Październik 2022

Październik 2022

13 października 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

0
Obejrzane filmy
0
Obejrzane serzony seriali
3/5

Ród Smoka - sezon I ("House of the Dragon")

23 października | 10 odcinków po 60 min | HBO Max

Sprawia wrażenie politycznego serialu dla dorosłych – pomimo banałów, przypadków, zbiegów okoliczności, naciągania zwrotów akcji czy niedojrzałych postaci.

Viserys jest królem bez następny tronu. Ma córkę i żonę w ciąży, ale jeśli coś jej się stanie? Albo urodzi kolejną córkę? Co wtedy? Kto będzie następcą? A jeśli zdecyduje się wyznaczyć jako taką swoją córkę Rhaenyra? Wtedy mogą być problemy wyjaśnione dosyć mętnie, ale chodzi o to, że będą problemy i mamy uważać, że król stoi przed ciężkim wyborem i mamy tę historię brać na poważnie, chociaż w sumie spędzamy 10 godzin na oglądaniu, jak rodzice swatają swoje dzieci.

Oglądamy tutaj prequel innego serialu i autorzy chyba są tego świadomi, ponieważ nie starają się niczego zbudować samodzielnie. Albo nie chciało im się tak po prostu. Motyw muzyczny w czołówce pochodzi z Gry o tron, zresztą jej wizualny styl jest identyczny; rozległy świat Westeros jest tu niewidzialny i nieobecny – w zasadzie większość czasu spędzamy w jednym zamku, z jedną rodziną, a jeśli już widzimy coś innego, to najprawdopodobniej będzie to wypełniacz fabularny, byle jakoś dobić do tych 10 odcinków. Relacje między rodzinami, historia krainy, Mur i świat za nim, bóstwa, Żelazny Tron? Nic z tego. O niektórych rzeczach się wspomni tu i tam, ale nowy widz po tych detalach nie będzie znać tego świata. Nie będzie też zagubiony, zamiast tego będzie jedynie obojętny na to nowe uniwersum. Dla niego to będą jakieś królowie i króle gadający o dzieciach, nic więcej – do tego został sprowadzony świat G.R.R. Martina przez HBO. Aha, jeszcze parę razy na smokach się przelecą.

Ekran jest wypełniony postaciami o identycznych osobowościach i motywacjach, nic ich nie wyróżnia. Wyjątkiem jest postać grana przez Matta Smitha, którego wyróżnikiem jest bycie granym przez Matta Smitha wnoszącego urok do tej produkcji, ale nawet on nie może nic poradzić na fakt, że twórcy wyraźnie nie mają jeszcze planu na jego postać – czy chcą z niego zrobić antagonistę, psychola a może bohatera, który na dodatek z troską stanie ramię w ramię przy swojej żonie? Póki co skacze między tymi różnymi postaciami bez ładu i składu, sensu czy konsekwencji. Przynajmniej ma osobowość, trzy nawet – z kolei reszta postaci (poza Viserysem i Rhaenyrą) kręci się wokół tematu bycia spadkobiercą, próbując zbudować wrażenie, że wiele od tej decyzji zależy, chociaż póki co sezon pierwszy nie zaprezentował absolutnie niczego na tle decyzji królewskich, politycznych, faktycznego rządzenia, radzenia sobie z problemami kraju czy królestwa. Gdy na końcu jest scena koronowania – sprawiająca wrażenie, jakby zorganizowali ją polscy politycy w pięć minut, jest aż tak pośpieszona – oczekiwałem od tłumu reakcji w stylu wzruszenia ramionami, ewentualnie jednego chłopa pytającego cicho: „To my mieliśmy króla?”. Oczywiście klaszczą i cieszą się, chociaż serial nie zrobił nic, by na taką owację zasłużyć.

Fabularnie pierwszy sezon jest wstępem do większej historii – tutaj wszyscy zaczną się kłócić i zdecydują o przystąpieniu do wojny o tron. Obserwowanie, jak scenarzyści do tego doprowadzają, jest całkiem niezłą komedią – ilość zbiegów okoliczności i przegięć, by do tego doprowadzić, jest absurdalna. Zakłada wykradanie się bez powodu w nocy na miasto kończące się bez uzasadnienia wizytą w burdelu, niebezpośrednio owocująca kazirodztwem wcześniej nie zbudowanym – jedno z nich nawet nie przejawiało wcześniej zainteresowania seksem! A teraz ta sama dziewica okazuje się być mistrzem uwodzenia, wybierająca na swój cel najbardziej do tego niewłaściwą osobę, która potem będzie wykorzystywać ten fakt przeciwko niej. Brakuje, żeby z tego jeszcze dziecko wyszło – i by pewnie wyszło, tylko jeszcze było trochę odcinków i jakoś je trzeba było wypełnić, więc wtedy się rodzą właściwe potomstwo. A to wszystko w obrębie jakichś 10 minut! Tyle stawania na głowie trzeba było, żeby intryga zaczęła się w ogóle kształtować, żeby później działy się jeszcze bardziej absurdalne rzeczy („Chcesz herbatę albo kawę?; – Tak, ruchałem twoją córkę, zabij mnie proszę.”, albo „- Nie chcesz, żeby dziecko umarło? A co, to twoje?; – O TY KURWO!”, albo „Jesteś już przecież dorosły i jeszcze nie rozumiesz, że jesteś bohaterem Mody na sukces?”, albo maszerowanie w zamku zaraz po porodzie). Doradca zostanie zwolniony przez króla bez słowa sprzeciwu, by później przed córką podać bardzo rozsądne i logiczne powody, które go uniewinniają i pokazują, że jednak stawia interes królestwa ponad osobistym – dlaczego więc nie powiedział tego królowi? Bo wtedy nagle by się okazało, że ludzie mogą rozmawiać jak dorośli, dogadać się, ale w tym serialu to rzadkość – większość z nich zachowuje się jak dzieci. Jest tu moment, gdy kilka młodych się pobiło i jest zebranie w środku nocy, co z tym teraz zrobić – pokój będzie wtedy wypełniony ludźmi w każdym wieku i jeśli znajdziecie tam różnicę w zachowaniu między dorosłymi i małolatami, to gratuluję. To zresztą przewijający się motyw tego serialu, że chce się tym ludziom powiedzieć: „weź dziecko się uspokój i usiądź”. Szczególnie jak na powitanie posłańca przylatują smokiem, którym lądują na cienkim i kruchym murku łączącym ląd z budynkiem, który zaraz się zawali pod ciężarem bestii. „Tak, masz dużego penisa, a teraz weź idź być gówniarzem gdzie indziej, proszę…”. Bohaterowie Gry o tron byli jednak poważniejsi, o tych książkowych nawet nie ma co wspominać.

Można oczywiście powiedzieć, że to trochę takie Ja, Klaudiusz pisane przez Martina – bo tam też głównie siedzieli, gadali o dzieciach i mordowali siebie nawzajem, aby zasiąść na tronie, tylko tam był większy rozmach. Każdy odcinek to było jakby jedno pokolenie, a w tle miały miejsca faktyczne bitwy, podbój Brytanii, zmiany kulturowe – a tego HBO nawet ani myśli dostarczyć. Z tego powodu taki argument bym zbył i napiszę, że Ród smoka to w sumie taka Gra o tron, tylko bez Tyriona i czegokolwiek poza tym jednym miejscem, gdzie się toczy akcja serialu. Ktoś z nowych widzów pamięta jej nazwę?

1/5

Black Adam

19 października | Kino

Ten film trwa dwie godziny. Zaczyna się w 70 minucie i kończy w 90.

Konia z rzędu temu, kto prosto da radę opisać fabułę tego filmu, bo ja po seansie nie jestem w stanie. Z grubsza mamy tu cały kraj z własną historią sięgającą czasów jeszcze sprzed piramid, złą koronę pozwalającą wezwać demony, wojownika kładącego kres tyrani, a we współczesnych czasach dwie grupy dobrych superbohaterów walczących ze sobą o cholera wie co, podczas gdy antagonista kładzie łapę na wspomnianej koronie z przeszłości, więc dobrzy muszą się skończyć napierdalać bez sensu i zjednoczyć przeciw złemu, żeby nie korona nie wpadła mu w ręce. Czy coś, nie wiem, naprawdę.

Podstawowy problem z tym filmem jest taki, że czerpie on osobowość z wielu innych produkcji, nie kłopocząc się ze stworzeniem własnej. Mamy więc tu ogólny zarys Avengers, gdzie pół filmu wszyscy się kłócą, by zjednoczyć w finale – tylko o co się tak naprawdę kłócą? Że jeden z nich jest za mocny? Mamy przyjaźń w stylu Terminatora 2, gdzie szczyl uczy koksa zabijać z uśmiechem i chwytliwym tekstem – tylko to nie ta relacja, nie ta chemia, czemu Black Adam słucha takiego szczyla wyrwanego z najgorszych filmów dla dzieci lat 90? Mamy niepotrzebny zwrot akcji w finale, jak z filmów Nolana, przez który bohaterowie wydają się tylko jeszcze większymi idiotami. Już nie mówiąc o tym, że film uwielbia sam sobie wytykać głupoty – na zasadzie „wytknijmy sobie kilka debilizmów, może wtedy widownia nie zwróci uwagę na całą resztę”. Typowo współczesne poczucie humoru.

Historia nie ma sensu, humor nie jest śmieszny, a całość wygląda tak, jakby aktorzy użyczyli tylko swoich twarzy, a całą resztę zrobiono w komputerze. Nawet nie na greenscrennie czy coś, tylko dosłownie jak animację komputerową. Nic tu nie ma ciężaru, budynki rozwalają się jak z piasku, protagoniści rozwalają dziesiątki identycznych plastikowych wrogów, zero choreografii czy napięcia, istotnych scen czy momentów, nic. Tępe nawalanie się pięściami i przebijanie ścian, które można by wyciąć i nikt by nie zauważył.

Jest w tym jednak światełko w tunelu, którego nie umiem wytłumaczyć. Bo gdy gdzieś w okolicy 70 minuty Hawk przybywa do mieszkania z dwoma typami, gdy Adam ich przesłuchuje, gdy Fate się temu przygląda, gdy ogólnie wszystko co tam ma miejsce aż do „Shazam” – wtedy naprawdę dobrze się bawiłem. Jakby przez moment te postaci miały osobowość, budowały relację między sobą, jakby dialogi miały humor… „Zacznijmy od prostego pytania: czy panowie umieją latać?”, „Poprawka: upuszczę tylko jednego z nich”, „Dla mnie wyglądają na żywych; – Bo ich złapałem”, „Czy to był sarkazm?; – Very much so, yes”. Te kilka minut będę naprawdę pamiętać! I chcę do nich wrócić. O co chodzi, kto to pisał, kto to reżyserował? To zupełnie inny film od reszty!

Tylko chwilę potem wracają do głupot. Adam zostaje pilnowany pod wodą, gdy piekło się rozpętuje, nikt inny nie idzie na pomoc, a chłop ze skrzydłami wbiega po schodach na szczyt wysokiego budynku. Ja serio nie ogarniam…

I co oni z tymi piramidami? 2500 lat p.n.e. były już piramidy, np. Cheopsa ma 2560 p.n.e.

3/5

Pierścienie władzy - sezon I ("The Rings of Power")

14 października | 8 odcinków po 70 minut | Prime Video

Niezła historia, brak podróży, dramaturgia na poziomie seriali sprzed 40 lat. ” This Wandering Day” to piosenka roku. Namárië.

Prequel do wydarzeń znanych z filmów Petera Jacksona osadzonych w Śródziemiu. Pojawiają się tu postaci, które znamy w starszym wydaniu, podobnie jak zobaczymy ojców albo wcześniejszych przodków osób, których znamy z Trylogii. Tematem głównym serialu zapewne będzie ukazanie genezy tytułowych pierścieni, jednak pierwszy sezon jest niełatwy w streszczeniu lub zapowiedzeniu: mówimy bowiem o licznych wątkach, z których każdy ma inny motyw, a są rozsiane po całym kontynencie. Mają też miejsce równocześnie. Hobbici znajdą gwiazdkę z nieba, a w niej tajemniczą zawartość. Elf zostaje wysłany do Krasnoludów celem pojednania – ale nie tylko. Inny Elf chce pomścić czyjąś śmierć. Tego jest naprawdę sporo, ponieważ jest to produkcja wyraźnie nastawiona na wiele sezonów i pokazanie rozległej opowieści, przedstawienie wielu bohaterów, których będziemy teraz obserwować przez lata. Drugi sezon zapewne dopiero w 2024 roku.

I same pomysły na wątki, sama historia jest czymś, co chcę chwalić, co przyciąga mnie do kolejnego odcinka. Jest tu dużo treści niejako zaprojektowanej z myślą o tym, by dawać nowemu odbiorcy to, co już zna i lubi z filmów Tolkiena. Wielu czuje chociażby sympatię do wątku przyjaźni Gimliego z Legolasem – widzowie Pierścieni władzy również otrzymują wątek zażyłej relacji Krasnoluda z Elfem, który jest autentyczny, szczery i przyjemny dla oka. Jego oglądanie wcale nie przywołuje podejrzeń, że powstał on tylko z powodu nacisków producenta, ponieważ naprawdę sprawia wrażenie czegoś, co scenarzyści chcieli opowiedzieć. I zrobili to z sercem. Podobnie jak ze wspomnianymi Hobbitami i ich odkryciem – naprawdę nie chcę niczego zdradzać, ale oglądałem te opowieści z zaangażowaniem, a zwroty akcji były w moim przypadku skuteczne.

Twórcy popełniają jednak jeden zasadniczy błąd w mojej opinii, który można by nazwać jako „zatrzymany w przeszłości”. Rozwój każdego wątku, akcja, wszystkie emocje – to zostało zbudowane tak, jak w serialu przygodowym z lat 80. Masa tutaj momentów, gdzie bezbronny bohater zasłania się rękami przed ostatecznym ciosem przeciwnika, gdy w ostatniej chwili ktoś go ratuje, biorąc się dosłownie znikąd. Albo w napięciu ucieka, opierając się o róg budynku – zakłada, że jest bezpieczny, uśmiecha się, idzie za róg pewny siebie… I tam go łapią, z ucieczki nici. Dosłownie nie ma tu zaskoczeń, od początku widać, co twórcy szykują dla nas na końcu każdej sceny. Dodatkowo cały tytuł został „u-gra-o-tron-niony”, tzn. ten rozległy świat został często sprowadzony do scen dialogu dwóch osób w zamkniętym pomieszczeniu. Brakuje tutaj podróży, faktycznego poczucia osiągania czegokolwiek, już nie mówiąc o pokonywaniu dystansu z jednego końca mapy na drugi. Wszystkie emocje są tutaj osiągane na skróty, sygnalizowane miast faktycznie je zbudować w odbiorcy. Dlatego też, nawet jeśli coś poczuję przy seansie, będzie to uczucie krótkotrwałe. Nie przetrwa ono do następnego dnia, a co dopiero tygodnia. Brakuje też najczęściej jakiegoś odgórnego celu, więc głównie oglądamy tych bohaterów, gdy robią coś krótkoterminowego: uciekają, żeby uciec; walczą, by kogoś pokonać; czegoś szukają, żeby to znaleźć – bez wpisywania się w jakąś większą opowieść, jakby to był po prostu samodzielny odcinek, który musi ulec zresetowaniu do przyszłego tygodnia, gdzie protagoniści staną przed nowym wyzwaniem.

Największa siła tej produkcji leży w tym, że trylogia Jacksona nie oddała sprawiedliwości mitologii i ogromowi historii świata Tolkiena. Dla widzów, którzy znają ten świat jedynie z kin, Śródziemia skrywa więcej magii, niż są w stanie to sobie wyobrazić – i serial kapitalizuje ten fakt. To nie jest prequel na prostej zasadzie: co było przed, kim byli ci ludzie przed tym, jak ich poznaliśmy? Tutaj widzimy narodziny krain i konfliktów, a także złożoność magicznego świata istniejącego od bardzo dawna, ale wciąż będącego na początku drogi, której finał będzie taki, jaki już znamy. Zobaczymy Mordor i co tam było, zanim Mordor powstał – oraz jak został on powołany. Zobaczymy trzy pierścienie oraz inne dobre pomysły, których urok później odmieni się drastycznie. Wiele zobaczymy. Nie mogę jednak powiedzieć, by serialowe Śródziemie było tym, które znam z filmów albo książek. Bohaterowie Tolkiena i Jacksona inaczej odbierali świat, inaczej go opisywali. Język serialu Amazona często jest elegancki lub dostojny, ale scenarzyści wydają się zakładać, że jeśli powiedzą coś w kreatywny sposób, to mogą nawet bełkotać, a i tak efekt osiągną. Oczywiście jest inaczej, więc obok pięknych wypowiedzi trafi się też coś, co skomentować można jedynie w wulgarny sposób.

Wiele można jeszcze powiedzieć o tej produkcji: załamać ręce na absurdalnym postępowaniem bohaterów, wytknąć im głupotę, poszukać nieścisłości w relacji do prozy Tolkiena. Chciałem jednak tylko podzielić się z wami ogólnymi wrażeniami. Koniec końców: niech będzie, że pierwszy sezon zasługuje u mnie na malutki plus. I kolejny chętnie obejrzę.

3/5

Siostry na zabój ("Bad Sisters")

14 października | 10 odcinków po 50 min | AppleTV

Poważna historia idąca w absurdy i irytujących bohaterów. Dla tych, co uzasadniają mordowanie tych, których nie lubią.

Współczesna Irlandia. Pięć sióstr, jedna właśnie została wdową i jest smutna. Pozostałe cztery skaczą ze szczęścia, bo typa nienawidziły – nazywał się Jan Paweł, ale wszyscy nazywali go JP. Tymczasem firma ubezpieczeniowa nie może sobie pozwolić na wypłatę odszkodowania, bo zbankrutuje, więc zaczynają drążyć sprawę – zmarły na pewno musiał być zamordowany. W ten sposób serial dzieli się na dwie części: jedna pokazuje śledztwo w teraźniejszości, druga przeszłość i relacje wszystkich z JP, gdzie wiele osób go nienawidziło i marzyło o jego śmierci. A to są podstawy pod naprawdę sensowny tytuł – sympatyzuje po trochu ze wszystkimi, znajdujemy w tym humor. W końcu ubezpieczyciel martwi się o rodzinę i to go pcha w stronę wsadzania nosa w sprawy wdowy. Siostry martwią się o siebie nawzajem, wspierają jedna drugą. Każdy tu jest człowiekiem. JP to świetny antagonista, wręcz nieludzko i ośliźle wstręty, rujnujący życia ludzkie w bezkarny, legalny i bolesny sposób dla samej satysfakcji takiego czynu. Nawet się tym nie chwali, czasami jest nawet samotny w świadomości, do czego jest zdolny. I jest niepokojąco realny: to ktoś, kogo moglibyśmy znać, kto czasami powie o jedno słowo za dużo i wywoła burzę przy rodzinnym stole, co zrujnuje relacje między kimś i kimś, a on będzie to obserwować w cieniu. JP robi tak jednak cały czas, nic przy tym nie osiągając w wymierny sposób. Świat jest gorszy przez taką osobę.

Dziwną decyzją twórców było pójście w liczbę 10 odcinków. Nie tylko samo oglądanie staje się doświadczeniem negatywnie komicznym, ale też i akcja stoi w miejscu: oglądamy po prostu kolejne próby zamordowania JP, które nie przynoszą skutku. Wiemy więc, że umrze w ostatnim i na to czekamy. Cały serial jest niepoważny, ale właśnie: nie oznacza to, że efekt jest zabawny. Albo, że twórcy idą w komedię, bo tak nie jest. Idą w bardzo poważny tytuł, który zawiera liczne dramaty, które przeradzają się w tragedię. Bohaterki aktywnie doszły do momentu, w którym koncentrują cały swój żywot – oraz kładą go na linii – by innego człowieka pozbawić życia. Niektóre scenariusze zakładają nawet takie okropieństwa, jak zamrożenie go żywcem! A to mają być kobiety, którym współczujemy – zamiast więc zrobić krótki serial, gdzie planują wypadek albo szybki zgon, to bohaterki próbują i próbują go zabić, na coraz to nowe sposoby. Co samo w sobie jest już komiczne – jednak jakim trzeba być psycholem, by naprawdę pozwolić, żeby taka historia kogokolwiek bawiła? To w końcu nie jest przerysowany świat, gdzie tragedia i przemoc mogłyby być zabawne – nie, w tym świecie są samobójstwa, fałszywe oskarżenia prowadzące do zniszczenia życia, a także trwałe okaleczenia ciała. W imię tych wszystkich rzeczy bohaterki decydują się zabić JP! Nic w tej produkcji nie wyraża jej samej zgody nawet na odrobinę komizmu!

Już tylko napominając, że gdzieś w połowie serialu wszystkie bohaterki straciły moją sympatię przez swoją niekompetencję, pomyłki oraz fakt, że z nimi każdy kolejny dzień do Dzień Świstaka. Dwie chcą końca prób, jedna wymyśla nowe morderstwo, a czwarta gada jaki to debilny pomysł. Różnią się tylko tym, że przy następnej okazji zamienią się rolami. To po prostu nie ma sensu.

Intryga jest przede wszystkim pomyślana pod kątem największej liczby zaskoczeń czy wyprowadzeń widza w pole, nie jakiejś logicznej i sensownej konstrukcji wydarzeń. To samo w zasadzie z samym morderstwem, sposobem zgonu czy osobą, która go w końcu zabije. Tutaj najistotniejsze było spełnienie pragnień odbiorcy, by zabójcą była osoba, której przyniesie to najwięcej satysfakcji. Efekty są oczywiste: samo morderstwo nie jest konsekwencją opowieści prowadzonej przez te wszystkie odcinki, to morderstwo całkowicie w afekcie – a więc i zaskakujące dla wszystkich poza każdym widzem, który miał nadzieję na taki obrót spraw od samego początku. Na tym etapie wręcz zacząłem oczekiwać, że JP w finale wstanie z martwych, że tylko udawał ten cały czas. Są osoby, które przywiązują temu więcej znaczeń, ale powtarzam: to była zbrodnia w afekcie, nic więcej. Tu nie było kary dla postaci JP za wszystko, co zrobił – to był nagły akt przemocy w imię czegoś drobnego, czego już nikt nie pamięta. W tym nie ma sprawiedliwości albo satysfakcji, jest tylko przestępstwo. Jakby tego było mało, opowieść kończy się największym debilizmem (a tych niestety było sporo), czyli wezwaniem przyjaciela do pomocy z ciałem. Bez wiedzy, że ten przyjaciel też miał na pieńku z JP, nie! Najwyraźniej to było dla mordercy logiczne: zadzwonić po tą osobę i poprosić o pomoc: „Ej, no kurde, dziwna sprawa. Przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale no, mam trupa na chacie i nie chcę, żeby bagiety mnie znalazły, przyjedź mordo”. I ona to zrobiła!

To konsekwencja odklejenia twórców od rzeczywistości, w której morderstwo jest czymś poważnym. Zagadka zostaje rozwiązana 5 minut przed końcem seansu, mnóstwo rzeczy zostaje wtedy do dokończenia – tyle osób musi zdecydować, co dalej, jak się zachować z wiedzą o tym, co się naprawdę stało! Co więc robią? Wzruszają ramionami, koniec opowieści. I liczni fani tego serialu zgodnie potem piszą na forach: nie popieram zabijania ludzi, ale popieram zabijanie takich osób, jak JP. Kurtyna.

2/5

Grimcutty

10 października | Disney+

Jeśli traktować to jako nowy Scream, to nawet można dopatrzeć się tutaj dobrych rzeczy.
 
Zaznaczę od razu – moja ocena jest obiektywna, czyli zawyżona względem subiektywnych wrażeń, a te były okropne. Skręcało mnie z zażenowania podczas oglądania i odliczałem do końca, tylko że… Można coś dobrego jednak napisać o tym filmie.
 
Fabularnie jest to opowieść o paranoicznych rodzicach, martwiących się o swoje pociechy do tego stopnia, że sprowadzają na nie niebezpieczeństwo. Tak, to trochę parodia – w tym świecie urządzenia elektroniczne są najlepiej czymś ograniczonym. Wzorowy rodzic promuje aktywności poza elektroniką i robili to nawet wtedy, gdy jeszcze tytułowy potwór nie nadszedł. Dowiadują się jednak o nowej modzie wśród nastolatków: Grimcutty. W tej modzie młodzi ludzie ranią siebie, tną skórę na kończynach. Aby temu zapobiec zrobią wszystko – problem w tym, że Grimcutty istnieje, tylko jest niewidzialny. To on zadaje rany, jednak nikt nie wierzy nastolatkom, gdy mówią prawdę…
 
Wszystko w tym filmie jest po prostu głupie. Wysilone metafory oraz komentarze społeczne, które nie są podparte sensownymi postaciami albo światem, w którym faktycznie ludzie mogą tak się zachowywać. Twórcy popełniają te same błędy, które wyśmiewają – idą na skróty w sytuacji, gdy kluczowe jest zrozumienie drugiej osoby. Są leniwi, co zresztą widać po konstrukcji fabuły – kolejne decyzje bohaterów, sposób w jaki dowiadują się nowych rzeczy, uzyskują odpowiedzi na cokolwiek: to wszystko jest idiotyczne, nieangażujące, nużące oraz żenujące. Młoda próbuje poinformować rodziców o prawdzie, ale robi to tak bardzo na około, że kończy trzy filmy dalej. A tymczasem rodzice odpowiadają „to wszystko przez te telefony!” i mam dosyć. Ale oglądam dalej.
 
Co prawda niczego tutaj nie wyjaśniono, metoda na pozbycie Grimcutty’ego nie jest klarowna (trzeba walnąć rodzica w łeb?), jego istnienie czy funkcjonowanie rodzi same pytania… Ogólnie to film jest frustrujący w oglądaniu, tylko muszę mu oddać: stworzył świetnego potwora. Wizerunek, nieśmiertelność, niebezpieczność, w zasadzie nie został pokonany przez cały film, legendy wokół niego… Serio, wokół niego można by stworzyć lepszy film. A i komentarz społeczny ma ręce i nogi… Zakopane w piasku, ale gdzieś je jednak ma, więc to też jakiś plus. Wolę takiego Grimcutty’ego, niż ostatni Scream, który był tylko nudny i nie mógł się zacząć przez półtorej godziny.
2/5

Rosaline

9 października | Disney+

Nowa wersja Romea i Juliet, jeszcze głupsza. Tutaj Romeo najpierw zakochuje się w kuzynce Juliet.

Przejdę po prostu do rzeczy – to adaptacja z punktu widzenia takiego typa, jak ja, który podczas lektury myśli sobie o bohaterach „ale idioci” i myśli sobie, że byłoby lepiej, gdyby ktoś walnął bohaterów w pysk z misją „ogarnijcie się!”. Tylko w praktyce trzeba mieć jeszcze odwagę kreatywną, żeby faktycznie całą opowieść odświeżyć, nadać jej nowe znaczenie po uwzględnieniu, że zawiera ono takie policzkowanie protagonistów. Bez tego otrzymujemy po prostu jeszcze raz to samo, tylko morał jest nam wciśnięty jeszcze bardziej na siłę. Szczęśliwe zakończenie jest niezasłużone, tragizm pozbawiony jest emocji, film pozbawiony sensu.

2/5

Wilkołak nocą ("Werewolf by Night")

7 października | Disney+

Wilkołak wygląda jak goryl, a poza tym bez zaskoczeń. Marvel robi dalej po swojemu.

Udawany hołd dla amerykańskiego kina grozy lat 30. i 40. Oto oglądamy zawody dla łowców potworów. Czarno-biały kolor (z wyjątkiem czerwonych elementów tu i tam) i to tyle z łącznika z kinem starożytnym. Poza tym oglądamy marne CGI, postaci to typowe połączenie niefrasobliwy bohater Marvela plus aktywny bohater Marvela. Poczucie humoru nie pasuje, ale jest. Rozwój akcji jak w filmie Marvela, są tu wszystkie zmyłki, które już widzieliśmy miliony razy (udawanie, że zaraz ktoś nakryje bohaterów, ale tak się nie dzieje). Walka to typowe szamotanie się z kamerą, żeby nic nie było widać. Mam tylko nadzieję, że gdy Disney zrobi remake American History X, to nie będę musiał tego oglądać. Wyobrażacie sobie scenę z krawężnikiem? Murzyn by się odbił, pokręcił i wstał. Tak jest w końcu tutaj, jedna z postaci zostaje chwycona za głowę i uderzona trzy razy o róg kamienia. Otrzepuje się i walczy dalej, mając tylko zadrapanie nad okiem. Plus całość jest w zasadzie o niczym, niepotrzebna i nic nieznacząca. No i tytułowy potwór wygląda jak goryl, porusza się jak goryl, tylko nie straszy nawet jak goryl. Jest nieśmiertelny, odporny na wszystko, pokrzyczy i sobie pójdzie, film skończony.

Wniosek: Niedobrze. Disney zauważył, że mogą zatrudniać kogokolwiek na miejscu reżysera, a ich filmy i tak będą wyglądać identycznie. Teraz zatrudniają kompozytorów i kobiety, co będzie dalej?

5/5

Midnight Club - miniserial

7 października | 10 odcinków po 50 min | Netflix

To those before
to those after
To us now and to those beyond
Seen or unseen, Here but not here.

2/5

The Sound of 007

5 października | Prime Video

Półtorej godziny gadania, że muzyka i piosenki w Bondzie to najważniejsza rzecz w historii wszystkich istot w tych i poprzednich wszechświatach.

A ja ledwo zwracałem na nie uwagę. Żadnej piosenki nie zanucę, z pamięci nic nie powiem. Casino Royale kocham, ale jaka tam jest piosenka? Nie pamiętam. „Live and Let Die” byłem przekonany, że to po prostu kawałek McCartneya, którego fajny cover zrobili Guns N’Roses. Tymczasem oto ukazuje się ten, ekhem, dokument przedstawiający grono artystów, jeden po drugim gotów przekonać widza ze wszystkich sił, że pisanie piosenki do nowego Bonda to ziszczenie ich marzeń, najważniejsza rzecz w ich życiu i karierze. Wspaniała szansa, za którą są wdzięczni i po dzisiejszy dzień składają każdemu celtyckiemu bogu ofiarę ze świnek morskich. I to nie tylko oni, bo za każdym razem, gdy robią nowego „Bonda”, to cały świat medytuje, głodzi się i oczyszcza duszę wszelkimi innymi sposobami, byle tylko być gotów na nową piosenkę, która pojawi się w następnych przygodach 007.

Przesadzam. To tylko półtorej godziny gadania banałów. Filmiki na YT o muzyce do „Hamiltona” pokazały, że można zrobić wykład o muzyce, które faktycznie wchodzą w temat głęboko i są zrozumiałe dla kogoś nie-muzycznego. Produkcje takie jak The Sound of 007 są tylko reklamami, niczym więcej. Ilość wypowiedzi faktycznie mających coś do przekazania jest śladowa – np. jak i dlaczego w taki sposób został wykorzystany theme w Casino Royale.

4/5

Krewni ("Relative")

3 października | AFF

Ciężko się słucha od kogoś, kogo znamy, że miał ciężkie doświadczenia. Tutaj można poczuć, że zna się tę rodzinę.

Dokument, w którym autorka odkrywa historię przemocy w swojej rodzinie. Rozmawia z kobietami i słyszy nawet od własnej babci, że ta kiedyś była bita, dotykana, była ofiarą innego rodzaju przemocy. Nic z tym jednak nie robiły, milczały o wszystkim. A my jako widzowie możemy razem z bohaterką zrywać kolejne warstwy farby, która przykrywała rzeczywistość.

Autorzy są na tyle mądrzy, że umieją rozszerzyć zagadnienie – widzą, że nie jest to temat tylko przemocy mężczyzn wobec kobiet, albo problem typowy dla jednej rodziny czy jednej miejscowości. Dostrzegają, że to problem ludzki, jakim jest mówienie o rzeczach osobistych, bycie wrażliwym przed drugim człowiekiem, albo wyjście z iluzji do rzeczywistości. Tak jak 50 lat temu w odcinku All in the Family, gdzie Archie Bunker kpił z idei, że jego ojciec mógł być złym człowiekiem: „Mój ojciec? Ten, który czytał mi bajki i zapewnił dach nad głową? On mnie kochał!”, chociaż jeszcze dwa zdania wcześniej mówił o tym, jak był przez niego bity – ale wiadomo, z miłości, żeby „naprostować”, czegoś „nauczyć”. I tak to trwa. Nie wiem tylko, na ile ten tytuł będzie umiał coś zmienić, bo jednak nie za bardzo wgłębia się w skutki takiej sytuacji, gdy wszyscy po prostu zostawiają te wydarzenia w przeszłości, nie mówią o tym publicznie. To w końcu tylko boli, czemu więc do tego wracać po latach? „Krewni jest bardziej osobistą historią o odkryciu czegoś o ludziach, których znasz i kochasz, jest tu więcej szoku i niedowierzania, zamiast wyciągania wniosków.

Całość ledwo przekracza godzinę czasu trwania i w tym można upatrzeć jedynej wady: autorzy wkładają tutaj trochę treści niezbyt związanej z tematem, np. na koniec bohaterka opowiada o swojej ciąży i narodzinach córki. Dzięki, tylko co to ma cokolwiek wspólnego z czymkolwiek? Cóż, można zawsze założyć, że coś ma – to w końcu nowe pokolenie w rodzinie, która doświadczyła tragedii. A to oznacza nowy początek: oto pierwsza osoba, która będzie wolna od tego typu doświadczeń. Pytanie tylko, na ile jest to świadomy zabieg twórców, a na ile ja z dobrej woli nadinterpretuję czyjś „diary film”.