Jean Renoir
Ojciec zmusił go, aby miał długie włosy. Uwielbiał go Orson Welles i Charles Chaplin, zainspirował Satyajit Raya do tworzenia, sam inspirował się Stroheimem. Miał zaczął kręcić, aby zrobić ze swojej pierwszej żony aktorkę - miłość do kina trwała dłużej. Oto Jean Renoir i przegląd jego twórczości.
„A director only makes one film in his life. Then he breaks it into pieces and makes it again.” – Jean Renoir
Kolejny reżyser, o którym nie mam dużo do napisania – uwielbiam Sukę i jestem w tym osamotniony, a na reszcie jego produkcji miałem wątpliwości i wiele lat później (czyli dziś) nie pamiętam z nich wiele. Jeśli tak naprawdę w ogóle – ufam jednak sobie, że dzisiaj też bym się na nich męczył. To jest reżyser, do którego filmów podchodziłem z niechęcią. Miałem jednak plan: powtórzyć dwa filmy i kolejne dwa zobaczyć pierwszy raz. Żeby był ten Top 10 chociaż. Towarzyszy broni ostatecznie nie zobaczyłem, ale mogę to jeszcze nadrobić za rok, kiedy będę pochylał się nad latami 30.
Zobaczyłem za to kolejny raz Reguły broni, nawet dwa razy. To było na plus. Niestety seanse Boudu oraz Wycieczki na wieś przekonały mnie, że Renoir nie jest dla mnie: pierwszy wpisuje się w marny poziom satyry, jaki kojarzę z Renoirem. Dlatego też odbiłem się kiedyś od Towarzyszy…, gdzie ponoć chodzi tylko o pokazanie, że ludzie są ludźmi, a nie częściami narodów. Odkrywcze? Może. Czy wystarczy, abym uznał film za treściwy? Ani trochę. Wycieczka na wieś to z kolei wstęp do kina, które później będzie tworzył Érica Rohmer. Nie jestem fanem francuskiego kina – czy raczej jednego filmu kręconego od dekad kilkaset razy rocznie na terenie ojczyzny Asteriksa. Mam nadzieję, że jest tam gdzieś kolejna Suka (obraz mało popularny, a cholernie inteligentny), ale przekopywać się teraz nie będę. Reguły gry przynajmniej mnie pozytywnie zaskoczyło – tak głębokie, aby wystarczyło na satyrę, bawiąc przede wszystkim, zamiast wbijając przesłanie widzowi do głowy i sprzedając mu uproszczoną wizję świata, jak to zrobił w Boudu.
Przy czym nie będę mu odejmować tytułu jednego z najwspanialszych reżyserów w historii kina. Jeśli o mnie chodzi wystarczą same Reguły gry, aby to uzasadnić, ale w Boudu jak i Wycieczce… też to zaprezentował: bogactwo wyobraźni w ustawianiu kamer, zdolność do zgrania mnóstwa ruchomych elementów jednocześnie – aktorzy i kamera razem ze scenografią, wszystko żyje na ekranie. Jakie to jest przejrzyste, jak potrafi intrygować i zaskoczyć, jaka to jest przyjemność dla oka w całkowitym oderwaniu od samej treści filmu jako dzieła sztuki: każde ujęcie było samodzielnym dziełem sztuki rzemieślniczej, jakim jest reżyserowanie. Tyle jest filmów o ludziach w posiadłości, gdzie chodzą i gadają, ale mało kto robiąc je pomyślał, że można to zrobić dobrze.
Nigdy nie broniłem mojego rankingu jako merytorycznego. Jean Renoir jest w nim między drugą i trzecią setką, gdy ktoś, kto mu z całą pewnością nie dorównuje, jest wyżej od niego. Dobrze jednak, że kinomani uczą się rozmawiać o reżyserach nie poprzez sumy, jakim jest ostateczny produkt zrobiony przez wiele osób. Reżyser odpowiada za jego konkretny aspekt i przypisuje mu się zbyt wiele. Grunt, że o tym wiemy.
Obecnie Jean Renoir znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #216
Top
1. Suka
2. Reguły gry
3. Towarzysze broni
4. Wycieczka na wieś
5. Bestia ludzka
6. Południowiec
7. Zbrodnia Pana Lange
8. Toni
9. Śniadanie na trawie
10. Boudu z wód wyratowany
Ważne daty
1894 – urodziny (Paryż)
1919 – śmierć ojca
1925 – debiut pełnometrażowy
1957 – trzecie małżeństwo (będą razem do jego śmierci)
1970 – ostatni film (telewizyjny)
1979 – śmierć (Beverly Hills, atak serca)
Suka („La chienne”, 1931)
Komedia życia. Ludzie śmieją się z życia, życie śmieje się z ludzi.
Blisko 90 lat ma ta produkcja, a do dziś potrafi zaskoczyć swoją strukturą, pomysłowością czy inteligencją. U swoich podstaw jest to prosta rzecz – starszy człowiek zakochuje się w młodej dziewczynie, która jednak zakochana jest w innym – cwaniaku, który ją używa. Starszy chce dziewczynie pomóc, ona jednak zostaje przy swoim – wybiera tego, kogo kocha, nawet jeśli ten ją bije i wyzywa.
I tak to leci, jedno za drugim, aż do finału i epilogu tak przewrotnego, że pozostaje tylko jedno z dwojga: albo się zaśmiać i wzruszyć ramionami, albo też usiąść i pomyśleć. Z tym zaśmianiem się to trochę przesadziłem, bo w Suce żartów nie ma. Są za to wydarzenia, na które można spojrzeć pod pewnym kątem i dostrzec w nich komizm sytuacji. Ot, choćby mężczyzna rozstaje się z żoną, aby być z kochanką, a kochanka… Zostawia go na lodzie. Problem w tym, że dokładnie ta sama sytuacja może być tragedią – zależy jak do niej podejść, a reżyser Suki nie podchodzi do nich w ogóle. Opowiada ciąg wydarzeń, skupia się na zgodności z logiką i wydaje się, jakby nie budował komedii na żartach w liczbie mnogiej, ale tylko jednym. Finałowym, ostatnim zdaniu, czyniącym z całej Suki wielki samotny żart.
Żart, ale z czego? To jest ważne pytanie. Zdaje mi się, że najlepszą odpowiedzią jest… Żart z żartowania. Śmianie się z samego śmiania. Przyjrzyjcie się, ile osób ginie w tej historii, jak los każdej żywej osoby staje się tylko gorszy, w jakich chwilach oni cieszą się i śmieją – a co powinien ten czyn symbolizować? Świętowanie czegoś dobrego, radość życia – bohaterowie jednak cieszą się z innych powodów, a najbardziej śmieją się na sam koniec, kiedy nic innego im nie zostało, kiedy nawet chwilę wcześniej słyszymy jednego mówiącego „nie miałbym nic przeciwko również być martwym”. To historia o ludziach, którzy dostali co chcieli bez patrzenia na sprawiedliwość – i to tylko jeden z wielu sposobów na interpretację tej produkcji. Wracając do cudownej sceny otwierającej – może więc cały film funkcjonuje tak naprawdę ponad tymi kategoriami, o których tutaj piszę? Możliwe.
Jedno jest pewne – trzeba zrobić podejście samemu!
Boudu z wód wyratowany ("Boudu sauvé des eaux", 1932)
Jean Renoir jest jednym z tych ponadczasowych mistrzów kina, przy którego filmach muszę sobie przypominać: to jest stare, wtedy były inne czasy, jak na swoje czasy to na poziomie treści wtedy było coś, więc dzisiaj to też jest… czymś. Czy umie realizować ujęcia, które do dzisiaj powinny być studiowane w szkołach? Tak. Czy umie zagospodarować i wykorzystać kadr niczym najwięksi mistrzowie reżyserii? Tak. Czy na poziomie treści jego film mnie stracił w ciągu kilku minut? Tak. To, co tutaj zobaczyłem, było jak z poprzedniej generacji ludzkości, jeśli można by porównać ludzkość do konsol. Bezdomny podchodzi do policjanta i potrzebuje pomocy, żeby znaleźć psa – mundurowy karze mu wypierdalać. Na tym samym ujęciu (!!!) bezdomny odchodzi i wchodzi paniusia z klasy wyższej i rozpacza, że zgubiła pieska i psy od razu się organizują, żeby czworonoga znaleźć.
Czy możemy się dogadać, że takie rzeczy od dekad są dnem? Nie ma nic niższego niż taka „satyra”. Jedyne, na co mogę przystać, to że w 1932 roku takie rzeczy jeszcze nie były całkowicie traktowaniem widza jak idioty – chociaż nawet na to ciężko mi przystać. W 1932 roku premierę miał Nowy wspaniały świat i trzeba by serio nienawidzić kina, aby wybaczać mu taki dysonans względem literatury.
Zakres „satyry” jest kontynuowany: bezdomny skacze z mostu, bogaty leci go ratować. Zbiera się tłum wyrażający zainteresowanie tym wydarzeniem tylko z dwóch powodów: heroicznego czynu oraz faktu, że ratujący jest z „ich klasy”. Gdyby bezdomny ratował bezdomnego, to nikogo by tam nie było. Nikogo nie interesuje ratowanie życia ludzkiego. Czuć ramiona otaczające oglądającego, czuć wstrząsy, gdy próbuje przez ekran potrząsnąć widzem upewniając się jak tylko może, że ten załapał. Że dotarło.
Ogólny zamysł zarysu fabularnego mógłby się udać – bogaty próbuje „nawrócić” biednego poprzez wprowadzenie go do elity, ale biedny ma inne wartości i lekceważy sobie starania, dzięki czemu rodzi się chaos i rozgardiasz, a na końcu ich drogi się rozchodzą: biedny w szczęściu, bogaty w niezadowoleniu. Reżyser zmienia zakończenie względem sztuki, aby było jeszcze bardziej bezwzględne – w oryginale wszystko miało mieć szczęśliwy finał. Szczegóły są nawet brutalniejsze, ponieważ bezdomny nawet gwałci na ekranie służącą bodaj, tylko jest to pokazane tak, że bez Wikipedii nie ogarniecie, że tam doszło do gwałtu. Ogólnie: mająca potencjał satyra na odklejoną elitę. Wszystko to zmarnowane przez łopatologiczność, brak humoru, obraz biedoty i reszty warstw społeczeństwa, braki umiejętności narracyjnej, wolne tempo – które zresztą niewiele by zmieniło, gdyby było żwawsze, ponieważ od piątej minuty wiemy, co się wydarzy później, nie ma żadnych wydarzeń próbujących zmienić bieg historii, więc tylko czekamy do końca tego wlokącego się półtoragodzinnego filmu, aż zobaczymy spodziewamy finał. Którego nie dostajemy, bo reżyser akurat tutaj wykazał się kreatywnością, więc… Niech będzie, że plus. Mógłbym dać nawet jedną gwiazdkę wyżej, ale… Mam już dosyć. Mam wrażenie, że dawałem tę gwiazdkę więcej temu reżyserowi już co najmniej kilka razy.
Bestia ludzka („La bete humaine”, 1938)
Bezbłędny maszynista zakochuje się w kobiecie, która zamordowała swojego dziadka. Dezorientująca produkcja.
Bestia ludzka jest trudna do rozgryzienia. Kluczowe do interpretacji jest na pewno świadomość, iż całość powstawała w ramach gatunkowych realizmu poetyckiego. Stąd uproszczenia, skróty i dziwne przenośnie. W ten sposób trochę łatwiej jest oglądać wydarzenia na ekranie, kiedy wiemy, że nie trzeba tego brać na poważnie w 100%. Bohater próbuje udusić swoją ukochaną, po czym mówi, że nie wie, czemu tak zrobił. Tak po prostu ma. Najgłupsza rzecz na świecie niczym wyjęta z The Room – dopóki nie zaczniemy odbierać tego jako dosłownej metafory sabotowania związku, w którym jesteśmy. Jeśli mieliście tego typu doświadczenia w swoim życiu, to zapewne też ich nie umiecie wytłumaczyć racjonalnie.
Do tego momentu więc film jest dosyć jasny. Schody zaczynają się później, kiedy po seansie trzeba odpowiedzieć na pytanie: „Po co ten film powstał?„. Co chciał wyrazić? Cóż… W dalszej części robi się naprawdę dziwnie. Pewne rozjaśnienie przychodzi, kiedy bohater mówi „Zapomnijmy o przeszłości i zacznijmy od nowa„. Możliwe, że Bestia… jest ostrzeżeniem przed takim sposobem myślenia; pokazem, do czego ono prowadzi. Chciałbym, żeby tak było. Z drugiej strony, to równie dobrze może być produkcja wierząca, że człowiek jest za słaby na miłość, albo, że to miłość jest winna wszystkiemu, kiedy przychodzi do popełniania błędów i radzeniu sobie z ich konsekwencjami. A to już mi się średnio podoba.
Co jest prawdą? Nie mam pojęcia. Możliwe, że materiał źródłowy (książka Zoli) ma jedno przesłanie, a adaptacja Renoira drugie. Po seansie nie jestem pewien, co mogę z tym filmem zrobić. Na jednym poziomie Bestia ludzka jest o ludziach robiących masę głupich rzeczy, z których nic nie wynika. Po wejściu nieco głębiej historia zaczyna nabierać logiki, niemniej wciąż brakuje tu treści – a przynajmniej jest ona dyskusyjna i dezorientująca. Nawet nie jestem pewien, czy warto polecić Bestię… jako obraz, który należy ocenić samemu. Żeby przekonać się, jaki efekt wywrze on na was.
Reguły gry ("La règle du jeu", 1939)
Nie spodziewałem się, że polubię ten obraz – pierwszy seans był lata temu i nie zostawił na mnie większego wrażenia, a teraz… Aż obejrzałem ten film jeszcze raz. Tak dobrze się bawiłem. Czy ma on jakąś głębię? Tego nie wiem. Chyba po prostu taką, jaką ma naprawdę dobra farsa i satyra. Dziennikarka stara się przebić przez tłum mężczyzn, gdy zdaje relację z wyczynu pilota, który dokonał czegoś niezwykłego, ale gdy podstawia się mu mikrofon, to mówi: nie jestem szczęśliwy. Dlaczego? Ponieważ nie ma kobiety, dla której to zrobił. Nie przybyła na powitanie. Życie nie ma sensu.
W ten sposób wchodzimy w świat bogatych ludzi, którzy mają romanse, ale z którymi nie idą na całość i nikt o nich nie mówi, chociaż każdy wie wszystko. Wspomniana kobieta ma męża i licznych adoratorów, postrzega wszystko jako niewinną zabawę i nie jest świadoma ceny, jaką ponoszą inni, gdy ona bawi się ich uczuciami, ponieważ… Takie są tytułowe reguły gry? Tak, to trochę odbiera humanitaryzmu tym postaciom. Nie wiem, czy Renoir po „Suce” jeszcze przejmował się humanitaryzmem u swoich bohaterów, ale. Inną wadą może być fakt jasnego zarysowania porównania losów ludzi z różnych grup społecznych. Ich sytuacja jest identyczna, tylko pozycja w społeczeństwie inna, więc i rezultat ich ambarasów się różni. To rejony tej banalnej satyry, której bym się spodziewał po Renoirze.
Film trwa te dwie godziny i rozkręca się powoli, ale znajduję w tym korzyść. Niekoniecznie dlatego, że lepiej przedstawia bohaterów, ale za to świat buduje bardzo wyraźnie i wiarygodnie: świat panów i służby, licznych uczuć żyjących z każdej strony, bogatej przeszłości i relacji, jakie mają między sobą – oraz przyziemność. Niby nic się nie dzieje, chodzą i gadają, ale jednocześnie język filmowy jest budowany i gotowy, aby zaprezentować coś naprawdę wyjątkowego, prowadząc do finałowego aktu, gdzie zaczyna się zabawa.
Jak zabawniejsza ona jest dzięki temu, że wcześniej reguły gry były przestrzegane! Jak zabawniejsze to jest, gdy z sukcesem udało się ją osadzić w realiach tak wyraźnych i wiarygodnych! Zaczynają się ganiać, strzelać, denerwować, polować – a my widzimy w nich cały czas tych ludzi, których poznawaliśmy od godziny. To niemal rejony czegoś w stylu: realistycznego slapsticku. Mało jest filmów, gdzie impreza naprawdę wymyka się spod kontroli. Mało jest filmów, które zasługują, aby krzyknąć: Ta farsa musi się skończyć? A kamerdyner tylko pyta: która konkretnie ma się skończyć?
Renoir naprawdę ustanawia tutaj złoty standard reżyserii, który obowiązuje i inspiruje do dzisiaj. Jak organizuje aktorów w kadrze, bogactwo jego języka filmowego, ile rzeczy potrafi zmieścić jednocześnie na ekranie, ile się tutaj dzieje! Aż chce się obejrzeć kolejny raz, żeby wchłonąć wszystkie atrakcje wizualne tej produkcji. Aż dziw bierze po seansie, gdy się czyta, że pierwotny montaż trwał trzy godziny i wycinano kolejne minuty – obraz, który otrzymujemy, wydaje się przemyślany w każdym ujęciu. To w końcu całkiem długie ujęcia z montażem wewnętrznym, skracanie oznacza wycinanie całych scen. Nie mogę niestety napisać, aby reakcja ówczesnej Paryskiej widowni była mi zrozumiała. Nie mogę ocenić, czy Renoir miał rację komentując: „People who commit suicide do not care to do it in front of witnesses.” mając na myśli upadek wyższej klasy i jej portret na ekranie, na oczach wszystkich. Czy przedstawia ich jako autodestrukcyjną grupę? Niekoniecznie. Umie się śmiać z ludzi, którzy tak bardzo żyją dla miłości i innych ludzi, że przestają odczuwać radość z własnych osiągnięć, własnego życia. To śmiech, który powinien mieć siłę doprowadzić do przytomności, ale co ja tam wiem. Nie ze mnie się śmiał. Nie ja uznałem, że film trzeba zbanować na terenie całego kraju.
Ja się po prostu dobrze bawiłem na dobrym filmie.
Wycieczka na wieś ("Partie de campagne", 1946)
Produkcja z historią – nieukończona z powodów takich, że nie, Renoir w momencie premiery był już w Ameryce, więc wypuścili, co mieli. Dlaczego to zrobili? Nie odpowiadają. Otrzymujemy 40 minut francuskiego kina, które może funkcjonować jako wstęp do filmografii Érica Rohmera, tylko dużo lepiej wyreżyserowane – bez statycznych ujęć z dystansu trwających po 10 minut, Renoir jest dalece bardziej dynamiczny i kreatywny – oraz wejścia na ekran motywu nieszczęśliwej miłości, najgorszej przyprawy tej kinematografii, którą muszą dodawać wszędzie na siłę. Chociaż może było to wcześniej, w sumie nie robi mi to różnicy.
Fabularnie jest to film o wycieczce na wieś.
Ojciec z żoną i córką chcą odpocząć na owej wsi, gdzie dwóch typów z kreskówki (wilk u Taxa Avery’ego ślinił się mniej od nich) dzieli się: jeden weźmie żonę, drugi córkę. Porozmawiają o tym, że młode to może będzie ciąża i to znaczy odpowiedzialność, ze starą lepiej czy coś, to będzie bardzo głęboki monolog/dialog mówiony do ściany. No i ten tego. Francuskie kino, co tu można powiedzieć. Potem zrobili to milion razy co roku. Produkcja składa się z oczywistego wstępu oraz oczywistego zakończenia. Nie została nakręcona cała główna część z romansem, która mogła zawierać drogę czy emocje.
Zostanie ujęcie z huśtawką.
Najnowsze komentarze