Alejandro Gonzalez Inarritu

Alejandro Gonzalez Inarritu

1 czerwca 2020 Blog 0

21 gramów (2003)

3/5

Trzy lata po Amores Perros Inarittu wraca do swoich fanów, opowiadając im nadal trzy historie – tym razem splecione i podane równocześnie. Losy trzech osób złączonych wypadkiem samochodowym. Benicio Del Torro przejeżdża samochodem rodzinę Naomi Watts: jej dwoje dzieci i męża. Mąż jest jeszcze w stanie oddać serce, dzięki czemu ratują życie Seana Penna, który upiera się, aby dowiedzieć się, kto był dawcą. Nie będzie to łatwe.

Zachowanie bohaterów to czysty absurd. Poziom historii czy głębi psychologicznej u postaci przywodzi na myśl telenowelę, nic więcej. Całość w ogóle wygląda, jakby była zbudowana przez człowieka, który świat rzeczywisty zna wyłącznie z telewizji. I może nielegalne kupowanie broni albo branie prochów w toalecie wygląda tak, jak to ukazują w telewizji, ale reżyserowi za cholerę nie udało się tego sprzedać. To najczęściej wygląda tylko śmiesznie i absurdalnie. Nie można zrozumieć niemal wszystkich decyzji bohaterów. Mąż przejechał trójkę ludzi i chce oddać się w ręce policji, ale żona go powstrzymuje – dlaczego? Nie wiem. Czuję, że reżyser w ten sposób widzi ludzi i dla niego to jest naturalne, więc nie wymaga wyjaśnienia. Nawet patrząc na zachowanie statystów i postaci pobocznych, jakie żarty opowiadają, to utwierdza mnie w tym przekonaniu. A jeśli widzicie ludzi inaczej niż reżyser, to będziecie się drapać po głowie przez cały seans. Nic tu nie ma sensu. A ponadto całość jeszcze ma wiele momentów absurdalnych w wyjątkowy sposób. Postać grana przez Naomi Watts wychodzi z klubu, niszczy własność lokalu i wsiada za kółko, niszcząc auto innego klienta, drze ryja na obsługę – po czym przychodzi Sean Penn i mówi obsłudze: „Ja ją znam, ja będę kierować”, po czym nachyla się do Watts i mówi: „Pamiętasz mnie z klubu? Chodzimy do tego samego klubu, odwiozę cię” – po czym odjeżdża! W jakim świecie ten film się znajduje?! Czy to może prawdziwy świat tak mocno się zmienił przez te niecałe dwie dekady?

Dialogi też są pełne frazesów wziętych z telenoweli. Ogólnie cały film wydaje się przez większość czasu maskować fakt bycia zwykłą telenowelą, dopiero pod koniec to pęka w szwach. Nie da się tego słuchać („Ile waży 21 gram? Tyle, co pięć pięciocentówek. Batonik. Ile waży 21 gram?”). A to, że na koniec nic z tego filmu nie wynika, to już najmniejszy problem. Coś o tym, że zemsta to kiepski pomysł. Ogólnie – głupi ludzie i ich głupie problemy. Dostali drugą szansę, trzecią, czwartą, zmarnowali wszystkie i im źle. No cóż.

Od pierwszych minut w oczy rzuca się tragiczny montaż – nie to, że jest źle wykonany albo użyto wtedy złych dodatków, po prostu sam pomysł jest tragiczny. Oglądamy cały czas kilka różnych linii czasowych, kilka różnych historii, wątki na różnym etapie ich rozwoju mieszają się bez ładu i składu. Można się w tym bez problemu odnaleźć, może nawet aż za bardzo (o tym zaraz), problemem jest brak celu w zastosowaniu takiej techniki. Mógłbym się założyć, że w całym filmie nie ma trzech scen, które powinny być ułożone tak, jak są ułożone – ponieważ nie tworzą niczego spójnego i są postawione w taki sposób na zasadzie kompletnego przypadku. Mimo to podczas oglądania całość jest jak najbardziej czytelna, ale jaki był tego cel? Zazwyczaj taka narracja ma na celu sprawienie, żeby jedna emocja utrzymywała się przez cały czas (nieważne, w którym momencie historii jesteśmy, ból nie minął pomimo upływu czasu albo coś w tym stylu), ale w tym przypadku żadna emocja nie była ustalona. Ani temat. Po prostu oglądamy historię już po tym, jak spotkała ona Pana Miksera. Albo twórcy zorientowali się, że fabuła tak naprawdę jest marna, dlatego zrobili z niej puzzle, wierząc że w procesie składania jej do kupy, widz nie będzie mieć czasu na jej ocenienie.

Kolejny problem jest taki, że na samym początku są wyjawione kluczowe momenty fabularne. Poza jednym służącym za zaskoczenie z końcówki, ale poza tym – wiemy wszystko od początku. I tylko czekamy, aż scenarzysta też dojdzie do tych momentów (ponownie). Czekamy, aż stanie się to, co wiemy, że się stanie. Zmiksowany montaż nie działa więc też jako zagadka.

Ogólnie pomysł powtórki tego filmu był z jednej strony kiepski pomysł (z uwagi na jakość filmu), z drugiej strony po latach zmieniam o nim zdanie. I nie wiem, co się zmieniło przez te 15 lat – czy 21 gram zawsze takie było, czy też wtedy coś było w tym tytule, że chcieliśmy go kupić? Nie potrafię tego wskazać. Są momenty. Jest ból w tej opowieści, jest dobre aktorstwo. I tak naprawdę nie chcę źle o tym tytule myśleć. Jest mi przykro, że po powtórce nie mogę pisać czegoś równie pozytywnego, jak po powtórce Amores Perror.

PS. I jeszcze ten tytuł… W popkulturze jest słynny eksperyment, w którym niby zmierzono wagę duszy ludzkiej, że człowiek po śmierci waży 21 gram mniej – i było twierdzenie, że to właśnie ciężar duszy, która ulatuje z człowieka w momencie zgonu. Problem w tym, że ten eksperyment wykonano prawie sto lat przed filmem i raz, już wtedy był podany w wątpliwość (np. nie brano pod uwagę przypadków, które nie pasowały do rezultatu), a dwa, wiedzieli wtedy o śmierci o wiele mniej, niż dzisiaj. Dzisiaj wiemy, że jest wiele śmierci i organizm funkcjonuje w pewnym stopniu w różnych okolicznościach, a taką śmiercią dosłowną jest śmierć kory mózgu. I nawet mimo to w szpitalach po zgonie ciało leży w łóżku jeszcze dwie godziny, zanim będzie można je zabrać do kostnicy. Jak więc ponad sto lat temu jeden chłop był w stanie określić konkretny moment śmierci człowieka?

Alejandro Gonzalez Inarritu

Obecnie Alejandro González Iñárritu znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #28

Top

1. Amores Perros
2. Zjawa
3. Babel
4. Birdman
5. 21 gramów

Birdman (2014)

4/5

Tym razem zwykła rozmowa jest niezwykła.
Już podczas oglądania zwiastunów uderzyło mnie, jak Lubezki (operator) pokazuje ludzi, którzy nic nie robią poza staniem naprzeciwko siebie i mówieniem. Jego kamera zawsze jest w ruchu, ale bardzo minimalnym, przemieszcza się w zaplanowany sposób z matematyczną precyzją, jakby grał na perkusji pod batem Fletchera z filmu Whiplash. A przy oglądaniu całości zachwycałem się coraz bardziej. Jako że cały film jest stylizowany na mastershot, trzeba było tu od szerokich ujęć teatru przechodzić do tych intymnych zbliżeń na twarz, każda zmiana ostrości czy innego technicznego aspektu przechodziła w ogromnym biegu, a ten człowiek nie popełnił ani jednej pomyłki, płynnie przechodząc od perspektywy do tego ogromnego zbliżenia, gdy twarz aktora wypełnia ekran… ale też nie czułem się jakoś zbliżony, jakbym mógł go dotknąć. Nigdy nie było tak, że mógłbym określić odległość moją od tego, co widzę. Nie czułem ciężaru ani rozmiaru kamery, czy była noszona na ręku, czy też wszystko na jakimś dźwigu umieszczono. Najbardziej jest to odczuwalne w ujęciach przemieszczania się między aktorami, którzy mogliby stać dosłownie obok siebie a kamera i tak by dała radę się wcisnąć między nich. Oczywiście, aktor będący z tyłu się odsuwał, a potem wracał na pozycję, na tym polega sztuczka. Ja zachwycam się efektem i tym, co czułem jako widz, który obserwował wszystko przez ten magiczny obiektyw. Przechodziłem przez czas, skakałem w przyszłość, raz biegłem na złamanie karku przez korytarze, by zaraz potem być świadkiem cichego momentu, w którym znowu kamera pozornie stała w miejscu – ale dzięki tym delikatnym poruszeniom i kontrastowi wobec wcześniejszego wysokiego tempa czułem, jakby to czas się zatrzymał, a nie operator.

Wiele scen istnieje dzięki Lubezkiemu.
Ta, w której Emma Stone opiernicza ojca. Kamera z początku patrzy tylko na nią, by z czasem… w ogóle tego nie zmienić. Dziewczyna krzyczy wściekła, a kamera jedynie wykonuje to delikatne zbliżenie ku niej… Ależ ta dziewczyna ma wielkie oczy… Wydawało mi się, że to przesada, dopóki nie skończyła krzyczeć i nie dotarło do niej, jakie ostre słowa powiedziała. A kamera wciąż pokazuje tylko ją i dotarło do mnie, że nie mam zielonego pojęcia, jak na to zareagował jej ojciec. Aż zacząłem się denerwować, co zobaczę, gdy kamera wróci wreszcie do Keatona. Właściwie na tym polegała cała dramaturgia całej sceny. Bez niej, nic bym nie poczuł, bo rzeczy, które mówi Stone to takie banały, że ziewać tylko by można… ale o tym za chwilę.

Aktorzy lśnią dzięki Lubezkiemu.
To opowieść o artystach w teatrze, przygotowujący się do występu, i mnóstwo jest tu chwil, w których te postaci zaczynają grać kogoś innego ot, tak, w środku zdania. Ulegają całkowitej transformacji w kogoś innego, by potem wrócić do swojego „głównego wcielenia” w tym filmie. Iluzja jest kompletna, a dzięki długim ujęciom to jest po prostu piękne widowisko i świetna zabawa. Zobaczyć, jak ktoś kogoś nabiera – nie, to nie byłem ja, ja tylko grałem! Nie spodziewałeś się tego, prawda?

Jedynie sam teatr zachwyca tylko po części dzięki Lubezkiemu.
To naprawdę wyjątkowe miejsce, które można całkiem dobrze poznać podczas seansu – poznać drogę od wejścia po sam dach itd. To miejsce bardzo żywe, wypełnione ludźmi robiącymi różne rzeczy gdzieś w tle, scena jest tu świętym miejscem, a kamera rusza się od sufitu po sam dół (moje ulubione ujęcie w całym filmie), a za drzwiami tego teatru… jest Nowy Jork. Dodać do tego różne magiczne przejścia oraz fakt, że okazjonalnie można tu spotkać chłopa z zestawem perkusyjnym grającym na żywo muzykę, którą słyszy widz – jak do cholery można opuścić to miejsce dalej niż na sto metrów? To idealne miejsce by w nim żyć.

A sam „Birdman” jest…
Hm, ujmę to tak: obejrzałem go dwa razy, by mieć pewność, że to, co zobaczyłem, było na pewno tylko tym. I miałem rację. Cała ta historia i większość postaci to jakieś echo problemów, o których film opowiada. Nie czułem w tym wszystkim życia i nie byłem przekonany, czy ktokolwiek z twórców naprawdę miał problemy, o których teraz chce opowiedzieć. A tematów jest tu zaskakująco wiele – pragnienie bycia popularnym, ale nie dzięki pójściu na łatwiznę. Zdenerwowanie światem, dla którego liczy się tylko popularność na portalach społecznościowych. Odejście kina od sztuki do zajęcia się wyłącznie kinem rozrywkowym. Chaos w życiu osobistym. Chujowa krytyka… to tak jakbym ja chciał napisać felieton o wkurzeniu się, jaki to Facebook jest niepraktyczny w obsłudze, tylko dlatego, że usłyszałem o tym od innych, ale samemu nie mając tam nawet konta. Tak jest z tym filmem i większą częścią jego zawartości. Są tu przebłyski, jak enigmatyczna postać grana przez Nortona, albo Michael Keaton, który daje z siebie wszystko, by wewnętrzny monolog głównego bohatera brzmiał poważnie, podczas gdy każda linijka przemowy, którą słyszy w głowie, jest sztuczna.

Dla wielu to komedia, a ja nie mam zielonego pojęcia dlaczego.
Miało mnie śmieszyć, że Norton dostał erekcji na planie? Jest tu kilka momentów, których nie da się brać na poważnie, ale to nie znaczy, że są zabawne. Były dziwne lub żałosne. Główny bohater chce być artystą i wystawia sztukę, która jest beznadziejna. To było zamierzone czy też ja nie zrozumiałem wielkości owej sztuki? Wiele rzeczy jest dla mnie niejasnych w tym filmie…

Poza tym sporo tu nudy.
Miałem dość w 2/3 seansu, forma zachwyca, ale treść była mocno z tyłu. Brak jakiejkolwiek dramaturgii i zaintrygowania wynikającej z historii lub losów postaci. Które w większości są nudne. Są tu całe sceny, które mnie zmęczyły. Gdy Edward Norton wszedł na dach i gadał z Emmą Stone’a, autentycznie miałem dość. Rozumiem, że jest istotna z punktu dramaturgicznego, ale jest okrutnie nijaka. Zarówno postać, jak i relacja między nią i Nortonem to historia bez życia, w której postaci mówią byle co bo i tak istotne jest tylko to, gdzie to się skończy. Nawet jeśli ta podróż nie będzie ani trochę wiarygodna. Po co ja to oglądałem?!

Birdman to wspaniałe doświadczenie wizualne i pomimo zwykłości w większości aspektów narracyjnych jestem zadowolony, że odbyłem tę podróż. Wrócę do niej jeszcze parę razy, choćby dla tego cudownego teatru, ale muszę też sobie wyjaśnić kilka kwestii, których teraz nie zrozumiałem. Na przykład, zakończenie. Co do cholery?

Zjawa ("The Revenant", 2015)

5/5

Rok 1822. Mroźny las, pustka aż po horyzont zakryta śniegiem, przeżycie tutaj samo w sobie jest osiągnięciem i celem. Karabiny na proch, ubrania własnoręcznie zerwane z upolowanego niedźwiedzia, zagrożenie zarówno ze strony natury, jak i innych ludzi. W tych warunkach Glass zostaje zdradzony przez towarzyszy – ciężko rannego zostawiają go na powolną śmierć. Nie ma innego wyjścia jak wyczołgać swoją drogę w górę z grobu.

Dobra, najpierw o tym, co się udało – DiCaprio, Lubezki i Inarritu, ale tu ogólnie mam na myśli ludzi odpowiedzialnych za kostiumy, charakteryzację, scenografię, którymi zarządzał. Zjawa wygląda i „czuje” wybornie. Opowieść o zemście Glassa jest tak brutalna i bezkompromisowa jak tylko się dało – wszelki ból wygląda tu okropnie. Świat jest tak wrogi, że nie chce się mieć z nim nic wspólnego, ale też podziwia się go z fascynacją. Mamy do czynienia z męską historią na każdym polu, tu wszyscy jedynie mocniej zaciskają zęby wobec kolejnej konieczności losu. Gdyby zabili Glassa rannego, nikt by nie miał do nich uwag – ale zostawiono go na śmierć, związanego, a wcześniej zadźgano jego syna. Będący na skraju śmierci ze stu różnych powodów zaczyna drogę w jedynym kierunku, jaki mu pozostał. I ta wędrówka jest bez wątpienia esencją tego filmu – widzieć człowieka, który nie poddaje się w takiej sytuacji, jest tym, co chcę w kinie oglądać!

Całość kręcono w plenerze, przy naturalnym oświetleniu, ze śniegiem po kolana, i zapewne zabijano też prawdziwe konie, by efektu nie zepsuć. Wiem na pewno, że DiCaprio wdał się w walkę z prawdziwym misiem (najlepsza scena filmu i jedna z najlepszych w tym roku!). W tych warunkach Lubezki mógł ponownie rozwinąć skrzydła i miał też kilka nowych pomysłów. Tym razem szczególnie upodobał sobie strzelby bohaterów i wędrówkę wzdłuż nich oraz rozpinanie szerokości ekranu między jednym końcem broni a drugim. Fani jego pracy dostaną swoje ulubione numery – spoglądanie w górę, by ukryć cięcie, niesamowity montaż wewnątrzkadrowy, zbliżenia i panoramy na jednym ujęciu, i przede wszystkim to wyjątkowe uczucie, że oto udało się objąć całość wydarzeń. A jest tutaj kilka szalonych sekwencji, gdzie coś się dzieje z każdej strony – i Lubezki potrafi to wyeksponować. Ponownie zrealizował kilka scen, które są zagadką pt. „Jak to zrobiono?”

I tak najlepsze jest jedno z pierwszych ujęć, gdy kamera porusza się wzdłuż strumienia, podczas gdy bohaterowie polują… Od czasu Tarkowskiego woda nie wyglądała tak fascynująco!

Z drugiej strony… Jakby to ująć? Jak wam się podoba idea kina zemsty, w którym fabuła jest prostsza niż ta w Mad Maxie 4? Wyobraźcie sobie najbardziej podstawową opowieść tego typu, ograniczoną do tego, co niezbędne – ale bez mięsa w środku, po prostu zaliczono te punkty jeden po drugim – i będziecie mieli Zjawę. Historii jakby nie było, bohaterowie to do końca rozpoznawalni aktorzy zamiast postaci na własnych zasadach: DiCaprio, Tom Hardy, Bill Weasley i ten dzieciak z dziwnymi brwiami z Więźnia labiryntu. Dialogi są śladowe, i to akurat pochwalam, ale jako całość nie ma tu wystarczająco zawartości, by udźwignąć tak długą produkcję. Ostatni akt chciałem już tylko przeczekać, byle tylko się skończył. Były momenty, tytuł jako całość był świetnie zrealizowany, a końcowe ujęcie na DiCaprio to wielki moment! – ale to wszystko.

PS. W scenie z misiem… jak oni to zrobili, żeby zaatakował DiCaprio, a nie ekipę filmową? Męczy mnie to.