Arthur Penn

Arthur Penn

14 marca 2020 Blog 0
arthur penn miracle worker cudotworczyni 1962

Przegląd filmowej twórczości Arthura Penna

Gwiazda szczęścia Billy Kida ("The Left Handed Gun", 1958)

3/5

Najpierw był serial antologiczny, w którym każdy odcinek był inny, a jeden opowiadał historię Billy’ego Kida jako dzieciaka, który nie chciał nikogo zamordować, a przeszedł do historii jako jeden z naczelnych rewolwerowców. Paul Newman wcielił się w postać główną. Potem chcieli zrobić na podstawie tego film kinowy, James Dean miał grać wiadomo-kogo. Potem oddali projekt dla Arthura Penna, to miał być jego pełnometrażowy debiut. Miał być oparty o scenariusz tego samego człowieka, który napisał skrypt do tamtego odcinka serialu. Penn jednak zatrudnił innego człowieka, aby naniósł poprawki. Wspomniany scenarzysta – Gore Vidal jego godność – tak się wkurwił, że cztery dekady później zrealizował własny film o Billym Kidzie. I ponoć tam trzymali się scenariusza, jakby ich życie od tego zależało.

Penn też miał problemy. Widać jak na dłoni, że producenci mu przeszkadzali. Ponoć zakończenie miało być inne. Penn był odsunięty od montażu. Nie podobał mu się operator, narzucony przez wytwórnię. To wyjaśnia już, czemu ten tytuł to taki bałagan. Nie jakiś duży, ale jednak w połowie wszystko się rozłazi. Dziwnie wyglądają miasteczka – zawsze takie puste, nikogo nie ma. Brakuje spójności – ktoś idzie kogoś szukać, w drugiej scenie go znajduje. Jak? Nie wiadomo. Chcą coś zrobić. I czekają z tym do piątku. Dlaczego? Nie wiadomo. Zachowanie bohaterów też pozostawia wiele do życzenia, by móc ich zrozumieć. Proces adaptacji nie był zbyt owocny, ponieważ nadal widać surowy szkielet budżetowego serialu i konieczności nakręcenia całej fabuły w kilku zamkniętych, zmieniających się lokacjach. Dwa wątki w trzecim akcie w ogóle nie były porządnie wprowadzone wcześniej, dzięki czemu biorą się znikąd i są niezasłużone. Miałem dość już z 30 minut przed końcem i całość była mi totalnie obojętna, a gdy zobaczyłem finał – nic nie czułem. Widać, że sam film nie był w stanie się samookreślić, co tak naprawdę robi, jakby twórcy ciągnęli go między sobą w różnych kierunkach… ze szkodą dla samego filmu. Widać tu brak doświadczenia. Penn chyba chciał zrobić Bonnie i Clyde dekadę wcześniej, a studio romantyczną teen-dramę z podróbą Jamesa Deana w stylu Buntownika bez powodu. Spotkali się pośrodku, jak dalece to jest możliwe.

Dziś oglądam to niemal wyłącznie jako ciekawostkę, ale jednak trzeba oddać: to opowieść o człowieku, który chciał sprawiedliwości, jednak nie mógł jej mieć. Szeryf zabił mu najbliższą osobę, co więc miał wtedy zrobić? Pójść do szeryfa na skargę? Wziął sprawy we własne ręce i został wyrzutkiem, zaczęli na niego polować. Jest w tej historii coś ponadczasowego, co udaje się wydobyć na ekran, tak przy pomocy reżysera, jak i Paula Newmana (w wieku 33 lat grającego nastolatka, ale co tam, Newman przez następne trzy dekady miał wyglądać tak samo, ja mu daruję). Gdy morderca zostaje ukarany, my nie czujemy satysfakcji. A to spore osiągnięcie jest, mimo wszystko. Plus – jest tu ponoć pierwsza śmierć w slow-mo. Tylko to jest takie slow-mo, że mrugniecie okiem i je przegapicie. Albo ujęcie, jak Kid opracowuje plan na zaparowanej szybie. Takie momenty sprawiają, że widzę tu późniejsze kino Penna, ale też coś, co inspirowało kolejnych twórców.

PS. Tytułowa lewa ręka odnosi się do mitu, że Billy Kid był leworęczny. Wiele lat po premierze filmu jednak odkryto, że fotografia przedstawiająca Kida strzelającego lewą ręką (na jej podstawie ten mit powstał) była odwrócona.

Arthur Penn

Obecnie Arthur Penn  znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #76

Top

1. Cudotwórczyni
2. Obława
3. Bonnie i Clyde
4. W mroku nocy
5. Mały Wielki Człowiek
6. Pewien Micky
7. Czworo przyjaciół
8. Przełomy Missouri
9. Restauracja Alicji
10. Gwiazda szczęścia Billy Kida

XXXX – akapit

Cudotwórczyni ("Miracle Worker", 1962)

5/5

W roku 1957 Arthur Penn wyreżyserował odcinek serialu Playhouse 90. Nazywał się on The Miracle Worker, napisał go William Gibson – ten następnie zaadaptował swoje dzieło na potrzeby desek teatru na Broadwayu, a ta adaptacja miała powędrować na duży ekran. Arthur Penn od czterech lat nie reżyserował filmu kinowego, ale wrócił za kamerę. Studio obiecało mu większy budżet, jeśli w tytułowej roli obsadzi Elizabeth Taylor, ale Penn wolał zachować wierność wobec aktorek, które sprawdziły się na deskach teatru: Anne Bancroft i Patty Duke. Były już za stare na swoje role (miały niby odtwarzać życie 20- i 7-latki, chociaż w rzeczywistości widziały już 30 i 15 wiosen), ale nie miało to znaczenia dla samej fabuły – wykorzystuje ona wątki biograficzne, ale w taki sposób, że można tego nawet nie być świadomym. Obie zdobyły po Oscarze za występ w The Miracle Worker.

A jest to w rzeczy samej historia biograficzna. Annie Sullivan dorastała w ciężkich warunkach jako osoba upośledzona – częściowo ślepa nie nauczyła się pisać i czytać, ale udało jej się zdobyć edukację oraz zostać nauczycielką dla następnych nieszczęsnych istot urodzonych bez zmysłu wzroku lub słuchu. Jej pierwszą pracą była siedmioletnia Helen Keller – dla filmu nie ma jednak znaczenie to, co nastąpiło później. Liczy się tylko to pierwsze spotkanie i co się wtedy stało. Nie oglądamy dwóch słynnych – przynajmniej w kulturze amerykańskiej – kobiet, zamiast tego jesteśmy świadkiem pięknej opowieści o walce i dokonywaniu niemożliwego. Patrzyłem się jak w obrazek i chłonąłem każdą kolejną sekwencję, w której Annie próbuje nawiązać kontakt z Helen, nauczyć ją rozumieć świat i móc rozpocząć eksplorowanie go.

To wzruszający seans, ale nie we współczesnym znaczeniu tego słowa. Robi on dwie rzeczy, których dzisiejszy widz zupełnie się nie spodziewa – przede wszystkim pokazuje małoletnią Helen jako niewychowaną gówniarę, która jest agresywna, a okazywanie jej współczucia z powodu defektów już zaczęło zbierać smutne żniwo w postaci jej braku ogłady. Annie głośno manifestuje, że nie chce wobec niej być po prostu łagodna i miła, walczy z nią. Obie bohaterki rywalizują ze sobą, testują się, dochodzi do rękoczynów. Niektóre sceny mogą być wstrząsające, jednak nie ma to znaczenia, gdy osiągają swój sukces, a my to oglądamy z sercem na wierzchu. Co się jednak dzieje później? Oglądamy scenę komediową niczym z filmu Arszenik i stare koronki. Gdy tylko na scenę wejdzie drabina – gwarantuję, że będziecie się śmiać. A po wszystkim nie będziecie mogli uwierzyć, że dwie sceny obok siebie mogą wywoływać tak odmienne emocje.

Aktorstwo, szczególnie głównego duetu, jest tu bardzo fizyczne. Nic dziwnego, że scena śniadania przeszła do historii, skoro to w zasadzie scena akcji – zawiera jedynie dwa słowa, trwa blisko 10 minut i po wszystkim będziecie się zarzekać, że trwała góra kilka chwil. Kręcono ją pięć dni, a obie aktorki nosiły ochraniacze pod ciuchami. To obraz pełen energii, intensywny i żywiołowy, wart nagród i zachwytów. Na każdym kroku kapie z niego miłość do człowieka i wiara w to, że wszystko jest możliwe – trzeba tylko wymyślić, jak to zrobić.

Pewien Micky ("Mickey One", 1965)

4/5

Jakby Joker był inspirowany Popiołem i diamentem. Warren Betty nawet mówi po polsku kilka zdań.

To film z serii: „dziesięć dziwnych ujęć i ani jednego zwykłego”, co miałoby niby być definicją udanego filmu. Nie jest, ale to i tak ciekawy przypadek – śledzimy losy człowieka, który ucieka z jednego miasta do drugiego, ale nie wie, dlaczego i przed kim. Pracuje na scenie jako komik, ale ataki paranoi utrudniają mu życie i karierę. Całość zrealizowano pod mocnym wpływem jazzu i awangardy, która zaczęła wchodzić w ostatnich latach do języka filmowego. Otwierają się granice i teraz nie ma problemu, aby od jednego „trzeźwego” ujęcia przejść do drugiego, oderwanego od rzeczywistości. Jak choćby widzimy setkę ludzi skaczących na trampolinach ustawionych na brzegu plaży. Ładne ujęcie i ogólnie jest artystycznie, ale ciężko coś wynieść z tego filmu. Nawet czytając skrót historii na Wikipedii, dojdziecie do wniosku, że to bzdura. Trudno powiedzieć, co artysta miał na myśli – czy tylko zapatrzył się w osiągnięcia innych i chciał podjąć podobne tematy oraz środki stylistyczne. To film o paranoi, ale nie znalazłem w nim pierwiastka uniwersalności, dzięki któremu ta produkcja mogłaby być przeznaczona dla widzów.

Prawdą jednak jest, że na poziomie wizualnym to mocny tytuł. Można go włączyć w dowolnym momencie i będzie na ekranie coś, co przykuje wzrok. Rozmawianie z lampą, trampoliny, wysypisko, zakończenie z pianinem… Jest po prostu coś w tym tytule, co skłania do myślenia: „Chciałbym wrócić kiedyś do tego obrazu i go docenić, zrozumieć, pokazać znajomym – może oni coś z niego wyciągną?”.

Restauracja Alicji ("Alice's Restaurant", 1969)

3/5

Najpierw była piosenka Arlo Guthriego Alice’s Restaurant Massacree z 1967 roku. Arthur Penn miał ją usłyszeć zaraz po zakończeniu prac nad Bonnie i Clyde. Piosenka ta trwa 18 minut i ponoć opowiada prawdziwą historię z 1965 roku. W tym wypadku naprawdę radzę wam zapoznać się z nią przed obejrzeniem filmu – jest ona w nim zawarta, ale w taki sposób, że po seansie nie będziecie umieli jej wskazać, ponieważ nie wiedzieliście, gdzie jej szukać. To też chyba jedna z lepszych kawałków w słuchaniu, jeśli chodzi o takie długie kawałki – na pewno będziecie zaskoczeni, jak ją usłyszycie. To talking blues z udziałem publiczności, na którego końcu Arlo mówi, że śpiewa od 25 minut i mógłby śpiewać kolejne 25.

Sam film jest jakby opowieścią o świecie, w którym rozgrywa się ta piosenka – czyli świecie długowłosych chłopców z gitarami, którzy nie chcą być zaciągnięci do wojska, są odrzucani przez społeczeństwo i odnajdują się dopiero w towarzystwie podobnych sobie hipisów. Restauracja Alicji dobrze przedstawia te realia – młodych ludzi szukających swojego miejsca, wyrzucanych na kopach z barów za długie włosy, władz z automatu podchodzących do nich jako winnych wszystkiemu, starszych ludzi gardzących ich muzyką. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach życie gdzieś w opuszczonym budynku bez perspektyw jest takim spełnieniem marzeń – mają w końcu dom, coś na jego kształt. Nie myślą o przyszłości ani nie martwią się tym, że całe ich życie może tak wyglądać, jak obecnie – granie za grosze w knajpach. Na razie ważne jest, że są bezpieczni od reszty społeczeństwa.

Pokazany jest tu też strach kraju w związku z wojną w Wietnamie, absurd i niedorzeczność zaciągania młodych ludzi w jedną stronę do Azji, gdzie mieliby zostać nazwani bohaterami za zabijanie niewinnych, a w domu są wyrzutkami, bo grają trochę za głośno. Nie ma tego jednak wiele i na tle innych filmów nie ma w sumie nic wartego pamiętania. W trakcie seansu myślałem tylko, że Hair zrobiło to lepiej. Albo Across the Universe.

Dobrze, a jak to się ogląda? Jako tako. To film pełen luzu i dobrego serca, ale z drugiej strony nie ma jednej sceny lub postaci, którą będziecie wspominać następnego dnia. Doceniam misję czy chęci, ale wolałbym przy tym, żeby ta produkcja trwała z pół godziny krócej. I pamiętajcie, żeby najpierw posłuchać piosenki.

Czworo przyjaciół ("Four Friends", 1981)

4/5

Miły film, naprawdę. Czterech przyjaciół byli razem w okresie nastoletnim, a potem byli razem przez resztę życia. Dzielili historie, wspomnienia i przemyślenia. Jest tu trochę wątków autobiograficznych (jedna z postaci to emigrant z Europy, scenarzysta miał podobne przeżycia), trochę opowieści o życiu w latach 60. (minuta ciszy po Kennedym, niepokój, konflikt pokoleń i walka o własną przyszłość jeszcze na warunkach ustawionych przez starszych ludzi), ale głównie jest to film o życiu. Epizodyczny obraz, swobodny i spokojny, pełny małych rzeczy, wśród których można znaleźć bardzo wiele: zastanawianie się „Co by było, gdyby…”, refleksje nad tym, jak życie mogłoby wyglądać inaczej, konsekwencje pewnych wyborów, żal i radość…. Całkiem dobrze to się ogląda. I zostanie z tego sporo w pamięci jak choćby scena z Hit The Road Jack, frywolność Georgii, Bonnie i Clyde…

Właśnie – przed seansem przeczytałem taką opinię: „Nie jet to B&C, ale to nadal dobry film”. Co ma B&C do Czterech przyjaciół? A no właśnie nic – z wyjątkiem jednej sceny. Zaskakującej i szokującej. Musiałem przewinąć, by upewnić się, że ona wydarzyła się naprawdę.

W kontekście filmografii Penna nachodzą człowieka ciekawe wnioski – jakoby ten człowiek miał płynny styl narzucony mu przez czasy, w których stworzył. Zrealizował klasyczny western w latach 50., zapatrzył się na awangardę w latach 60., a Four Friends swoim stylem przywodzi na myśl inne obrazy obyczajowe nakręcone w tym okresie, jak Zwyczajni ludzie albo Wielki chłód.

Nie jest to tytuł, który będę polecać, ale jeśli kiedyś będziecie mieć niezobowiązującą okazję – dajcie mu szansę. To był jeden z pierwszych filmów obyczajowych o latach 60. i chociaż potem przyszły lepsze obrazy, to ten nadal zasługuje na uznanie.

Do you know what we’ve never done?
– A lot of things.
– You got it, kiddo!