakuje przez okno – szok, to atrapa, bo tak szpiedzy działają. I obok są ludzie z monitorami, oglądający powtórki z jej skakaniem z okna, bo tak działają szpiedzy. Potrzebują jej do misji – ma uwieść typa będąc milfem, a oni „Mamy tylko ciebie”. To jest chyba serio bardziej żenujące dla CIA niż KGB. Cały seans jest żenujący – oglądanie, jak twórcy próbują udawać, że rozumieją wywiad, to skręt żołądka i łapanie się za głowę. Bohaterowie są niedojrzali, a świat filmowy pozbawiony jest realizmu – i nie, nie mam na myśli wspomnianego „spinu”. Mam na myśli fakt, że np. zabójca na jakimś zebraniu się ujawnia, celuje do kogoś z pistoletu, cała ochrona się aktywuje, wszyscy celują w zabójcę… I tak sobie stoją bez ruchu, gdy jedna osoba z nim gada. A gdy zabójca opuści broń, to go przytulają. Uwierzcie mi, twórcy to wszystko robią na poważnie.

Chociaż słysząc takie teksty jak: „Znajdę cię i zabiję twoją złotą rybkę” naprawdę mam wątpliwości. Po usłyszeniu tekstu z Dostojewskim chciałem jeszcze bardziej obniżyć ocenę. Ten serial to nieśmieszny żart.

PS. Finał zapowiada drugi sezon. I już teraz obiecuje, że będzie to jeszcze głupsze!

3,5/5

Angry Birds: Summer Madness - sezon I

28 stycznia | 16 odcinków po 13 min | Netflix

Ptaszki z gry mobilnej teraz jako nastolatkowie w obozie letnim, gdzie w sumie nie wiadomo, co powinni robić, ale jest sporo wyrzutni, trampolin, przyjaciele i dobra zabawa. Ku mojemu zaskoczeniu ta produkcja przywołuje mi na myśl okres powalonych animacji ze złotej ery Cartoon Network (w stylu „Ed, Edd i Eddy”, ale nie aż tak dobre – bardziej widzę w tym potencjał na taki poziom, ale już teraz oglądałem to z przyjemnością). Jak nie mogą opuścić kabiny, to kopią tunel – jak chcą sobie zrobić krzywdę, to budują niebezpieczną zjeżdżalnię sięgającą granicy ziemskiej atmosfery – do kosmosu później zresztą wrócą, a tam dryfowanie bezwładne nie będzie jednym z najstraszniejszych rzeczy na świecie, nie! Będzie… zabawne. Konwencja jest solidnie zrealizowana, bawię się przy tym.

Co by nie mówić, środowisko tego serialu (obóz wakacyjny) oferuje kreatywne rzeczy. Podstawy odcinków mogą być schematyczne, w stylu łobuz męczy bohaterów i trzeba go sprowadzić na ziemię, ale już esencją odcinka – czy też rozwinięciem historii – jest zrzucanie komuś domu na inny dom. Albo uleganie wypadkom, żeby zyskać cukierki. Lubię taki poziom humoru i chcę więcej. Chcę kolejnego sezonu, gdzie twórcy będą bardziej przeganiać pałę. Sezon tak naprawdę na trzy gwiazdki, ale czwarta ode mnie na zachętę.

4/5

Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie - sezon I

28 stycznia | 8 odcinków po 30 min | Netflix

Twórcy żartują w przemyślany sposób – a ja dobrze się czuję, że podczas oglądania cieszę się razem z nimi.

Tytuł w wersji oryginalnej jest jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej zabawny – wskazuje na parodię i tak właśnie jest: o matce, która straciła dziecko, więc teraz bawi się w detektywa, podejrzewając sąsiada o bycie mordercą. Znamy to tak dobrze z innych produkcji, że nawet nie widzimy w tym nic absurdalnego, jesteśmy przyzwyczajeni. Na szczęście twórcy są przytomni. Chwała im za to. Mają strasznie inteligentne poczucie humoru. I dobrze się czułem z samego faktu, że rozumiałem intencje twórców, że byliśmy po tej samej stronie. Historia czy postaci są dosyć typowe i niewyróżniające się – z wyjątkiem przeszłości protagonistki i jej obrazów z kwiatami. Całą resztę ogląda się dobrze, bo kupujemy tę stylistykę, jesteśmy rozbawieni i ciekawi, jak to się potoczy. Twórcy nie tracą pary aż do końca, mając parę asów w rękawie, nawet jeśli sztuczka jest cały czas ta sama: umieszczenie absurdalnych skrótów narracyjnych i schematów gatunkowych w produkcji jak najbardziej realistycznej. To oznacza też, że zachowanie części postaci podchodzi pod absurd, a części pod realizm. Wszystko w imię humoru, więc też niewiele tu człowieczeństwa – po śmierci człowieka nie ma ludzkiego zachowania wśród tych, co wciąż żyją. Konwencja by tego nie wytrzymała, albo też twórcy nie są wystarczająco zdolni do takich rzeczy. Za to chwała im za poważne podejście, sumienne podejście do tworzenia komedii. To znaczy, że są świadomi, iż nie wystarczy nazwać coś parodią, aby wszystkie żarty miały sens. To trzeba przemyśleć, oni to zrobili.

Plus świetny finał, z cameo Glenn Close oraz Deana z Community.

4/5

All of Us Are Dead - miniserial

28 stycznia | 12 odcinków po 70 min | Netflix

Horror, który zbliża ludzi. Tych, którzy przetrwają.

Miejscem akcji jest szkoła i pobliskie miasto. Bez zdradzania zbyt wiele: wśród ludzi zaczynają pojawiać się zombie. I trzeba zacząć walczyć o przetrwanie.

Korea ma dziwne podejście do seriali – ich dramaty mają wysoki budżet, tonacja rzadko jest jednolita (od powagi po absurd), a czas trwania odcinka może wynosić nawet półtorej godziny. No bo czemu nie? I może to jest jakieś rozwiązanie problemu, jakim jest masowe tworzenie krótkich seriali? Osiem odcinków, które ledwo zagrzeją miejsce w naszym życiu – i już mamy je za sobą. Co by nie mówić, z tymi koreańskimi tytułami trzeba spędzić trochę więcej czasu. Trzeba trochę się pomęczyć – posiedzą w tej szkole naprawdę długo.

Poświęcony czas jednak się opłaca. Po tych ośmiu odcinkach, gdy siedzą przy ognisku (tak, jeszcze są w szkole cały czas) i po prostu gadają, to czułem, że faktycznie sporo przeżyli. I ja przeżyłem to razem z nimi. Czułem ciężar doświadczeń, które nagle pojawiły się w ich życiu. A to był intensywny czas – każdy mógł paść, nawet z punktu widzenia scenariuszowego wydawało się, jakby umierały losowe osoby. Czysty przypadek. Rzadko która śmierć coś dawała, była w imię czegoś. To inni, jeśli już, nadawali jej znaczenie. Walczyli mocniej, żeby wcześniejsze rozstania nie poszły na marne.

Historia jest raczej typowa – ponownie oglądamy dylemat w stylu: „Nie mogę zabić tej osoby, to była moja koleżanka, a teraz koleżanka mnie je, no trudno”. Postaci są dosyć nijakie – na tyle, aby można ich było użyć do typowych scen w takich opowieściach. Ich zachowanie wtedy nie jest dyktowane charakterem, ale koniecznością realizacji typowego momentu (jak np. „nie ufam tej osobie!”, więc reszta zajmuje strony). Dużo tutaj akcji i melodramatyzmu. Nie ma telenoweli, ale jest dosyć łzawo. Starcia z zombie to petarda – każde stawienie niebezpieczeństwu może skończyć się śmiercią, a pod względem realizacyjnym jest to najwyższy poziom. Bohater może walczyć o przeżycie na jednym ujęciu, a w tle za nim jest 50 ich osób walczących równie intensywnie. Zombie w tym wydaniu są ślepe, czułe na dźwięk, a jak zaczną zapierdalać, to nie mają problemu z rozpierdoleniem się na ścianie – po prostu za chwilę wstaną i zaczną bieg ponownie. Powalić każdego z nich nie jest proste, ale można uciec – niektórzy protagoniści walczą w sposób bardziej finezyjny, ze wślizgami i odbijaniem się od ścian. Ogólnie: pierwsza klasa, rewelacyjne widowisko.

Finał pokazuje, że to film o wspólnym doświadczeniu. I nie tylko postaci, ale również nasze, osób to oglądających. Na koniec czułem, że jestem w tym razem z nimi. Razem z nimi jestem przy tym ognisku. I czuję, że to osiągnąłem.

4/5

The Orbital Children - sezon I

28 stycznia | 6 odcinków po 35 min | Netflix

Przyszłość. Stacja kosmiczna, gdzie dochodzi do awarii, a bohaterowie muszą sobie poradzić zarówno z nią, jak i o wiele większym zagrożeniem zbliżającym się dla całej ludzkości…

Naprawdę muszę pochwalić twórców za jedno: narrację i wprowadzenie w ten nowy świat. Co chwila pojawia się coś, czego nie rozumiemy, ale zrobiono to tak, że chcemy zrozumieć. Chciałem poznać ten świat i jego zasady. Czym jest Siódemka, konflikt między Ziemią i Księżycem, jakie są przepowiednie? Gdzieś w połowie sezonu poznajemy większość odpowiedzi, ale to wystarczyło mi, bym całość obejrzał praktycznie na jedno posiedzenie.

Trochę tu filozoficznego anime – przede wszystkim podejmującego temat przeludnienia zagrażającego ludzkości i czy pojedynczy człowiek jest tak samo ważny, co cała ludzkość. Nie jest to zbyt zgłębione, ponownie usłyszałem te same głodne kawałki w stylu: „ludzie nie są tylko źli, stworzyliśmy dużo piękna” – ale to dopiero początek. Drugi sezon powstaje i z całą pewnością będę go oglądać.

3/5

Gramy u siebie ("Home Team")

28 stycznia | 1h30min | Netflix

Ten film ma wszystko: podróbę Seana ze Scrubs, czarnoskórego kierowcę autobusu i wymioty po jedzeniu ekologicznego jedzenia.

Trener, który wygrał Super Bowl (taki turniej amerykańskiego futbolu), z powodów osobistych wraca do domu, gdzie zaczyna trenować zespół swojego dorastającego syna. Do tej pory zajmowali pierwsze miejsce od końca, czy trener tej klasy odwróci ich losy?

Tak. Wiemy, że w ten lub inny sposób dojdzie do pozytywnego zakończenia, czasem potrzebujemy takiego kina i tutaj mamy pewność, że je otrzymamy. Mogłem kupić zachowanie młodych, uwierzyć w nich, że osiągnięcia w sporcie są dla nich osiągnięciami w życiu. Sekwencje sportowe zrealizowano porządnie, obyczajówkę też. Nie ma tu w zasadzie komedii, może poza motywem kopania jednego dziecka w dupę przez cały film, ale i bez tego dobrze mnie się to oglądało.

Wystarczający to film. To, co robi, robi dobrze – wątki tła traktuje pretekstowo, przerysowuje niektóre elementy, ale pierwszy plan działa. Młodzi bohaterowie i ich trenerzy zyskali moją sympatię, chciałem zobaczyć ich wygraną, a gdy spojrzałem na czas, to byłem zaskoczony, że zaraz koniec. Szybko to minęło i nie żałuję. Chciałbym co prawda, żeby dramat ojca z synem do czegoś został doprowadzony (zaczyna ich trenować z miłości do sportu, ale nie kończy zajmując się tym z miłości do syna – czy coś), ale nie będę wymagać wszystkiego.

2/5

Piraci: Ostatni królewski skarb ("The Last Royal Treasure")

26 stycznia | Netflix

Nie jest to zły film, ale chciałem tylko, aby się skończył.

Doceniam fakt powstania kina przygodowego o piratach, poszukiwaniu skarbów i bitwach morskich, starciach na broń białą i dużą ilość Koreańczyków krzyczących naraz. To z całą pewnością gratka dla osób ceniących średnie efekty specjalne, opcjonalną fabułę i brak fizyki (do tego stopnia, że jak coś podrzucisz, to to wcale nie opadnie, jeśli tak to sobie wymyślił scenarzysta). Ponad to nie ma tutaj innych czasów, kostium jest raczej sugestią, za to dużo elementów nadnaturalnych dodali.

Bohaterowie nie mają osobowości, a kolejne sceny to raczej kalki innych żartów i pomysłów – jak choćby kapitan robiący kanapki, które nikomu nie smakują, ale mówią, że to jest smaczne. Śmieszne, prawda? Dla mnie nie bardzo – seans szybko stał się dla mnie obojętny, oglądałem tylko po to, aby go dokończyć.

Niemniej jestem wdzięczny za to uczucie ekscytacji, że oto przede mną film o piratach. Powstało ich w końcu z 10 w historii, prawda?

1/5

Neymar Perfekcyjny chaos - miniserial

25 stycznia | 3 odcinki po 60 min | Netflix

Ludzie nie lubią Neymara. Ludzie nie są mili dla Neymara. Więc Neymar kupuje sobie dokument w Netfliksie, gdzie pokaże, jaki jest naprawdę.

Mieli nagrać dokument, bohaterowie nic im nie dali, ale zmontować i wypuścić trzeba było. Nazwać to dokumentem jest przesadą – twórcy wyraźnie kształtują rzeczywistość tym, jak opowiadają i o czym w ogóle decydują się opowiedzieć. Rzeczy, których się dowiedziałem z seansu:

  • Neymar istnieje
  • Gra w piłkę
  • Przez jego brak wydarzyło się 7-1 z Niemcami.
  • Toczenie się w agonii? Paaanie, to było raz i nie prawda, po prostu jest lekki i szybki! Jak zacznie zapierdalać, to wystarczy dmuchnąć, by stracił równowagę. A dmuchać nie wolno.

Skąd ta moda na robienie produkcji o bogatych ludziach, w których powtarzamy te same męczące teksty: „nic nie mieli, teraz mają wszystko, kochają najbliższych, dziękują za to Bogu, pomagają, są inspiracją dla milionów, wciąż są getto”?

4/5

Policjant - sezon I ("The Responder")

24 stycznia | 6 odcinków po 50 min | Canal+

Bardzo brytyjski, ze wszystkimi zębami na wierzchu. Martin Freeman to skarb.

Dramat policyjny o mundurowym, który chce zrobić coś dobrego. Problem w tym, że prawo to jedno, a rzeczywistość to drugie. Problem w tym, że ma problemy psychiczne – depresja, ataki paniki – i brakuje mu wsparcia. Problem w tym, że dogadał się z dilerem narkotyków, aby trochę dorobić. Wszystko to się skumuluje podczas pracy po nockach, kiedy jeszcze mąż koleżanki jego żony zacznie śledztwo w jego sprawie, aby dobrać się do jego żony.

Przy całym zakresie swoich zalet, Policjant pozostaje tytułem, który ogląda się dla aktora: Martin Freeman jest fenomenalny w dramatycznej roli pozbawionej mrugnięć okiem. Jest stanowczy, groźny, zdesperowany, na granicy swojej wytrzymałości – ale to nadal dla niego codzienność. Po prostu zaciska zęby i idzie dalej, starając się nie przekraczać granic i nie zrobić niczego, co będzie potem żałować. A później, dużo później i tak żałuje, że tak wyglądał jego dzień. Nie pamięta, kiedy ostatnio zrobił coś dobrego – a to widać po jego oczach. To jest bohater dojrzały i poważny, który nie istnieje w zakresie „lubię” albo „nie lubię”, dobry i zły, moralny lub niemoralny – to postać, którą rozumiemy. I chcemy, żeby los się do niego uśmiechnął, ale tylko na początku, bo to jedynie nasze doświadczenia kinowe tak mówią. Tutaj jest nowy dzień i nowa chujnia, monotonna i pełna niedocenienia, krok za krokiem. Kolejne wydarzenia i postaci faktycznie zapadają w pamięci, a natłok wydarzeń oddaje to, z jakim stresem i chaosem na co dzień trzeba sobie radzić. I wybierać swoje starcia, oszczędzać czas i siły na wydarzenia tego warte. Mundur szybko staje się źródłem wstydu – w końcu niby powinniśmy coś robić, reagować, móc działać. Zamiast tego jeden z drugim ostentacyjnie patrzą w twarz i niewerbalnie pytają: „I co nam zrobisz?”.

Na poziomie historii mówię tu jednak o zbiorze dosyć typowych wątków. Nic leniwego, ale też nic specjalnego. W końcu mówimy o zwykłym policjancie i zwykłym dniu z jego życia, więc pasuje. Tempo i zróżnicowanie jest zachowane, to naprawdę solidny scenariusz. Mógłbym się jedynie przyczepić do postaci żony bohatera, która jest typową Skyler. Zamierzenia były pewnie inne, ale jedyne, co wyciągam z jej postaci, to pokarm dla ludzi twierdzących, że kobiety wymagają bardzo dużo, ale gdy same muszą dać z siebie 1/1000 tego, co daje facet, to one tylko rozkładają ręce. I nogi. Zero wsparcia dla psychicznie chorego męża, na dodatek nie może wytrzymać pięciu sekund bez bycia w centrum uwagi. „A pomyślałeś, co wtedy ze mną? I naszą córką?”. To „naszą córką” dodawane po namyśle, jako element wsparcia, bo wiadomo, co się naprawdę liczy. Takie postaci to jedynie szantaż emocjonalny, pusta dramaturgia.

Wydaje mi się, że serial właśnie próbuje być o tym braku wsparcia psychicznego we współczesnym świecie. Bohater chodzi na terapie i nawet tam nie dostaje tego, co potrzebuje – ale to tylko moje domysły. Póki co w centrum uwagi serialu jest ratowanie życia ćpunce, która ukradła dilerowi pół tony proszku do prania. Może w drugim sezonie będzie lepiej? Tak ogólnie.

Bardziej interesująca tutaj dla mnie jest opowieść na drugim planie, gdzie młoda, początkująca policjantka zaczyna wierzyć w siebie, rozumie życie na ulicy i przestaje przystawać na przemoc we własnym domu. Jest tu scena, gdy chłopak każe jej wejść do szafy, a ona wchodzi – a ja to poczułem. Chłopak wychodzi i mówi, że po powrocie ona nadal ma być w szafie. To tylko drugi plan, ale póki co nic lepszego o domowej przemocy w tym roku nie widziałem.

3/5

Unpaused: Naya Safar

21 stycznia | 5 odcinków po 30 min | Amazon Prime

Zbiór pięciu samodzielnych historii z czasów covida. I za każdym razem są to proste rzeczy, ludzkie i intymne. Chcemy zrobić coś dobrego i efekt jest odmienny od oczekiwań. Albo mieszkamy razem i zaczynamy tracić cierpliwość. Czasami z początku twórcy nas lekko denerwują, byśmy przypomnieli sobie tamtą frustrację – dzięki temu w późniejszej części możemy, przynajmniej teoretycznie, docenić spokojną narrację i kierunek, w jakim zmierza historia. Bohaterowie i widzowie otoczeni są powoli taką ludzką wyrozumiałością, wsparciem. Często mamy happy end, taki lub inny – mnie osobiście bardziej on przeszkadzał, ale rozumiem zamysł. Proste historie, które chcą dobrze.

Najbardziej polubiłem ostatni odcinek – wręcz ascetyczny obraz ludzi pracujących przy paleniu zwłok. Ogrom tego wszystkiego, zmęczenie, jak starają się chociaż w śladowy sposób zapewnić obecność osoby duchowej czy kogoś z rodziny, jak bardzo trzymają się na dystans od tego wszystkiego, jak bardzo ich to wszystko wysusza w środku. A gdy wracają do domu w nocy, to ich jeszcze policja chce pałować za złamanie godziny wieczornej, a sąsiedzi proszą ze strachu o wyprowadzkę. Mało tu dialogów, dużo sugestywnych obrazów – tylko ten dziwny happy end… Ot, specyfika kina.

Mimo wszystko dobrze wspominam.

1/5

Skrzypce mojego ojca ("Babamin Kemani")

21 stycznia | Netflix

Ładna Turcja, granie klasyczne na smyczkowych instrumentach i polepszanie relacji rodzinnych.

Dziewczynka gra na ulicy. Jej ojciec umiera, więc teraz szukamy jej rodziny. Znajdujemy wujka, który jednak nie jest zainteresowany. Na szczęście wszystko dobrze się zakończy.

Coś w tym wszystkim jest. Bohaterowie są idiotami, ich losy toczą się w świecie fikcyjnym, pozorującym związek z naszym, co chwila ktoś robić coś okropnego – ale są w tym momenty ludzkie. Bohaterowie mają jakąś głębię, zaskakują szczerością, uczą się na błędach… By w następnej scenie odwalić jeszcze większą manianę. I tak do końca. Trudno lubić ten film.

Może jest w tym jakiś sposób. Osobiście więcej straciłem niż zyskałem, wkurzając się na bohaterów co chwila. Dziewczynka pójdzie na ulicę z głodu i zacznie grać, aby zarobić – przyjdzie bezdomna i zacznie ją napierdalać, bo „zajęłaś moje miejsce”, po czym okradnie dziewczynkę. Następnie przyjdzie ojciec, zabierze dziewczynkę, da bezdomnej pieniądz i opieprzy młodą. „Ona mnie okradła!”, „To nie powód, aby ją bić. Po co ci w ogóle pieniądze?”.

No ja pierdolę.

A jak to się skończy? Wszyscy się kochają, po czym młoda pójdzie jeść orzeszki, nikt jej nie pilnuje, reakcja alergiczna wchodzi na scenę… Nie, nie umiera, ale nowy opiekun nie dość, że nie pilnował, to jeszcze nie wiedział o alergii. Opieka przejmuje dziecko, wujek drze pizdę, że jak oni mogą zabrać mu dziewczynkę, skoro on ją kocha i zrobi dla niej wszystko (poza, no wiecie, czymkolwiek na potwierdzenie tych słów), po czym przychodzi pielęgniarka rozkładając ręce, bo dziewczynka drze pizdę, że chce zobaczyć wujka i ona nie wie, co teraz zrobić.

No ja pierdolę.

O zakończeniu szkoda gadać, szkoda strzępić sobie… To jest dramat, k…

2/5

Gierek

21 stycznia | Netflix

Polan stronk! Polan can into space!

Edward Gierek był zwykłym człowiekiem, który został pierwszym sekretarzem kraju. Zastał Polskę drewnianą, opuścił zbudowaną z wielkiej płyty, jak go wynieśli na kopach współpracownicy – tak przynajmniej relacjonuje to film, wyraźnie zakochany w wizji Polski jako kraju silnego, będącego niewielki krok od stania się potęgą na równi z innymi gigantami tej planety. Kilka lat Gierka jawi się tutaj jako złoty okres, gdy wszystko szło jak najlepszym torem do samodzielności, blichtru i dobrobytu dla wszystkich. Jest w tym mnóstwo dobrych emocji, na czele z dumą i nadzieją, oglądaniem dobrych ludzi na ważnych stanowiskach, podejmujących dobre decyzje, dbających o zwykłych obywateli – z miłości do nich i do kraju, do ojczyzny. Pomimo gigantycznego metrażu, ogląda się to jednak zaskakująco nieźle: opowieść jest dynamiczna, od jednego ciekawego wydarzenia do drugiego, z rosnącym napięciem zapowiedzianego upadku.

Problem w tym, że dynamicznej narracji towarzyszy też irytacja oglądającego, więc ten „niezły” seans to jednak obiektywnie patrząc, nadużycie z mojej strony. Irytacja bierze się z tego, że ta ekscytacja udziela się widowni: cieszy nas oglądanie, jak robotnicy są traktowani po ludzku, jak architekt proponujący jedną kuchnię na pięć mieszkań dostaje wypowiedzenie, jak kraj rośnie w siłę… Tylko za tym nie stoi realna historia oraz prawdziwi ludzie. W filmie teoretycznie biograficznym, który opowiada coś, co faktycznie miało miejsce.

Na ekranie nie został zbudowany żaden świat: nie wiemy, jak wtedy wyglądał stan kraju. Nie wiemy i nie widzimy też tak naprawdę zmiany wprowadzonej przez rządy Gierka. Kolejnym scenom brakuje zwykłej racjonalności – gdy bohater wychodzi do robotników i przekonuje ich do siebie, to nie ma po swojej stronie żadnego argumentu (w tym charyzmy), aby faktycznie kogokolwiek przeciągnąć na swoją stronę. Mówi tylko: „Musicie mi uwierzyć” z trzy razy… I to wystarczy. I tak przez cały film. W samego Gierka nie da rady uwierzyć: bo skąd wiedział, co robić? On po prostu robi rzeczy. I widzowi jest mówione, że one są dobre, ponieważ dobrobyt. I tyle. A co najgorsze: po stronie czarnych charakterów nie ma nikogo z osobowością. Jaruzelskiego poznacie po okularach, niczym więcej. Są wkurzeni na Gierka i decydują się go ośmieszyć na arenie politycznej, żeby stracił poparcie, ale ich nienawiść do Polski i osiągnięć Gierka jest całkowicie irracjonalna. Nie można w nią uwierzyć, potraktować poważnie. A tym samym ciężko traktować poważnie sam film i jego pozytywne nastawienie. Ani sukcesu, ani porażki nie udało się tutaj przedstawić, opowiedzieć o nim. Więc się irytujemy. Gierek wydaje się solidnym człowiekiem, wartym szacunku. Chcemy go lubić, tylko no, zrobiono o nim film Gierek.

Twórcy banalizują prawdę, aby wydobyć z niej esencję. Sukces raczej osiągną: więcej ludzi usłyszy o dekadzie Gierka i jej cudach. Niektórzy z nich zwątpią, bo wersja filmowa ma w sobie wiele cech interpretacyjnych, narzucających „naszą” wersję wydarzeń i ich ocenę – i osobiście wątpię, aby film był na tyle pasjonujący, aby potem odbiorca doczytał temat, zgłębił go w swoim zakresie. A na taki film pan Edward Gierek zdaje się zasługiwać. Może kiedyś…

PS. Uradowanych na seans polskiego gniota hamuję: ten film trwa 2 i pół godziny. Na szczęście w roli żony jest Małgorzata Kożuchowska, jej sceny można przewinąć ze względów zdrowotnych. Film jest więc krótszy o jakieś 15 minut.

2/5

Downfall: The Case Against Boeing

21 stycznia | Netflix

Tytułowa firma to legenda branży. Budowali najlepsze, rewolucyjne samoloty – aż tu kilka lat temu dwa spadły na ziemię, zabijając setki ludzi. Jak to możliwe?

Cóż, w wersji nie rozwodnionej przez dokument – zmienił się szef, którego bardziej interesował zysk krótkoterminowy w firmie budowanej przez dekady. Zaczął wprowadzać zmiany, aby oszczędzać. Jedną z takim zmian było podpisywanie nowych modeli samolotów pod poprzednie marki, aby zaoszczędzić testów i szkoleń. Jedną z takich zmian było nowe oprogramowanie, którego piloci nie znali – to oprogramowanie miało więcej do gadania od pilotów, piloci nie wiedzieli, co robić po starcie i jeb.

Zwykły dokument na pół godziny, nie dwie godziny. A i tak kończy się tam, gdzie właściwie się zaczyna. Skończyli opowiadać historię firmy, zgłębiać szczegóły techniczne, kilka ujęć z rozprawy pokazali… I nagle czarna plansza, że się dogadali i po sprawie. The End. Czyli tak naprawdę kilka lat za wcześnie na robienie tego dokumentu, nie? Albo na pierwszy plan powinni postawić Lion Air i z ich perspektywy opowiadać…

Dokument pełen braków. To nadal pracownicy nie mogą zgłaszać problemów?

5/5

Tak to widzimy ("As We See It")

21 stycznia | 8 odcinków po 30 min | Amazon Prime

Serialowy odpowiednik Short Term 12: opieka nad trojgiem dorosłych, autystycznych ludzi.

Pierwszy odcinek był niezręczny, kiedy ich poznawaliśmy i musieliśmy przeczekać ich momenty kompromitacji, ośmieszania się albo żenady: gdy kłócili się z szefem, gdy kasjerka próbowała się umówić z klientem itd. Obawiałem się, że będzie tego więcej, ale jednak tak nie było: ich losy były normalne. Kłócili się, mieli własne problemy (niewynikające z tego, że mają autyzm – poważna choroba ojca, próby zawarcia romantycznej relacji przez Internet, zaprzyjaźnienie się z nieletnim chłopcem i interwencja jego matki), dialogi skrzyły się od chamskiego, bezpośredniego humoru i zabawnych nieporozumień. Uśmiecham się na samą myśl sceny, w której opiekunka wróciła do ich mieszkania, a oni siedzą i oglądają porno (tak, jakby oglądali dobrą komedię).

Nie mogę napisać, aby ten serial miał jakąś misję – nie chodzi tu o zrozumienie innych ludzi, bo nie ma tu chociażby niczego o zrozumieniu osób bez autyzmu (a ci kilka razy serio dziwnie się będą zachowywać – zobaczą Harrisona z kolegą i zadzwonią po policję). Wyjątkiem mogą być rodzice Harrisona i czemu chcą wyjechać do innego Stanu, porzucając go tym samym. Samych autystycznych (granych ponoć przez aktorów ze stwierdzonym spektrum) rozumiemy na zasadzie życia z nimi, spędzania czasu w ich towarzystwie. Nic nie jest nam tłumaczone bezpośrednio, chociaż też serial pozwala sobie na uproszczenia. Zbyt często problemem jest to, że nie potrafimy kogoś przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze – a to właśnie okazuje się rozwiązaniem. Nie ma w tym nic złego, ale warto pamiętać, że rzeczywistość jest dalece bardziej skomplikowana.

Brakuje tutaj jakieś fabuły – są te osobiste historie, przechodzące z odcinka na odcinek, ale brak czegoś łączącego je w całość. Opiekunka niewiele w sumie robi z podopiecznymi, więc ten motyw przewodni nie jest zbytnio motywem, bardziej niewykorzystanym dodatkiem. Poszczególne wątki są rozwijane, ale w obrębie pierwszego sezonu wszystko zostaje raczej urwane. Cieszę się na drugi sezon, jeśli ten powstanie. Piąta gwiazdka z mojej strony może być na wyrost, ale jednak Tak to widzimy wzbudza mój entuzjazm. Lubię opowieści o prostym zmaganiu się z życiem. Gdy na koniec wszyscy bohaterowie się zaprzyjaźnili – to był naprawdę ładny widok. Drugi sezon będzie miał co pokazać.

Plus Joe Mantenga (stały aktor Davida Mameta, czyli m.in. protagonista mojego ukochanego Wydziału zabójstw z 1991 roku)

1/5

Amandla

21 stycznia | 106 min | Netflix

Tania dramaturgia, banalna realizacja. Męczący seans.

Gdy bohaterowie – czarnoskórzy chłopcy, potomkowie Zulusów – bawili się procą, zbliżyli się do nich troje dorosłych, białych facetów. I nie mam na myśli koloru skóry, tylko zachowania. Byli biali tak bardzo, że mogli być wymyśleni tylko przez czarnoskórych, którzy nigdy nie widzieli białych na oczy. Biali zaczęli zgarniać błoto z ziemi i rzucać nim w dzieci oddalone o dwa metry. I się śmieją, że błoto do nich pasuje. Potem obmyli te ręce w beczce wody stojącej obok. Zupełnie tak, jakby twórcy chcieli przedstawić rasizm, ale nigdy nie spotkali rasisty, ale no, jak to tak, muszą! Więc tak powstała ta scena. Gratulacje, waszym nemezis jest troje dzieci z przedszkola w ciele dorosłych ludzi.

Potem wspomniane czarnoskóre dzieci dorastają. Jeden był przestępcą, aby sfinansować edukację drugiemu, by mógł zostać policjantem. I tak mieli się rozstać, mądrzejszy już nie potrzebuje silniejszego. Problem w tym, że za silniejszym ciągnie się przeszłość, lokalny król gangu wciąga go na siłę, zmuszając do gwałtu na studentce. Potem się okaże, że przez całkowity przypadek to była ich przyjaciółka z dzieciństwa. Dobrze, że nie była w bliźniaczej ciąży z tym mądrzejszym bratem – jak szaleć, to szaleć.

Ogólnie absurd goni absurd. Sytuacja bohaterów pokazana jest jako tragiczna, a ja nie mogłem w nią uwierzyć. Każda kolejna scena jest jeszcze bardziej niedorzeczna, a realizacja jest jeszcze gorsza. W tym filmie jest scena, jak unieruchamiają jednego z bohaterów i grożą mu, że zabiją jego żonę, jeśli czegoś tam nie powie. Nie mówi, zabijają żonę, a bohater w banalny sposób się uwalnia… To wygląda, jakby mógł się uwolnić cały czas, tylko mu się nie chciało. W rzeczywistości twórcy po prostu nie umieli zrealizować takiej sceny. Cały film w pigułce.

1/5

Znajomi nieznajomi ("Perfect Strangers")

20 stycznia | 1h50min | Netflix

Kolejny remake włoskiego Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Kolejny raz zacząłem się obawiać, że oryginał wcale nie jest taki dobry, jak go pamiętam.

Zamysł jest prosty: podczas kolacji grupa przyjaciół wyciąga telefony i nie będą mieć przed sobą żadnych sekretów podczas posiłku – i tak zaczyna się komedia. Problem w tym, że to kolacja z czterema kobietami, które z całych sił szukających powodu do kłótni. I jej mężami, którzy, cóż – są tacy, jak mężczyźni wchodzący w związki z takimi kobietami. I poza oczywistymi powodami problem z tym jest taki, że w takiej grupie nikt, nigdy nie włączyłby głośnika. Nie ważne kto dzwoni, ta osoba nie zasługuje na bycie w tajemnicy słyszanym przez takich ludzi. Jakiś niewinny sekret powierzony w tajemnicy za 10 lat by wrócił, wykorzystany przez tych ludzi, w wyolbrzymionej i pozbawionej kontekstu sytuacji, aby coś w ten sposób uzyskać. Galeria postaci to galeria zaburzeń psychicznych do leczenia i izolacji.

Dla pewności powtórzę: robią remake filmu o wyciąganiu telefonów podczas kolacji, a gdy dochodzi do wyjęcia telefonów, to wydaje się to wyjęte z dupy i w ogóle niepasujące do całości. Wiemy, że do tego dojdzie, ale osobiście nadal się zastanawiam, jak do tego przeszli. Czego to było konsekwencją? To nie pasuje do żadnej z postaci przecież. Mogliby zaproponować, żeby być podczas kolacji bez spodni, miałoby to tyle samo sensu.

Z takimi bohaterami nie ma komedii. Jest dramat od początku do końca, złożony z męki i dramy. Oglądanie tych ludzi to oglądanie szeregu technik manipulacyjnych stosowanych na żywych organizmach. Tym osobom nie można zaproponować kawy, bo zależnie od nastroju wykorzystają to do kłótni / obrażenia się / dowolnej innej reakcji. Czy oryginał taki właśnie był? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, ze to po prostu twórcy tych nowych wersji powinni już zrozumieć, że sukces oryginalnej produkcji z 2016 nie polega na pomyśle, ale na tym, że umieli zrobić komedię.

SPOILERY

Zmian nie ma większych. Nadal jest wstęp z dojazdem do mieszkania, wyciąganie komórek, wspólne zdjęcie, podczas którego przychodzi SMS, zamiana telefonów i niewłaściwy gej, zamieszanie z kolczykami, telefon od córki nie wiedzącej, czy ma stracić dziewictwo oraz zakończenie, które odwraca to wszystko. Dodali chyba tylko wątek tego, że jedna z postaci w przeszłości zabiła człowieka samochodem i poszła do więzienia – ale może tego nie pamiętam. Na pewno nie pamiętałem, żebym się wkurzał, gdy jedna z postaci mówi: „Zabiłam człowieka i nie poniosłam za to konsekwencji prawnych. Nadal czekam, aż przestaniesz mnie za to wpędzać w poczucie winy.” Za to poleciał minus do oceny.

Poza tym nie ma większych zmian. Naprawdę. W filmie, gdzie mówią po arabsku, za produkcję zajął się Egipt, kręcono w Libanie – to niczego nie zmieniło. Wątki homoseksualne albo zdradzanie męża nie zostały w ogóle zmienione przez fakt, że akcja toczy się w miejscu zdominowanym przez religię Islamu. I nie dlatego, że podjęto jakiś krok w stronę dialogu ze stereotypowym wyobrażeniem tej religii, wykorzystano tę rewelacyjną okazję, nie. Po prostu ani razu podczas filmu nie jest wspomniana religia. Faceci noszą brody i tyle, niemniej nadal jest scena, w której pytają geja, czemu ten nie ujawnił się wcześniej przed innymi. Myślałem, że padnę ze śmiechu. W sumie to był jedyny moment, jak byłem bliski śmianiu się podczas seansu.

Jedynie aktorzy nie czuli się komfortowo podczas klnięcia, ale doszli do wniosku, że przekleństwa muszą zostać. To i ujęcie ściągania majtek spod sukni, gdzie pani jest pokazana od pępka w górę, więc na początku nie wiadomo, co robi.

1/5

W królewskim stylu ("The Royal Treatment")

20 stycznia | 90 minut | Netflix

Z serii filmów o spotkaniu Księcia z bajki. Dosłownie. Tylko w tej wersji Książe nie jest jakiś fajny – atrakcją jest tylko to, że jest bogaty. I chce bohaterkę, pomimo jej chamstwa i zachowania pasywno-agresywnego, zwiastującego patologię w ciągu najbliższego roku.

Bohaterka rozdaje pączki i kupuje za nie gazety w kiosku. Z zawodu jest fryzjerką, na początku pokazując swoje serce ze szczerego złota, gdy oszczędności oddaje na naprawę elektryki w jej zakładzie (płacąc gościowi, którego tego nie naprawi). Zbiegiem okoliczności Książe poprosi ją o strzyżenie, ona przyjdzie i strzeli focha na widok jego matki źle traktującą służbę (focha strzeli oczywiści na faceta). To tyle z budowania fabuły, postaci lub relacji między nimi – on ją polubi, bo jest „autentyczna”, zaprosi do siebie, jakieś tam pierdolololo po drodze, a w finale ślub. Oczywiście Książe jest obiecany komuś, ale „ucieknie sprzed ołtarza”, aby być z bohaterką. Nawet kurwa na koniu do niej przyjdzie. A oświadczy się po włosku.

A co z tamtym ślubem? Miał być w końcu ważny i rozwiązać jakieś problemy. Co teraz? Otóż koniec filmu. Jest on fantazją, tutaj nie może być żadnych konsekwencji.

PS. Czemu netfliksowy lektor olewa kwestie mówione po włosku?

2/5

Mistrzowie mistyfikacji: Historie słynnych oszustów - miniserial

18 stycznia | 3 odcinki po 30-60 min | Netflix

Docu-drama, w której drama kładzie warstwę doc. Nie wierzę w ani jedno słowo, ani jedną twarz. To aktorzy, marny scenariusz, reżyseria wszystkiego – byle tylko podkręcić każdy moment. Niby opowiadają o oszuście, który stał się właścicielem życia czyjejś matki, czyjejś córki, ale brak tu analizy i zrozumienia czegokolwiek. Chodzi wyłącznie o emocje, ale pozbawione pierwiastka ludzkiego: oglądałem to zdezorientowany, czy ja powinienem to faktycznie traktować jak dokument? Finał ściśnięty, pozbawiony wagi – nie mieli żadnej konkluzji przygotowanej i wyszło płasko. Wysłuchałem historii, nie mam żadnych wyciągniętych wniosków – może poza tym, że najwyraźniej to nie jest rok docu-dram.

3/5

Los komika ("El Comediante")

14 stycznia | Netflix

Nie jest źle, tylko dosyć monotonnie. Takie trochę amerykańskie indie, tylko po hiszpańsku i w sumie samo nie wie, co chce przekazać.

Cała fabuła to w sumie opowieść o człowieku, który ma mało pieniędzy. Wykonuje stand-up i na jego potrzeby opowiada prywatne rzeczy związane z przyjaciółką, która wierzy, że ma kontakt z kosmitami. Potem bohater zgadza się zostać dawcą spermy dla koleżanki, żeby mogła zajść w ciążę. Ma psa, któremu nie może zmienić imienia przez przejęzyczenie, bo to kosztuje. W restauracji zamawia tylko zupę warzywną. I tak to leci, swoim tempem, raczej wolnym i niespecjalnie ekscytującym.

Wszystko ogólnie idzie w stronę opowieści o człowieku, który zmienia swoje życie w wieku 40 lat. Przestaje się trzymać starych pomysłów i ryzykuje, odkrywając w sobie nowe talenty, a stare wykorzystując inaczej. I w sumie jest to miłe, tylko też obojętne. Na dodatek są obecne tutaj elementy low-fantasy w stylu K-PAX, wspomniana dziewczyna chyba faktycznie coś miała wspólnego z innymi światami… Ogólnie no, pomysły były, tylko widz nie bardzo wie, co z nimi zrobić po seansie. I nie zależy mu, by nad tym posiedzieć.

PS. To chyba film z 2021 roku, ale niech będzie. Obejrzałem przez pomyłkę, w dobrej wierze.

1/5

Scream

14 stycznia | Kino

Filmy i seriale z serii Scream zawsze* dawały mnóstwo frajdy przy oglądaniu. Oferowały świetną intrygę, gore, bohaterów – to były po prostu inteligentne, dobrze zrobione tytuły. Do tego miały w sobie mniejszy lub większy element zabawy: były samoświadome istnienia innych horrorów oraz współczesnej kultury, komentowały ją. Teraz wychodzi część piąta, bez piątki w tytule, ponieważ… tak się teraz robi filmy, tak ogólnie. I nie robi się ich najlepiej, więc pewnie dlatego Scream z 2022 roku jest, jaki jest.

Fabuła jest tak skąpa, ale wystarczy tylko powiedzieć: zaczyna dochodzić do morderstw. Tym razem morderca jest absurdalnie słaby. Po prawie godzinie seansu zacząłem się pytać: dlaczego jeszcze nikogo nie zabił? Zaatakował, ale wszyscy żyją – dopiero po chwili przypomniałem sobie, że zabił jakiegoś pijaka na parkingu, a mi to uszło z pamięci, bo pozostawiło na mnie tak małe wrażenie. I jakby tego było mało, to bohaterowie nie są dla niego żadnym wyzwaniem: cackają się z nim, są zwyczajnie głupi, popełniają błąd na błędzie. Nie mówimy tu też o żadnej historii, nie ma podejrzanych, nie ma postaci. Gdy na początku trzeciego aktu do akcji wkracza Sidney Prescott, to mogła strzelać do każdego, bo nikogo nie znała – tak samo zresztą, jak widzowie. Żadna nowa postać nie ma osobowości albo relacji z kimkolwiek innej niż „to mój przyjaciel”. Nie ma historii czy zagadki, nie mówiąc o świecie, w którym to się może rozgrywać, gdzie te zgony mają konsekwencje. W finale jest duża impreza w domu, a ja nie jestem pewien, czy ktokolwiek w środku wie, że jest seryjny morderca w pobliżu (który w większości zabija wyłącznie w szpitalu, który w tajemniczy sposób opustoszał – i trzeba do niego samodzielnie jeszcze podejść, żeby was zabił). Ludzie umierają, a ja pytam: kto to jest? Kim była ta osoba? I czemu ten film nie zaczyna się w 80 minucie? Co było wcześniej takiego, że trzeba było to pokazać?

Otóż np. robienie herbaty przez 10 minut. To twórcy pokazujący swój spryt, poprzez budowanie napięcia, jak ktoś bierze prysznic. Zbliżenie na to, na tamto, w końcu koniec prysznica. Chłop się wyciera i schodzi na dół, robi herbatę. Idzie na koniec pomieszczenie i otwiera lodówkę, drzwiami zasłaniając wszystko w tle. NAPIĘCIE ROŚNIE, LODÓWKA SIĘ ZAMYKA I W TLE NIC NIE MA! Postać idzie na drugi koniec pomieszczenia i tam też otwiera lodówkę, blokując wszystko za sobą. Tak, tym razem też tam nic nie ma. Słychać dźwięk otwieranych drzwi! Myślę sobie, że znajdzie tam żywą kurę – na tym etapie spodziewam się najgorszego możliwego rozwiązania. NAPIĘCIE ROŚNIE, POSTAĆ PODCHODZI DO PÓŁOTWARTYCH DRZWI I JE ZAMYKA! Po czym pojawia się morderca i wbija nóż w szyję postaci. Nawet ładnie to wygląda, nóż wychodzi z drugiej strony aktora. Koniec sekwencji. Twórcy chyba nie wiedzą, że wyprowadzenie odbiorcy w pole nie jest tym samym, czym inteligentne konstruowanie narracji. Nie wystarczy czegoś usunąć, bo wtedy jest pustka. Trzeba coś dać, czym zastąpić to, z czego rezygnujemy.

Jest w tym filmie scena pod koniec filmu, gdy morderca wyjawia ofiarom, czemu zabijał. Miał pewien plan i widać, że za tym stał całkiem dobry pomysł na cały film. Problem w tym, że po usunięciu tej jednej sceny, po całym pomyśle nie zostałby ślad w reszcie filmu – nic nie zostało zrobione, aby doprowadzić do tej sceny z mordercą, zasłużyć na nią, wesprzeć ją. Czyli z tego wszystkiego mógł powstać udany film. Wyszedł beznadziejny, ale za to całkiem świadomy swojej beznadziejności, jeśli to cokolwiek znaczy. Na pewno to tytuł zastanawiający – czy jego beznadziejność jest więc planowana? Czy celowo ten film nie może się zacząć, nowi bohaterowie są tak nieinteresujący, a relacje między nimi nieistniejące? Czy bezcelowość powstawania tego tytułu była zamierzona – tylko dlatego, że tak się teraz robi filmy?

Na pewno nie zmienia to faktu, że Scream z 2022 jest słaby sam w sobie.

PS. Powiedziałam mamie, że wiem, że moim ojcem jest ktoś inny i on to usłyszał i przeze mnie teraz nie są razem – E?

*nie widziałem czwartej części i trzeciego sezonu (bo nigdzie nie ma tego ostatniego)

4/5

After Life - sezon III

14 stycznia | 6 odcinków po 30 min | Netflix

Ricky dalej chce poprawić nastawienie wśród widzów. Opowiada o życiowych dramatach przy pomocy protagonisty-dupka i pokazuje, że ze wszystkim można sobie poradzić. Można ruszyć dalej. Można mieć depresję i nie chcieć żyć, to naturalne. Można czuć winę. Wszystko fajnie, tylko nadal brzmi to troszkę sztucznie, jakby autor słyszał takie mądrości i starał się je sprzedać swoim językiem, ale widać, że nie doszedł do tego samemu. Bardziej chce pomóc niż ma coś do powiedzenia. Chce rozwiązać problem, który go nie dotyczy.

Efekt nadal jest miły, chciałem to oglądać. Smutne kino pełne wulgarnych żartów, niezręcznych postaci pokazujących, że szczęścia nie można znaleźć lub powtórzyć. Ma się je raz i trzeba je docenić, gdy inni żyją jeszcze dłużej od nas bez nawet minuty takiego szczęścia.

A na koniec wszyscy umrzemy. Mało oryginalne, ale za to szczere. To cały serial w pigułce.

3/5

Pudham Pudhu Kaali Vidiyaadhaa - miniserial

14 stycznia | 5 odcinków | Amazon Prime

Zbiór pięciu segmentów, każdy o innej historii związanej z okresem lockdownu. Nic specjalnego samo w sobie, ale jednak zbiera trochę sympatii za podjęcie tego tematu. Tak najzwyczajniej w świecie dobrze jest zobaczyć, że ten cyrk to nie jest tylko część naszego kraju, ale podobne rzeczy widać też choćby w Indiach. W tym zrzucanie odpowiedzialności na wyróżnione osoby, które nie są zaangażowane w cały cyrk, nie mają zdania, wykonują tylko swoją pracę – byle babcia może przegadać policjanta, który chce ją zawrócić do domu, bo lockdown, a ona: „panie, daj mi spokój” i se drepcze dalej. Postaci na ekranie faktycznie noszą maski, mają wymazy z nosa… Nie czyni to produkcji dobrą w najmniejszym stopniu, ale jednak miło mi jest to zobaczyć i pomyśleć, że ekran potwierdza rzeczywistość, że to faktycznie miało miejsce. W jednym z odcinków nawet bohaterka mówi, że nie ogląda starych filmów, bo nie czuje z nimi powiązania.

To pomijając – poszczególnie fabuły są oderwane od rzeczywistości, pozbawione wstępu lub wprowadzenia, ale za to chcą być pozytywne w ten lub inny sposób, wnieść do naszego życia trochę dobrej energii. Spore ma tu też znaczenie, że to kino z Indii, to zupełnie inna wrażliwość. Gdzie indziej ten sam tytuł byłby banalny lub nienaturalny, uproszczony. Tam inaczej do tego podchodzą i jeśli tego nie akceptujemy, to mamy problem. To nie jest tak, że inaczej nie umieją – oni tam uważają, że taki efekt jest dobry. Czepmy się całego nurtu, zamiast pojedynczych tytułów.

Dobrze zapamiętam historię małżeństwa, które nie odzywa się do siebie, mieszkając pod jednym dachem – a nerwowe oczekiwanie na wynik testu zbliża ich do siebie. Ładne, ale niczego ze sobą nie niesie: covid nie zastąpi dialogu. W innym segmencie gej używa lockdownu jako metafory do swojego życia w zamknięciu – pomysłowe, ale to tyle. Bohater mówi to i jest z siebie zadowolony, efekt na innych ludzi (rodziców) już nie jest potrzeby do pokazania, kończymy. Nie chodzi w końcu o żadną zmianę, tylko ten pozytywny impuls: „ale im powiedział!”. Pozostałe historie mają w sobie jeszcze mniej, z czasem będą tylko tracić: bo zmienią się czasy i przestaniemy rozumieć bohaterów. Sama produkcja nawet nie zamierza pomóc nam wczuć się w sytuacje protagonistów albo ich zrozumieć. To tylko melancholijne obrazy z odrobiną zachęcania: „dasz radę! Wytrzymasz!”

Później w ciągu roku wrócę jeszcze do tematu ujęcia okresu covida w kinie, bo jak na razie jest z tym byle jak. Jakie są tego przyczyny? Według mnie jedna z trzech rzeczy – albo i wszystkie naraz, tego się nigdy nie dowiemy:

  • brak umiejętności opowiadania o współczesności, wszyscy tylko naśladują, więc odtwarzają przeszłość
  • brak szczerości i odwagi potrzebnej do opowiadania na bieżąco
  • brak zainteresowania, wszyscy mają dosyć covida i traktują go wyłącznie jako niedogodność, którą chcą mieć już za sobą, ogólnie kiepski pomysł z punktu widzenia komercyjnego

No i jeszcze czwarty: jak taki artysta się weźmie za ten temat, to raczej umrzemy z nudów, nim otrzymamy coś wartościowego. Niech już zostaną przy powtarzaniu setny raz w tym tygodniu, że wojny są be, a gejom i czarnym było źle sto lat temu.

3/5

Archiwum 81 ("Archive 81") - miniserial

14 stycznia | 8 odcinków | Netflix

Bohater jest archiwistą i pasjonatem starych nagrań wideo. Dostaje propozycję odrestaurowania grupy dokumentów, które znaleziono w spalonym bloku. Nagranie za nagraniem, pochodzące z lat 90 i nagrywanych kamerą przez młodą studentkę, poprowadzi naszego protagonistę w objęcia tajemnicy…

Raczej zbiór schematów, które powinny działać, są znane i dosyć lubiane – wszyscy mają jakiś sekret, w nocy dzieje się coś, czego nie rozumiemy, jest jakiś niedostępny obszar albo pokój, czy też historia sięgająca kilku pokoleń wstecz. Niewiele jednak za tym stoi, dosyć standardowa historia korzystająca ze znanych zabawek, by osiągnąć efekt, zamiast opowiedzieć historię mającą taki efekt. Film jest pozbawiony jednej, konkretnej perspektywy. Niby mamy protagonistę, ale później oglądamy całe retrospekcje, o której nie mógł wiedzieć, albo nawet są wydarzenia mające miejsce w teraźniejszości bez wiedzy bohatera, ale i tak je widzimy. To wyraźnie nie było coś, co twórcy przewidzieli, po prostu podążali za schematami – nieważne, czy miałyby one sens w obrębie ich produkcji.

Ogólnie to tytuł, który skupia moja myśli na różnych tematach, żadne nie mają jednak związku z nim samym albo jego jakością. Na przykład: słaby kostium. To już kolejna produkcja, która myśli, że wystarczy odebrać bohaterom smartfony i już, jesteśmy w latach 90. Zachowanie bohaterów, ich stroje, scenografia – to nadal mogłoby podchodzić pod współczesność. To jednak bardziej trend o szerszym znaczeniu, niż wada lub cecha tej jednej, konkretnej produkcji.

Nie wkręciłem się w to, powiem wam. Szósty odcinek oglądałem z zainteresowaniem, reszta tak sobie. A ja przecież lubię te wszystkie rzeczy, tutaj nie mają one jednak żadnego charakteru, osobowości. Całość zrealizowano na podstawie podcastu nadawanego od 2016 roku; wysłuchałem pierwszy odcinek i stwierdzam, że ma więcej charakteru i lepszą narrację. Serial na jego podstawie to obrót o 180 stopni względem pierwowzoru, zmiany są wyraźne, liczne i łatwo zauważalne. Przede wszystkim jednak tonacja – adaptacja sprawia wrażenie Lost, gdyby w nowym wydaniu składało się z dwóch aktorów siedzących na plaży przy ognisku. A jeden mówi tylko kwestie w stylu: „chciałbyś, żeby taka była prawda? Nie dostrzegasz szerszego obrazka, przyjacielu. Kiedyś ci go wytłumaczę…”

I czemu na wszystko mówi się podcast? To słuchowisko, jak kiedyś w czasach radia. Fabuła, aktorzy, efekty specjalne, scenariusz.

5/5

Dom ("The House")

14 stycznia | 90 min | Netflix

Pierwsza perełka roku.

Film antologiczny albo miniserial – na Netfliksie jest tym pierwszym, na IMDb tym drugim. Go figure. Faktem jest jednak, że chciałbym zobaczyć drugi sezon. W każdym tytułowa lokacja jest motywem przewodnim, można nawet podejrzewać, że to cały czas ta sama lokacja w różnych okresach historycznych. I w każdej dom symbolizuje coś innego, tonacja za każdym razem jest inna, fabuła i bohaterowie też. Za każdym razem jednak mówimy o produkcji, która pragnie podsycić sny swoich odbiorców, nakarmić ich koszmary. To smutne, niepokojące, pobudzające fabuły. Najbardziej przerażająca może być ostatni segment, w której dom w bolesny sposób okazuje się czymś innym, niż stałym punktem naszego życia. Nie możemy do niego wrócić, nie możemy w nim szukać schronienia, nie możemy przekazać go dalej. W końcu domy też w końcu przestają być przydatne. Za sto lat ich nie będzie, a tak bardzo o nie walczymy, pragniemy ich, tyle dla nas znaczą, stają się wręcz sensem naszego życia!

Temu trzeba stawić czoła samodzielnie. Szkoda zdradzać cokolwiek więcej. Seans niejasny, dezorientujący, kołujący myśli… A jak przepięknie zanimowany!

1/5

Hotel Transylwania: Transformania ("Hotel Transylvania: Transformania")

14 stycznia | 80 min | Amazon Prime

W ciągu pierwszych minut synowy bohatera odpierdala taką manianę, że trzeba dosłownie zatrzymać czas, aby ratować ludzkie życie. W ciągu następnej godziny uczymy się przepraszać za ratowanie życia oraz akceptować, a także nagradzać ludzi niezważających na ludzkie życie. No cóż.

Widać, że to jest czwarta część serii, na którą od początku nie było pomysłu. Teraz kradną od świątecznego krótkiego metrażu ze Shrekiem z 2007 roku. Bohater chce odejść na emeryturę i przekazać tytułowy hotel córce i jej mężowi, ale się rozmyśla w ostatniej chwili przy pomocy kłamstwa i zmyślania, scenarzyści dają z siebie wszystko, aby doprowadzić do zbiegów okoliczności… I w sumie już mi się nie chce pisać dalej. Nie śmiałem się, nie zasnąłem, było mi to obojętne.

Fajnie się dowiedzieć, jak w trakcie podróży samolotem można zaczerpnąć świeżego powietrza. Dobre to było. Ogólnie sama „animacja” jest naprawdę udana: szybka, ekspresyjna, ktoś tam próbował. Nie miał tylko postaci albo kontekstu do dyspozycji, więc… jest ruch i ekspresje.

5/5

Ray Donovan: The Movie

14 stycznia | 100 minut | Showtime

Ostatni odcinek wspaniałego serialu. I tak też go oceniam. Jestem emocjonalnie wyniszczony i za to wdzięczny.

5/5

Wolf Like Me - sezon I

13 stycznia | 6 odcinków po 30 min | Amazon Prime

Bohaterowie gadają i pomagają sobie, czego chcieć więcej?

Gary jest samotnym ojcem wychowującym Emmę: jedenastoletnią dziewczynkę z atakami paniki. Mają przeszłość, ale nadzieja pojawia się, gdy uczestniczą w wypadku samochodowym: wjechała w nich Mary. Gary biegnie po zabawkę, która uspokoi Emmę, ale ta jest spokojna: Mary dała radę to zrobić kilkoma słowami. W ten sposób zacznie się relacja tych trzech osób: uszkodzonych, zmęczonych życiem, niosących za sobą ciężar przeszłości, który zaczną sobie powoli pomagać w naprawianiu, godzeniu się z nim, wymazywaniu go. I tak dalej. Plus, jak tytuł wskazuje, jest w tej opowieści obecny wilkołak. Bo czemu nie.

To naprawdę jest produkcja, gdzie każda główna postać ma mnóstwo osobowości i historii, które następnie są wykorzystane do zbudowania pełnych relacji z innymi postaciami. To serial, gdzie naprawdę można oglądać tych ludzi, jak siedzą i gadają, a seans nadal będzie pozytywnym, kojącym doświadczeniem. Wszystko, co te postaci osiągają ze swoją wzajemną pomocą jest wiarygodne i zasłużone. Twórcy dodali parę tajemnic – nie tylko w temacie przeszłości, o której nie chcą mówić, ale też są takie rzeczy, jak np. czemu Mary nie chce iść do włoskiej restauracji? Sporo tutaj uroczego humoru, w gruncie rzeczy oglądamy komedię romantyczną, ale autorom udaje się w ostatnim odcinku zbudować nawet sporo napięcia i wykorzystać Australijski urok.

Pisanie więcej oznacza zdradzanie i psucie niespodzianek, więc przestanę. Ładny serial do obejrzenia na jeden raz, by następnie zacząć wyczekiwać ciągu dalszego, którego nie mogę się doczekać. Rok 2023 będzie piękniejszy z jeszcze jednego powodu.

1/5

Bez wahania ("Brazen")

13 stycznia | 90 min | Netflix

Spełnienie marzeń o zostaniu pisarką, policjantką i prostytutką internetową w 90 minut. Do tego jeszcze znalezienie miłości swojego życia, pomszczenie śmierci siostry oraz krytyka osób krytykujących zarabianie na życie poprzez świecenie dupą za pieniądze przed kamerkami. To ostatnie może być nieumyślne, ale i bez tego na papierze wydaje się to kompetentny pakiet.

Całkiem nieźle, jak na kryminał zrobiony na zamówienie i wyłącznie z tego powodu. Wszelkie dodatki są tylko po to, aby odróżnić ten tytuł od innych – tutaj pisarka kryminałów szuka mordercy swojej siostry, która jest nauczycielką i prostytutką. W finale, żeby zwabić zabójcę, zacznie udawać swoją siostrę przed kamerką. I morderca się na to nabierze.

Ogólnie to niedorzeczny film zrobiony po łebkach, gdzie na siłę doprowadza się do pewnych wydarzeń. Miłość życia mieszka po sąsiedzku, a współpraca z policją to kwestia jednej rozmowy z szefem (i użyciem argumentów w stylu: „No chyba coś wiem, skoro tyle kryminałów napisałam”). Bardziej mi przeszkadza brak człowieczeństwa na ekranie – wszelkie reakcje czy relacje pozbawione są pierwiastka ludzkiego. No dajcie spokój – oglądamy śmierć czyjejś siostry, co prowadzi do jednego płaczu i minutę później mamy to odhaczone, już do tego nie wracamy. Do tego internetowa pornografia w wersji bardziej soft niż reklamy pepsi, praca policjanta bardziej nieangażująca niż ludzie mówiący, że pepsi jest fuj, gdy zobaczą, jak je pijesz.

Plus kilka absurdalnych dialogów.

2/5

Underwater Federica Pellegrini

10 stycznia | Amazon Prime

Tytułowa postać to sportowiec uprawiający pływanie. Wielokrotna olimpijska medalistka i zdobywczyni rekordu świata.

Dokument o niej? Coś jak to, co możecie zobaczyć na TVP o sportowcach, których darzy się powszechną sympatią. Tytuł zrobiony na zamówienie: trochę biografii, laurki, dumy narodowej. I trochę o trudnosciach w sprostaniu wyzwaniom, przeważnie psychicznej. Niewiele z tego wynika, głównie „presja medialna, mam dosyć tego wszystkiego”. Największe wrażenie zrobił na mnie płaczący trener.

Komentatorzy sportowi wciąż nie dojrzali do tego, aby poruszać temat ludzkich osiągnięć. Są ślepi całkowicie na cały aspekt tego wszystkiego, zamiast tego patrzą w zupełnie inną stronę, szukając powodu, aby tylko sobie penisa wydłużyć. Sobie i widzom. A jak nie znajdą, to będą niezadowoleni. Nie żeby to były jakieś oryginalne wnioski – tak tylko piszę, że wciąż nic się nie zmieniło w tym temacie.

4/5

Dexter: New Blood - miniserial

9 stycznia | Tylko odcinki 9-10 miały premierę w 2022 roku, ale to też opinia o całym sezonie | 10 odcinków | Showtime

Nowy Dexter jest serialem wypełnionym światełkami bożonarodzeniowymi, historiami oraz typowością typową dla seriali z pierwszej dekady XXI wieku.

Dexter Morgan prowadzi nowe życie na śnieżnej północy . Na dodatek pod ich nosem działa seryjny morderca, o którym nikt nie wie poza nami, widzami – więc dzieje się naprawdę sporo. Poszczególne wątki prezentują różny poziom, osobiście za najlepszy uważam wątek walki Dextera z samym sobą – jest najbardziej złożony, brutalny i wiarygodny psychologicznie. To dzięki niemu najbardziej czuję, że oglądam coś ważnego, poważnego, ogólnie: dla dorosłych. Tu i tam można trafić na różne uproszczenia lub głupoty, ale to może być celowy zabieg – w końcu oglądamy kontynuację serii z 2006 roku, a wtedy takie rzeczy po prostu się robiło. Bohaterowie nie zawsze mogą być dojrzali, inaczej połowę problemów dałoby radę załatwić jedną, konkretną rozmową. Inne trudności rozwiązuje się tutaj cięciem montażowym – wszystko po to, aby prowadzić historię w konkretną stronę, żeby to jako całość robiło wrażenie. A po drodze np. mamy takie momenty, jak Dexter nokautujący kogoś w biały dzień w środku lasu. Jak przeniesie ofiarę do domu? Za pomocą cięcia montażowego. Co zrobi z ciałem? Zakopie przed domem. Dlaczego? A no żeby było napięcie, bo teraz mogą je znaleźć. Potem przeniesie ciało do miasta, gdzie je spali bez problemu, ale no, tak buduje się napięcie.

Wszystko to jednak prowadzi do 9 odcinka, gdy Dexter na naszych oczach staje się anty-bohaterem: robi coś, z czym się nie zgadzałem w naprawdę głębokim sensie tego słowa. Czuliśmy do niego sympatię, rozumieliśmy go, kibicowaliśmy mu i postrzegaliśmy jako kogoś dobrego, a tutaj w brutalny sposób jest widzom przypominane, że Dexter jest jednak psycholem. Świetne! Byłem kupiony i chciałem to oglądać dalej, ile tylko tego jeszcze wyjdzie. Było dla mnie oczywiste, że kontynuacja jest pewna.

ODNOŚNIE ZAKOŃCZENIA. Nie jest złe samo w sobie, ale nie pasuje do tego sezonu. Takie zakończenie powinniśmy zobaczyć za trzy-cztery sezony, kiedy historia naturalnie dojdzie do takiego etapu, ale teraz? Czemu? SPOILERY: ten sezon był o powrocie Jaya do bycia Dexterem, do rozpoczęcia jego relacji z synem, o stworzeniu sobie partnera wystarczająco mu podobnego jak i odległego, ale jeszcze żaden z nich o tym nie wiem. Harrison myśli, że jest Batmanem, a Dexter nie ma pojęcia, że tak naprawdę jest psychopatą. Ukarali seryjnego mordercę razem, Dexter myśli nad powrotem do dużego miasta… To jest świetny wstęp do seriali w starym stylu, na kilka sezonów naciąganej, ale przyjemnej opowieści. W drugim Dexter mógłby zrozumieć, że Harrison nie jest jego prawdziwym partnerem, w trzecim oboje mogliby zdać sobie sprawę, że są antagonistami – ale jeszcze udają, że jest w porządku. W czwartym unikaliby konfrontacji aż do finału, kiedy by zrozumieli, że żyć może tylko jeden z nich: syn albo ojciec.

Zamiast tego policjantka w ruinach podpalonego domu znajduje dowód, który mógł być podrzucony przy okazji podkładania ognia, więc na tej podstawie wsadza Dextera za kratki. Dexter ucieka przy pierwszej okazji, zabija po drodze niewinną osobę, zostawia stos śladów i chce uciekać z Harrisonem, ale ten mówi: „Co? Zabiłeś niewinną osobę? Jesteś potworem!” i strzela bez odrzutu, akurat w tej samej chwili znajduje ich policjantka (na węch), daje młodej nieletniej osobie 20 dolarów i każe spierdalać (!!!), Dexter umiera, koniec spoilerów. Nadal nie mogę w to uwierzyć.

1/5

Koniec świata czyli kogel mogel 4

7 stycznia

Wszyscy tu są szczęśliwi i biorą śluby. Jak mnie to wkurwia.
 
Fabuła nie jest łatwa w opowiedzeniu. Składa się z wielu wątków tworzących „całość”, silnie korzysta z tego, co wydarzyło się w poprzedniej części bez przypominania tamtych wydarzeń. W uproszczeniu i po wycięciu pierwszej połowy filmu: chodzi o to, że baba zgodziła się na małżeństwo, ale dla jej męża przyszły zdjęcia gołej dupy w objęciu faceta bez twarzy, więc stwierdziła „ten mój chuj mnie zdradza” i uciekła, a chłop za nią, bo nie wie, o co chodzi. Na końcu przeprosi, wszyscy wyjdą za wszystkich za mąż, będą tacy szczęśliwi.
 
Zacznę od tego, że mimo wszystko jest to kompetentny produkt – w tym znaczeniu, że zna swoją widownię i kroi się pod nich z pomysłowością i wirtuozerią. Fabuła ma potencjał komediowy, jest dobrze złożona i daje to, co odbiorca chce. Pozytywne emocje, pozytywną energię. Wygląda i brzmi to naprawdę miło, całość jest grzeczna i taka polskawa. Poza tym osobiście uwielbiam, że ciężar fabuły opiera się na robieniu zdjęć męskiej dupy. Problem tylko w tym, że bohaterowie są wierni nielogicznym wartościom: przypisywanie płciom ról, określanie jednej jako lepszej lub gorszej od drugiej dla zasady (nie z powodu jakiś argumentów na poparcie takich tez), oraz kochanie kogoś, kto zachowuje się w niezrównoważony sposób, bez uwzględnienia tego jako czegoś odstającego od normy. Kochasz kogoś, kto narusza twoją prywatność, ma cię w dupie i wierzy bardziej zdaniu innych o tobie niż tobie? Czego tu nie kochać, prawda?
 
Nikt z bohaterów chyba nie ma pracy, a jeśli już, to nie wygląda ona tak, jak w prawdziwym życiu. Nikt nie żyje i nie zachowuje się tak, jak w prawdziwym życiu: jak szwagier przychodzi pogadać, to najpierw się rozbieracie i wskakujecie do basenu, żeby krótką rozmowę odbyć na materacach. Dialogi są jakieś takie dziwne, jak zdania kilkukrotnie używające „że” – aktorzy wyraźnie wielokrotnie mają problem, żeby wymówić je naturalnie i robią pauzy w nienaturalnych miejscach. A tematyka filmu czy ogólnie jego rzeczywista wartość jest taka, jak kilkukrotnie przywoływany żart, że faceci nie potrafią opuszczać deski klozetowej. Hehe, a jak kobieta włącza wycieraczki, gdy nie pada, to będzie skręcać. Ubaw po pachy, szczyt twórczości, scenopisarstwa i kreatywności, w dupę to sobie wsadźcie.
 
Ps. To jest Kogel Mogel, nie kogiel mogiel.
1/5

The Hype House - sezon I

7 stycznia | 8 odcinków | Netflix

Program o tym, jak kilku ludzi słynnych z tego, że są słynni, zamieszkali razem i nic z tego nie wynikło i po półtora roku przestali razem mieszkać. Chyba.

Ogólnie dyskusja o tym tytule wcale nie dotyczy jego samego, tylko zjawiska młodych ludzi, którzy niczego sobą nie reprezentują, zdobywają sławę w Internecie i mnóstwo pieniędzy, co jest interpretowane jako oznakę nadchodzącej zagłady. To jednak temat na inną rozprawkę – jak sam program? Nijak. Nie poznałem żadnego z bohaterów, nie pamiętam żadnego, nie znam relacji którejkolwiek postaci, nie było historii pozbawionych wyolbrzymionej dramy albo niedojrzałości. Ktoś dostał covida, ktoś się pokłócił z kimś o chujwieco, ktoś wziął fikcyjny ślub z partnerką, która chciała prawdziwy i nic z tego nie wynikło. A na koniec mówią, że nagrywanie trwało półtora roku – z samego oglądania może jeden dzień, jakby go w większości przespali. Nawet nie zobaczyłem tytułowej lokacji tak naprawdę – to zwykły dom za kilka milionów, z barem, salonem i sypialniami, pozbawiony czegokolwiek, co by go wyróżniało. I jeszcze coś tam gadają, że podobne domy nie przetrwały, bo tamtejsze ekipy nie mogły się dogadać, ale oni stworzyli przyjaźń… Nie ma w tym nic, w co mogłem uwierzyć. Widziałem produkt. Nagle każdy okazuje się mieć trudne dzieciństwo, bezdomność z której wyciągnął go Internet, a za zarobione pieniędzy kupuje nie tylko traktory i inne zbędne gówna, ale finansuje operację jaskry u 17 kotów swojej ciotecznej ciotki.

2/5

The 355

7 stycznia | 2h | Peacock

Ten film powstał, bo jedna z głównych aktorek chciała film szpiegowski z samymi kobietami. I efekt końcowy jest dokładnie taki, jak film, gdzie jedynym aspektem zainteresowania twórców była płeć postaci.

Znacie to: jest jakieś urządzenie, które zagraża całemu światu. Trzeba kogoś szukać w Internecie – tam, gdzie wszyscy mają swoją zakładkę i można sobie poczytać o niej dziwnie wybiórczych rzeczy na wyciągnięcie ręki. Są sojusze, zdrady, powroty z grobu oraz przestarzałe „jesteśmy tacy sami, ty też zabijasz ludzi” (ewentualnie „Ja zabijam dla swoich, ty dla swoich”). Żadna z postaci nie jest szczególnie zaangażowana w cokolwiek, nawet jacyś statyści wcielający się w rolę rodziny któregoś szpiega, będąc na celowniku bandyty („Gadaj albo oni zginą!”) wyglądają, jakby tylko czekali na koniec zdjęć. Wszyscy bohaterowie zachowują się głupio i niedojrzale, nijak nie zasługując na opowieść o takim wymiarze, jakim jest globalne zagrożenie i dawanie z siebie wszystkiego, byle tylko uratować świat. Intryga i inne rzeczy fabularne są dezorientujące – na początku dwoje postaci na potrzeby misji udają nowożeńców, więc idą do łóżka, ale ona mówi do niego, że jest przyjacielem. Potem ten kolega umrze (aby wrócić do żywych 40 minut później), więc ona idzie do łazienki i opłakuje go… Czyli że co, kochała go? Sceny akcji są równie chaotyczne – nagle jest zasadzka, ktoś wbija do pokoju, cięcie i w środku jest więcej ludzi bez pokazania, jak się tam dostali. Niechlujny to tytuł. W pamięci pozostanie tylko Jessica Chastain robiąca parkour w szpilkach, oraz Lupita Nyong’o, skradająca się wentylacją (wielką jak korytarz) w szpilkach, z której wyskakuje boso, by na dole założyć obuwie. Szpiedzy.

Największą atrakcją jest tytuł – co prawda zupełnie nie wiedzieli, gdzie to wcisnąć do filmu, więc wepchnęli do ostatniej sceny w taki sposób, że mrugniesz uszami i przegapisz. Odnosi się do szpiega płci żeńskiej z okresu wojny o niepodległość USA, o którym do dziś nic nie wiadomo.

Faktycznie, ostatnie ujęcie jest na zwiastunie. Plus Penélope Cruz, Diane Kruger, Sebastian Stan, Junkie XL i Lee Smith (obaj dostali Złotego Garreta w przeszłości)

4/5

Aparatka ("El Deafo") - miniserial

7 stycznia | Trzy odcinki | Apple TV

Wystarczająco wyróżniająca się animacja o dziewczynce z podstawówki, która zaczyna nosić aparat słuchowy. Kreska jak z książeczek dla dzieci, a czas akcji to okres, kiedy młodzi słuchali płyt gramofonowych i nie byli uczeni języka migowego (jedynie czytania z ruchu warg). Świetna robota była wykonana z dźwiękiem i oddaniem wrażenia, które zapewne mają osoby głuche po założeniu aparatu, gdy wszystko jest stłumione i niewyraźne, trzeba faktycznie się nad tym skupić. Animacja przede wszystkim pomaga w przedstawieniu fantazji bohaterki, która w celu radzenia sobie z rzeczywistością wyobraża sobie siebie jako superbohaterkę walczącą z różnymi zagrożeniami. A tych trochę ma – i są one głównie pośrednie. Nauczyciele nie są jeszcze wyczuleni na to, że nie mogą się odwracać albo mówić będąc zasłoniętymi, bo jedna z uczennic nie jest w stanie słyszeć. Jest też sporo obaw względem tego, że przez obecność aparatu słuchowego inne dzieci będą ciebie wytykać palcami. Dobrze to zaprezentowano, w wystarczająco uczciwy i szczery sposób, chociaż fabularnie kręci się to wokół tylko jednego motywu, który został rozciągnięty. Całość ma trzy odcinki, każdy po pół godziny: już w pierwszym bohaterka zda sobie sprawę, że jest w stanie słyszeć nauczycieli, gdy ci wyjdą z klasy, za sprawą ich mikrofonu zawieszonego na szyi – ale dopiero w trzecim odcinku to zostanie wykorzystane. A innych takich osobistych rzeczy tu nie ma. Są ogólne wspomnienia z dzieciństwa, ale nie są za bardzo powiązane z motywem całości. Dlatego tak dobrze ten serial podsumowuje słowo „wystarczający”.

Podoba mi się, że w ogóle nie wyjaśniono, czemu wszyscy w tej historii są przedstawieni jako króliki – uwierzono, że widz sam nad tym usiądzie i się zastanowi, całość jest logiczna. Nie mogę jednak obiecać, aby ta produkcja została z kimś na dłużej. Spodoba się w taki sposób, że ją docenimy i jej kreatywne podejście do ważnego tematu, po czym nienastąpi raczej większa reakcja. Ponoć osoby głuche doceniły, że ich obraz jest taki pozytywny – ja, jako osoba wyobcowana z każdego możliwego powodu, oglądałem raczej z obojętnością. Chociażby moje okulary – z miejsca mogę podać większą ilość osobistych przykładów wspomnień związanych z ich noszeniem, niż jest w tej produkcji związanych z noszeniem aparatu słuchowego. Pamiętam, jak koleżanka Karolina przysiadła się na przerwie, żeby o tym ze mną pogadać, a ja byłem zbyt zaborczy, żeby pozwolić jej do mnie dotrzeć. Powinienem ją odnaleźć i jej za to podziękować. Jak zdejmowałem okulary idąc na przerwę. Jak nauczycielka chciała, żebym siedział bliżej tablicy, bo nic z niej nie widzę, ale z tyłu siedział mój kumpel Jacek, więc uparłem się na zasadzie „Bo tak”, żeby zostać z tyłu. I przepisywałem od niego z zeszytu tak, żeby nie widział.

Warto włączyć, warto pokazać młodym – polski dubbing jest solidny.

2/5

Kolacja dla czworga ("Quattro metà")

5 stycznia | Netflix

Banalne i o niczym, ale wystarczająco sympatyczne.

Typowa historia z gatunku ona spotyka jego i próbują być razem – z próba zamaskowania tego jako czegoś więcej, ale generalnie nic z tego nie wynika poza banałami, więc szkoda gadać. Grunt, że to włoska komedia romantyczna o początkach romantycznej znajomości. Wszystko na luzie, z przyjemną energią, nawet urocze. Całość pozbawiona jest jakiejkolwiek substancji czy wagi: za zdradę wystarczy przeprosić, dziecko wystarczy urodzić, babę wystarczy pocałować – tak jak w życiu. Seans szybko mija, o całości się zapomina i idziemy dalej.

3/5

Jak pokochałam gangstera

5 stycznia | Trzy godziny | Netflix

Trzy godziny pełne sztuczek filmowych. Da się oglądać.

Cała produkcja jest wizją artystyczną inspirowaną życiorysem Nikodema Skotarczaka, ale nie powinna być odbierana jako dokument lub biografia – czytamy na początku filmu. I nie ma w tym nic złego – oglądamy losy człowieka, o którym niewiele się dowiadujemy, poznajemy go w jeszcze mniejszym stopniu, wywierającym niewielkie znaczenia na rozwój wydarzeń w filmie o sobie. Wszystko jest tylko sugerowane albo wmawiane, nic nie jest prezentowane lub opowiadane, fabuła pozbawiona jest napięcia, konsekwencji lub logiki. Całość zrealizowano niemal wyłącznie przy użyciu sekwencji filmowych oraz innych sztuczek, a jak się ogląda? Całkiem nieźle. Jak na film, który trwa trzy godziny i ma ze trzy dobre sceny w sobie.

W sumie fajnie, że reżyser ma w głowie wszystkie filmowe sztuczki i używa ich wszystkich w tym filmie. Nawet umie je zrealizować – pościgi, sceny zbiorowe, erotyczne czy przy skomplikowanego oświetlenia, wszystko to zrobiono bez zarzutu. Inną sprawą jest, czy umie je stosować jako środek do opowiedzenia historii czy coś w tym stylu: i tu odpowiedź jest negatywna. Dosyć szybko doszedłem do wniosku, że jedynym kryterium jest to, czy twórcom coś wydaje się fajne. Nie dlatego, że fajne „bo”, tylko już same „fajne” wystarczy. I tak np. słuchamy ulubionych piosenek reżysera, które nie pasują do okresu historycznego, ale to nie ma znaczenia. Jest energia i teoretycznie dobrze się ogląda. Sam film jest o niczym, niczego nie opowiada, a szczególnie prawdy. Na końcu składanie kwiatów na grobie jest taką samą zagadką, co na początku, tylko po drodze przestali udawać, że to ich obchodzi. W centrum zainteresowania była jedynie legenda, która stała się paliwem dla stosowania sztuczek filmowych.

Humor też jest. Niewiele i na poziomie: „Chyba ty”. Wyjątkiem jest scena ucieczki przed policją: uczciwie rechotałem podczas oglądania. Zaskoczenie i ciężar spadający na bohaterów na naszych oczach, jak powoli zdają sobie sprawę z tego, w jakiej są sytuacji: to jest prawdziwy humor!

2/5

Zbuntowani ("Rebelde") - sezon I

5 stycznia | 8 odcinków | Netflix

Kolejne wyobrażenie dziesięciolatków o tym, jak będzie wyglądać nastoletniość i studia. Wszyscy są utalentowani (chociaż nic nie umieją), ładni, bogaci i przystojni, gardzą rodzicami i nauczycielami, żyją na paliwie zbudowanym z pasji do tworzenia muzyki, chociaż nie mają nic do powiedzenia. I romansują każdy z każdym – no, prawie. Albo nie jesteś w związku, albo masz dwóch partnerów i kolejnego kandydata oraz dylemat, inaczej się nie da.

Na pewno warto pochwalić tę produkcję za to, że z sukcesem osiąga swój schemat. Aktorzy świetnie wypełniają swoje zadanie – kto ma być uroczy, ten jest uroczy. Kto miał być dupkiem, ten jest dupkiem. I wszyscy z całym sercem biorą udział w tym cyrku. Nie ma w nikim grama zażenowania czy niezręczności, każdy czuje się świetnie na ekranie. To dla nich zabawa, gdy tańczą i śpiewają, albo grają na pianinie trzema klawiszami na zmianę. A jak jedna dziewczyna zagra dziesięcio-sekundowe solo na perkusji, polegające na uderzeniu po kolei w każdy talerz, to wszyscy będą sikać po nogach z wrażenia. Ja bym tak nie umiał.

Całość jest naiwna, odklejona od rzeczywistości, ma głupią fabułę z jakąś tajną organizacją kierującą szkołą, dziecinnych bohaterów mających idiotyczne aspiracje, których receptą na sukces jest uwierzyć w siebie, oraz muzykę, która jest pozerska. Teksty piosenek są sztuczne i banalne, a ich wokale… Cóż, może i mają ładne głosy, ale nie chcę mówić, czy są na auto-tune, bo to raczej cała produkcja zmusza mnie do takiego myślenia, nie same barwy ich głosów.

Całość jest remakiem meksykańskiego serialu z 2004 roku, który w trzy lata rozrósł się do 440 odcinków. A on był z kolei remakiem argentyńskiej produkcji z 2002 roku. To tak piszę na wypadek, jakbyście się zastanawiali dlaczego we współczesnym serialu, gdzie każdy ma składanego smartfona i śmieją się z nawiązań do Lady Gagi (bo to stare newsy), bohaterowie nadal śpiewają Britney Spears, a gdy chcą się zapisać na listę do sekretariatu, to robią to długopisem na kartce wywieszonej na korytarzu. Dobrze, że chociaż nagrane teledyski są przesyłane Internetowo, a nie zanoszone na płytach CD do nauczycieli.

PS. Całość jest zaskakująco wulgarna w wersji z polskim lektorem. Chuje i kurwy lecą kilka razy na odcinek, aż włączyłem angielski dubbing i polskie napisy. Lektorowe „o kurwa” zostało zastąpione „No fucking way” w ustach aktorki oraz „Żartujesz” w napisach. No kurwa jak?

2/5

Super drużyna ("Action Pack") - sezon I

4 stycznia | 10 odcinków | Netflix

Animacja dla najmłodszych o superbohaterskich dzieciach, ucząca ich raczej regularnych rzeczy, w ten sam naiwny sposób: żeby wierzyć w siebie, że nie warto się poddawać, że lepiej zrozumieć innych i nie osądzać ich po okładce. Nic nowego, czego nie byłoby w podobnych produkcjach 20-30 lat temu. Dorośli oglądający pod wpływem różnych substancji mogą mieć ubaw.

Na plus zdecydowanie zaangażowanie twórców, ktorzy bez żenady oddali się temu projektowi, z energia i ekscytacją – w polskim jak i oryginalnym dubbingu. Widać tez, że to efekt uczciwej roboty, nic nie było tutaj zrobione na odwal.

Na minus… W jednym odcinku bohaterka jest zajęta graniem na czymś w stylu Switcha. Przedstawiono to bez żadnego zrozumienia czy zainteresowania, czyli w sumie tak, jakby to było 20-30 lat temu. Takie detale wywołują we mnie myśli, że twórcy tak naprawdę patrzą z góry na dzieci. Nie ma w nich nic godnego uwagi, a jak się robi sztukę dla nich, no to wystarczy dać głodne kawałki w szybkiej, kolorowej animacji komputerowej. I wystarczy, bo celem jest tylko zająć ich uwagę przed ekranem na parę lat, aż pójdą do szkoły i nie będą już naszym problemem.

3/5

Wrobieni: Zagadka sycylijskiego morderstwa

1 stycznia | 6 odcinków po 30 min | Netflix

Dwoje robotników ma przyjść, naprawić telewizor, ale znajdują ciało w wannie i starają się uciec przed podejrzeniami, ładując się tym samym w środek wszystkich zbiegów okoliczności, na jakie wpadli scenarzyści.

Całkiem spoko tytuł – wyraźnie komediowy, gdzie wszystko jest podyktowane wyciśnięciu kolejnego żartu z danej sytuacji, nawet jeśli będzie to przy okazji sztuczne, niezręczne lub absurdalne z punktu widzenia fabularnego tudzież logicznego. Zawsze jest czas i miejsce, żeby spróbować wywołać śmiech u odbiorcy. Nie, żeby to jakoś często się udawało w moim przypadku, ale to buduje lekką i przyjemną atmosferę.

Tylko chyba nawet nie wyjaśnili w końcu, kto zabił. I tak było mi to obojętne. Serial do szybkiego obejrzenia, zapomnienia, cześć.

2/5

Harry Potter 20th Anniversary: Return to Hogwarts

1 stycznia | HBO GO

Aktorzy z serii o Harrym Potterze spotykają się 20 lat po premierze pierwszego filmu, aby powspominać. I już na początku Rupert Grint wypala, że nie czuje, aby minęło wystarczająco dużo czasu, aby zasłużyć na Reunion. I ma rację, ostatni film z serii wyszedł 11 lat temu.

Udział J.K. Rowling to klipy nagrane jeszcze w 2019 roku, nie na potrzeby tego filmu. Nie ma nic o alkoholizmie pana Dana czy innych, tego typu wydarzeniach. Zamiast tego ekipa się spotyka i próbują gadać tak, jakby nigdy ze sobą nie gadali. Pan Daniel z panem Chrisem Columbusem spotykają się w gabinecie Dumbledore’a, a młody pyta reżysera: „Jak się czułeś, reżyserując młodych ludzi”. Mówią rzeczy, które mówili wielokrotnie przez te wszystkie lata – nie mogę nawet za bardzo podać przykładów, bo wszystko kojarzę z czym innym, o wszystkim słyszałem gdzie indziej. Niezręczne to i bezpieczne.

Do tego dużo głaskania się po głowach i mówienia o tym, jak cudownie się razem współpracowało. Dla fana Harry’ego Pottera to naprawdę udane comfort food. Osobiście lubię książki i filmy, niektóre uważam nawet za bardzo dobre pozycje, lubię wracać do tego świata i tych aktorów, tych wizualizów – a tutaj widać, że włożyli pieniądze w realizację tego reunion. Puste to i niewysilone, ale jednak jest w tym urok. Tylko dla fanów.