LAF 2018 – krótko o każdym obejrzanym tam tytule
LAF to Letnia Akademia Filmowa, festiwal filmowy mający miejsce w mieście Zwierzyniec w województwie Lubelskim. Poniżej w kilku słowach opowiadam o każdym tytule, który tam zobaczyłemn.
Ropojady ("Ropáci", 1988)
Krótki metraż. Żart, który jest czymś więcej, ale dziś jest czymś jeszcze więcej. Grupa naukowców próbuje złapać małe stworzonka, tytułowe ropojady. Czy one w ogóle istnieją? Wtedy był to manifest ekologiczny, dziś to przede wszystkim parodia wszelkiego kina typu „Blair Witch Project” i jego następców.
★★★★
Nie płacz, kiedy odjadę (2016)
Dokument o kobiecie, która napisała słowa do piosenki „Nie płacz, kiedy odjadę„. A poza tym to była… No cóż, miała syna, który zasugerował, żeby zrobić o niej dokument. Największą atrakcją tego tytułu jest jego sentymentalny urok i humor, który dotarł do starszych osób na sali i nie tylko.
★★★
Przy Planty 7/9 (2016)
Dokument o pogromie Kieleckim z 1946 roku. Planty to nazwa ulicy, gdzie zabito ponad 40 Żydów, bo poszła plotka, jakoby jeden z nich porwał polskie dziecko (czy jakoś tak). Prawdy do dziś nie odkryto, bardziej krąży kilka wersji o tamtych wydarzeniach (prowokacja rządu, Żydzi sami to zaczęli itd). Doceniam wysiłek włożony w pracę nad tym tytułem na przestrzeni lat, ale to wciąż tytuł operujący grupami, odmawiający indywidualności. Mówi o Polakach, Żydach, milicji, rządzie – nie o ludziach, jednostkach. Jest też motyw odpowiedzialności następnych pokoleń za czyny dziadków, a nawet nakłada hańbę na całe miasto. Kiepski pomysł, który podtrzyma błąd popełniony wiele lat temu. Twórcy oczywiście twierdzą, że chcą pokoju i w ogóle, ale w istocie zachęcają tylko do nienawidzenia się nawzajem, plując w twarz wszystkim ludziom, którzy żyli, żyją i żyć będą, bo w końcu każdy żyje na terenie, gdzie kiedyś była wojna lub inny konflikt. I mamy się za to nienawidzić, przepraszać a najlepiej toczyć wieczną wojnę. Szkoda, że twórcy nie mają najmniejszego pojęcia, co właściwie robią. Jako działo sztuki jest więc to produkt głęboko niemoralny, ale jako dokument jest już całkiem nieźle. Pozwala poznać ludzi, którzy przeżyli tamte wydarzenia, oraz wysłuchać ich historii. Wartościowa rzecz.
★★★★
Miłość i puste słowa (2018)
Jak ktoś z waszych znajomych będzie mieć w rodzinie osobę chorą na Alzheimera, to dajcie jej ten film. Dobrze pokazuje opiekę nad taką chorą. I w sumie tylko wtedy oglądać, bo jako film to produkcja, która jest oczywista w ciągu kilku pierwszych sekund. Choroba jest zła i smutna, opieka to wyzwanie, smutek, zło, smutek, zło. Nie ma bohaterów, nie ma historii, nie ma miłości.
★★★
Jak zostać papieżem (2017)
Krótki metraż. Słowa nie zrozumiałem, a gadali chyba po polsku.
★★
Ze mną nie zginiesz ("Loin des hommes", 2014)
Kolejny film od Dystrybutora Bomba, w którym nic się nie dzieje. Tutaj jeden chłop prowadzi drugiego przez pustynię. Idą przez półtorej godziny. Wszystko po to, by przez jakieś dwie minuty opowiedzieć o wojnie domowej w Hiszpanii czy coś takiego. Francuski Aragorn jak najbardziej na plus.
★★★
Wycinka (2017)
Krótki metraż. Aktorzy protestują przed byciem zwolnionym z Teatru Polskiego. Jednostronny krótki metraż, właściwie bez konkretów. Takie gadanie ludzi, którzy nie chcą niczego osiągnąć, zmienić, wyjaśnić. Tu chodzi tylko o obrażanie się. Typowa postawa „mi się należy„, która rodzi oburzenie. Sprawy nie znam, oceniam tylko ten tytuł, więc daję im kredyt zaufania, że jednak chcieli dobrze (tylko za cholerę nie umieli).
★★
Kapitan ("Der Hauptmann", 2017)
Na dwa tygodnie przed końcem 2 wojny światowej uciekinier przyodziewa strój kapitana, aby przeżyć. „Kapitan” trzyma w napięciu, muszę przyznać. Informacja o zbliżającym się końcu podana jest na samym początku, więc w zasadzie cały seans tylko czekamy, aż ta bomba czasowa wybuchnie bohaterowi w twarz. Bohaterowi, którego rozumiemy – a przynajmniej tak nam się tylko wydaje. Zakładałem, że chce on tylko przeżyć – w końcu ledwo uszedł z życiem w scenie otwierającej. Życie jest jednak skomplikowane, bohater będzie musiał robić różne rzeczy. W każdej kolejnej sytuacji dane nam jest do zrozumienia, że jego przykrywka wisi na włosku, a ludzie wokół grają w jego grę tylko po to, by też coś zyskać. Bohater jednak tego nie wie, on tylko idzie w zaparte, cały czas balansując na granicy przegięcia pały, robiąc coraz bardziej szalone rzeczy… A zegar tyka.
★★★★★
***INTERPRETACJA***
Złe słowo, ale chodzi o to, że w pewnym momencie pomyślałem, że ten tytuł to coś w stylu zachęcenia współczesnych do spojrzenia na ludzi, którzy nie popierali Hitlera, ale i tak do niego się przyłączyli. Zastraszenie, presja, lęk o własne życie i niekończący się obowiązek udowadniania własnej lojalności… Aż w pewnym momencie to zaczyna się podobać, to uczucie władzy. Widziałem tu coś na kształt okazania wyrozumiałości wobec szarych obywateli Niemiec sprzed 70 lat, ale potem okazało się, że główny bohater to postać historyczna i zwyczajny sadysta, który umarł w 1946 roku, do końca walcząc szczerze za Trzecią Rzeszę. Cóż.
Panny młode ("Patardzlebi", 2014)
Gruzja. Mężczyźni w więzieniu, ich żony na wolności – i obraz ich życia. Poza tym, że nic się nie dzieje, to jest całkiem ok. Poważnie, nic. Chłop siedzi w więzieniu 10 lat, pokazano z tego cztery i koniec filmu.
★★★
Listy martwego człowieka ("Pisma myortvogo cheloveka", 1986)
Poważne kino post-apo będące odpowiedzią na i głosem w sprawie ówczesnego wyścigu zbrojeń. Sugestywny wizualnie, ale tak naprawdę magluje tylko w kółko jedną myśl: żeby nie brać udział w tym wyścigu. Wolę kino, które ma w sobie więcej progresu. Wiem, że takie były plany – w końcu po apokalipsie już nic nie ma, dlatego to takie złe – ale stagnacja też może być ciekawa.
★★★★
Za kulisami ("Backstage", 2016)
Krótki metraż. Metal pali ludzi, bo pracuje w krematorium. Sympatyczna i konkretna rzecz.
★★★
Utoya (2018)
Fikcyjna rekonstrukcja strzelaniny na wyspie Utoya (wiecie, Breivik) rozegrana w czasie rzeczywistym. Faktycznie mamy na ekranie obóz namiotowy i mnóstwo ludzi – nagle padają strzały i wszyscy biegną do lasu i siedzą tam cicho przez cały film zarejestrowany na jednym ujęciu. Konstrukcja dramatyczna jest cokolwiek uboga, twórcy sięgają po marne i krótkie rzeczy – tutaj bohaterka będzie musiała wrócić do obozu, bo nie może dodzwonić się do siostry, więc będzie jej szukać. Potem spotka obcą umierającą dziewczynę gdzieś między krzakami. Za chwilę bohaterka będzie siedzieć między krzakami i gadać z obcym chłopakiem – dwoje ludzi próbujący nawzajem podnieść się na duchu. Żadne nie ma pojęcia, jak to zrobić, ale próbują. Problem więc jest taki, że ja widziałem tu głównie ubogą konstrukcję dramaturgiczną. Osoby obok mnie jednak były zaangażowane – a to dowód na to, że pomysł reżysera zadziałał. Postawił na prostotę i postawienie kamery przed tragedią, nic więcej. Odradzał pójść do kina nie będę.
★★★
Opowieści o duchach z Yotsui ("Tokaido Yotsuya kaidan", 1959)
Stary japoński film o przypadkowym zabijaniu ludzi. Trochę zabawny, ale to przede wszystkim dramat o poczuciu winy, przeciążeniu sumienia z rewelacyjnymi elementami horroru. Warto!
★★★★
Marcowe migdały (1989)
Marzec ’68 ukazany po zmianie w ’89 z perspektywy małego miasteczka na południu Polski. Absurd władz manipulującej rzeczywistością, słuchanie przez Radio Wolna Europa o tym, co się dzieje daleko w Warszawie, młodzi ludzie uczestniczą w proteście w swój mały sposób. Nic nie znaczący, znaczący jednocześnie wszystko. Sympatyczne, swojskie i atrakcyjne, chociaż nie wszystkie symbole zrozumiałem. Trzeba też znać samemu wydarzenia marca ’68. Muszę jeszcze wyróżnić muzykę, była przepiękna – szczególnie w czołówce.
★★★★★
Miłość i hazard ("Kincsem", 2017)
Tytuł o jakości wykonania filmu telewizyjnego. Kot zaklina konie, dzięki czemu właściciel chabety wygrywa wyścigi. Głównie dla miłośników szkap zamiast kotów. Inną atrakcją jest zabawa konwencją rozgrywającym się w epoce. Wyszedłem w trakcie, bo leciał w plenerze, a po 23 robi się już zbyt zimno.
★★★(?)
W czterech ścianach życia ("Insyriated", 2017)
Minimalistyczny film wojenny, którego akcja rozgrywa się w jednym mieszkaniu – z tej perspektywy oglądamy cały konflikt. Podobać się może opowiadanie o tragedii tylko poprzez kontekst, w którym umieszczone są proste i codzienne czynności. Z drugiej strony – ten tytuł to schemat. Ile razy jeszcze będę oglądać kobiety gwałcone przez złych, których jakoś wojna nie ima, chociaż też są bombardowani? Ile jeszcze będzie płakania i poddawania się emocjom jak dziecko? Ile razy niby doświadczeni wojną ludzie będą zapominać o banalnych, podstawowych rzeczach potrzebnych do przetrwania? Rutyna.
★★★
Pętla ("Ha-ru", 2017)
Najsłabszy z trójki znanych mi produkcji w konwencji dnia świstaka (Dzień świstaka > Kod nieśmiertelności > Pętla) to niezwykle udane kino akcji i środka. Mamy tu podjęcie tematu sumienia, odkupienia, wybaczenia czy honoru, a opowiedziane jest to jednak w sposób dynamiczny, widowiskowy i ekscytujący! Młody doktor przeżywa w kółko dzień, w którym umiera jego córka. Stara się ją uratować, jednak aby to zrobić, będzie musiał zrozumieć wiele oraz zadać pytanie o źródło tego zamieszania. Czemu dzień kończy się o 12:30? Są tu liczne zwroty akcji oraz wysokie tempo – seans jest zróżnicowany i nie mam do czego się przyczepić. Ten tytuł robi robotę, po prostu wciąga. Muszę jeszcze pochwalić finał – największa trudność z nim była taka, że mógł nieuwzględniać wszystkich postaci. Jedna osoba mogła zakończyć wszystko i wtedy reszta wydawałaby się zbędna w filmie. Gdy jednak dochodzi do finału, to wszyscy bohaterowie są na scenie i biorą w tym udział, wspólnie budując podniosły punkt kulminacyjny filmu. „Pętla” to też kino bardzo emocjonalne, aktorzy grają bez zahamowań, idąc do końca z krzyczeniem, płaczem czy wszelką gestykulacją. Bardzo lubią łapać innych za koszulę. Nie wszystkim widzom musi się to podobać.
★★★★
Pierwszy Polak na Marsie (2016)
Sympatyczny średni metraż o tym, co tytuł zdradza – mężczyzna w średnim wieku ma marzenia wyruszyć w drogę z jednym biletem na Marsa, a cała wioska (Polska, i to bardzo) go dopinguje. Trudno tego nie lubić, chociaż nie ma za co chwalić tak naprawdę.
★★★★
Jeszcze nie koniec ("Jusqu'à la garde", 2017)
Tytuł opowiada o przemocy w rodzinie, ale robi to delikatnymi środkami, bliski prawdziwemu życiu. Zamiast brutala i osiłka, który terroryzuje rodzinę, otrzymujemy spiralę nieporozumień oraz niewiedzy, co powinno się robić. To prowadzi do desperacji, ta do napięcia i w ten sposób oglądamy ludzi, którzy nie mogą ze sobą być, chociaż nikt nie ma nawet siniaka. To świat oglądany z perspektywy również dziecka, więc to też świat pozbawiony zrozumiałych zasad. Bohater nie może mówić określonych rzeczy konkretnym osobom, ale w zastępstwie nie wie, co powiedzieć. To tworzy nieufność, panikę. Wszystko to jest naprawdę dobrze ukazane, bez łatwych rozwiązań. „Jeszcze nie koniec” robi po prostu wrażenie tym, jak podchodzi do tematu. Mam z tym tytułem dwa problemy – postacią główną jest jednocześnie antagonista (czyli ojciec) i z rozwoju akcji jesteśmy w stanie zrozumieć to, czego on nie może, czyli w jaki sposób wywiera negatywne emocje wśród własnej rodziny. Nie ma jednak tutaj drugiej strony i poza oczywistościami (on je kocha) nie możemy zrozumieć jego zachowania, spojrzeć na wszystko z jego strony, czemu kontynuuje to, co robi pomimo efektów, jakie osiąga? Po drugie – zakończenie. Ma ono momenty właściwie wybitne, ale przy tym jest też nieco pójściem na łatwiznę. Mimo to nie mogę mu odmówić zrobienia na mnie wrażenia.
★★★★★
Płonący facet ("Burning Man", 2006)
Nagie kobiety robią pogo na pustyni, ale dokument tak naprawdę prezentuje Polaków w podróży do Nevady, USA, żeby znaleźć statystyki (nagie) do swojej Opery. I robią to przy okazji uczestniczenia w swego rodzaju święcie, które skończy się spaleniem takiej dużej figury, tytułowego Burning Mana. I tak to jest – ludzie latają wokół nago, Polacy są Polakami (w tym negatywnym sensie), nic z tego wszystkiego nie wynika, a co gorsza zaczyna wyglądać jak Big Brother z tym całym tworzeniem trójkącika między niektórymi bohaterami.
PS. W programie pisało, że trwa 50 minut, ale okazało się, że skończyło się dopiero po 90 minutach. Cała obsługa była w szoku, a reżyser był na sali i nic nie powiedział, taki z niego żartowniś. Był to pierwszy pokaz tamtego dnia i reszta tytułów zaczynała się z 40-minutowym opóźnieniem. Taka sytuacja.
★★
Blask ("Hikari", 2017)
Jestem zauroczony, chociaż możliwe, że wczytuję się w to zbyt głęboko. Tym razem Naomi Kawase opowiada o kobiecie tłumaczącej filmy dla ślepych. Tworzy audiodyskrypcję, próbując słowem mówionym odtworzyć magię obrazu. Widzę tu piękną historię o miłości do filmu. Próba przełożenia języka obrazu na język słów, niepowodzenie i prawdziwy żal ludzi, którzy stracili wzrok – bo stracili też filmy.
★★★★★
Mali bohaterowie ("Et les mistrals gagnants", 2016)
O dzieciach mających bardzo poważne choroby, ale mniej znaczy więcej. Nie słyszymy wprost, co te dzieci mają, czasem tylko usłyszymy coś o guzkach, dializach, przeszczepie… I nikt nam nie mówi, że to jest smutne, poważne, skomplikowane i wymaga poświęcenia od opiekunów. Zamiast tego oglądamy dzieci niczym z czegoś w stylu Make-A-Wish Foundation, bo życie tych pacjentów jest barwne, a ich opieka to poziom pewnie ledwo osią