Luty 2022

Luty 2022

6 lutego 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

20
obejrzanych filmów
9
obejrzanych sezonów seriali
1/5

8 rzeczy, których nie wiecie o facetach

28 lutego | Netflix

Antyfabularna zbrodnia przeciw rzeczywistości.

Czytam właśnie autobiografię Alana Aldy i tam wspomina, jak podczas pracy nad jednym programem wskakiwali do basenu, a wynurzali się dopiero, jak wymyślili nową linię dialogu. Nie zdziwię się, jeśli tak powstały wszystkie wątki zawarte w 8 rzeczach…. Haust powietrza, myślenie i wynurzenie: PIOSENKARZ Z MOTYLEM NA DUPIE! Pod wodę, dramatyczne czekanie i kolejne wynurzenie: TAKSÓWKARKA TO JEGO CÓRKA, O KTÓREJ NIE WIE! Półtorej minuty później: DWOJE IDIOTÓW FASZERUJE PRZYPADKOWE OSOBY CUKIERKAMI Z NARKOTYKAMI. 7 minut później mieli gotową całą historię z filmu: zbiór losowych wątków połączonych w absurdalny sposób. Ten film się nie zaczyna, nie kończy, niczego nie opowiada. Rzeczy się dzieją w najbardziej doskonałej, pozbawionej struktury formie. Ktoś szuka inspiracji, ktoś szuka ojca, ktoś wychowuje dziecko, ktoś rodzi dziecko. Na końcu wszyscy patrzą na urodzone dziecko, jakby się znali i kończymy. To jest streszczenie filmu, pełne i w ogóle.

Wszystko to dzieje się w świecie odklejonym od naszego, rzeczywistego, udając przy tym rzeczywistość. Jestem szczerze zdziwiony, że w tym wszystkim twórcy najpierw doprowadzili do ciąży, by od niej przejść do porodu. Dla każdego co innego się znajdzie, co go obrazi. Działanie szpitali w tym filmie wyjebało mój zakres tolerancji w kosmos – ratownik błagający sanitariuszy, aby przyjęli pacjenta, bo w innych szpitalach go nie chcieli, to jest plucie w twarz dla całego personelu medycznego, który traktuje swoją pracę poważnie. I piszę całkowicie serio: twórcy powinni przeprosić za to, że przedstawili moje siostry i moich braci jako ludzi, którzy w takim poważaniu mają los chorych.

A wy? W jaki sposób ten film was obraził?

3/5

Projekt Adam ("The Adam Project")

28 lutego | Netflix

On wraca z 2050 roku do teraźniejszości, rocznik 2022, przez pomyłkę. Trafia na samego siebie z przeszłości, zaprzyjaźniają się, starsza wersja pomoże młodszej w relacji z łobuzami i matką… Acha, jest jeszcze globalny kryzys do wyleczenia oraz utrata ukochanej osoby poprzez czas i przestrzeń, ale do tego dojdziemy. To są na razie rzeczy drugoplanowe.

Jest tu z całą pewnością materiał na dobry film: pomysł, aktorzy, szeroko pojęty urok oraz emocjonalność. Są tu dobre linijki dialogowe, a z innych aktorzy starają się robić co mogą i też fajnie wychodzi, ale to nadal wygląda jak poprawki naniesione na o wiele gorszy scenariusz. Scenariusz, który zaczął być ratowany – ewentualnie, „zmieniany” – długo po akceptacji przez producenta. Wyraźnie widać, jak niektóre wątki stały się w praniu ważniejszymi od innych, jak utracono serce i sedno tej opowieści, kiedy zaczęto roszady scen. Dla tych, co widzieli: też czujecie, że pierwotnie opening miał mieć miejsce na sali wykładowej?

W efekcie brak tej produkcji spójności, a przez to uczciwości emocjonalnej. Są tutaj trzy główne motywy i w każdej z nich bohater wydaje się dostosowywać do fabuły, inne rzeczy są dla niego najważniejsze w zależności od sceny. W ten sposób udzielono odpowiedzi: o czym jest ten film? O ratowaniu ukochanej? O ratowaniu świata? O relacji z ojcem? O relacji z samym sobą? W tym wszystkim pewne jest tylko jedno: relacja z matką to drugi plan, dodatek. Cała reszta ma potencjał na bycie sercem całej historii – i tak jest traktowany, do czasu. A potem o tym zapominamy, bo wszystko wkładamy w nowy motyw. Nawet nie nazwałbym tego szantażem emocjonalnym, bo szczerze widzę tutaj uczciwość i chęć oddania sprawiedliwości każdemu z tych wątków. W danym momencie wszystko nawet działa, ale nie jako całość, gdy tyle się dzieje, a protagonista wydaje się mieć pamięć złotej rybki. Jak o tym myślę: to jednorazowy seans. Przy powtórce i oglądaniu „dzieciństwa” mógłbym zacząć frustrację wiedząc więcej o tym, co się dzieje, a wszyscy to póki co ignorują.

Na pewno nie warto oglądać w autobusie. Sceny akcji są naprawdę miłe, a i emocje potrafią trafić tam, gdzie trzeba. Do oglądania z kimś, komu ufasz.

3/5

Prawi Gemstonowie - sezon II ("Righteous Gemstones")

27 lutego | 9 odcinków | HBO Go

Nie łapię tego serialu. Dobrze się na nim bawię, ale jeszcze nie do końca go kupuję. Mam jednak przeczucie, że to w końcu nastąpi.

Sednem opowieści jest rodzina relijinej grupy dominującej w USA, która ma miliony na koncie, robi widowisko z mszy i głosi Słowo, będąc przy tym wszystkim, za co pójdą do piekła, w które tak wierzą. Walczą o władzę, szczególnie o spadek po głowie rodziny, gdy ta odejdzie, będąc oklaskiwani przez wiernych za mówienie o wielkości Pana. Tutaj właśnie nie do końca jestem w stanie jeszcze kupić konwencję – bo bohaterowie wyraźnie wierzą w to, co głoszą, ale nie dostrzegają zakłamania, co w ogóle nie jest wyjaśnione.

Przyczyna jest taka, że to przegięty serial, wyśmiewający w głównej mierze swoich bohaterów. Po prostu osobiście jestem wyczulony na hipokryzję, więc to mnie blokowało, aby kupić całość od początku. Potrzebuję czasu.

W tym sezonie… Cóż: dzieci chcą zyskać szacunek w oczach taty, który mierzy się ze swoją przeszłością. Wątek główny jest trochę chaotyczny, gdy chce sie go jakoś podsumować, ale w oglądaniu dostarcza masę zabawy. Jest tutaj zaskoczenie, zagadka, nawet pewne napięcie, gdy w finale okazuje się, że ktoś inny jednak stoi za pewnymi wydarzeniami. To uczciwie dobra opowieść, mająca tło, przyczynę i konsekwencję, uczciwie podchodząca do wielu poważnych motywów, łącząc to jednak z przerysowaną stylistyką, która jednak utrudnia uwierzenie zarówno w bohaterów – czemu wierzą w to, co wierzą? – jak i świat serialu – bo jak to jest, że mają tyle milionów? Dzięki tym mszom? Z drugiej strony – nie jest to dalekie od rzeczywistości. Prawdziwe kościoły są jeszcze bardziej bogate.

A serial nie jest zainteresowany zrozumieniem tego zjawiska. Traktuje to jako tło do komediowej opowieści. To naprawdę ma potencjał.

Nie lubię porównywać, ale to jest taka inna wersja Sukcesji. Z lepszym scenariuszem, zróżnicowanymi bohaterami i fabułą, która ma znaczenie. Już nie mówiąc o tym, że w ogóle coś z tego będę pamiętać.

A poniżej przykład przeszarżowanej stylistyki. Bolesne w oglądaniu, ale nie mogę się przestać śmiać. I po seansie jednak znalazłem to na YouTubie. Twórcy jednak wiedzą, co robią. Czekam na trzeci sezon.

5/5

Euforia - sezon II ("Euphoria")

27 lutego | 8 odcinków po 60 min | HBO GO

Uwielbiam energię tej produkcji, ile tutaj jest akcji-reakcji! Każde ujęcie jest nacechowane emocjonalnie, wizja całości jest wysycona emocjami. I za każdym razem oglądamy czyjąś perspektywę, dlatego tak pięknie mieszana jest sprana rzeczywistość z masą kolorów, świateł, przepięknych kompozycji! Każda twarz w tym serialu potrafi być fascynująca, pełna, ludzka.

Narracyjnie niewiele się dzieje, bo przez cztery odcinki budowany jest piąty, gdzie emocje zostają wypuszczone, wszyscy krzyczą, kłócą się, biegają, nawet policja się we wszystko angażuje. Sporo tu też raczej banalnych i prostych rozwiązań fabularnych – jest tu trochę dramatu, po którym okazuje się, że tak naprawdę była to jedynie fantazja albo sen, to się nie stało tak naprawdę. Niewiele w tym konsekwencji. Pod koniec z kolei jedna postać wystawi sztukę, w której odtworzy swoje osobiste przeżycia, czym wywoła burzę, ale na końcu ją zaakceptują – problem tylko w tym, że z uwagi na subiektywną formę całego serialu, ja wątpiłem w ten pozytywny odbiór ze strony widowni. Wątpiłem, czy ludzie z boku mogli się w tym odnaleźć, zrozumieć tę sztukę, a co dopiero wpaść nad nią w zachwyt. To było przesadzone, tylko nie wiadomo, jak bardzo, a tym samym sens całości stoi pod znakiem zapytania.

Problemem może być sama treść, bo o ile jest to produkcja o młodych osobach szukających siebie, to mimo wszystko są oni odpychający, pretensjonalni, kłótliwi, dramatyczni, pełni siebie – i to ich wszystkich gubi. Pewność siebie połączona z brakiem odpowiedzi na wiele rzeczy, opuszczeni przez rodziców, którzy nie poradzili sobie z niczym. To wymaga trochę od widza, żeby się przebić przez pychę tych bohaterów, ich fikcyjny świat oderwany od rzeczywistego spod znaku paznokci za pół wypłaty rodziców, bo pod tą atrakcyjną formą i pretensjonalną powierzchnią skrywa się coś więcej – tylko to „więcej” jest rozpisane na o wiele więcej odcinków, niż cierpliwość widza może pozwolić. Wydaje mi się, że ten tytuł bardziej może trafić do osób w wieku bohaterów – bo misja Euforii jest jak najbardziej słuszna, młodzi są zagubieni i potrzebują wiele miłości. Cholera, to się tyczy większości ludzi przecież – ale nawet rozumiejąc to, zdarzają się sceny, których nie da się oglądać. Je trzeba przewijać.

Słuszny to serial. Przedstawia ludzi pełnych nienawiści do samych siebie w taki sposób, w który można uwierzyć, a po wysiłku ze swojej strony, nawet zacząć rozumieć. Czy coś z tego wynika? Nie jestem pewien, ale ten tytuł jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Czekam na sezon III.

3/5

Ktoś, gdzieś - sezon I ("Somebody, somewhere")

27 lutego | 7 odcinków po 30 min | HBO GO

Bracia Duplass w formie serialowej dają to, czego można się spodziewać. Pogodna produkcja o życiu zwykłych ludzi. Gadają, chodzą do pracy, próbują znaleźć sobie coś, co lubią robić. I czują się komfortowo nic nie robiąc, ale dochodzą do wniosku, że w sumie lepiej zacząć coś robić.

Zapamiętam, że bohaterka miała ładny głos. Zapamiętam jej kolegę geja i że stworzył klub w supermarkecie pod przykrywką prób chóru. Zapamiętam jak odkryli, że matka bohaterki jest alkoholiczką i przekonała ojca, aby zmusił swoją żonę do przyjęcia pomocy. Tak naprawdę pewnie nie zapamiętam, ale – jak w życiu. Gdy się dzieje to lubię myśleć, że teraźniejszość jest istotniejsza, niż się wydaje.

W filmach taki niszowy, indie-feeling jest częściej spotykany, w serialu – i to na HBO – rzadziej. Aktorzy, ich fizjonomia, słodko-gorzki ton, opowiadanie z powagą i lekkością o ciężkim okresie życia – mało seriali to robi. Tutaj możemy zobaczyć, że gdy jest gorzej, nadal możemy się uśmiechnąć od czasu do czasu, bezsilnie i powoli brnąc do tego momentu, gdy wyjdziemy na prostą.

2/5

1883 - sezon I

27 lutego | 10 odcinków (odc. 4-10 z 2022) | Paramount+

Na początku 7 odcinka jest monolog o tym, że jedynym sposobem na poznanie, że znajdujemy się na terenie niedotkniętym ludzką ręką, jest brak słów w reakcji na ujrzenie jego piękna. W oryginale kwestia ta robi ogromne wrażenie – jest w niej poezja, niespodziewany pierwiastek pokory ludzkiej w sosie z goryczy. A przynajmniej takie robi wrażenie, chociaż jest tylko pochwałą analfabetyzmu, który nawet nie pasuje do epoki ani narracji – w końcu gadanie z offu w tym serialu jest poetyckie i do tej pory narrator nie miał problemu opisywać czegoś przy pomocy zdań wielokrotnie złożonych, w stosunku do banalnych i prostych zjawisk, ale hej!, przynajmniej takie nawijanie sprawia wrażenie ważnego i pięknego.

Zacząłem od tego, ponieważ taki jest cały ten western: sprawia wrażenie. Próbuje sprzedać męskość, zamiast być męskim. Na początku dawałem tej produkcji masę zaufania: to w końcu Dziki Zachód, wielka przeprawa, samobójstwa i w ogóle! To jest dorosłe, prawda? Tylko z każdą minutą coraz bardziej godziłem się z myślą, że to jednak nigdy nie będzie współczesne Na południe od Brazos. Musiałem się pogodzić z tym, że kobiety w tym serialu mają makijaż, farbowane włosy, lakier i stroje zadbane we współczesny sposób. Że imigranci z Europy, uciekający przed horrorem z ojczyzny, teraz narzekają w zasadzie, że jest za mały socjal, zamiast wziąć się w garść i przetrwać – tak jakby to była dla nich jakaś nowość (przy okazji – brak szacunku dla prawdziwych ludzi, którzy musieli przetrwać taką podróż). Mają pomoc i jeszcze płaczą, bo ona nie chroni przed życiem i jego nieuchronnością oraz niewybaczalnością. Tak, cały ten tytuł jest współczesny, łącznie z brakiem religii. Narrator jest pretensjonalny jak wieśniak, który przybył do wielkiego miasta i teraz udaje przed samym sobą, jaki twardy musi być, żeby przeżyć w miejskiej dżungli – po przedawkowaniu książek Chandlera, więc co drugie zdanie brzmi: „Kosmos to martwe miejsce, w którym przetrwają tylko ci, co są gotowi wycierpieć najwięcej”. Oczywiście przy jednoczesnym byciu miękką pizdą, ale scenarzyści chcą, aby protagonistka wyglądała na twardą, więc osłabiają inne postaci, a jej dają nieśmiertelność, szczęście i co tam jeszcze chcecie. Do tego wątki romantyczne ze Zmierzchu (mam 18 lat i wiem lepiej, zostaję na pustyni z Estebanem Czerwoną Twarzą!) oraz leżenie na łące w romantyczny sposób, monologując równocześnie ostro z OFFu. Więcej kontaktu z naturą miałem w ogródku dziadka niż ci bohaterowie pokonujący Stany Zjednoczone w poprzek. Przynajmniej w następnym odcinku przypomnieli sobie o wężach i innych, wtedy to było już istotne.

Tak, jest tu Sam Elliott w roli kowboja z doświadczeniem. Powiedzmy, że jego osobowość sprowadza się do doradzeniu kucharzowi, żeby nie używał słowa „fuck” przy imigrantach, bo nie rozumieją tego słowa.

Całość jest katastrofalnie napisana. Pomijam narrację z OFFu, która jest nawet w momentach pt.: „uświęćmy ten moment minutą ciszy” (tyczy się to też dialogów – postaci wygłaszają stanowiska bez słuchania drugiej strony). Scenariusz leży przy kreacji świata – autor nie umie o nim opowiadać inaczej, niż w krytycznych momentach uzasadniając decyzje bohaterów ich słowotokiem („Przecież wiesz, że to jedyny sposób – w takim świecie żyjemy!”). To też nie jest historia o samej sobie – 1883 nie opowiada o czymś. Każdy wątek zostaje zapomniany i niedokończony, ewentualnie zakończony powierzchownie, po przypomnieniu sobie o nim w ostatniej chwili. To nie jest produkcja samodzielna – istnieje w kontekście, którego nie zawiera. To pole do popisu dla ludzi, którzy chcą przykładać go do swoich motywów, aby znaleźć w nim poparcie swoich idei.

A tak naprawdę to po prostu prequel do innego serialu. I pokazanie, jak przodkowie innych ludzi znaleźli się tam, gdzie się znaleźli. Nic więcej.

3/5

Bez wyjścia ("No Exit")

25 lutego | Disney+

Najzimniejszy film roku. Tylko słuchać wiatru i śniegu za oknem…

Grupa ludzi chroni się przed zamiecią w czymś na kształt małej chatki w lesie, która bardziej wygląda jak przystanek autobusowy. Pięciu ludzi zabija czas, grając w karty – jednak z czasem okaże się, że w pobliżu jest ktoś jeszcze…

Twórcom naprawdę udało się sprzedać mróz na ekranie. Słyszymy wycie na zewnątrz, w tle, cały czas. Śnieg w powietrzu, na samochodach, na ubraniach bohaterów – doskonała robota. Fabularnie udaje się stworzyć napięcie, aktorzy się sprawdzają i ich bohaterowie są połączeni w dobre konfiguracje – ale tylko w zadowalający sposób.

To film dosyć wolny i oczywisty – jeden z tych, gdzie grupa obcych ludzi przypadkiem spotkanych w większości jednak się zna. Albo po silnym urazie dadzą radę przebiec maraton, jeśli tylko będą chcieli wystarczająco mocno. Plus każdy moment jest bardziej dramatyczny, jeśli tylko postać odmawia komunikacji na najbardziej podstawowym poziomie. Pytanie z serii tak/nie, a bohater traci język w gębie. Zagrożenie się zbliża? Otwarte usta i dramatyczna pauza. Podstawa fajnego seansu.

To nie kwestia budżetu, ale scenariusza. Nie udało się stworzyć wystarczająco ciekawych bohaterów, by ich konotacje były interesujące w oglądaniu.

2/5

Juvenile Justice - miniserial

25 lutego | 10 odcinków | Netflix

Trudne sprawy po koreańsku. Wyolbrzymia rzeczywistość w dobrym celu, kompletnie go nie osiągając.

Tytuł tej koreańskiej dramy można przetłumaczyć jako „Sprawiedliwość nieletnich”. Produkcja stara się przybliżyć temat sądu skupionego wokół przestępstw dokonanych przez niepełnoletnich. Całość trwa 10 odcinków, ale spraw jest tu bodaj 4 – czasami przechodzą one na następny odcinek, czasem trwają jeszcze dłużej. Bohaterka jest sędzią znaną ze swojej surowości wobec nieletnich: deklaruje z pasją swój negatywny stosunek emocjonalny do młodych osób, które złamały prawo. W trakcie fabuły poznamy jej przeszłość i przyczyny obecnego zgorzknienia.

Ten serial nie jest osadzony w naszej rzeczywistości. To bardziej taka fabularna wersja paradokumentów z telewizji polskiej, rozwinięte o typową przesadę z azjatyckich dramatów, które tutaj nie pasują do prób przedstawienia złożoności ludzkich problemów. Zachowanie ludzi, zwroty akcji, dylematy moralne – to wszystko jest tutaj niewiarygodne, bo nie mogłoby się wydarzyć w naszym, prawdziwym świecie tak, jak reprezentuje to serial.

Banalne podejście do problemów na zasadzie „mi wydaje się, że…”: „uważam, że kara powinna być podniesiona do 5 lat”, „nieletni powinni być sądzeni jak dorośli” itd. Bez argumentów czy faktycznej rozmowy, jakby życie było złożone z postów w mediach społecznościowych. I to wszystko jest brane na poważnie. Na sali sądowej sama dramaturgia i zażarte monologi, a zachowanie oskarżonych jest zero-jedynkowe: niewinne istoty, które po banalnym zasugerowaniu czegokolwiek zaczynają się maniakalnie śmiać. Z zaprzeczania wszystkiemu nagle zaczynają się puszyć tym, czego dokonali. Inną sztuczką jest napuszczenie jednego oskarżonego na drugiego, wtedy bez namysłu zaczną się kłócić przy wszystkich i bić na sali sądowej, przyznając do wszystkiego. Sprawa zamknięta. Wszystkie wątki kończą się zawodem, poznanie przeszłości bohaterki to wymuszony tragizm z absurdalną konfrontacją bohaterki i jej matki, które się biją na korytarzu sądu, a cały serial kończy się uroczystą przysięgą pani sędzi, że nadal gardzi nieletnimi przestępcami. Tylko że robi to przed jakąś komisją i chyba powinna wtedy stracić prawo wykonywania zawodu, ale no, co ja tam wiem. Czekam na serial o pielęgniarce opowiadającej, jak się masturbuje na myśl o wbijaniu igieł pacjentom i zostaje gwiazdą, idolem młodzieży czy coś.

Nie widać w tych bohaterach ludzi, przy pomocy ich przykładów ciężko jest wysnuwać jakiejkolwiek wnioski o naszym świecie i nieletniej przestępczości w niej zawartej. Pogarsza to tylko powaga tematu, zwyczajnie można się poczuć brudnym na widok tego, jak zagadnienie jest odrealniane przez twórców – a jeśli trafiliście kiedyś na Wikipedii na wpis poświęcony najmłodszym osobom skazanym na karę śmierci, to gwarantuję, że macie zbyt osobisty stosunek do tego wszystkiego, aby kupić taki serial. Są tutaj historie z potencjałem – ogólnie skupione wokół pokazania, że nie wszystkie dzieci są niewinne, że nie ma magicznej granicy wiekowej, po przekroczeniu której mogą dokonać morderstwa albo innego poważnego wykroczenia. Co więcej, dzieci spiskują tutaj przeciw innym dzieciom, więc komuś jednak w końcu musimy uwierzyć. Trzeba zachować zimną krew i nie dać się ponieść emocjom.

Szkoda tylko, że serial nic innego nie robi poza pozwoleniem, aby ponieść się emocjom.

1/5

Biffy Clyro: Cultural Sons of Scotland

25 luty | Amazon Prime

Dokument o zespole muzycznym, który brzmi tak samo, jak wszystkie inne. W sensie ich gadanie, bo muzycznie niewiele usłyszałem – jakieś pop-rockowe darcie ryja – które nawet miało swój urok.

I czemu oni mówią wszyscy to samo? Każdy dokument o zespole to słuchanie, że ich muzyka jest wyjątkowa, bo lubią to robić. Są razem tyle lat i energia między nimi, to zrozumienie, no tego nie da się opisać!

Nic o samej muzyce. Znaczeniu stojącym za piosenkami, za albumem, niczym. To nawet nie jest przypadek Doriana Greya, to jest przypadek kolejnego typowego dokumentu o zespole, o którym nie słyszałem.

2/5

Studio 666

24 luty | VOD

„You’re like my second favorite band after Coldplay.”

Dziwny film. Niezręczny, ale i dający trochę frajdy – przede wszystkim pomysł. Podczas oglądania czułem się, jakbym oglądał film zrobiony z najlepszymi kolegami. Budżet czy umiejętności odstają nawet od rynku vod, ale jest to zacięcie, że twórcy spędzają czas w gronie ludzi, których lubią, a film jest prezentem dla nich.

Lider Foo Fighters i reszta zespołu nagrywają nową płytę. Decydują się zrobić to w małym pałacu, gdzie jest pasjonująca energia. Nie wiedzą, że ta energia jest też zła…

Niezręczność bierze się głównie z tego, że to w dużej mierze teatr jednego aktora: wokalisty Dave’a Grohla. W scenach zbiorowych mówi za wszystkich, a jak na kogoś przekonać do czegoś, to też głównie sam mówi, by na koniec ktoś rzekł: „no dobra”. Trochę trwało, zanim to zaakceptowałem, ale nie miałem z tym problemu – nadal jest tu sporo miłości do muzyki oraz horrorowych schematów, które lubię. Nie był to tytuł, który lubię tak, jak lubię standardowe filmy – raczej taki, który zrobił kumpel. A ja go robiłem razem z nim.

Dopiero krwawa część filmu zaczęła wyglądać bardziej profesjonalnie. A są tu sceny zarówno interesujące pod względem kreatywnym, jak i wykonania efektów specjalnych. Zabójstwo na grillu, przy użyciu talerza, piła mechaniczna w łóżku… Obok wygłupów jest tu kilka naprawdę fajnych scen.

Film dla małej grupy osób. Ja będę go wspominać pozytywnie.

2/5

Muszę o tobie zapomnieć ("UFO")

23 lutego | Netflix

Ona jest kobietą i widzi jego. On jest facetem i widzi ją. W scenariuszu więcej nie ma. Coś tam jest o ważnym wyścigu, jej rodzice nie pochwalają nowej znajomości, na koniec ktoś tam umrze na ból głowy. Jest też coś o UFO i różne metafory z tym związane, ale chyba pochodzą one z innego filmu, który został wykreślony i w jego miejscu powstała ta opowieść o miłości, pragnieniu i innych hasłach reklamowych.

Muszę oddać, że między aktorami jest chemia nadrabiająca scenariusz. Ogólnie aktorzy są poprowadzeni tak, żeby tworzyć coś naturalnego na ekranie, coś sympatycznego. Nie są mądrzy i irytują, ale mogło być gorzej.

Niewiele idzie napisać o takich produkcjach. Ot, na kobietę trzeba zasłużyć. A jak uciekasz przed policją, to ratunkiem jest cięcie montażowe. Seans męczy, ale nieszczególnie – przeszkadza tylko niezasłużony tragizm końcówki, absurdalny i niedorzeczny.

2/5

Frederick Douglass: W pięciu mowach

23 lutego | 55 min | HBO GO

Opowieść o niewolniku który wywalczył wolność i walczył całe życie o koniec niewolnictwa.

Krótki to dokument, pochwalny i pobieżny, pozbawiony dogłębności. Dobry człowiek był, dobrze gadał, dobrze o nim pamiętać.

Wartością dodaną na pewno jest występ aktorów, wygłaszających słynne mowy (w wersji skróconej). Bardziej reklama książki (autorstwa samego Douglassa, jak i jego biografa), niż dokument.

3/5

Niewidzialna nić ("Il filo invisibile / The Invisible Thread")

21 lutego | Netflix

To nie jednak tak złe, jak twórcy się starali, by było.

Młody człowiek ma rodziców gejów. Wchodzi w wiek nastoletni, szuka akceptacji, rozgląda się za dziewczyną… I to udaje się sprzedać. Poznawanie życia, chęć udowodnienia swojej wartości, nieśmiałość – to wszystko powoli przekonywało mnie do siebie. Aktorzy się sprawdzają, a twórcy poświęcają poszczególnym elementom wystarczająco czasu. To film, w którym ludzie na ekranie potrafią się przytulić, a ja czuję, że oglądam wtedy prawdziwych ludzi, którzy tego potrzebowali.

Problem polega na tym, że równocześnie podjęto wiele działań mających na celu obniżenie powagi tej produkcji. Poważny temat, dodajmy więc lekki ton i trochę humoru, może nawet komediową intrygę? W efekcie razem z tym relatywnie udanym filmem dostajemy też w pakiecie telenowelę o szukaniu prawdziwych rodziców, bo się okaże, że żaden z jego ojców nie jest ojcem biologicznym. Albo branie narkotyków i wspinanie się na ścianę. Albo przezabawną sekwencję, w której bohater jest brany za kochanka czyjegoś syna, chociaż tak naprawdę spędził noc z ich córką. Nie klei się to, nie daje satysfakcji, szybko traciłem zainteresowanie i potem film mozolnie to zainteresowanie odzyskiwał, by w końcu dowalić większym absurdem. I tak w kółko. Kino obyczajowe i coming-of-age mieszało się z kinem geriatrycznego kabaretu sprzed 40 lat, dajcie spokój. I tak oceniam za wysoko.

Niemniej, nadal miło spędziłem ten czas. Przynajmniej w porównaniu z innymi produkcjami.

4/5

One Night Off

21 lutego | Amazon Prime

Z niemowlakiem na imprezę. Niemcy mają bardzo amerykańskie poczucie humoru.

Rodzi się dziecko i teraz trzeba być odpowiedzialnym – ale no, mały nie chce spać, jest późno, chata pusta, a znajomy zaprasza na ostrymi koncert jakiejś kapeli, którą bohater lubi… Więc idzie, z przyczepionym dzieckiem do klatki piersiowej, nie mogąc pożegnać się z poprzednim życiem, po drodze udowadniając, co jest jednak dla niego najważniejsze. W pogoń za nim rusza siostra żony – przekonana, że nasz bohater da dupy.

Od tego momentu zaczyna się zwariowana komedia pełna niezwykłych przygód i bohaterów, których lubimy. Każda kolejna sytuacja zmienia zasady gry, podbija dramaturgię i skomplikowanie życiowe bohaterów, wszystko jest budowane na poprzednich ekscesach protagonistów. Twórcy mają dużo niespodzianek w rękawie, cały czas trzymając opowieść świeżą i niezwykłą. Będzie koncert, policja, walka z bezdomnym wariatem, kradzież w sklepie oraz wieeelki basen sangri. To fabuła sprzed dwóch dekad, jakie wtedy widzieliśmy w kinie amerykańskim – głupie, ale z sercem. Brak obrzydliwego humoru, brak cringe’u, brak Adama Sandlera – cała reszta się zgadza. Takie kino naprawdę lubię – nawet pomijając fakt, że akcja trwa jedną noc i zawiera scenę, gdy bohaterowie siedzą na krawężniku w środku nocy, kontemplując życie.

W zasadzie jedynym problemem jest początek, gdy siostra żony znęca się nad bohaterem po urodzinach dziecka. Jest tu obecna zarówno przemoc psychiczna, jak i fizyczna, ale jak o tym myślę z perspektywy czasu – nie ma w tej scenie nic z rywalizacji płci. Jedna osoba kpi i wykręca nadgarstki, druga nic z tym nie robi. Jakby odwrócić płcie, wydźwięk byłby inny, ale nie aż tak. Ponad to przesłanie jest oczywiste – mamy potępiać takie zachowanie i liczyć, że taka agresywna osoba skończy źle na koniec filmu. I faktycznie kończy, co wywołuje radość. Potem postać siostry jest rozwijana – spotkała ją krzywda i ma teraz uraz, który wpływa na jej postrzeganie rzeczywistości. Wymagana od nas jest empatia wobec niej, tylko pytanie, czy dobrze jest oczekiwać czegoś takiego wobec okropnej osoby? Już nie mówiąc o tym, że spora część jej historii sprowadza się do słów „baba bez bolca dostaje…”

Cała reszta seansu to sprawnie zrealizowana komedia chaosu. Kurde, uwielbiam. Szczególnie agresywnie wyglądających harleyowców, co okażą się świetnymi ojcami. Polecam.

2/5

Furioza - miniserial

19 lutego | 4 odcinki po 35 min | Canal+

Albo ta wersja jest lepsza, albo byłem za ostry względem kinówki. Ot, taki profit oglądania masy naprawdę złych filmów.

Wersja serialowa filmu z zeszłego roku pod tym samym tytułem. Osobiście zauważyłem niewielkie zmiany, ledwo garść scen, ale mimo to oglądało mi się to względnie… bezproblemowo. Aż musiałem wrócić do tego, co pisałem w październiku, żeby przypomnieć sobie, jaki ja miałem problem wcześniej. Nie zrozumcie mnie źle: to nadal tytuł poniżej przeciętnej i ogólnie podtrzymuję to, co wtedy mówiłem, ale… byłem przy tym za ostry. Twórcy mają za dużo pomysłów, nie umieją o nich opowiadać, ich historii brakuje skupienia, są nieudolni w próbie nadania głębi obijaniu gęby albo bohaterom, dla którym takie obijanie jest sensem życia. Z drugiej strony – co tu ukrywać, mogło być o wiele gorzej. Widziałem masę innych słabych filmów w ostatnim czasie – w tym polskich! – i widzę gigantyczną różnicę.

Furioza przynajmniej od początku do końca jest traktowana na poważnie. Reżyser wierzy w swoich bohaterów i ich losy, traktuje ich z godnością. Aktorzy są poprowadzeni z odwagą, sceny nawalanki nadal są intensywne i prawdziwe. Brakuje choćby jednego momentu żenady – jakiegoś dziecinnego tekstu, zwrotu akcji z dupy, kompletnego oderwania od rzeczywistości którą wszyscy znamy (współpraca szczura z policją najwyżej jest uproszczona). Wykreowane postaci są ciekawe (Mrówa, Golden, Bauer – no kiedy ostatnio pamiętaliście chociaż jednego bohatera polskiego filmu, którego dane nie są w tytule?), no i tworzy całkowicie swoje kino, ze swoim pomysłem, nie pod publikę i jej gatunkowe oczekiwania. Naprawdę byłem za ostry pisząc o amatorstwie reżysera. Inni nasi twórcy zasługują na ten tytuł o wiele bardziej, on na tym tle jest diamentem. Ocena bez zmian, bo to jednak nadal „dobre jak na polskie warunki”, ale wciąż: jest nadzieja.

PS. Jak dla mnie oni tam cały czas krzyczą „hujoza”. No, przynajmniej pół na pół. Pół Furiozy, pół hujozy.

4/5

Lincoln's Dilemma - miniserial

18 lutego | 4 odcinki po 60 min | AppleTV+

Dokument historyczny, który zaczyna się od ujęć współczesnych: a konkretnie podboju Kapitolu w styczniu 2021 roku. Później teraźniejszość również wróci: w formie dyskusji o słuszności wybranych pomników, jako wstępnie do rozmowy o tym, jak pamiętamy historię, a jaka ona była naprawdę. Lincoln’s Dilemma skupia się na osobie prezydenta USA, który jest pamiętany jako ten, który zakończył niewolnictwo – ale ile w tym słuszności? Powoli z tego seansu wyłania się obraz człowieka: nie wybawiciela, ale polityka. Człowieka, który miał doradców, słuchał wielu osób, zmieniał zdanie i dojrzewał jako człowiek przez całe swoje życie.

Nie ma tu jednak nic o niewolnictwie takim, jakim było widziane przez długi czas: jako naturalny stan rzeczy. Ludzie uważali się za podległych innym, którzy uważali się za lepszych. Taki był układ: ja jestem jego własnością, ale on zapewnia mi bezpieczeństwo, jedzenie, przetrwania – ja nie muszę się martwić o nic z tych rzeczy. Jedną z podstawowych rzeczy, które trzeba było pokonać w celu zniesienia niewolnictwa, było właśnie to przekonanie: byli niewolnicy, którzy chcieli nimi pozostać. Bali się innego układu. O czarnych właścicielach niewolników i ogólnie całym biznesie stojącym za sprowadzaniem czarnych do Ameryki nie ma ani słowa. Jedynie tyle: niewolnictwo było. I jest pokazane tak, jak to sobie wyobrażamy dzisiaj: wyłącznie złe warunki pracy, przemoc wobec poddanego, który musi harować bez jedzenia i wody, aby w nagrodę być bitym tylko przez godzinę i przez następną godzinę będzie mógł spać na gołej ziemi, zanim znowu go zaciągną do pracy na 76 godzin z rzędu. O niewolnictwie można powiedzieć dużo więcej. I dostrzec, ile z niego wciąż istnieje współcześnie, tylko pod inną nazwą.

A to jest znaczące, ponieważ ten dokument mówi od początku, że chce przedstawić historię taką, jaka była naprawdę, byśmy mogli wyciągać z niej wnioski właściwe. O to jednak trudno w takiej postaci. W końcu używamy słów, które każdy z nas jest w stanie inaczej interpretować, w zależności od posiadanej wiedzy.

Wracając do samego Lincolna… Jeśli chcecie dokument o wojnie secesyjnej, lepiej włączcie Civil War Kena Burnsa – nudniejszy, ale jednak bardziej szczegółowy tytuł poświęcony temu wydarzeniu, robiący mimo wszystko nadal większe wrażenie. Nadal mam dreszcze, gdy tam opowiadali o przemowie Gettysburskiej – wątpię, abym po samym seansie Lincoln’s Dilemma szanował tę przemowę tak samo. Niemniej: to nie jest dokument o wojnie albo niewolnictwie. Jest o historii, wyciąganiu z niej wniosków, prostowaniu wygodnej wersji przeszłości i zastępowania jej właściwą, bliższą prawdzie. Opowiadamy o tym, co było tak, jak powinniśmy: zawsze jest jakiś wstęp, zawsze są zmienne, zawsze są wątpliwości i inne emocje towarzyszące ryzykownym, dramatycznym zmianom. Pokazują, jak wiele razy coś mogło ulec zmianie – i ile trzeba było, aby osiągnąć to, co znamy jako efekt końcowy. Historia jako seria decyzji, zmian, balansowania z jednej strony w drugą. Podejście słuszne, realizacja i zaangażowanie odbiorcy całkiem udana, tylko wartość merytoryczna zaledwie poprawna.

Plus Jeffrey Wright wspaniale jako narrator oraz Leslie Odom Jr. wspaniale jako Frederick Douglass. Listy Lincolna czyta Bill Camp, którego znam z wyglądu (Bóg z Leftovers), chociaż jego godność nic mi nie mówiła podczas seansu.

3/5

Cuphead Show - sezon I

18 lutego | 12 odcinków po 10 min | Netflix

Wystarczająco przypomina klasyczne bajki bez dostarczania tej samej frajdy.

Na pierwszy rzut oka przypominają się czasy amerykańskiej animacji lat 30 i 40. To nie tylko styl kreski jest klasyczny, tylko w nowoczesnej formie i technologii – tu nawet schematy fabularne są z tamtych lat. Kiedy ostatnio widzieliście historię o podrzuceniu bohaterom bobasa z piekła rodem? Dokładnie! Jest tu przemoc, absurd i przerysowanie czego tylko się da.

Oglądamy przygody rodzeństwa kubków wychowywanych przez dominującego wujka dzbanka – akcję osadzono w czasach odległych, kiedy młodzież jeszcze słuchała audycji radiowych (seriali) dla rozrywki. Raz w wesołym miasteczku wejdą w konflikt z Diabłem, który co parę odcinków będzie kombinować, aby zabrać jednemu z braci duszę. Cała reszta historii – można robić, co się chce, serial jest otwarty na kreatywność. Nie bardzo z niej korzystają, póki co historie swoim poziomem wystarczą tylko na tyle, by to oglądało się całkiem przyjemnie, ale do żadnego nie mam potrzeby wracać. To jednak nie jest największy problem.

Tym jest poczucie podczas oglądania, że cały czas oglądam jedynie podszywanie się pod klasyczne kreskówki bez jednoczesnego talentu, by powtórzyć ich sukces w dostarczaniu frajdy. Widać to po dwóch rzeczach: bohaterach oraz przemocy. Postaci nie mają jasno określonych, wyraźnych charakterów lub relacji między sobą. Wszystko co mogę powiedzieć o braciach, to że jeden wydaje się czasem „odpowiedzialniejszy” od drugiego, ale też jest dosyć lekkomyślny. I ten drugi ma częściej głupie pomysły, pierwszy to wstępnie hamuje, ale po chwili i tak robią coś durnego. To wszystko. Przemoc z kolei często jest poza kadrem: nie jest zabawnie prezentowana poprzez animację, nie ma śmiesznych krzyków Williama Hanny. Przez to potencjalnie dobrze zaplanowane gagi (np. wujek zastawiający pułapki na siostrzeńców, w które sam wpada) ogląda się co najwyżej z lekkim rozbawieniem, a nie salwami śmiechu i potrzebą wracania do wybranych odcinków. Już nie mówiąc o tym, że twórcy nie mają za grosz wyczucia smaku – tamten przykład kończy się wpadnięciem wujka do dziury wypełnionej kolcami. Wpadł, siostrzeńcy zaglądają, widać tylko ich reakcję (obrzydzenie), idą kopać grób i koniec odcinka, co sugeruje tak po prostu śmierć opiekuna bohaterów. A to nie jest śmieszne! Wujek mógł się chociaż odgrozić czy coś, żeby było jasne, że jednak przeżył – ale nie! Sztuka slapsticku jest tutaj jedynie naśladowana, nie jest rozumiana.

Już nie mówiąc o tym, że humor w tej animacji jest głównie słowny. Ogólnie, reakcje czy relacje w tej produkcji są słowne. Sama animacja jest tu użyta mniej niż w połowie.

3/5

Bez wytchnienia ("Sans répit")

18 lutego | Netflix

Może być. Remake Ciężkiego dnia gorszy pod każdym względem, nie dodaje nic od siebie… Ale może być.

Tak oglądam, jak skorumpowany policjant potrąca człowieka i chowa ciało do trumny własnej matki i myślę: „ja to już przecież widziałem!”. W jakiejś kreskówce, komiksie? Nie, parę lat temu na festiwalu „Pięć smaków” puścili film, którego remake zrobili Francuzi i nazwali „Bez wytchnienia”. W zasadzie to ten sam produkt, tylko krótszy i zostawiający mniejsze odcisk na odbiorcy. Sam pamiętam, jak wielokrotnie oglądałem scenę z dźwigiem na moście, to naprawdę można było poczuć w koreańskiej wersji. Remake raczej odbębnia kolejne segmenty, odtwarza je, bez zadbania o to, aby ich odbiór był równie satysfakcjonujący, co w oryginale.

Dlaczego to powstało? Pewnie dlatego, że Francuzi nie umieją czytać napisów i ogólnie są głupi, frytki tylko umieją jeść. To nadal kompetentny kryminał pozbawiony przesłania czy jakiejś wymowy, która 8 lat po premierze miałaby inny wydźwięk. Po prostu oglądamy fajny film gatunkowy, który kiedyś zrobiono lepiej i z tych dwóch lepiej wybrać tamten.

1/5

Teksańska masakra piłą mechaniczną

18 lutego | Netflix

Sam film nie jest ciekawy lub trudny w opisaniu. Ot, przyjeżdżają i morderca ich zabija. Bohaterowie są głupi, a akcja nie porywa. Ocena mocno w dół za przedramatyzowany moment, w którym jedna z postaci decyduje się wziąć broń do ręki, mierzy do mordercy, ten stoi i czeka… Tak, broń nie wypala. Słychać wtedy jęk wszystkich, którzy to oglądali. Netflix zbiera te jęki i odtwarza.

Nadal jest kilka momentów, które nie są stracone – tzn. nie dorastają do swojego potencjału, ale ich widok i tak się podoba. Można w końcu ucieszyć się na widok mordercy z piłą mechaniczną wchodzącego do autobusu pełnego próżnych nastolatków… Epilog w sumie też jest soczysty. Może to i tanie, banalne zagranie, ale za to przynajmniej od razu do rzeczy przeszli.

Najciekawsze w tym filmie nie jest jednak to, co znajdziemy na ekranie. Produkcja teraz ma w sobie jedynie ślady historii pierwotnego scenariusza, przez co gotowy film nie ma w sobie żadnego charakteru lub osobowości. Wszystkie fabularne elementy przestają mieć znaczenie po 20 minutach, tak jak fakt, że to kontynuacja legendy gatunku, rozgrywająca się współcześnie bezpośrednia kontynuacja.

To typowy, marny slasher. Nieśmiertelny morderca, głupie ofiary, krótki czas trwania.

4/5

Legenda Vox Machiny - sezon I

18 lutego | 12 odcinków po 25 min | Amazon Prime

Fantasy pełne przekleństw i seksualności – teoretycznie bez klasycznego lukrowania, czyli zakładania, że mężna drużyna pełna szlachetnych wojów przetrwa każde wyzwanie. Nie, tacy ludzie giną jako pierwsi. Zostają tylko awanturnicy za dychę, ratujący księżniczkę dla pieniędzy zamiast chwały, ale oni też mają gwarancję nieśmiertelności, a potem będą ratować świat dla ratowania, więc na jedno wychodzi. Ważne, że tworzą dobrą paczkę i szybko poczułem sympatię do nich. Lubię tych bohaterów. Lubię przemoc. I lubię scenę z otwieraniem drzwi z szóstego odcinka, które za cholerę nie chcą się otworzyć.

To produkcja oparta o sesję gry RPG – takiej klasycznej, papierowej. Nawet teraz na YouTubie możecie ją zobaczyć, jak kilka lat temu grali po kilka godzin na filmik. I to źródło czuć w samym serialu, gdy np. jedna z postaci idzie na misję, mając zbiór mikstur o nieznanym działaniu. Wypija je i dosłownie słyszałem rzut kością determinujący, co się teraz stanie.

To jednak nie jest fantasy z bogatym światem, pełnym własnej historii i mitów, gdzie bohaterowie są bohaterami. Nie, tutaj liczyła się przede wszystkim zabawa. Nikt tutaj tak naprawdę niczego nie poświęca, nie wybiera niczego kosztem czegoś – co łącznie sprawia, że Vox Machina jest bardziej przyjemnym wypełniaczem, zamiast tytułem, który będą wspominać. A co dopiero wracać do niego. Co to, to nie. Obejrzałem z przyjemnością, teraz czas o nim zapomnieć.

Doceniam opowieść, gdzie jest postać z radością rozwalająca olbrzyma toporem wzdłuż osi. I że jest tu w ogóle obecny element erotyki, że bohaterowie myślą o pójściu z kimś do łóżka. Fajnie, rzadko się widzi takie rzeczy. Teraz opowiedzcie z udziałem tych postaci jakąś zajmującą historię. I przystopujcie z akcją, gdzie nie mają znaczenia umiejętności albo historia – jeśli postać jest do czegoś zdolna, niech do tego będzie zdolna też w następnej walce, a nie że przegrywa, bo tak scenarzysta sobie wymyślił. W skrócie: obejrzyjcie My Hero Academy.

2/5

Pięść zemsty ("Fistful of Vengeance")

17 lutego | Netflix

Widać, jak ktoś mógł myśleć, że to ogólnie dobry pomysł: w końcu połączono sztuki walki z magią! Bardziej efektownie się nie da, a jakie możliwości daje! Filmy z gatunku wuxia praktykują już od dekad takie rzeczy, to musi wyjść zajebiście.

Z tym się zgadzam, sam pomysł nie jest skazany na porażkę, ale sekwencje walk nadal muszą być dobrze zrealizowane, być pokazem umiejętności. Gdy w kinie wuxia skaczą po wodzie i robią inne niedorzeczne rzeczy, to nadal wygląda to jak efekt lat treningu, osiągnięcia doskonałości w ten lub inny sposób na polu duchowej perfekcji, wewnętrznej harmonii, bycia w jedności ze światem wokół. W Pięści zemsty to są po prostu czary, rzucane od niechcenia, umniejszające scenom fizycznej walki, które są wolne, niedokładne, mocno udawane oraz równie usilnie inscenizowane. Walka jeden na jednego, na śmierć i życie, po której do „naszego” zwycięzcy po prostu podchodzą jego koledzy, zamiast mu pomóc 5 minut wcześniej. Tego typu kwiatki to codzienność w tej produkcji.

Niemniej nadal jest tu jakieś pojęcie o tym, co jest efektowne. Ostatnią walkę zrealizowali na jednym ujęciu, siedmiu na jednego się biją (powoli odgrywają swoje role, ale jednak jest jedno ujęcie), gdzieś w połowie filmu jest jeszcze scena w budynku: na dachu walczą, na parkingu jeżdżą, co w pewnym momencie jest pokazane na jednym, markowanym ujęciu. Twórcy chcieli zrobić efektowne kino, w to nie wątpię. Olali fabułę czy logikę, skupili się na walkach i pracy kamery… To drugie mają już obcykane, ale to pierwsze lepiej niech powierzą w ręce bardziej waleczne. Nie chcę być zbyt negatywne, ale jednak oglądamy film, gdzie Iko Uwais sprawia wrażenie amatora. Kiepsko. Na szczęście nadal mamy Raid, Raid 2, Obrońcę

3/5

Peacemaker - sezon I

17 lutego | 8 odcinków | HBO Max

Scenariusz i reżyseria James Gunn. Nie mniej, nie więcej. Twórca ten jest już raczej znany, więc wiadomo, czego się spodziewać: akcji w wydaniu komediowym, grupa bohaterów wyzywająca się nawzajem, poczucie humoru oparte na gwałtowności i nieporozumieniu wyjaśnianym w osobisty i burzliwy sposób. Tym razem śledzimy tytułowego antybohatera – Peacemakera (tak, tego z The Suicide Squad z 2021 roku), który zostaje zwerbowany do tajnej misji, aby uratować świat, ponieważ jest osobą, która nie ma problemu z zabijaniem. Po drodze będzie zabijał, bił się, naprawiał relacje z tatą (też antybohaterem), kłócił z grupą nowych towarzyszy (którzy później staną się jego przyjaciółmi) oraz przejdzie kryzys wewnętrzny. Całość zrealizowana w większości jak indie-komediodrama z Sundance.

Odbiór w większości zależy od tego, jak czujecie się wobec twórczości pana Gunna. Na tym etapie mogę podejrzewać, że ów twórca nie planuje się rozwijać, po prostu robi to, co już robi. Dlatego też jego nowa produkcja dostarcza znowu masy zabawy – przemoc i przekomarzania się robią robotę, rewelacyjnie się tego słucha. Nie ma tutaj raczej scen, które chciałbym ponownie obejrzeć (ledwo co zostało w pamięci), ale przy pierwszym kontakcie śmieszą i bawią. Ogromną część zasług trzeba przypisać aktorom. Oni wydobywają ze scenariusza humor w nieskalanej formie. Momentami to jest wręcz poziom aktorów, którym wystarczy napisać w skrypcie „tutaj John Cena coś improwizuje”, żeby efekt był rozbrajający. Chwalić trzeba też realizację scen z użyciem efektów specjalnych, dużych scen zbiorowych oraz liczne smaczki uatrakcyjniające dany moment – jak np. zakładnicy, którzy na koniec podniosłej przemowy chcą się dołączyć do ich opresorów. Intro też jest świetne – taniec w wykonaniu postaci, które nigdy by nie tańczyły… Tylko no właśnie, za tym stoi pan Gunn.

Problem z jego twórczością jest taki, że zawsze od dąży do jakiegoś katharsis oraz poważnego wyboru moralnego, a z tym sobie nie radzi, bo za jego twórczością nic nie stoi. Gdy tańczą w intrze, to tańczą, bo to wygląda fajnie. Gdy dodaje coś do sceny, to tylko dlatego, że wydaje mu się to „fajne”. Szczególnie z tą czołówką to przeszkadza, gdy się to zestawi z takim intro do Paranoia Agent, gdzie ukazanie postaci zachowujących się w niecodzienny sposób ma głębokie znaczenie. Dla pana Gunna emocje czy traumy to dramatyzm, nic więcej w jego spojrzeniu. Podobnie z moralnością. Wie, że coś może być ważne dla postaci, więc do tego prowadzi, ale zdaje się nie rozumieć całej głębi stojącej za tym doświadczeniem, co się faktycznie wtedy dzieje i jakie to ma konsekwencje. Pan Gunn uprasza – tragedia w dzieciństwie prowadzi do bycia dupkiem w wieku dojrzałym. I ten okropny dupek nie jest wyłącznie dupkiem, albo też nie należy go winić za bycie dupkiem. Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana, a pan Gunn miesza ją ze swoją radosną rozrywką – robi to już któryś raz, a moja reakcja wciąż się nie zmienia.

Niemniej – to był przyjemny seans. Jednorazowy, który zaskoczył mnie parę razy. Po seansie na pewno mam ochotę na komiks, drugi sezon oraz więcej Johna Ceny. Kto by pomyślał?

4/5

Film powieściowy ("The Novelist's Film")

16 lutego | Warsaw Korean Film Festival

Hong jest świadomy tego, co tworzy. Chyba nie jest świadomy, że ktoś go ogląda.

Polski tytuł trochę się mija z celem fabularnym – otóż bohaterka jest pisarką powieści, która planuje zrobić film. Stąd tytuł angielski. Niemniej, to nadal kino mocno przegadane, statyczne i męczące, więc polski też niejako pasuje… To też kino jednego dnia: nieoczekiwanych spotkań, długich rozmów, różnych powracających tematów dających spojrzenie na życie bohaterów. Z czasem jest łatwiej ten film polubić, wkręcić się. Jesteśmy na sali i twórca akceptuje, że 30, 40 minut będzie nam ta historia obojętna. Może nawet 50 czy 60 minut. Cały czas jednak widać precyzję w wykonaniu – zbliżenia wykonane cyfrową kamerą mogą odrzucać, ale widać, że ich realizacja jest w odpowiednim momencie i coś znaczy dla danej sceny.

Co to wszystko oznacza w praktyce? Na początku mamy taką scenę czterech osób w parku: jedna mówi w uproszczeniu, że na razie nie planuje wykorzystywać swojego talentu. Druga zwraca jej uwagę, że to marnotrawstwo. Trzecia zaczyna krzyczeć na drugą, że „Czemu jej mówisz, że marnuje życie? Nie jest dzieckiem.”. I to jest bardzo dobry monolog, poprawnie punktujący niewłaściwości takiego zachowania, mądry i konkretny. Jak to się ogląda? Jak amatorstwo. Cztery osoby stoją w każde, każda jest niezręczna, dwie z nich nich nie robią poza przenoszeniem ciężaru z jednej nogi na drugą, a przesłanie jest wywalone prosto w twarz. Studenckie ćwiczenia biorące udział w konkursach krótkometrażowych na festiwalach mają więcej ambicji.

Niemniej, to tylko początek – bo później ta trzecia osoba wyznaje, że czuje się, jakby czas uciekał i ma potrzebę czynić każdy moment istotnym, wplatać mądrości do wszystkiego. To męczące, sprawia jej to wstyd, zakłopotanie. Te błędy są więc planowane, są tu po coś – bo ogólnie ten film wynagradza cierpliwość i ma coś do powiedzenia, oraz robi to w odpowiedni sposób. Skromni ludzie i ich osobiste życie, trochę obserwacji, trochę prostego oddechu i zatrzymania się na moment. Pytanie po prostu, czy kupicie taką konwencję: tutaj sceny naprawdę są długie, monotonne, czarnobiałe. Autor wymaga od nas cierpliwości i faktycznego słuchania tych ludzi przez tak długi czas, chociaż nie planował, by tych wymian zdań słuchało się z przyjemnością. Są kinomani, którzy są na to po prostu ślepi i lubią obrazy tego reżysera jakimi są, więc to jak najbardziej jest możliwe. To nadal jednak jest obraz bardziej skierowany do samego twórcy, niż do odbiorcy.

„Fix your life first „

2/5

Uciekaj i strzelaj ("Run & Gun")

15 lutego | HBO GO

Jedna, ostatnia robota. Było, ale w sumie może być jeszcze raz.

Znamy to: przestępca odchodzi od przestępczego życia, ale ktoś zna jego sekret. I żeby go nie wyjawić, oczekuje przysługi, która nie będzie łatwa w spełnieniu – wszystko w lekkiej tonacji, pełnej zwariowanych postaw i dialogów. Trochę w tym komedii, trochę akcji. Aktorzy mają masę zabawy, grając przerysowane postaci. I chociaż był mi to tytuł obojętny, to jednak nie mogę się do niego przyczepić w oczywisty sposób. Jedno, co mogę wymyślić, to to, że film nie dodaje od siebie dużo. Ot, wypełnia formułę w uczciwy sposób, z energią i jajem. Jednak tych postaci i tej historii raczej nie zapamiętamy. No, może pojedyncze momenty.

Jeszcze jedno: dla starych widzów, którzy polubili te produkcje 30 lat temu, brakuje tutaj tej samej brutalności i wulgarności. Dla nowych widzów to zbyt staromodne i brutalne kino. Chyba więc do nikogo. I na tym polega jego problem, nie wada. Obejrzycie i wzruszycie ramionami, bo nie zrobi na was wrażenia w którąś stronę.

2/5

AI Love You

15 lutego | Netflix

Babka umawia się z dupkiem na randkę. Babka odrzuca dupka. Komputer, który kocha się w babce, przejmuje ciało dupka, aby wejść w związek z babką. Babka go odrzuca, bo był dupkiem. Przestaje być dupkiem, ale powód zawsze się znajdzie, więc film trwa. Nawet jak ona skończy się wkurzać, że komputer przypadkiem posiadł człowieka, a on nadal będzie zakochany w kobiecie bez zalet albo cech osobowych, nie mówiąc o tym, że nie robi nic, by zasługiwać na miłość, na szczęście zawsze jest atrakcyjny wygląd. Musicie przyznać, desperacko brakuje na tym świecie atrakcyjnych ludzi.

Skromny to obraz. Wszystkie pomysły oryginalne są tylko pretekstem w celu fabularnym, nie są używane w żaden innych sposób poza nadaniem nowej farby na tym starym budynku. Domy są tutaj sterowane przez sztuczną inteligencję i nie ma to żadnego znaczenia poza tym, że teraz jak winda stoi, to wszystko stoi, bo wszystko jest sterowane przez jeden system? Naprawdę, prawdziwy krok do przodu w technologii.

Naciągane to, przedłużające swoją obecność w naszym życiu, nie dając przy tym bohaterów lub historii, w którą chciałbym się zaangażować. Chciałem tylko, żeby to się skończyło. Nie obraziło mnie to, nie uraziło, tylko zmęczyło. Oglądałem, aby dokończyć, to wszystko.

4/5

Bubble

14 lutego | Netflix

Reżyser pełnometrażowych Attack on Titan próbuje być jak Makoto Shinkai.

Tokio po dziwnym wydarzeniu, gdzie miasto zostało zalane. Wszędzie się tytułowe bańki, dzieci ścigają się po mieście metodą parkour, aby w ten sposób zarabiać na życie. Pojawia się dziewczynka, która nie mówi, ale jest w świetna w parkourze, nawiązując znajomość z bohaterem i jego grupą znajomych. Trochę tu Akiry, trochę Małej syrenki (albo Ponyo), wszystkie zasady tego ogólnego anime są tu przestrzegane: dziewczynki, śniadania, krzyczenie.

Bardzo dużo tutaj świetnej animacji. Szybka, szczegółowa i wypełniona kolorami, ciepłem, namiętnością. Podczas parkouru widoki zachwycają, a gdy opowieść staje się emocjonalna, warstwa wizualna nie boi się tego oddawać w surrealistyczny sposób. Dziwnie poskładany to film, ale wystarczająco sympatyczny i wykonany z uczuciem, aby go zaakceptować takim, jaki jest. Nawet jeśli nie bardzo się wyróżnia czymś szczególnym, to w sumie „kolejne anime wysokiej klasy”. Z domieszką filozofii Makoto Shinkai, który lubi dowalić czymś z kosmicznej perspektywy. I znaleźć w tym coś romantycznego. Ja to kupuję.

Przyjemny seans. Nawet jeśli momentami czuję się, jakbym oglądał filmową adaptację jakiejś prostej gry zręcznościowej, do której ktoś dopisał fabułę. W sumie przeniesienie na duży ekran takiej Sayonara Wild Hearts wyglądałaby pewnie podobnie…

3/5

The Outfit

14 lutego

Fantastyczne dialogi, dużo zwrotów akcji, Mark Rylance to skarb.

Lata tuż po 2 wojnie światowej, Chicago i gangsterzy. Zakład krawiecki prowadzony przez Anglika, który nie miesza się w sprawy swoich niebezpiecznych klientów – do czasu, aż okoliczności go do tego zmuszą.

To tytuł, od którego bije silne poczucie oszczędności, która stała się motorem całej produkcji – musiała ona być skromna, mało aktorów naraz, mało pomieszczeń stanowiących miejsce akcji. Dlatego momentami brakowało tej historii miejsca na oddech, gdy intryga rozpisana na cztery postaci nie pozwala odbiorcy na większe zaangażowanie, nie ma też mowy o rozbudowaniu. A to są w końcu historie o walce dwóch grup mafijnych i szukaniu szczura – naprawdę mamy mieć problem ze zgadywaniem, kto nim jest? Zresztą, pod względem motywacji czy charakterów, to dosyć banalna opowieść – losami bohaterów nie ma co się zbytnio przejmować. Czuć, jakby przed wejściem na plan stał kelner i mówił, że limit osób jest wypełniony i musimy czekać, aż ktoś wyjdzie, żeby wejść w jego miejsce. I ludzie się z nim kłócą, biedny kelner.

Niemniej, obietnica jest spełniona: zwroty akcji są zaskakujące, opowieść jest dynamiczna i żywa, a całość spaja fantastyczne aktorstwo Marka Rylance’a: każde słowo wypowiada z taką precyzją i klasą, że nie mogłem oderwać od niego wzroku. To produkcja, w której liczy się bardziej wykonanie niż oryginalność – i to jest naprawdę dobre. Większość dialogów to soczyste, wyraźne i konkretne kwestie, przechodzące do rzeczy w barwny i szybki sposób. Niestety, to też przykład produkcji, gdzie zaszli za daleko o jeden zwrot akcji. Albo pięć. Wstawanie z martwych, aby dopowiedzieć wszystko do ostatniej linijki i ostatniego pomysłu, jaki twórcy mieli, to tylko przykład tego, że na ekran trafiło nie to, co mieli najlepsze, ale ogólnie wszystko, co im do głowy przyszło.

Ten tytuł ma sporo zalet. To film dla fanów poszczególnych rzeczy: dialogów, pana Rylance’a, kostiumu tamtej epoki czy też typowo brytyjskiej maniery. Jako całość dla większości z nas jest to ciekawostka. Nie popełnia jakichś znaczących błędów, ale nie robi niczego wystarczająco dobrze.

PS. Ktoś zna słowo „cutter”? Bohater mówi, że nie jest krawcem, tylko właśnie „cutter”, ale Internet nie zna tego słowa.

4/5

This Much I Know to Be True

12 lutego | Mubi

Najwyraźniej niedługo filmy muzyczne z twórczością Nicka Cave’a będą oddzielnym podgatunkiem. Trudno się gniewać, chyba że ktoś nie cierpi ich muzyki. Cała reszta – otrzymuje trochę urozmaiceń wizualnych, ale to przede wszystkim, to osobisty koncert bez widowni. Kamienne ściany, przestrzeń, kamera na szynach, muzycy i sprzęt po środku, masa świateł… I jedziemy. Intymne widowisko, wizualnie robiące piorunujące wrażenie. To mogę wam obiecać.

White Elephant„, matko, co tam się działo. To z płyty z zeszłego roku, nawet tego nie znałem.

Naprawdę: filmy muzyczne w tym roku mają się dobrze.

5/5

Cicha dziewczynka ("An Cailín Ciúin / The Quiet Girl")

11 lutego

Cait jest młodą dziewczyną, która sprawia kłopoty swoim rodzicom – jest wycofana, cicha, stara się być niewidzialna. Gdy zabrudzi sobie sukienkę w klasie (a raczej zrobi to przebiegający chłopak, potrącając jej szklankę), będzie wolała uciec z lekcji, niż ogarnąć się w łazience, gdzie starsze dziewczyny zabijały wzrokiem wszystko, co się zbliżało. Mówi mało, ale tylko na głos – jej malutkie ciało wyraża wszystko. Jej pochylona głowa, wzrok unoszący się ukradkiem by wrócić natychmiast na podłogę, nawet sposób w jaki wysiada z auta – gdy tylko to zobaczyłem, to wiedziałem z kim mam do czynienia. I chciałem, by ta niewinna istota dostała tyle miłości, ile tylko potrzebuje.

…i o tym w zasadzie jest ten film. Więcej nie muszę mówić. O pięknie dzieci, o ich czystości i niewinności, a także o tym, że potrzebują bardzo dużo miłości. A to naprawdę nie musi być dużo. Wystarczy słuchać.

Język wizualny debiutującego reżysera (operator i kompozytor wcześniej wykazali się przy mini-serialu „Normal People„) jest zbliżony do takiego „A Ghost Story” albo „First Cow„: kadr 4:3, kolory lekko wyblakłe, tekstura pozwalająca poczuć zapach liści i całej wsi bijącej z ekranu, smak wody ze studni, dotyk prostych ubrań mogących być własnej roboty. Kamera trzyma dystans, jednocześnie umożliwiając zobaczenie detali i szczegółów pozwalających zrozumieć bohaterów i akcję. Pojedyncze, krótkie ujęcia, idące według planu. Piękna robota, od której bije zrozumienie tematu i ciepło wobec niego.

Plus idealne zakończenie. Dziękuję z całego serca.

PS. Chyba pierwszy raz w życiu słyszę język Irlandzki. Przecież widziałem już wcześniej filmy Irlandzkie, takie „Once jest na liście moich ukochanych, o co chodzi? Słowa nie mogłem zrozumieć, jak po angielsku mówili też.

3/5

Flux Gourmet

11 lutego

Znak czasów – nie jestem w stanie napisać, czy jakiś film jest po prostu głupi, czy tylko używa sarkazmu nie mając niczego więcej do powiedzenia. Szczególnie, gdy mówimy o obrazie prezentującym artystów, w tym wypadku sztukę performance.

Naprawdę nie chcę mówić więcej. Rozmawiałem nawet o tym filmie z ludźmi na Nowych Horyzontach i oni też wychwytywali jakieś błędy, tylko oni są przekonani, że to było celowe (np. błedne przypisywanie komuś cytatu). Jak mam obawy przed chwaleniem artystów za coś, na co z dużym prawdopodobieństwem nie zasłużyli (cytując Jana Pawła 2), więc to tyle ode mnie. Sama satyra jest wystarczająca, ale to nic nowego, ale ma jakiś swój własny styl i nieźle wygląda, aktorzy raczej też dają radę.

Jak lubicie satyrę na artystów, to proszę bardzo. Oglądacie w końcu identyczne filmy od wielu lat i jeszcze nie macie dosyć.

1/5

Miłosne taktyki ("Ask Taktikleri")

11 lutego | Netflix

Półtorej godziny oglądania głupich ludzi, by nauczyć się, że nie warto być idiotą w miłości.

On nie ma problemu, żeby wyrwać kobietę – koledzy zakładają się z nim, by poderwał kogoś, kto się z nim zakocha. Ona jest słynna na cały kraj i prowadzi bloga o poradach miłosnych – zakłada się z koleżankami, że znajdzie faceta, który się w niej zakocha i go rzuci. Tych dwoje kretynów trafi na siebie nawzajem. Prześwietlenie wszystkich głupot, które głupi ludzie mówią o władzy nad drugim człowiekiem, ale nazywają to „miłością” – kiedy dzwonić, co pisać, jak mówić. I to nawet może być obiecujące, gdy tacy kretyni trafią na siebie wartych i dojdą do wniosku, jak głupie to wszystko jest. Oczywiście w konkluzji ona zrani go dla zasady, ale stwierdzi: „no nie, wolę z nim być”, on i tak się dla niej poświęci i będzie cierpiał bardziej, ale gdy ona pokaże cycki, to będą razem. Nawet nie musi pokazywać cycków, ma być happy end i będzie, tzn. bohaterowie będą razem na koniec filmu. Jakie to było głupie, polskie komedie mogą się schować…

Na plus scena latania balonem. Ona się zesrała, a on ocipiał. To wiele mówi o filmie, jakie sceny są w nim najlepsze.

2/5

Black Glasses

11 luty

Mamy rok 2022, a ja nadal nie chwytam gatunku giallo. To filmy, które celowo mają być słabe, fetyszyzując przy okazji konkretne elementy produkcji. Miał być kicz, krew, fetysz kobiecych ciał, ich zabijania i sposobów, by je zabijać. I nie mogę się czepiać, że wszyscy zachowują się idiotycznie, bo to nie błąd, tak miało być.

Kobieta ślepnie w wyniku wypadku samochodowego. Zaprzyjaźnia się z małym chłopcem i razem są tak jakby na tropie mordercy, który zabija i ich sobie upatrzył na kolejne ofiary.

Seans dosyć obojętny, nie wyróżniający się ba tle tego, co znamy – na tle nowych produkcji już bardziej. Nie byłem pod wrażeniem realizacji ani jednej sceny, żadne zabojstwo nie zasługuje na wspomnienie.

Na plus zdecydowanie muzyka. To dzięki niej fani czują się dziś, jakby odkryli nowy, zapomniany klasyk gatunku giallo z lat 70.

1/5

Miłość jest blisko

11 lutego | Netflix

Mam taką teorię, że polskie kino jest robione przez ludzi wydających 75 złotych dziennie na kawę.

Ona i ona mieszkają w jednym domu podzielonym niby na dwa, ale nadal mieszkają tam razem. Przyjaciele od zawsze, ona wdowa z synem, on po rozwodzie z córką. On marzy o podróży, ona jest kobietą. On znajduje słynną podróżniczkę, która pokaże mu świat, ona podbija Internet pieczeniem bezy. On znajduje miłość, ona znajduje dentystę i też znajduje w nim miłość. On wtedy ogarnia, że no kurwa nie, nie będzie się kobieta w jego domu z innym. Coś tam, coś tam, on wyznaje jej miłość i wszyscy są szczęśliwi. Koniec. Chyba właśnie napisałem scenariusz tego filmu.

Naprawdę fajnie jest zobaczyć w rodzimym kinie postać kobiecą z charakterem, która wchodzi z kopem w życie bohatera, zabiera go na wyprawę, odmienia jego życia i dąży do spełnienia jego marzeń, jakim jest wyprawa do Amazonii. Jest pełna energii i zdecydowania, radości oraz obietnicy innego życia – tylko to nadal jest zrobione tak po polskiemu, a jednocześnie jest uwłaczające. Bo jak wygląda ten film o podróżnikach? Z jednego domu do drugiego, na rynek, na pięć minut do trzeciego domu i gabinetu dentysty, a raz czy dwa wejdą na pagórek. O podróżach, spontaniczności czy marzeniach tutaj nadal tylko się mówi. I po początkowym docenieniu nowej jakości w polskim kinie zaczęło mi być głupio w imieniu bohatera. Zamiast wiedziony empatią czuć szczęście, tak naprawdę czułem zażenowanie. W tej postaci nie ma nic, co faktycznie mogło zwracać uwagę czyjąkolwiek – aktor miał grać tzw. „ciepłe kluchy”, to grał. Za granicą umieją pisać takie postaci, które mają jednak „to coś”, co zwraca na nich uwagę, pomimo ogólnego bycia nieudacznikami życiowymi. Tam masz ponad 30 lat i nawet nie zabrałeś się za realizację swoich marzeń? Masz jeszcze czas, na pewno masz w sobie coś innego, co stanowi o twojej wartości. I to jest miłe, tylko w Polsce jeszcze nie umieją tak myśleć o ludziach. Bohater Miłość jest blisko jest sfrustrowany, nudny, męczący. Nic tylko w tłumie ludzi go wyhaczyć i cieszyć się, że przyszedł. Czyją to niby fantazję film próbuje spełnić?

A to tylko ogólny wstęp do tego, jak bardzo ten obraz nisko myśli o swoim odbiorcy. Są filmy pokazujące zalety zadowolenia się tym, co masz. To nie jest jeden z tych filmów – jego misją jest przekazać, że bohater powinien być z kobietą, z którą mieszka. I w każdej scenie jest o tym coś boleśnie to wykładającego. Scenariusz nie jest tragiczny, ale jak usłyszałem małą dziewczynkę mówiącą głównemu bohaterowi „po co ci te wycieczki? Nie lepiej ustatkować się, znaleźć sobie kobietę i się z nią zestarzeć”, to ja to już pierdolę. I autor musi się ze mną zgodzić. Podpisał się pod tym, teraz niech zbiera konsekwencje. W tym wszystkim nie ma żadnej prawdziwej rozmowy, jest tylko ganianie bohatera za to, że ma marzenia, a o przyjaciółce myśli jak o przyjaciółce. Cały ten film ma mentalność małego dziecka, które tak patrzy na swojego samotnego rodzica chodzącego na randki, myślącego: „dlaczego nie zwiąże się z tą sąsiadką, co piecze ciasteczka i ma kotka?”. Na dodatek cała produkcja jest utopiona po szyję w tym, jak bardzo oderwani od rzeczywistości są autorzy tej produkcji. Oczywiście, że bohaterka po nakręceniu filmiku do Internetu będzie zauważona przez telewizję. Oczywiście, że wypad do Amazonii bez żadnego przygotowania można zorganizować z dnia na dzień, finansowo i mentalnie to żadne wyzwanie. Przecież bohater dosłownie nigdzie nie był, poradzi sobie doskonale. Jeszcze pewnie wyskoczą ze spadochronem z samolotu, żaden problem. A w drodze powrotnej wejdą na Kilimandżaro, wniosą trochę śniegu. Do plecaka i tak spakowali tylko kanapki, patrząc po jego rozmiarze. Widać, że ten film robili ludzie wydający 75 złotych dziennie na kawę.

Tego nie da się oglądać. Na szczęście dla tego filmu, widziałem w tym roku pozycje jeszcze gorsze, jeszcze bardziej filmopodobne. Miłość jest blisko ma chociaż jakieś podstawy – historię, postaci, temat, początek, środek i koniec. Dociera do odbiorcy widokami wiejskimi, Świętem Bezy i całą resztą małomiasteczkowości. Ma nawet pewne elementy, które jestem w stanie pochwalić – po prostu nadal jako całość jest tak zły, że nadaje się do oglądania wyłącznie na przyspieszeniu. A i to ledwo, ledwo.

PS. Baby w polskim kinie xD Wrócił chłop niespodziewanie po kilku dniach nieodzywania się, to pierwsze co ona mu mówi, to: „wynieś śmiecie”. Kurwa, o północy jeszcze xD Przecież ona teoretycznie sama mieszka i wszystko sama robi u siebie, ale śmieci to nie wyniesie? 😀

1/5

Niebo jest wszędzie ("Sky is Everywhere")

11 lutego | AppleTV

Dziewczyna zmaga się z poderwaniem dwóch facetów naraz. Fanom Zmierzchu polecam.

Opis mówi, że to historia nastolatki zmagającej się ze stratą siostry, która nagle i niespodziewanie umarła na chorobę po matce. Prawdziwy opis powinien brzmieć, że jest to obraz nastolatki zmagającej się z napisaniem inspiracyjnego cytatu na każdym liściu w lesie, zmagającej się z niepójściem do łóżka z narzeczonym siostry oraz zmagającej się z niepójściem do łóżka z typem ze szkoły. Nie zmaga się za to z robieniem z siebie centrum wszechświata – bo wychodzi jej to bardzo naturalnie. Nawet jak wspomniany narzeczony będzie próbował znaleźć wsparcie wobec ukochanej, którą stracił, ona po prostu wybiegnie z płaczem, jakby miała alergię na każdą sytuację, w której nie chodzi o nią. Od czasu do czasu wspomni coś o tym, że śmierć siostry ją rozwaliła i nie umie się pozbierać, ale to wszystko.

Dlatego też obawiam się tego filmu, tak samo jak Zmierzchu, czyli jego potencjału do inspirowania młodych osób, bycia kimś na kształt wzoru do naśladowania. Mówimy o czymś bardzo realnym, jak postępowanie dorastających ludzi wobec straty i stawienia czoła śmiertelności. Ja i wy możemy się śmiać z tego, co się w tym filmie odpierdala – jest z czego, obiecuję – ale naprawdę czuję niepokój na myśl, że bohaterka Nieba… byłaby kolejną Bellą. I uspakaja mnie tylko fakt, że książka wyszła 12 lat temu i jeszcze o niej nie słyszałem. I pomimo seansu nie pamiętam imienia owej protagonistki, więc jej wpływ na popkulturę jest znikomy. Raczej mało osób po seansie będzie wychodzić z założenia, że śmierć jest pretekstem do bycia samolubnym, egocentrycznym, pretensjonalnym pierdolnikiem.

Film sam w sobie raczej nie jest świadomy czegokolwiek. Bez zająknięcia przechodzi od melancholijnych scen pełnych wzniosłej narracji z OFF-u do kolorowych, luźnych momentów uganiania się za chłopcami, zrealizowanymi w stylu skeczy SNL. Realizm czy powaga wychodzi za okno, w ich miejsce wchodzi widok wszystkich kobiet ze szkoły, które na sam dźwięk muzyki decydują się masturbować tego wieczoru z myślą o chłopaku, który gra. Przyrzekam, że jedna ma nawet mokre spodnie już wtedy. Pieruńsko to zabawne, na wieczór złego kina idealne, ale też kompletnie powalone. Brak szacunku dla przedstawionego tematu jest skandaliczny, ten seans urąga wszystkim żałobnikom – że co, że każdy z nich to tylko tak sobie narzeka do czasu, aż pojawi się wizja seksu? Nie da się nawet obronić tezy, że to obraz zagubienia w danej sytuacji, bo bohaterka jest jednak całkiem solidna w tym, na czym jej zależy. A że przez połowę czasu nie pamięta o stracie, również jest świadomy – wiecie, jakoś trzeba podbić poziom pretensjonalności, a dramat tylko w tym przeszkadza.

Seans jest niewiarygodnie pretensjonalny. Pisanie na liściach wiadomości do świata, chodzenie do lasu, by podczas spaceru poczytać książki, sabotowanie się na popis, aby odejść z drużyny, krzyczenie na rodziców i ciągłe gadanie z OFF-u w stylu: „Świat to okropne miejsce”. Aha, jest jeszcze niemiła koleżanka z klasy, która czasem pojawia się w kadrze, żeby powiedzieć coś uwłaczającego protagonistce – tylko wiecie, w babskim stylu. „Widzę, że nie robiłaś brwi”. Ponownie: to jest przezabawne, jak film stara się traktować sam siebie na poważnie.

Mam nawet wątpliwości, czy szukać w tym obrazie pozytywów, ale niech będzie, że są. Aktorzy są uroczy i bardzo przyjaźni w oglądaniu. Główna bohaterka za 15 lat pewnie wystąpi w czymś dobrym i zgarnie Złotego Garreta dla Aktorki Roku, nie będę miał z tym problemu. Styl wizualny też potrafi robić wrażenie – jak choćby sekwencja, w której leżą na trawie, słuchają muzyki i rośliny wokół zaczynają ich otaczać korzeniami, gałęziami. Kolory, cała atmosfera, a co więcej – efekty specjalne wyglądają na praktyczne. Momentami miałem skojarzenia z Fraglesami w nowym wydaniu. Jest co chwalić, a i sam seans nie jest wcale bolesny – chciałem też oglądać dalej. Niepokój jednak pozostaje.

2/5

Krime Story Love Story

11 lutego | Kino

Wielowątkowe, gatunkowe, męskie kino, które prawie się udało.

Krime to zwykły, drobny przestępca, który z kumplem marzą o wystawnym życiu. Jest policjant, który od lat próbuje złapać Krime’a. Jest córka bogatego kogoś tam, która lubi malować paznokcie. Jest nawet seryjny morderca w stroju covidowym, który zgarnia dziewczyny z ulicy. W sumie nawet z opisu widać, że tylko jeden z tych wątków ma ręce i nogi, reszta dokłada jedynie swoją obecność, ciągnąc w dół całą produkcję swoją bylejakością. Wady i głupoty mogłem akceptować, ale nie nudę. Gdy w 2/3 kończy się wątek Krime’a, przestałem zwracać nawet uwagę, czy film nadal leci – naprawdę trudno jest mi w ogóle powiedzieć, co się dzieje między 70 i 90 minutą – a zakończenie było tak głupie, że oglądałem je trzy razy, aby w pełni uwierzyć temu, co wydawało mi się, że właśnie zobaczyłem. I usłyszałem. Zbiegi okoliczności stulecia, gwarantuję, to są sceny wyjęte z najgorszych złych-dobrych filmów. Komedia!

Wracając do tego, co jest dobre-dobre: ku mojemu zaskoczeniu szczerze polubiłem relacje Krime’a i jego kolegi. Naiwna, ale szczera chęć wybicia się, założenia rodziny, zostania kimś w mały sposób: bez zabijania czy czegoś w tym stylu, tylko kradzież łapówki. Jedna akcja i są ustawieni – zaczną uczciwe życie, tylko pierwszy milion ukradną, tego typu rzeczy. Na dodatek ich wszystkie rozmowy są naprawdę kapitalne – i to tylko trochę „jak na polskie kino”. Jak po napadzie zaczęli gadać o rycerskości, to naprawdę zacząłem się śmiać w dobry sposób. Wszystkie zwroty akcji i ogólny plan wydarzeń na ten wątek – naprawdę, jest co chwalić. Pomysły były dobre, tylko egzekucja była marna, dziurawa i amatorska. Wszelkie zasady dramaturgiczne, w stylu: „Zawsze coś musi pójść nie tak” są tutaj wykonane w koślawy, niesatysfakcjonujący sposób. Np. wspomniany napad przebiegnie bez problemu, ale w drodze powrotnej na światłach zatrzymają się koło radiowozu policji – i wtedy dopiero rośnie napięcie.

Swoją drogą, następujący pościg to zwyczajnie kuriozum. Wjeżdżają do lasu, policja rozbija się na drzewie, Krime odjeżdża, policjant wysiada i po raz pierwszy w historii strzela w efektywny sposób. Samochód Krime rozbija się – czyli on i policjant muszą być w zasięgu wzroku, prawda? Krime wyciąga swoje kumpla z samochodu, ten krwawi, idą między drzewa, porywają samochód i odjeżdżają. Co na to policjanci? Jeszcze są w lesie, przy samochodzie, krzycząc „Wychodzić!”. Czyli nie widzieli, jak uciekają? To jak oddali strzał? Między drzewami? Później jeszcze się okaże, że ten strzał przebił płuco kolegi i cały czas krwawi, ale spokojnie, samo się wyleczy. Komedia! Taki komediowo-amatorski brak spójności jest paradoksalnie najbardziej spójną cechą tego filmu. Później ten sam policjant goni przestępcę, który uciekł oknem – pan władza krzyczy, że chce tylko pogadać, po czym woła: „UWAŻAJ!” i strzela. Przestępca w następnym ujęciu sobie idzie, jakby wyszedł do sklepu po piwo, a policjant zbiega na dół i widzimy tam ciało człowieka, którego przed chwilą zastrzelił. Możemy sobie dopowiedzieć, że zaatakował on tamtego przestępcę i policjant mu właśnie życie uratował, ale chyba myślimy nad tym więcej od scenarzysty.

Film ma dziwną tendencję do ukrywania kluczowych kwestii poza kadrem. Już nie czepiam się, że aktorzy poza kadrem wciągają narkotyki, ale przydałoby się np. widzieć walkę, a nie tylko zamachnięcie się młotkiem poza kadr, a po cięciu w tle osuwa się przeciwnik. Szczególnie, że ten przeciwnik wróci do akcji 20 minut później, kiedy to zostanie zastrzelony. 20 minut później okaże się, że miał na sobie kamizelkę, tylko czekał do zmroku, żeby wstać i podjąć pogoń za protagonistą. W sumie to chyba powinienem być wdzięczny, że cokolwiek JEST w kadrze – przecież mogli też nie pokazać, jak ktoś zostaje postrzelony, skoro potem jego opatrywanie jest już pokazane poza, a my widzimy tylko założone zabezpieczenie rany gdzieś w tle.

Pozostałych wątków nie ma nawet co wspominać. Jakaś siksa, która do koleżanek mówi „suko”, a sama jest nazywana „bijacz”, pod wpływem narkotyków skacze z okna i łamie rękę. I jest szczęśliwa, bo nie pisze matury. Co to ma wspólnego z czymkolwiek? Nie wiem. Może ma. Wiem na pewno, że był w tym filmie potencjał. Przestępcy niskiego kalibru wykorzystani przez skorumpowane władze do bycia kozłami ofiarnymi plus policja mająca zagwozdkę, kto tu jest ofiarą i komu należy się udzielenie pomocy. Takie historie przyjęlibyśmy z pocałowaniem w rękę, gdyby tylko twórcy, krótko mówiąc, nie robili wiochy. Chociaż w sumie teraz można ich kochać od każdej strony: zrobili coś poprawnego jak i niedorzecznie złego naraz. Po seansie bardziej chyba zachęcam do zobaczenia zakończenia i sceny na plaży, gdy seryjny morderca zostaje ujawniony, niż czegokolwiek innego w tym filmie.

PS. Tak, mamy w Olsztynie takich ładnych ratowników płci obu. Nawet ładniejszych.

3/5

Beautiful Beings ("Berdreymi")

11 lutego | OFF Camera

Islandia, okolice lat 90 i początku nowego wieku: przemoc w szkołach, przemoc w domu, przemoc w umyśle młodych osób. Tylko ten świat jest zbudowany w oparciu o przesadę: patologia jest tu wręcz absurdalna. Każdy ma tu matkę narkomankę, tatę w więzieniu, a wujek gwałci. Jednak tego jest jeszcze za mało, bo każdy odwala coś ekstra, np. masturbuje psa, a jego spermę zamraża, żeby stary pił alkohol z takim nasieniem w kostkach. Toż to są przecież rzeczy wzięte z South Parka, tylko na serio. Dodać do tego należy kompletny brak chęci do zrozumienia zachowań agresywnych i patologicznych – twórcy wychodzą z założenia, że to już było w kinie, więc idą na skróty. Dziecko jest bite w szkole i nie oddaje. Jest napadnięte na ulicy, trafia nawet do szpitala i nie podaje sprawców policji. Nie rozumiecie? To nie rozumiecie, twórcy wam nie pomogą. A jeśli rozumiecie sam temat, to tym gorzej: w tym filmie bite dziecko odreagowuje biciem przedmiotów w publicznym miejscu, zamiast zrobić to w samotności, gdzie nikt go nie widzi, ani nie słyszy. Wyobraża sobie, że dusi napastnika na podwórcu przed domem, gdzie też jest na widoku. I oczywiście: wystarczy być z takim kimś na osobności, żeby ta osoba tobie się zwierzyła i to wystarczy, już jest lepiej. Popłaczmy sobie, czemu nie – w rzeczywistości potrzeba wygadania jest tak duża, że wygadałby się komukolwiek, a potem jest tylko większa frustracja, bo to nic nie daje, niczego nie zmienia. Najwyżej powiernik spowiedzi wykorzysta to jeszcze przeciwko tobie. Takie tam, szczegóły.

Twórca próbuje niepokojącej rzeczy: stworzyć opowieść o gnębionym, który zaprzyjaźnia się z tymi, którzy go gnębili. Łączy ich w końcu fakt, że każdy jest ofiarą swoich patologicznych rodziców. I jak niepokojące to jest, to mimo wszystko mogę zaufać twórcy, że chciał dobrze. Opowiada w końcu o sytuacjach niemożliwych, z których człowiek jakoś musi wyjść, w których codziennie egzystuje – ale jak długo może? Ciężko w to uwierzyć, niedojrzałe i niepoważne podejście autorów do portretowania rzeczywistości bardzo przeszkadza, ale jednak jest w tym jakaś nutka wiary w tych młodych ludzi. Zawsze coś.

1/5

Kim jest Anna? ("Inventing Anna")

11 lutego | 8 odcinków | Netflix

Nieudolna próba nadania przestępczyni statusu wyższego. Plus odcinki trwające ponad godzinę.

Sprawa Anny Delvey była czymś w swoim czasie – młoda kobieta z wyższych sfer mająca wszystko nagle okazała się niezdolna do spłacenia dowolnego długu, była oszustką. Poszła do więzienia. Proste, prawda? O czym tu opowiadać: popełniła przestępstwo i teraz siedzi. Wśród niewydarzonych elit, czyli osób dostających ataku serca na widok naszyjnika nie pasującego do butów, to jednak było wydarzenie sezonu. Netflix kupił prawa do tej historii, ale wyobrażam sobie, że szybko trafił na problem: jak to sprzedać zwykłemu odbiorcy? Mającego prawdziwe problemy, a nie wymyślone? Postawili na dziennikarkę – postać fikcyjną, chociaż wzorowaną na prawdziwej – która zaczyna zgłębiać temat oskarżonej niczym bezimienny protagonista Obywatela Kane’a, w każdym odcinku rozmawia z inną osobą (prawdziwą!), która znała Annę na jej drodze do szczytu. I upadku. Cały czas próbując nadać temu wydarzeniu jakiś szerszy wymiar.

Najczęściej trudno powiedzieć, jaki ten wymiar miał być. Okazjonalnie zdarza się pokazać, jak dziennikarka podczas śledztwa przeżyła jeden dzień tak, jak kiedyś Anna, otoczona luksusem w postaci np. podgrzewanej podłogi. I mogłem wtedy pomyśleć, że taka jest może myśl tej produkcji: luksus jest przywilejem zbyt wąskiej grupy ludzi, którzy i tak dochodzą do tego poziomu oszustwem, możemy więc zrozumieć Annę i jej potrzebę przeżycia w takich warunkach… Tylko że ta myśl jest szybko porzucona. Twórcy wolą po prostu spróbować wszystkiego, a na końcu iść w stronę „zagadki”, niż empatii i zrozumienia drugiego człowieka. W tej produkcji nikogo nie można zrozumieć, mało kto przejawia podstawowe ludzkie cechy. Podstawowy problem jest taki, że nigdy, choćby na moment, nie udaje się przekonać odbiorcy do tego, by ten miał podstawy do zaangażowania się w tę historię. Przestępczyni do końca jest przestępczynią, ale też zwyczajnym bucem, manipulatorem, kłamcą, irytującą osobą z głosem, którego nie da się słuchać. Dość powiedzieć, że na początku wita nas ona narracją z OFF-u, gdzie zwraca się do nas z wyższością i pogardą. A potem pojawia się wielce wspaniały i lubiany przez wszystkich napis: „wszystko w tym serialu to sama prawda. Z wyjątkiem elementów wymyślonych”.

Pół biedy, że mnie guzik obchodzi, kim jest Anna – gorzej, że nie idzie zrozumieć nikogo spośród bohaterów, którzy np. przekładają własną ciążę, aby coś zrobić dla niej, lepiej ją zrozumieć. Po jakimś czasie zaakceptowałem, że samemu serialowi wystarczy, aby przedstawić tych ludzi jako chorych psychicznie. I tak wygląda droga do sukcesu: znaleźć ludzi majętnych, którzy będą mieć patologiczną potrzebę akceptacji od osób, które stawiają ponad sobą. Serial jeśli już, to robi dwie rzeczy: banalizuje zagrożenie ze strony manipulatorów (100% widzów po seansie powie: „Hehe, ja bym w życiu na to nie poszedł”) oraz przedstawia ludzi bogatych jako idiotów. Już pal licho, że podatnych na manipulacje, ale przede wszystkim budujących wokół siebie świat i system, który pozwala na takie manipulacje. Wystarczy się zachowywać jak bogaty i już będą ci pozwalać na rozrywki bogatych ludzi. Na koszt tych bogatych ludzi, bo ktoś zapłacić musi.

Obiektywnie rzecz biorąc, mógłbym ten tytuł podciągnąć na drugą gwiazdkę – mimo wszystko niektóre postaci zyskują naszą sympatię, chociaż to zasługa aktorów niż scenariusza. Neff, dziennikarze poboczni, ten zdradzony Anglik albo trenerka – miło ich wspominam. Nie jest mi ich żal, ale hej, przynajmniej ich pamiętam, ktoś podczas produkcji zasłużył na wypłatę. Tak naprawdę o ocenie przeważa ostatni odcinek, który do banalnej, schematycznej, pozbawionej wyobraźni fabuły (zupełnie opornej na udzielenie odpowiedzi na podstawowe pytania fabularne) oraz źle zrealizowanej subiektywnej narracji (dowiadujemy się rzeczy, których bohaterka nie mogła poznać ani nikt inny opowiadający tę opowieść), dokłada fikcyjną rozprawę sądową zrealizowaną tak, jak się robi rozprawy w sądach w nieudolnych produkcjach. Wszystko tam przechodzi, każdy monolog, każdy dramat. Ostatni raz twórcy próbują nas przekonać, że historia Anny to symbol czegoś więcej – tylko też za cholerę nie wiedzą, czego. Udaje im się przekazać tylko jedno: trzeba mieć problemy psychiczne, żeby się nią interesować – a twórcy do końca pragną, byśmy byli pod wrażeniem jej przestępstw. Cóż, nie byłem.

Plus każdy odcinek trwa ponad godzinę. Wstyd. Możecie kręcić nawet i półtorej godziny, to nadal było o niczym.

3/5

Między życiem i śmiercią ("The In Between")

11 luty | Netflix

Banalne, głupie i wiele elementów jest od czapy, ale jednak fajnie się ogląda tych aktorów będących razem.

Nieliniowa narracja z dwoma równoległymi liniami czasowymi: przed i po wypadku. Młoda dziewczyna poznaje chłopaka w kinie, poszła na stary, francuski film bez napisów i młody dosiadł się, tłumacząc jej na bieżąco. Ogólnie cały film ma sporo takich nostalgicznych, klasycznych wibracji: w tonacji czy strojach. Ona robi zdjęcia, zna się na fotografii i umie wywoływać klisze filmowe. On zna cztery języki, jest ambitnym sportowcem, ma charakter bez zarzutu. I to w dużym stopniu naprawdę wystarcza – oglądanie, jak spędzają ze sobą czas, jak są nieśmiali i romantyczni, jak odnajdują się i nawiązują porozumienie… To naprawdę mi wystarczyło.

Ogólnie jednak film ma więcej fabuły. Są tu różne dramatyczne wydarzenia, które pociągają za sobą konsekwencje – a z tym jest dosyć różnie. Nie wszystkim odbiorcom przypadną rozwiązania rodem z low-fantasy, a tutaj jest dla nich miejsce. Po części zasłużone, po części „byle tylko się odróżniać” od innych nastoletnich romansów. Nie ma tragedii, seans całkiem ok.

3/5

Love and Leashes

11 luty | Netflix

On zaczyna pracę w nowym biurze. Zamawia do pracy zabawkę do sado-maso, bo lubi BDSM i bycie uległym. Ona otwiera paczkę z powodu powodów, które miała i w ten sposób dowiaduje się o preferencjach swojego współpracownika, z którym do tej pory nie miała żadnej relacji i sama nie jest w stronę BDSM, ale od teraz to w sumie chce być.

Tak, to jest uproszczone i sporo tutaj schematów, ale wszyscy wiemy, że mogło być dużo gorzej. Zamiast erotyki albo gadania o zboczeniach, oglądamy w zasadzie zwykłą komedię romantyczna trzeciej kategorii, z jej wszystkimi cechami i wadami, o tym, że zabawy w łóżku są właśnie tym: preferencją. Rzeczywistość jest trochę inna, ale liczy się, że film zdejmuje jednak stygmatyzację z tego zjawiska. Obierania stanowiska (albo roli) osoby dominującej tudzież uległej nadal wymaga zapoznania się z tematem, rozmów, zdrowej relacji wewnętrznej, zaufania. Oglądamy schematyczne postaci z japońskiej komedii romantycznej, nie ludzi, ale nadal możemy odnaleźć jakiś pierwiastek człowieczeństwa w ich eksperymentach.

Sporo przy tym żenujących scen i sztuczności, ale jest w tym też urok. Ogólnie: ode mnie na plus.

3/5

Bigbug

11 luty | Netflix

Raczej powtórka z rozrywki w nowej oprawie. Jeunet stoi za kamerą – tak, zrobił nowy film! – i jego ekscentryczne podejście do scenografii i prowadzenia aktorów widać jak na dłoni.

2/5

Wysoka dziewczyna 2 ("Tall Girl 2")

11 luty | Netflix

Bohaterka jest wysoką licealistką, przez co się z niej śmieją. W pierwszej części zebrała się na odwagę, żeby powiedzieć wszystkim w szkole: „wypierdalać z mojej ziemi”, więc teraz jest lubiana. I będzie grać w musicalu Bye Bye Birdie.

Tak, to jest oderwane od rzeczywistości, każdy bohater to idiota i w ogóle, szkoda strzępić sobie ryja, ale! To film, który banalizuje problem, aby spopularyzować mówienie o nim. Wymowka to wymówka, ale faktem jest, że ogląda się to naprawdę znośnie. Takie filmy zazwyczaj są ledwo oglądane, tutaj mogę napisać, że widzowie z problemami faktycznie mogą poczuć, że ktoś ich rozumie. Zamiast banałów oferowane jest przyznanie, że z pewnymi rzeczami po prostu trzeba się nauczyć żyć. I dopiero potem następują banały. Wszyscy są ładni, szczęśliwi na koniec, lubią się i akceptują nawzajem, wrócili do siebie, inni zaczęli być razem, a ja nawet wyobrażałem sobie, że mógłbym się w to zaangażować. Serio: w ramach gatunku „słabych filmów”, ten jest naprawdę oglądalny.

Plus Angela z The Office. I najładniejszy aktor roku (Luke Eisner).

2/5

Rooney

11 luty | 2h | Amazon Prime

Dokument o dotychczasowym dokonaniu piłkarza imieniem Wayne Rooney. Mało szczegółów, dużo kreowania narracji, mało krytyki, mało dokumenty. Ot, opowieść podbudowana prośbą do odbiorcy, aby ten wybaczył piłkarzowi błędy jego młodości, bo stał się idolem kilku narodów w zbyt młodym wieku. Takie opowieści można zrealizować dobrze, z tego mógł powstał dobry film – ale wymaga o wiele więcej szczerości i zaangażowania, odwagi. Tutaj jest głównie pokora. Szczera, można w nią uwierzyć.

PS. Jest tutaj segment z Beckhamem, który – jeśli mnie pamięć nie myli – musiał być nagrywany razem z segmentem na potrzeby miniserialu o Neymarze dla Netfliksa. Dziwny szczegół, ale chyba logiczny.

4/5

I Want You Back

11 lutego | 95 min | Amazon Prime

Fabuła pełna miłych momentów. Plus Charlie Day pijący jakiś alkohol przez cały seans. Momentami naprawdę zabawny tytuł!

On został porzucony przez partnerkę, ona przez partnera. Pracują w tym samym budynku, spotykają się i po nocy karaoke postanawiają sobie pomóc, żeby każdy wrócił do swojego wymarzonego partnera.

Ten tytuł to nie koniecznie jest coś wyjątkowego: język filmowy jest banalny, opowieść ma mało zaskoczeń, znajdzie się też sporo materiału słabej jakości tu i tam. To mimo wszystko produkt, ukierunkowany do konkretnego klienta, gwarantujący przy tym konkretną reakcję: pozytywne, śmieszne doznania. Faktem jednak jest, że sporo w tym tytule serca, a także pozwolenia, aby Charlie Day dał z siebie jak najwięcej. I Want You Back rozumie, że ludzie się zmieniają, są skomplikowani, a cele i marzenia mogą oznaczać różne rzeczy. Ma to odzwierciedlenie w historii, która jednak kończy się tak, jak się domyślacie, ale sposób dojścia tam jest taki, że można w to wszystko uwierzyć. Sporo tu miłych momentów: dzieciak poznany na sztuce w szkole, finał na statku albo impreza w domu młodych dziewczyn, które okażą się trochę młodsze, niż się wydawało. Były pomysły, były zabawne teksty, była pozytywna energia. Osobiście doceniam też całkiem realistyczne ukazanie pakowania na siłowni – pełny zakres ruchu, niewielki ciężar na początku itd.

To kino uproszczone, banalne, zwykłe – ale jeśli miałbym wskazać coś, co mi przeszkadzało, to słaba relacja Charliego Daya i Scotta Eastwooda. Z punktu widzenia opowieści nie widziałem tutaj przyjaźni na poziomie „idziemy razem do klubu!”. Reszta była bezbolesna albo przyjemna podczas seansu. Czwarta gwiazdka może być na wyrost, ale jednak ten tytuł dał mi sporo pozytywnej energii.

Dużo znanych utworów muzycznych, często w wersji cover, ale są one spójne ze sobą, pasują do opowieści. To nie tylko utwory użyte dlatego, że są znane.

3/5

Biegacz, dziwka, Arab, mąż ("Nobody's Hero / Viens je t’emmène")

10 luty | Nowe Horyzonty

On idzie na dziwkę. Ona nie ma z tym problemu, ale jej mąż ma. Na dodatek podczas stosunku w telewizji mówią o zamachu, a pod kamienicą bohatera kręci się Arab proszący o kilka euro na kebaba. Coś tam, coś tam i koniec filmu. Intryga jest i kręci się wokół tych czterech person, tylko chodzi w niej wyłącznie o motywy i symbole przewijające się tu i ówdzie. Bohaterowie nie potrzebują do tego osobowości czy motywacji, więc jej nie mają, więc mało tutaj ma sens. Chłop się kręci za dziwką, chociaż ona chce zostać z mężem. Mąż jej szuka cały czas, chociaż wie, gdzie jest – ma GPS w telefonie. Arab nagle okaże się gejem i że jest zakochany w biegaczu, ale z usług dziwki i tak skorzysta. Nawet będzie poboczny wątek, w którym grupa ludzie zacznie się kręcić wokół kamienicy czatując na Araba, bo ten niby ich okradł. Potem się okaże zbiegiem okoliczności, że nie Arab, tylko jeden z sąsiadów biegacza. Nie żeby miał ku temu powód czy coś, po prostu rzeczy się dzieją i to wystarczy. Na sam koniec ledwo to zostanie domknięte – w pobieżny, niesatysfakcjonujący sposób – i nara. Dziwne, że żaden motyw nie będzie dokończony, jakby twórcy o tym zapomnieli. To w sumie typowe dla europejskiego kina: zrobić film o ludziach, w którym ludzi zastąpiono kukłami. Dla tego reżysera to i tak duży krok do przodu – jego poprzedni film, jaki widziałem, polegał na kręceniu ludzi na plaży, jak sobie walą konia. W tym tempie za 20 lat zrobi film zarówno z symbolami, fabułą oraz postaciami i motywacjami! Będzie mieć wtedy 78 lat.

Żarty na bok. Doceniam taką konstrukcję i nawet byłem zaintrygowany, dokąd to prowadzi. Nawet nieźle się to dzięki temu ogląda. Na pewno autrakcyjnia to doszukiwanie się kolejnych symboli, np. okolicznych dekoracji świąt Bożego Narodzenia, których nie obchodzi w sumie żadna postać. Nie ma też śniegu. Biegacz kilkukrotnie zajrzy do „nieswojej dzielnicy”, gdzie będzie traktowany tak samo, jak Arab pod jego blokiem: zaraz ktoś podejdzie i powie mu, że „nie chcemy tu takich, jak ty”. Wszyscy walczą tu ze wszystkimi i szukają pretekstu, łącząc się w grupy i zapraszając drugich do konfrontacji z kijem w ręku. Nic z tego nie wynika, bo w końcu bohaterami są marionetki w rękach reżysera zachowujący się w absurdalny sposób, więc nie ma sensu wymagać za wiele. Film się zaczyna, a potem się kończy. I wystarczy.

PS. Świetny polski tytuł. Mam frajdę, ilekroć go poprawnie przytoczę.

2/5

Demaskator ("Blacklight")

10 luty | VOD

Pochwała prasy i Liama Neesona – z dawką naiwności potrzebną do osiągnięcia tego.

Travis pracuje jako człowiek pracujący na czarno dla najpotężniejszej agencji, gdzie pomaga staremu kumplowi rozwiązać problemy. Ku zaskoczeniu wszystkich okazuje się tak naprawdę zamiatać pod dywan brudy spowodowane korupcją i zepsuciem wewnętrznym. Zdradzony, rusza aby prawda ujrzała światło dzienne i nic go nie powstrzyma.

Seans jest nierówny, spadając na pysk gdzieś w pierwszej minucie, kiedy słuchamy naiwnego przemówienia aktywistki społecznej („jeśli politycy nie będą nas szanować, to my nie będziemy szanować ich” i miliony klaszczą), by później, pomimo problemów, utrzymywać moje zainteresowanie podczas oglądania. Nie zrozumcie mnie źle, problemów jest naprawdę dużo, ale historia ma jakiś tam potencjał. Nie postaci czy dojrzałe przedstawienie problematyki, ale przyjemność sprawia mi oglądanie walki o słuszną sprawę. W ślad za Home Alone.

Nawet sceny akcji są marne – najczęściej zbędne, słabo zrealizowane (bez „kopa”), wolne. Mamy np. starcie z policjantami: celują do bohatera, to ten się z nimi bije, aż przyjdzie wsparcie. I to wsparcie też celuje, ale tym razem to już argument do przejścia w następną scenę. Po co więc się bili? Albo pościg samochodowy kończący się wyjściem z pojazdu i ucieczką na piechotę – Liam Neeson też wysiada z samochodu i biegnie, tylko ma 69 lat i dobrze wygląda jak na swój wiek, ale nie dogoni raczej nikogo. Nie było to potrzebne, na dodatek osłabia prezencję protagonisty. To po prostu taki film, w którym miały się znaleźć konkretne elementy, zamiast tworzenia spójnej produkcji. Pościgi, strzelaniny, walka wręcz, śmierć oraz Liam Neeson gadający od czasu do czasu coś szlachetnego. Prasa i możliwości dziennikarzy piszących wartościowy artykuł też jest tu przedstawiona w szlachetny sposób – aby to osiągnąć uproszczona zarówno świat przedstawiony jak i problematykę. Wystarczy dyrektorowi zagrozić ujawnieniem prawdy i ten już czuje się zagrożony, a faktyczny utwór w gazecie zmienia świat. W sumie takie wspomnienia też są miłe, szczególnie teraz, gdy żyjemy w świecie „No właśnie się pan dowiedział, że kradnę, i co pan zrobi?”.

Tak dochodzimy do sytuacji, w której Liam Neeson z granatnikiem rusza po prawdę. Nie atakuje, ale broni się przed zagrożeniem – nie zabija z zaskoczenia, ale barykaduje się w domu, stawiając pułapki, odpierając atak grupy zamachowców. I cały czas krzyczy do oponentów szlachetne teksty, w stylu: „Nie musimy się zabijać, możemy się rozejść w pokoju”. Urocze to kino… Chciałbym, aby było zrobione lepiej.

2/5

Pod wiatr

10 lutego | Netflix

Ania i jej 17 adoratorów. Surfing, kolędy, polska plaża, piosenki z PRL. Coś dla każdego, kogo nie interesuje kino.

Wakacje w bogatym hotelu, a w okolicy dzikie dzieci w wieku nastoletnim spędzają czas w swoim stylu. Bohaterka dorasta i jest w konflikcie z rodziną, która oczekuje od niej konkretnych studiów i konkretnego chłopaka, a ona jest na tyle bezbarwna, że nawet nie ma sposobu, aby dokończyć to zdanie. Każdy może sobie tutaj wstawić własny finał.

Ten tytuł to produkt, czyli zbiór cech bez własnej wewnętrznej myśli. Miało być o wakacjach na polskim terenie, ładne ujęcia ludzi wykonujących kit-surfing dla młodych, dla dojrzałych Wojciech Gąssowski śpiewający „Gdzie się podziały tamte prywatki”, dużo romansów, relacji rodzinnych, luksusów pięciogwiazdkowych, jakiś dramat w finale nie zaszkodzi. Pozostawia to w sobie tyle, co nic: twórcom zależy tylko na przyjemnym wspomnieniu, więc nic negatywnego nie poczujemy, ale ta pozytywna energia jest tak nijaka, że nigdzie jej ze sobą nie zabieramy – a na pewno nie zapragnąłem teraz spędzić wakacji na polskim terenie (tam są Polacy!). Seans wywołuje tyle emocji, co nic – co najwyżej rozbawienie faktem, ile osób podrywa główną bohaterkę. Na dodatek wyglądają dosyć podobnie, więc trudno ich na początku rozróżnić – z wyjątkiem tego starego człowieka pracującego w hotelu (tak, jego też liczę).

Wszyscy na ekranie są ładni, przyjemni, jak ojciec męczy, to pod koniec się nauczy i wszyscy będą szczęśliwi. Plus: „jak na polskie warunki”, to sceny sportu ekstremalnego i seksu i w ogóle były zrealizowane całkiem dobrze.

Jak wstanę o 7:30 to się nie wyśpię. Jak wstanę o 5 to też, ale wtedy pójdę popływać. I tak pływam do 7:30. I dzięki temu, gdy piję kawę o 8, to myślę sobie: „Ale miałem zajebisty poranek”

3/5

Homestay

10 luty | Amazon Prime

Bohater znajduje się w ciele innej osoby – ma szansę na odrodzenie, ale musi dowiedzieć się, jak poprzedni właściciel tego ciała zginął.

Całość wygląda i wydaje się jak aktorska adaptacja anime: niezręczne, dziwne, przestylizowane, przesadzone, odklejone od ludzkiego zachowania. W rzeczywistości jest to adaptacja książki – która była już adaptowana trzy razy, w tym dwa razy na animację. Utrudnia to początek, ale gdzieś w połowie następuje zmiana tonacji – na bardziej dramatyczną. Wtedy odsłonięta jest prawdziwa natura tej opowieści: historii człowieka, który zaczyna poznawać drugą istotę ludzką. Dosłownie wchodzi w jej skórę i odkrywa jej przeszłość.

Widzę tutaj potencjał na prawdziwą klasykę w stylu Dickensa, liczne adaptacje powstające co roku, powtarzające schemat za schematem. W tym znaczeniu seansu nie odradzam, bo to jak słaba wersja Opowieści wigilijnej: to nadal historia, którą wszyscy kochają. To powiedziawszy: gdy twórcy przechodzą do tych trudniejszych tematów (w tym samobójstwa), na moment dają radę mnie oszukać. Zacząłem mieć nadzieję na poważny, dojrzały film, gdy Homestay idzie w kierunku banalizacji problemu. Traktuje go poważnie, tzn. jest świadomy jego istotności, ale przy tym zachowuje się, jakby faktycznie wystarczyło jedno wydarzenie, aby popchnąć kogoś w stronę zachowań samobójczych. Albo, że wtedy wystarczy uśmiech i wsparcie, żeby natychmiast odgonić ciemne chmury.

Nie pomaga też cała stylistyka. Takie historie jednak potrzebują ludzkich bohaterów, a nie symboli chodzących po ekranie jak duchy, mówiących zagadkami.

3/5

Kimi

10 lutego | HBO Max

Tytuł odnosi się do technologii smart-home – mówisz „Kimi, włącz Pink Floyd”, a ona włącza Pink Floyd. Ponoć są ludzie, którzy tak robią, zamiast użyć dwóch przycisków w komputerze. Bohaterka z kolei sprawdza, czy Kimi dobrze działa, słuchając nagrań – na jednym z nich słyszy… okoliczności przestępstwa.

Na pewno Kimi jest jakimś osiągnięciem w stworzeniu uwspółcześnionej wersji Blow out, gdzie są nowoczesne technologie, smartfony i smarthome, zamyślenie nad wiecznym byciu podsłuchiwanym, a przy okazji to historia o pokonywaniu traumy i zbliżaniu się do innych ludzi. A że jednocześnie można zasnąć na tym filmie, a koniec końców wygrywa stara, dobra przesada stylistyczna (zabijanie maszyną do strzelania gwoźdźmi), a nie te technologie czy uwspółcześnianie… To już szczegół. Realizację też trzeba chwalić – widać śladowy budżet, ale też profesjonalizm. W każdym ujęciu i cięciu widać masę doświadczenia, tutaj kręcenie telefonem i minimalny budżet nie jest tak naprawdę widoczny. Film sam w sobie został potraktowany w zadowalający sposób.

Historia jest skąpa – potrzebuje masy czasu, aby w ogóle się zacząć (w ogóle tego nie wykorzystując), by później przejść w zasadzie od razu do konfrontacji trzeciego aktu, który składa się ze sporej liczby uproszczeń dla głównej bohaterki (w zależności od sytuacji – bardzo łatwo ją podejść, by potem bardzo łatwo było jej się wykaraskać). Potem finał, który jest przesadzony i naciągany – nagle wystarczy zgasić światła, żeby przeciwnik nie chciał się ruszać (chociaż nadal było wystarczająco jasno), tego typu manewry ze strony scenarzysty. Ponadto bohaterka jest irytująca – teoretycznie wewnętrznie radzi sobie z przeszłością, ale od widza bardziej jest oczekiwana wyrozumiałość, niż faktycznie na to zapracowano.

I czy tylko mnie skręcało w środku jak cholera, że ta baba w końcówce, zamiast zadzwonić na policję, to wolała być fajna – obok typa krwawiącego z obszaru brzusznego, który stanął w jej obronie? Nawet nie jest potem powiedziane, że to przeżył!

PS. Buzz z Home Alone gra tutaj Kevina, broniącego czyjeś schronienie przed agresorem.

1/5

Przywilej ("Das Privileg")

9 lutego | Netflix

Chłopakowi wydawało się, że coś widzi. Teraz nikt mu nie wierzy, jest leczony psychiatrycznie. A ludzie giną…

Hej, oglądaliście kiedyś film, w którym protagonista próbuje innych ostrzec przed zagrożeniem, a inni mają to w dupie? Nawet jeśli jest to kompletnie nielogiczne? I podczas seansu czujecie tylko irytację, frustrację oraz bezsilność, więc wyłączacie i zapominacie, więc teraz nawet nie możecie przywołać tytułu produkcji, w której to widzieliście? A co powiecie na dodanie do tego horroru zbudowanego wyłącznie z jump-scare’ów? NAGLE coś wyskakuje, NAGLE słychać głośny dźwięk, a może macie ochotę zobaczyć coś absolutnie niewinnego, ale z dodanym GŁOŚNYM DŹWIĘKIEM? Hej, jest jeszcze fabuła, w której wszystko okaże się spiskiem. Mało tego, połączmy na ekranie poważnych naukowców starających się pomóc i niepoważnych nastolatków mających bekę z eksperymentów, będzie fajnie.

No to Przywilej taki właśnie jest.

1/5

Śmierć na Nilu ("Death on the Nile")

9 lutego

Jako film może być. Jako adaptacja czy konkurencja dla innych wersji – jest tragicznie.

3/5

Księga Boby Fetta - sezon I

9 lutego | 7 odcinków | Disney+

Trzy wątki zrealizowane równocześnie, każdy z nich rozwinięty w niewystarczającym stopniu, nieskładający się na niesatysfakcjonującą całość.

  • Boba Fett po uratowaniu się z objęć bestii zostaje niewolnikiem plemienia, ale potem zyskuje ich szacunek, więc stają się rodziną.
  • W drugim wątku, rozgrywającym się dużo później, Boba Fett stara się zostać ochroniarzem całego miasta, ale przychodzą kłopoty i będzie musiał bronić.
  • W trzecim wątku mamy rzeczy niezwiązane z tym serialem. Zajmują całe dwa odcinki, teoretycznie dopowiadając to, w jaki sposób podczas wspomnianej obrony sojusznicy dołączyli do Boby. A okres plemienia łączy się tak, że na koniec Boba dowiaduje się całej prawdy o pewnym wydarzeniu, co daje mu dodatkowe motywacje do obrony. Najwyraźniej sama obrona i walka o własne życie to było za mało.

Dziwnie to skonstruowany serial. Niby jest całościowy, ale nic tu nie składa się do kupy. Niby poświęcają czas na opowiedzenie o pewnych elementach, ale gdy przychodzi co do czego – nijak nie czułem, by tym ludziom zależało na sobie nawzajem, by byli prawdziwymi towarzyszami broni, aby faktycznie walczyli o coś. Finałowy odcinek to po prostu kolejna wariacja na temat Yojimbo: samotny sprawiedliwy broni okolicę przed najeźdźcą. Tylko tam dwie godziny wystarczyły, aby opowiedzieć pełną historię, a tutaj w siedmiu godzinach jest pełno dziur i nieścisłości, o braku emocjonalnego zaangażowania nawet nie wspominając.

Nawet byłem wkręcony na początku, wątek stawania się częścią plemienia był opowiedziany na tyle dobrze, że nawet nie kwestionowałem tego, co oglądałem – ale nie, nigdzie nie jest wyjaśnione, dlaczego Boba po prostu nie zabił swoich ciemiężycieli, może więc ten serial pochwala niewolnictwo, nie wiem. Mieszanie dwóch linii czasowych bardziej mnie intrygowało niż zadowalało w oglądaniu – bo ciekawy byłem, na co to się ostatecznie złoży, co też twórcy mają w rękawie? Zanim to się wyjaśniło, napięcie zostało zabite poprzez dwa fillerowe odcinki, tak naprawdę pozbawione udziały tytułowej persony, pochodzące nawet nie z innych produkcji, ale ogólnie: ze świata Star Wars. Księga Boby Fetta nie jest samodzielnym tytułem – nie dość, że trzeba samemu pamiętać wydarzenia Powrotu Jedi, by rozumieć początek (jaka bestia?), to ogólnie trzeba być na bieżąco z innymi produkcjami, aby oglądać ten jeden tytuł. Do czasu ostatniego odcinka bardzo łatwo jest zapomnieć szczegóły tego, co się działo w pierwszych czterech. Równie dobrze można by zacząć seans od ostatniego – będziecie wtedy niewiele bardziej zagubieni od starych widzów, bo wszyscy będą pytać: „kim jest ta postać?” i „jak się tu znalazła?”, albo „ale o co chodzi?”.

Sam ostatni odcinek zawiera wszystkie rzeczy, na które kręcimy głowami, chociaż nie widzimy ich zbyt często: bieganie pod ostrzałem, bycie trafionym to decyzja scenarzysty. Później antagonista pokonujący bohatera w trzy sekundy, przemawiający długo, czekający ze śmiertelnym ciosem tak długo, że protagonista ma czas wykonać szybki ruch – na który nie ma żadnej reakcji, chociaż powinna taka nastąpić, ze skutkiem śmiertelnym. Grupa ludzi pod ostrzałem wydaje się bliska końca, aż tu nagle jedna nowa osoba zastrzeli trzy osoby i już sytuacja uratowana. Ktoś dużych rozmiarów ucieka przed ostrzałem, jest trafiony milion razy, ale podnosi się i drepcze dalej, jakby to była kwestia silnej woli, a nie obrażeń. Deus Ex Machina jest tutaj tak częsta, że traci nawet prawo do swojej nazwy. To są rzeczy, których spodziewam się po kinie akcji klasy B, nie wysokobudżetowym serialu w reżyserii Rodrigueza.

Serial sam w sobie nie jest zły. Rzeczy, które w nim odrzucają, to przede wszystkim odgórne decyzje twórcze – nie chcę seriali, które nie są samodzielnymi tytułami, a chaotyczną częścią czegoś innego, na siłę z tamtym powiązanym. To mógł być po prostu miniserial fantasy o ratowaniu miasta – i to jest ok, nic specjalnego, nic beznadziejnego – ale wrzucono to w coś większego. A przecież w historii telewizji znane są „odcinki specjalne”, gdzie bohater jednego serialu jest odwiedzony przez bohatera innego – i nie trzeba wtedy było przerywać seansu, aby nadrobić zaległości, my nadal oglądaliśmy to, co zaczęliśmy! Księga Boby Fetta taka nie miała być, więc nie jest. Teraz do czasu, aż nadrobicie wymagane seriale i filmy, to zdążycie zapomnieć o istnieniu Księgi Boby Fetta. Chyba że jakiś inny serial będzie wymagać jego znajomości, w co wątpię.

4/5

Będzie bolało ("This is Going to Hurt") - miniserial

8 lutego | 7 odcinków po 45 min | Canal+

Przedramatyzowany, ale wartościowy miniserial medyczny o trudach pracy w szpitalu.

Jest rok 2007. Adam Kay jest łamiącym czwartą ścianę ginekologiem w UK jeszcze na początku swojej drogi, chociaż może mówić o pewnym doświadczeniu. Stresująca, wymagająca praca odbierająca czas na osobistą relację z jego chłopakiem, braki snu, przepracowanie, brak satysfakcji z codzienności – te i wiele innych zastępują tu tradycyjną fabułę, po prostu skaczemy od jednego motywu do drugiego w tej intensywnej, paraliżującej podróży, od której zależy życie ludzkie i nie tylko. I to, czym ta produkcja jest, to naprawdę wystarczy: aktorzy są świetni i tworzą zapadające w pamięci postaci (Shruti, Adam), czarny humor uatrakcyjnia całość, historia jest wypełniona scenami, które zapadaną w pamięci. Sama medycyna też jest przedstawiona naprawdę świetnie – wiarygodnie, prawdziwie, ale też dostarcza napięcia: czy zabieg się uda, czy pacjent przeżyje, czy bohaterom się uda, czy mieli rację ze swoimi podejrzewaniami? Tworzy to historię pokazującą personel medyczny jako ludzi: chcących dobrze dla siebie i dla pacjentów, ale mogących bardzo łatwo popełnić błąd.

Jest tylko jeden problem, który zresztą wcale nim nie musi być – biorąc pod uwagę, że dzięki temu dotarli do większej ilości odbiorców – mianowicie: przedramatyzowanie. Serial jest podkręcony, momentami absurdalny, największe dramaty w ogóle nie są zasłużone – ale w Internecie ludzie piszą, że dzięki nim dostrzegli przesłanie serialu, czyli ciężar pracy medycznej.

Bohater np. ma cały czas pracę w oczach, wszystkie te wydarzenia wracają do niego. Problem w tym, że tak to podkręcono, iż to nie wygląda na traumę czy przepracowanie, ale na chorobę psychiczną. Adam na nawet problemy z odróżnieniem rzeczywistości od wytworu jego umysłu, więc to, co widzimy, nie jest czymś, co mogę kupić. To zostało podkręcone, aby każdy widz zrozumiał, że tak wygląda praca w szpitalu. Tak, ja też czasem budzę się w nocy, ale robię to raz i wracam do codzienności, zamiast dusić się w tym tygodniami. Filmowość i przekaz ważniejszy był dla twórców od realiów.

Adam jest też dupkiem, którego nikt nie lubi w pracy. Jest nieuprzejmy, chamski, popełnia błędy. I tylko to ostatnie ma faktycznie związek z rzeczywistością, ponieważ osobiście miałem do czynienia z osobami toksycznymi, dorastałem, chodziłem do szkoły – Adam nawet nie jest w zasięgu połączeń PKP wobec takich osób, musiałby wziąć samolot. Jednak serial stara się go sprzedać jako problematycznego na potrzeby fabuły, a ja tego po prostu nie widzę. Dosłownie żaden jego tekst by mnie nie poruszył – jakby to chociaż miało miejsce współcześnie, ale w 2007 roku? Wtedy jeszcze dr Cox krzyczał na współpracowników przez 5 minut pod rząd, dajcie spokój.

Dziwny jest też obraz prywatnej służby zdrowia. Człowiek myśli, że płaci właśnie za to, że personel jest na każdą potrzebę, wyposażony we wszystko i w ogóle, a tutaj płacisz za kelnera i żyrandol, a gdy potrzebujesz leków czy krwi, to oddają cię do publicznego szpitala. I to jest koniec historii, pacjentka zadowolona leży na sali w zwykłym szpitalu, żadnych wyjaśnień czy zażaleń, po prostu idziemy do domu. No prawie ją zabiliśmy w tej naszej prywatnej klinice, ale co mamy z tym zrobić? Koniec wątku, tylko po co to było? Żeby ocieplić jednak wizerunek publicznej pomocy zdrowotnej? To w ogóle nie jest zasłużone.

Najważniejszy jest skok dramatyczny w końcówce szóstego odcinka. Nagle dzieje się coś, co niby było budowane przez większość tych rzeczy, które właśnie opisałem – więc nawet droga do tego momentu nie jest satysfakcjonująca. Nagły zwrot akcji jednak nawet sam w sobie jest niezasłużony, ale znowu: przemówił do niektórych widzów. Może więc faktycznie ta historia dotrze do odbiorców, tylko nawet sam nie wiem, jakie jest przesłanie? Żeby wybaczyć lekarzowi, jak zrobi ci krzywdę?

Wolę myśleć, że to po prostu obraz współczesnej medycyny. Opieramy się na takich osobach, jak Adam. I nie mamy przed sobą żadnej drogi w stronę lepszego świata, to Adam jest tą naszą „lepszą” alternatywą.

3/5

Uncharted

8 lutego | Kino

Wystarczające kino akcji.

Zapewne ważnym czynnikiem wpływającym na moją opinię jest fakt, że nie grałem w gry, na podstawie których powstał tytuł filmu. Lubię jednak myśleć, że to nie ma znaczenia – jestem świadomy, że to dosyć nijakie kino w warstwie fabularnej: to prosta opowieść o poszukiwaniu skarbów, osadzona współcześnie. Nie ma tutaj żadnego kombinowania, skarb ma wartość tylko materialną i bohaterom zależy wyłącznie na pieniądzach. Mało tego – troje protagonistów ma w zasadzie ten sam charakter: oszust, który nie ufa pozostałym i chce zgarnąć dla siebie jak najwięcej. Dynamika ich relacji jest dosyć monotonna – ktoś przechytrzy kogoś tylko po to, aby pięć minut później dojść kolektywnie do wniosku, że jednak muszą współpracować. Powtarzać co 20 minut przez cały film.

Faktem jednak jest, że to przygoda pełna brawury i kolorów, atrakcyjnych lokacji nadających się do parkouru oraz ryzykownych ruchów z wykorzystaniem braku fizyki (cały film otwiera się od skakania ze skrzynki na skrzynkę ciągniętych przez samolot). Może to i cień atrakcji oferowanych przez grę, ale samo w sobie bawiło mnie wystarczająco. Są tu mięśnie, walki, bieganie, robienie rzeczy w ostatniej sekundzie, czytelna akcja. Sympatyczna rzecz w mojej ocenie.

Nie mam nic przeciwko drugiemu seansowi – pewnie bym wtedy mówił coś w stylu: o, teraz będzie TA scena. Drugą część też chętnie zobaczę, jeśli powstanie.

2/5

Catwoman: Hunted

7 lutego | 78 min

Catwoman kradnie biżuterię, co staje się wstępem do jej misji u boku Federalnych oraz Batwoman, aby przyskrzynić dużą grupę przestępców. Wszystko w jedną noc, niemal.

Catwoman w tym wydaniu cały czas mówi: głównie do siebie. Żarty, pół-słówka, one-linery, tego typu rzeczy. Bardzo seksualizowane, mało erotyczne, całkiem męczące – może nawet irytujące. To zabiegi z komiksów dla młodej widowni, tylko właśnie – o zabarwieniu wskazanym raczej dla dorosłych, więc efekt jest ujemy. Najbardziej to przeszkadzało mi w relacji Catwoman z Batwoman, bo nadal mam w pamięci, jak o wiele dojrzalej relacja pełna seksualnego napięcia była zaprezentowana pomiędzy Batmanem i Catwoman w grach z serii Arkham. Tam ona była o wiele bardziej pociągająca, a Batman potrafił zachować się prawidłowo w jej towarzystwie: stawiał misję na początku, nie pozwalał sobą rządzić, nie cackał się z nią. I za to go lubiła, dlatego ta erotyczna zabawa była dla niej atrakcyjna.

W filmie wystarczy, że Catwoman cokolwiek zasugeruje, a Batwoman jest sparaliżowana. Pozwala sobie zdjąć maskę i generalnie bawi się z nią – chociaż do niczego nie dochodzi. Animatorom chyba zależało tylko na narysowanie Batwoman z twarzą „nani”. Czułem zażenowanie, oglądając to. Są komiksy dla dzieci, Batman i jego ziomki też są w wydaniu dla najmłodszych, ale od kiedy pamiętam, to wszyscy je oglądali po to, aby poczuć się bardziej dojrzale – nie na odwrót.

Fabuła to wypełniacz, animacja jest znośna. Muzykę za to chcę chwalić – i wiedziałem to od początku, czyli czołówki kojarzącej się z Cowboyem Bebopem. W obsadzie Mike Ehrmantraut jako Black Mask. Ponadto Stephanie Beatriz jako Batwoman, której chyba mówiono, że ma robić coraz grubszy i grubszy głos. Więc to robiła, efekt jest kiepski, a przecież wiem, że umie podkładać głosy (Encanto).

1/5

Miłość, seks & pandemia

4 lutego

„Kobiety to kurwy: The Movie”. Nieoglądalne, ale synopsis to przezabawna lektura.

Kino Patryka Vegi z jednej strony nie zasługuje, aby być w galerii gniotów roku – pod względem realizacji to naprawdę inna liga względem ch****** polskiej komedii, a i zalet można tutaj znaleźć całe mnóstwo – z drugiej strony nadal jest to produkcja nieoglądalna, wręcz szkodliwa zdrowiu. Niemniej, pozytywy: fabuła tyczy się losów czterech osób w Warszawie tuż przed pandemią i jak ona wpłynęła na ich żywot. Pani fotograf, dziennikarka, świadek Jehowy i trzecia kobieta bez wyraźnej charakterystyki wstępnej. Fabuła jest dynamiczna i pełna zwrotów akcji, zaskakujących puent. Sam wstęp jest tak złożony, że jestem pod ogromnym wrażeniem, że tyle udało się zmieścić w zaledwie dziewięć minut. Tutaj naprawdę jest pomysł na siebie, zarówno pod względem rozrywkowym (dostarczając potencjalnie interesującej, nieszablonowej historii) jak i merytorycznym, poruszając temat, którego polskie kino wydaje się potrzebować, otworzyć na niego. Nawet coś takiego, jak rozmowa z menelem pod koniec filmu pokazuje, że twórcy faktycznie żyją współcześnie i znają normalne życie, w którym alkoholicy cały czas podchodzą i proszą o poratowanie kilkoma monetami. A jak się rozkręcą, to i lekcję życiową opowiedzą – w którym innym filmie polskim to się widziało? Produkcja jako całość bardzo zyskuje, gdy już się spojrzy na losy bohaterów pod kątem ich zakończenia: każdy finalnie dostaje dokładnie to, czego chciał. I to nie przynosi mu szczęścia, ale już inaczej nie może. Każdy jest inaczej prowadzony przez swoją seksualność, każdy inaczej doznaje spełnienia. Każdy w drodze na szczyt zszedł na dno, dla nikogo nie ma szczęśliwego zakończenia – z wyjątkiem jednej osoby, która w porę zawróciła. Jedna jej historia została zakończona, ale szczęśliwe zakończenie* wskazuje jej zupełnie nowy rozdział w życiu. To było na papierze i nadal można odnaleźć w gotowym filmie. Sceny erotyczne są zrealizowane całkiem nieźle, fotografie robione przez jedną z bohaterek faktycznie są wartościowe, tutaj autentycznie jest co chwalić.

Już nie mówiąc o prostym walorze pozytywnie „złego” kina, czyli tak absurdalnego, że ten tytuł jak mało który zasługuje na miejsce w naszej pamięci, robienie notatek podczas seansu, a co więcej: przerwy w trakcie seansu, bo śmiałem się tak głupio, że musiałem pauzować film. Prawda, otwarcie podejrzewam, że w skutek styczności z negatywnie „złymi” elementami tej produkcji dochodzi do stopniowej śmierci mózgu, przez co w połowie w zasadzie wszystko staje się dowcipem, bo po prostu brzmi jak niedorzeczny zlepek losowych słów („Czytałem, że siostra buduje w Tanzanii sierociniec dla setki sierot” albo „Obie wyruchaliście małolata, bo zaraz będziecie mieć klimakterium i chcieliście poczuć ostatniego kutasa w życiu”), ale są tutaj kwestie, które nawet dzień później mnie bawią (więcej na dole). Ponadto nasz język został wzbogacony o słowo „Ruchanek” (i przy okazji popularyzując ruchanki, czyli kaszubskie placki z ciasta chlebowego smażone w tłuszczu i spożywane z cukrem i kawą zbożową) oraz dodając kolejne pytania do Wielkiego Quizu z wiedzy o Polskim kinie. Na przykład: gdzie według Patryka Vegi muzułmanin myje penisa? To powiedziawszy, pierwsza połowa jest dosłownie nieoglądalna – i trzeba się przemęczyć, zanim się dojdzie do tego, co bawi swoją głupotą. Wcześniej tylko rani – zachowaniem bohaterów, ich charakterami, losami, dialogami, niedorzeczną fabułą braną całkowicie na serio. Reżyser chce portretować rzeczywistość, coś o niej powiedzieć, tylko ani nie umie zbudować świata filmowego na wzór rzeczywistego, ani też jego rzeczywistość nie pokrywa się z naszą. Scenariusz został napisany po przedawkowaniu takich miejsc w Internecie, jak jbzd, r/pussypass albo wpisów na blogu adwokata, który opisuje wyłącznie te bardziej mięsiste rozprawy rozwodowe, czyli ogólnie te miejsca poświęcone przewadze kobiet we współczesnym społeczeństwie. I ogólnie warto mieć świadomość tego, że to jest po prostu część świata, w którym żyjemy – ale no właśnie, część. Nie całość. Scenarzysta Miłość, seks & pandemia myśli, że część jest całością, a kobiety to istoty przekreślone, pracujące bardzo ciężko na swój upadek.

Pomijam już reprezentację świadków Jehowy, ale mamy tutaj też wątek trenera wyrywania lasek. Jakie są jego metody? Suchary w stylu: „Bolało, jak przyjebałaś spadając z nieba, mój aniołeczku?”. I ten trener przez dziennikarkę jest wystawiony do wiatru na potrzeby artykułu w czasopiśmie. Idzie więc do dziennikarki zamiast na policję, a ona w zamian pisze kolejny artykuł, w którym pisze „kurwa, zostawiłam go w środku lasu gołego, ukradłam mu samochód, zrobiłam mu foty, jak mnie goni z gołą dupą, trafił przeze mnie na pogotowie po pobiciu przez dresów i byciu zostawionym na gołej ziemi – i on ma do mnie pretensje, jaki frajer xD” i baby w kiosku to czytają i mają bekę z typa. Dopiero teraz sprawa trafia do sądu, a ona jest wkurzona. Bije go, on oddaje, ona rozwala sobie ryj o ścianę, pozywa typa o gwałt i ten idzie do więzienia (chyba tego samego, co już widzieliśmy w 8 rzeczach, których nie wiecie o facetach). Jest w końcu dowód nagrania, jak on ją odpycha, wygodnie zmontowany i pocięty – każdy sąd by to uznał, nie mam wątpliwości.

Inny wątek: baba, która gardzi muzułmanami, zaczyna chodzić z muzułmanem pomimo bycia w związku, doznając spełnienia seksualnego słuchając jego pierdolenia w stylu AMSR: „wziął maczugę i zaczął powalać trzcinę, aż była ona bez sił”, pokonując tym samym jej obawy o kozojebcach, którzy gardzą kobietami. Mąż chce z nią seks, to go wyrzuca z domu, wprowadza kochanka. Koleżanki na to: „do łóżka to ok, ale do domu?”. I on okazuje się jednak mieć w dupie prawa kobiet, ale, hehe, innych kobiet, nie jej. Zresztą jakie prawa, seks się liczy, wszystko inne to szczegół. Finalnie okazuje się, że kochanek ma już kilka żon, ale na tym etapie baba zna swoje miejsce, jest wytresowana tak, jak lubi. Baba bez bolca dostaje pierdolca, hehe, co nie, szwagier? Taka prawda. Jedyny męski bohater upada, bo zakochał się w kobiecie, która okazała się prostytutką. Wnioski są proste: żyć trzeba bez kobiet, a jak jakąś poznasz, to przestań.

Aha, jest tu też jeszcze jakaś pandemia, ale to tam, szczegół. Ogólnie więc jest się z czego pośmiać, ale to wszystko. Jeśli autor faktycznie chciał nagłośnić temat nierówności płciowych, to tylko pogorszył sprawę, bo teraz co najwyżej każdy, kto podejmie ten temat, będzie łączony z tym filmem i jego niedojrzałością oraz odklejeniem od rzeczywistości, więc najpierw ten problem trzeba będzie rozwiązać, by przejść do meritum. Dobra robota.

*nowa definicja kuriozum!

 

– Muszę Ci powiedzieć coś ważnego.
– Masz covida?

– Chcę mieć z tobą dzieci.
– A wiesz jak się robi dzieci?

– Czemu chodziłaś ze mną do łóżka?
– Mój błąd.

– Planowałam ruchać się z murzynami za pieniądze do 30-tki.
– A potem co?
– Chciałam sobie zrobić operację plastyczną pochwy.

4/5

Jackass Forever

4 lutego

Czuję się zainspirowany.

Seria skeczy humorystycznych, w których ludzie robią sobie krzywdę. Opiera się ona bardziej na strachu i bólu niż faktycznym uszczerbku na zdrowiu. I tyle. Wszystkie skecze trzymają poziom, zaskakują, bawią mniej lub bardziej – na ile moje słowo w tej kwestii wam coś daje. To delikatna kwestia i nie jest łatwo opisać wam kopniak w jaja tak, abyście mieli pewność, że was to będzie bawić.

Czy bawi mnie kopanie ludzi w jaja? Nie. Czy bawi mnie w ich wykonaniu? Tak. W jakimś stopniu.

To przykład filmu, który o wiele bardziej istnieje w większym kontekście, a raczej w fakcie ignorowania go. Urok ten produkcji polega na tym, że w 2022 roku zbiera się grupa ludzi, aby się kopać po jajach i nie czują potrzeby tego tłumaczyć czy wyjaśniać przed nikim. Nic ich nie interesuje poza tym, żeby się dobrze bawić we własnym gronie – no i jest jeszcze masa rzeczy, których NIE robią. Nie robią żartów z obcych, nieświadomych osób. Nie gadają do kamery ze zbędnymi wstępami, nie na też pustego gadania o wymyślaniu danego gagu, aby rozwinąć swoją osobowość – od razu przechodzą do rzeczy. Gag ma miejsce i idziemy dalej, bez wstęp o wypaleniu zawodowym, presji fanów albo balaście sukcesu z przeszłości.

A co najważniejsze – jest w tym pasja. To nie jest ich praca, nie muszą dostarczać kontentu dla swoich fanów – na ekranie jest tylko zabawa i frajda. W tym braku skomplikowania jest piękno.

Tylko szkoda, że żadnej kobiecie nie dzieje się krzywda. Jedna polizała prąd i została ukuta przez skorpiona, wielkie rzeczy – przecież już lata temu w Nieustraszonym baby robiły pojebane rzeczy. A teraz biorę kosz piłek i idę rzucać w ludzi, którzy zadzwonią na policję, jak w nich rzucę. Dlatego założę maskę, a piłki podpalę.

PS. Oglądanie tego wszystkiego po latach oglądania masy hardcore’owych treści w necie, gdzie szarzy ludzie bez doświadczenia umierają robiąc banalne rzeczy albo kończą bez kończyn… Powiedzmy, że pierwszy raz poważnie potraktowałem ostrzeżenie: „Nie róbcie tego w domu, my jesteśmy profesjonalistami”. Oni skaczą z drugiego piętra na pręty i żyją, a jakiś chłop skacze na głowę do basenu i ma szczęście, jak kończy z porażeniem czterokończynowym.

2/5

Phat Thusday

4 lutego | 3 odcinki | Amazon Prime

Od lat 60 w USA był jeden czarnoskóry komik na dekadę. W latach 90 to się zmieniło. Powstał klub, gdzie mogli występować, było słynne i ludzie robili tam karierę. Miniserial o tym nie bardzo tłumaczy związku przyczynowo-skutkowego, ale jest jednak jedną, dużą ciekawostką. I pokazuje mnóstwo atmosfery, która mogła wtedy panować między ludźmi.

Niewiele można o tym napisać. Był klub, występowali tam czarni i średnio raz na pięć minut jest nam przypominane, że to była rewolucja. Tam się stawałeś kimś, tam przychodziły dziewczyny i agenci, szukający nowej gwiazdy, tam można było zobaczyć wszystkich celebrytów. No i fajnie.

Żaden z zaprezentowanych występów mnie nie śmieszył, ale to już inna kwestia. Dave Chappelle jest, ale nie użyto jego pierwszego występu z tamtych czasów, który mnie bawił:

4/5

Jack Reacher - sezon I

4 lutego | 8 odcinków | Amazon Prime

Chłop wysoki jak drzewo i wielki jak dwa wysiada w małym miasteczku na południu USA. Idzie do jadłodajni po ciastko i zostaje zaaresztowany jako podejrzany o morderstwo. W ten sposób tajemniczy olbrzym imieniem Jack Reacher wikła się stopniowo w sprawę licznych morderstw i układów, a także dowie się o śmierci własnego brata i rozwiąże zagadkę jego śmierci, pomści go i ukaże winnych. Adaptacja pierwszej książki Lee Childa z serii o Jacku Reacherze, napisanej w 1997 roku (ma ona trzy prequele). Według Wikipedii ma on 195 cm wzrostu, waży do 113 kg, a także ma długą na 130 cm klatkę piersiową. Szeroką, znaczy. W filmowych adaptacjach grał go Tom Cruise, ale do serialu zatrudnili osobę dużo lepiej pasująca do pierwowzoru. I nie jest grana przez odtworzonego w CGI Michaela Clarke’a Duncana.

Świat Jacka Reachera to świat niebezpieczny, w którym człowiek musi sam sobie poradzić przy użyciu siły fizycznej oraz broni palnej. Inteligencja pomaga – protagonista jest wyjątkowo uzdolniony, po pierdnięciu trupa jest w stanie zgadnąć, kiedy ostatni raz paliła papierosy osoba zbierająca proch do naboi, którymi zastrzelono denata – ale gdyby nie mięśnie i pistolet, to skończyłby tak, jak każda inna chuda osoba w tym uniwersum: na kolanach, błagając o egzystencję pod czyimś butem. Chcesz sprawiedliwości – musisz zdać się na siebie, a niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Zaufanie komukolwiek to luksus. Reacher bierze sprawiedliwość we własnej ręce – nikt nic o nim nie wie, jego przeszłość czy motywacje to tajemnica, a plotki sprawiają, że łatwo w niego mogą zwątpić inni. My nie, my jesteśmy z nim na każdym kroku, więc widz może nie dostrzec, jak mało słuszna jest to osoba. Jesz obiad w knajpie, aż tu nagle przychodzi on i obija jednego z klientów, rozbijając go o twój obiad. I wychodzi. Konwencja jest oczywiście taka, że go rozumiemy i jesteśmy po jego stronie – podobnie jak wybrane osoby z policji, dzięki czemu Reacher normalnie sobie chodzi po miejscach zbrodni. Nawet jeśli są logiczne znaki wskazujące na to, że jest przestępcą, ale to trzeba po prostu pominąć.

Ważne, że to nie pełni większej roli w całym sezonie. Tylko w początkowych odcinkach, a nawet wtedy ogląda się to doskonale – pierwsze trzy odcinki oglądałem w ciągu – nawet nie wiedząc, ile trwają. Było po północy, więc dokończyłem następnego dnia. Co by nie mówić o szczegółach czy ubogich wątkach tła (jak prezentacja zwykłych obywateli miasta, ich reakcji na wszystko), sama opowieść ma wszystko, czego potrzebujemy, aby być zaangażowanymi: walka o dobro najbliższych, o sprawiedliwość, ze złymi ludźmi krzywdzącymi niewinnych i czyste środowisko, wymykający się organom sprawiedliwości. A chodzi właśnie o sprawiedliwość, nie o zapakowanie kulki czy trzech w tył głowy antagonisty. Kim w ogóle jest prawdziwy antagonista? To też nie jest jasne – poszczególne warstwy intrygi trzeba odsłonić, a dzieje się to stopniowo. I na każdym etapie jest walka, wszystko tutaj trzeba wywalczyć. Często chodzi po prostu o przeżycie. Chcemy, żeby bohaterowie zatriumfowali, a zło zostało pokonane. W finałowej sekwencji każdy z bohaterów staje naprzeciwko swojego własnego nemezis i pokonuje go samodzielnie, ale to nadal Reacher odchodzi najbardziej zwycięsko, gdy za jego plecami wszystko wybucha.

A sama akcja jest naprawdę rewelacyjnie zrealizowana. Szczególnie walka w łazience w pierwszym odcinku oraz wspomniana sekwencja na końcu – montaż i zdjęcia są niebywale czytelne, wszystko jest czytelnie zrobione, intensywne, oczu nie można oderwać.

To po prostu dobry thriller na 500-600 stron do jednorazowego przeczytania w dwie noce. I za jakiś czas, będąc w bibliotece, weźmiemy kolejną część. Wiemy, czego się spodziewać i to dostajemy. Jeśli miałbym się czepiać – na początku jest za dużo „fajności”. Fajnych tekstów czy momentów, jak na samym początku, gdzie Reacher patrzy na typa znęcającego się nad kobietą przed jadłodajnią. Po prostu na niego patrzy, a typ w 10 sekund przechodzi od „Co się lampisz” do „Przepraszam” i odchodzi. Wystarczyłoby, jakby Reacher zrobił cokolwiek – zdjął kurtkę pokazując muskuły – i powstałby bardziej naturalny obraz, ale najwyraźniej twórcy spodziewali się, że widz oczekuje czegoś innego. I niby tak: zgaduję, że odbiorcy chcą więcej fajnych tekstów, tylko nie są one potrzebne w takiej ilości. A przynajmniej łatwo jest mi sobie wyobrazić kilka scen nawet całkowicie wyciętych, które zostały tylko dlatego, żeby Reacher mógł powiedzieć jedno fajne zdanie. Na szczęście – to minus dosłownie pierwszego odcinka.

W obsadzie detektyw Babano z iZombie, Final Girl ze Scream (2015) i przydupas z What We Do In The Shadow.

2/5

Przez moje okno ("Through my Window")

4 lutego | 110 min | Netflix

On jest chłopakiem. Ona jest dziewczyną. Oboje są hetero. I są nastolatkami. On nie umie wykonywać ćwiczeń brzucha. Ona nie ćwiczy. Mieszkają obok siebie. On jest bogaty. Ona nie jest biedna. Gadają po hiszpańsku.

A ludzie narzekali na Zmierzch. Tam przynajmniej bohaterowie byli popaprani na dziesiątki sposobów i mieli niewydarzone przeżycia. Nawet mam teorię, że ludzie widzący w tym najgorsze filmy świata po prostu nie dotrwali do końca innych durnych romansideł – jak np. Przez moje okno. Tutaj nie na fabuły, a postaci chcą uprawiać ze sobą seks. To wszystko.

Najbardziej mam za złe filmowi sposób, w jaki przedstawia nastoletniość. Okres, gdy nie mamy wszystkich odpowiedzi, błądzimy, nie mamy żadnych wskazówek i popełniamy błędy – tutaj to podkręcono tak, jakby młodzi byli tacy specjalnie: głupi, napaleni i złośliwi. Nawet nie ma tutaj nic w stylu: „bo tak chcę!” albo „no tak, ale spójrz na jego ciało!”. Rzeczy po prostu się dzieją, w finale on leci 3000 kilometrów, aby uczyć się na najlepszej uczelni na świecie – jakby to było jakieś wyrzeczenie czy coś – ale są razem. I to chyba dobrze. A ja to nie bardzo kupuję.

Oddam temu filmowi jedno: ma kilka śmiesznych momentów. I dużo seksualności. Nie kojarzę, aby ostatnio na ekranie młodzi ludzie byli tak napaleni – seks oralny, podniecenie i przyjemność erotyczna to jakaś połowa seansu. Cycki są, ale nic więcej. Dużo oświetlenia, mało prawdziwej erotyki – nie mówiąc nawet o realizmie. Rozbierają się, jest „gorąco” i wystarczy, koniec sceny.

Ale jak po pierwszym razie facet wstał i wrócił do grania na konsoli, to nigdy nie zapomnę. Sąsiedzi musieli słyszeć mój śmiech, jestem pewien.

2/5

Endless Loop

4 lutego | 2h10m | Netflix

Niby nowa wersja Biegnij, Lola, biegnij, a więcej tu wczesnego Guya Ritchie połączonego z francuskim poczuciem humoru.

Największa zaleta jest tu największą wadą – każda sekunda filmu wypełniona jest energią, jakimiś sztuczkami filmowymi, budżet i rozmiar jest na każdym kroku. A to jednak męczy dosyć szybko, ponieważ za efektywnością nie ma wewnętrznej filmowej potrzeby, żeby ta historia tak wyglądała. To jest fajne przez 20 minut, ale w połowie już czuję się, jakbym oglądał to od dwóch tygodni. I jeszcze dwa przede mną.

Ogólnie mało tu celowości w czymkolwiek. Bohaterka nadal ma trzy życia i ma za zadanie coś zrobić tak, aby osiągnąć szczęśliwy wynik. Fantazja fabularna może być, tylko prawie nic z niej nie wynika. Do finału w końcu dochodzi, jest szczęśliwy, ale mówimy tu o prostym uczeniu się na zbiegach okoliczności – przy czym bohaterowie nadal są głupi i mają wiele szczęścia.

Doceniam energię. Nie pochwalam braku odwagi lub celowości artystycznej. Ten tytuł to kaprys, zachcianka.

2/5

Czarny krab ("Svart krabba")

3 lutego | Netflix

Niepoważny film wojenny, który usiłuje być poważny oraz majestatyczny. Ostatnia szansa na wygraną wojnę i ostateczne poświęcenie, które uda się wyłącznie jednej osobie w grupie, reszta zginie bohatersko po drodze. Na łyżwach suną, a operator z pietyzmem uchwyca ich drogę, jak tak suną i suną.

Tylko no, ciężko to brać na poważnie, gdy jeden ranny nie pozwala sobie zmienić zdjętego opatrunku z rany, która aktywnie krwawi. Widać zbiera sprzęt na finalnego bossa. Chwilę później grupa się rozłączy, bo jedna ucieknie – trafi ona na cienki lód i mimo to, z całą świadomości, będzie sunąć dalej. Przepłynie z 10 metrów, zanim wywali się na ryj i trzeba będzie ją ratować. Emocje jak na grzybach. Innym razem ktoś wpadnie do wody i umrze na śmierć w ciągu sekundy – ale za to zobaczycie wtedy najbardziej przejrzystą wodę pod zamarzniętym morzem, jaka była w kinie kiedykolwiek. Zero problemów, żeby znaleźć drogę powrotną.

Bohaterowie są niesympatyczni, irytujący i za żadne skarby świata nie będą współpracować. Zgadnijcie, ile problemów w tej apokalipsie sami sobie sprowadzą na głowę, ile osób zginie z ręki towarzyszy? Dla mnie wystarczy, że w ogóle takie pytanie trzeba stawiać. Zresztą, już po obsadzie wiadomo, kto przeżyje.

Poświęcono tutaj wiele na rzecz dramaturgii. Tolerancja na takie rzeczy jest indywidualna, więc napiszę tylko: trzeba sporo wybaczyć, jeśli ktoś chce tylko zobaczyć ludzi poświęcających się z karabinami w rękach.

2/5

I tak po prostu ("And Just Like That...")

3 lutego | HBO GO

Nie myślałem, że kiedyś coś takiego napiszę, ale: Che to fajna postać.

Kontynuacja sześciu sezonów i dwóch filmów o czterech kobietach żyjących w Nowym Jorku i zajmujących się prowadzeniem bogatego życia: „Seksu w wielkim mieście”. Jedna ma kłopoty z mężem (problemy zdrowotne), druga ma kłopoty z córką (która stwierdziła, że od teraz jest chłopcem), trzecia poznaje lesbijkę i zaczyna prowadzić otwarty związek bez mówienia mężowi, a czwartej w ogóle nie ma, bo się przeniosła do Londynu. Tak naprawdę aktorka ją grająca nie chciała wrócić, więc jej postać jedynie wyśle kilka SMS-ów.

Jest tutaj posmak tego, za co polubiłem pierwszy sezon „Seksu… – są rozmowy koleżanek na osobiste tematy, jest humor. „I tak po prostu idzie w inną stronę – to kontynuowana historia, z jednym, dużym motywem przewodnim, dominującym raczej ze względu na postać Carrie niż wagę jej opowieści. To nadal jest serial opowiadający o ich życiu, nie czymś większym – a jest to życie bogate, pełne powalających strojów zakładanych jeden raz, posiłków spożywanych wyłącznie w knajpach albo na przyjęciach. Nie jest to serial o życiu kobiet po 55 roku życia czy coś w tym stylu, to po prostu oglądanie trzech kobiet i ich osobistego życia, co nie składa się na nic konkretnego.

Twórcy nie mają za dużo do powiedzenia. Ciągną z przeżyć osobistych, ale nie są na tyle elokwentni lub odważni, aby to komentować albo wysnuwać wnioski. Pod względem narracji czy też ogólnej konstrukcji ostro używają zbiegów okoliczności, niedorzeczności i absurdu w takim stopniu, że odbiorcom trudno będzie wybrać moment najbardziej przesadzony. Osobiście myślałem, że spotkanie kobiety w toalecie przypadkowej restauracji, której to kobiety szukało się dwa dni, będzie głupotą sezonu, ale potem był lesbijski seks heteroseksualnej kobiety, która to oddaje się uciechom w czasie sprawowania (czy też zaniedbywania) opieki nad koleżankom, która nie może wyjść z łóżka do łazienki (ze względu na stan zdrowia), więc sika w gacie. Tak, naprawdę, to jest w tym serialu. A potem jest jeszcze gorzej – najgorzej mają weterani marki, dla których dawne ulubione momenty będą musiały być wykreślone – w tym sensie, że dosłownie się nie wydarzyły, już nie są częścią „kanonu”.

Co prawda, to tylko momenty – ale jednak naprawdę ważne i duże momenty, zmieniające bieg opowieści. Ta przesada była celowa, podobnie jak nielogiczne zachowanie wielu postaci, efekt niekoniecznie: spośród wszystkich trzech bohaterek jedyną rozsądną osobą na ekranie była Che (wspomniana lesbijka), która jako jedyna wydaje się ogarnięta. Ma świadomość, na jakim świecie żyje, co się dzieje, umie to trzeźwo ocenić… I przy tym jest zwyczajnie sympatyczna. W tym serialu reklamowanym jako opowieść o życiu kobiet po 50, tylko ona wydaje się chociaż trochę dojrzałą – reszta jest emocjonalna, pretensjonalna oraz pozbawiona samokrytyki. Doceniam, że ten serial zawiera elementy post-pandemii oraz rodziców, którzy nie wiedzą co robić, gdy ich potomstwo przestaje wierzyć w rzeczywistość, ale te rzeczy jedynie są w tej produkcji. Produkcji niedorzecznej, obojętnej, która rani swoje korzenie bez wyraźnego powodu, zmieniając przeszłość i postaci, które były uwielbiane przez tak wielu. Wszystko to w imię… Nawet nie umiem zgadywać.

PS. Po premierze pierwszego odcinka jedna z firm miała ból o pewną scenę, w której użyto jej sprzętu przez Biga. Nie miało to sensu, ale ok, nakręcili reklamę z udziałem Biga, żeby uspokoić sytuację – ale tę reklamę trzeba było wsadzić sobie w dupę, gdy po premierze pierwszych odcinków zaczęto opowiadać, jakoby aktor wcielający się w Biga źle traktuje kobiety, więc wycięto reklamę. A następnie jego postać z ostatniego odcinka, bo miał być nieistotny z punktu widzenia fabularnego. Po seansie śmiało twierdzę, ze to jest pieprzenie – postać Biga jest bardzo ważna dla całości i jego obecność w finale była niezbędna.

PS2. Chris Jackson oraz J. Groff mają tu epizody, ale nie śpiewają. No kurwa po chuj. Mało tego, dosłownie nic nie robią, nie mają żadnego materiału. Są dosłownie statystami z rolami mówionymi, tylko tyle świat sztuki filmowej ma dla nich? Czy to znaczy, że każda popadająca w zapomnienie twarz z seriali lub filmów jest wybitnym aktorem z teatru?

PS3. Na HBO GO jest jeszcze dokument o kręceniu tego serialu. Przez pierwsze 15 minut myślałem, że będą tylko przymierzać suknie, ale robią też inne rzeczy.

3/5

Murderville - sezon I

3 lutego | 6 odcinków po 30 min | Netflix

Komedia improwizowana z udziałem gości specjalnych, którzy nie mają scenariusza – wiedzą tylko, że będą odgrywać rolę policjanta. Historia i wyzwania są dla nich niespodzianką. Ogólny zarys jest jednak ten sam – bohater dostaje nowego partnera (gość), jest morderstwo i trzeba znaleźć mordercę, którego w finale metodą dedukcji wybiera sam gość specjalny.

Same scenariusze odcinków i stali aktorzy są świetni – zabawni na swój sposób, a skrypt dostarcza okazji do kreatywności. Will Arnett brzmi jak BoJack z jakiegoś powodu, tylko teraz śmieję się z tego, co mówi. Jest przygotowany, ma masę pomysłów i świetnie współpracuje z gośćmi. Widać jego doświadczenie w improwizacji.

Pierwszy raz oglądam tego typu produkcję, wszystko tutaj było dla mnie nowe. Z tego też powodu trochę potrwało, zanim się wkręciłem w to, co było mi oferowane. Atrakcją nie jest historia lub postaci, ale sam moment improwizacji: co wycisną z danej chwili, co wymyślą i jak na to zareagują. Rozrywka ulotna, z masą uroku.

Najwidoczniej te produkcje są tak dobre, jak goście specjalni, a tutaj jest różnie. Czasem wyjdą z inicjatywą, czasem czują się niezręcznie, często śmieją się i bawią najlepiej na planie. To musi być strasznie przyjemne, być takim człowiekiem, którego się zaprasza i tak bawi, bo oglądanie jego dobrej zabawy też jest przyjemne i są na to widzowie. Ogólnie pisząc – nie ma tu stałego poziomu. Niektórzy goście są na plus, inni niekoniecznie. Nie są źli na tyle, aby zasłonić wysiłek reszty ekipy, ale nie dodają nic od siebie. Ot, są i się śmieją. Najlepiej zapamiętam Kumaila Nanjiani jako całość, oraz jak Marshawn Lynch wymyślił, że chce nowy pseudonim.

Też nie wiedziałem, kim jest Lynch. Emerytowany sportowiec.

Tak więc tak. Serial istniejący jako ciekawostka – jak wyjdą kolejne odcinki, to nadal włączę. Dla Arnetta na pewno. Teoretycznie powinienem oglądać gości, którzy mnie interesują, ale pierwsza seria pokazała, że to kiepski trop.

2/5

THE PREY: Legend of Karnoctus

2 lutego

„Salam Alejkum, motherfuckers” – Danny Trejo w tym filmie

Typowe kino klasy B sprzed 70 lat, tzn. ludzie gadają o głupotach i na ostatnie 10 minut jest jakaś walka, też zresztą zrealizowana okropnie. To też film, który spokojnie mógł się znaleźć w konkursie głównym na Nowych Horyzontach – bo tak przypomina na początku jeden z filmów, które tam w tym roku widziałem. Grupa żołnierzy siedzi na pagórku i mówi o pierdołach – byle tylko było fajne. I tak w zasadzie przez cały film – przekomazanie, żarty, docinanie. Nawet nie jestem pewny, gdy Danny Trejo znika z ekranu. Raczej dosyć szybko, gdy tylko idą do jaskini i tam siedzą do końca filmu.

Tak, te pierdoły są sympatyczne, niektórzy aktorzy mają pewną charyzmę. Da się to oglądać, ale jednak szybko to straciło moje zainteresowanie.

PS. W tym filmie poprawnie mówią o kapitalizmie, tzn. serio rozumieją ten zwrot. Taka ciekawostka, bo to chyba pierwszy raz w tym roku, jak to widzę na ekranie.

2/5

Moonfall

2 lutego | Kino

Fajnie, że na Emmericha nadal można liczyć, ale miał lepsze filmy. I dużo gorszych.

1/5

Oszust z Tindera ("The Tinder Swindler")

2 lutego | 2h | Netflix

Podnosząca na duchu opowieść o mszczeniu się na draniu z Internetu.

Kolejna doku-drama, w którą nie mogę uwierzyć. Kobiety przy kawie opowiadają o tym, jak spotkały tego samego typa w aplikacji randkowej, zaczął się romans, a po miesiącu zaciągały pożyczki, aby mu dawać absurdalne przelewy. Zamiast zrozumieć te kobiety, myślę: idiotki. Znalazły sobie faceta w aplikacji, miesiąc się spotykali, nagle on zaczął domagać się pieniędzy, one mu dawały… Tak, są takie rzeczy, jak przekonanie w wykreowaną rzeczywistość, albo wybieranie fantazji ponad prawdę… nie mówiąc o przekonaniu, że obwinianie ofiary jest głupie – i słusznie. Cytując niedawny sezon After Life: starsi ludzie nie powinni czuć się źle, bo ktoś ich wykiwał. Twórcy wykorzystują to jako wymówkę dla swojego marnego warsztatu oraz niedojrzałości artystycznej. Język filmowy tutaj i w parodii Kobieta z domu naprzeciwko kobiety w oknie jest dokładnie ten sam. Oglądałem oba tytuły jeden po drugim, a jeśli któryś z nich miałbym traktować poważnie – wybrałbym ten z dłuższym tytułem. Twórcy Oszusta… podkręcają dramaturgię o milion procent, odbierając jakąkolwiek wiarygodność tym ludziom i ich opowieściom. Wszystko tu jest przetworzone, wyreżyserowane, zaaranżowane. Brakuje nawet zwykłych, ludzkich odruchów – bohaterki mówią tak samo cały czas, z rozbawieniem. Czasami zmienią to na płacz albo szybkie mówienie, no co to ma być?

Pod koniec sukcesem jest nazwane zwiększenie popularności tego oszusta. Udzielili wywiadów i wszyscy teraz znają imię i nazwisko tego przestępcy. Tylko jaki to sukces, skoro w końcu do tej pory używał tylko kilku, ale ważne jest, że mamy pozytywne zakończenie. Ja tam nadal myślę, że ten film to jest parodia takich dokumentów. Ostatnia minuta tylko mnie w tym upewniła.

W finale dowiadujemy się, że przestępca poszedł do więzienia, został przedwcześnie wypuszczony i jest już czysty pod względem prawnym, a jego ofiary dalej spłacają pożyczki, za które on balował. To dosłownie ostatnia minuta seansu, pozbawiona jakiegokolwiek wyjaśnienia. Pewnie dlatego, że wymagałoby czegoś więcej, niż gadania, np. jakiegoś researchu czy wiedzy. I co gorsza, to byłoby po prostu ludzkie wobec ofiar, zgłębienie tematu ich niesprawiedliwości. A po co coś takiego? Lepiej zrobić o nich film tak, aby widz myślał, że to są amatorskie aktorki. Jeśli to parodia – to po prostu słaba. Jeśli ten film jest na serio – to twórcy wykorzystali te kobiety.