King Vidor

King Vidor

03/01/2018 Opinie o filmach 3

Jeden z pierwszych wielkich reżyserów. Ponoć napisał 52 scenariusze, zanim doczekał się realizacji któregoś. Oto King Vidor.

In my opinion, the motion picture is the greatest medium of expression ever invented. It embraces all the other arts. The films that have the greatest unity, the greatest overall strength, and give the most satisfaction to the viewer, have been those in which a guiding hand was imposed in every section of the film’s many divisions. Story, casting, settings, photography, clothes, acting, should all bespeak one mind. The director owes the audience an explanation. You have to make what you’re trying to say understandable. What good is it if no one understands it? The scene doesn’t have to be real. We deal with illusion, and the job of director is to control the illusion.” – King Vidor

Wielka parada („Big Parade”, 1925)

3/5

Można sobie wyobrazić, że ta produkcja musiała kiedyś wywoływać wielkie emocje. My, żyjący dzisiaj, czuliśmy je na wielu innych tytułach, a Wielka parada nie robi nic z formułą, nic nie chce powiedzieć. Dlatego koniec końców mogę tylko docenić.

Tytułowa parada jest symbolem odrodzenia patriotyzmu, może nawet jego narodzin. Akcja filmu dzieje się na początku I wojny światowej i młodzi ludzie są zachęcani właśnie takimi atrakcjami jak w tytule, aby przyodziać mundur i ruszyć z karabinem do Europy. Wcześniej w obywatelach, jak zdaje się film sugerować, poczucie miłości do ojczyzny nie było uświadomione – ale wraz z wybuchem wojny wszyscy zaczęli się zaciągać, a kto był na to za stary, ten tylko głosił pochwałę do takiego zachowania. Oddanie ojczyźnie to szlachetność i tak dalej. A potem bohaterowie idą walczyć i to przestaje być zabawne. Nie od razu, ale jednak.

Wielka parada trwa dwie i pół godziny, a moje zainteresowanie straciła bardzo szybko. To jest niestety film, który niewiele chce powiedzieć. Praktycznie nic. Nie ma tutaj nawet śladu komentarza odnośnie do metod zachęcania młodych do walki albo sensowności jej. Wojna z kolei wygląda tak, że przez godzinę podrywają Francuzki, nie znając francuskiego albo myją podłogi i śpią w złych warunkach. Potem dopiero idą do konfrontacji z wrogiem (sam konflikt nie jest wyjaśniony, jedynie „ojczyzna jest zagrożona i należy jej bronić!”). Na polu walki z kolei typowe odkrywanie czym jest życie w poczuciu zagrożenia, może kogoś bohater straci i wróci do domu wdzięczny, że to wszystko już się skończyło. Twórcy pod każdym kątem sprawiają wrażenie, jakby tylko chcieli „zrobić film„. Nie mogę powiedzieć, czy ich obraz jest za wojną lub przeciwko niej. Cała produkcja stoi bezpiecznie pośrodku, a to nie jest dla mnie interesujące. Może dla was będzie?

Faktem jednak jest, że Wielka parada to pewne osiągnięcie. Nie z dzisiejszej perspektywy, bo tę formułę zabito już dawno temu na śmierć, ostatnio choćby w Przełęczy ocalonych ją widzieliśmy. Znamy to na pamięć. Niemniej, Wielka parada nie tylko tę formułę opowiadania historii wojennej opracowała, ale też pokazała jako jeden z pierwszych filmów nowoczesne pole walki. Nie wojnę secesyjną, jak to było w Narodzinach narodu czy inne kostiumowe starcia, ale walkę w okopach, z karabinami itd. Oczywiście wtedy to w ogóle nie przypominało współczesnego pola walki, ale całość zrealizowano w tak ponadczasowy sposób, że współczesny widz zrozumie cały obraz. To należy docenić. Są też aspekty techniczne – King Vidor reżyseruje naprawdę dobrze, aktorzy spełniają się nie gorzej. Można sobie wyobrazić, że ta produkcja musiała kiedyś wywoływać wielkie emocje. My, żyjący dzisiaj, czuliśmy je na wielu innych tytułach, a Wielka parada nie robi nic z formułą, nic nie chce powiedzieć. Dlatego koniec końców mogę tylko docenić. A polecić mogę inny tytuł: Na zachodzie bez zmian (1931). Tylko kilka lat różnicy w produkcji a impakt na mnie zostawił diametralnie różne. Polecam gorąco.

Obecnie King Vidor znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #213

Top

1. Człowiek z tłumu
2. Wielka parada
3. The Fountainhead
4. Wzgardzona
5. Do dwóch razy sztuka

Ważne daty

1894 – urodziny Kinga (Texas)

1900 – Huragan uderza w Galveston, Texas; King jest jednym z tych, co go przeżyli

1913 – pierwszy wyreżyserowany film (dokument krótkometrażowy) zatytułowany właśnie: Hurricane in Galveston (rozpoczynając tym samym jedną z najdłuższych karier reżyserskich)

1920 – założenie King Vidor Productions

1937 – trzecie małżeństwo (do jego śmierci)

1959 – King przechodzi na emeryturę, zaczyna uczyć

1980 – ostatni wyreżyserowany film (dokument krótkometrażowy)

1982 – śmierć (Kalifornia, problemy z sercem)

Wzgardzona („Stella Dallas”, 1937)

3/5

Matka robi wszystko dla swego dziecka. A Hollywood umie o tym opowiadać. Nawet wtedy, kiedy nie umie.

To jest z całą pewnością produkcja, o której będzie mi trudno pisać. Tytułowa bohaterka wzdycha do mężczyzny, który przechodzi obok jej domu każdego dnia. Maluje się i stroi, żeby przyciągnąć jego uwagę, co w końcu kończy się sukcesem. Zawierają związek małżeński, mają dziecko… Po czym na podstawie kilku błahych nieporozumień rozstają się, Stella dostaje opiekę nad dzieckiem, małą dorastającą dziewczynką, która cały czas będzie rosła…

Problemem jest właśnie ta błahość, pobieżność. Przez moment podejrzewałem, że będzie to opowieść o problemach w komunikacji międzyludzkiej, ale przeszkadza w tym, jak bardzo pobieżni są bohaterowie filmu, jak podchodzą niedbale do wszystkiego, jak szybko wyciągają wnioski, jak słabo angażują się we wszystko… Nawet nie traktują siebie nawzajem jak realne jednostki, częściej są dla siebie swoimi statusami i z tego powodu obdarzają siebie takim traktowaniem, jakim się obdarzają. Kochają żonę nie dlatego, że ją kochają, ale dlatego, że to jest ich żona. Żeby zdobyć faceta, trzeba się umalować i to wystarczy. Potem on każe jej się ubierać w konkretny sposób, ona odmawia. On wyjeżdża, a gdy wraca, to zastaje ją z dzieckiem w jednej ręce i kieliszkiem wina w drugiej. Więc się rozstają.

Żaden z bohaterów nie ponosi żadnych konsekwencji za taki sposób życia. Przez cały czas idą idealnie pośrodku – nie mają okropnego życia, ale też ich codzienność nie jest usłana różami. Nic nie zmienia się tak naprawdę w życiu bohaterów, oni też nie przechodzą żadnej transformacji (lub bardzo skromną). To prowadzi mnie do konsternacji w trakcie oglądania, bo nie wiem, jaki efekt chcą twórcy osiągnąć. Co mam wynieść z tego seansu? Tym bardziej że technicznie rzecz biorąc mamy tu fundament pod typową komedię pomyłek – mąż widzi żoną, „to nie tak jak myślisz”, perypetie, bieganie i na końcu okazuje się, że faktycznie „to nie tak, jak myślałeś” i żyją szczęśliwie. Happy end. W przypadku filmu Wzgardzona jednak uznali, że wezmą podstawę durnowatej komedii i zrobią z tego poważny dramat.

Wszystko to układa się w całość dopiero na ostatniej prostej, w epilogu. Wtedy okazuje się, że Wzgardzona tak naprawdę opowiada o miłości matki do swojego dziecka. I jak wiele może poświęcić w trosce o swoją pociechę, stawiając jej dobro ponad swoim. Robi to jednak nie poprzez robienie czegoś, tylko poprzez zaprzestanie robienia tego, co akurat robiła. Zamiast aktywności wybiera pasywność. To wszystko. Ponownie – trudno tu nawet widzieć ludzi. Matka robi tu coś dla swojej córki, jedna figura dla drugiej. Nie jeden człowiek dla drugiego, bo ten drugi człowiek coś sobą reprezentuję, nie. Tu istotny jest tylko status społeczny.

To powiedziawszy, nadal można się wzruszyć w finale. Coś więc Wzgardzona robi dobrze.

Źródło („The Fountainhead”, 1949)

3/5

Adaptacja powieści Ayn Rand pod tym samym tytułem z 1943 roku. Czytałem ją prawie 10 lat temu, wtedy to była moja ulubiona powieść.

Film pokrywa się z oryginałem na poziomie historii całkiem dobrze – w obu przypadkach mamy opowieść o architekcie, który tworzył projekty budynków wyprzedzające swoje czasy. Miał problemy ze znalezieniem klientów, akceptacji oraz środków do życia. Możecie to potraktować jako historię Mozarta czy innego archetypu geniusza*.

Kłopoty zaczynają się, gdy należy ponad 800 stron specyficznej narracji przenieść na medium filmu. Źródło jest wyjątkowe na wiele sposobów – autorka potrafi np. wprowadzić ważną postać na 150 stronie albo i 540. Innym istotnym czynnikiem jest odmienne podejście do postaci głównej – jest nim Roark, wspomniany architekt, który to jest doskonały już na początku. Nie przechodzi żadnej zmiany, z tego powodu pojawia się dosyć rzadko na kartach powieści (pozostając wciąż kluczową figurą, mającą największy impakt na rozwój wydarzeń). To sprawia, że niebywale istotne stają się losy pozostałych postaci, ich relacje z Roarkiem oraz kontrast wobec ich i jego zachowań w podobnych sytuacjach. Tutaj zawarta jest cała właściwa treść „Źródła„. Owe wątki niemal w całości wyrzucono z filmu.

Pozostało coś, co można uznać za „szkielet fabularny„, co ma bardzo dziwne tempo i nijak nie układa się w normalną historię. Wydarzenia na ekranie mają miejsce, ale dopiero pod sam koniec coś z nich wynika, mamy konflikt itd. Wcześniej są tylko bohaterowie wygłaszający bardzo ważne rzeczy, obdarte z całej naturalności, kontekstu i „aranżacji„, którą oferowała powieść. Dosłownie pierwsza linijka dialogu zapowiada kłopoty. Wciąż można zrozumieć wtedy zamysł twórców stojący za takim kształtem i konstrukcją, ale to nie umniejsza ciężaru, który osiadł na niemal wszystkich słowach w filmie. Owszem – w słowach, które słyszałem z ekranu, mogłem usłyszeć również echo tego, co czytałem w książce, ale różnica była więcej niż diametralna. Zacząłem się zastanawiać, czy film broni się jako samodzielna produkcja – i odpowiedź jest zdecydowanie negatywna. Ktoś nieznający pierwowzoru nic nie wyniesie z filmu. Dla przykładu Ayn Rand spędziła rok, pracując w biurze architektonicznym, żeby przygotować się do pracy nad powieścią – architektura w filmie już istotna nie jest. Dla fabuły istotne jest postrzeganie budynków jako dzieł sztuki, których konstrukcja nie może być byle jaka. W filmie też tego nie ma, zachowanie bohatera wobec „czystości” kompozycji jest kompletnie niezrozumiałe. W pewnym momencie fabuły Roark zaczyna się burzyć o to, że w jego projekcie ktoś wprowadza zmiany. W filmie chodzi tylko o to, że dokonał zmian i już. Jakich? Nieważne. W książce wyraźnie jest zaznaczone, że te zmiany miały podnieść koszta budowy, były niepraktyczne a biedna część społeczeństwa (dla której dany budynek powstawał) musiałaby płacić wyższy czynsz po osiedleniu się tam. Przyznacie, że to istotne szczegóły?

Do tego dochodzą jeszcze niekorzystne zmiany między książką i filmem. Od początku (Cameron traktował Roarka o wiele gorzej) do końca (postać popełniająca samobójstwo [!] w książce żyje w najlepsze). Pierwsze spotkanie Roarka i Dominique z kolei… To spotkanie to bardzo ważna scena jest. Źródło jako film jest bardzo mocno oparty na gadaniu, wyjaśnianiu swojego zachowania, inspiracji i motywacji. Powieść jest podobna, ale to też historia, w której istotny jest obraz. Bohaterowie Ayn Rand mają niesamowitą zdolność wyrażania wielu rzeczy samym swoim obliczem i zachowaniem, ale umieją również czytać twarz i zachowanie pozostałych ludzi. Wiele słów na kartkach pierwowzoru nie skupia się na tym, co bohaterowie mówią – przeważnie czytamy, jak narrator opisuje emocja na twarzy bohaterów. Dzięki temu można powiedzieć, że mamy tam „miłość od pierwszego wejrzenia”, kiedy to Roark i Dominique spoglądają tylko na siebie i to wystarczyło, żeby on włamał się do jej pokoju pod wieczór, a ona na niego czekała. Bez słów przeszli do brutalnego seksu, by następnie rozstać się na wiele miesięcy. W filmie jednak gadają o tym, akcja trwa wiele dni, a na koniec tylko całują się w policzek. Przy czym postronny widz w ogóle nie będzie tego rozumiał. Oczywiście, akcja w książce też jest niezrozumiała przy pierwszym czytaniu… Ale w ten dobry sposób. Co przez to rozumiem? Cóż…

Źródło to doskonała lektura, która na swoim drugim poziomie opowiada o życiu w świecie, w którym społeczeństwo wyżej stawia sztukę niską niż sztukę wysoką, telenowelę ponad ambitnymi produkcjami. Autorka opowiada o tym do pewnego stopnia tak przekonująco, że naprawdę przez moment zacząłem myśleć, że tak właśnie powinno być i nie ma co z tym walczyć. Każda z postaci inaczej do tego podchodzi – pomaga w tym, czerpie z tego korzyści lub wybiera pozycję z boku, pozwalając światu na bycie, takim jest. Żadne z nich nie ma zamiaru rzucać diamentów przed wieprze. Historia rozpisana jest na kilka dekad i z tych starć oraz doświadczeń niezwykle złożonych bohaterów wynikają wnioski, które Ayn Rand chce przedstawić czytelnikowi. Film z kolei przechodzi od razu do wniosków, prezentując je nagimi i niezrozumiałymi, bez możliwości samodzielnego zrozumienia ich. Książka również wielokrotnie pozwala sobie na niezrozumienie, ale w efekcie tworzy zagadki, nad którymi osobiście myślałem nawet i latami. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie Źródła dochodzi do konfrontacji ostatecznego zła i kompletnego dobra. Nie mogłem zrozumieć przy czytaniu, czemu ten moment wyglądał tak, jak wyglądał. I czemu był tylko momentem, czemu zło z dobrem spotkało się tylko raz? Niemniej, możliwe jest, by to zrozumieć.

Za scenariusz ku mojemu zdziwieniu odpowiadała sama Ayn Rand i nikt więcej, dlatego stworzyłem teorię. Mianowicie, jej wkład w film opatrzony jest jako „screenplay„, nie „screenwriter„. Możliwe więc, że jej praca była dłuższa niż 112 stron, z których ostatecznie zrobiono film. Możliwe, że napisała 200 albo i 250 stron, planując trzy- lub i czterogodzinną adaptację. W montażu jednak podjęto ostateczne decyzje i otrzymaliśmy, co otrzymaliśmy. Streszczenie książki dla czytelników, którzy nie chcą poświęcać 32 godziny (ile trwa audiobook na Amazonie) na ponowną lekturę, tylko oglądają film. Do tego on się nadaje. Tylko do tego. I nawet do tego nadaje się dosyć kiepsko…

*nie myślcie jednak, że Roark tak jak Amadeusz upijał się, balował do wariata lub robił inne rzeczy tego typu, które można zobaczyć w filmie Milosa Formana.