Humoreska („Humoresque”, 1946)
Joan Crawford to skarb.
Najpierw było opowiadanie z 1919 roku – tej samej autorki, która napisała też Imitation of Life w 1933 roku. Rok później Frank Borzage ją adoptował (William Randolph Hearst produkował), tworząc swój pierwszy, ważny film, opowiadając w ten sposób o skrzypku, który poszedł na wojnę, gdzie doznał kontuzji ręki. Myśli, że już więcej nie zagra, ale kobieta mu zemdlała, podniósł ją i odkrył, że rękę ma sprawną, więc gra na skrzypcach i dzięki temu mamy happy end (jedna ze zmian względem literackiego pierwowzoru). 26 lat później zmieniło się wiele – skrzypki z czterech dolarów podrożały dwukrotnie, czas trwania rośnie niemal dwukrotnie, protagonista nie idzie na wojnę, a cała fabuła przypomina w pewnym stopniu A Star is Born. W czasach, gdy było tylko jedno.
Paula Boray poznajemy, kiedy ma tylko kilka lat i w sklepie z zabawkami deklaruje, że woli nie dostać żadnej zabawki, tylko skrzypce. Papa w niego nie wierzy – spodziewa się, że straci zainteresowanie instrumentem po paru dniach i tyle, szkoda wydawać pieniądze. Matka staje po stronie młodego i nauka się zaczyna, kontynuuje w dorosły żywot. Całość jest opowiedziana z poczuciem tego, jak naprawdę wygląda życie artysty – nie tylko trudności praktyczne stojące mu na drodze, jak bycie ciężarem dla rodziny, która go utrzymuje, albo jak to jest wybić się na tle innych. Tylko no wiecie: nie za bardzo, bo wtedy też będzie źle. Twórcy jednak opowiadają więcej: o tej wewnętrznej niepewności. O dostrzeganiu błędów, byciu na widoku i przekonaniu, że każda pomyłka została zauważona i znaczy dla widowni więcej niż dla niego. A on już sam sobie to wszystko rozdmuchuje ponad właściwy rozmiar. Każdy widz zrozumie, przez co ta postać przechodzi, aby osiągnąć szczyt. Aż zostanie zauważona przez elitarną, zamężną kobietą, graną przez Joan Crawford.
Jej występ to oddzielny temat – fakt, że nie dostała nawet nominacji, musiał być w swoim czasie prawdziwą aferą w Hollywood (cały film dostał tylko jedną nomkę – za muzykę). To jest tego rodzaju rola, którą uosabiamy z klasycznym, amerykańskim kinem. Wypełnia ona ekran i patrzymy na nią przez dużą ilość czasu, potrzebując wtedy tylko niej, gdy robi wszystko, aby spełnić wymagania roli, jaką dostała. I w mojej opinii – robi to. Rola roku. Jednak cały film ma tego więcej – potrafi znaleźć właściwe tempo tej opowieści, aby zrobić przestrzeń dla tych chwil. Nie momentów, ale całych sekwencji, gdy to udowadnia przed widzem, że jest to film o tych postaciach. Oraz o muzyce. Jest tutaj wiele sekwencji koncertowych, co jest szczególnie trudne – widownia w końcu musi być przekonana, że aktor na ekranie gra na instrumencie tak, jak gra jedna osoba na milion. To w końcu historia człowieka, który zasługuje bardziej na swoją szansę niż setki innych. I widzimy na dużym ekranie oblicze Johna Garfielda – grającego do wnętrza, wyrażającego się niemal wyłącznie poprzez muzykę – z instrumentem opartym na jego ramieniu, tylko trzymanym przez dwóch rzeczywistych muzyków. Jeden był zajęty smyczkiem, drugi palcami.
Jakkolwiek trudno to brzmi, nadal bardziej jestem zachwycony sekwencjami montażowymi – szczególnie tą na początku, gdy trwała nauka, a świat wydawał się stać w miejscu, koszta rosły. Wyglądało to jak jedno z największych osiągnięć sowieckiej szkoły montażu, gdyby tylko Vertow z Eisensteinem umieli powiedzieć coś nowego, zamiast powtarzać jedenaście razy tą samą myśl. Było aż tak dobrze. Pochłonął mnie ten obraz. Zostanie on ze mną. Wrócę kiedyś do tego niego. I polubię go pewnie jeszcze bardziej – może będę pamiętać aby zwrócić uwagę na fakt, że aktorki grające mamę i miłość protagonisty są prawie w tym samym wieku: Ruth Nelson z sierpnia ’05, Joan z marca ’06. Czy to było celowe? Intryguje mnie takie spojrzenie na tę opowieść. Nawet jeśli znowu będę potrzebował na głos zapytać: „Jak, kurwa, wejście do morza może zabić?”. Może kiedyś Timeless się ogarnie, zacznie pokazywać klasyki i tam sobie powtórzę na naprawdę dużym ekranie.
Najnowsze komentarze