Kwiecień 2022
Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...
Robot Chicken - sezon XI
w 2022 roku leciały odcinki 11x13-11x20 (kwiecień) | HBO
YouTube przed YouTubem, w tamtych czasach nawet ADHD miało w sobie mniej nadpobudliwości. Zamysł tej produkcji był trochę oparty o bycie wulgarną, niedojrzałą parodią czegoś obecnego w pop-kulturze. Tytułowy kurczak jest faszerowany telewizją przedstawioną w krzywym zwierciadle, jakby to była scena z „Mechanicznej pomarańczy”. I pierwsze odcinki dzisiaj oglądane mogą skłaniać do refleksji, jak to rzeczy będące w pop-kulturze dekady temu są bardziej pamiętane niż teraźniejszość. Znaczy: oglądam parodię spotu o tym, że narkotyki są złe i nadal się w tym odnajduję, chociaż to przecież zupełnie obca mi kultura, nie wychowałem się z tym spotem, ale kojarzę go z tego, jak był omawiany – ponieważ rezonował z ludźmi, zapadł im w pamięci. I teraz dekady później nadrabiam pierwsze odcinki „Robot Chicken” i rozumiem nawiązanie, rozumiem żart.
Każdy skecz ma inną długość – czasem dosłownie pięć sekund, inne rozwijają się w dłuższe segmenty. Odcinki lecą szybko, licząc okolice 10 minut. Całość zrealizowano w technice poklatkowej, dzięki czemu łatwiej widać wysiłek włożony w tę pozornie niepoważną produkcję. Zaczęto to nadawać jeszcze przed YouTubem i szybko trzeba było zacząć konkurować z podobnymi skeczami, które tam mogły być nadawane – co „RC” się udało. Tej produkcji udało się wykształcić własną tożsamość – bo wyraźnie stała za nim uczciwość. Twórcy brali się za popularne rzeczy, ale jednak mieli o nich coś do powiedzenia – nie brali się tylko za coś, bo to było popularne. Nie brali popularnej postaci, żeby u nich przeklinała, ta satyra sięgała głębiej – dzięki czemu chociażby z okazji setnego odcinka złożyli hołd relatywnie słynnej scenie z „Protectora”, co wyszło im wspaniale. Żeby coś takiego zrobić, trzeba mieć serce po właściwej stronie. Stworzyli nawet własne postaci i pewien lore, który przewija się między skeczami, budując coś więcej.
Siłą rzeczy, chociaż żart i komedia jest przednia, świadomie niewiele zostaje w pamięci po oglądaniu. To jest zbyt szybkie i gęste, aby móc potem wskazać palcem, co w danym odcinku było warte zapamiętania. Odnoszę jednak wrażenie, że podświadomie wiele z tego zostaje i kiedyś, przy jakiejś okazji, wspomnienie z seansu zostanie odkopane i użyję tekstu z „Robot Chicken”, aby coś skomentować. I pewnie nikt mnie nie zrozumie, ale ja się uśmiechnę. Zresztą: to miało lecieć w telewizji. To miało być oglądane wielokrotnie, jak odcinki „Jasia Fasoli” – i w ten sposób budować świadomość u widza.
Serial zakończył działalność w 2022 roku, dzięki czemu w ogóle o nim usłyszałem. Nadal powstają odcinki specjalne!
Burial
Kwiecień | Mubi
Siostra Czarnobyla się rozbiera. Fenomenalny dokument w treści jak i formie.
Elektrownia o podobnej mocy do Czarnobyla, siostra na poziomie konstrukcji, tylko znajduje się na Litwie, gdzie rząd zgodził się ją wyłączyć, rozłożyć, pogrzebać. Ten dokument nie tylko zgłębia temat, ale jeszcze zapuszcza się z kamerą do tego miejsca, budując obraz elektrowni jako miejsca z innego wszechświata, wymiaru, coś nieludzkiego. Bardzo rzadko widzimy w ogóle coś poza pustymi pomieszczeniami, a gdy jakaś maszyna działa i ktoś nią steruje, jest to widok… Niezwykły. Przez ten seans naprawdę byłem pod wrażeniem samego faktu, że takie miejsca istnieją, są możliwe do zbudowania, że to wszystko może działać… Nikt nie mówi, informacje są podawane za pomocą tekstu na środku ekranu – ale to wszystko po prostu pasuje do siebie, do przekazu. Edukacja wydaje się tutaj odbywać za pomocą napisów na ścianie, zapisków ku potomności, echa przeszłości. Jakby kamera przekraczała czas, w jednej sekundzie starała się objąć ogrom tego obiektu – na tę jedną symboliczną sekundę przed pogrzebaniem. Ostatni rzut oka – nie tylko po to, by powspominać i udokumentować miejsce po raz ostatni, nie tylko po to, by oddać hołd jego osiągnięciom – w końcu rozebranie tego i zmumifikowanie na tysiące lat też wymaga nie lada techniki – ale też temu, że taki cud techniki jest po prostu oddawany na wysypisko. Żeby nie ryzykować. To prawdziwie dojrzała i szlachetna decyzja, której dokument z każdej strony oddaje cześć. Nauka z historii Czarnobyla została wyciągnięta i przekazana dalej.
Kuntilanak 3
30 kwietnia | Prime Video
Przypadek Avatara: Last Airbender, tylko bez Shyamalana. Za to naprawdę fajne momenty horrorowe.
Trójka w nazwie nie oznacza trzeciej części, a raczej trzecią opowieść o mitycznym stworze faktycznie istniejącym w mitologii Indonezji. Poprzednie filmy o tym tytule mają inne fabuły, ta opowiada o szkole dla dzieci z magicznymi właściwościami. Tyle mogę wam napisać, bo dalej straciłem zainteresowanie. Generalnie jest to film dla dzieci, bohaterowie są młodociani, wrogami są dorośli i trzeba ich wykiwać. Tylko w normalnych filmach wykiwanie jest szybkie, tak tutaj przeciąga się w nieskończoność, jest coraz bardziej żałosne i trudne w oglądaniu. Dzieci się skradają, dorosły ich nakrywa: „Co tu robicie o tej porze? Możecie w ogóle tu być?”, więc młodzi mówią: „Eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee (4 minuty później) eeeeeewiście, że możemy, jak inaczej byśmy się tu znaleźli”. I muszą udowodnić, że mają magiczne zdolności, chociaż ich nie mają. I dorosły ich obserwuje z poważną na 1000% twarzą, mówiącą: „Jeden zły ruch i was zjem”, gdy dzieci robią znowu: „eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”. Jeden dostrzega kawałek lustra na podłodze i mówi: Oczywiście, że mam zdolności. Stanę teraz tyłem do kolegi i będę mówił, co on robi. Unosi ręce. I je opuszcza”. A dorosły: „O k****, zajebiste. A ten drugi, co umie?”. „Jestem telepatą, czytam myśli kolegi.”. Słowo daję, to trwa z 10 minut.
Na dodatek wszystkie „magiczne sztuczki” pochodzą wprost z filmowej adaptacji Avatara, czyli 40 ruchów i dużo krzyku, by zrobić coś, co w ogóle nie robi wrażenia. Puszka leci na podłogę, ale dziecko łapie je telekinezą i odstawia na miejsce, co trwa jakieś pół godziny. W tym czasie oglądamy, jak puszka wolno się przesuwa, a dziecko patrzy intensywnie. A pozostałe dzieci mają otwarte usta.
Co się udało? Elementy straszące. Jak na film dla dzieci, to stwór i sekwencje z nim są wyjęte z pełnoprawnego, poważnego horroru dla dorosłych. Dziwne połączenie.
Film jako całość nie daje rady zainteresować czymkolwiek, bawi nieudolnością i śmieszy tam, gdzie nikt nie planował, że odbiorca będzie rechotać, ale ma jedną, solidną zaletę. Nie sprawia ona, że to film warty zobaczenia, ale ratuje ona całość od najniższej oceny.
Paula
29 kwietnia | HBO
Taki film o zaburzeniach odżywiania, jaki pewnie dałoby radę zrobić 20 lat temu. Albo i wcześniej. Na tym polega największy problem.
Kiedy tak mniej więcej nabierałem świadomości i zacząłem dowiadywać się o tym, że istnieją chorzy ludzie, którzy wyniszczają swój organizm z powodu presji społecznej albo pierdolniętej mamusi komentującej tłuszczyk, to z taką wiedzą, jaką wtedy zdobyłem, pewnie mógłbym zrobić taki film, jak „Paula”. Musiałbym tylko być przekonanym o tym, że trzeba zrobić film z tak podstawową wiedzą, bo temat jest ważny. Nie mówi niczego, czego nie słyszałem 20 lat temu, a aktualizacja o media społecznościowe (których technicznie rzecz biorąc 20 lat temu nie było, ale było coś innego) nie dodaje nic od siebie. Tak, to poważny temat, ale raczej nikt nie wyjdzie z seansu „Pauli” przejęty czymkolwiek. Jeśli już, to wyjdzie znudzony i bardziej obojętny na całe zagadnienie. A jeśli już ktoś zaczyna z nastawieniem w stylu: „tym młodym to się w dupie przewraca i tyle”, to pewnie nie dokończy nawet seansu.
Realizacja głównie nastawiona na „ładnie”, aktorzy jakoś sobie radzę, film jako całość bez tragicznych błędów. Istnieje i z nudów można włączyć.
Rumspringa
29 kwietnia | Netflix
Gość znajduje przyjaciela. Jak się przebrnie przez niezręczny początek, to potem jest już całkiem miło…
Amisz jedzie na coś w stylu lekcji życia – opuszcza swoje domostwo i wyrusza na Berlin, gdzie zamiast być odebranym przez swoich ziomków, to w skutek męczących i żenujących zbiegów okoliczności trafi do innego świata: alkoholu, seksu, marzeń życiowych i kwestionowania wszystkiego, w co wierzył do tej pory. I chociaż z początku trudno uwierzyć w zachowanie bohaterów, że faktycznie bohater znajduje przez przypadek przyjaciela darzącego go autentyczną sympatią, to gdzieś tak od połowy już w to wierzyłem. A przynajmniej mi to wystarczało – to naiwny, banalny tytuł z lekkim poczuciem humoru, ale gdy tak sobie siedziało dwóch facetów na polanie, piło piwo i jeden drugiemu na swój sposób pomagał, to jednak nie czułem niechęci do tej produkcji. Są w tej produkcji jakieś wartości, szczerość i frajda.
Sama kultura Amiszów nie jest przedstawiona z szacunkiem – w jednej minucie mówi, że czegoś mu nie wolno, w drugiej już to robi. To z całą pewnością nie jest przedstawiciel społeczności, która szła na wojnę z rządem o każdy detal. To w zasadzie przykład osoby z niedzisiejszymi wierzeniami – na różne sposoby. Np. wierzy, że miejsce kobiety jest w kuchni czy coś w tym stylu, a my widzimy, jak uczy się, że to nie jest właściwy tok rozumowania. Tylko do tego był twórcom potrzebny Amisz.
Krasz ("Crush")
29 kwietnia | Disney+
Standardowy uproszczony film o nastolatkach, pierwszym pocałunku i pierwszym związku.
Ładny film z ładnymi aktorkami w liceum z filmów. Jak 20 lat temu oglądałem takie filmy, to nie miałem z nimi problemów, więc teraz za bardzo nie ma nad czym się pochylać. Marne, obojętne kino, ale swój urok ma.
Jedna uwaga jest taka, że scenarzysta próbuje żartować, nie mając poczucia humoru. Np. bohaterka bez żadnych dowodów bohaterka jest oskarżona o wandalizm. I za karę jest przyłączona do drużyny lekkoatletycznej, nie mając żadnego doświadczenia sportowego. I tam próbuje różnych rzeczy po raz pierwszy, robi z siebie pośmiewisko i się śmieją – wszystko maksymalnie łagodne i nikt nie chowa urazy, ale jednak… To jest bezduszne. I głupie. A twórcy chyba myślą, że to jest zabawne, tylko trzeba więcej pracy włożyć w takie sceny, by osiągnąć komedię. No cóż.
La Octava Cláusula
29 kwietnia | Amazon Prime
Dzisiaj się nauczyliśmy, żeby nigdy nie mieć kontaktu z kobietami. Dobry film.
Gość budzi się koło swojej rannej żony i zawozi ją do szpitala. Policja go przesłuchuje, a my w retrospekcjach dowiadujemy się, co się stało: nakrył swoją ukochaną, jak go zdradza z najlepszym przyjacielem. Ma dowody, konfrontuje z nimi sytuację i zawiera ugodę, gdy w tym czasie do ich domu przybywa niespodziewany gość…
Miałem ochotę wyłączyć gdzieś po 10 minutach, a z czasem było tylko gorzej. Problemem jest oczywiście skąpa fabuła niedorzecznie rozciągnięta do 80 minut – krótki czas trwania ciągnie się niebotycznie. Gorzej, że cały filmowy dialog na temat zdrady czy relacji damsko-męskich jest głupi, a na dodatek słyszeliśmy go już nie raz. Twórcy nie dodają od siebie wiele: „zaniedbywałeś mnie, dlatego zdradziłam”, mąż jej odpowiada: „Nic mnie to nie obchodzi” i władza, które wierzy kobietom na pierwszym miejscu, tworząc teorie, które mają do tego pasować. Wszystko zrealizowane w sztuczny – i tym samym, frustrujący – sposób. Zachowanie bohaterów jest absurdalne, zbiegi okoliczności przeszkadzają, finał jest spodziewany, a ja chciałem tylko dobić do końca filmu, który gloryfikuje manipulowanie ludźmi i rzeczywistością w imię osiągnięcia gorzkiego zakończenia. Jesteś ofiarą i masz dowody, ale i tak wyjdziesz z tego na kolanach. Twórcy poznawali sprawę Depp vs Heard z memów, a nie faktycznej rozprawy w sądzie.
Przynajmniej meksykańscy aktorzy są ładni. Ich domy też. A język brzmi miło dla ucha.
Kulawe konie - sezon I ("Slow Horses")
29 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | AppleTV
Zapowiedź tej produkcji jest myląca: nastawiłem się po niej na głupkowaty tytuł, a już pierwsza scena pokazała, że to poważny seans będzie. Po prostu obok tego jest dosyć cyniczna wymowa całości, kumulująca się przede wszystkim w postaci granej przez Gary’ego Oldmana, będącego w stanie kpić ze wszystkiego, wyrecytować obelgę za obelgą w stronę dosłownie każdego, bawiąc nas tym samym niemiłosiernie.
Wracając do pierwszej sceny: oto agent na lotnisku próbuje zidentyfikować zamachowca. Dynamiczna, mięsista sekwencja, z bohaterem w ciągłym ruchu i napięciem sięgającym zenitu. To naprawdę przypominało mi chwilami sceny z Casino Royale, tylko no wiecie: CR to arcydzieło, a SH zrealizowało po prostu bardzo dobrze scenę akcji. Kontynuując: agent zawodzi i zostaje odesłany do tytułowych Kulawych Koni, szpiegów drugiej kategorii. Nasz bohater chce udowodnić swoją wartość, więc angażuje się w sprawę porwania muzułmanina przez radykalną grupę planującą egzekucję Islamisty. Olivia Cook gra agentkę, która dostała zadanie pilnowania protagonisty, a Gary Oldman szefa Kulawych Koni, który tylko chce, aby jego podwładni nic nie robili, bo wtedy przynajmniej nie trzeba po nich sprzątać.
To szybki serial. Dramaturgia natychmiast się zawiązuje i czas akcji większość odcinków jest umieszczony w ciągu jednej nocy. Bohaterowie wcześnie muszą polegać tylko na sobie samych, stawiając czoła nie tylko radykalnym białasom, ale też policji czy właściwym szpiegom, którzy z kolei trzymają się zasady, że szef wie lepiej, więc wypełniają rozkazy i tylko tyle ich interesuje. W temacie głębi to raczej wszystko, poza tym otrzymujemy solidną opowieść szpiegowską, która wciąga, bawi, zaskakuje oraz dostarcza sporo satysfakcji. Twórcom udaje się opowiedzieć historię, gdzie z jednej strony bohaterowie osiągają sukces, ale też wymowa jest gorzka: sukces przypisany jest komuś innemu, prawda w całości nie wychodzi na jaw, a Gary Oldman gasi skutecznie entuzjazm wszystkich zainteresowanych i każe im wypierdalać. Kocham tę postać.
Poziom realizmu raczej uchodzi w połowie seansu, ale ta produkcja nadal ma „to coś”, co sprawia, że z ekscytacją powitałem wieść o ciągu dalszym. „To coś”, czyli poczucie, że te sześć odcinków to zaledwie początek pięknej przygody. Wszystkie tajemnice dopiero przed nami…
– Nie żyje?
– Z jego poziomem IQ nie łatwo to stwierdzić.
Pachinko - sezon I
29 kwietnia | 8 odcinków | AppleTV
Nowa telenowela wysokobudżetowa. Lubię takie produkcje.
Losy rodzin Koreańskich w XX wieku. Kilka pokoleń, sięgające czasów pierwszej wojny aż po współczesność. Ktoś jest młody i piękny, podejmuje ważne decyzje, by w następnej scenie ze swoim wnukiem cieszyć się starością – albo chociaż stawiać czoła nowemu dniu pomimo wieku emerytalnego. Płaszczyzny czasowe są luźne, a wątków i poszczególnych bohaterów jest całkiem dużo. Twórcy zrobili wiele, aby zachować przejrzystość narracji i klarowność fabularną, ale ze strony widza też jest wymagane skupienie. Nie jest za to wymagana znajomość historii Korei i jej krwawych relacji z Japonią, twórcy dobrze wyjaśniają szerszy obraz (chociażby trzęsienie ziemi z 1923 roku) – oczywiście warto poczytać o czasach, gdy była tylko jedna Korea.
W przeszłości dziewczyna zachodzi w ciążę – ojciec dziecka okazuje się mieć żonę z powodów biznesowych i troje innych dzieci, dlatego małżeństwo odpada, ale zapewni jej byt z miłości. Ona odrzuca łatwe życie i decyduje się być z kimś innym. W teraźniejszości młody biznesmen próbuje przekonać starą kobietę do sprzedaży swojej działki, aby móc tam coś zbudować. To tego typu historie, u podstaw dosyć proste i znajome: miłość, dzieci, zakładanie rodzin, przetrwanie. Na głębszym poziomie chodzi w nich przede wszystkim o dzieci przepraszające rodziców (lub czujących winę za) dorastanie w lepszych czasach, lepszych warunkach. O przekazywaniu ciężaru swojego życia następnym pokoleniom. Buncie wobec takiego porządku rzeczy. I trzymaniu bólu dla siebie, ale też szukania tego balansu, pomiędzy wyciąganiem wniosków z tego, co było, bez życia tym w teraźniejszości. W końcu warto mieć świadomość, że dzisiejsze podstawy trzy pokolenia temu były luksusem – a niektóre nawet jeszcze bliżej. Woda w kranie?
Osobiście takie produkcje nazywam telenowelami. Budżet jest solidny, zadbanie o szczegóły godne pochwały, aktorstwo i powaga w podejściu do realizacji wywołuje dumę przy oglądaniu. Jakby co, Mad Mena też nazywam telenowelą, ale w Pachinko jest jednak bardziej współczesny sposób na pokazanie kultury czasów przeszłych. Oglądałem z przyjemnością i cieszę się, że wyjdzie drugi sezon, biorący więcej z książki, na podstawie której został powołany do życia. Dobry seans z bardzo małą ilością taniego dramatyzmu – w zasadzie dopiero na koniec z tym przesadzili (dziecko wyrywa się matce, a ona biegnie jak najwolniej za nim, gdy mały woła swojego ojca), ale to czysto subiektywna uwaga. Fani płakali na tych sekwencjach, więc to chyba część takich produkcji.
PS. Czołówka to jawna zżyna ze ślubu w The Office US. Nawet mi to nie przeszkadza. To i końcówka czwartego odcinka, takie to dobre!
PS2. Napisy w dwóch kolorach, pokazujące zmiany języka. Apple robi to dobrze.
Powrót - miniserial
29 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | Canal+
Cudowni aktorzy, miła atmosfera, bardzo dużo świetnego przeklinania. Ja jestem zadowolony.
Pierwsze wrażenie jest tylko pierwszym wrażeniem, pamiętajcie. Oto bohater dostaje ataku serca po skończeniu dnia pracy. Wiemy, że to polska komedia, więc otwieramy wódkę i pijemy, ilekroć nie mamy pojęcia, czy właśnie usłyszeliśmy żart, czy to był po prostu głupi tekst. Na pogrzebie matka bohatera narzeka, że żona wybrała trumnę z kartonu. Najlepszy przyjaciel zmarłego ją uspokaja: „Mamo, nie jest z kartonu, jest z drewna. Sprawdziłem.” – żart czy nie? Pijemy. Potem ten przyjaciel przemawia i mówi, że denat jako jedyny przeczytał Ulissesa Prousta. Żart czy nie? Pijemy. Tydzień później zmarły wstaje z grobu i zaczyna nowe życie po odkryciu, że jego żona właśnie uprawia seks z kimś obcym. Postanawia więc swoje zmartwychwstanie zachować tylko dla siebie i najlepszego przyjaciela, zaczynając nowe życie.
W roli zmarłego oglądamy Bartłomieja Topę i oglądając go zacząłem podejrzewać, że to może jednak się udać. Jego radość z powrotu na ten świat jest czymś, co trzeba zobaczyć. W zasadzie wszyscy aktorzy są cudowni, ze szczególnym wyróżnieniem Wojciecha Mecwaldowskiego i Kingi Preis (ta druga to wiadomo, skarb). I przez pewien czas wydaje się, że cały serial opiera się silnie na obsadzie wykorzystującej taki sobie skrypt: żartów za dużo tu nie ma (a jak są, to na poziomie „dwóch facetów wynajmuje pokój w hotelu, a recepcjonista na nich tak patrzy, że wiadomo, o czym on sobie myśli hyhy”), codzienność przedstawiona w Warszawie jest raczej odklejona od rzeczywistości (wstajesz z grobu i od ręki znajdujesz pracę oraz mieszkanie, generalnie wszystko na spokojnie), większość wątków raczej nie została przemyślana pod względem: „Czyli jaka z tego lekcja?”. Lepiej było nie mówić rodzinie, że się wróciło do życia? Czy też powinien to zrobić? W sumie trudno powiedzieć, co autor miał na myśli.
Gdzieś w trzecim odcinku zacząłem to kupować, przekonywać się, oglądać z przyjemnością. Chciałem oglądać tych bohaterów, ich losy oraz relacje między sobą. Humor i komedia nie kryje się w żartach czy próbach czynienia cudów, ale w ogólnej, pozytywnej opowieści, którą poznajemy. To historia o zmienianiu podejścia do życia, zmianie perspektywy. A aktorzy sprzedają to bez pudła. Kiedy bohater na końcu mówi, że kocha życie, ja mu uwierzyłem. Też chcę usiąść na ławce i pić kefir, tylko może trunek bym zamienił na coś innego. Gorącą czekoladę? Wiem, że to brzmi tanio i naiwnie, ale jeśli cenicie sobie moje zdanie, to mówię wam: spróbujcie.
W całym serialu jest obecny duch Pozostawionych. Bohaterowie przestają szukać odpowiedzi, jak doszło do zmartwychwstanie, a zaczynają żyć z akceptacją, że nigdy nie poznają wyjaśnień. Przestaje im nawet zależeć, w końcu ważne jest, jak ten dar się wykorzysta. Ta historia mogłaby wyglądać tak samo, gdyby to był jakiś wypadek, po którym powrót nie byłby taki pewny – ale wraca i żyje. Ważne jest zrozumieć, w jaki sposób jego organizm się zregenerował, czy ten fakt wykorzystać? Bohaterowie tak zaczynają o tym myśleć. Teraz liczy się reszta naszego życia.
PS. Tak, wiem, na IMDb pisze, że całość trwa 4 odcinki. Ja widziałem sześć. Liczę na drugi sezon, naprawdę.
Undone - sezon II
29 kwietnia | 8 odcinków po 25 min | Amazon Prime
Medytacja nad zmianami i ich konsekwencjami. Duży wzrost względem pierwszej serii!
Pierwszy sezon wyszedł trzy lata temu i nawet nie spodziewałem się ujrzeć ciągu dalszego. To była produkcja, w której podróże w czasie i wizyty w alternatywnej rzeczywistości były trochę fantastyczne, zyskując właśnie na tej niepewności: co jest prawdą a co wymysłem bohaterki? Nierozstrzygające zakończenie było oczywistą puentą, ale jednak wystarczająco solidną. Teraz po latach wracam do tej historii – i okazuje się, że misja bohaterki się udała. Naprawiła przeszłość i trafiła do takiej teraźniejszości, w której jej ojciec żyje. Teraz jednak jest problem matki, która ma swoje sekrety. Mówi tylko w kółko, że „nic się nie dzieje”, „nie pamięta” tajemniczych telefonów, a teraz wyjechała w nocy do Meksyku. Bohaterka chce jej pomóc, ale czy powinna?
Z perspektywy czasu widać, że to jest właściwa część tej historii. Pierwszy sezon był jedynie wprowadzeniem w świat i jego zasady, teraz mamy to z głowy i dopiero teraz opowiadamy o tym, o czym chcieliśmy od początku. Tu nie ma właściwych, oczywistych rozwiązań. Jest problem i różne sposoby reakcji, ale co jest właściwe? Cóż, trzeba po prostu rozmawiać. I być szczerym. A niewłaściwy ruch może mieć poważne konsekwencje, dlatego napięcie jest prawdziwe. Silnie wykorzystano tutaj elementy fantastyczne do podkreślenia elementów realnych: dzięki nowym możliwościom bohaterka ma obsesję naprawienia wszystkiego, na pewno jest jakiś sposób, to na pewno jest możliwe! Traci z oczu wtedy tradycyjne metody, a te koniec końców okazują się najbardziej cenne. Nie podróż między wymiarami, ale zwykła rozmowa i magia, która z niej płynie. Każdy z nas może poczuć się superbohaterem. Każdy bohater radzi innym, co powinien robić, ale nie stosuje tej rady wobec siebie. Szukają rozwiązań czyjegoś sekretu, o swoim milcząc – każdy z nich musi zadać sobie pytanie: o kogo mi chodzi? O dobro moje czy tej drugiej osoby? Czy tylko ja się poczuję lepiej, jak kogoś zbawię na siłę, czy może faktycznie dzięki mnie świat będzie lepszy?
Najbardziej tej lekcji wymaga główna bohaterka, która jest nieprzyjemna. Nie umie usiedzieć na tyłku, ma syndrom zbawiciela i niemal w narkotycznym głodzie mówi z paniką w głosie o działaniu, o szukaniu różnych opcji – ale ją też można rozumieć i widzieć, że ze swojego punktu widzenia ma słuszność. Nie ma tu złych i dobrych, wszyscy są równie zagubieni wobec problemów, które znamy i rozumiemy. Ich ciężar jest tylko większy, bo mają więcej możliwości, ale i to nie wystarczy. Nie rozwiążą wszystkich problemów, zamiast tego będą musieli wybierać: czyje życie zasługuje, aby było kontynuowane? W takich chwilach nie żałujemy, że nie mamy supermocy. No, poza zdolnością do wyciagnięcia ręki do tych, co żyją równocześnie z nami.
Takie opowieści o podróżach w czasie lubię najbardziej. A trzeci sezon w sumie jest możliwy?…
List do świni ("Letter to a Pig")
28 kwietnia | HBO
Short 17 min. Brakuje mi słów. Takich rzeczy jeszcze nie widziałem.
Poniżej napiszę wprost przebieg całej tej animacji, żeby uporządkować myśli – również własne wrażenie w jakiejś kolejności. Ostrzegam przed spoilerami i zachęcam, aby samemu najpierw zrobić podejście.
Zaczynamy od retrospekcji. Osoba ucieka i kryje się w stodole – ludzie wchodzą za nią i jej szukają, ale nie znajdują jej, gdyż nie tylko była ukryta, ale również dodatkowo świnia ją zasłoniła. Osoba jest uratowana i wiele lat później chodzi do szkoły co roku – na oko poziom liceum – by opowiadać o własnych doświadczeniach z przeżycia tego, co się działo podczas 2 wojny światowej Żydom. I tak, z innego filmu z tego samego roku („Delegacja”, opowiadającego o wycieczce dorastających Żydów do Polski, aby zobaczyli Auschwitz na własne oczy) wiem, że w tym kraju istnieje pewien kult – czy też programowanie – młodych, aby mieli ustalone z góry stanowisko wobec tamtych wydarzeń. Tylko że młodzi mają to w dupie – nie biorą tego do serca, ale stoją grzecznie i robią to, żeby mieć święty spokój. Tak samo w „Liście do świni” – szkoła w Izraelu to ta sama szkoła, którą ja kojarzę z Polski. Nawet sposób, w jaki nauczycielska weszła do klasy i usiadła z boku na krześle – dosłownie wyrwane z mojej pamięci. Uczniowie siedzą i przebywają w przestrzeni, gdzie opowieść się toczy, ale nie są nią zainteresowani. Osoba, która przeżyła wojnę, nie ma daru opowiadania, ale to pewnie najmniejszy problem. Większą wartością jest dla nich rozśmieszyć kolegów i koleżanki, niż okazać szacunek starszemu. To dla nich ta sama pogadanka, jak wszystkie inne w szkole – wiedzą, jak mogą się zachować, żeby im to uszło względ