F. W. Murnau

F. W. Murnau

13 września 2020 Opinie o filmach 0

If it’s not in frame, it doesn’t exist” – John Malkovich w roli FWM w filmie Shadow of the Vampire (2000)

Nosferatu (1922)

5/5

Sekwencja pierwszego spotkania w nocy z Hrabią jest zapadająca w pamięci – otwieramy drzwi, pusto, zaglądamy ponownie, ON jest w oddali, bez ruchu, uciekamy przed nim, a on jest coraz bliżej. Bez powodu, jakby sam sobą nie kierował, tylko go instynkt albo rządza prowadziła. Melodramatyczne chowanie się pod kołdrę, ON jest w drzwiach i wtedy…! Następuje cięcie na scenę z nią, jakby telepatycznie, połączona miłością z ukochanym, poczuła to, co on. Wychodzi na zewnątrz, niczym w transie, a my jesteśmy zostawieni w napięciu: co się stało z naszym bohaterem? To jest prawdziwy horror. Tak ten gatunek był odkrywany w kinie niemym.

Takie momenty pozwalają odwrócić uwagę, że w sumie oglądamy takie typowe kino akcji. I to jest fajne, ale w sumie trudno mi o tym myśleć jako o jakimś niezwykłym klasyku sprzed stu lat. Jest przygoda, niebezpieczeństwo, napięcie i elementy nadnaturalne, a pokonanie zagrożenie równa się osiągnięciu szczęśliwego zakończenia i to wszystko. Werner Herzog ponoć uważa, że to najlepszy film niemiecki, Roger Ebert i w sumie cały świat są fanami tego tytułu, a mnie w nim najbardziej podobają się momenty: to spotkanie z Hrabią, albo początek, gdzie każda wypowiedź jest dwuznaczna w groźny, mroczny sposób („Po co się śpieszysz, chłopcze? Śmierć czeka na nas wszystkich”). Kultowy obraz, ikoniczny wręcz, który świetnie się ogląda po stu latach od premiery – to wciąż duże osiągnięcie.

Plus historia zza planu, że nie mieli praw do oryginalnej powieści, więc musieli udawać, że to nie jest Dracula. Dodali i zmienili to i tamto, między innymi, że wampiry nie lubią światła słonecznego. Tak to się zaczęło…

Murnau

Obecnie F.W.Murnau znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #60

Top

1. Portier z hotelu Atlantic
2. Nosferatu, symfonia grozy 
3, Wschód słońca
4. Miejska dziewczyna
5. Tabu
6. Faust
7. Zamek Vogelod
8. Świętoszek

Ważne daty

1888 – urodziny Friedricha (Niemcy) Wilhelma Plumpe’a; potem zmieni nazwisko, bo rodzice nie akceptowali jego orientacji ani aspiracji teatralnych

1914 – pierwsza wojna światowa, Friedrich będzie latał samolotem i zrzucał bomby

1919 – debiut fabularny

1922 – Friedrich robi Nosferatu, rodzina Brama Stokera jest wkurzona rezultatem, sąd brytyjski rozkazuje zniszczyć wszystkie kopie, rząd Niemiec mówi: „a pocałujcie nas w dupę” i w ten sposób film przetrwał do dziś

1926 – emigracja do Hollywood

1931 – śmierć Friedricha (wypadek samochodowy, Kalifornia) na tydzień przed premierą najnowszego filmu

2015 – ktoś rozkopał mu grób i podpierdolił jego czaszkę (są ślady wskazujące na działalność kultystów)

Portier z hotelu "Atlantic" (1924)

5/5

Jedno z pierwszych arcydzieł kinematografii. Pasujący do tamtych czasów i równocześnie ponadczasowy. Korzysta z umowności tamtego kina i pozwala sobie na takie rzeczy, jak pozowane aktorstwo albo częste porozumiewanie się ruchami głowy czy gestami – czyli coś, czego już dzisiaj z marszu możemy nie zaakceptować – ponieważ to wszystko pasuje do całości, jej stylizacji i ekspresji. Można oglądać i pomyśleć, że jakoś długo nie było żadnych dialogów i zacząć czekać, jak długo się uda utrzymać narrację bez nich – bez podejrzewania, że tak naprawdę cały film jest pozbawiony słów. Wyjątkiem są dwie plansze z obu końców filmu. To niebywałe osiągnięcie na skalę całego kina, również współczesnego. Filmowa umowność użyta do stworzenia filmowego piękna, czyli jedna z umiejętności, którą niewielu posiadło w ogóle.

To naprawdę złożony tytuł, podchodzący do trudnego tematu, jakim jest poczucie własnej wartości, własnego życia, szczęścia na najbardziej esencjonalnym poziomie – wszystko to przy użyciu obrazu: aktorów, jazd kamery, scenografii, muzyki. Tytułowy bohater ze względu na wiek przestaje się nadawać na portiera, zostaje więc zastąpiony inny pracownikiem. Mam tylko nadzieję, że fabuła nie odrzuci współczesnego widza – kult munduru jest nam raczej obcy, bohater tylko zmienia stanowisko (wg reżysera nawet na lepiej płatne), a prawdziwy ciężar konsekwencji bohater sam na siebie sprowadza poprzez udawanie, że nic się nie zmieniło – to wszystko więc jednak wymaga od widza zrozumienia i wczucia się w tamten świat. Wspomniana filmowość również wymaga wyrozumiałości – przez co bohater dowiaduje się o utracie pracy, przychodząc do niej i widząc kogoś innego wykonującego jego obowiązki. Wizualnie wszystko wytłumaczone, ale nikt tego nie kupi.

I jest jeszcze zakończenie, które w ogóle do niczego nie pasuje – było narzucone przez producentów, a raczej przekonali oni twórców, że niemiecka widownia w tamtym momencie po prostu potrzebuje pozytywnego zakończenia. Nie mówimy więc o „złych” producentach, którym tylko zysk w głowie (chociaż to właśnie było ich motywacją – więcej biletów się w końcu sprzeda), ale jednak efekt jest kuriozium na skalę historyczną. Oglądamy przejmującą opowieść o upadku człowieka, który nie potrafi żyć inaczej, a swojego własnego losu zostaje pozbawiony. Rozumiemy wszystkie strony zainteresowane w tej opowieści, oczy nam się szklą od doświadczenia tej całej filmowości, po czym dochodzimy do momentu, gdy dla bohatera nie ma już żadnego ratunku. Odmawia on tego, więc tak się kończy seans… gdyby nie plansza tekstu objaśniająca, że scenarzysta zlitował się nad bohaterem. I w ten sposób mamy jeszcze kilka minut filmu, dające nam fałszywy happy end, który zupełnie nie rozumie przyczyn upadku bohatera. Życie łamie mu nogi, w finale dostaje plasterek w kwiatki i noga już działa, a my mamy to kupić. Nie da się, ale z drugiej strony – cały ten fałsz jeszcze mocniej podkreśla mrok „właściwego” filmu. Nie wierzymy, bo dla bohatera już nie mogło być ratunku. Nawet deus ex machina i scenarzysta schodzący z nieba nie mógł tego zmienić.

Świętoszek (1925)

3/5

Adaptacja znanej sztuki z XVII wieku opowiadającej o ludziach udających szlachetnych, a w rzeczywistości zepsutych i złych. W swoim czasie wywołała skandal i miała trudności, bo za cel obrała pokazania takiego zepsucia wśród osób religijnych.

Tak samo, jak w Portierze… mam obawy, czy film na poziomie historii potrafi jeszcze zyskać dzisiejszego odbiorcę – tym razem raczej dlatego, że fabuła jest uproszczona i banalizuje podjęty temat. Każdy bohater zachowuje się w niewymagający sposób – oskarżeni przyznają się do wszystkiego od razu, a ponoć słynna scena demaskacji głównego bohatera… Jest raczej kiepska. Scenę wcześniej podejrzewał, że jest obserwowany i jego obawy były potwierdzone, dzięki czemu pilnował się i zachował pozory szlachetności, dlatego scenę później, w podobnych okolicznościach… Cóż, przyznaje się do wszystkiego i zostaje nakryty na kłamstwie. Byle tylko finał filmu mógł już nastąpić.

Formalnie to obraz zupełnie niepodobny do tego, co można by się spodziewać, będąc zaraz po seansie Portiera.... Filmowość i przemyślane ujęcia zostały zastąpione przystępnością oraz przypadkowym montażem, czyli standardem tamtych lat. Nie widzę tutaj niczego, za co mógłbym ten tytuł wyróżnić.

Miejska dziewczyna (1930)

4/5

Prostota kina. City Girl jest tak prosta, że w zasadzie składa się z trzech scen. Oczywiście, każda trwa jakieś 30 minut, to nie krótki metraż. Główną, tytułową bohaterką jest tu Kate – pracuje ona jako kelnerka w podrzędnym barze szybkiej obsługi. Tam wpada jej w oko jeden z niewielu uczesanych mężczyzn – to Lem, który ze wsi przyjechał do miasta, by w imieniu ojca sprzedać plony. Kate zawiedziona jest miastem i chce je opuścić. Wieś wydaje się idealna… tam dziewczyna przekona się, że zmiana otoczenia wcale nie wystarczy.

Kate jest jedną z nielicznych postaci damskich, które wyłamywały się schematowi kina Amerykańskiego. Otoczona praktycznie przez samych facetów, pozostaje główną postacią, która jak bardzo tylko umie, będzie sama o sobie decydować i nie poddaje się łatwo. Szczególnie wobec narzeczonego, który nie będzie wszystkim, czego ona potrzebuje. Przechodzi pewien rozwój i jej historia jest całkiem wiarygodna oraz ciekawa z punktu widzenia dramaturgicznego. Jej wątek ładnie otoczona motywem zbiorów. Miło, że podkreślono rolę natury w tej opowieści.

W sumie nie żal mi, że wersja „częściowo-udźwiękowiona” przepadła. Aktorzy grają miejscami trochę mało subtelnie, ale to kontekst kina niemego ich ratuje. Dzięki temu ten przesadny romantyzm jest strawny. Całkiem satysfakcjonujący seans.

Jest w tym filmie jedna scena, którą bardzo chcę zapamiętać. To moment, gdy dwójka głównych bohaterów wraca na farmę ojca, i biegną przez pole. Są szczęśliwi, radośni, prawdziwi. A scena jest tak idealna, jak to tylko możliwe. Coś w sposobie zachowania postaci, w tym puszczeniu się kamery wolno, w tym czarno-białym słońcu… jest w tym piękno. To chwila całkowicie wolna, również w tym znaczeniu, że od reszty filmu… jak i od bycia filmem w ogóle. To po prostu czysta, pozytywna energia, podana za pomocą języka obrazu.

A aktorka grająca Kate trzy lata po tym filmie ożeniła się i już więcej nie grała. Umarła w 1993 roku.