Charlie Chaplin

Charlie Chaplin

22/08/2021 Opinie o filmach 1

Wyglądał jak Hitler i miał wręcz widzieć w nim swoje alternatywne życie. Był agresywny, zdradzał, pouczał swoją widownię o życiu, był sentymentalny i romantyczny w tani sposób. Pewnie nigdy nie przestanie śmieszyć ludzkości. Oto rycerz Charles Chaplin i przegląd jego twórczości.

He was a monument of the cinema, of all countries and all times” – René Clair

Chaplin był zapewne pierwszym przykładem artysty tworzącego filmy, gdzie jako reżyser nie dokładał się swoimi reżyserskimi zdolnościami do artystycznego poziomu swoich arcydzieł. Każdy kinoman przechodzi przez to odkrycie, że wielki film nie jest równy wielkości reżysera, który za niego odpowiada. Chaplin musi być w końcu wielkim reżyserem, prawda? Nawet u mnie jest w Top 10. Każdy w końcu wymieni dziesięć tytułów, które zrobił – a większość tworzy kanon klasyki kinowej, jeśli w ogóle uznajemy, że coś takiego istnieje (ja nie, ale to inny temat). Sam zresztą nie bardzo o tym myślałem, dopóki nie trafiłem na cytat Roberta Aldricha – i nawet wtedy najpierw traktowałem go jak typowy komentarz, jaki istnieje wśród artystów. Bergman nie lubił wielu reżyserów i w drugą stronę, ale Aldrich jednak był na właściwym tropie – czytając chociażby o powstawaniu Hrabiny…, Chaplin nie reżyserował aktorów: on pokazywał im, co mają robić. I oni to robili. Umiał więc reżyserował samego siebie, umiał dużo – od pisania, poprzez granie, produkcję i na tworzeniu muzyki kończąc – więc jakoś to sklejało się ostatecznie we wspaniały film. A od aktorów oczekiwał nie aktorstwa, ale naśladowania. Jego, tak konkretnie.

I went into the business for the money, and the art grew out of it. If people are disillusioned by that remark, I can’t help it. It’s the truth.” – Charlie Chaplin

Ciąg dalszy jest nieco brutalniejszy – Chaplin jest też pewnie pierwszym artystą, którego persona odbiegała od wizerunku, jaki powstawał w głowie widowni. Grał w końcu włóczęgę ze złotym sercem, cały czas tworzył te małe okruchy uśmiechu, dzięki którym najbiedniejsi mieli w swoim życiu cokolwiek ponad rutynę i walkę, byle tylko nie wylądować na ulicy. Jego monolog z Dyktatora istnieje poza kulturą kinową, ten człowiek musi być słodki i niewinny… Gdy to piszę, to chyba mniej osób byłoby zszokowane prawdą – raczej już zakładamy, że każdy w tym biznesie jest predatorem. Wszyscy jednak gdzieś zaczynaliśmy – i osobiście pamiętam życie w przekonaniu, że ekran w jakimś stopniu mówi prawdę. Było dla mnie szokiem czytanie o prawdziwym Chaplinie. Był agresywny i trudny we współpracy – bił chociażby aktorkę grającą Teresę tak długo, aż ta zapłakała (na potrzeby Świateł rampy) tak, jak tego oczekiwał. Marlon Brando szczególnie był poirytowany tym, jak Chaplin traktował publicznie własne dzieci na planie Hrabiny… Niby człowieka osobiście się nie poznało, zresztą już od dawna nie żyje, a jednak była potrzeba uzasadnić to wszystko, jakkolwiek usprawiedliwić: alkoholizmem ojca, matką oddaną do wariatów, dorastaniem w skrajnej biedzie, pokręconym drzewku genealogicznym (brat z innego ojca itd.), ale pewnie i te czasy minęły. Był jaki był, a jego filmy to oddzielna kwestia. A dla innych nie. I tyle.

He’s the greatest actor in the world but he doesn’t know how to direct.” – Robert Aldrich

Ale no, bicie kobiet trwa chwilę. Małżeństwo trwa kilka lat. Słaby film trwa półtorej godziny. A wielkość Chaplina nadal pozostaje wielka i wieczna. Zakończę więc tylko wymienieniem tych momentów wielkości: scena, gdy urzędnik chce odebrać Brzdąca od włóczęgi (sztandarowy kinowy łamacz serc), ujęcie z Gorączki złota z kolejkę ludzi idących na szczyt – plus z tego samego filmu scena celebracji, że dziewczyna zgodziła się pójść na randkę z włóczęgą; chodzenie po linie w Cyrku – plus zakończenie, prawdopodobnie najlepszy finał w historii kinematografii (przez 70 minut, jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię; ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat), mecz bokserski w City Lights (a końcowe ujęcie z kwiaciarką kupiłem nawet jako plakat), bicie nazistów patelnią w łeb w Dyktatorze, genialny zwrot akcji z 30 minuty w Panu Verdoux, Teresa wołająca: „Calvero, I can walk!” (plus, ponownie, zwieńczenie) w Limelights. Jestem kinomanem od dwóch dekad i jeszcze nie słyszałem, żeby opinia świata zmieniła się wobec tych momentów. Może dlatego, że nigdy ich nie widzieli na oczy. Ani nikt nikomu nie powiedział, co mają o nich myśleć bez oglądania. Ale to już inny temat.

Chaplin. Jeden z pierwszych pięciu geniuszy kina. Na zawsze. Nawet jeśli nie jako reżyser.

Nieroby ("Idle Class", 1921)

Ocena 4 z 5

Jeden z najśmieszniejszych krótkich metraży Chaplina – gra tutaj podwójną rolę: snoba z wyższych sfer oraz włóczęgę. Ten pierwszy ma genialny skecz z najkrótszym mężczyzną na świecie pozbawionym spodni, drugi gra w golfa bez piłeczki. Tyle lat oglądam tę grę na ekranie, a tylko Chaplin odkrył, że podczas uderzania piłeczki golfowej ta może kogoś trafić. I w tym można znaleźć komedię. Pierwsza połowa na polu golfowym jest cudowna, z wściekłymi graczami witającymi się po koreańsku (od kopniaka w pośladki). Najbardziej do mnie przemawia jednak wymowa całości: Chaplin gra przede wszystkim włóczęgę o dużym sercu, od którego wszyscy się ostatecznie odwracają, więc ten odchodzi w stronę zachodzącego słońca, ku kolejnej przygodzie… Najpierw sprzedając komuś kopa w dupę, ale no. Tramp w krótkich metrażach był przede wszystkim dupkiem, tutaj jednak z sukcesem połączono go z tym drugim wcieleniem, tym od dużego serca.

Brzadąc ("The Kid", 1921)

Ocena 5 z 5

Charlie Chaplin wchodzi na rynek pełnych metraży, kręcąc film, który ledwie nawet trwa godzinę (spokojnie można też oglądać wersję trwającą 50 minut, bo to efekt puszczania filmu z prędkością współczesną – 24 FPS – zamiast ówczesnej – 17 FPS). Mamy tu opowieść o flagowym bohaterze Chaplina – włóczędze o złotym sercu, który znajduje dziecko na ulicy i je przygarnia, a następni opiekuje się nim przez wiele lat. Tę produkcję tworzą szczegóły – to, iż włóczęga nie przygarnia niemowlaka bezwarunkowo, tylko stara się go pozbyć. Z kolei sama chęć pozbycia się małego nie świadczy o nim źle! I tak dalej. Ten film to droga, na której znajduje się moment akceptacji, moment walki i moment nagrody za to wszystko. A ten nie przychodzi od razu. Trzeba na niego zasłużyć i to po wielu latach. Chaplin niby jest pamiętany za komedię i trochę jej w Brzdącu jest, ale jednak gdy dziś oglądam ten film, to ja tu widzę głównie melodramat. Scena, gdy urzędnik chce odebrać tytułową postać od włóczęgi to sztandarowy kinowy łamacz serc, ale podobne wzruszenie i ekspresja przewija się przez cały tytuł. Rzewne kino, zaprawdę. Warto było wrócić. Ciepłe i uczciwe doświadczenia.

Paryżanka ("A Woman of Paris", 1923)

Ocena 3 z 5

Chaplin pozbawiony slapsticku decyduje się kręcić, jak jego bohaterowie rozmawiają. I poucza. Nawet na początku dał planszę zapewniającą, że to jego film, chociaż to dramat i nie pojawia się na ekranie (jest teoria, że jednak się pojawia jako bagażowy). Fabularnie jest to rzecz o kobiecie próbującej szczęścia w bogatym życiu, która odkrywa, że lepiej jest żyć na wsi i pomagać, „cieszyć się życiem”, żyć dla innych. Ubliżająco uproszczone życie faktycznie prostych ludzi i ich prostego życia, ale Chaplin później będzie pouczać jeszcze bardziej.

W swojej opowieści nie może ganiać swoich bohaterów, więc oni rozmawiają. Mają dialogi. W kinie niemym. Poważna wymowa stoi na fundamencie zbudowanym z uproszczeń, stereotypów i banałów. Jest jakaś szansa, że w swoim czasie ta historia mogła łamać stereotypy i obyczajowość, pokazując bogatych nie jako lepszych czy idealnych – piją, oglądając striptiz, są puści. Nawet wtedy jednak powstawały filmy, które miały głębię. Cholera, Chaplin też takie robił przecież.

Efekt głównie nuży. Potem powstaną lepsze krytyki wyższych klas, Paryżanka pozostanie w pamięci zakończeniem. Zepsutym przez pouczenie reżysera, ale same finałowe sceny są świetne. Bohaterka żyje swoim życiem, beztroskim i pachnącym wsią, gdy mija ich samochód z bogatymi ludźmi. Jeden wspomina protagonistkę nieświadomy, że właśnie ją mija – i pyta, co się z nią stało. Jego towarzysz wzrusza ramionami. The End. To zakończenie pięknie pokazuje coś kompletnie sprzecznego z przesłaniem: PRZESTAŃ ŻYĆ DLA INNYCH, ZACZNIJ ŻYĆ DLA SIEBIE. Inni o tobie zapomną, a ty możesz spędzić swoje życie w szczęściu. Jak tylko przestaniesz próbować spełnić czyjeś wymagania. Chaplin nie rozumie nawet takich prostych rzeczy. Dobrze, że tak rzadko pouczał na ekranie.

Gorączka złota ("Gold Rush", 1925)

Ocena 5 z 5

Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to, czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Jego bohater tak jak miliony innych w tamtych czasach próbuje szczęścia i wyrusza w góry, by znaleźć żyłę złota. Zamiast tego grzęźnie na wysokości w marnej chacie i musi jeść własny but, by nie zwariować z głodu. Potem ta historia obiera nagły zwrot i zaczyna kręcić się wokół prostego motywu romansu między miernotą i dziewczyną z wysokiej klasy, ale koniec końców Chaplin łączy to wszystko w całość więcej niż zgrabnie. Nie ujął mnie tym razem szczególnie swoimi gagami, chociaż niektóre są iście kultowe (jak choćby celebracja tego, że dziewczyna zgodziła się na randkę z nim – następujące wtedy zachowanie naszego Włóczęgi jest ponadczasowe i uniwersalne!). Doceniam za to strasznie serce tej produkcji i opowiedzenie historii, która sprawi przyjemność. Radzenie sobie z przeciwnościami losu, zrozumienie dla tego, co ludzie przeżywają na co dzień w tamtych czasach, i znalezienie w tym humoru. Nawet na krótką chwilę. Oraz danie nadziei, że się uda.

Charlie Chaplin

Obecnie Charlie Chaplin znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #9

Top

1. Cyrk
2. Światła wielkiego miasta
3. Światła rampy
4. Dyktator
5. Gorączka złota
6. Pan Verdoux
7. Brzdąc
8. Pieskie życie
9. Włóczęga
10. Spokojna ulica
11. Nieroby
12. Dzień zapłaty
13. Charlie ucieka
14. Imigrant
15. Paryżanka
16. Charlie żołnierzem
17. Jak się kręci filmy
18. Król w Nowym Jorku
19. Dzień zabawy
20. Idylla na wsi
21. Hrabina z Hongkongu
22. Charlie na ślizgawce
23. Charlie na kuracji
24. Gorączka wiosenna
25. Pani Charlie
26. Lichwiarz

Ważne daty

1889 – urodziny Charlesa (Londyn)

1898 – mama trafia do zakładu zamkniętego, będzie z niego wychodzić i wracać aż do 1905, kiedy zostanie tam na stałe do śmierci w 1928 roku; wcześniej przekonała Charlesa, że ten ma talent

1901 – urodziny pierwszej żony, śmierć taty

1905 – Charles gra na West End

1906 – Charles dołącza do trupy teatralnej i tworzy własną burleskę razem z bratem Sidneyem

1910 – przenosiny do USA

1913 – Charles zarabia 150 dolarów tygodniowo, rok później zatrudni się w nowej wytwórni za 1250$ tygodniowo (plus 10k za angaż)

1914 – Charles pierwszy raz reżyseruje i występuje przed kamerą, jego szefem jest Mack Sennett, tworzy postać Trampa; reżyseruje pod warunkiem opłacenia kary (w wysokości 10 tygodniówek), jeśli finansowo się nie zwróci; Henri Désiré Landru zabija pierwszą ofiarę

1915 – nowa praca, gromadzenie wokół siebie ekipy, z którą będzie ponownie pracować przy następnych produkcjach, zwolnienie tempa i postawienie na jakość; powstaje komiks o Chaplinie, piosenki, upominki nawiązujące do jego i Trampa persony, czytelnicy w brytyjskim piśmie wybierają go na największego angielskiego aktora: Chaplin staje się gwiazdą

1918 – pierwsze małżeństwo i potomek (rozwód w 1921), Charles zarabia już 150 tysięcy dolarów za film; w związku z popularnymi naśladowaniami stylu jego Trampa idzie do sądu i wygrywa, wizerunek włóczęgi jest jego własnością intelektualną – później ten precedens będzie istotny dla historii prawa USA

1919 – założenie United Artist razem z Pickford czt Griffithem

1922 – umiera seryjny morderca Henri Désiré Landru z powodu wymierzanie kary śmierci (w postaci gilotyny), Orson Welles później będzie chciał zrobić jego biografię z Chaplinem w roli głównej; Chaplin wyobrazi sobie w tym komedię i kupi pomysł od pana Wellesa, zrobi film w 1947 roku

1924 – drugie małżeństwo i kolejne dwoje dzieci (rozwód w 1927, ponoć byli inspiracją dla Nabokova przy pisaniu Lolity)

1925 – urodziny czwartej żony, Charles staje się pierwszym aktorem na okładce magazynu Time

1943 – czwarte małżeństwo i kolejne ośmioro dzieci (będą razem do jego śmierci), wcześniej skandal publiczny (mając ponad 50 lat wchodzi w związek z ledwo pełnoletnią kobietą) zaraz po tym, jak, jak przegrał w sądzie oskarżenie o bycie ojcem czyichś dzieci (kolejna kobieta w życiu Chaplina, która wyląduje w zakładzie zamkniętym); Chaplin jest na świeczniku CIA i Hoovera

1949 – George Orwell pisze list do IRD (Departamentu Propagandy wobec Zimnej Wojny) współpracującej z CIA, w którym wymienia Chaplina jako ukrytego komunistę; odtajnienie listu nastąpi w 2003 roku, a listę krypto-komunistów Orwell tworzył przez wiele lat (wcześniej był na niej obecny Upton Sinclair, autor pierwowzoru Aż poleje się krew, John Steinbeck czy Orson Welles). Cóż, Orwell w sumie dał jasno znać, że nie lubi komunistów i faszystów.

1952 – Charles dostaje list od FBI, że jeślil wróci do Stanów, to zostanie aresztowany. Wróci dwie dekady później, aby odebrać honorowego Oscara.

1962 – urodziny ostatniego syna Chalesa: Krzysztofa

1967 – ostatni film w karierze, tak reżyserskiej jak i aktorskiej

1975 – Charles przyjmuje honory mianowania na rycerza z ręki Elżbiety II; jest za słaby, by klęknąć i jest mianowany będąc na wózku siedzącym

1977 – śmierć Charlesa (Szwajcaria), zostawia wdowie majątek warty 100 milionów

1978 – kradzież ciała z grobu w marcu, odnaleziono w maju

2017 – w Chełmży koło Torunia przy sklepie postawiono jedyny w Polsce pomnik Chaplina, odwzorowujący scenę z Brzdąca (data nie jest potwierdzona, ale nic więcej nie znalazłem)

2021 – jego Smile, czyli motyw muzyczny do Modern Times ze słowami dodanymi przez osoby trzecie w 1950s, został użyty w trzech różnych produkcjach tylko w tym roku

Cyrk (1928)

Ocena 5 z 5

Właściciel tytułowego przybytku ma kłopoty – klauni których zatrudnia, nie umieją już rozśmieszyć widowni, brakuje im energii. Na ratunek przybywa legendarny tramp, który akurat przebiegał obok, uciekając przed policjantem, i rozśmieszył wszystkich. Przede wszystkim dzięki temu, że nie miał bladego pojęcia o tym, co się wokół dzieje. I w ten sposób znajduje nasz bohater pracę…

Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w City Lights, ale jednak to tutaj są one najlepsze. Pierwsza ucieczka przed policjantem, motyw z gabinetem luster i figurami, uczenie się różnych sztuk wraz z resztą klaunów, scena z lwem, końcowe chodzenia na linie… To jedna z najlepszych komedii, jakie w życiu widziałem, kropka. Nieprawdopodobna dawka świeżości, energii i pomysłowości – co widać szczególnie dziś.

Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem. Szczególnie ze względu na kontrast – nie ma tu nawet jednego mocnego wydarzenia, nikt nie umiera ani nie jest choćby ranny. Wielokrotnie o tym pisałem – przez 70 minut, jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie – ono zmienia wszystko. I gdy oglądam to ponownie, miejscami zastanawiam się, jak kiedyś mogłem to brać za 100%-ową komedię? Dosłownie pierwsza scena, w której właściciel cyrku po występie krzyczy na córkę za to, że popełniła błąd podczas akrobacji, więc teraz nie zje nic na kolację… A następnie łapie ją za pysk i rzuca na podłogę. W tym po prostu nie ma żartu. Czysty dramat. Jak mogłem tego nie widzieć za pierwszym razem?

Cyrk to film, który najlepiej wypełnił główny motyw sztuki Chaplina, czyli: „Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka„.

Światła wielkiego miasta ("City LIghts", 1931)

Ocena 5 z 5

Komediowe złoto.

Włóczęga Charlie tym razem napotyka na swojej drodze: niewidomą kwiaciarkę, która bierze go za dżentelmena, oraz milionera, który pod wpływem alkoholu chciał się zabić. Ratuje mu życie, poprawia humor, zostają przyjaciółmi… Do czasu, aż nadchodzi poranek, procenty wyparowują z organizmu, i milioner niczego nie pamięta. Chaplin łączy te dwie historie w jeden film, w rozkroku między pełną fabułą i zbiorem gagów, między dramatem i komedią, przesadnym optymizmem i twardą rzeczywistością, kiczowatymi tekstami i pięknem romantyzmu. Kradzież kończy się pobytem w więzieniu, operacja wzroku zakończy znajomość, kiedy okaże się, że milioner nosi podarty garnitur z dziurą w spodniach, i nikt nie liczy na to, że będzie inaczej. Dobre uczynki pozostają niezauważone, pewni ludzi nigdy nie zmienią swojego podejścia po tym, jak już wyrobili sobie zdanie pierwszym wrażeniem. Wielki kryzys też da tu o sobie znać.

A obok tego wszystkiego – czyste komediowe złoto. Kaskaderskie perełki, zbiorowe majstersztyki z udziałem kilku postaci poruszających się jednocześnie, bez jednej pomyłki, wszystko z mnóstwem pasji i pomysłów. Jeśli chcecie mieć dobre zdanie nt slapsticku, obejrzyjcie dowolny gag z tego filmu, jest ich tu na pęczki. Część luźna, część wynikająca z historii, wszystkie śmieszne jak diabli i wzbudzająca respekt, w ten czy inny sposób. Granie hymnu z włóczęgą nadzianym na miecz, starającym się zachowywać poważnie. Samobójstwo. Bójki w restauracji. Sprzątanie po słoniu. Pojedynek bokserski, jedna z najlepszych scen w historii – można ją oglądać wielokrotnie, nawet dla warsztatu, by podziwiać szczegóły (zachowanie tłumu poza ringiem). Takie momenty wyliczać można długo, a film trwa tylko półtorej godziny. Dobrze wykorzystany czas!

Był to mój trzeci seans tego filmu. Za pierwszym razem – byłem zachwycony. Za drugim razem film okazał się nieco prostszy, niż go pamiętałem, zachwyt zmalał. Dzisiaj dostrzegam jego wady i je akceptuję, w spokoju zachwycając się tym, co tu jest pozytywne. Jeden z moich ulubionych, chociaż nie powiem, by był z samej czołówki. Chciałbym, by był to obraz nieco bardziej złożony, choćby poprzez rozwinięcie postaci pijanego milionera. Taka prywatna uwaga. Film sam w sobie jest wspaniały.

Dzisiejsze czasy (1936)

Ocena 5 z 5

Chaplin w erze kina dźwiękowego ostatni raz próbuje nakręcić kino nieme, i to w zasadzie jest najczęstszy żart w tym filmie. Jak stara się, by wyglądało na dźwiękowe, ale bez wydawania głosu. Jest oczywiście slapstick i zwykłe gagi, ale dzięki owemu kontekstowi ten film tak śmieszy. Jak na końcu szef pyta się Charliego, czy umie śpiewać – jego mina mówi wszystko. A gdy w końcu mówi, odmawia użycia słów. I tak dalej, o tym jest ten film. Oczywiście jest tu luźna fabuła i różne małe dramaty w stylu człowieka, który woli być za kratkami niż na wolności, ale jednak ten film nie porusza ani nie śmieszy tak bardzo jak pozostałe filmy Chaplina.

Chociaż całość jest bardzo urocza i pozytywna. Reżysersko z kolei naprawdę imponująco, dużo skomplikowanych scen zbiorowych. Plus naprawdę pomysłowe gagi z użyciem maszyn.

Dyktator ("The Great Dictator", 1940)

Ocena 5 z 5

Chaplin już wiele lat wcześniej był porównywany do Hitlera, ale głównie z wyglądu. On sam jednak widział o wiele więcej wspólnego – miał wręcz widzieć w nim swoje alternatywne życie i jak niewiele mogłoby brakować, żeby tak właśnie się stało. Obaj urodzili się niemal tego samego dnia (Chaplin 16 kwietnia 1889 roku, Hitler 20 kwietnia 1889 roku), pochodzili z biedy i stali się sławni. Dyktatora zaczął kręcić kilka dni po inwazji na Polskę, nie mając pojęcia o zbrodniach, które dopiero wypłyną na światło dzienne wiele lat później. W tamtym momencie widział tylko szaleńca z manią wielkości oraz nienawiścią do innych, który ma wspólników oraz wsparcie tłumów – co postanowił ośmieszyć i połączyć z apelem o humanitaryzm w tej opowieści o dyktatorze fikcyjnego kraju, który tępi Żydów, co odbija się na życiu zwykłych ludzi nie biorących udziału w niczym poza życiem: praca, zajmowanie się domem, szukanie miłości.

Skrypt pisał sam reżyser i widać po nim komediowy rodowód – duża część seansu nie ma związku z historią czy jakikolwiek jej rozwojem, to po prostu skecze znajdujące masę humoru w czymś, co dla innych byłoby ciężkie do wyobrażenia sobie jako coś innego, niż: „Przerażające”. Łapanka na ulicy? Gestapo dostaje patelnią w łeb. Porywają cię z domu? Oblewasz ich farbą. Wieszają cię na latarni? Akurat przyjeżdża szef i wszyscy źli salutują, a ty śmiesznie upadasz na chodnik. Ciężko w tym widzieć po prostu gagi i nie reagować inaczej niż: „Ja pierdolę, tego właśnie ludzkość potrzebowała”. Zaskakujące, ze akurat Chaplin potrafił przypomnieć o tym, że nie wolno się poddawać i należy walczyć ze złem – właśnie w taki sposób. Wiadomo, że takie zachowanie źle by się skończyło na wiele sposobów – jeden żołnierz zaatakowany patelnią i za godzinę cała dzielnica zgwałcona na śmierć, a kto przeżył, to wywieźli do obozu. Niemniej, idea przydatna. Chyba.

Realizacyjnie – niekoniecznie dzięki reżyserskim umiejętnościom Chaplina – Dyktator robi ogromne wrażenie od samego początku i scen batalistycznych mających miejsce w trakcie Wielkiej Wojny. Kolejne sceny zaskakują kreatywnością i wywołują potok myśli: „Jak to zostało zrobione?”. To pierwszy film tego twórcy, który wykorzystuje dźwięk, co zdecydowanie wzbogaca seans: ciepły i spokojny wokal Chaplina, brytyjska maniera, humor w dialogach… Pamiętając przegadaną Paryżankę oraz fakt, że tylko nieliczne momenty wielkości Chaplina miały związek ze słowem pisanym (jak finał City Light, który nawet mam na ścianie), tutaj jestem zaskoczony polotem Dyktatora w doborze słów i ile one wydobywają z każdej sceny. Można się przyczepić do paru rzeczy tu i tam: stoickości bycia zesłanym do obozu koncentracyjnego, portretem kobiety i jej urody czy ogólnie Chaplina będącego Chaplinem (poza kamerą), ale nie były to rzeczy, które wywierały większy wpływ na sam seans.

Dyktator jest częścią historii ludzkości i wykracza poza bycie filmem czy dziełem sztuki. Ma nawet tego świadomość. Świat widział, co się zapowiada – to nie wzięło się znikąd. Twórcy zamiast straszyć i gdybać wybierają przypominanie, co ma finał w słynnym monologu zamykającym film, który działa zupełnie oddzielnie od samej fabuły. Postaci przestają być postaciami, to Chaplin mówi do widowni nie na trybunach, ale w salach kinowych. I nigdy nie byłem fanem treści tej przemowy: mówi o uczuciach, przekreśla myślenie. Idealizuje w naiwny sposób, mówi o pokoju i zachęca do zniszczenia (zła) bez definiowania czegokolwiek. To słowa człowieka, który dużo chce i chce dobrze, ale brakuje mu do tego fundamentów – puste słowa skierowane do ludzi, którzy mogą w nich odczytać to, czego pragną. Brak proponowanych rozwiązań albo rozwiązania tymczasowe i mocno dziecinne – apel do żołnierzy, by sprzeciwili się rozkazom? Brzmi uroczo. Niemniej: rozumiem. Taki film jak Dyktator musiał się skończyć apelem do ludzkości. Tak samo jak to, że musiał być zrobiony w wersji dźwiękowej.

Pan Verdoux (1947)

Ocena 5 z 5

Bodaj na początku 2008 roku odkryłem w wypożyczalni wszystkie filmy Chaplina (poza ostatnim) i obejrzałem je właściwie naraz. Wielu z nich pewnie bym nie zobaczył, Monsieur Verdoux jest jednym z nich – mało kto wspomina go i wymienia razem z City Light. Tytuł ten należy do późniejszego etapu twórczości pana Chaplina, w których już nie wyglądał jak tramp Charlie, a komedii w jego opowieści było bardzo mało. Miło, że tak znikąd pojawiła się okazja, bym mógł powtórzyć taki film.

Tym bardziej że bardzo niewyraźnie go zapamiętałem. Tylko ogólny wyraz i jedną scenę (jak weszli na górę i Henri zobaczył księżyc). Mogłem czuć się, jakbym oglądał to pierwszy raz, dzięki czemu bardzo zaskoczył mnie zwrot akcji w 30 minucie. Jest oczywiście wymieniony w pierwszych słowach opisu, ale ich nie czytam przecież. I wam też nie radzę. Jest to opowieść o człowieku, na którym bardzo odcisnęło się piętno Czarnego Czwartku, a teraz, kilka lat potem, żyje z uwodzenia starszych, średniozamożnych kobiet i zabijania ich – po czym znika.

Całość jest śmiesznie skomponowana, niby nic się nie dzieje, a tak naprawdę wszystko ma jakieś znaczenie i układa się w całość, choć brakuje tu niby fabuły. Jest postać główna i wydarzenia kręcące się wokół niej w pewnym okresie czasu, tylko tyle. Poza tym bardzo spodobał mi się humor – to dramat, bardzo mocny i miejscami melodramatyczny, ale każdy żart tu działa, nie ma nic niestosownego. Nie ma też odwracania uwagi od głównego tematu. Wszystko tu jest naturalne, a żart przychodzi przy okazji, jakby stwierdzili: „Hej, jak tu sprawimy, że widz się uśmiechnie, to niczego nie zepsujemy”. I zawsze mieli rację.

Ale to na postaci głównej chcę się skupić. Z prostego powodu – to prawdopodobnie najlepsza postać filmowa w historii. Powstała z pomysłu Orsona Wellesa i trzeba było kogoś tak wielkiego jak Chaplin, by go odegrać. To istny kameleon, który pasował i znalazł sporo wolności w tej roli, wykorzystał ją. Verdoux to przede wszystkim osoba o wielkiej klasie, w sposobie wyrażania się, w manierach, w sposobie bycia. Poza tym utalentowany manipulator i improwizator, bardzo wyrachowany i zdyscyplinowany, ale to tylko pierwsze wrażenie. Bo potem przychodzi jego historia. Świadomość, że jest się złym i coś na kształt pogodzenia się z tym. Przychodzi ten genialny zwrot akcji w 30 minucie, dodając postaci bardzo dużo głębi, od tamtej pory można już tylko patrzeć na niego i zastanawiać się, co siedzi w jego głowie? A potem jest jeszcze to zakończenie.

Podejrzewam, że parę osób pogniewa się, gdy je zobaczy – z tego powodu Chaplin zresztą miał problemy z produkcją. Miał on ciekawy punkt wyjścia, ale nie wyszedł ze swoimi zbyt daleko, nawet pojawi się kilka zdań w stylu „dobro nie może istnieć bez zła” itd. Ale cóż, miał obowiązek podążać wyłącznie za własnymi wnioskami. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości zrobić przynajmniej kilka kroków do przodu w tej filozofii, i dostrzegł gdzie był w błędzie.
W każdym razie – dobry film!

Światła rampy ("Limelights")

Ocena 5 z 5

Początek XX wieku. Zataczający się od alkoholu starszy mężczyzna wraca do mieszkania. Na klatce czuje jednak ulatniający się gaz w lokalu na dole. Wyważa drzwi i widzi młodą kobietę leżącą na łóżku. Bierz ja na plecy, wynosi na korytarz, biegnie po lekarza. To była młoda artystka, baletnica, która miała swoje problemy i straciła grunt pod nogami. Jej wybawcą jest Calvero, słynny komik, który już od dawna nie występuje. Tez ma swoje problemy, jednak udaje mu się wyleczyć optymizm do tej młodej osoby.

A skoro piszę o filmie Chaplina, to można się domyślić, czego należy się spodziewać: sentymentalizmu, trochę taniego i naiwnego romantyzmu, sloganów o wartości życia. I po raz kolejny to działa, bo idzie ramię w ramie z resztą składnikach filmu. Bohaterowie potrzebowali to usłyszeć, to autentycznie im pomaga, i gdy o tym mówią – to właśnie mieli na myśli. Nie kłamali, nie zmyślali, niewciskanie bzdur byle tylko coś powiedzieć. Światła rampy jako całość są proste, sentymentalne i… Podstawowe? To dobre słowo?

To produkcja wysoce autobiograficzna. Akcja dzieje się w czasach, gdy Chaplin zaczynał karierę, i to zanim jeszcze trafił do filmu. Swojemu bohaterowi dał alkoholizm, na który „chory” był jego prawdziwy ojciec. Jest tu nawet scena w wykonaniu Chaplin i jego starego przyjaciela, którego zagrał Buster Keaton. Chyba pierwszy raz usłyszałem jego głos. Ponadto, w jednej ze scen Calvaro bije Teresę, gdy ta tuż przed występem straciła czucie w nogach. Przyłożył jej, by wybić paranoję z głowy, czucie wróciło i natychmiast zaczęła tańczyć. Myk polega na tym, że sam Chaplin był agresywny na planie i namiętnie terroryzował aktorkę grającą Teresę, zanim ta odegrała scenę płaczu tak, jak tego chciał.

W temat nie będę się zagłębiać. Powiem tylko, że sceny wieńczące film oraz ta, w której Teresa krzyczy: „Calvero, I can walk!” są jednymi z najlepszych w historii mojego kina.

Chaplin żegna się tu z postacią Trampa, samym sobą, swoją legendą, widzami, życiem i okresem czasu, gdy tworzył. Może w 1910 roku sam był takim człowiekiem jak Teresa, i spotkał wtedy kogoś takiego jak Calvaro. I pomyślał, że pod koniec kariery zostaje mu tylko to powtórzyć. Przyjąć na siebie rolę mentora z nadzieją, iż na widowni będzie ktoś, kto zostanie zainspirowany jak on przed blisko półwieczem.

Hrabina z Hongkongu ("A Countess From Hong", 1967)

Ocena 2 z 5

Czytałem o tym filmie. Chciałem jakoś uwierzyć w ten film, by oddać mu sprawiedliwość. To w końcu ostatni film Chaplina, co jest jedynie początkiem jego cech wyróżniających – i w każdą ciężko uwierzyć. Od poprzedniego minęło dziesięć lat i wrócił do reżyserki dla czegoś takiego? Co się stało? Okazuje się, że pomysł narodził się już na początku lat 20. Przymierzał się do realizacji od początku lat 30. Scenariusz pisał dwa lata, a osobiście dałbym mu 20 minut przed każdą sceną, on to musiał pisać z dnia na dzień. Ktoś, kto tyle lat pisał, mając jednocześnie tyle lat na karku, dałby radę zrobić lepszą robotę w więcej niż 20 minut. To jego pierwszy film w kolorze… Może po to, żeby sukienka Loren była jeszcze bardziej atrakcyjniejsza? To najdroższy film w karierze Chaplina, a większość to bieganie między trzema pokojami i żaden nawet nie wygląda, jakby znajdował się na statku. To pierwszy film Chaplina zrealizowany z udziałem gwiazd innych niż on sam i niemal każdy wydaje się źle obsadzony. I znowu Chaplin jako reżyser: on im pokazywał, co mają robić. Czyli: naśladować go. Im bardziej widział samego siebie na ekranie, tym bardziej był zadowolony. Sam prawie do tego doszedłem obserwując mimikę Loren: to była fizjonomia Trampa.

I o czym ten film jest? To komedia pomyłek, gdzie na siłę doprowadzono do tego, że zamężny chłop ma w kajucie obcą kobietę i teraz udajemy przed wszystkimi, że jej tutaj nie ma. Zero energii, zaangażowania, niespodzianek – czekamy tylko na oczywisty ciąg dalszy, do którego twórcy prowadzą o wiele zbyt wolno. Efekt jest obojętny, ale ciężko się z tym pogodzić. Ostatni film Chaplina to jest! Dlaczego go zrobił? Czemu wszystkich tak źle traktował podczas kręcenia, jak o tym wspominał chociażby Brando? W tym własne dzieci. Gdzieś tam jest wspomnienie, że film miał opowiadać o uchodźcach, miał w tym być humanitaryzm, tylko nie ma go w efekcie końcowym – postać Loren nie jest imigrantką, jest cyckami. Rezultat końcowy staje się jedynie opowieścią o zostawianiu żony, żeby związać się z nową kobietą. Oraz dwie godziny szukania okazji, aby jeszcze raz eksponować dekolt pani Loren.