Luty 2022
Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...
Chernobyl: The Lost Tapes
28 lutego '22 | SkyShowTime
Porządnie prezentuje wiadome informacje. Sama forma dokumentu dosyć tendencyjna.
Cały pomysł tej produkcji polega na tym, że oglądamy faktycznie utracone nagrania – takie, które były ukryte mniej lub bardziej celowo, z różnych względów. Oglądamy więc niemal wyłącznie tego typu archiwalne nagrania sprzed katastrofy, podczas i także później. Widzimy Czarnobyl, kiedy był szykowany najwyraźniej na bycie prawdziwą metropolią: miasto i wszystkie do tego potrzebne elementy były budowane na miejscu, łącznie z porodówką na 75 łóżek. A potem wiadomo – sama wiedza, którą tutaj będziecie mogli pozyskać, pokrywa się z ogólnie dostępną wiedzą, którą mogliście np. z serialu HBO pozyskać (w paru miejscach wyraźnie zauważycie tylko uproszczenie lub przekłamania, ale HBO miało ich wiele). Jeśli więc to wszystko wiecie, to wtedy dostajecie… Cóż.
Przede wszystkim dramatyczna narracja z OFF-u, gdzie ludzie mówią, jakby tam byli w tej chwili, albo wspominali, jak to wtedy było. I w to nie wierzę, tak po prostu. Sama kondensacja informacji do półtorej godziny również prowadzi do uproszczeń i łatwego seansu uproszonego dramatycznymi widokami zdeformowanych ciał. Twórcy wyraźnie manipulują odbiorcą i co on ma sobie myśleć po seansie. To jest jasne od pierwszych minut, kiedy idealizują Czarnobyl przed katastrofą, jakby tam miał rosnąć raj na ziemi… Wiadomo, dla dramatycznego efektu, żeby katastrofa była jeszcze tragiczniejsza, ale… to nadal był Związek Radziecki! Wszelkie udawanie, że tam był cień szansy na jakiś raj, jest częścią propagandy na rzecz ZSRR!
Tak naprawdę więc tylko te pierwsze 11 minut, kiedy widzimy Czarnobyl jako zwykłe miasto, jest czymś nowym. Helikopter rozbijający się nad elektrownią już widzieliśmy.
8 rzeczy, których nie wiecie o facetach
28 lutego | Netflix
Antyfabularna zbrodnia przeciw rzeczywistości.
Czytam właśnie autobiografię Alana Aldy i tam wspomina, jak podczas pracy nad jednym programem wskakiwali do basenu, a wynurzali się dopiero, jak wymyślili nową linię dialogu. Nie zdziwię się, jeśli tak powstały wszystkie wątki zawarte w 8 rzeczach…. Haust powietrza, myślenie i wynurzenie: PIOSENKARZ Z MOTYLEM NA DUPIE! Pod wodę, dramatyczne czekanie i kolejne wynurzenie: TAKSÓWKARKA TO JEGO CÓRKA, O KTÓREJ NIE WIE! Półtorej minuty później: DWOJE IDIOTÓW FASZERUJE PRZYPADKOWE OSOBY CUKIERKAMI Z NARKOTYKAMI. 7 minut później mieli gotową całą historię z filmu: zbiór losowych wątków połączonych w absurdalny sposób. Ten film się nie zaczyna, nie kończy, niczego nie opowiada. Rzeczy się dzieją w najbardziej doskonałej, pozbawionej struktury formie. Ktoś szuka inspiracji, ktoś szuka ojca, ktoś wychowuje dziecko, ktoś rodzi dziecko. Na końcu wszyscy patrzą na urodzone dziecko, jakby się znali i kończymy. To jest streszczenie filmu, pełne i w ogóle.
Wszystko to dzieje się w świecie odklejonym od naszego, rzeczywistego, udając przy tym rzeczywistość. Jestem szczerze zdziwiony, że w tym wszystkim twórcy najpierw doprowadzili do ciąży, by od niej przejść do porodu. Dla każdego co innego się znajdzie, co go obrazi. Działanie szpitali w tym filmie wyjebało mój zakres tolerancji w kosmos – ratownik błagający sanitariuszy, aby przyjęli pacjenta, bo w innych szpitalach go nie chcieli, to jest plucie w twarz dla całego personelu medycznego, który traktuje swoją pracę poważnie. I piszę całkowicie serio: twórcy powinni przeprosić za to, że przedstawili moje siostry i moich braci jako ludzi, którzy w takim poważaniu mają los chorych.
A wy? W jaki sposób ten film was obraził?
Projekt Adam ("The Adam Project")
28 lutego | Netflix
On wraca z 2050 roku do teraźniejszości, rocznik 2022, przez pomyłkę. Trafia na samego siebie z przeszłości, zaprzyjaźniają się, starsza wersja pomoże młodszej w relacji z łobuzami i matką… Acha, jest jeszcze globalny kryzys do wyleczenia oraz utrata ukochanej osoby poprzez czas i przestrzeń, ale do tego dojdziemy. To są na razie rzeczy drugoplanowe.
Jest tu z całą pewnością materiał na dobry film: pomysł, aktorzy, szeroko pojęty urok oraz emocjonalność. Są tu dobre linijki dialogowe, a z innych aktorzy starają się robić co mogą i też fajnie wychodzi, ale to nadal wygląda jak poprawki naniesione na o wiele gorszy scenariusz. Scenariusz, który zaczął być ratowany – ewentualnie, „zmieniany” – długo po akceptacji przez producenta. Wyraźnie widać, jak niektóre wątki stały się w praniu ważniejszymi od innych, jak utracono serce i sedno tej opowieści, kiedy zaczęto roszady scen. Dla tych, co widzieli: też czujecie, że pierwotnie opening miał mieć miejsce na sali wykładowej?
W efekcie brak tej produkcji spójności, a przez to uczciwości emocjonalnej. Są tutaj trzy główne motywy i w każdej z nich bohater wydaje się dostosowywać do fabuły, inne rzeczy są dla niego najważniejsze w zależności od sceny. W ten sposób udzielono odpowiedzi: o czym jest ten film? O ratowaniu ukochanej? O ratowaniu świata? O relacji z ojcem? O relacji z samym sobą? W tym wszystkim pewne jest tylko jedno: relacja z matką to drugi plan, dodatek. Cała reszta ma potencjał na bycie sercem całej historii – i tak jest traktowany, do czasu. A potem o tym zapominamy, bo wszystko wkładamy w nowy motyw. Nawet nie nazwałbym tego szantażem emocjonalnym, bo szczerze widzę tutaj uczciwość i chęć oddania sprawiedliwości każdemu z tych wątków. W danym momencie wszystko nawet działa, ale nie jako całość, gdy tyle się dzieje, a protagonista wydaje się mieć pamięć złotej rybki. Jak o tym myślę: to jednorazowy seans. Przy powtórce i oglądaniu „dzieciństwa” mógłbym zacząć frustrację wiedząc więcej o tym, co się dzieje, a wszyscy to póki co ignorują.
Na pewno nie warto oglądać w autobusie. Sceny akcji są naprawdę miłe, a i emocje potrafią trafić tam, gdzie trzeba. Do oglądania z kimś, komu ufasz.
Prawi Gemstonowie - sezon II ("Righteous Gemstones")
27 lutego | 9 odcinków | HBO Go
Nie łapię tego serialu. Dobrze się na nim bawię, ale jeszcze nie do końca go kupuję. Mam jednak przeczucie, że to w końcu nastąpi.
Sednem opowieści jest rodzina relijinej grupy dominującej w USA, która ma miliony na koncie, robi widowisko z mszy i głosi Słowo, będąc przy tym wszystkim, za co pójdą do piekła, w które tak wierzą. Walczą o władzę, szczególnie o spadek po głowie rodziny, gdy ta odejdzie, będąc oklaskiwani przez wiernych za mówienie o wielkości Pana. Tutaj właśnie nie do końca jestem w stanie jeszcze kupić konwencję – bo bohaterowie wyraźnie wierzą w to, co głoszą, ale nie dostrzegają zakłamania, co w ogóle nie jest wyjaśnione.
Przyczyna jest taka, że to przegięty serial, wyśmiewający w głównej mierze swoich bohaterów. Po prostu osobiście jestem wyczulony na hipokryzję, więc to mnie blokowało, aby kupić całość od początku. Potrzebuję czasu.
W tym sezonie… Cóż: dzieci chcą zyskać szacunek w oczach taty, który mierzy się ze swoją przeszłością. Wątek główny jest trochę chaotyczny, gdy chce sie go jakoś podsumować, ale w oglądaniu dostarcza masę zabawy. Jest tutaj zaskoczenie, zagadka, nawet pewne napięcie, gdy w finale okazuje się, że ktoś inny jednak stoi za pewnymi wydarzeniami. To uczciwie dobra opowieść, mająca tło, przyczynę i konsekwencję, uczciwie podchodząca do wielu poważnych motywów, łącząc to jednak z przerysowaną stylistyką, która jednak utrudnia uwierzenie zarówno w bohaterów – czemu wierzą w to, co wierzą? – jak i świat serialu – bo jak to jest, że mają tyle milionów? Dzięki tym mszom? Z drugiej strony – nie jest to dalekie od rzeczywistości. Prawdziwe kościoły są jeszcze bardziej bogate.
A serial nie jest zainteresowany zrozumieniem tego zjawiska. Traktuje to jako tło do komediowej opowieści. To naprawdę ma potencjał.
Nie lubię porównywać, ale to jest taka inna wersja Sukcesji. Z lepszym scenariuszem, zróżnicowanymi bohaterami i fabułą, która ma znaczenie. Już nie mówiąc o tym, że w ogóle coś z tego będę pamiętać.
A poniżej przykład przeszarżowanej stylistyki. Bolesne w oglądaniu, ale nie mogę się przestać śmiać. I po seansie jednak znalazłem to na YouTubie. Twórcy jednak wiedzą, co robią. Czekam na trzeci sezon.
Euforia - sezon II ("Euphoria")
27 lutego | 8 odcinków po 60 min | HBO GO
Uwielbiam energię tej produkcji, ile tutaj jest akcji-reakcji! Każde ujęcie jest nacechowane emocjonalnie, wizja całości jest wysycona emocjami. I za każdym razem oglądamy czyjąś perspektywę, dlatego tak pięknie mieszana jest sprana rzeczywistość z masą kolorów, świateł, przepięknych kompozycji! Każda twarz w tym serialu potrafi być fascynująca, pełna, ludzka.
Narracyjnie niewiele się dzieje, bo przez cztery odcinki budowany jest piąty, gdzie emocje zostają wypuszczone, wszyscy krzyczą, kłócą się, biegają, nawet policja się we wszystko angażuje. Sporo tu też raczej banalnych i prostych rozwiązań fabularnych – jest tu trochę dramatu, po którym okazuje się, że tak naprawdę była to jedynie fantazja albo sen, to się nie stało tak naprawdę. Niewiele w tym konsekwencji. Pod koniec z kolei jedna postać wystawi sztukę, w której odtworzy swoje osobiste przeżycia, czym wywoła burzę, ale na końcu ją zaakceptują – problem tylko w tym, że z uwagi na subiektywną formę całego serialu, ja wątpiłem w ten pozytywny odbiór ze strony widowni. Wątpiłem, czy ludzie z boku mogli się w tym odnaleźć, zrozumieć tę sztukę, a co dopiero wpaść nad nią w zachwyt. To było przesadzone, tylko nie wiadomo, jak bardzo, a tym samym sens całości stoi pod znakiem zapytania.
Problemem może być sama treść, bo o ile jest to produkcja o młodych osobach szukających siebie, to mimo wszystko są oni odpychający, pretensjonalni, kłótliwi, dramatyczni, pełni siebie – i to ich wszystkich gubi. Pewność siebie połączona z brakiem odpowiedzi na wiele rzeczy, opuszczeni przez rodziców, którzy nie poradzili sobie z niczym. To wymaga trochę od widza, żeby się przebić przez pychę tych bohaterów, ich fikcyjny świat oderwany od rzeczywistego spod znaku paznokci za pół wypłaty rodziców, bo pod tą atrakcyjną formą i pretensjonalną powierzchnią skrywa się coś więcej – tylko to „więcej” jest rozpisane na o wiele więcej odcinków, niż cierpliwość widza może pozwolić. Wydaje mi się, że ten tytuł bardziej może trafić do osób w wieku bohaterów – bo misja Euforii jest jak najbardziej słuszna, młodzi są zagubieni i potrzebują wiele miłości. Cholera, to się tyczy większości ludzi przecież – ale nawet rozumiejąc to, zdarzają się sceny, których nie da się oglądać. Je trzeba przewijać.
Słuszny to serial. Przedstawia ludzi pełnych nienawiści do samych siebie w taki sposób, w który można uwierzyć, a po wysiłku ze swojej strony, nawet zacząć rozumieć. Czy coś z tego wynika? Nie jestem pewien, ale ten tytuł jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Czekam na sezon III.
Ktoś, gdzieś - sezon I ("Somebody, somewhere")
27 lutego | 7 odcinków po 30 min | HBO GO
Bracia Duplass w formie serialowej dają to, czego można się spodziewać. Pogodna produkcja o życiu zwykłych ludzi. Gadają, chodzą do pracy, próbują znaleźć sobie coś, co lubią robić. I czują się komfortowo nic nie robiąc, ale dochodzą do wniosku, że w sumie lepiej zacząć coś robić.
Zapamiętam, że bohaterka miała ładny głos. Zapamiętam jej kolegę geja i że stworzył klub w supermarkecie pod przykrywką prób chóru. Zapamiętam jak odkryli, że matka bohaterki jest alkoholiczką i przekonała ojca, aby zmusił swoją żonę do przyjęcia pomocy. Tak naprawdę pewnie nie zapamiętam, ale – jak w życiu. Gdy się dzieje to lubię myśleć, że teraźniejszość jest istotniejsza, niż się wydaje.
W filmach taki niszowy, indie-feeling jest częściej spotykany, w serialu – i to na HBO – rzadziej. Aktorzy, ich fizjonomia, słodko-gorzki ton, opowiadanie z powagą i lekkością o ciężkim okresie życia – mało seriali to robi. Tutaj możemy zobaczyć, że gdy jest gorzej, nadal możemy się uśmiechnąć od czasu do czasu, bezsilnie i powoli brnąc do tego momentu, gdy wyjdziemy na prostą.
1883 - sezon I
27 lutego | 10 odcinków (odc. 4-10 z 2022) | Paramount+
Na początku 7 odcinka jest monolog o tym, że jedynym sposobem na poznanie, że znajdujemy się na terenie niedotkniętym ludzką ręką, jest brak słów w reakcji na ujrzenie jego piękna. W oryginale kwestia ta robi ogromne wrażenie – jest w niej poezja, niespodziewany pierwiastek pokory ludzkiej w sosie z goryczy. A przynajmniej takie robi wrażenie, chociaż jest tylko pochwałą analfabetyzmu, który nawet nie pasuje do epoki ani narracji – w końcu gadanie z offu w tym serialu jest poetyckie i do tej pory narrator nie miał problemu opisywać czegoś przy pomocy zdań wielokrotnie złożonych, w stosunku do banalnych i prostych zjawisk, ale hej!, przynajmniej takie nawijanie sprawia wrażenie ważnego i pięknego.
Zacząłem od tego, ponieważ taki jest cały ten western: sprawia wrażenie. Próbuje sprzedać męskość, zamiast być męskim. Na początku dawałem tej produkcji masę zaufania: to w końcu Dziki Zachód, wielka przeprawa, samobójstwa i w ogóle! To jest dorosłe, prawda? Tylko z każdą minutą coraz bardziej godziłem się z myślą, że to jednak nigdy nie będzie współczesne Na południe od Brazos. Musiałem się pogodzić z tym, że kobiety w tym serialu mają makijaż, farbowane włosy, lakier i stroje zadbane we współczesny sposób. Że imigranci z Europy, uciekający przed horrorem z ojczyzny, teraz narzekają w zasadzie, że jest za mały socjal, zamiast wziąć się w garść i przetrwać – tak jakby to była dla nich jakaś nowość (przy okazji – brak szacunku dla prawdziwych ludzi, którzy musieli przetrwać taką podróż). Mają pomoc i jeszcze płaczą, bo ona nie chroni przed życiem i jego nieuchronnością oraz niewybaczalnością. Tak, cały ten tytuł jest współczesny, łącznie z brakiem religii. Narrator jest pretensjonalny jak wieśniak, który przybył do wielkiego miasta i teraz udaje przed samym sobą, jaki twardy musi być, żeby przeżyć w miejskiej dżungli – po przedawkowaniu książek Chandlera, więc co drugie zdanie brzmi: „Kosmos to martwe miejsce, w którym przetrwają tylko ci, co są gotowi wycierpieć najwięcej”. Oczywiście przy jednoczesnym byciu miękką pizdą, ale scenarzyści chcą, aby protagonistka wyglądała na twardą, więc osłabiają inne postaci, a jej dają nieśmiertelność, szczęście i co tam jeszcze chcecie. Do tego wątki romantyczne ze Zmierzchu (mam 18 lat i wiem lepiej, zostaję na pustyni z Estebanem Czerwoną Twarzą!) oraz leżenie na łące w romantyczny sposób, monologując równocześnie ostro z OFFu. Więcej kontaktu z naturą miałem w ogródku dziadka niż ci bohaterowie pokonujący Stany Zjednoczone w poprzek. Przynajmniej w następnym odcinku przypomnieli sobie o wężach i innych, wtedy to było już istotne.
Tak, jest tu Sam Elliott w roli kowboja z doświadczeniem. Powiedzmy, że jego osobowość sprowadza się do doradzeniu kucharzowi, żeby nie używał słowa „fuck” przy imigrantach, bo nie rozumieją tego słowa.
Całość jest katastrofalnie napisana. Pomijam narrację z OFFu, która jest nawet w momentach pt.: „uświęćmy ten moment minutą ciszy” (tyczy się to też dialogów – postaci wygłaszają stanowiska bez słuchania drugiej strony). Scenariusz leży przy kreacji świata – autor nie umie o nim opowiadać inaczej, niż w krytycznych momentach uzasadniając decyzje bohaterów ich słowotokiem („Przecież wiesz, że to jedyny sposób – w takim świecie żyjemy!”). To też nie jest historia o samej sobie – 1883 nie opowiada o czymś. Każdy wątek zostaje zapomniany i niedokończony, ewentualnie zakończony powierzchownie, po przypomnieniu sobie o nim w ostatniej chwili. To nie jest produkcja samodzielna – istnieje w kontekście, którego nie zawiera. To pole do popisu dla ludzi, którzy chcą przykładać go do swoich motywów, aby znaleźć w nim poparcie swoich idei.
A tak naprawdę to po prostu prequel do innego serialu. I pokazanie, jak przodkowie innych ludzi znaleźli się tam, gdzie się znaleźli. Nic więcej.
Mój dług
25 lutego | APV
Zjazd rodzinny u Madei ("A Madea Homecoming")
25 lutego | Netflix
Domy pełne ludzi są fajne. Plus najlepsze użycie hasła „Wakanda Forever” w historii kina.
Taka trochę polska komedia romantyczna: ludzie są na ekranie, jedzą, gadają, ktoś pierdnie, ktoś będzie kurwić na jakiś temat, na końcu ktoś się oświadczy, ktoś się z kimś pogodzi, ktoś się nawali… I film się skończy. Takiej dobrej polskiej komedii romantycznej jeszcze w tym roku nie widziałem. Lekka atmosfera, dużo głupich żartów, które mało mnie obchodziło, od czasu do czasu coś mnie rozbawiło… Źle nie było.
PS. Ok, zrobili już 12 filmów o Madei… Ale zrobili więcej z Agnes Brown, brytyjską babę graną przez faceta. Najwyraźniej jest seria z nią też. Aktor wcielił się w nią 9 razy – tylko w tym roku trzy razy. Ło matko.
Bez wyjścia ("No Exit")
25 lutego | Disney+
Najzimniejszy film roku. Tylko słuchać wiatru i śniegu za oknem…
Grupa ludzi chroni się przed zamiecią w czymś na kształt małej chatki w lesie, która bardziej wygląda jak przystanek autobusowy. Pięciu ludzi zabija czas, grając w karty – jednak z czasem okaże się, że w pobliżu jest ktoś jeszcze…
Twórcom naprawdę udało się sprzedać mróz na ekranie. Słyszymy wycie na zewnątrz, w tle, cały czas. Śnieg w powietrzu, na samochodach, na ubraniach bohaterów – doskonała robota. Fabularnie udaje się stworzyć napięcie, aktorzy się sprawdzają i ich bohaterowie są połączeni w dobre konfiguracje – ale tylko w zadowalający sposób.
To film dosyć wolny i oczywisty – jeden z tych, gdzie grupa obcych ludzi przypadkiem spotkanych w większości jednak się zna. Albo po silnym urazie dadzą radę przebiec maraton, jeśli tylko będą chcieli wystarczająco mocno. Plus każdy moment jest bardziej dramatyczny, jeśli tylko postać odmawia komunikacji na najbardziej podstawowym poziomie. Pytanie z serii tak/nie, a bohater traci język w gębie. Zagrożenie się zbliża? Otwarte usta i dramatyczna pauza. Podstawa fajnego seansu.
To nie kwestia budżetu, ale scenariusza. Nie udało się stworzyć wystarczająco ciekawych bohaterów, by ich konotacje były interesujące w oglądaniu.
Juvenile Justice - miniserial
25 lutego | 10 odcinków | Netflix
Trudne sprawy po koreańsku. Wyolbrzymia rzeczywistość w dobrym celu, kompletnie go nie osiągając.
Tytuł tej koreańskiej dramy można przetłumaczyć jako „Sprawiedliwość nieletnich”. Produkcja stara się przybliżyć temat sądu skupionego wokół przestępstw dokonanych przez niepełnoletnich. Całość trwa 10 odcinków, ale spraw jest tu bodaj 4 – czasami przechodzą one na następny odcinek, czasem trwają jeszcze dłużej. Bohaterka jest sędzią znaną ze swojej surowości wobec nieletnich: deklaruje z pasją swój negatywny stosunek emocjonalny do młodych osób, które złamały prawo. W trakcie fabuły poznamy jej przeszłość i przyczyny obecnego zgorzknienia.
Ten serial nie jest osadzony w naszej rzeczywistości. To bardziej taka fabularna wersja paradokumentów z telewizji polskiej, rozwinięte o typową przesadę z azjatyckich dramatów, które tutaj nie pasują do prób przedstawienia złożoności ludzkich problemów. Zachowanie ludzi, zwroty akcji, dylematy moralne – to wszystko jest tutaj niewiarygodne, bo nie mogłoby się wydarzyć w naszym, prawdziwym świecie tak, jak reprezentuje to serial.
Banalne podejście do problemów na zasadzie „mi wydaje się, że…”: „uważam, że kara powinna być podniesiona do 5 lat”, „nieletni powinni być sądzeni jak dorośli” itd. Bez argumentów czy faktycznej rozmowy, jakby życie było złożone z postów w mediach społecznościowych. I to wszystko jest brane na poważnie. Na sali sądowej sama dramaturgia i zażarte monologi, a zachowanie oskarżonych jest zero-jedynkowe: niewinne istoty, które po banalnym zasugerowaniu czegokolwiek zaczynają się maniakalnie śmiać. Z zaprzeczania wszystkiemu nagle zaczynają się puszyć tym, czego dokonali. Inną sztuczką jest napuszczenie jednego oskarżonego na drugiego, wtedy bez namysłu zaczną się kłócić przy wszystkich i bić na sali sądowej, przyznając do wszystkiego. Sprawa zamknięta. Wszystkie wątki kończą się zawodem, poznanie przeszłości bohaterki to wymuszony tragizm z absurdalną konfrontacją bohaterki i jej matki, które się biją na korytarzu sądu, a cały serial kończy się uroczystą przysięgą pani sędzi, że nadal gardzi nieletnimi przestępcami. Tylko że robi to przed jakąś komisją i chyba powinna wtedy stracić prawo wykonywania zawodu, ale no, co ja tam wiem. Czekam na serial o pielęgniarce opowiadającej, jak się masturbuje na myśl o wbijaniu igieł pacjentom i zostaje gwiazdą, idolem młodzieży czy coś.
Nie widać w tych bohaterach ludzi, przy pomocy ich przykładów ciężko jest wysnuwać jakiejkolwiek wnioski o naszym świecie i nieletniej przestępczości w niej zawartej. Pogarsza to tylko powaga tematu, zwyczajnie można się poczuć brudnym na widok tego, jak zagadnienie jest odrealniane przez twórców – a jeśli trafiliście kiedyś na Wikipedii na wpis poświęcony najmłodszym osobom skazanym na karę śmierci, to gwarantuję, że macie zbyt osobisty stosunek do tego wszystkiego, aby kupić taki serial. Są tutaj historie z potencjałem – ogólnie skupione wokół pokazania, że nie wszystkie dzieci są niewinne, że nie ma magicznej granicy wiekowej, po przekroczeniu której mogą dokonać morderstwa albo innego poważnego wykroczenia. Co więcej, dzieci spiskują tutaj przeciw innym dzieciom, więc komuś jednak w końcu musimy uwierzyć. Trzeba zachować zimną krew i nie dać się ponieść emocjom.
Szkoda tylko, że serial nic innego nie robi poza pozwoleniem, aby ponieść się emocjom.