Relacja z AFF American Film Festival 2024

Relacja z AFF American Film Festival 2024

05/11/2024 Blog 0
american 2024

Paręnaście słów o każdym filmie, który obejrzę w ramach AFF (American Film Festival) w 2024 roku. Później dołączę do tego relację.

1. Prawdziwy ból („A Real Pain”, 2024) 8.11.24
2. Saturday Night (2024) brak
3. My Old Ass (2024) na VOD
4. Christmas Eve in Miller’s Point (2024) brak
5. Bracia ze stali („The Iron Claw”, 2023) na VOD
6. Strange Darling (2023) na VOD
7. Didi (2024) brak
8. Konklawe („Conclave”, 2024) 8.11.24
9. Sing Sing (2023) brak
10. Between the Temples (2024) na VOD

Between the Temples (2024)

5 listopada
Chłop grany przez Jasona Schwartzmana od roku nie może się pozbierać po osobistej tragedii. Pomaga mu niespotykane spotkanie byłej nauczycielki od muzyki granej przez Carol Kane (serial „Taxi”). To nie jest film, w którym ludzie szczególnie analizują swoje przeżycia i jakoś je rozpracowują – bardziej ruszają dalej, zostawiają przeszłość za sobą. Nie liczy się tutaj pomoc komukolwiek, bardziej… Bycie razem, jako przyjaciele, kumple, bliscy. I życie dalej. Coś w tym jest, chociaż jednocześnie to trochę film o tym, jak to każdy ma jakąś gigantyczną tragedię i rozwiązaniem jest seks.
 
Wizualnie film jest paskudny w oglądaniu. Zdjęcia i montaż są bardzo intensywne i podkreślają niezręczność oraz szukają w nim humor. Idzie się do tego przyzwyczaić i nawet często to działa (szczególnie w dalszej części filmu), tylko równie często jest to stosowane nawet wtedy, gdy historia wyraźnie potrzebowała czegoś innego. A zamiast tego nadal oglądamy ekstremalne zbliżenia na twarz (często nie mieszczą się w ekranie!), jump-cuty oraz podbity dźwięk, ilekroć ktoś siorbie napój.
 
Najbardziej szanuję wiele małych detali, które potem wracają i ujawniają coś. Np. na początku bohater pije i wraca do domu późno, a nie mogą się do niego dodzwonić ani zostawić mu wiadomości, bo ma pełną skrzynkę. Niby nic, kwestia rzucona na wiatr i pewnie nie będziecie tego pamiętać później… Ale to wraca, kiedy się dowiemy, czemu bohater ma wypełnioną skrzynkę. I ten detal działałby sam w sobie, ale właśnie dlatego, że wcześniej był istotny – nawet w tak drobny sposób – sprawia, że całość jest zaskakująco… Żywsza. Wiarygodniejsza, pełniejsza. Sporo tu takich detali i pewnie większość z nich nie będę pamiętać do jutra, ale są. I je szanuję.
 
Wystarczająco fajne, żeby nie żałować seansu. I niewystarczająco, żeby to polecić. Przede wszystkim dla fanów nieruchomej, smutnej twarzy Jasona Schwartzmana.

Bracia ze stali ("The Iron Claw", 2023)

6 listopada

Zaczynamy w odległej przeszłości, kiedy ojciec rodziny jest jeszcze młody i ma okazję na zdobycie uznania w sporcie, który wykonuje: Wrestling. Gra rolę antagonistów i akceptuje to, ale po wyjściu z pracy pokazuje drugą stronę swojej osobowości. Inspiruje swoje dzieci, żeby umiały o siebie zadbać. W ten sposób przeskakujemy do teraźniejszości, kiedy wszyscy synowie są już w wieku dorosłym lub się do niego zbliżają. Jedzą za trzech i w nich ojciec widzi okazję, aby donieść do domu tytuł Mistrza. Pytanie tylko, gdzie kończy się inspiracja, a zaczynają… Gorsze rzeczy. Historia oparta na faktach, tylko nie wszystkich – pełna wersja wydarzeń jest jeszcze tragiczniejsza niż twórcy zdecydowali się ukazać.

Bardzo spodobała mi się dyscyplina oraz relacje męsko-męskie w tym filmie. Nie są one jednoznacznie negatywne – bracia wspierają się i są prawdziwymi braćmi, a ojciec właśnie trzyma dyscyplinę i skupia synów na celu. Jest tutaj dużo „Yes Sir” przy zwracaniu się do ojca, ale nie ma tutaj wyniszczającej ambicji. Jeszcze. Film umie pokazać okres, kiedy każdy z nich naprawdę chciał osiągnąć sukces w sporcie i chciał to zrobić dla siebie, a dopiero potem dla braci, ojca i rodziny. Sława czy coś innego nigdy nie było istotne. To historia ludzi, którzy dawali z siebie wszystko, aby sięgnąć gwiazd. Byli tam, umieli to zrobić. Zgrzyty i tragedia przyszły potem.

Sceny walk oraz ogólna fizyczność aktorów robi wrażenie. Choreografia jest bezbłędna i jestem przekonany, że mnóstwo rzeczy te wielkie nazwiska robiły osobiście. Widać markowane ciosy i uderzanie obok, ale są one tak szybkie i tak dobrze zagrane, pełne bólu i pasji, że widzi się to, co się powinno widzieć: widowisko. Wrestling jest zaplanowany, ale nie jest udawany: oni naprawdę robią te wszystkie rzeczy, naprawdę czują ból, naprawdę zasługują lub nie na oklaski i wiwaty. Tak jak w 2022 roku mówiłem o masywnych przedramionach Zaca Effrona, tak przy okazji tego filmu mogę mówić, że wszystko ma masywne. Momentami wygląda jak drugi Arnold w tamtym okresie. Jego bracia aż tak bardzo nie są idealnie wyrzeźbieni, ale też potrafią robić wrażenie. Jedyny problem, jaki można z tym mieć, że na ekranie najzdrowsze co jedzą, to jajecznica na bekonie. Poza tym tylko hamburgery, żeberka, grill, a tymczasem żaden z nich nie ma dwucyfrowego poziomu tłuszczu.

Są pewne wady i rzeczy, które przydałoby się poprawić – szczególnie postać dziewczyny Davida, która robi wrażenie osoby podstawionej, aby wkraść się bez mydła w jego łaski, aby wyciągnąć na wierzch jakieś brudy rodzinne czy coś w tym stylu… Tylko że tak nie jest, on naprawdę jej się podoba i ona poważnie jest bezproblemowa: podchodzi, mówi część i są już razem na zawsze. A to i tak więcej niż można napisać o postaci mamy w rodzinie, która w sumie… Jest. I ma tak naprawdę jedną scenę, gdzie tylko aktywnie rezygnuje z pełnienia jakiejkolwiek roli w tej historii. To są jednak tylko mniejsze problemy, których naprawa nie zmieniłaby wiele i nie uniemożliwiają one czerpania przyjemności z oglądania. To wciąż wzruszająca i poruszająca opowieść zrobiona co najmniej bardzo dobrze.

Problemem jest tylko świadomość, że to mógł być o wiele lepszy film. I w sumie temat zasługuje na lepszy film. Coś kuje w środku na myśl, jak taki reżyser i taka obsada mogła zrobić, gdyby to np. był typowy miniserial Mike Flanagana, gdzie każdy odcinek wchodzi w psychikę i perspektyę każdej postaci oddzielnie, potem to sumuje i bierze jeszcze większy rozpęd, uderzając w widza emocjonalnie. Taki był i wciąż jest tutaj materiał. Ten tytuł angażuje emocjonalnie aż tak, że żal mi w środku na myśl, że takowa wersja nie istnieje. To, co mamy, traktuje wnętrze bohaterów dosyć powierzchownie, scenariusz oddaje tutaj pole aktorom. I wierzcie mi, gdy film się rozkręci, będziecie pragnąć zrozumieć więcej z tego, co się dzieje pod ich kopułą.

Inną myślą podczas oglądania, jaką miałem, to przekonanie, że wszyscy twórcy muszą obchodzić scenariusz i jest on tutaj najwyżej sprawny, nic więcej. I tam, gdzie tego nie można było obejść np. montażem oraz reżyserią, tam film zalicza największe doły. Szczególnie – niestety – w ckliwej scenie zamykającej cały film. Dialog oraz pomysł na tę scenę nie jest po prostu satysfakcjonującym zamknięciem – na szczęście zakończenie to coś więcej niż tylko ta jedna scena. Tym bardziej byłem zaskoczony, że reżyser i scenarzysta jest tą samą osobą: Sean Durkin („The Nest” z 2020), więc w tym miejscu trzeba też wymienić montażystę: Matthew Hannam. Jest tutaj wiele momentów wyłącznie stworzonych przez reżysera, gdy np. bohaterowie płyną rzeką i razem spędzają czas. Tego nie można było napisać, to powstało wyłącznie dzięki tej obsadzie i temu reżyserowi. Ten drugi element momentami naprawdę był na wysokim, wysokim poziomie.

Cały film potrafi uderzyć emocjonalnie. Jeśli jesteście wrażliwi na widok przytulania się przez braci, jak tańczyli razem na weselu (przecież Zac Effron umie tańczyć, tutaj musiał zagrać niezręczny taniec), jak się wspierali i motywowali… Plus jest tu jedna scena, która bardzo na mnie zadziałała osobiście. „Hamilton” ma w sobie podobny moment. Niespodziewałem się zobaczyć tak dobrego kina, które momentami było naprawdę wielkie. I zasługuje, żeby o tym mówić głośno.

Konklawe ("Conclave", 2024)

6 listopada

Umiera papież i trzeba wybrać nowego, a za organizację przedsięwzięcia musi zabrać się człowiek, który najchętniej złożyłby rezygnację z kapłaństwa tak w ogóle, ze względu na osobisty kryzys wiary. Papieża jednak wybrać trzeba, nakazów i tradycji i przepisów i w ogóle przestrzegać. Tylko kto zasługuje, żeby nim zostać? Jakie wartości są najważniejsze, w jaką stronę Kościoł powinien iść? Co zmienić, co kontynuować a od czego się odwrócić? Duchowni zamienią się niemal w polityków, stworzone zostaną ugrupowania i zacznie się walka.

Reżyser nie przegapia żadnej okazji, aby podkreślić architekturę i sztukę ogólnie, która otacza bohaterów. Podkreśla ich tryb życia i warunki, w jakich żyją: jak ktoś ich ubiera, jaka technologia obowiązuje w ich hotelu, jak przemieszczają się do hoteli. Malarstwo, freski oraz przestrzeń naprawdę zachwyca, odgrywając swoją rolę w opowieści o konflikcie, jaki film podejmuje: bycia spadkobiercami wartości i tamtych czasów w czasach obecnych, w kontekście dzisiejszego świata. Jak ci ludzie wpasowują się w obecny świat oraz świat, na który w teorii zasługują, jaki współtworzą. Czy ci ludzie zasługują, aby żyć w takim bogactwie? Czy ktokolwiek zasługuje?

Jak to się ma do filmu „Konklawe” z 2006 roku? Nijak, to dwa różne filmy. Tamten bardziej zasługuje na miano „Dwunastu gniewnych ludzi” z biskupami, rozgrywa się w przeszłości i ma Jima Lahey w jednej z ról.

W sumie najbardziej zawodzi sama intryga. To wciągający film, ale nie ma samodzielnej tajemnicy, która niesie tę historię. Zapewne będą wśród was osoby, które spodziewają się, że śmierć poprzedniego papieża nie była naturalna, że ktoś z tym coś miał wspólnego. Otóż nie i nawet w filmie tego nie zakładają. Zamiast tego intryga kręci się wokół różnych ludzi, każdy ma jakiś sekret i w sumie nawet ich ujawnienie nie wpływa aż tak na rozwój fabuły. Narracja skupia się na ukazaniu, że nie ma ludzi idealnych wśród osób duchownych… Co chyba każdy z widzów i tak wie. Wątpię, aby to nie przyniosło zawodu wśród widowni – film zadowala się oczywistościami, a finałowy zwrot akcji rodem z „Podejrzanych” jest… śmieszny. Tylko nikt się nie śmiał. A potem film się kończy.

Zapamiętam przede wszystkim dobre wrażenie wynikające z większości czasu trwania. Oraz piękno sztuki. Ten film je naprawdę umiał celebrować. Za to największy plus.

My Old Ass (2024)

6 listopada

Bohaterka właśnie ma urodziny i niedługo wyniesie się z rodzinnej dziury, zostawiając za sobą rodzinną farmę, żeby przenieść się do Toronto, zacząć tam studia oraz walkę o lepszą przyszłość płonącej planety. Tylko najpierw spędzi urodziny z koleżankami na małej wysepce, gdzie rozpalą ognisko, rozbiją namiot i wypiją wywar z grzybków. Każda będzie mieć halucynacje, a nasza protagonistka zobaczy… Samą siebie. A przynajmniej kogoś, kto podaje się za nią, z przyszłości. Pokaże blizny na dowód i będą rozmawiać o przyszłości. Oraz o tym co zrobić, aby owa przyszłość była… Lepsza. Rano wszystko wróci do normy i wieczór poprzedni będzie tylko śmiesznym wspomnieniem, ale może jest w tym coś więcej?

Ten film naprawdę idzie w małe rzeczy. I potrafi o nich opowiadać. Potrafi wymyślić sobie za bohaterkę basic white girl, która ma siano we łbie, ale nadal zrobić z niej kogoś sympatycznego, kto jest jeszcze dzieckiem i dopiero zaczyna życie. Autorka potrafi opowiadać o kimś takim nie robiąc tego ani z góry, ani z pozycji mentora: pozwala jej być sobą i robić wszystko na swój sposób. Duża tutaj zasługa aktorki Maisy Stella, która wnosi do występu mnóstwo energii. W scenie rozmowy z ojcem jestem pewien, że wcale nie musiała sztormować stawu, miała zapewne krzyczeć z brzegu, ale jej postać przecież nie miałaby problemu, żeby w tamtym momencie i w tamtym stanie emocjonalnym wejść w ubraniu do wody po pas, żeby wyrazić swoją frustrację. Takie momenty sprzedają postać i cały film, a jest ich więcej.

Megan Park jako reżyser i scenarzysta umie w prosty sposób zrobić coś, nad czym inne filmy poświęcają pół godziny, żeby coś uzasadnić. Tutaj jednak twórczyni umiała pójść w fikcję i w jej filmie coś działa, bo działa. Nikt tego nie rozumie, ale nikomu to nie przeszkadza. Grunt, że działa. Zobaczycie i zrozumiecie. Nie chodzi tylko o grzybki jako sposób gadania z samym sobą.

Najważniejsze są tutaj proste rzeczy. Proste i te „Proste”, jak życie na farmie pełnej przepięknych widoków, gdzie jedno dziecko gra w golfa, a drugie popyla na motorówce po jeziorze. Jest tutaj jednak miejsce na faktycznie proste rzeczy i lekcje, jak: spędzaj więcej czasu z rodziną. I jedno takie spotkanie może niczego nie zmieni, ale jak już będziecie częściej w tej samej przestrzeni, to wtedy… zacznie się magia. Jakkolwiek to brzmi, film robi to o wiele lepiej. Nawet na ludziach bez rodziny.

Filmowi brakuje pewnego skupienia się na pierwszoplanowym wątku i pozostawieniu drugiego planu tam, gdzie powinien – co przyjdzie z wiekiem, jestem pewien. Jednak większych uwag nie mam, to już teraz jest mądry film. I nikt nie jestem tym bardziej zaskoczony niż ja – i gdy będziecie na sali kinowej oglądając początek, gdzie kobiety sikają grupowo w lesie, po czym biorą grzybki i się wygłupiają, też będziecie zaskoczeni, że półtorej godziny później sami to powtórzycie: „My Old Ass” jest naprawdę mądre.

Twarz w tłumie ("A Face in the Crowd", 1957)

6 listopada

Bohaterka na potrzeby pracy w radio prowadzi wywiady z przypadkowymi ludźmi. Raz wpada do więzienia, gdzie odkrywa kogoś, kto jest bardzo żywiołowy. Zyska sympatię słuchających i dostanie stałą pracę, tylko nawet trzeba będzie go do niej przekonać – bo jest bumelantem, który żyje z dnia na dzień. Widownia jednak go polubi, a on polubi widownię. I władzę nad nią.

Gdzieś w połowie film zalicza gwałtowną zmianę w mentalności oraz osobowości bohatera, żeby móc kontynuować oraz nadal mówić to, co mówi. Po prostu dostosowuje fikcję do prawdy, którą chce powiedzieć. Ciężko uwierzyć w ten film, kiedy główny bohater bez żadnego osobistego powodu zaczyna się sprzedawać, promuje suplementy jako lekarstwa, angażuje się w kreowanie polityka, jara się objęciem stanowiska w rządzie, wychodzi za mąż na szybkości za niepełnoletnią osobę i jeszcze okazuje się być w związku małżeńskim. Przecież on jeszcze pięć minut temu był menelem nocującym w więzieniu, bo taniej – i był taki od początku filmu. W takiej sytuacji nie da się już dalej tego filmu kupować.

Przesłanie nie jest taki oczywiste. Na festiwalu jest to tytuł promowany jako obraz mechanizmów marketingowych oraz podkreślana jest paralela do Trumpa (w bezpieczny sposób, żeby nikt im nie zarzucił, że są po którejś stronie). Sam film jednak jest bardziej o tym, jak ktoś tak barwny jest w stanie zdobyć sympatię publiki i dzięki niej zajść naprawdę daleko, dopóki pozostanie skromny. Wykorzystuje do tego różne media i różnych ludzi, którzy też się na tym bogacą. Tylko na początku – nawet trudno powiedzieć, czy robi to świadomie – zyskuje poparcie poprzez popieranie kobiet zamkniętych w kuchni oraz czarnoskórych bez domu, który został zniszczony w wyniku ciężkiego nieszczęścia. Po 30 minucie filmu takich akcentów w zasadzie już nie zobaczymy i bohater wspina się na szczyt w zasadzie wyłącznie dzięki rozpędowi. Oraz sile przekazu reżyserii Kazana oraz grze aktorskiej Andy’ego Griffitha.

Koniec końców widać dobre intencje, jeśli obejrzy się film do końca – to wyraźnie przypowieść o tym, że ludzie mają władzę wynieść takie osoby na szczyt, jak i doprowadzić do ich ekspresowego upadku. I możemy uczyć się na błędach, wyciągać wnioski – dopowiada postać grana przez Waltera Matthau. Przyznacie: to są dobre intencje. Szlachetne intencje. W filmie, który się zestarzał. W filmie, który mimo to pozostaje wciąż aktualny, ponieważ opowiada o rzeczach wciąż mających miejsce, przed którymi wciąż trzeba ostrzegać i pilnować. Tak jakby jednak nie udawało się uczyć na błędach – może więc lekcja była słaba? Albo każde kolejne pokolenie musi się tego nauczyć samodzielnie. Po co im więc film?

PS. Po seansie serialu „Andy Griffith Show” nie pomyślałbym, że zobaczę go, jak odgrywa odwróconą scenę ze „Stellą” z „Tramwaju…”

Rozdzieleni ("Separated", 2024)

6 listopada

Twór biorący się za temat sposobu, w jaki w USA walczono z nielegalną imigracją. Mianowicie: wymyślili sobie, że będą rozdzielać rodziny, czyli zabierać dzieci od ich rodziców. I to jedno zdanie jest powtarzane milion razy przez tę produkcję – bo dokumentem tego nie nazwę. Drugie milion razy powtarzane jest, jakbyśmy sami tego nie mogli się domyślić, że odbieranie dzieci rodzicom jest kiepskim pomysłem. Ponad to co najmniej jedna osoba, z którą prowadzone jest słuchanie (bo wywiadem lub rozmową tego też nie nazwę) tego, co mówi, jest na ekranie wyłącznie w celu autopromocji. Ona widzi problem, ona go rozwiąże, ta osoba zeznawała w tej sprawie… Czy tylko ja widzę, że język ciała oraz mowa większości tych ludzi, to język ciała i mowa Trumpa? Porozumiewają się w ten sam sposób, manipulują i grają na emocjach w ten sam sposób. Tylko są przeciwko Trumpowi.

Nie ma tutaj analizy czegokolwiek. Prawdopodobnie wiecie o imigracji więcej przed obejrzeniem tego niż po. Nie ma tutaj ani słowa np. o tym, że ludzie wspierający nielegalną imigrację chcą to robić, ponieważ mogą wtedy płacić mniej pracownikowi. Nie ma chyba nawet słowa o tym, czy takie rozdzielanie dzieci od rodziców przyniosło jakiś efekt. Autor umie tylko grać na emocjach i powtarzać w kółko, że dzieci. I nagrał jeszcze mnóstwo amatorskiego materiału, gdzie amatorzy odgrywają przechodzenie przez granicę, ukrywanie się przed strażnikami (tutaj można umrzeć ze śmiechu, jak to zobaczycie), a na końcu będą smutno patrzeć w kamerę. Żałosne.

Jedyny wartościowy akcent miał miejsce na końcu: że ludzi ten proceder obchodził tylko wtedy, gdy Trump był prezydentem. Gdy zmieniła się władza to problem trwał i nadal nie jest naprawiony do dzisiaj, ale nikogo to nie interesuje. Prawie poczułem się wtedy, jakbym oglądał coś, co chce coś powiedzieć. Reszta tego tytułu nie ma żadnej wartości. Czysta amatorka, propaganda i inne takie.

Sing Sing (2023)

7 listopada

Zaskoczony jestem tym, jak wiele razy mogę zobaczyć na tym festiwalu umięśnionych facetów, którzy się przytulają, okazują sobie wsparcie, mówią o swoich emocjach, wyrażają je… I to wszystko jest zasłużone. Tutaj możemy zobaczyć, jak w więzieniu tworzy się grupa teatralna wystawiająca różne sztuki – często własne, pokrzywione, zrobione na tyle, na ile mogą. Jest tutaj wspomniane, że pełnią rolę terapeutyczną, że pozwalają zapomnieć o więzieniu i ile tutaj spędzają czasu, ale to bardziej wspomniany kontekst, niż integralna część historii. Tą jest przede wszystkim oglądanie tych ludzi, jak przechodzą przez proces, jak mają kryzys oraz sukces na zmianę podczas realizowania sztuki. Która przecież nie ma żadnego znaczenia, ale dla nich ma.

To częściowo historia znajdująca poparcie w faktach: część występujących jest naprawdę więźniami. Nie ma tutaj nic o warunkach przebywania tam lub powodach, przed które tam się znaleźli: ta część jest dosyć standardowa i nie wybija się ponad to, co wiemy z filmów o podobnej tematyce z ostatnich trzech dekad. Albo i więcej. Oglądamy za to ludzi, którzy faktycznie dają z siebie coś, co ich zaskakuje. Żyją, przeżywają, wyrażają się… I jest w tym piękno.

Na napisach końcowych ludzie zostali, bo chcieli. Zobaczyli wtedy coś, co trzeba zobaczyć.

Pracująca dziewczyna ("Working Girls", 1931)

7 listopada

Mój pierwszy film Dorothy Arzner. Okazuje się, że w USA tworzyli też polskie komedie międzywojenne – jeśli znacie takie filmy, jak „Dwie Joasie”, to jesteście w domu. To z całą pewnością sprawny obraz: scenariusz ma wyraźną konstrukcję, jest nawet punkt kulminacyjny i dużo humoru, który działa również dzisiaj. To historia dwóch sióstr, które trafiają do dużego miasta, szukają pracy i faceta. Są tutaj pewne motywy dodatkowe, szczególnie ukazanie tamtych czasów od strony, której jeszcze nie widziałem tak naprawdę w kinie do tej pory. Jest tutaj chociażby siłowanie się z facetem, który narzuca swoje towarzstwo i trzeba z nim trochę kombinować, żeby wyjść w całości. Albo przechodzenie ulicą i konieczność ignorowania gwizdania za bohaterką. To też w końcu obraz zwykłych kobiet: nie tych z elit, ale takich prostych, które nie mają za bardzo perspektyw w życiu z powodu braku ukończenia szkoły albo innych doświadczeń zawodowych. Trochę to jednak ginie w fakcie, że bohaterki i ich losy są dosyć głupkowate. Jedna z bohaterek wychodzi za mąż, ale jej chłop ogłasza zaręczyny z inną i one jest w ciąży, więc na szybkości znajduje innego męża, tamtemu baba zrywa zaręczyny… I jeszcze trochę trzeba, żeby ten film mógł się wydarzyć. Jest to trochę nużące, ale jednak punkt kulminacyjny jest naprawdę przyjemny w oglądaniu.

Dzikie przyjęcie ("The Wild Party", 1929)

7 listopada

Dużo bardziej interesujący w wymowie film tej pani reżyser: dosłownie z ekranu bije apel do dziewcząt, żeby nie ignorowały poświęcenia poprzednich pokoleń walczących o zmianę dobrobytu kobiet, żeby zamiast przyjęć i przyjemności wzięły się za naukę, żeby nie traktowały studiów i przedmiotów tam nauczanych jako tła, zamiast tego by wykorzystać tę okazję do stania się lepszymi. To mały, ale treściwy moment, który ponownie u tej pani reżyser dosyć znacznie traci na znaczeniu w kontekście całej historii. Ponownie oglądamy wygłupy oraz dosyć głupiutką historię z głupiutką protagonistką, której braki nadrabia fakt, że odgrywana jest przez Clare Bow. To naprawdę fenomenalna, żywiołowa i wybijająca się aktorka, która tworzy ten film, sprzedaje go, przekonuje do niego. Przez 2/3 filmu jest to śmieszna i zabawna komedia pomyłek, która jednak kończy się dosyć wcześnie, więc dodali jeszcze postać wrednej suki, która trochę mąci i wydłuża obraz do tych 77 minut. Niemniej: on ją kocha i nienawidzi jednocześnie, przez co trudno filmowi coś na poważnie przekazać. I żałuję, że punkt kulminacyjny nie jest tak mocny, co w „Pracującej dziewczynie”.

W oparach ("Haze", 2024)

7 listopada

No w końcu czuję się jak na festiwalu filmowych. Dwóch gejów na ekranie ma dziki seks, a koleś obok mnie chrapie.

Samemu filmowi brakuje tak po prostu poukładania oraz porządku, a w następnej kolejności zdolności twórczej do wyrażenia obrazami tego, co autor zamierzał. Obecnie te obrazy wyrażają coś zupełnie innego, również przez kolejność, w jakiej były prezentowane. Opisy swoją drogą, ale to serio jest film, gdzie najpierw geje się spotykają, znajomość zaczynają od seksu w krzakach, potem toczą oponę i się śmieją chyba, a potem seks w łóżku. A że po jakimś czasie bohater zajmie się (zbyt duże słowo) badaniem sprawy starego i opuszczonego szpitala psychiatrycznego, który mógł być miejscem leczenia homoseksualizmu torturami i teraz pacjenci wracają, żeby się mścić na personelu medycznym… Cóż, to też gdzieś w tym filmie jest.

Polowanie na kawalera ("Get Your Man", 1927)

7 listopada

Seans z taśmy oraz z muzyką na żywo. Pokazali ile mogli, a część zagubioną zastąpili fotosami oraz tekstami wyjaśniającymi, co się wtedy powinno dziać. Efekt jest zadowalający: film da się oglądać i czuć jednocześnie żal, że sekwencja z figurami woskowymi przepadła. I czuć zadowolenie, że reszta przetrwała. Szczególnie końcówka, dzięki kolejnemu, żywiołowemu występowi Clare Bow.

Niemniej czuję niepokój na fakt, że z każdym kolejnym obrazem tej pani fabuła jest coraz bardziej chora. Tutaj kobieta, aby zerwać zaręczyny – bo filmy tej kobiety nie mogą się obejść bez zrywania przynajmniej kilku zaręczyn! – i wyjść za mąż za ukochanego, zabiera się za jej ojca, żeby zostać jego macochą i w ten sposób podpowiedzieć mężowi, aby pozwolił synowi odpuścić zaręczyny. Bo same zaręczyny w ogóle nastąpiły 17 lat wcześniej. Chore kino.

Niemniej, humor nadal jest w punkt. Bardziej w tekstach niż akcji, ale to szczegół. Plus ciekawa aranżacja muzyczna, która była niestety obok filmu, zamiast zgrać się z obrazem, gdy bohater gra na klarnecie, woła: „cisza!” albo mają miejsce inne rzeczy. Zamiast tego słyszymy Hit the Road, Jack. Z jakiegoś powodu.