Marzec 2022

Marzec 2022

05/03/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

obejrzanych filmów
30
obejrzanych seriali
7
Ocena 3 z 5

Bel Air - sezon I

31 marca | 10 odcinków po 50 min | Peacock

Reboot serialu sitcomowego sprzed 30 lat, który chce być bardziej dramatyczny. I to wyszło! Punkt wyjściowy jest ten sam – relatywnie biedny nastolatek w Filadelfii ma wyrok na ulicy od patusa, więc matka go wysyła do Kalifornii, by tam zamieszkał u bogatej ciotki i wuja, oraz ich dzieci. To mogło działać w sitcomie, w poważnym serialu taki ciąg wydarzeń już kuje w oczy. I część sitcomową ogólnie tu trzeba przeczekać. Nowi widzowie będą musieli wykazać się cierpliwością, gdy komediowy rodowód trochę jest tu kulą u nogi.

Fani oryginału za to zobaczą wiele niespodzianek – relacje czy charaktery niektórych postaci uległy zmianie. To tytuł dla dorosłych, nie rodzinny sitcom więc mamy tu wulgaryzmy, narkotyki, brak jednego podziału na wrogów i przyjaciół – chociażby relacja Willa z Carltonem, którzy będą się nienawidzić, by pod koniec nawiązać relację jak bracia. Niemniej nadal jest tu sporo telewizyjnej naiwności czy uproszczeń – nie oczekujcie realistycznego świata wokół bohaterów jako miejsca akcji.

Jak to się ogląda? Cóż – każda postać na teraz swój własny, duży wątek istniejący w oderwaniu od reszty – wujek jest politykiem, ciocia malarką, kuzynka gotuje w bieliźnie. Trochę to wszystko o wszystkim po trochu, a przez to trudno mi mówić o głównym wątku. To tylko 10 odcinków, a i tak wsadzili tutaj większość ważnych aspektów oryginału, w tym wątki rozwijane przez lata, jak relacje mamy Willa i reszty jej siostry, jego rodzony ojciec czy fakt, że wujek staje się dla niego ojcem. Po 7 odcinkach, z czego może w kilku spędzali więcej czasu razem. Pierwowzór zrealizował to nieporównywalnie lepiej, ale nowa wersja wszystko, co zrobiła źle, to się pośpieszyła. Zamiast na spokojnie coś zbudować, postawili wszystko na jedną kartę. Dosłownie wszystko.

W efekcie najwięcej pozytywnych myśli mam w związku z nadchodzącym kolejnym sezonem. Twórcy mają punkt wyjścia – gdzie teraz z tym pójdą? Mam nadzieję, że dostarczą coś bogatego, ryzykownego, prawdziwego. Finał dostarcza sporo zwrotów akcji – wszystko wychodzi poza ramy Bel Air, jaki znaliśmy sprzed trzech dekad. Oby tylko autorzy nie robili fikołków dla samego fikania. Przerobili oryginał mocno, spróbowali zrobić czegoś nowego. Teraz mają w ręku coś, co ma potencjał na naprawdę dobry drugi sezon.

Ocena 2 z 5

Sonic 2. Szybki jak błyskawica

30 marca

Trochę Power Rangers, trochę Dragon Balla, znajdzie się też miejsce dla Sonica. Jim Carrey i Idris Elba to skarb.

Zagrożenie pokonane wraca, gdy ktoś inny chce zemścić się na Sonicu za coś, co nie jest zbyt dobrze wykluczone. Teraz Czerwony Sonic przymierza się z wąsatym Jimem Carreyem, żeby zdobyć Szmarag dający SUPERMOC (której w sumie do niczego nie potrzebuje i później nawet nie wykorzysta), a Sonic będzie im w tym przeszkadzać, aby na końcu powiedzieć, że nauczył się, że w byciu superbohaterem ważna jest troska o innych.

Ten film nie ma sensu. Motywacje antagonisty w zasadzie nie istnieją, wątki drugoplanowe tylko przeszkadzają, poczucie humoru jest dziwne. Niebiecki Sonic używa swoich mocy bardzo rzadko, przed zagrożeniem woli np. uciekać samochodem albo na desce snowboardowej – chociaż jest pokazane, że jest szybszy od obu tych rzeczy. Na początku bije się z Czerwonym Sonickiem, ale jest za słaby pomimo swoich mocy – na szczęście ratuje go samochód uderzający w antagonistę, chociaż uderzenie samochodu powinno być po stokroć lżejsze. Drugi raz się biją na koniec filmu, ale po drodze nic się nie zmieniło, co by mogło mieć wpływ na przebieg pojedynku. Ogólnie fabuła nie jest zbudowana tak, aby wspierać jakiekolwiek motywy: dorastania bohatera, pogłębienia świata przedstawionego czy coś. Zamiast tego przechodzimy od jednej absurdalnej sceny do drugiej: trafią na przykład do chaty w Himalajach, gdzie nikt nie gada po angielsku (potem się okaże, że jednak gada, ale to szczegół), więc będą gadać na ślepo po rosyjsku, doprowadzając w ten sposób do konkursu tanecznego. I oglądamy przez 10 minut, jak animowane postaci tańczą. Może komuś to się spodoba?…

Jim Carrey ze swoim ciałem znowu szaleje. Nawet jeśli połowa jego żartów (i całego filmu) to jakiś archaizm, polegający na przywoływaniu rzeczy z przeszłości. Tak, pamiętam, że istnieje film Śnieżne psy, co z tego? To jest tak absurdalne, że gdy dużo później pan Carrey krzyczy „Make Room For Daddy!” to istnieje prawdopodobieństwo, że nawiązuje tym do sitcomu z 1953 roku, o którym obecnie pewnie pamięta 10 osób na świecie. Ze mną włącznie. A głosu pana Elby słuchałem z przyjemnością, jak szarżuje i bawi się okazją do grania przesadzonej roli w filmie dla dzieci. Nawet go nie poznałem! Dopiero po seansie sprawdziłem, kto odpowiada za ten wokal.

Dobrze, że raz pokazywali ten film w wersji z napisami. I tak były dzieci na sali, takie małe.

Chaotyczny film, dziwny i nijaki, który dostaje drugą gwiazdkę ode mnie za aktorów. Były gorsze filmy w tym roku.

Ocena 2 z 5

Wygrać marzenia

30 marca | Netflix

Arogancki sportowiec dostaje w dupę przy próbie osiągnięcia wszystkiego. Traci, co zdobył do tej pory i wraca w góry, gdzie będzie trenował pod okiem ojca, który nie chce go trenować.

W tym świecie uszczerbek na zdrowiu wykluczający dożywotnio ze sportów ekstremalnych to bardziej sugestia niż fakt. Na szczęście dla twórców, z przekonaniem budują świat swojej schematycznej historii: bohater faktycznie jest pysznym, aroganckim bucem na początku, rzeczywistość wokół niego do tego pasuje (oglądamy nawet głośny, nadęty talk show, gdzie bohater jest gościem – prowadzący Andrzej Grabowski, który robi swoje, chociaż czuć, jak mu wstyd). Jest tu rozmach potrzebny, aby opowiedzieć o sportowcu słynnym na cały świat, zmierzającym na olimpiadę. Menedżer naszego zawodnika jest faktycznie bezduszny, zależy mu wyłącznie na pieniądzach i ich nielegalnym pozyskiwaniu. Rywal jest wiarygodnie bucowaty, ale nie zmienia się tak, jak nasz bohater – to ich różni. Włożono więc wysiłek w realizację tej opowieści, abyśmy mogli czuć to, co trzeba.

To nadal jest produkt pozbawiony serca lub własnych priorytetów. Miał być sport, góry polskie, Piotr Żyła w epizodzie, światowość, Chopin, emocje i szczęśliwe zakończenie – reszta to szczegół. Montażysta płakał, jak spełniał wskazówki Janusza producenta – przypadkowe elementy nagle są pokazane w zwolnionym tempie, duża ilość cięć zastępuje dynamikę, muzyka wchodzi i mamy nudny przerywnik, który niczego nie pokazuje, ale pewnym ludziom wydaje się, że wprowadza on dynamikę. To nie jest wkurzające lub męczące, tylko śmieszy swoją nieporadnością – cały film w pigułce. Mam nadzieję, że scenarzysta tylko przepisywał, a nie sam wymyślał te dialogi („to ciebie nigdy nie było w domu, tato!”, albo „jaki sport? Mi tylko na kasie zależy!”). Film na zamówienie, może komuś podejdzie, nikomu nie bronię.

Ocena 2 z 5

Morbius

30 marca

Adaptacja komiksowa o człowieku, który choruje na rzadką chorobę krwi. Poświęcił całe życie, aby zostać doktorem i naukowcem, który zdecyduje się na niebezpieczne eksperymenty, aby pomóc sobie i najlepszemu przyjacielowi. Rozwiązanie przyniesie mu jednak zgubę.

To tragiczna opowieść, z której nie znajdziemy elementów tragicznych: bólu i dylematu skazanego na porażkę. Bohater przyjmuje swój los bez walki, którą wykazywał się przez resztę życia. Nie ma tu bólu egzystencjonalnego z powodu robienia okropnych rzeczy, wybierania z pełną świadomością, że nie ma łatwej opcji. W tej historii to jest proste. I oczywiste. I nie ma nawet myśli o niczym innym. Ta produkcja ma do zaoferowania wyłącznie elementy dojrzałe i poważne, ale zawodzi w nich: trudno uwierzyć w rozwój bohaterów, ich relacji czy ich decyzje. Ponad to cały ostatni akt świadczy o tym, że nikt na planie nie był zainteresowany losem filmu – chcieli tylko go dokończyć. Byle jak. To nie jest film niewart obejrzenia ze względu na złe wykonanie, ale na decyzje produkcyjne i poszczególne wybory, które uniemożliwiliby zrobienie z tego czegoś godnego naszego czasu. Wielu członków ekipy wykonało nadal kawał dobrej roboty i warto to zauważyć, docenić, wyszczególnić.

Ogólnie jest tu z 30-40 minut konkretnego, w miarę zadowalającego kina. Uwierzyłem na początku w przyjaźń Michael i Luciusa, polubiłem czarny charakter (który po przejściu na ciemną stronę mocy idzie do baru, żeby kogoś poderwać, zamiast zawładnąć światem czy coś), horrorowa sekwencja na statku też przypadła mi do gustu (faktycznie wszyscy się bali na ekranie), kilka linijek dialogowych było klimatycznych, aktorzy sobie poradzili. To wszystko mógłbym napisać o o wiele lepszym filmie.

A na napisach końcowych ta tragiczna postać zostaje przestępcą, bo twórcy sobie przypomnieli, że przecież Spider-Man musi się z kimś napierdalać w przyszłości. Jaki to ma związek z filmem? Żaden, chyba że ujemny, deklasujący wszystko, co starano się tu osiągnąć na początku. Twórcy nie wiedzieli, co robią, co powinni robić i jaki efekt ma to, co zrobili.

Ocena 1 z 5

Nie ufaj nikomu: Polowanie na króla kryptowalut

30 marca | 1h30min | Netflix

Półtorej godziny oglądania, jak ludzie używają google’a, telegrama, reddita i youtube’a.

Są ludzie, którzy chcą się wzbogacić fartem. Większość z nich gra na loterii, ale niektórzy z nich inwestują na giełdzie albo w kryptowaluty, bez wcześniejszej edukacji w temacie. I wymyślają takie genialne pomysły, jak inwestowanie wszystkiego, co mają, w jedną lokatę (400 tysięcy dolarów). A to nawet nie jest pełna historia, ona jest jeszcze głupsza. Historie innych musiały być jeszcze głupsze, bo ich twórcy już nie zaprezentowali.

No i te biedaki zaczęły na grupie wzajemnej masturbacji wymyślać teorie spiskowe, gdy ich oszukano przy wymianie krypto na pieniążki. Zaczęli prowadzić śledztwo w przeglądarce internetowej, a my to oglądamy. W jednym momencie nawet do twórców chyba dotarło, jak bardzo to było niedorzeczne, ale tylko w jednym: gdy biedaki zaczęli grozić śmiercią komuś na podstawie plotek. Reszta tego, co pisali na forum, już twórcom nie przeszkadzała.

Tak naprawdę nie ma tu tematu, ale to nie ważne. Z seansu wynika w intencji twórców, że krypto to idiotyzm, a więcej regulacji to dobrze. W innym celu nikt przecież nie podejmuje tematu krypto, więc co więcej chcieć?

Ocena 3 z 5

Johnny Hallyday o sobie samym

29 marca | 5 odcinków po 35 min | Netflix

O wszystkim naraz: mało to angażujące, ale wystarczające

Johnny Hallyday urodził się jako bla bla bla, zmienił to na zgadnijcie co. I koncertował, od lat 60 do końca życia ponoć, w 2017 roku. Nagrywał płyty m.in. z francuskimi wersjami zagranicznych utworów i był bardzo popularny. Nazywali go francuskim Presleyem. Odstawiał takie koncerty, że głowa mała – gdy inni wychodzi, by pośpiewać i potańczyć, on nie tylko zmieniał aranżację, aby publiczność się nie znudziła słuchaniem w kółko tych samych piosenek, ale też budować atrapy w stylu mostu, z którego podczas koncertu spadał samochód. To było widowisko.

I tak też można rzucać w kółko pochlebstwami pod adresem portretowanego artysty: wszystkie są ogólne, subiektywne oraz głęboko emocjonalne. Można też skakać od tematu do tematu: popularność, piosenki, status gwiazdy, romans, zdrowie. Twórcy zresztą to właśnie robią. Nie są skupieni na jakimś temacie, nie mają planu na przedstawienie jego fenomenu, po prostu mówią. Efekt jest taki, że mi też trudno utrzymać skupienie. Przez te pięć odcinków chyba nawet nie usłyszałem jednej piosenki w całości. Ba, jednej zwrotki! Nie wiem, o czym śpiewał i w sumie średnio rozumiem jego popularność. Z drugiej strony, średnio rozumiem, czemu ludzie mdleli na koncercie Beatlesów.

Nadal jednak czuję wdzięczność, że poznałem tę osobę. I zobaczyłem fragmenty jej koncertów.

Ocena 3 z 5

Sasaki and Miyano - miniserial

28 marca | 12 odcinków po 23 min | Crunchyroll

Chłopcy wzdychają do chłopców. 12 odcinków zachwycania się czyimiś dłońmi.

Szkoła, uczniowie gadają o mangach, wszyscy są chłopcami i podobają im się inni chłopcy, tylko nie chcą o tym mówić i nie wiedzą, co z tymi uczuciami robić, czy dać im wiarę, no bo przecież kobiety też są ładne, ale ten chłopak jest taaaki wysoki i ma taaaakie dłonie i jak poprawił mi włos na głowie, to ja nigdy czegoś takiego nie przeżyłem… Jakiś jeden odcinek czy dwa to da radę wciągnąć, ale to trwa i trwa. Później naprawdę ciężko dać wiarę, że oni nawzajem nie wiedzą o swoich uczuciach, bo to jest aż tak oczywiste. Dotykają się, uśmiechają, gadają o tych rzeczach, a jednak nadal jesteśmy w punkcie pierwszym. Zauroczenie trwa i trwa, tylko to po prostu chyba taka cecha gatunku.

Wiele poza tym nie ma. Bohaterowie zlewają mi się w jedno, nie mają życia poza „ale on jest taaaki” i nic ciekawego nie robią. Cały czas tylko myślą o sobie nawzajem, no ile można. Bodaj w dziewiątym odcinku dopiero zacznie się bardziej konkretna treść, w której miłość będzie traktowana jako zobowiązanie albo ciężar dla tej drugiej strony. Na przykład: czy warto w ogóle wyjawiać drugiej stronie swoje uczucia, bo wtedy on będzie się czuć zobowiązany i może zrezygnować z czegoś… W końcu coś jest w tych dywagacjach, tylko one wciąż są wewnętrzne. A takie rozkminy to sobie można w buty włożyć, gdy już dojdzie do praktyki, bo życie zawsze zaskoczy i gdy dwoje zaczną grać, to wszystko będzie ewoluować. Może w drugim sezonie, ale póki co oglądamy taką nierealną miłość na odległość. Cytując komentarz spod ostatniego odcinka: CAŁY SEZON ZAJĘŁO IM WYMIENIENIE SIĘ NUMERAMI. Tacy bohaterowie serio mogą irytować, a ich dysputami wewnętrznymi można torturować uczniów gimnazjum, jako wstęp do Wertera.

Na dodatek całość powinna wychodzić ze słownikiem. Crunchyroll nie tłumaczy na angielski wielu pojęć, używanych przez bohaterów. O ile wiem, co to takie „kawaii”, to już inne ogarniałem tylko z kontekstu. Jak ktoś oglada w wersji offline bez dostępu do neta (np. w autobusie), to wychodzi kiepski seans dla początkujących w anime… Z drugiej strony początkujący oglądają anime z Netfliksa, nie Crunchyroll.

Ocena 4 z 5

My Dress-Up Darling - sezon I

27 marca | 12 odcinków po 22 min | Crunchyroll

Anime z gatunku slice-of-life o chłopaku, który odkrywa swoje towarzystwo wśród maniaków cosplayu.

Kolejne anime, które silnie wykorzystuje seksualizuję i sugestywne obrazy, aby opowiedzieć swoją historię – tutaj poznajemy Gojo Wakana, który chodzi do szkoły i ma niskie umiejętności komunikacyjne, nie ma przyjaciół, wszystkie tradycyjne zachowania międzyludzkie (jak wbiegnięcie na ulicy na znajomego łokciem w łeb) są mu dosłownie obce. Przyczyna jest prosta: Wakana interesuje się lalkami Hina: ich projektowaniem, malowaniem, ubieraniem, wykonywaniem. Jak o takich rzeczach rozmawiać z innymi? Oni mają w końcu „normalne” hobby: seriale, gry, sport. Wakana akceptuje swój los z żalem, ale bez użalania się nad sobą. Jest jak jest. Na szczęście najładniejsza dziewczyna imieniem Kitagawa w szkole interesuje się cosplayem z anime, a z tym idealnie się łączą zdolności krawieckie naszego protagonisty… I tak to pójdzie.

To historia pełna nerwów i pierwszych razów, ale nie tzw. „cringe’u”. Odzywanie się do ludzi jest wyzwaniem, prowadzenie rozmowy też, a co dopiero rozmowa z dziewczyną. I to tą najładniejszą, absolutnie i całkowicie przesadzoną w stylu typowym dla anime (pierwszy raz chyba widzę postać z robionymi paznokciami). Na dodatek całkowicie chyba niezdolną do zdania sobie sprawy, jak jej wygląd oddziałuje na takiego Wakana. Wszystko jest w tej historii, łącznie z obawą Wakane, by inni nie myśleli, że są razem z Kitagawa, bo ona wtedy nie będzie chciała go widzieć. Na co Kitagawa się dziwi, bo przecież są przyjaciółmi i będą widziani razem, w czym problem? Najlepsze będzie później, gdy Kitagawa zda sobie sprawę, co Wakane do niej czuje… I zda sobie sprawę, że też coś czuje do niego. I razem będą się denerwować, bez świadomości drugiej strony. Dla niej to też będzie pierwszy raz, gdy ma chociażby chłopaka w swoim pokoju. Albo trzymała takiego za rękę.

Udało się osiągnąć sukces na każdym polu – to świetna historia pełna realistycznych, życiowych niuansów. Ładna opowieść o człowieku, który odnalazł środowisko, do którego pasuje i może tam być sobą. Temat cosplayu, robienia zdjęć, wcielania się w inne postaci, szycia kostiumów – po seansie ma się pewność, że twórcy wiedzą, o czym mówią. Na dodatek to kompetentne dress-porn i jestem pewny, że będą osoby chcące rysować bohaterów albo się za nich przebierać. Pierwszy sezon kończy się w naprawdę romantyczny sposób, jednak te 12 odcinków to była odpowiednia porcja. Wystarczy mi i jestem zadowolony, że serial nie nadużywa mojego czasu – po prostu robi swoje, a na ciąg dalszy poczekam z dwa lata. Nie mam potrzeby natychmiast sięgnąć po ciąg dalszy jednak.

PS. Część odcinków oglądałem z angielskim dubbingiem… I nawet podobało mi się wtedy bardziej? Japoński mimo wszystko brzmi mi na jedną nutę, angielski był bardzij zróżnicowany, oddawał daną sytuację emocjonalną.

Ocena 2 z 5

Pełna miłości ("Llenos de gracia")

26 marca | HBO Max

Naiwna historia o zakonnicach zakładających klub piłkarski. Mniej o sporcie, więcej o masturbacji.

Nowa zakonnica prowadząca zajęcia z grupą uczniów zostających na wakacje w szkole prowadzonej przez zakon, ponieważ nie mają rodziców. Należą do tzw. niegrzecznej młodzieży: uciekają z budynku, ukradną komuś buty, przekręcą krzyż w sali lekcyjnej, nie będą okazywać szacunku autorytetom. I każdy kładzie na nich lachę z wyjątkiem tej nowej zakonnicy, która w dwie godziny każdego z tych chłopaków uratuje od losu przestępcy, założy klub piłkarski (nawet będzie ich trenować, zawodu nauczy się oglądając ekstraklasę z lat 80), a na koniec uratuje całą szkołę od likwidacji z powodu tego, że główny szef w koloratce miał taką ochotę.

Oczywiście coś w sercu zatrzepocze, gdy młodzież spotka w końcu kogoś, kto dostrzeże w nich kogoś więcej, kto da im prawdziwą szansę, a oni ją wykorzystają. Miło zobaczyć krnąbrnych młodocianych będących w stanie poradzić sobie w życiu, jednocześnie we właściwym momencie pokazać władzy środkowy palec. Miło jest oglądać dorosłego, który ma ambicję zmienić coś na lepsze. Miło jest widzieć, gdy między gniewną młodzieżą i ich nowym opiekunem rodzi się faktyczna relacja oparta na zaufaniu. Łatwo jest dostrzec, czemu ten film mógłby się podobać – i chciałbym, by to mi się podobało.

Zabrakło jednak, bym w to uwierzył. Ta historia nie reprezentuje godnie żadnego z poruszonych tematów, środowisk czy ludzi. Nie uwierzyłem, że taka młodzież może zacząć lubić taką zakonnicę. Nie uwierzyłem, że jej faktycznie na nich zależy. Nie pamiętałem imienia kogokolwiek z tej opowieści. Nie uwierzyłem, gdy zaczęli wygrywać. A to podwójna hańba, bo historia opowiada prawdziwe losy jednego z hiszpańskich piłkarzy. To wszystko naprawdę miało miejsce, a ja podczas seansu czuję, że oglądam podróbę Disney Channel. Hańba!

Ocena 2 z 5

Olivia Rodrigo: driving home 2 u

25 marca | Disney+

Niesamowite, dokument o albumie z wchodzeniem w proces tworzenia czy inspiracji. Szkoda, że to nadal o jakiejś siksie śpiewającej banały.

Jeden z serii produkcji udających dokument o tym, że artyści są bardzo szczęśliwi, gdy odnoszą sukces, bo wszyscy ich kochają. Ktoś powinien przypomnieć im, że są dla widowni i oni mają ich uszczęśliwiać, a nie my ich. W każdym razie: Olivia jest młoda i śpiewa, a jej piosenka leci w radio. I gadała z Joe Bidenem o czymś ważnym, ma zdjęcie o tym na Instagramie. Poza tym śpiewa o zrywaniu z chłopakiem, kończenie związku i pouczaniem, że to nie jest koniec świata. Generalnie twórczość kogoś zatrzymanego w wieku 13 lat, dla ludzi, którzy też się wtedy zatrzymali – niemniej naprawdę szanuję, że jest tutaj pokazany proces twórczy, jak coś ją inspirowała, co poszczególne teksty znaczą. Ten tytuł faktycznie ma coś poza serią komplementów oraz występów na żywo. Ogromny szacunek, w tę stronę powinna iść cała branża!

Tylko no, Olivia to nadal siksa. Śpiewa słabo, jej piosenki są nijakie i zapomnę o niej jeszcze w trakcie oglądania (jak się nazywała?). Solidnie zrealizowany tytuł, ale to go nie ratuje.

PS. Teraz zerknąłem – jej utwory na Spotify mają po miliard odsłuchań. Hm.

Ocena 2 z 5

Marzec '68

25 marca | VOD

Dramat marca ’68 w ujęciu twórców polega na tym, że młoda miłość się rozstała.

Reżyser dedykuje film swoim kolegom i koleżankom z klasy, którzy zostali rozbici przez wydarzenia marca ’68. I taki widzi największy problem w tym, co się wtedy wydarzyło, konstruując swoją fabułę wokół uczucia – twórcy chcieliby, żebym w tym miejscu użył słowa „miłość” – dwóch młodych osób. On jest synem chłopa z Ministerstwa, ona jest w połowie Żydówką. On robi fotografie, ona jest kobietą. Studiują. Wokół masowe sceny z udziałem nawet i czterech aktorów, aby zobrazować marsze, protesty, pałowania, prześladowania, konflikty. To i jeszcze taki miły akcent pokazujący, że Polacy i Żydzi całkiem nieźle się dogadują, pomagają sobie. I wystarczy, film jest oceniony jako dobry przez producentów.

Tylko nie jest pod każdym innym względem. Nijakie postaci, nijaka relacja między nimi, schematyczność. Takie filmy widzieliśmy wiele razy i na ich tle wszystko tutaj zlewa się w jedno. Nie ma tutaj ani jednej interesującej rzeczy, która mogłaby wyróżnić cokolwiek. Co najwyżej w ten negatywny sposób: widzieliśmy już w polskim kinie faktyczne tłumienie protestów, które przerażało. Widzieliśmy przesłuchania, które jeżyły włosy na karku. Widzieliśmy ludzkie tragedie, które nas poruszały. „Marzec ’68” nie ma ambicji osiągnąć którejkolwiek z tych rzeczy, a co dopiero wszystkie naraz.

Zamiast tego oglądamy zbiór tego, co każdy mógł się obawiać: nijakie kino historyczne, które myśli, że wystarczy wstawić bohaterom do mieszkań telewizory z dupą oraz ubrać aktorki w suknie za kolana, aby widz się przeniósł do tamtych czasów. Tutaj reżyser jest na tyle bezczelny, że po prostu dodaje ujęcia archiwalne z tamtych czasów, nadrabiając własne lenistwo i budżet, który starczył na kamerę w telefonie. Paradoksalnie tylko to pogarsza wrażenia płynące z seansu, bo w archiwum możemy usłyszeć tamtejszą gwarę, której polscy aktorzy w 2022 roku nawet nie starają się naśladować. I proszę mi odpowiedzieć: czy ja naprawdę zobaczyłem amerykańską piosenkę świąteczną dołączoną do archiwalnych zdjęć z PRL?

Scena miłosna też taka jest. Zero erotyzmu. Rozbieranie się na trzech kamerach, patrzą sobie w oczy, buzi i od razu papierosy palą zakryci kołdrą. Ten film nie miał ambicji zrobić czegokolwiek dobrze – wszystko miałoby „jako tako” i wystarczy. Bo inni też robią byle jak, więc czemu im ma nie być wolno? I tak się to kręci w rodzimym kinie…