Charlie Chaplin

Charlie Chaplin

22 sierpnia 2021 Opinie o filmach 0

I went into the business for the money, and the art grew out of it. If people are disillusioned by that remark, I can’t help it. It’s the truth.” – Charlie Chaplin

Nieroby ("Idle Class", 1921)

4/5

Jeden z najśmieszniejszych krótkich metraży Chaplina – gra tutaj podwójną rolę: snoba z wyższych sfer oraz włóczęgę. Ten pierwszy ma genialny skecz z najkrótszym mężczyzną na świecie pozbawionym spodni, drugi gra w golfa bez piłeczki. Tyle lat oglądam tę grę na ekranie, a tylko Chaplin odkrył, że podczas uderzania piłeczki golfowej ta może kogoś trafić. I w tym można znaleźć komedię. Pierwsza połowa na polu golfowym jest cudowna, z wściekłymi graczami witającymi się po koreańsku (od kopniaka w pośladki). Najbardziej do mnie przemawia jednak wymowa całości: Chaplin gra przede wszystkim włóczęgę o dużym sercu, od którego wszyscy się ostatecznie odwracają, więc ten odchodzi w stronę zachodzącego słońca, ku kolejnej przygodzie… Najpierw sprzedając komuś kopa w dupę, ale no. Tramp w krótkich metrażach był przede wszystkim dupkiem, tutaj jednak z sukcesem połączono go z tym drugim wcieleniem, tym od dużego serca.

Brzadąc ("The Kid", 1921)

5/5

Charlie Chaplin wchodzi na rynek pełnych metraży, kręcąc film, który ledwie nawet trwa godzinę (spokojnie można też oglądać wersję trwającą 50 minut, bo to efekt puszczania filmu z prędkością współczesną – 24 FPS – zamiast ówczesnej – 17 FPS). Mamy tu opowieść o flagowym bohaterze Chaplina – włóczędze o złotym sercu, który znajduje dziecko na ulicy i je przygarnia, a następni opiekuje się nim przez wiele lat. Tę produkcję tworzą szczegóły – to, iż włóczęga nie przygarnia niemowlaka bezwarunkowo, tylko stara się go pozbyć. Z kolei sama chęć pozbycia się małego nie świadczy o nim źle! I tak dalej. Ten film to droga, na której znajduje się moment akceptacji, moment walki i moment nagrody za to wszystko. A ten nie przychodzi od razu. Trzeba na niego zasłużyć i to po wielu latach. Chaplin niby jest pamiętany za komedię i trochę jej w Brzdącu jest, ale jednak gdy dziś oglądam ten film, to ja tu widzę głównie melodramat. Scena, gdy urzędnik chce odebrać tytułową postać od włóczęgi to sztandarowy kinowy łamacz serc, ale podobne wzruszenie i ekspresja przewija się przez cały tytuł. Rzewne kino, zaprawdę. Warto było wrócić. Ciepłe i uczciwe doświadczenia.

Gorączka złota ("Gold Rush", 1925)

5/5

Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to, czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Jego bohater tak jak miliony innych w tamtych czasach próbuje szczęścia i wyrusza w góry, by znaleźć żyłę złota. Zamiast tego grzęźnie na wysokości w marnej chacie i musi jeść własny but, by nie zwariować z głodu. Potem ta historia obiera nagły zwrot i zaczyna kręcić się wokół prostego motywu romansu między miernotą i dziewczyną z wysokiej klasy, ale koniec końców Chaplin łączy to wszystko w całość więcej niż zgrabnie. Nie ujął mnie tym razem szczególnie swoimi gagami, chociaż niektóre są iście kultowe (jak choćby celebracja tego, że dziewczyna zgodziła się na randkę z nim – następujące wtedy zachowanie naszego Włóczęgi jest ponadczasowe i uniwersalne!). Doceniam za to strasznie serce tej produkcji i opowiedzenie historii, która sprawi przyjemność. Radzenie sobie z przeciwnościami losu, zrozumienie dla tego, co ludzie przeżywają na co dzień w tamtych czasach, i znalezienie w tym humoru. Nawet na krótką chwilę. Oraz danie nadziei, że się uda.

Cyrk (1928)

5/5

Właściciel tytułowego przybytku ma kłopoty – klauni których zatrudnia, nie umieją już rozśmieszyć widowni, brakuje im energii. Na ratunek przybywa legendarny tramp, który akurat przebiegał obok, uciekając przed policjantem, i rozśmieszył wszystkich. Przede wszystkim dzięki temu, że nie miał bladego pojęcia o tym, co się wokół dzieje. I w ten sposób znajduje nasz bohater pracę…

Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w City Lights, ale jednak to tutaj są one najlepsze. Pierwsza ucieczka przed policjantem, motyw z gabinetem luster i figurami, uczenie się różnych sztuk wraz z resztą klaunów, scena z lwem, końcowe chodzenia na linie… To jedna z najlepszych komedii, jakie w życiu widziałem, kropka. Nieprawdopodobna dawka świeżości, energii i pomysłowości – co widać szczególnie dziś.

Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem. Szczególnie ze względu na kontrast – nie ma tu nawet jednego mocnego wydarzenia, nikt nie umiera ani nie jest choćby ranny. Wielokrotnie o tym pisałem – przez 70 minut, jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie – ono zmienia wszystko. I gdy oglądam to ponownie, miejscami zastanawiam się, jak kiedyś mogłem to brać za 100%-ową komedię? Dosłownie pierwsza scena, w której właściciel cyrku po występie krzyczy na córkę za to, że popełniła błąd podczas akrobacji, więc teraz nie zje nic na kolację… A następnie łapie ją za pysk i rzuca na podłogę. W tym po prostu nie ma żartu. Czysty dramat. Jak mogłem tego nie widzieć za pierwszym razem?

Cyrk to film, który najlepiej wypełnił główny motyw sztuki Chaplina, czyli: „Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka„.

Charlie Chaplin

Obecnie Charlie Chaplin znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #5

Top

1. Cyrk
2. Światła wielkiego miasta
3. Światła rampy
4. Dyktator
5. Gorączka złota
6. Pan Verdoux
7. Brzdąc
8. Pieskie życie
9. Włóczęga
10. Paryżanka
11. Spokojna ulica
12. Nieroby
13. Dzień zapłaty
14. Hrabina z Hongkongu
15. Charlie ucieka
16. Imigrant
17. Charlie żołnierzem
18. Jak się kręci filmy
19. Król w Nowym Jorku
20. Dzień zabawy
21. Idylla na wsi
22. Charlie na ślizgawce
23. Charlie na kuracji
24. Gorączka wiosenna
25. Pani Charlie
26. Lichwiarz

Ważne daty

1889 – urodziny Charlesa (Londyn)

1901 – urodziny pierwszej żony, śmierć taty

1913 – Charles zarabia 150 dolarów tygodniowo

1914 – Charles pierwszy raz reżyseruje i występuje przed kamerą

1916 – powstaje komiks o Chaplinie

1918 – pierwsze małżeństwo i potomek (rozwód w 1921), Charles zarabia już 150 tysięcy dolarów za film

1919 – założenie United Artist razem z Pickford czt Griffithem

1924 – drugie małżeństwo i kolejne dwoje dzieci (rozwód w 1927, ponoć byli inspiracją dla Nabokova przy pisaniu Lolity)

1925 – urodziny czwartej żony, Charles staje się pierwszym aktorem na okładce magazynu Time

1943 – czwarte małżeństwo i kolejne ośmioro dzieci (będą razem do jego śmierci)

1952 – Charles dostaje list od FBI, że jeślil wróci do Stanów, to zostanie aresztowany. Wróci dwie dekady później, aby odebrać honorowego Oscara.

1962 – urodziny ostatniego syna Chalesa: Krzysztofa

1967 – ostatni film w karierze, tak reżyserskiej jak i aktorskiej

1977 – śmierć Charlesa (Szwajcaria)

1978 – kradzież ciała z grobu w marcu, odnaleziono w maju

2021 – jego Smile, czyli motyw muzyczny do Modern Times ze słowami dodanymi przez osoby trzecie w 1950s, został użyty w trzech różnych produkcjach

Światła wielkiego miasta ("City LIghts", 1931)

5/5

Komediowe złoto.

Włóczęga Charlie tym razem napotyka na swojej drodze: niewidomą kwiaciarkę, która bierze go za dżentelmena, oraz milionera, który pod wpływem alkoholu chciał się zabić. Ratuje mu życie, poprawia humor, zostają przyjaciółmi… Do czasu, aż nadchodzi poranek, procenty wyparowują z organizmu, i milioner niczego nie pamięta. Chaplin łączy te dwie historie w jeden film, w rozkroku między pełną fabułą i zbiorem gagów, między dramatem i komedią, przesadnym optymizmem i twardą rzeczywistością, kiczowatymi tekstami i pięknem romantyzmu. Kradzież kończy się pobytem w więzieniu, operacja wzroku zakończy znajomość, kiedy okaże się, że milioner nosi podarty garnitur z dziurą w spodniach, i nikt nie liczy na to, że będzie inaczej. Dobre uczynki pozostają niezauważone, pewni ludzi nigdy nie zmienią swojego podejścia po tym, jak już wyrobili sobie zdanie pierwszym wrażeniem. Wielki kryzys też da tu o sobie znać.

A obok tego wszystkiego – czyste komediowe złoto. Kaskaderskie perełki, zbiorowe majstersztyki z udziałem kilku postaci poruszających się jednocześnie, bez jednej pomyłki, wszystko z mnóstwem pasji i pomysłów. Jeśli chcecie mieć dobre zdanie nt slapsticku, obejrzyjcie dowolny gag z tego filmu, jest ich tu na pęczki. Część luźna, część wynikająca z historii, wszystkie śmieszne jak diabli i wzbudzająca respekt, w ten czy inny sposób. Granie hymnu z włóczęgą nadzianym na miecz, starającym się zachowywać poważnie. Samobójstwo. Bójki w restauracji. Sprzątanie po słoniu. Pojedynek bokserski, jedna z najlepszych scen w historii – można ją oglądać wielokrotnie, nawet dla warsztatu, by podziwiać szczegóły (zachowanie tłumu poza ringiem). Takie momenty wyliczać można długo, a film trwa tylko półtorej godziny. Dobrze wykorzystany czas!

Był to mój trzeci seans tego filmu. Za pierwszym razem – byłem zachwycony. Za drugim razem film okazał się nieco prostszy, niż go pamiętałem, zachwyt zmalał. Dzisiaj dostrzegam jego wady i je akceptuję, w spokoju zachwycając się tym, co tu jest pozytywne. Jeden z moich ulubionych, chociaż nie powiem, by był z samej czołówki. Chciałbym, by był to obraz nieco bardziej złożony, choćby poprzez rozwinięcie postaci pijanego milionera. Taka prywatna uwaga. Film sam w sobie jest wspaniały.

Dzisiejsze czasy (1936)

5/5

Chaplin w erze kina dźwiękowego ostatni raz próbuje nakręcić kino nieme, i to w zasadzie jest najczęstszy żart w tym filmie. Jak stara się, by wyglądało na dźwiękowe, ale bez wydawania głosu. Jest oczywiście slapstick i zwykłe gagi, ale dzięki owemu kontekstowi ten film tak śmieszy. Jak na końcu szef pyta się Charliego, czy umie śpiewać – jego mina mówi wszystko. A gdy w końcu mówi, odmawia użycia słów. I tak dalej, o tym jest ten film. Oczywiście jest tu luźna fabuła i różne małe dramaty w stylu człowieka, który woli być za kratkami niż na wolności, ale jednak ten film nie porusza ani nie śmieszy tak bardzo jak pozostałe filmy Chaplina.

Chociaż całość jest bardzo urocza i pozytywna. Reżysersko z kolei naprawdę imponująco, dużo skomplikowanych scen zbiorowych. Plus naprawdę pomysłowe gagi z użyciem maszyn.

Pan Verdoux (1947)

5/5

Bodaj na początku 2008 roku odkryłem w wypożyczalni wszystkie filmy Chaplina (poza ostatnim) i obejrzałem je właściwie naraz. Wielu z nich pewnie bym nie zobaczył, Monsieur Verdoux jest jednym z nich – mało kto wspomina go i wymienia razem z City Light. Tytuł ten należy do późniejszego etapu twórczości pana Chaplina, w których już nie wyglądał jak tramp Charlie, a komedii w jego opowieści było bardzo mało. Miło, że tak znikąd pojawiła się okazja, bym mógł powtórzyć taki film.

Tym bardziej że bardzo niewyraźnie go zapamiętałem. Tylko ogólny wyraz i jedną scenę (jak weszli na górę i Henri zobaczył księżyc). Mogłem czuć się, jakbym oglądał to pierwszy raz, dzięki czemu bardzo zaskoczył mnie zwrot akcji w 30 minucie. Jest oczywiście wymieniony w pierwszych słowach opisu, ale ich nie czytam przecież. I wam też nie radzę. Jest to opowieść o człowieku, na którym bardzo odcisnęło się piętno Czarnego Czwartku, a teraz, kilka lat potem, żyje z uwodzenia starszych, średniozamożnych kobiet i zabijania ich – po czym znika.

Całość jest śmiesznie skomponowana, niby nic się nie dzieje, a tak naprawdę wszystko ma jakieś znaczenie i układa się w całość, choć brakuje tu niby fabuły. Jest postać główna i wydarzenia kręcące się wokół niej w pewnym okresie czasu, tylko tyle. Poza tym bardzo spodobał mi się humor – to dramat, bardzo mocny i miejscami melodramatyczny, ale każdy żart tu działa, nie ma nic niestosownego. Nie ma też odwracania uwagi od głównego tematu. Wszystko tu jest naturalne, a żart przychodzi przy okazji, jakby stwierdzili: „Hej, jak tu sprawimy, że widz się uśmiechnie, to niczego nie zepsujemy”. I zawsze mieli rację.

Ale to na postaci głównej chcę się skupić. Z prostego powodu – to prawdopodobnie najlepsza postać filmowa w historii. Powstała z pomysłu Orsona Wellesa i trzeba było kogoś tak wielkiego jak Chaplin, by go odegrać. To istny kameleon, który pasował i znalazł sporo wolności w tej roli, wykorzystał ją. Verdoux to przede wszystkim osoba o wielkiej klasie, w sposobie wyrażania się, w manierach, w sposobie bycia. Poza tym utalentowany manipulator i improwizator, bardzo wyrachowany i zdyscyplinowany, ale to tylko pierwsze wrażenie. Bo potem przychodzi jego historia. Świadomość, że jest się złym i coś na kształt pogodzenia się z tym. Przychodzi ten genialny zwrot akcji w 30 minucie, dodając postaci bardzo dużo głębi, od tamtej pory można już tylko patrzeć na niego i zastanawiać się, co siedzi w jego głowie? A potem jest jeszcze to zakończenie.

Podejrzewam, że parę osób pogniewa się, gdy je zobaczy – z tego powodu Chaplin zresztą miał problemy z produkcją. Miał on ciekawy punkt wyjścia, ale nie wyszedł ze swoimi zbyt daleko, nawet pojawi się kilka zdań w stylu „dobro nie może istnieć bez zła” itd. Ale cóż, miał obowiązek podążać wyłącznie za własnymi wnioskami. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości zrobić przynajmniej kilka kroków do przodu w tej filozofii, i dostrzegł gdzie był w błędzie.
W każdym razie – dobry film!

Światła rampy ("Limelights")

5/5

Początek XX wieku. Zataczający się od alkoholu starszy mężczyzna wraca do mieszkania. Na klatce czuje jednak ulatniający się gaz w lokalu na dole. Wyważa drzwi i widzi młodą kobietę leżącą na łóżku. Bierz ja na plecy, wynosi na korytarz, biegnie po lekarza. To była młoda artystka, baletnica, która miała swoje problemy i straciła grunt pod nogami. Jej wybawcą jest Calvero, słynny komik, który już od dawna nie występuje. Tez ma swoje problemy, jednak udaje mu się wyleczyć optymizm do tej młodej osoby.

A skoro piszę o filmie Chaplina, to można się domyślić, czego należy się spodziewać: sentymentalizmu, trochę taniego i naiwnego romantyzmu, sloganów o wartości życia. I po raz kolejny to działa, bo idzie ramię w ramie z resztą składnikach filmu. Bohaterowie potrzebowali to usłyszeć, to autentycznie im pomaga, i gdy o tym mówią – to właśnie mieli na myśli. Nie kłamali, nie zmyślali, niewciskanie bzdur byle tylko coś powiedzieć. Światła rampy jako całość są proste, sentymentalne i… Podstawowe? To dobre słowo?

To produkcja wysoce autobiograficzna. Akcja dzieje się w czasach, gdy Chaplin zaczynał karierę, i to zanim jeszcze trafił do filmu. Swojemu bohaterowi dał alkoholizm, na który „chory” był jego prawdziwy ojciec. Jest tu nawet scena w wykonaniu Chaplin i jego starego przyjaciela, którego zagrał Buster Keaton. Chyba pierwszy raz usłyszałem jego głos. Ponadto, w jednej ze scen Calvaro bije Teresę, gdy ta tuż przed występem straciła czucie w nogach. Przyłożył jej, by wybić paranoję z głowy, czucie wróciło i natychmiast zaczęła tańczyć. Myk polega na tym, że sam Chaplin był agresywny na planie i namiętnie terroryzował aktorkę grającą Teresę, zanim ta odegrała scenę płaczu tak, jak tego chciał.

W temat nie będę się zagłębiać. Powiem tylko, że sceny wieńczące film oraz ta, w której Teresa krzyczy: „Calvero, I can walk!” są jednymi z najlepszych w historii mojego kina.

Chaplin żegna się tu z postacią Trampa, samym sobą, swoją legendą, widzami, życiem i okresem czasu, gdy tworzył. Może w 1910 roku sam był takim człowiekiem jak Teresa, i spotkał wtedy kogoś takiego jak Calvaro. I pomyślał, że pod koniec kariery zostaje mu tylko to powtórzyć. Przyjąć na siebie rolę mentora z nadzieją, iż na widowni będzie ktoś, kto zostanie zainspirowany jak on przed blisko półwieczem.