Niewolnica miłości („Raba lyubvi”, 1976)

Niewolnica miłości („Raba lyubvi”, 1976)

6 stycznia 2018 Drama 0
Raba lyubvi poster
Nikita Michalkow & Andriej Konczałowski
Rewolucja październikowa & Bolszewicy & Kino nieme

I to jest prawdziwie artystyczne kino! Symbol przekładany metaforą, można się zgubić trzy razy na napisach początkowych.

Akcja filmu rozgrywa się w 1917 roku w Rosji – to był moment, kiedy kraj ten przeżył dwie rewolucje. Wszystko miało się zmienić, każdy musiał wybrać, po której będzie stronie. W tych warunkach na ulicy dochodzi do starć obywateli z władzą, władza stosuje siłę, ludzie tracą majątki. W tym wszystkim jako widzowie towarzyszymy twórcom filmowym, którzy nie mogą dokończyć produkcji swojego filmu. Brakuje im taśmy filmowej i chemikaliów, żeby ją wywołać. Tymczasem główna bohaterka filmu balansuje pośrodku wspomnianego podziału i cierpi, jak tylko artyści zaangażowani to potrafią.

Niewolnica miłości” jest prawdziwą sztuką, spotkać taki film to rzadkość jest i tyle. Czegoż tu nie ma – artyści, którzy tworzą filmu, nie tworząc go. Debatują nad tym, po co go kręcić, skoro nie ma komu go pokazać. Przez całą seans przewija się motyw wiatru wzburzającego tumany pyłu, jakby cały kraj miał być zastygły i martwy od dawna – a to faktycznie zaczyna wiać, a to gdzieś w tle ktoś odkurza samochód zmiotką albo chociaż strzepuje krzesło przed siadaniem. Główna bohaterka wbiega w tłum ludzi, aby ich uświadamiać o wydarzeniach w kraju, oni jednak nie reagują. Rozpoznają ją tylko i proszą o autograf, wręczają jej kwiaty, mnóstwo kwiatów, a ona zaczyna płakać, z radości!, niosą ją na rękach… A to tylko jeden z rodzajów „niewoli„, o której mówi tytuł. Takiej sztuki na ekranie nie uświadczy się często. To przyjemność zobaczyć dzieło człowieka umiejącego myśleć na tych poziomach.

I oczywiście, to nie jest film do „obejrzenia tak po prostu„. Tutaj przyda się kolejny seans z całą pewnością. Jednocześnie problemem może tu być nie tylko język filmu, ale też warunki powstawania. Delikatny temat musiał być ujęty w jeden słuszny sposób (która strona jest dobra w tej rewolucji, która zła), ale czy twórca zawarł coś więcej? Czy cenzorzy nie wpłynęli na montaż, wycinając z niego istotne fragmenty? Podczas seansu miałem wrażenie, że tak było, co wywoływało mi jeszcze większy zamęt w głowie. Możliwe więc, że ta piąta gwiazdka jest na wyrost, ale to, tak czy siak, film do podziwiania od strony artystycznej.

Chcecie więcej?

Sprawdźcie kino Theo Angelopoulosa, Bartasa, Tarkowskiego, Kieślowskiego, Żuławskiego… Aż sam się dziwię, że stawiam ich obok Michałkowa.