Listopad 2022

Listopad 2022

19 listopada 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

0
obejrzanych filmów
0
obejrzanych seriali
2/5

The Guardians of the Galaxy Holiday Special

25 listopada | Disney+

Marvel, Strażnicy Galaktyki, James Gunn – wiadomo, czego się spodziewać. Irytujące i głupie poczucie humoru, w którym jednocześnie kpią, kpią z kpienia, mrugają okiem, mrugają z mrugania okiem, są bezczelni by zaraz za to przeprosić… I tak to się ciągnie, chociaż całość nie trwa nawet 40 minut. Chris Pratt z resztą siedzą sobie gdzieś w kosmosie i mają „dużo roboty”, ale jedna z postaci pobocznych postanawia zorganizować Święta dla postaci granej przez pana Pratta. Następnie następują przedłużacze i sztuczne wypełniacze, sprowadzające się do oglądania, jak osoby w kostiumach chodzą po mieście, jakby twórcy w ogóle nie mieli nic do zaoferowania. Bo nie mają, ale w tej konwencji jest to według nich śmieszne, więc nie są tego nawet świadomi raczej.

Jeśli cały ten tytuł był uczciwy jak postać Draxa, który faktycznie jest dziecinny i bawi go brutalność, to coś z tego mogłoby wyjść – ale tak nie jest. James Gunn nie potrafi być szczery i jestem w szoku, że pozwala chociaż Draxowi na bycie sobą, zamiast co chwila kazać mu przepraszać za urażanie innych (poprzestaje na strofowaniu go). U Jamesa Gunna bohaterowie organizują Święta, ale z grymasem na twarzy. Włączą światełka i będzie pięknie, ale najpierw strzelą focha – byle tylko naraz święta wyśmiać i uszanować, co wg twórców jest w ogóle możliwe. Dokonują ciężkiego przestępstwa, aby wszyscy byli zadowoleni, za co przepraszają i śpiewają piosenkę, tak jakby to oznaczało, że rozumieją ideę Świąt. Dalej im do tego nie mogło być.

Jak James Gunn da sobie spokój ze swoim poczuciem pseudo-humoru i pozwoli bohaterom wręczać sobie prezenty, to jest całkiem świątecznie. Każdy dostaje coś, co chciał. Każdy o kimś pomyślał, często nawet zrobił dla tej osoby prezent własnoręcznie – a to przecież ważna część Świąt. Dobrze, że ten tytuł o tym przypomina.

2/5

Świąteczny prezent pod choinkę ("A Christmas Story Christmas")

17 listopada | HBO Max

Święta nie będą takie, jakie chcieliśmy – ale będą udane. Prawie jak ten film.

Oryginalne A Christmas Story w USA jest tym, czym w Polsce Home Alone. Różnica jest tylko taka, że w Polsce mordujemy nasz ulubiony świąteczny film puszczając go co roku i obrzydzając, co jest problemem mniejszości wciąż używającej telewizorów – a w USA kręcą obrzydzający biznes wokół tego małego filmu, nawet przerobili go na musical. I pomimo jednej kontynuacji, teraz zrobili drugą – taką prawdziwą, z oryginalną obsadą wracającą po 39 latach (!!!): bo oto Ralphie jest dorosły, ma dzieci, chce zostać pisarzem i wraca do rodzinnego domu na święta z powodu śmierci ojca. Czas akcji to ponoć 1973 rok.

I tym właśnie ten film jest przede wszystkim: kontynuacją części pierwszej po latach dla fanów pierwszej części. Aktor grający ojca faktycznie nie żyje (od 2006 roku, ale mniejsza), ale aktorzy grający Ralpha, Randy’ego, Flicka, Shwartza i Scuta Fargusa faktycznie wrócili do swoich ról – a ja w trakcie seansu byłem pod wrażeniem, jak podobnych aktorów znaleźli. Cały seans to jedno, wielkie wspominanie różnych rzeczy z oryginału – Mikołaj kopiący w supermarkecie, incydent z uszkodzonym okiem, lizanie zamarzniętej rury, kończąc na nocnym siedzeniu przy choince odtworzonym niemal co do centymetra kadru. Nie wywołuje to we mnie żadnej reakcji – może poza wątkiem Scuta – ale jest w tym filmie.

Twórcy nie mieli pomysłu na coś więcej. Ralph zachowuje się trochę jak komik stand-upowy, który pierwszy raz gra w filmie: powie coś i liczy na reakcję, tej reakcji nie ma, ale nie ma widowni, więc on tego nie wie i tak kontynuuje resztę filmu. Ponadto wychodzi z założenia, że skoro robią komedię, to wszystko przejdzie, więc w otwierającej scenie rozwiązuje problem braku mleka (którego zapomniał kupić własnym dzieciom na śniadanie) poprzez zmuszanie ich do jedzenia płatków z sokiem pomarańczowym. Jeśli nie uznacie tego za śmieszne, to przed wami dobra godzina tego: chociażby w postaci motywu jedzenia zapiekanek („Casserole”) u babci, bo jedzenia tam się nie marnuje, a z okazji śmierci ojca wszyscy sąsiedzi je napiekli i teraz ktoś musi to zjeść? Ha, ha?

Ogólnie film dziwnie podchodzi do wątku wychowywania dzieci, kariery pisarza czy starań bohatera, aby zapewnić rodzinie najlepsze święta (pierwsze, co zrobi, to pójdzie do baru i się upije w trupa, aby zdobyć inspiracje). Jego fantazje w ogóle nie pasowały mi do dorosłego człowieka, nawet takiego będącego dużym dzieckiem. Najbardziej w tym wszystkim bawi mnie bezużyteczność postaci żony Ralphiego, która pół filmu nic nie robi poza siedzeniem i mówieniem, że nie ma na nic czasu. Ralphie jest wysyłany na strych i nikt mu nie pomoże, bo są zajęci – pytanie tylko: czym? Jak na ironię, gdy żona coś już ma zrobić, to wywala się i ma zwichniętą kostkę, do końca filmu chodzi o kulach. Wszystko to prowadzi do tego, co oczywiste: że Ralph napisze własne wspomnienia, które poznaliśmy w pierwszym filmie, opowiedzianym z perspektywy dorosłego człowieka – ale brakuje temu jednak satysfakcji. To było dla mnie tak oczywiste, a dla samego protagonisty w ogóle. Żona musiała mu to uświadomić za jego plecami.

Jednak jako film świąteczny? To już inna rozmowa, bo jednak jest tu zapewne najbardziej świąteczny widok roku, nawet jeśli tylko odtworzony sprzed 39 lat. Poza tym nadal oglądamy zjazd rodzinny, powrót po latach, a także magiczne święta, które zawsze będą magiczne JAKOŚ. Nawet jeśli oboje dzieci jest ranne, marzenia nie spełniły się a prezenty przepadły, to święta nadal będą świąteczne. To w tym filmie jest – i jeśli tego szukamy, to to znajdziemy. Na koniec wchodzi mi ten film pod skórę i chcę na niego patrzeć łaskawszym okiem. Żałuję, że nie mogę tego zrobić.

3/5

Świąteczny duch ("Spirited")

11 listopada | AppleTV

Film o zmianie niezdolny do prawdziwej zmiany, niemniej: część musicalowa jest fenomenalna!

Co by było, gdyby duchy co roku odwiedzały kogoś, by odmienić go w Wigilię Bożego Narodzenia? Wybierają dupka, pracują przez cały rok, by znaleźć sposób na odmienienie go i w kluczowy dzień faktycznie tego dokonują? W tę stronę idzie ta luźna adaptacja Opowieści Wigilijnej, gdzie Will Farrell naciska, by tym razem spróbować odmienić kogoś więcej, niż tylko zwykłego dupka – wybiera na swój cel Ryana Reynoldsa, który jednak okazuje się zbyt dużym wyzwaniem. Ta Wigilia pójdzie innym torem, niż ktokolwiek z nich planował.

Poczucie humoru jest dokładnie takie, jakie można by się spodziewać po produkcji z Willem Farrellem na okładce: „ironiczne”, „z przymrużeniem oka”. Tak, cudzysłów jest świadomy i celowy, bo to jedynie nowoczesne postrzeganie tych terminów znajdziemy w tym filmie, który używa ich jak wymówki albo przeprosin. To musical, który przeprasza za bycie musicalem. To adaptacja Opowieści Wigilijnej, która przeprasza za bycie kolejną adaptacją Opowieści Wigilijnej – ale tylko w jednym celu: bo skoro przeprosili, to czyni całość zabawnym. A przynajmniej mają taką nadzieję, że widzowie się wtedy uśmiechną. Miłośników musicali to może zaboleć, ponieważ oto oglądamy tak naprawdę fenomenalny tytuł: układy choreograficzne, piosenki, rozmach – naszym telewizorom powierzono prawdziwe widowisko! W każdej sekwencji widać masę wysiłku przy tworzeniu scenografii, tłum tancerzy pokazuje lata treningu, wszystko muzyczne tutaj jest doskonałe! A jednak na pierwszym planie jest duet aktorski, który zaśpiewa i zatańczy, ale zrobi to z koślawym uśmiechem na twarzy, zamiast w pełni oddać się konwencji.

Co chwilowo działa jednak na korzyść filmu, bo ten opowiada o zmianie. Bohaterowie faktycznie są w historii postawieni pod ścianą, żeby uwierzyli w siebie, żeby faktycznie zaczęli robić to, co kochają, żeby byli prawdziwi i udowodnili tym samym, że to, w co wierzą, jest słuszne. Ludzie mogą się zmienić, ludzie mogą być dobrzy, ktoś zły może ewoluować i zacząć czynić dobro. I w środkowej części faktycznie czuć, jak wszyscy na planie mają frajdę zarówno z sekwencji tanecznych, jak i bardziej dramatycznych, gdy decydują się na zmianę, na poświęcenie, na ryzyko. Wtedy naprawdę mam wrażenie, że ten film jest mądry, świadomy, ma coś do powiedzenia. I naprawdę szkoda, że koniec końców Świąteczny duch okazuje się nie być zdolnym do prawdziwej zmiany.

Will Farrell i Ryan Reynolds są największą siłą tej produkcji – odrzucają na początku ironią, by później ją zaadresować. Są ludźmi, którzy wymagają zmiany, głoszą jej słuszność… I na koniec ta zmiana następuje, ale ci ludzie nie mogą wtedy wyzbyć się przymrużenia oka. Robią to, ale mrugają, że to tylko, wiecie, nie jest na poważnie, to żart, to ironia, sarkazm. Ten film wstydzi się prawdziwej zmiany, brakuje mu odwagi, by faktycznie pójść za tym, co głosi. Pewnie dlatego ostatnie 15 minut jest tak powalone – trudno mi sobie wyobrazić, jak ktoś mógł wyrazić na to zgodę, ale pewnie jednym z argumentów był właśnie celowe pokazanie braku powagi całej produkcji. Otrzymujemy szczęśliwe zakończenie z masą pozytywnej energii, której jedynym celem jest tak naprawdę wypranie z widzów poczucia, że mogli oglądać coś z sensownym przesłaniem. „Ono tam jest, gdyby się któryś czepiał” – słowa wypowiedziane z obowiązkowym mrugnięciem oka, przesunięciem głowy, intonacją na słowo „gdyby”. Cały film w pigułce, niestety. Fajny, ale pusty.

PS. W trakcie pisania przesłuchałem cały soundtrack cztery razy. Chyba. I będę słuchać cały grudzień, w lecie też.

PS 2. Najlepsze napisy końcowe roku. Nie zdradzę, dlaczego: po prostu zostańcie do końca, bo ten film potrafi wrócić do każdego detalu.

1/5

Niezapomniane święta ("Falling for Christmas")

10 listopada | Netflix

Lindsay Lohan uczy się ścielić łóżko i robić naleśniki. Oglądać tylko dla gór i gór dekoracji.

Twórcy nawet nie próbowali – nieprzyjemna bogaczka podczas świąt doznaje amnezji w skutek uderzenia drzewem w łeb, spotyka miłość życia, która pomaga jej wrócić do życia, a po amnezji pomaga bogactwem swojej miłości, która była akurat w poważnych kłopotach finansowych. Aha, jeszcze poznają się poprzez wpadnięcie na siebie i oblanie kawą. Bo oczywiście, że jedno musiało wtedy nieść kawę…

Żaden z tych elementów nie jest wiarygodny. Bohaterka wcale nie jest jakoś specjalnie odrzucająca swoimi uprzywilejowaniem i traktowaniem innych jak śmieci – spotkanie miłości wcale nie sprawia, że czujemy, jakbyśmy my spotkali swoją miłość dzięki świętom – szczęśliwe zakończenie jest obojętne, jak tylko się dało. Zero emocji, zero reakcji. Po seansie widz co najwyżej skomentuje jakość twarzy głównej aktorki, a nie sam film. Ej, a co powicie na komedię? Np. podchodzenie z kijem do rzeczy i obracanie się nagle tak, żeby kijem porozwalać wszystko wokół? Śmieszne, prawda?

Muszę jednak oddać, że „Niezapomniane święta” mają przynajmniej dobre miejsce akcji – hotel, góry, faktyczne atrakcje zimowe… Śniegu jest mnóstwo, dekoracji świątecznych jeszcze więcej. Każde pomieszczenie wydaje się mieć kilka choinek, super to wygląda. W końcu święta poza miastem! Przynajmniej tyle.

2/5

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu

9 listopada | Kino

Doceniam starania, żeby wszystko wyszło jak najgorzej. Przezabawny efekt.

Tytułowa Wakanda to tajne państwo gdzieś w Afryce, które niby jest w ONZ, ale mówi im „spierdalać” na postulat współpracy, zaufania, dotrzymywania słowa czy innych dorosłych rzeczy. Chodzi o surowiec, który ma tylko Wakanda, mający potencjał na bycie niebezpieczną bronią, ale z uwagi na brak współpracy szukają go gdzieś poza. I znajdują, koło innego tajnego państwa, o którym dosłownie nikt nie wie. Na szczęście władca tamtego tajnego kraju robi coming-out w imię utrzymania tajemnicy, że jego kraj w ogóle istnieje. I chce, żeby Wakanda pomogła mu zabić cały świat, żeby ta tajemnica się nie wydała, ale Wakanda nie chce, więc będą się napierdalać. Aha, jest tu jeszcze Czarna Pantera – tzn. jej nie ma, tylko co 10 minut narzekają, że jej nie ma i nie ma komu pomóc Wakandzie. Co prawda jest milion innych superbohaterów na tej planecie, ale z powodów wyższych nie mogą się tu mieszać, ponieważ nie i już.

Tak, ten film to burdel. I nie, nawet nie wiecie, jak duży. Widać na każdym kroku starania twórców, żeby sabotować ten tytuł na wszelkie sposoby. Już sam fakt, że robią trzygodzinny film o Czarnej Panterze bez Czarnej Pantery to śmiech na sali*, ale jest tylko lepiej. Każda scena to petarda głupoty i braku sensu, która bawi, jeśli przestaniemy traktować ten film super-poważnie. Cały świat nie może znaleźć tego surowca, ale komu się to udaje? Genialnej nastolatce, która zrobiła wykrywacz na zajęcia na studiach. Wszystko w swoim życiu robi dla zysku, ale akurat wykrywacz najdroższego materiału na planecie to buduje, żeby zaimponować profesorowi. Motywacje antagonisty? A no kilkaset lat temu wyszedł z wody na ląd, lewitował, wystraszył zacofanych ludzi, zabił ich więc (hehe, „w samoobronie”) i wtedy stwierdził, że już na zawsze będzie gardził życiem na powierzchni. Dostajemy nawet backstory o powstaniu tego tajnego państwa – a no grupka nie mogła oddychać, to weszła do wody, a potem coś-tam, coś-tam i mamy gigantyczne, złożone miasto pod powierzchnią wody, którego nikt, nigdy nie znalazł. I to by się utrzymało, gdyby sami się nie odsłonili, dobra robota.

Zresztą, nazwijmy rzeczy po imieniu: to mocbuster nowego Avatara 2 Jamesa Camerona. Przeczytali w wywiadach, że to coś będzie o niebieskich ludziach w wodzie i na tej podstawie zrobili cały film, wypuszczając go w okolicy premiery właściwego filmu. Tak się właśnie robi mocbustery, tylko ten jest dużo gorszy, bo zamiast mieć pomysłowy tytuł bawiący się pierwotną pisownią, to wciskają kit i jeszcze wypuszczają do kin, zamiast na DVD. Wstyd, wstyd, wstyd – nawet jeśli efekt wciąż jest zabawny, to jednak Czarna Pantera 2 porusza szereg ważnych tematów politycznych, które można by rozwiązać w trzy minuty, gdyby bohaterowie dojrzeli tak na poziom 13-latka. To jednak przed nimi, więc podejmują same głupie decyzje pełne arogancji, pogarszając sprawę jak tylko dadzą radę. A ja muszę siedzieć i patrzeć na ich nieporadność. Średnia rozrywka. Do zapomnienia.

*znaczy no, potem jedna postać pije łyk soku z gumijagód i zostaje Czarną Panterą, ale co z tego? Jej przeciwnik przecież umie latać, skakać w powietrzu, to przegrana walka. To naprawdę nie ma sensu…

2/5

Listy do M. 5

4 listopada | Kino

Doceniam, że zamiast robić siedem oddzielnych słabych filmów, to wsadzili je do jednego. Teraz ludzie są zachwyceni, że niektóre sceny są trochę mniej beznadziejne od innych.

Piąta część serii, która nie wiadomo kiedy dobiła do takiej cyfry w ciągu ostatnich jedenastu lat. W piątej części nie poznajemy żadnej postaci i nikt nam nic nie tłumaczy, po prostu zostajemy wrzuceni do centrum Warszawy i jej okolic, gdzie spędzamy jeden dzień – Wigilię Bożego Narodzenia – z grupą ludzi. Jeden przyjeżdża do przyjaciół więc tam teraz jest, inny zostaje eksmitowany więc nic z tym nie robi, ktoś kupuje drabinę i ją nosi po mieście, dziennikarka szuka newsa dnia nic nie robiąc, ktoś jedzie do wujka by mieć jego zdjęcie i móc je powiesić na drzewku genologicznym. Nie wiem, kim oni są i jest szansa, że jakbym oglądał poprzednie części, to bym może znał niektórych. Może. Poszczególne wątki nie łączą się ze sobą zupełnie, albo robią to delikatnie. To po prostu kilka historii bez większego pomysłu na siebie, źle zrealizowane, źle napisane, żenujące i nudne. Scenarzystom zajmuje blisko godzinę, żeby w ogóle cokolwiek zaczęło się dziać w tym filmie (wcześniej tylko oglądamy, jak chodzą po ulicy czy coś w tym stylu), a gdy już nadadzą poszczególnym wątkom jakiegoś charakteru, to wtedy jedynie wywołują we mnie reakcję: „o żesz, wracamy do tego”, podczas przeskakiwania z jednego wątku w drugi. Nie ważne, jaki to wątek. Można się co najwyżej kłócić, który jest najmniej beznadziejny, ale tylko w kontekście porównania do pozostałych.

Największy problem polega na tym, że bohaterowie tego filmu mają tę samą osobowość – Polaka używającego przysłów i innych mądrości ludowych na swoją korzyść. To ten typ człowieka, który mówi rzeczy w stylu: „tradycję trzeba uszanować”, ale tylko wtedy, gdy ta tradycja polega na opierdoleniu 50 pączków z okazji Tłustego Czwartku. I nie zważa, że to jest wstępem do postu, ani też by tego nie uszanował, ale w codziennym życiu będą sobie tak ułatwiać egzystencję, znajdując jakąś wymówkę i manipulują innymi. Nikt się niczego nie uczy w tej historii, nie przeżywa żadnej przygody, jego losy nie zapadają w pamięci. Wręcz każda z tych postaci popełnia jakiegoś rodzaju przestępstwo albo grzech w trakcie tylko akcji filmu, obejmującej jakieś 12 godzin. Kłamią, kradną, rujnują własne życie, manipulują innymi, unikają odpowiedzialności. Wesołych świąt, doprawdy. Czemu mam chcieć oglądać chociaż jedną taką postać na ekranie, a co dopiero 25?

Muszę jednak oddać: jeśli patrząc na to przez pryzmat produkcji świątecznej, to jednak trochę dostajemy tego, na co przyszliśmy. Bałwan leci nad miastem, śnieg pada w większości wątków. I nawet jeśli ta polska komedia romantyczna w większości opiera się o „Feliz Navidad” oraz „We Wish You a Merry Christmas”, to jednak twórcy pozwalają każdemu bohaterowi na jakąś formę szczęśliwego zakończenia: po prostu w rozumieniu scenarzystów oznacza to dostanie pieroga od mamusi, bez naprawienia niczego, co popsuło relacje z nią, a wręcz pogarszając sytuację kłamiąc w telewizji i przyszywając sobie przysługi innego człowieka. Którego zresztą nikt nie szuka po tym, jak się kłamstwo wydało, bo po co. A okoliczny pijaczek chodzący z kąta w kąt przez cały film na końcu dostanie wódki od obcych. Wesołych świąt, naprawdę. Niektóre wątki miały potencjał – i chętnie bym zobaczył cały film poświęcony wyłącznie młodemu złodziejowi przyłapanemu na gorącym uczynku, ale znajdujący litość w obcym człowieku, który postanawia bardziej się zainteresować, niż tylko dzwoniąc na policję. Co prawda zbrodnia nie zostaje ukarana, biedni pozostają biedniejsi o ukradziony im towar, a dziecko okazuje się mieć bogatych rodziców, na których się obraził, więc… No, wesołych świąt, nie?

3/5

Selena Gomez: My Mind & Me

2 listopada | AppleTV

Niestety, ale takie produkcje nadal nie są wystarczająco wiarygodne.

Może to ja, może mój sceptycyzm czy cynizm, może to moje doświadczenia życiowe, a może to czytanie Seleny Gomez z kartki z OFF-u, które mają być ustępami z jej dziennika po prostu same w sobie były złym pomysłem. Pewnie były najlepszym kompromisem, pomiędzy powiedzeniem czegoś od siebie, a powiedzeniem tego, na co pozwolą producenci, jej menedżerowie, specjaliści od wizerunku i cała reszta tych darmozjadów. To najlepsze, na co mogę sobie pozwolić, dać taki kredyt zaufania: że faktycznie ktoś chciał coś tym dokumentem zrobić. Patrzcie, nawet nazywam to dokumentem. Ja naprawdę się staram.

Po prostu nadal oglądamy wiele materiału mającego na celu promocję samej bohaterki, sprzedania jej. „Zwykłe życie”, „zwykłe rozmowy”, „zwykłe momenty” – sceny, które w interpretacji marketingowca mają na celu, by nastolatki mogły się z nią identyfikować, zostać jej fanami, być jej przychylne. Tylko te zwykłe sceny w ogóle nie robią wrażenia zwykłych, często wręcz wydają się przećwiczone. A nawet jeśli faktycznie jest w nich jakaś spontaniczność, to wtedy wkracza okrajanie. Cały ten film bardziej niż promocją zdrowia psychicznego wydaje się promocją faktu, że bohaterka promuje zdrowie psychiczne. Patrzcie na nią, jaka fajna. Kupcie jej koszulkę, wesprzyjcie ją.

W tym wszystkim jednak coś widać. Jak choćby „zwykły dzień” pełen wywiadów pozbawiony komentarza, gdzie pani Gomez spędza całą dobę na braniu udziału w idiotycznych filmikach albo odpowiadając na debilne pytania w stylu: „jeśli miałabyś wsadzić sobie w dupę kaktus, jaki to byłby kaktus?”. Nikt wtedy nic nie mówi, ale sami możemy dostrzec człowieka pod spodem tego makijażu, który po prostu czuje, że zmarnował cały dzień i nie widzi w tym sensu – ale na tym polega jej życie. I czuć ciężar tego, co sobie myśli.

Mówienie o zdrowiu psychicznym nie jest łatwe. Profesorowie dają w tym dupy, a co dopiero wokalistka czy ktoś oddelegowany do robienia o tym dokumentu. Nie chcę więc być zbyt ostry. Mimo to, najlepsze co ten tytuł osiąga, to finałowa plansza odsyłająca do podstrony Apple’a o pomocy psychicznej.