Oceniam odcinki seriali: Fargo, Roseanne, Cosby Show
Ciąg dalszy przygotować do własnego rankingu najlepszych odcinków seriali w historii - teraz oceniam odcinki z "Fargo", "Na wariackich papierach" i innych.
Zmieniam trochę formułę – ograniczam się do pięciu odcinków naraz. Trochę dlatego, że teraz skupiam się na oglądaniu Stargate i prawdopodobnie nawet nie zbliżę się do momentu, gdy będę mógł zacząć oglądać podserię (Atlantis czy Universe? Teraz nawet nie pamiętam kolejności – gdy piszę te słowa jestem w połowie czwartej serii, a spin-off wchodzi do gry w ósmym), więc i tak celem jest zobaczyć jedynie tyle, ile zdążę. A spodziewam się, że Stargate będzie na mojej liście z ulubionymi odcinkami, więc to jest ważniejsze. Zgadza się: Rollings Stones ani żadna inna lista nie uwzględnia czegokolwiek związanego ze Stargate. Ogólnie najwyraźniej seriale sci-fi są tam słabo reprezentowane.
Tak więc tak: pięć odcinków. Bo to nie jest tylko pięć godzin oglądania i godzina pisania – Fargo oczywiście oglądałem cały sezon w całości, żeby móc napisać o finałowym odcinku, ale cała reszta wyglądała tak samo: oglądałem więcej, niż powinienem. Roseanne nie znałem zupełnie i obejrzałem chociaż te 10 odcinków – na filmwebie nawet nie zaznaczam, że oglądałem. I nie oglądam dalej – mam nadzieję, że gdzieś kiedyś będzie ten tytuł dostępny na Netfliksie i wtedy go obejrzę. Cosby Show znam na wylot, a i tak obejrzałem te kilka odcinków – żeby nadrobić i wejść w klimat, zanim powtórzę sobie „Theo’s Holiday”. The Dick Van Dyke Show tak samo. One chociaż trwają pół godziny, Na wariackich papierach już godzinę. To dziesięć godzin. I to wszystko w tydzień. Miałbym zrobić dwa razy więcej? Uznałem, że nie warto. Szedłbym na ilość, wypełniając liczbę dziesięciu tytułów na miesiąc poprzez dodawanie Gry o tron czy innych Przyjaciół, albo powtarzając coś z Pozostawionych. A nie o to mi chodzi – chcę odkrywać świat seriali poprzez robienie takich list. Tak więc: pięć odcinków. I zobaczymy, co dalej.
LEGENDA:
RS – RollingStone
MO – Moja ocena
Na wariackich papierach “Atomic Shakespeare” (3x7)
RS #63 MO: 6
Wreszcie po tylu latach wróciłem do tego serialu… Nawet jeśli na tylko kilka odcinków. Właśnie dlatego piszę te publikacje – oglądałem Na wariackich papierach w telewizji, wczesne lata 2000, mojego dziadka odrzucał polski tytuł i dlatego często nie oglądał ze mną. Po latach oglądanie to wciąż frajda – nawet jeśli ten tytuł nie ma aż tylu atutów w rękawie. Dwoje detektywów prowadzących własną agencję – ona jest atrakcyjną seksistką, byłą modelką i szefem, on wyluzowany i arogancki. I cały czas się ze sobą kłócą, cały czas mówią jednocześnie, cały czas są zabawni i wytwarzają między sobą seksualne napięcie. A twórcy cały czas drażnią się z widzem i nie boją się bawić konwencją. A to Orson Welles uspokaja, że będą segmenty czarno-białe i nie powinniśmy martwić się, że coś jest nie tak z naszym odbiornikiem – i faktycznie, bohaterowie mają w tym odcinku sny rozgrywające się w konwencji kina noir. A potem mamy musical. A innym razem: bohaterowie samoświadomi, że są fikcyjnymi postaciami, odpowiadają na pytania widzów.
W Atomic Shakespeare oglądamy widza oglądającego Na wariackich papierach, którego matka wygania do czytania Szekspira… I w jakiś sposób sprawia to, że oglądamy bohaterów Na wariackich papierach w konwencji Szekspira. Bruce Willis pod rząd cytuje cztery różne sztuki tego autora, aż w końcu każdy wokół mu krzyczy, że myli tekst. Osobiście nie mam za bardzo pojęcia o materiale parodiowanym – i w sumie nie jestem nawet pewny, czy jest tutaj jakaś konkretna parodia, czy tylko protagoniści wygłupiają się w swoim codziennym stylu – więc bawię się głównie tak, jak zazwyczaj się bawię oglądając ten serial: z powodu relacji Davida i Maddie, podziwiając jednocześnie odwagę w łamaniu konwencji. Naprawdę jestem zaskoczony, że nikt nie wymienia Moonlighting jako czegoś przełomowego dla telewizji. Twin Peaks nigdy nie zrobił nawet połowy tego, co zrobił ten serial. Sam go pamiętałem po prostu jako zabawny serial, gdzie w odcinku świątecznym zaczął padać śnieg wewnątrz biura bohaterów.
To chyba jedyny przykład odcinka, który oceniam jedynie 6/10, który i tak bym dał na listę najlepszych odcinków w historii. Może nawet nie konkretnie ten, ale któryś z tego serialu powinien się tam znaleźć.
The Dick Van Dyke Show, “Never Bathe on Saturday” (4x27)
RS #87 MO 6
Nawet nie pamiętałem, że widziałem ten odcinek – nawet ogólnego pomysłu nie mogłem sobie przypomnieć. Tutaj Laura i Rob wracają z wyjazdu, który im się nie udał. I opowiadają, jak Rob został poturbowany, gdy Laura leżała sobie tym czasem w wannie. Humor wydaje się odważnie wyprzedzający swoje czasy – tutaj śmieszy sugestia tego, co się dzieje, zamiast faktyczny tego widok. Większość czasu Laura spędza za zamkniętymi drzwiami i finalnie bawi nas reakcja innych postaci na to, co tam zobaczyli oraz opisywanie tego, co się dzieje, niż sama sytuacja widziana na własne oczy. Mogłoby się wydawać, że to nie będzie działać, a tymczasem okazało się być czymś zupełnie nowym, umożliwiającym nowe scenariusze, bawiąc zupełnie inaczej.
Tylko Dick van Dyke miał lepsze odcinki. Lepiej adresujące rodzinność tej produkcji, tematyczność (tworzenie komedii), nie zamykające Laury poza ekranem na 3/4 czasu trwania. Poza tym to jednak odcinek jednego żartu, który nie jest zbyt kreatywnie rozwinięty w historię. Boy hotelowy znajdujący prywatnego detektywa na gościa hotelowego? Kiepski pomysł. Muszę jednak przyznać – zdanie wieńczące wygłupy: „You guys wanna see something ridiculous?” jest prawdopodobnie najśmieszniejszym momentem serialu. Taka chłopięco-męski moment pojednania i potrzeby podzielenia się, aby razem z innymi samcami przeżyć coś zabawnego, po którym natychmiast przychodzi moment olśnienia i klarowności.
The Cosby Show, “Theo’s Holiday” (2x22)
RS #99 MO 7
Co zrobić, gdy twoje dziecko nie bardzo sobie radzi z pieniędzmi i odpowiedzialnością, ale jest przekonane, że z czasem ten problem sam się rozwiąże, bo gdy będzie dorosłe, to z tego „wyrośnie”? I jego życie będzie proste, będzie odnosić sukcesy, będzie bogaty? Cóż, rozwiązanie Billa Cosby’ego to pozwolić mu sprawdzić tę fantazję w rzeczywistości. Efekt? Nauka poprzez zabawę. Uczysz się, że nawet na resztki z lodówki trzeba zarobić. I tak naprawdę nie wiesz, skąd wszystko wziąć.
Wracając do tego odcinka nadrobiłem/przypomniałem sobie jeszcze kilka innych z drugiego sezonu… I szczerze wolę chociażby ten o pierwszym dniu szkoły, jak kilka różnych roczników kończy wakacje i Bill Cosby z żoną sobie z tym radzą. Przed i po powrocie. Albo jak Theo podrywał kobietę i wpadł w dół, bo okazała się mieć chłopaka, jak Bill Cosby sobie z tym radził. Niemniej powtórzę to, co napisałem już dawno temu: po latach najbardziej pamiętam „Theo’s Holiday”. Nie wiem tylko, czy to faktycznie tak dobrze reprezentuje cały serial: taka fantazja i udawanie jest mocnym wyjątkiem w historii tego sitcomu.
Udany odcinek, ale dawać go ponad odcinki Star Treka, Stargate i innych? W życiu.
Roseanne, “War and Peace” (5x14)
RS #88 MO: 7
Imponujące, jak ten sitcom potrafi budować liczne relacje między bohaterami, żeby potem stworzyć dzięki nim odcinek taki jak ten. Nawet nie próbuję wytłumaczyć fabuły, ponieważ byłoby to wyliczanie wielu bohaterów, kto kim jest dla kogo i co kto komu zrobił. W skrócie: jedna kobieta zostaje pobita przez męża. Mąż innej kobiety uczy go, że to nie jest dobre. Policja zgarnia tego drugiego męża do więzienia. I to wszystko miało miejsce w poprzednim odcinku! Ten jest tego kontynuacją, komedią o przemocy rodzinnej, odpowiedzialności, plotce, pogłoskach i tym, co właściwe. Wiecie: na tyle, na ile pójście do więzienia to drobnostka, a w środku śpiewają Elvisa Presleya. Podczas napisów końcowych, ale jednak.
Naprawdę trzeba znać tych bohaterów, żeby brać się za taki odcinek – to mój pierwszy problem. Drugi – temat zostaje udźwignięty solidnie, ale Maude (będące niżej w rankingu RS) zrobiło to samo dużo lepiej. Po trzecie – jako reprezentację Roseanne wolę inne, prostsze odcinki, gdzie protagonistka stawia czoła wyzwaniom bycia matką: dziecko chce zacząć stosować antykoncepcję, albo jak Darlene okazała się mieć przyjaciółkę w wieku własnej matki – i czemu z nią ma lepszą relację niż z Roseanne? Tutaj nie czuję, aby faktycznie ruszono do przodu temat przemocy domowej, bardziej pochwalono postać Dana za wzięcie sprawy w swoje ręce. I nieunikanie odpowiedzialności.
Na mojej liście na pewno będzie Maude 2×1-2, ale dla Roseanne też czuję, że znajdę miejsce. Jak zobaczę jej trochę więcej.
Fargo, “Bisquik” (5x10)
RS #100 MO: 5/10
Mógłbym napisać, że to ten sam serial – gdybym tylko pamiętał dwa pierwsze sezony Fargo, oglądane dawno temu. Mogę się więc mylić, ale wydaje mi się, że będę blisko, gdy napiszę: dobry początek, dobra intryga, dobre aktory, a na minus rozwodnienie dwugodzinnego filmu do dziesięciu godzin oraz postaci, które nie dają rady wytrzymać tyle czasu na ekranie i nie zrobić z siebie debili. Blisko?
Bo to tak naprawdę będzie opinia o całym piątym sezonie. Finałowy, dziesiąty odcinek, wymaga obejrzenia całej reszty, więc na jedno wychodzi. Juno Temple i Sam Spruell robią wrażenie w tej historii zwykłej kobiety, która zostaje zaatakowana we własnym domu, porwana, daje radę się oswobodzić… I wraca udając, że nic się nie stało. Policji, która znalazła krew napastników i domaga się odpowiedzi, ale… Dobra, to tylko początek, potem jest gorzej i zaczyna też przeszkadzać. Wrażenie opada dosyć powoli: a to się orientuję, że scena trwa do czasu, aż skończy się piosenka w tle, a nie sama treść sceny. A to kolejny grzeczny i niegroźny antagonista mówiący wolno… Mówi wolno. O tym, jaki on jest zły, ale nie uważa się za złego. On jest lepszy, wszyscy inni są gorsi, tak napisane jest w Biblii. Albo wybiera banalną przemoc. A to kolejna scena, która jest tylko po to, żeby być. Banalna, nieinteresująca, obojętna… I w zasadzie drugą część sezonu oglądałem z rozbiegu. Do tego chyba wszystkie punkty spełnione bycia produkcją Netfliksa: tylko kobiety mają mózg, faceci to pizdy, jedyny sensowny chłop jest czarny itd. Jakoś nie czułem tutaj tego, o co chodzi w Fargo, tego końcowego poczucia wsparcia i osiągnięcia czegoś prostego, docenienia tego. Raczej próbę dołączenia do wojny płci i antagonizowania widowni przeciwko sobie.
Zamiast tego jest antagonista, który pół tysiąca lat temu zjadł grzechy i teraz spłaca dług, co najwyraźniej jest na serio. I miałoby sens, gdyby w praktyce wyglądałoby to trochę inaczej niż: „O cholera, mamy ostatni odcinek i treści zostało na trzy minuty! I w ogóle nie wykorzystaliśmy tego dziwnego chłopa zabójcy! Wiem, niech rozmawiają przez 20 minut z bohaterką. A wcześniej… Niech chłop z Mad Mena dostanie w brzuch i ucieka. I on też będzie gadać, aż go złapią 10 minut po tym, jak go złapali. A potem pogadają z Jennifer Jason Leigh o tym, że będzie odbywać bardzo straszną karę i w ogóle ta kara będzie taka straszna…”.
Mogliby faktycznie dać poczucie jakiegoś zamknięcia tych wszystkich wątków, a nie, że chłopaczek ze Stranger Things nie ma oczu i jest smutny i najwyraźniej to zamyka sprawę. To powinien być film i tyle. I wymagałby dużo lepszego scenariusza.
Najnowsze komentarze