F. W. Murnau

F. W. Murnau

13/09/2020 Opinie o filmach 0
sunrise 1927 F. W. Murnau

W wieku 10 lat miał czytać Szekspira i Nietzschego. Zabijał ludzi. Pierwszy scenariusz napisał jako jeniec wojenny. Zrobił niewiele filmów, a i tak kilka wzieła i się zgubiła. Miał dwa pogrzeby - przy drugim żegnali go m.in. Robert J. Flaherty, Emil Jannings i Fritz Lang. W samym grobie nie ma jego czaszki. Oto F.W.Murnau i przegląd jego twórczości.

If it’s not in frame, it doesn’t exist” – John Malkovich w roli FWM w filmie Shadow of the Vampire (2000)

Drugi człowiek w historii, który stworzył film znajdujący się na mojej chronologicznej liście najlepszych filmów w historii. Człowiek, który uwolnił kamerę ze statywu i pozwolił jej płynąć przez rzeczywistość swoich obrazów. Człowiek, który stworzył wiele momentów piękna – Orlok zbliżający się do nieświadomego mężczyzny w Nosferatu, seria drzwi zamykająca się za bohaterem symbolizując braki możliwości w jego życiu, wizualizacją poczucia własnej wartości w Portierze…, wizualizacją obsesji i piękna miasta we Wschodzie słońca oraz biegnięcia przez pole w City Girl. Można przez dekady próbować zrozumieć, czemu ten bieg jest tak piękny i nadal nie dać rady ująć tego w słowa. A on to ująć na taśmie filmowej. Nawet jeśli od czasu do czasu było widać, że czasy i współczesna mu technologia nie dają rady dotrzymać kroku jego wyobraźni i wymaganiom, on robił co mógł. Znakomicie odnalazłby się w czasach kamer w telefonie, dronów, Steadicam i pewnie nadal byłoby mu mało. Może nawet nakręciłby pierwszy „poważny” film w 360 stopniach. Albo prowadziłby rewolucję 3D razem z Cameronem – tylko raczej byłaby to rywalizacja, ponieważ obaj chyba dominują podczas kręcenia obrazu.

Czasami zawierał w swoich obrazach bohaterów odrzuconych przez rodzinę, niezrozumiałych – to, czego doświadczył osobiście. Miał być homoseksualistą i nie wiedział, jak wyrażać miłość – nie wiem, czy w końcu kogoś znalazł. Seans Czarcich pól podpowiadał mi, że nosił w sobie wiele bólu i samopotępienia. Przynajmniej później stworzył obraz o spotykaniu kogoś, kto wybaczy ci najcięższy grzech – i że takie wybaczenie jest możliwe. I młodo umarł, a zyski z jego ostatniego filmu miały trafić do jego matki. Zostawił piękno swoich obrazów – a także powstała fundacja jego imienia, która odnawia wiele klasyków niemego kina.

Murnau

Obecnie F.W.Murnau znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #85

Top

1. Portier z hotelu Atlantic
2. Wschód słońca
3. Nosferatu, symfonia grozy
4. Miejska dziewczyna
5. Czarcie pole
6. Faust
7. Tabu
8. Fantom
9. Zamek Vogelod
10. Świętoszek

Ważne daty

1888 – urodziny Friedricha (Niemcy) Wilhelma Plumpe’a; potem zmieni nazwisko (na Murnau, jak gmina w Bawarii), bo rodzice nie akceptowali jego orientacji ani aspiracji teatralnych

1914 – pierwsza wojna światowa, Friedrich będzie latał samolotem i zrzucał bomby; śmierć ojca

1919 – debiut fabularny

1922 – Friedrich robi Nosferatu, rodzina Brama Stokera jest wkurzona rezultatem, sąd brytyjski rozkazuje zniszczyć wszystkie kopie, rząd Niemiec mówi: „a pocałujcie nas w dupę” i w ten sposób film przetrwał do dziś

1926 – emigracja do Hollywood

1931 – śmierć Friedricha (wypadek samochodowy, Kalifornia) na tydzień przed premierą najnowszego filmu

2015 – ktoś rozkopał mu grób i podpierdolił jego czaszkę (są ślady wskazujące na działalność kultystów)

Nosferatu (1922)

Ocena 5 z 5

Sekwencja pierwszego spotkania w nocy z Hrabią jest zapadająca w pamięci – otwieramy drzwi, pusto, zaglądamy ponownie, ON jest w oddali, bez ruchu, uciekamy przed nim, a on jest coraz bliżej. Bez powodu, jakby sam sobą nie kierował, tylko go instynkt albo rządza prowadziła. Melodramatyczne chowanie się pod kołdrę, ON jest w drzwiach i wtedy…! Następuje cięcie na scenę z nią, jakby telepatycznie, połączona miłością z ukochanym, poczuła to, co on. Wychodzi na zewnątrz, niczym w transie, a my jesteśmy zostawieni w napięciu: co się stało z naszym bohaterem? To jest prawdziwy horror. Tak ten gatunek był odkrywany w kinie niemym.

Takie momenty pozwalają odwrócić uwagę, że w sumie oglądamy takie typowe kino akcji. I to jest fajne, ale w sumie trudno mi o tym myśleć jako o jakimś niezwykłym klasyku sprzed stu lat. Jest przygoda, niebezpieczeństwo, napięcie i elementy nadnaturalne, a pokonanie zagrożenie równa się osiągnięciu szczęśliwego zakończenia i to wszystko. Werner Herzog ponoć uważa, że to najlepszy film niemiecki, Roger Ebert i w sumie cały świat są fanami tego tytułu, a mnie w nim najbardziej podobają się momenty: to spotkanie z Hrabią, albo początek, gdzie każda wypowiedź jest dwuznaczna w groźny, mroczny sposób („Po co się śpieszysz, chłopcze? Śmierć czeka na nas wszystkich”). Kultowy obraz, ikoniczny wręcz, który świetnie się ogląda po stu latach od premiery – to wciąż duże osiągnięcie.

Plus historia zza planu, że nie mieli praw do oryginalnej powieści, więc musieli udawać, że to nie jest Dracula. Dodali i zmienili to i tamto, między innymi, że wampiry nie lubią światła słonecznego. Tak to się zaczęło…

Fantom ("Phantom", 1922)

Ocena 4 z 5

Zostaw moje książki, mamo. Dają mi marzenia.” Bohater słyszy, że może zostać wielkim poetą. Uzmysławia sobie, co mu to otworzy: będzie wartościowy dla swojej ukochanej, zaimponuje jej! Tylko równocześnie z narodzinami tego marzenia pokazane nam jest, jak szanse na jego realizacje są nieistniejące. To naprawdę uderza. Sporo jest tutaj takich momentów, które uderzają. I jest też sporo takich, które wywołują obojętność. Koniec końców, niewiele z tego będę pamiętać. Pewnie najbardziej jedno z końcowych ujęć, gdy jest zastosowana technika „ramy w ramie”, gdzie bohater przechodzi przez liczne drzwi i wszystkie się za nim zamykają. Przesłona jest obcięta i zamiast poziomego kadru mamy tylko pionowy obraz z drzwiami i ich zawartoscią. Piękna i wartościowa robota, tylko sto lat później kojarzy się z narzekaniem na nagrywanie pionowe. I shortami na YouTube. I Tiktokiem.

Wersja zremasterowana ponownie robi ogromne wrażenie.

Czarcie pole ("Burning Soil / Der brennende Acker", 1922)

Ocena 4 z 5

Coraz częściej w filmach Murnau widzę jakieś ślady po tym, że rodzice go odrzucili za pasję i orientację. W jego opowieściach też często bohaterowie nie są tacy, jak chcą ich rodzice, szukają swojej drogi. W Czarcim polu bohater dorastał na wsi, wyjechał potem do miasta i czuł, że tam jest jego miejsce. Odrzucił to, co chcieli mu zostawić, oraz prostych ludzi, z którymi dorastał. W kontekście zakończenia i morału, jaki z tego wysnuwa bohater, możemy sami wysnuć kilka przykrych rzeczy o tym, co musiało się dziać w głowie samego reżysera, ile winy i samo potępienia w sobie nosił, że nie był taki, jak rodzice chcieli – ale z drugiej strony tworzył filmy aż do końca, zmienił nawet nazwisko. To chyba oznacza, że wiedział, co jest słuszne. I walczył o to, z samym sobą.

Sam film jest dosyć nieskomplikowany i trochę zajmuje mu przejście do rzeczy. I z perspektywy czasu historia jest dobra, tylko już trzeba ją poznać w całości, podczas samego oglądania wydaje się statyczna i banalna. Widząc zakończenie, dostrzegam w tym jednak tragedię i ból, jest dużo emocji budowanych przez każdy akt. Jest tu kilka genialnych momentów montażu równoległego – gdy np. na zmianę oglądamy, jak jeden z bohaterów odmawia sprzedaży tytułowego pola za grube miliony, a w tym samym czasie druga osoba błaga, aby ktoś tę ziemię od niej kupił za grosze. Dla takich momentów żyje ten film.

Szkoda, że tytuł zdradza zakończenie. Gdy dowiecie się, że na ziemi bohatera odziedziczonej po ojcu jest ropa, to resztę już raczej połączycie sami.

Portier z hotelu "Atlantic" (1924)

Ocena 5 z 5

Jedno z pierwszych arcydzieł kinematografii. Pasujący do tamtych czasów i równocześnie ponadczasowy. Korzysta z umowności tamtego kina i pozwala sobie na takie rzeczy, jak pozowane aktorstwo albo częste porozumiewanie się ruchami głowy czy gestami – czyli coś, czego już dzisiaj z marszu możemy nie zaakceptować – ponieważ to wszystko pasuje do całości, jej stylizacji i ekspresji. Można oglądać i pomyśleć, że jakoś długo nie było żadnych dialogów i zacząć czekać, jak długo się uda utrzymać narrację bez nich – bez podejrzewania, że tak naprawdę cały film jest pozbawiony słów. Wyjątkiem są dwie plansze z obu końców filmu. To niebywałe osiągnięcie na skalę całego kina, również współczesnego. Filmowa umowność użyta do stworzenia filmowego piękna, czyli jedna z umiejętności, którą niewielu posiadło w ogóle.

To naprawdę złożony tytuł, podchodzący do trudnego tematu, jakim jest poczucie własnej wartości, własnego życia, szczęścia na najbardziej esencjonalnym poziomie – wszystko to przy użyciu obrazu: aktorów, jazd kamery, scenografii, muzyki. Tytułowy bohater ze względu na wiek przestaje się nadawać na portiera, zostaje więc zastąpiony inny pracownikiem. Mam tylko nadzieję, że fabuła nie odrzuci współczesnego widza – kult munduru jest nam raczej obcy, bohater tylko zmienia stanowisko (wg reżysera nawet na lepiej płatne), a prawdziwy ciężar konsekwencji bohater sam na siebie sprowadza poprzez udawanie, że nic się nie zmieniło – to wszystko więc jednak wymaga od widza zrozumienia i wczucia się w tamten świat. Wspomniana filmowość również wymaga wyrozumiałości – przez co bohater dowiaduje się o utracie pracy, przychodząc do niej i widząc kogoś innego wykonującego jego obowiązki. Wizualnie wszystko wytłumaczone, ale nikt tego nie kupi.

I jest jeszcze zakończenie, które w ogóle do niczego nie pasuje – było narzucone przez producentów, a raczej przekonali oni twórców, że niemiecka widownia w tamtym momencie po prostu potrzebuje pozytywnego zakończenia. Nie mówimy więc o „złych” producentach, którym tylko zysk w głowie (chociaż to właśnie było ich motywacją – więcej biletów się w końcu sprzeda), ale jednak efekt jest kuriozium na skalę historyczną. Oglądamy przejmującą opowieść o upadku człowieka, który nie potrafi żyć inaczej, a swojego własnego losu zostaje pozbawiony. Rozumiemy wszystkie strony zainteresowane w tej opowieści, oczy nam się szklą od doświadczenia tej całej filmowości, po czym dochodzimy do momentu, gdy dla bohatera nie ma już żadnego ratunku. Odmawia on tego, więc tak się kończy seans… gdyby nie plansza tekstu objaśniająca, że scenarzysta zlitował się nad bohaterem. I w ten sposób mamy jeszcze kilka minut filmu, dające nam fałszywy happy end, który zupełnie nie rozumie przyczyn upadku bohatera. Życie łamie mu nogi, w finale dostaje plasterek w kwiatki i noga już działa, a my mamy to kupić. Nie da się, ale z drugiej strony – cały ten fałsz jeszcze mocniej podkreśla mrok „właściwego” filmu. Nie wierzymy, bo dla bohatera już nie mogło być ratunku. Nawet deus ex machina i scenarzysta schodzący z nieba nie mógł tego zmienić.

Świętoszek (1925)

Ocena 3 z 5

Adaptacja znanej sztuki z XVII wieku opowiadającej o ludziach udających szlachetnych, a w rzeczywistości zepsutych i złych. W swoim czasie wywołała skandal i miała trudności, bo za cel obrała pokazania takiego zepsucia wśród osób religijnych.

Tak samo, jak w Portierze… mam obawy, czy film na poziomie historii potrafi jeszcze zyskać dzisiejszego odbiorcę – tym razem raczej dlatego, że fabuła jest uproszczona i banalizuje podjęty temat. Każdy bohater zachowuje się w niewymagający sposób – oskarżeni przyznają się do wszystkiego od razu, a ponoć słynna scena demaskacji głównego bohatera… Jest raczej kiepska. Scenę wcześniej podejrzewał, że jest obserwowany i jego obawy były potwierdzone, dzięki czemu pilnował się i zachował pozory szlachetności, dlatego scenę później, w podobnych okolicznościach… Cóż, przyznaje się do wszystkiego i zostaje nakryty na kłamstwie. Byle tylko finał filmu mógł już nastąpić.

Formalnie to obraz zupełnie niepodobny do tego, co można by się spodziewać, będąc zaraz po seansie Portiera.... Filmowość i przemyślane ujęcia zostały zastąpione przystępnością oraz przypadkowym montażem, czyli standardem tamtych lat. Nie widzę tutaj niczego, za co mógłbym ten tytuł wyróżnić.

Wschód słońca ("Sunrise: A Song of Two Humans", 1927)

Ocena 5 z 5

Nie wiem, co miał na myśli autor, gdy zaczął tę historię od wstępu, że to zwykła historia o zwykłych ludziach. To historia chłopa, którego próbowała uwieść samica ze wsi i nakłonić do morderstwa żony. Więc to zrobił!, ale nie udało się, żona przeżyła i spierdala, a on za nią, żeby mu przebaczyła. I ona to zrobi. Rzeczy, które przydarzają się każdemu.

Jeśli już, jest to opowieść o fetyszyzacji miasta. O wizji, jaką mieszkańcy wsi muszą mieć, gdy myślą o mieście, dużym mieście i co ono oferuje, jak musi wyglądać, jak musi wyglądać życie tam, jakie ono musi być wspaniałe! Samica wabi tym protagonistę, a ceną jest porzucenie życia, jakie ma do tej pory na wsi. I po części można wysnuć wnioski, że reszta filmu polega na korzystaniu z uroków miasta, ale z ukochaną żoną – to one pomagają naprawić ich relację oraz uwierzyć, że mają jeszcze wspólną przyszłość. Sekwencja w tramwaju, kawiarni, kościele, przechodzenie przez ulicę i w końcu wesołe miasteczko… Jest w tym piękno. Zwieńczone pięknem ostatecznym: kobietą patrzącą na swojego mężczyznę i czującą się bezpiecznie.

Na ile można to w ogóle kupić – chłop był w końcu gotów ją zabić na śmierć, a ona jeszcze tego samego dnia mu wybacza – to już kwestia dyskusyjna, ale pomaga w tym piękno filmowe. Nic w tym tytule pewnie by nie mogło działać, jeśli reżyserem byłby ktoś inny – był ograniczony technicznie, ale i tak robił, ile mógł. Samo ujęcie przybycia do wioski jest zjawiskowe i skomplikowane, a gdy przychodzi czas na POKAZANIE, przez co wewnętrznie przechodzi protagonista i co popycha go morderstwa… Można w to uwierzyć. I zrozumieć. Ten film jest trochę jak kiepski żart opowiedziany przez wybitnego komika – nie wyrabiajcie sobie opinii o nim czytając sam tekst, trzeba go zobaczyć w jego wykonaniu. Będziecie zaskoczeni, że to jednak może działać. Magia filmowa działa sto lat po premierze bezbłędnie i sprawia, że Sunrise jest klasykiem.

Miejska dziewczyna (1930)

Ocena 4 z 5

Prostota kina. City Girl jest tak prosta, że w zasadzie składa się z trzech scen. Oczywiście, każda trwa jakieś 30 minut, to nie krótki metraż. Główną, tytułową bohaterką jest tu Kate – pracuje ona jako kelnerka w podrzędnym barze szybkiej obsługi. Tam wpada jej w oko jeden z niewielu uczesanych mężczyzn – to Lem, który ze wsi przyjechał do miasta, by w imieniu ojca sprzedać plony. Kate zawiedziona jest miastem i chce je opuścić. Wieś wydaje się idealna… tam dziewczyna przekona się, że zmiana otoczenia wcale nie wystarczy.

Kate jest jedną z nielicznych postaci damskich, które wyłamywały się schematowi kina Amerykańskiego. Otoczona praktycznie przez samych facetów, pozostaje główną postacią, która jak bardzo tylko umie, będzie sama o sobie decydować i nie poddaje się łatwo. Szczególnie wobec narzeczonego, który nie będzie wszystkim, czego ona potrzebuje. Przechodzi pewien rozwój i jej historia jest całkiem wiarygodna oraz ciekawa z punktu widzenia dramaturgicznego. Jej wątek ładnie otoczona motywem zbiorów. Miło, że podkreślono rolę natury w tej opowieści.

W sumie nie żal mi, że wersja „częściowo-udźwiękowiona” przepadła. Aktorzy grają miejscami trochę mało subtelnie, ale to kontekst kina niemego ich ratuje. Dzięki temu ten przesadny romantyzm jest strawny. Całkiem satysfakcjonujący seans.

Jest w tym filmie jedna scena, którą bardzo chcę zapamiętać. To moment, gdy dwójka głównych bohaterów wraca na farmę ojca, i biegną przez pole. Są szczęśliwi, radośni, prawdziwi. A scena jest tak idealna, jak to tylko możliwe. Coś w sposobie zachowania postaci, w tym puszczeniu się kamery wolno, w tym czarno-białym słońcu… jest w tym piękno. To chwila całkowicie wolna, również w tym znaczeniu, że od reszty filmu… jak i od bycia filmem w ogóle. To po prostu czysta, pozytywna energia, podana za pomocą języka obrazu.

A aktorka grająca Kate trzy lata po tym filmie ożeniła się i już więcej nie grała. Umarła w 1993 roku.

Tabu (1931)

Ocena 4 z 5

Widać dłoń Murnau w tym filmie, ale ręka jednak należy do Roberta J. Flaherty’ego. Chcieli razem współpracować i mieli być współreżyserami, ale Murnau dominował w tej współpracy, więc Bob miał dać sobie spokój (wyreżyserował jako tako jedną scenę – otwierającą). Nadal to wygląda jak mocna powtórka z Moany – oba filmy opowiadają o miejscu będącym częścią Polinezji, prezentujące tamtejszą kulturę i ludzi. Tylko Tabu bierze się za to poprzez pryzmat historii i chłopcu i dziewicy, która musi być złożona w ofierze, co samo w sobie odrzuca od seansu. Przynajmniej ja miałem trudności i przez długi czas zakładałem, że twórcy nie robią tego wszystkiego na poważnie… Ale tak właśnie jest.

Efekt jest przegadany. Często wracamy do ujęć, gdzie ktoś coś pisze. A potem czytamy, co napisał. Przynajmniej zrobił to czytelnie. Fabuła pozostaje obojętna, brakuje też fascynacji tym miejscem i jego energią. Produkcja jest monotonna, dużo tutaj powtórzeń. Dużo tekstu do czytania. Wszystko wydaje się skupione tak naprawdę na finałowym „zaskakującym” „zwrocie akcji”. Tabu wymaga ofiar, w jedną lub drugą stronę.

I to wszystko ok. Lubię Moanę, pewnie bardziej od Tabu, więc jeszcze raz mogę to samo zobaczyć.