Frank Borzage

Frank Borzage

27/06/2018 Opinie o filmach 0

Pracował w kopalni srebra, aby uzbierać na studia aktorskie. Zanim trafił w 1912 roku do Hollywood, był w drodze z grupą teatralną. Miał podglądać F. W. Murnau kręcącego "Wschód słońca". Oto Frank Borzage i przegląd jego twórczości. Ponoć jego nazwisko wymawia się: Bor-zej-gi.

Make the audience sentimental instead of the player. Make the audience act.” – Frank Borzage

Obecnie Frank Borzage nie znajduje się w moim rankingu reżyserów (w trakcie oglądania)

Top

1. Siódme niebo
2. Siódme przykazanie
3. Anioł ulicy
4. Zła dziewczyna
5. Moonrise
6. Śmiertelna zawierucha
7. Historia jednej nocy
8. Co teraz, mały człowieku?
9. Lazybones

Ważne daty

1894 – urodziny (Salt Lake City)

1918 – ostatni występ jako aktor

1929 – zwycięzca pierwszego Oscara za reżyserię

1934 – śmierć ojca (wypadek samochodowy)

1953 – trzecie małżeństwo (do jego śmierci)

1961 – ostatni raz na planie filmowym: był dwa dni i dał sobie spokój

1962 – śmierć (Hollywood, nowotwór)

Anioł ulicy ("Street Angel", 1928)

Ocena 5 z 5

Oglądając kilka dni po powtórce „Wschodu słońca” można mieć silne Déjà vu. W skrócie: znowu oglądam, jak Janet Gaynor wspina się na wyżyny feministycznej świętości i wybacza wszystko swojemu mężczyźnie. Zmiany oczywiście są – większość połączeń wynika z tego, że w moich oczach oba tytuły prezentują sobą równie wysoki poziom sztuki filmowej. Każde na swój sposób.

Kamera Borzage może nawet być bardziej piękna od kamery Murnau, ale to piękno jest bardziej realistyczne. Mniej też zawiera się w montażu i historii. Sama opowieść jest o wiele prawdziwsza: opowiada o poświęceniu dla mężczyzny i bronieniu go oraz wspieraniu aż do samego końca. Ma oczywiście marzenia, aby być artystą (malarzem), tylko no, nie wychodzi. A ona ma sekrety, które złamią mu serce, więc woli go zranić odejściem niż zabić łamiąc ów organ.

Dusza stojąca za tym obrazem nie zawsze znajduje właściwe sposoby, aby ją przedstawić – i pewnie łatwo byłoby się zakopać w szczegółach, analizując je zbyt intensywnie – w końcu czy reżyser pochwala tutaj kradzież albo prostytucję, jeśli cel jest szczytny? Albo kłamanie? Czy Janet Gaynor ostatecznie błaga o wybaczenie za coś, czego nie zrobiła? Borzage może niekoniecznie był na tym etapie nowicjuszem, ale pięknem, które stworzył, zasłużył na moją wyrozumiałość przy ocenie całokształtu. Wizualne piękno kobiety nie widzi w jej atrakcyjności, ale niewinności oraz innych cechach charakteru wyrażane poprzez urodę. Historia jego kochanków nie osiąga szczytu w momencie osiągnięcia sukcesu finansowego, ale gdy on to piękno zaczyna faktycznie rozumieć i rozumie, co w niej widział przez ten cały czas.

Zła dziewczyna ("Bad Girl", 1931)

Ocena 5 z 5

Bohaterowie tego filmu mają charakter. Czy tam charakterek. Gdy przypadkowy chłop zawiesi oko na Dorothy, gdy ta była w pracy, to ona będzie mieć ostatnie słowo. A jej relacja z Eddiem zacznie się równie antagonistycznie. Eddie nawet ją okłamie, wymyślając inne imię. Żadne nie pozwoli, aby drugie miało ostatnie słowo, ale szybko zaczną lubić tę swoją relację – gdy to będzie działać. A gdy nie – wtedy ich związek przejdzie próbę.

Było coś w tym filmie, co popychało mnie do myślenia: czy dzisiaj to działa? Czy w tamtych czasach to działało? Czy wtedy taka para bohaterów nie była zbyt odrzucająca? Czy dzisiaj będą oni na swój specyficzny sposób uroczy w oczach oglądających? Spory ciężar obrazu polega na tym, że uwierzymy w chemię miedzy nimi i będziemy żywili nadzieję, aby spotkał ich szczęśliwy finał – a nie jest to łatwe w żadnym okresie czasu, kiedy protagoniści z założenia muszą niejako wyprzedzać własne czasy. W ogóle nie czułem, że oglądam film z 1931 roku, kiedy obserwowałem, jak oni odnoszą się do siebie i nie mają oporu, aby kazać przypadkowemu dupkowi spadać na drzewo. Czy 25 lat później by to było bardziej na miejscu? Czy dzisiaj? Czy dzisiaj nie wydawałoby się zbyt wysilone?

Osobiście: kupuję to w całości. Oglądanie tej pary było przyjemnością, ponieważ czułem, że oglądam faktyczną relację: chropowatą, docierającą się, gdzie nie chodzi o to, aby jedna ze stron była pasywna. To historia dwójki ludzi, każda z marzeniami i planami, otwarcie mówiący o tym, że założenie rodziny nie jest jednym z tych marzeń. Wręcz je utrudnia, jeśli nie uniemożliwia. Żyją w świecie, gdzie ciężko cokolwiek osiągnąć, a urodzenie dziecka chłop widzi jako błąd – jak na taki świat można w ogóle przyjmować dzieci? Borzega umie to pokazać. I dać trochę romantycznego światełka w ich serca.

Może i finalnie wygrywają „tradycyjne” wartości – ale nikt ich nikomu tutaj nie wmusza na siłę.

Co teraz, mały człowieku? ("Little Man, What Now?", 1934)

Ocena 4 z 5

Wszyscy jesteśmy „małymi ludźmi” według tego filmu – indywidualnymi osobami stawiający czoła światu każdego dnia. Ta myśl stała za powstaniem „Co teraz…”: opowieści o ludziach, którzy chcą tylko łączyć koniec z końcem. By stać ich było na utrzymanie siebie i rodziny, gdy żona zaraz urodzi dziecko. Nie odnosiłem wrażenia, żeby było to szczególnie mocno osadzone w realiach Wielkiej Depresji, bardziej utwór powstały z misji, aby pocieszyć ludzi i przypomnieć im, aby nie bali się życia. Czy to dobry morał? Ciężko powiedzieć, ale wydaje się uczciwy. Wellman rok wcześniej zrobił bardzo podobny film (Banda dzikich dzieci) i film Borzage oceniam podobnie – obu daję kredyt zaufania, że taki wtedy był klimat. I chcieli dobrze.

Margaret Sullavan gra tutaj główną rolę – na tyle, na ile kobieta ogólnie wtedy grywała pierwsze skrzypce. To ta sama aktorka ze Sklepu za rogiem… I no właśnie, czego jeszcze? Sam widziałem ją tylko w innym filmie Borzage (Śmiertelne zawierucha). Naturalnie – przynajmniej tak mi się wydaje – zwracam uwagę na jej młodą śmierć i przez to czytam później na Wiki, jak to… Cóż. W dużym skrócie: utrata słuchu, jej dzieci wybrały ojca przez co miała załamanie nerwowe, depresja, śmierć córki z powodu przedawkowania i w końcu sama pani Sullavan została znaleziona ledwo żywa i nie udało się ustalić, czy przedawkowała celowo. Zmarła w wieku 50 lat. Przejmujące, ale można na to spojrzeć również w taki sposób, że to wszystko romantyzuje się, ponieważ mówimy o gwieździe dużego ekranu. Równie dobrze to wszystko mogło mieć drugie dno – patrząc na same wydarzenia, bez ubierania tego w ładne słowa, to tam miała miejsce niezła patologia. Jak widać, ciężko o typ pisać w neutralny sposób – w końcu źródłem jest kilka akapitów przeczytanych przed chwilą. Ustęp bez morału albo wniosków. To się wydarzyło i tyle.

Historia jednej nocy ("History Is Made at Night", 1937)

Ocena 5 z 5

Jean Arthur ma męża. Mąż ma wobec niej plany: nakryć ją z kochankiem i w ten sposób zyskać profit finansowy. Problem: ona nie ma kochanka. Rozwiązanie: podstawić szofera jako kochanka. Problem: Charles Boyer akurat usłyszał zamieszanie i wszedł przez okno, uratował sytuację, po czym udawał złodzieja, aby wyjaśnić swoją obecność na miejscu zdarzenia. I wziął Jean Arthur ze sobą, ponieważ czemu nie. Dużo i jest zagmatwane, ale ta noc dopiero się zaczyna.

Film potrwa nieco dłużej niż jedna noc, jak mógłby wskazywać polski tytuł (czemu nie dał rady uchwycić magii oryginału?), a nawet znajdzie finał NIE na Titanicu. Będą dokładane kolejne warstwy do intrygi, na drodze bohaterów staną kolejne trudności, ale w końcu robią to wszystko w imię miłości.

Znowu u Borzage znajduję coś, co nie działało chyba nawet wtedy – tutaj jest to malowanie ust na ręku i udawaniu, że to Jennifer Lopez*. I postać samicy na to leci. Brakowało tylko czegoś w stylu: „Pokaż, co jeszcze umiesz zrobić tą ręką”. Nie, naprawdę, to jest w tym filmie. Znowu też pojawia się portret kobiety na ścianie. Najważniejsze jednak: odwaga w byciu sentymentalnym i nie przepraszanie za to. Wiara w romantyzm bez udawania przed innymi, że tak naprawdę to nie, że to tylko na potrzeby filmu i dla widowni, która lubi taki szajs. Wydaje się, jakby Borzage sam chciał takie kino. Kilka filmów dalej i jego produkcje nadal są autentyczne w moich oczach. W finale wsadził bohaterów na transatlantyk nie po to, aby zginęli – ale po to, aby on oddał jej ostatnie wolne miejsce w szalupie. A ona go nie przyjęła. A potem żyli długo i szczęśliwie.

*https://www.youtube.com/watch?v=bQKDlNTEl6w

Śmiertelna zawierucha („The Mortal Storm”, 1940)

Ocena 5 z 5

Nauczyciel obchodzi 60 urodziny w momencie, kiedy Hitler zostaje kanclerzem Niemiec. Borzage ponownie w punkt, broniąc indywidualizmu.

Na początku poznajemy starszego nauczyciela, który orientuje się, że właśnie przyszedł dzień jego 60 urodzin. Jest końcówka stycznia, nauczyciel przyjmuje życzenia od rodziny, następnie idzie do szkoły i przyjmuje gratulacje od studentów, którzy śpiewają mu po łacinie. Wraca do domu, gdzie czeka na niego tort z sześcioma świeczkami. Zdmuchuje je jednym dmuchnięciem, wszyscy klaszczą i się cieszą – w tym momencie w radio ogłosili, że Adolf Hitler doszedł do władzy i cała rodzina się cieszy (no, prawie cała), a my w tym momencie już wiemy, jaki film oglądamy.

Druga część filmu balansuje między elementami mocnymi i lekko przesadzonymi. Świat wokół zmienia się w szybki sposób, nagle prawie każdy nosi opaskę na ramieniu, w barach zaczynają śpiewać z jednoczesnym wskazywanie na coś na suficie, studenci zaczynają gadać głupoty zasłyszane od innych. Nie ma w tym większej wartości poznawczej, jeśli interesuje was aspekt „jak to się stało„, ale z perspektywy jednostki to raczej tak właśnie by wyglądało. Człowiek obserwuje z boku, nie miesza się, nie zabrania innym wierzyć w to, co chcą – i tak rodzi się kisiel. Nagle ktoś żąda od ciebie, byś opuścił przyjaciela. Masz śpiewać z innymi, a w szkole nie wolno ci mówić, że krew jest taka sama w sercach wszystkich ludzi (wyłączając takie aspekty jak antygeny i przeciwciała, ale to uniwersalna kwestia genetyczna między ludźmi, więc takie uproszczenie można zrozumieć).

Borzage nie przedstawia jednak Trzeciej Rzeszy i Hitlera jako po prostu złych. Mówi w sposób prosty, używa kontrastów, ale za każdym razem mamy konkretną wartość i jej antagonistę. Chociażby ten wybór i jego brak – protagoniści nie zgadzają się z poglądami Hitlera, ale jeśli inni chcą za nim iść, to ich wola. Antagoniści jednak swoją wolę chcą narzucać innym. Przy kolacji jeden z młodych mówi, że uczyli go w szkole, iż „indywidualizm powinien zostać poświęcony w imię kolektywu„. I tak dalej…

Jednak spójrzcie na tytuł, zapowiada on kino katastroficzne o konflikcie człowieka z naturą. „Śmiertelna zawierucha” powstała w 1940 roku, krótko po inwazji Niemiec i Związku Radzieckiego na Polskę, krótko przed tym, jak niemieckie U-Booty wynurzyły się koło Nowego Jorku. Reżyser odpowiada na wydarzenia ze świata, ale nie to było celem filmu. Borzage opowiada o Hitlerze przez pryzmat bohaterów i ich decyzji wobec tamtych wydarzeń. Wtedy przychodzi dopiero główna część filmu, pozwalająca poznać i zrozumieć ból, bez szokowania i szantażowania. Dojrzały dramat!

Moonrise (1948)

Ocena 5 z 5

Opis fabuły na filmwebie od jednego z użytkowników jest mylący, wręcz wydaje się nabijać z założeń filmu. To nie jest produkcja o synu mordercy, który by udowodnić, że jest mordercą, staje się mordercą. To historia o morderstwie i próbie zadania pytania: czy osoba, która zabiła, jest tak naprawdę zła, biorąc pod uwagę szereg czynników. Między innymi dotychczasowe życie bohatera i jak był traktowany do tej pory – za coś, czego nie zrobił. Był tylko dzieckiem, a jego ojciec był mordercą. To jednak wystarczyło, aby ludzie go traktowali w konkretny sposób.

Sygnały emocjonalne i podprogowe w momencie stresu aktywują się – opis na filmwebie mówi: w przypływie szaleństwa. Tak czy inaczej: protagonista zabija człowieka. Porzuca jego ciało między krzakami… I nie wie, co zrobić dalej. Od tego momentu żyjemy w stresie: niepewności przyszłości. Oraz niepewności tego, co odkryliśmy o sobie samym. Bohater nie wie, co myśleć – uciekać czy liczyć na łut szczęścia? Czy może oddać się w ręce organów sprawiedliwości? Bo tym tutaj jest policja i nie ma co do tego wątpliwości. Łagodność oraz naiwność narracji jest tutaj ważną cechą – pozwala zwolnić na moment razem z bohaterem na te półtorej godziny i zapytać o kilka szczegółów. Jest szansa, że Borzage zatrzyma przy ekranie chociaż kilka osób, które nie wyjdą z założenia, że jak zabił, to sprawa jest oczywista. Niby jest… Ale no właśnie.

Finalnie oczywiście bohater odda się w ręce policji, ale najpierw odbędzie podróż i zrozumie wiele rzeczy. O sobie, o swoim ojcu, o całym wydarzeniu. Jest to terapeutyczne kino, ale moja wysoka ocena wynika wyłącznie z tego, że rozumiem, co film starał się powiedzieć. Nie twierdzę, że jest przekonujący. Napiszę za to, że wciąż warto go wysłuchać. I dlaczego największą zbrodnią człowieka według tego filmu jest „resign from the human race”. Cała ta scena mówiąca o samotności musi rezonować dzisiaj zupełnie inaczej niż w momencie premiery. Jak na film, który miał być finalnym w karierze tego reżysera – dobrze, że udało mu się powiedzieć jeszcze te kilka rzeczy.