Kwiecień 2022

Kwiecień 2022

10/04/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

Obejrzanych filmów
5
Obejrzanych seriali
7
4/5

Burial

Kwiecień | Mubi

Siostra Czarnobyla się rozbiera. Fenomenalny dokument w treści jak i formie.

Elektrownia o podobnej mocy do Czarnobyla, siostra na poziomie konstrukcji, tylko znajduje się na Litwie, gdzie rząd zgodził się ją wyłączyć, rozłożyć, pogrzebać. Ten dokument nie tylko zgłębia temat, ale jeszcze zapuszcza się z kamerą do tego miejsca, budując obraz elektrowni jako miejsca z innego wszechświata, wymiaru, coś nieludzkiego. Bardzo rzadko widzimy w ogóle coś poza pustymi pomieszczeniami, a gdy jakaś maszyna działa i ktoś nią steruje, jest to widok… Niezwykły. Przez ten seans naprawdę byłem pod wrażeniem samego faktu, że takie miejsca istnieją, są możliwe do zbudowania, że to wszystko może działać… Nikt nie mówi, informacje są podawane za pomocą tekstu na środku ekranu – ale to wszystko po prostu pasuje do siebie, do przekazu. Edukacja wydaje się tutaj odbywać za pomocą napisów na ścianie, zapisków ku potomności, echa przeszłości. Jakby kamera przekraczała czas, w jednej sekundzie starała się objąć ogrom tego obiektu – na tę jedną symboliczną sekundę przed pogrzebaniem. Ostatni rzut oka – nie tylko po to, by powspominać i udokumentować miejsce po raz ostatni, nie tylko po to, by oddać hołd jego osiągnięciom – w końcu rozebranie tego i zmumifikowanie na tysiące lat też wymaga nie lada techniki – ale też temu, że taki cud techniki jest po prostu oddawany na wysypisko. Żeby nie ryzykować. To prawdziwie dojrzała i szlachetna decyzja, której dokument z każdej strony oddaje cześć. Nauka z historii Czarnobyla została wyciągnięta i przekazana dalej.

2/5

Kuntilanak 3

30 kwietnia | Prime Video

Przypadek Avatara: Last Airbender, tylko bez Shyamalana. Za to naprawdę fajne momenty horrorowe.

Trójka w nazwie nie oznacza trzeciej części, a raczej trzecią opowieść o mitycznym stworze faktycznie istniejącym w mitologii Indonezji. Poprzednie filmy o tym tytule mają inne fabuły, ta opowiada o szkole dla dzieci z magicznymi właściwościami. Tyle mogę wam napisać, bo dalej straciłem zainteresowanie. Generalnie jest to film dla dzieci, bohaterowie są młodociani, wrogami są dorośli i trzeba ich wykiwać. Tylko w normalnych filmach wykiwanie jest szybkie, tak tutaj przeciąga się w nieskończoność, jest coraz bardziej żałosne i trudne w oglądaniu. Dzieci się skradają, dorosły ich nakrywa: „Co tu robicie o tej porze? Możecie w ogóle tu być?”, więc młodzi mówią: „Eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee (4 minuty później) eeeeeewiście, że możemy, jak inaczej byśmy się tu znaleźli”. I muszą udowodnić, że mają magiczne zdolności, chociaż ich nie mają. I dorosły ich obserwuje z poważną na 1000% twarzą, mówiącą: „Jeden zły ruch i was zjem”, gdy dzieci robią znowu: „eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”. Jeden dostrzega kawałek lustra na podłodze i mówi: Oczywiście, że mam zdolności. Stanę teraz tyłem do kolegi i będę mówił, co on robi. Unosi ręce. I je opuszcza”. A dorosły: „O k****, zajebiste. A ten drugi, co umie?”. „Jestem telepatą, czytam myśli kolegi.”. Słowo daję, to trwa z 10 minut.

Na dodatek wszystkie „magiczne sztuczki” pochodzą wprost z filmowej adaptacji Avatara, czyli 40 ruchów i dużo krzyku, by zrobić coś, co w ogóle nie robi wrażenia. Puszka leci na podłogę, ale dziecko łapie je telekinezą i odstawia na miejsce, co trwa jakieś pół godziny. W tym czasie oglądamy, jak puszka wolno się przesuwa, a dziecko patrzy intensywnie. A pozostałe dzieci mają otwarte usta.

Co się udało? Elementy straszące. Jak na film dla dzieci, to stwór i sekwencje z nim są wyjęte z pełnoprawnego, poważnego horroru dla dorosłych. Dziwne połączenie.

Film jako całość nie daje rady zainteresować czymkolwiek, bawi nieudolnością i śmieszy tam, gdzie nikt nie planował, że odbiorca będzie rechotać, ale ma jedną, solidną zaletę. Nie sprawia ona, że to film warty zobaczenia, ale ratuje ona całość od najniższej oceny.

3/5

Rumspringa

29 kwietnia | Netflix

Gość znajduje przyjaciela. Jak się przebrnie przez niezręczny początek, to potem jest już całkiem miło…

Amisz jedzie na coś w stylu lekcji życia – opuszcza swoje domostwo i wyrusza na Berlin, gdzie zamiast być odebranym przez swoich ziomków, to w skutek męczących i żenujących zbiegów okoliczności trafi do innego świata: alkoholu, seksu, marzeń życiowych i kwestionowania wszystkiego, w co wierzył do tej pory. I chociaż z początku trudno uwierzyć w zachowanie bohaterów, że faktycznie bohater znajduje przez przypadek przyjaciela darzącego go autentyczną sympatią, to gdzieś tak od połowy już w to wierzyłem. A przynajmniej mi to wystarczało – to naiwny, banalny tytuł z lekkim poczuciem humoru, ale gdy tak sobie siedziało dwóch facetów na polanie, piło piwo i jeden drugiemu na swój sposób pomagał, to jednak nie czułem niechęci do tej produkcji. Są w tej produkcji jakieś wartości, szczerość i frajda.

Sama kultura Amiszów nie jest przedstawiona z szacunkiem – w jednej minucie mówi, że czegoś mu nie wolno, w drugiej już to robi. To z całą pewnością nie jest przedstawiciel społeczności, która szła na wojnę z rządem o każdy detal. To w zasadzie przykład osoby z niedzisiejszymi wierzeniami – na różne sposoby. Np. wierzy, że miejsce kobiety jest w kuchni czy coś w tym stylu, a my widzimy, jak uczy się, że to nie jest właściwy tok rozumowania. Tylko do tego był twórcom potrzebny Amisz.

2/5

Krasz ("Crush")

29 kwietnia | Disney+

Standardowy uproszczony film o nastolatkach, pierwszym pocałunku i pierwszym związku.

Ładny film z ładnymi aktorkami w liceum z filmów. Jak 20 lat temu oglądałem takie filmy, to nie miałem z nimi problemów, więc teraz za bardzo nie ma nad czym się pochylać. Marne, obojętne kino, ale swój urok ma.

Jedna uwaga jest taka, że scenarzysta próbuje żartować, nie mając poczucia humoru. Np. bohaterka bez żadnych dowodów bohaterka jest oskarżona o wandalizm. I za karę jest przyłączona do drużyny lekkoatletycznej, nie mając żadnego doświadczenia sportowego. I tam próbuje różnych rzeczy po raz pierwszy, robi z siebie pośmiewisko i się śmieją – wszystko maksymalnie łagodne i nikt nie chowa urazy, ale jednak… To jest bezduszne. I głupie. A twórcy chyba myślą, że to jest zabawne, tylko trzeba więcej pracy włożyć w takie sceny, by osiągnąć komedię. No cóż.

2/5

La Octava Cláusula

29 kwietnia | Amazon Prime

Dzisiaj się nauczyliśmy, żeby nigdy nie mieć kontaktu z kobietami. Dobry film.

Gość budzi się koło swojej rannej żony i zawozi ją do szpitala. Policja go przesłuchuje, a my w retrospekcjach dowiadujemy się, co się stało: nakrył swoją ukochaną, jak go zdradza z najlepszym przyjacielem. Ma dowody, konfrontuje z nimi sytuację i zawiera ugodę, gdy w tym czasie do ich domu przybywa niespodziewany gość…

Miałem ochotę wyłączyć gdzieś po 10 minutach, a z czasem było tylko gorzej. Problemem jest oczywiście skąpa fabuła niedorzecznie rozciągnięta do 80 minut – krótki czas trwania ciągnie się niebotycznie. Gorzej, że cały filmowy dialog na temat zdrady czy relacji damsko-męskich jest głupi, a na dodatek słyszeliśmy go już nie raz. Twórcy nie dodają od siebie wiele: „zaniedbywałeś mnie, dlatego zdradziłam”, mąż jej odpowiada: „Nic mnie to nie obchodzi” i władza, które wierzy kobietom na pierwszym miejscu, tworząc teorie, które mają do tego pasować. Wszystko zrealizowane w sztuczny – i tym samym, frustrujący – sposób. Zachowanie bohaterów jest absurdalne, zbiegi okoliczności przeszkadzają, finał jest spodziewany, a ja chciałem tylko dobić do końca filmu, który gloryfikuje manipulowanie ludźmi i rzeczywistością w imię osiągnięcia gorzkiego zakończenia. Jesteś ofiarą i masz dowody, ale i tak wyjdziesz z tego na kolanach. Twórcy poznawali sprawę Depp vs Heard z memów, a nie faktycznej rozprawy w sądzie.

Przynajmniej meksykańscy aktorzy są ładni. Ich domy też. A język brzmi miło dla ucha.

4/5

Kulawe konie - sezon I ("Slow Horses")

29 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | AppleTV

Zapowiedź tej produkcji jest myląca: nastawiłem się po niej na głupkowaty tytuł, a już pierwsza scena pokazała, że to poważny seans będzie. Po prostu obok tego jest dosyć cyniczna wymowa całości, kumulująca się przede wszystkim w postaci granej przez Gary’ego Oldmana, będącego w stanie kpić ze wszystkiego, wyrecytować obelgę za obelgą w stronę dosłownie każdego, bawiąc nas tym samym niemiłosiernie.

Wracając do pierwszej sceny: oto agent na lotnisku próbuje zidentyfikować zamachowca. Dynamiczna, mięsista sekwencja, z bohaterem w ciągłym ruchu i napięciem sięgającym zenitu. To naprawdę przypominało mi chwilami sceny z Casino Royale, tylko no wiecie: CR to arcydzieło, a SH zrealizowało po prostu bardzo dobrze scenę akcji. Kontynuując: agent zawodzi i zostaje odesłany do tytułowych Kulawych Koni, szpiegów drugiej kategorii. Nasz bohater chce udowodnić swoją wartość, więc angażuje się w sprawę porwania muzułmanina przez radykalną grupę planującą egzekucję Islamisty. Olivia Cook gra agentkę, która dostała zadanie pilnowania protagonisty, a Gary Oldman szefa Kulawych Koni, który tylko chce, aby jego podwładni nic nie robili, bo wtedy przynajmniej nie trzeba po nich sprzątać.

To szybki serial. Dramaturgia natychmiast się zawiązuje i czas akcji większość odcinków jest umieszczony w ciągu jednej nocy. Bohaterowie wcześnie muszą polegać tylko na sobie samych, stawiając czoła nie tylko radykalnym białasom, ale też policji czy właściwym szpiegom, którzy z kolei trzymają się zasady, że szef wie lepiej, więc wypełniają rozkazy i tylko tyle ich interesuje. W temacie głębi to raczej wszystko, poza tym otrzymujemy solidną opowieść szpiegowską, która wciąga, bawi, zaskakuje oraz dostarcza sporo satysfakcji. Twórcom udaje się opowiedzieć historię, gdzie z jednej strony bohaterowie osiągają sukces, ale też wymowa jest gorzka: sukces przypisany jest komuś innemu, prawda w całości nie wychodzi na jaw, a Gary Oldman gasi skutecznie entuzjazm wszystkich zainteresowanych i każe im wypierdalać. Kocham tę postać.

Poziom realizmu raczej uchodzi w połowie seansu, ale ta produkcja nadal ma „to coś”, co sprawia, że z ekscytacją powitałem wieść o ciągu dalszym. „To coś”, czyli poczucie, że te sześć odcinków to zaledwie początek pięknej przygody. Wszystkie tajemnice dopiero przed nami…

– Nie żyje?
– Z jego poziomem IQ nie łatwo to stwierdzić.

4/5

Pachinko - sezon I

29 kwietnia | 8 odcinków | AppleTV

Nowa telenowela wysokobudżetowa. Lubię takie produkcje.

Losy rodzin Koreańskich w XX wieku. Kilka pokoleń, sięgające czasów pierwszej wojny aż po współczesność. Ktoś jest młody i piękny, podejmuje ważne decyzje, by w następnej scenie ze swoim wnukiem cieszyć się starością – albo chociaż stawiać czoła nowemu dniu pomimo wieku emerytalnego. Płaszczyzny czasowe są luźne, a wątków i poszczególnych bohaterów jest całkiem dużo. Twórcy zrobili wiele, aby zachować przejrzystość narracji i klarowność fabularną, ale ze strony widza też jest wymagane skupienie. Nie jest za to wymagana znajomość historii Korei i jej krwawych relacji z Japonią, twórcy dobrze wyjaśniają szerszy obraz (chociażby trzęsienie ziemi z 1923 roku) – oczywiście warto poczytać o czasach, gdy była tylko jedna Korea.

W przeszłości dziewczyna zachodzi w ciążę – ojciec dziecka okazuje się mieć żonę z powodów biznesowych i troje innych dzieci, dlatego małżeństwo odpada, ale zapewni jej byt z miłości. Ona odrzuca łatwe życie i decyduje się być z kimś innym. W teraźniejszości młody biznesmen próbuje przekonać starą kobietę do sprzedaży swojej działki, aby móc tam coś zbudować. To tego typu historie, u podstaw dosyć proste i znajome: miłość, dzieci, zakładanie rodzin, przetrwanie. Na głębszym poziomie chodzi w nich przede wszystkim o dzieci przepraszające rodziców (lub czujących winę za) dorastanie w lepszych czasach, lepszych warunkach. O przekazywaniu ciężaru swojego życia następnym pokoleniom. Buncie wobec takiego porządku rzeczy. I trzymaniu bólu dla siebie, ale też szukania tego balansu, pomiędzy wyciąganiem wniosków z tego, co było, bez życia tym w teraźniejszości. W końcu warto mieć świadomość, że dzisiejsze podstawy trzy pokolenia temu były luksusem – a niektóre nawet jeszcze bliżej. Woda w kranie?

Osobiście takie produkcje nazywam telenowelami. Budżet jest solidny, zadbanie o szczegóły godne pochwały, aktorstwo i powaga w podejściu do realizacji wywołuje dumę przy oglądaniu. Jakby co, Mad Mena też nazywam telenowelą, ale w Pachinko jest jednak bardziej współczesny sposób na pokazanie kultury czasów przeszłych. Oglądałem z przyjemnością i cieszę się, że wyjdzie drugi sezon, biorący więcej z książki, na podstawie której został powołany do życia. Dobry seans z bardzo małą ilością taniego dramatyzmu – w zasadzie dopiero na koniec z tym przesadzili (dziecko wyrywa się matce, a ona biegnie jak najwolniej za nim, gdy mały woła swojego ojca), ale to czysto subiektywna uwaga. Fani płakali na tych sekwencjach, więc to chyba część takich produkcji.

PS. Czołówka to jawna zżyna ze ślubu w The Office US. Nawet mi to nie przeszkadza. To i końcówka czwartego odcinka, takie to dobre!

PS2. Napisy w dwóch kolorach, pokazujące zmiany języka. Apple robi to dobrze.

4/5

Powrót - miniserial

29 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | Canal+

Cudowni aktorzy, miła atmosfera, bardzo dużo świetnego przeklinania. Ja jestem zadowolony.

Pierwsze wrażenie jest tylko pierwszym wrażeniem, pamiętajcie. Oto bohater dostaje ataku serca po skończeniu dnia pracy. Wiemy, że to polska komedia, więc otwieramy wódkę i pijemy, ilekroć nie mamy pojęcia, czy właśnie usłyszeliśmy żart, czy to był po prostu głupi tekst. Na pogrzebie matka bohatera narzeka, że żona wybrała trumnę z kartonu. Najlepszy przyjaciel zmarłego ją uspokaja: „Mamo, nie jest z kartonu, jest z drewna. Sprawdziłem.” – żart czy nie? Pijemy. Potem ten przyjaciel przemawia i mówi, że denat jako jedyny przeczytał Ulissesa Prousta. Żart czy nie? Pijemy. Tydzień później zmarły wstaje z grobu i zaczyna nowe życie po odkryciu, że jego żona właśnie uprawia seks z kimś obcym. Postanawia więc swoje zmartwychwstanie zachować tylko dla siebie i najlepszego przyjaciela, zaczynając nowe życie.

W roli zmarłego oglądamy Bartłomieja Topę i oglądając go zacząłem podejrzewać, że to może jednak się udać. Jego radość z powrotu na ten świat jest czymś, co trzeba zobaczyć. W zasadzie wszyscy aktorzy są cudowni, ze szczególnym wyróżnieniem Wojciecha Mecwaldowskiego i Kingi Preis (ta druga to wiadomo, skarb). I przez pewien czas wydaje się, że cały serial opiera się silnie na obsadzie wykorzystującej taki sobie skrypt: żartów za dużo tu nie ma (a jak są, to na poziomie „dwóch facetów wynajmuje pokój w hotelu, a recepcjonista na nich tak patrzy, że wiadomo, o czym on sobie myśli hyhy”), codzienność przedstawiona w Warszawie jest raczej odklejona od rzeczywistości (wstajesz z grobu i od ręki znajdujesz pracę oraz mieszkanie, generalnie wszystko na spokojnie), większość wątków raczej nie została przemyślana pod względem: „Czyli jaka z tego lekcja?”. Lepiej było nie mówić rodzinie, że się wróciło do życia? Czy też powinien to zrobić? W sumie trudno powiedzieć, co autor miał na myśli.

Gdzieś w trzecim odcinku zacząłem to kupować, przekonywać się, oglądać z przyjemnością. Chciałem oglądać tych bohaterów, ich losy oraz relacje między sobą. Humor i komedia nie kryje się w żartach czy próbach czynienia cudów, ale w ogólnej, pozytywnej opowieści, którą poznajemy. To historia o zmienianiu podejścia do życia, zmianie perspektywy. A aktorzy sprzedają to bez pudła. Kiedy bohater na końcu mówi, że kocha życie, ja mu uwierzyłem. Też chcę usiąść na ławce i pić kefir, tylko może trunek bym zamienił na coś innego. Gorącą czekoladę? Wiem, że to brzmi tanio i naiwnie, ale jeśli cenicie sobie moje zdanie, to mówię wam: spróbujcie.

W całym serialu jest obecny duch Pozostawionych. Bohaterowie przestają szukać odpowiedzi, jak doszło do zmartwychwstanie, a zaczynają żyć z akceptacją, że nigdy nie poznają wyjaśnień. Przestaje im nawet zależeć, w końcu ważne jest, jak ten dar się wykorzysta. Ta historia mogłaby wyglądać tak samo, gdyby to był jakiś wypadek, po którym powrót nie byłby taki pewny – ale wraca i żyje. Ważne jest zrozumieć, w jaki sposób jego organizm się zregenerował, czy ten fakt wykorzystać? Bohaterowie tak zaczynają o tym myśleć. Teraz liczy się reszta naszego życia.

PS. Tak, wiem, na IMDb pisze, że całość trwa 4 odcinki. Ja widziałem sześć. Liczę na drugi sezon, naprawdę.

5/5

Undone - sezon II

29 kwietnia | 8 odcinków po 25 min | Amazon Prime

Medytacja nad zmianami i ich konsekwencjami. Duży wzrost względem pierwszej serii!

Pierwszy sezon wyszedł trzy lata temu i nawet nie spodziewałem się ujrzeć ciągu dalszego. To była produkcja, w której podróże w czasie i wizyty w alternatywnej rzeczywistości były trochę fantastyczne, zyskując właśnie na tej niepewności: co jest prawdą a co wymysłem bohaterki? Nierozstrzygające zakończenie było oczywistą puentą, ale jednak wystarczająco solidną. Teraz po latach wracam do tej historii – i okazuje się, że misja bohaterki się udała. Naprawiła przeszłość i trafiła do takiej teraźniejszości, w której jej ojciec żyje. Teraz jednak jest problem matki, która ma swoje sekrety. Mówi tylko w kółko, że „nic się nie dzieje”, „nie pamięta” tajemniczych telefonów, a teraz wyjechała w nocy do Meksyku. Bohaterka chce jej pomóc, ale czy powinna?

Z perspektywy czasu widać, że to jest właściwa część tej historii. Pierwszy sezon był jedynie wprowadzeniem w świat i jego zasady, teraz mamy to z głowy i dopiero teraz opowiadamy o tym, o czym chcieliśmy od początku. Tu nie ma właściwych, oczywistych rozwiązań. Jest problem i różne sposoby reakcji, ale co jest właściwe? Cóż, trzeba po prostu rozmawiać. I być szczerym. A niewłaściwy ruch może mieć poważne konsekwencje, dlatego napięcie jest prawdziwe. Silnie wykorzystano tutaj elementy fantastyczne do podkreślenia elementów realnych: dzięki nowym możliwościom bohaterka ma obsesję naprawienia wszystkiego, na pewno jest jakiś sposób, to na pewno jest możliwe! Traci z oczu wtedy tradycyjne metody, a te koniec końców okazują się najbardziej cenne. Nie podróż między wymiarami, ale zwykła rozmowa i magia, która z niej płynie. Każdy z nas może poczuć się superbohaterem. Każdy bohater radzi innym, co powinien robić, ale nie stosuje tej rady wobec siebie. Szukają rozwiązań czyjegoś sekretu, o swoim milcząc – każdy z nich musi zadać sobie pytanie: o kogo mi chodzi? O dobro moje czy tej drugiej osoby? Czy tylko ja się poczuję lepiej, jak kogoś zbawię na siłę, czy może faktycznie dzięki mnie świat będzie lepszy?

Najbardziej tej lekcji wymaga główna bohaterka, która jest nieprzyjemna. Nie umie usiedzieć na tyłku, ma syndrom zbawiciela i niemal w narkotycznym głodzie mówi z paniką w głosie o działaniu, o szukaniu różnych opcji – ale ją też można rozumieć i widzieć, że ze swojego punktu widzenia ma słuszność. Nie ma tu złych i dobrych, wszyscy są równie zagubieni wobec problemów, które znamy i rozumiemy. Ich ciężar jest tylko większy, bo mają więcej możliwości, ale i to nie wystarczy. Nie rozwiążą wszystkich problemów, zamiast tego będą musieli wybierać: czyje życie zasługuje, aby było kontynuowane? W takich chwilach nie żałujemy, że nie mamy supermocy. No, poza zdolnością do wyciagnięcia ręki do tych, co żyją równocześnie z nami.

Takie opowieści o podróżach w czasie lubię najbardziej. A trzeci sezon w sumie jest możliwy?…

2/5

Bez pamięci ("Memory")

28 kwietnia | Amazon Prime

Nieinspirujące kino. Czasami można się chociaż pośmiać.

Nic w tym obrazie nie mówi, by to była poważna produkcja, w jakiś sposób usprawiedliwiająca obsadę czy osobę reżysera (Martin Campbell?!). Pomysł fabularny jest idiotyczny – płatny zabójca z chorobą Alzheimera, no trzymajcie mnie. Sceny akcji działają na zasadzie: „ścigany skręcił za róg, zgubiliśmy go!”, albo jak jest strzelanina, to Liam Neeson idzie po prostu przed siebie, strzelając do przeciwnika – i żadna ze stron nie może trafić w siebie nawzajem. Dramaturgia czy też intryga to morderca dostający się na strzeżony jacht głównym wejściem zabijający cel bez problemu i wychodzący – będąc cały czas ściganym przez policję, która biegnie na rekord, a morderca sobie drepcze. Monica Bellucci gra tak, jak wyglądała Jordan ze Scrubs w odcinku, gdzie zaaplikowała sobie botoks i nie mogła wyrażać emocji, tylko patrzyła pustymi oczami w przestrzeń. Plus całość na Amazon Prime jest wyłącznie z lektorem, więc guzik słyszałem z gry aktorskiej.

A tak w ogóle gra tu Guy Pierce. W filmie o tytule Memory. Nie, to naprawdę musiał być jakiś pokręcony żart…

3/5

Downton Abbey: Nowa Epoka ("Downton Abbey: A New Era")

27 kwietnia | VOD

Kino dumne ze swojej banalności, ale dostarcza tego, czego fani chcą: uroczej staromodności i dostojności.

Wiem, że Julian Fellowes napisał też „Gosford Park”, ale oglądając jego DA oraz „Pozłacany wiek” trudno nie dojść do wniosku, że ten człowiek ma absurdalnie prosty pomysł na każdy scenariusz: stworzyć masę postaci, każdej przypisać jakiś banalny, wyświechtany wątek, by następnie nie łączyć tych wątków w najmniejszym stopniu. Każdy z nich będzie rozwijany w banalny sposób i przy pomocy scen, gdzie dwie osoby się spotykają, gadają na stojąco, potem idą wolno i gadają, a potem stoją i gadają – a mimo to przez natłok wątków całość wydaje się rozbudowana z rozmachem. Prostota nie jest istotna, dopóki są spełnione dwa warunki: jedna postać musi być zabawnie zgryźliwa, kilka od czasu do czasu błyśnie sarkazmem, a wszyscy będą mówić językiem ani trochę nieprzystającym do epoki, ale który będzie brzmieć dostojnie.

„Nowa Epoka” to kontynuacja serialu. Główny wątek polega na tym, że przyjeżdża chłop i mówi: „ale chata, nakręcę tu film”. Wszyscy bohaterowie serialu debatują nad tym 15 minut, dochodząc do tych samych wniosków: filmy to wiocha, ale nam zapłacą, a mamy dziurawy dach do naprawienia. Kręcą więc ten film i mieszkańcy DA okażą się w tym bardziej kompetentni od właściwych filmowców. Nie mówiąc o tym, że będzie im bardziej zależeć na ukończeniu filmu – to w końcu dla nich włączyliśmy tę produkcję, ich chcemy oglądać na ekranie, logika idzie więc za okno. A jak przebiega samo powstanie tego filmu? Cóż, jestem pewny, że znacie odpowiedź. Załóżcie po prostu, że Julian Fellowes nie ma żadnej godności i po prostu mu nie zależy. Tak, w połowie kręcenia zdjęcia zostaną odwołane, bo widownia nie chce filmów niemych. I wszyscy się poddają, dopóki Lady Mary nie zasugeruje… zrobienia filmu z dźwiękiem. I tak, jedna z aktorek będzie mieć marny głos, więc Lady Mary będzie ją dubbingować.

Oczywiście film ma więcej wątków – dużo tu romansów, odnalezienia swojej drugiej połówki, ktoś się oświadczy, ktoś coś odkryje i ktoś umrze. Anglicy wyjadą na wakacje i w garniturach będą dumnie reprezentować etykietę, dostając udaru mózgu. Przezabawne, ale jednak nie mogę odmówić, że w tym wszystkim czuję duszę Downton Abbey. A przecież tylko o to chodzi. Kiedyś akceptowałem warunki tej telenoweli i nie widzę powodu, by nadal tego nie robić. Po prostu dwie produkcje Juliana Jellowesa w jednym roku to przesada.

Wszyscy tutaj są mili, uśmiechnięci, są ładnie ubrani i mieszkają w ładnym domu, ładnie mówią. Tego oczekuje, to dostajemy, nic więcej.

2/5

Tajemnice Marilyn Monroe: Nieznane nagrania

27 kwietnia | Netflix

W sumie nic nowego o życiu i spadku kulturalnym MM. Wstęp dla nowych odbiorców to jest na pewno – dostają w pigule wszystkie odpowiedzi na pytanie, czemu ta kobieta do dziś jest legendą i symbolem różnych rzeczy dla różnych osób. Problemem może być tylko nastawienia twórców do Normy Jeane: uwielbieńczy, z pozycji kolan, w pełnym zachwycie. MM jest wydarzeniem stulecia i już. Nie możecie spodziewać się po tej produkcji krytyki, obiektywizmu, autorefleksji. A tym samym to przekreśla jednak całość dla nowego odbiorcy.

Drugi problem jest taki, że całość zrealizowano odgrywając te taśmy, tzn. oglądamy aktorów robiących lip-sync do nagrań. Dodano filtry postarzające i w ogóle, tak jakby nagrywano prawdziwych ludzi gadających przez telefon te 70 lat temu. Efekt pewnie miał całość uatrakcyjnić albo uwiarygodnić poprzez wizualizację, ale osobiście czuję, że to odrywa wszelką wiarygodność z tego tytułu. Nie wierzę w narratora, że jakiekolwiek taśmy istnieją – to tylko sztuczka narracyjna, nic więcej.

1/5

365 dni: Ten dzień

27 kwietnia | Netflix

Jak teledysk do piosenki, która mnie guzik obchodzi; odpowiednik włączenia kanału muzycznego, żeby leciał w tle.

Po znalezieniu miłości w pierwszej części i wzięciu ślubu marzeń bohaterka zdaje sobie sprawę, że od teraz będzie żoną. Sprawy komplikuje fakt, że nakrywa męża na zdradzie – nie wie jednak, że to tak naprawdę jego brat bliźniak, o którego istnieniu nie wie. Fabularnie skupiamy się wokół popularnych luksusów: drogich samochodów, egzotycznych lokacji pod nicnierobing na plaży czy w hotelach, kosztownych ubrań. Do tego amatorskie sceny erotyczne z aktorami w połowie albo i w pełni ubranymi, nic nie widać poza piersiami, trzy pozycje na krzyż, erotyzmu czy pasji brakuje najbardziej – seks w wykonaniu tych ludzi jest czymś mechanicznym, automatycznym, na poziomie czynności fizjologicznych (z co najmniej jednej seksualnej reakcji można mieć ubaw – polskie porno naprawdę nie nadaje się do oglądania w żadnej formie). Do tego jakiś ogrodnik, który okaże się synem prze-mafioza. Też będzie brać w tym udział.

Przyrównuję ten tytuł do teledysku, ale zaznaczę: wiem, że są teledyski lepsze i gorsze. I że jak scenka w teledysku przedstawia bohaterów bez osobowości czy charakteru, to nie sprawia, że teledysk jest zły – ale takie są sceny z 365 dni 2. Stock-sceny bez własnego smaku: ślub, seks, seks, „romantyczny wieczór na plaży”, seks. Nie czujemy, że oglądamy bohaterów biorących udział w uroczystości – czujemy, że oglądamy przykładowe zdjęcia z gabinetu fotograficznego. Ilość scen, gdzie faktycznie mamy fabułę, czyli bohaterów robiących coś typowego tylko dla nich, powiązanych z ich osobowością, jest minimalny. Co więcej, seans tak bardzo przypomina teledysk, że zastosowany język filmowy zdaje się sugerować, że bardziej mamy się skupić na słowach piosenek lecących w tle niż samym filmie. Piosenki lecą cały czas i są tak nijakie, że można z nimi stworzyć Drinking Game: posłuchaj piosenki i zgadnij, czy użyto jej jako tło do sceny erotycznej czy nie. Tylko nie wiem, kiedy pijesz: kiedy zgadłeś, czy kiedy się pomyliłeś?

Aktorstwo przywołuje z pamięci mem porównujący zagranicznych aktorów do polskich gwiazd dużego ekranu. Obcy przygotowują się miesiącami przed rolą, w Polsce przed zdjęciami zmienią bieliznę albo nie – i 365 dni 2 jest żywym potwierdzeniem tego żartu. Wyobrażam sobie, że po seansie powstaną liczne petycje, ale jedna z nich będzie dotyczyć użycia języka angielskiego. Aktorzy płynnie przechodzą między polskim i angielskim (a nawet włoskim), brzmiąc przy tym, jakby kwestii w obcym języku nauczyli się fonetycznie. Jest gigantyczna różnica między „O kurwa!” (użytym licznie) a dowolnym sformułowaniem z języka Kimmy Granger. Zresztą, po kilka minutach wyłączyłem napisy, bo słuchanie dialogów jest wystarczająco bolesne, nie muszę ich jeszcze widzieć.

Mamy tutaj sporo obraźliwych treści – największa jest taka, że według twórców kobiety to tępe dzidy, a faceci chcą tylko seksu. 365 dni 2 jest kontynuacją licznych gier psychologicznych, w tym silnego motywu wojny płci i dominacji, kto jest lepszy od kogo na podstawie genitaliów, kto ma jakie obowiązki wobec kogo, kto ma prawo czegoś się domagać od innych, kto jak powinien być traktowany. Manipulacje dotyczą też oszukiwania samych siebie: bohaterki mówią sobie, że ich majątek nie ma znaczenia, ważne jest tylko, aby byli razem. Aha. Historia w pewnym momencie nawet próbuje być tragedią bez jednoczesnego zrobienia czegokolwiek, aby to uzasadnić. Co dziwne, seks w takim filmie nadal jest przedstawiony jako coś wstydliwego – bohaterka po spędzeniu 70% filmu na byciu na dole nadal jest tak niedojrzała, że dostaje ataku śmiechu na widok koleżanki nakrytej na kopulacji. Cały ten film to w zasadzie grupa stereotypowych wieśniaków, którzy wygrali na loterii i wyjechali do Monako kręcić pornosa bez wyłączania radia.

Kino definiujące ocenę najniższą z możliwych. To tytuł, który pragnie się kastrować: przeskakując sceny, przyspieszając tempo projekcji, wyłączyć przed końcem seansu, wyjść do toalety bez stopowania. A także oglądać bez napisów i dźwięku, z oczami skierowanymi na ekran telefonu. Oglądanie go poprawnie oznacza tylko, że widz aspiruje do miana krytyka filmowego i ma zamiar napisać po seansie obiektywną, bezemocjonalną recenzję.

2/5

Zimne ognie ("El fred que crema / The Burning Cold")

25 kwietnia 2022 | MayFly

Hiszpania próbuje podrobić Hansa Landę na poważnie i wychodzi komedia klasy B.
 
2 wojna światowa, ukrywanie Żydów i innych oraz nazista, który terroryzuje okolicę. Wszystko standardowo z małymi wyjątkami: słychać polski język, a wspomniany terror jest okrutnie zabawny. Czy raczej film bawi swoją absolutną powagą w obliczu antagonisty, który zachowuje się jak dziecko w przedszkolu. Nikt się nie chce z nim bawić, jego ulubiona zabawka jest używana przez inne dziecko i teraz takie dziecko siedzi obrażone. Z taką miną cały czas chodzi odpowiednik Hansa Landy w „Zimnych ogniach”, który dużo krzyczy, na poparcie krzyków nie ma nic, wszelkie tortury są poza ekranem z uwagi na mały budżet, bo realizacyjnie twórcy i tak by nie umieli pokazać przemocy w przekonujący sposób. Nie umieją przekonująco nawet pokazać nazisty grożącego ludziom podczas drugiej wojny światowej. Zamiast tego podrabiają zagrania używane w lepszych filmach, tylko bez zrozumienia, jak te zagrania działały w tych innych filmach. Gadanie szeptem wcale nie jest dramatyczne samo w sobie, ludzie.
 
Na dodatek całość trwa dwie godziny i nie może się skończyć, nie oferując niczego innego poza: „Hej, teraz robimy to w Hiszpanii!”. Typowy film bez polotu, koncentrujący się tylko na tym, że pod koniec zło zostaje ukarane, a dziecko się rodzi.
2/5

Zachowaj spokój - miniserial

22 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | Netflix

Robić kryminał i nie myśleć o widzu – no gratuluję.

Coś się stało. Nie wiemy, co, ale coś się stało, bo teraz matka zakłada potomkowi aplikację szpiegującą na telefonie. Wszyscy w najbliższym otoczeniu gadają o czymś, co się stało. Ktoś zginął, w szkole ma miejsce niedorzeczne upamiętnienie tego zgonu. Ponadto w barze porywają babkę, która potem zostanie znaleziona martwa. I chyba chodzi o to, by odkryć… W sumie sam nie wiem, co, przecież od początku wszystko jest jasne – wystarczy założyć najgorsze możliwie rozwiązanie (pod względem kreatywnym twórców) i już. Czy tamta postać dobrze się domyślała? Owszem, chociaż nie miała do tego podstaw, ale wiadomo – w ten sposób sensacja jest większa. Czy tamta postać była w coś zaangażowana? Oczywiście, bez tego była zupełnie nieistotna dla historii, kręciła się tylko – a na końcu okazuje się, że jest poważnym łącznikiem w intrydze. A kto jest tak naprawdę winny? Osoby najmniej podejrzewane – bo zupełnie do tego niezdolne w żaden sposób, ale zaskoczenie musi być, więc to one stoją za wszystkim. Śmiech na sali…

Emocjonalne sceny? Trzeba krzyczeć, twórcy inaczej nie umieją. Miejsce akcji to niby współczesność, ale książka napisana w 2008 roku, więc pomimo smartfonów w ręku, dziewczyny roznoszą ulotki informujące o zaginięciu kolegi, zamiast kręcenia akcji na mediach społecznościowych – cały czas też wszyscy dzwonią do siebie i trafiają na automatyczną sekretarkę, no uwielbiam. Wspomniany kolega zresztą zaginął, bo nie odpisuje na SMS’a od wczoraj, w 2022 roku, ja pierdolę. A wiecie, jaki jest największy dramat w szkole pewnej młodej dziewczyny? Nauczyciel skomentował jej wypowiedź „żart z brodą”, dzieci pomyślały, że mówi „dziewczynka z wąsem” i zaczęły ją przezywać, że ma wąsy. Poważnie, to twórcy robią sobie jaja, nie ja. I to trwa przez wiele odcinków, w każdej scenie zresztą chodzi o to samo: nauczyciel wyjaśnia, przeprasza, druga strona i tak jest wkurzona. Ile razy macie ochotę to oglądać? Pięć razy w jednym miniserialu? Więcej?

Błędy są podstawowe: fabuła się nie klei, a motywacje i zachowanie nie wynika z postaci, tylko scenariusza. Nie muszą być osobami zdolnymi do czegoś, nawet instalowania wspomnianego oprogramowania szpiegowskiego, to po prostu element fabuły, więc to robią, koniec tematu. Autorzy preferują tworzyć sceny, gdzie bohaterowie gadają o czymś, zamiast to przedstawić – broń boże w sposób ciekawy! Bohaterowie dużo gadają o tym, co było – w teorii ma to rozbudzać ciekawość, budować napięcie, mamy chcieć się dowiedzieć. W praktyce przez trzy odcinki słyszymy w kółko te same trzy zdania – że coś było, ale że nic niebyło, że ktoś zginął i musi chodzić o coś więcej, ale co ty gadasz, o nic więcej nie chodzi. Takie działania wywołują frustrację i znużenie, bo jest zwlekaniem, zamiast pobudzaniem wyobraźni – ale no, twórcy musieliby myśleć o odbiorcy, by sobie to uświadomić…

Ogólnie cały ten tytuł jest przykładem sytuacji, w której twórcy w ogóle nie myślą o odbiorcy. Jak go zaciekawić? Jak wprowadzić go w świat serialu? Jak mu opowiedzieć cokolwiek, by był zaintrygowany? A po co? Po co tworzyć narrację? Po co pomagać wczuć się w postać, po co tworzyć postać? Widz jest poza obrębem zainteresowań twórców – co jest absurdalne, w końcu to kino popularne. Kryminał, dramaty osobiste, motywy społeczne – to wszystko tutaj jest, a jednak nie ma w tym pierwiastka ludzkiego, krzty kreatywności. I to ciągłe wciskanie „Na podstawie Harlana Cobena” na każdym kroku. Wiem, że to pewnie warunek prawny, ale w praktyce wygląda, jak zmywanie z siebie odpowiedzialności. Słynne nazwisko wystarczy, po co się starać? Pewnie nawet jemu wszystkie przysługi będą przypisane. Tak czy inaczej, widz traci.

PS. W sumie faktycznie to trochę taki tytuł z serii „kobiety gurom”, bo chociaż wszyscy w tym serialu są niekompetentnymi idiotami, to faceci trochę bardziej. Baba idzie na policję z nowymi dowodami, ale panowie policjanci to olewają i trzeba użyć argumentu „a ma pan dzieci?”.

3/5

Niedźwiedzica polarna ("Polar Bear")

22 kwietnia | Disney+

Personifikacja misiów polarnych w imieniu globalnego ocieplenia.

Dokument fabularyzowany o misiach, gdzie narrator wciela się w jednego z młodych misiów. Razem z bratem i matką podróżują, jedzą, bawią się w śniegu. Dorastają do samodzielności.

Twórcom udaje się sprzedać grzeczną wersję misiów. Nawet scena polowania na niemowlę, małą foczkę, zrobiono tak, by najmłodsi mogli to oglądać. I tak jestem w szoku, że ten dokument bierze pod uwagę jedzenie. Albo seks, chociaż ten drugi to bardziej znalezienie przyjaciela i macierzyństwo, nie sam stosunek. Ładne to i bezpieczne, ale nadal serce mięknie na myśl, że te misie myślą i czują jak my. To wydaje się całkiem niezłym wstępem do przedstawienia dzieciom efektów globalnego ocieplenia.

PS. Na Disney+ jest też making-off Bear Witness, trwający prawie półtorej godziny. Ogólnie to bardziej reality-show z twórcami, a nie dokument prawdziwie prezentujący powstawanie „Niedźwiedzicy…”.

3/5

WeCrashed - miniserial

22 kwietnia | 8 odcinków po 50 min | AppleTV

Kolejne opowieść o tym, że ludzie majętni to idioci, dający wiarę każdemu, inwestujący w każdego idiotą i ich idiotyczny pomysł. Opowieść zrealizowana w oparciu o prawdziwą historię i autentycznych ludzi, tutaj nazywających się Adam i Rebekah Neumann, którzy w ciągu ostatniej dekady założyli WeWork, czyli w sumie stylizowanie miejsc pracy, aby ludzie chcieli tam pracować. Dekorowanie, neony, owocowe czwartki, młody i dynamiczny zespół, tego typu rzeczy. Biznes jak biznes, ale sama opowieść ma w sobie gigantyczny, ponadczasowy potencjał, pasując ogólnie do wszystkich biznesów współczesnych, gdzie małe interesy zadłużają się pod kurek i idą na wojnę z całym światem, aby urosnąć tak mocno, aby upadek już nie był możliwy. Tracą każdego dnia miliony, by przejąć rynek i w perspektywie kilku lat zacząć się odbijać od dna. To już nie czasy jednego sklepu, który oszczędza i po paru latach działalności otwiera filię w innym województwie – dzisiaj bierzesz kredyt, kupujesz od razu 10 sklepów i dostajesz zawału, próbując kupić 10 kolejnych. Za parę lat pewnie będziemy oglądać ten sam serial, tylko tym razem o Netfliksie i jego presji do tworzenia 200 autorskich produkcji rocznie, próbujących zagospodarować nie fizyczną przestrzeń, ale nasz czas.

Różnica jest tylko taka, że WeWork zostało założonych przez ludzi charakternych, bez szczególnych umiejętności własnych. Zero architektury, zero filozofii, jedynie hasła na koszulkę i twittera. Mieli po prostu tupet oraz energię do nieustającego parcia do przodu. Kilka razy w tym serialu widać, jak ktoś inny próbuje zdobyć tłum, swoją mową przekonać innych do czegoś – i każdy słysząc siebie zaczyna milczeć, panikować, żałować. Adam potrafi zdobyć pokój, jego uwagę, chce się go słuchać i dostać od niego to, co się chce dostać. A on potrafi cię przekonać, że to dostaliście od niego. Jared Leto świetnie sobie z tym radzi, a sam aktor zdobywa masę szacunku za swoją rolę – nie poznałem go, a na dodatek nie zawiódł. Za każdym razem zdobywał scenę. Anne Hathaway w roli jego żony również zdawała egzamin, tylko jej przykład jest nieco bardziej skomplikowany – grała osobę, która na przestrzeni całego serialu zdobywa się na myślenie o sobie, realizację swoich marzeń, ale też będąca wsparciem i inspiracją. Jej sukces to przede wszystkim zbudowanie na ekranie wiarygodnej osoby, ale też swoim ciałem i głosem oddanie tożsamości prawdziwej Rebeki.

To fascynująca historia, opowiedziana w całkiem rozbudowany i rzetelny sposób, z dosyć zaskakującym finałem. Nie mówimy o oszustwie, ale prawdziwym biznesie, w który ludzie wierzyli – zresztą nadal działa, niedawno nawet wycofał się z Rosji. Nadal osiągnęli sukces, nadal realizowali marzenia, nadal oddawali się rodzinie i szli po złoto, by potem iść po platynę. Brakowało mi przede wszystkim takiego ludzkiego spojrzenia na bohaterów: czemu robią to, co robią. Potraktowania ich z zainteresowaniem. A może po prostu ich należycie przedstawili i tacy są naprawdę? Tak czy inaczej: małżeństwo protagonistów to od początku do końca banda gogusiów oderwanych od rzeczywistości, którzy nic faktycznego nie umieją, powtarzających frazesy i budujących swój obraz zamiast swojej wartości. A raczej mylących te dwie wartości. Guzik mnie obchodzili tacy ludzie, którzy zwyczajnie mieli farta i pewnie jeszcze to do nich nie dotarło. To udany serial, ale nadal czekam na tytuł, który weźmie takie historie i postanowi wyciągnąć z nich coś więcej, niż tylko pokazać losy ludzi, którzy przez 5 minut byli na szczycie.

1/5

Podróż poślubna z mamą

22 kwietnia | Netflix

Jak się udaje, że to film z Adamem Sandlerem, to da się oglądać. Chociaż to nadal bardzo trudne.

Po prostu się wydaje, jakby Adam Sandler zrobił ten film: dziewczyna zostawia faceta na ślubie. Wszystko opłacone, matka faceta chce trochę luksusów, więc namawia syna, aby wziął ją na miesiąc miodowy. Na miejscu udają małżeństwo, żeby mieć więcej gratisów. Znaczy, ona udaje dlatego. On jest nieszczęśliwy i ma depresję, chce spokoju, w czym matka mu cały czas przeszkadza. Potem dojdą jeszcze kolejne osoby, które będą mu w tym przeszkadzać.

I to mogło by się udać, gdyby Sandler to robił. Co by o nim nie mówić, ma łeb na karku i rozumie, czemu zawsze gra dupków, którzy jednak uczą się czegoś na koniec. Dzięki temu jego bohaterowie zasługują na takie traktowanie, równocześnie mając w sobie wystarczający pierwiastek niewinności oraz poczucia własnej wartości, by z tym walczyć i coś osiągnąć na koniec. Dzięki temu wszelka komedia faktycznie zawiera humor, faktycznie czujemy sympatię do bohaterów. Problem w tym, że bohater Podróży… nie jest dupkiem. Nie ma też poczucia własnej wartości. Właściwie to nie ma wiele osobowości poza tą depresją, niczego się nie uczy i ma najmniejsze znaczenie dla całej fabuły. Został zostawiony na ołtarzu, a my spędzamy czas na oglądaniu jak jego sytuacja jest eksploatowana przez jego matkę (!), aby mieć darmowe rzeczy. Ja wiem, że matki są zdolne do różnego skurwysyństwa, ale no kurwa.

Ta cienka granica sprawia, że bardzo szybko pomyślałem: ten film został zrobiony przez pierdolnietych ludzi. Takich całkowicie pozbawionych empatii, zdrowego rozsądku, czegokolwiek pozytywnego. Piszecie pracę o męskim zdrowiu psychicznym we współczesnej kulturze? Macie więc przykład. Zdrowie facetów to cholerny żart.

4/5

Heartstopper - miniserial

22 kwietnia | 8 odcinków po 25 min | Netflix

O miłości. Gładki, grzeczny, miły, przytulny serial.

Bohater jest gejem w 10 klasie. Los spotyka go razem z pewnym chłopcem z 11 klasy, który nie jest gejem. Zadurzył się w nim. Co teraz? Powiedzieć mu i liczyć na cud?

Seans uświadomił mi, że są różne rodzaje miłości. Może to dziwne odkrycie, ale jednak: mamy historie, gdzie jakieś wspólne przeżycie łączy zakochanych. Są historie, gdzie jedna ze stron jest uszkodzona, a druga ją naprawia i to ich zbliża (ewentualnie naprawiają się nawzajem). I w końcu są też historie miłosne, gdzie po prostu się spotykają. I jest im fajnie, więc się całują i w sumie no czemu nie, bądźmy razem. Heartstopper to przykład tej ostatniej kategorii, ale nadal jest tutaj element: „On jest całym moim światem, bez niego nic nie ma sensu”, chociaż w tych bohaterach nie ma raczej nic, co by wskazywało na samotność albo jakieś urazy psychiczne, których leczenie wymaga bliskości z drugim człowiekiem. Po prostu się spotykają i jest im miło, nic więcej. Wydaje mi się więc, że wasze zaangażowanie w tę historię jest w dużym stopniu związane z tym, jaki rodzaj miłości do was trafia.

Lubię filmy, gdzie ludzie po prostu spędzają czas ze sobą, a fabuła pozornie jest skąpa, ale jednak Heartstopper nie ma tego uroku. A raczej: ma tylko urok i niewiele poza tym. Aktorzy sprawdzają się doskonale, realizacyjnie nie mam uwag (chociaż całość wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrazicie, słysząc o indie coming-of-age produkcji o gejach: te same barwy, te same filtry obrazu, te same kadry. Pod względem wizualnym dodano tylko nawiązania do komiksu (materiału źródłowego), czyli okazjonalne łamanie kadru na panele oraz dodawanie np. rysowanych motylków latających wokół bohaterów, gdy sobie patrzą w oczy. Nie tworzy to jednak historii, przeżyć, nie opowiada o emocjach.

Przedstawiono różne trudności związane z poznawaniem siebie, zdobywaniem o tym informacji (vlog na YouTube albo quiz w Internecie na to, czy jesteś gejem). O tym jest cała produkcja: o poznawaniu siebie i innych, rozumieniu, czego wymagamy od siebie i innych. Oraz od życia, chociaż to mało życiowy tytuł. Jeden łobuz na całą szkołę, na dodatek dosyć miły, można mu odpyskować i się zamknie, zamiast rozwalić ci łeb od tyłu pięścią. Czasami ktoś szeptem zażartuje: „Nie chce się zarazić gejostwem”. Matko, jaka przyjazna szkoła – i nauczyciele tutaj wspierają uczniów! Jest wręcz szansa, że wysyłanie tam dzieci nie ma na celu rozwalenia ich psychiki. Konflikty czy wyzwania nie są za bardzo potrzebne w tej opowieści – autorzy wydają się myśleć, że wystarczy przez 4 godziny być miłym i delikatnym, ale to jednak ma skutek odwrotny, oddalając nas od całej opowieści.

Dla przykładu: bohater pod koniec ma wątpliwości, bo czuje, że jego relacja z ukochanym pogarsza tamtą osobę. Po prostu o tym mówi siostrze, która zaczęła od „no przecież widzę, że coś się dzieje”. Później bohater rozmawia z ukochanym, kończymy na: „Nie przejmuj się” i koniec. To jest naprawdę dno narracyjne: nie zrobiono nic, byśmy mogli to poczuć, zrozumieć, żeby bohaterowie mogli faktycznie przeżyć swoje emocje, żeby mieli miejsce, aby popracować nad swoją sytuacją. Wokół przeżyć bohaterów nie skonstruowano fabuł, w których mogliby to wszystko zrobić. I tak jest przez cały seans, jak twórcom zależało wyłącznie na dwóch rzeczach: wspominaniu o trudnościach, oraz na szczęśliwym, uroczym zakończenie i byciu razem – nawet jeśli oznacza to lekceważenie trudności. Można ich tłumaczyć, że tak wygląda młodzieńcze zauroczenie czy coś w tym guście, ale to tylko wymówka, za którą stoi średnio angażujący serial.

Serial, który nadal doceniam: przedstawia ważne dylematy młodych osób, o których się nie mówi i młodzi nie wiedzą przez to, jak rozwiązywać swoje problemy. A miękka chmurka, na której zawieszono całą opowieść, może też być zaletą. I miłym wspomnieniem. Obojętny, ale przyjemny tytuł.

3/5

Fotograf i listonosz: Morderstwo w Pinamar ("The Photographer: Murder in Pinamar")

21 kwienia | Netflix

Bardziej lokalny film telewizyjny niż coś, co faktycznie nadaje się do oglądania przez szeroką publikę.

Dokument o morderstwie z późnych lat 90. Ofiarą był dziennikarz, który naraził się niewłaściwym ludziom, a śledztwo wokół tego było przesiąknięte korupcją. Emocjonalny to tytuł, przed kamerą widzimy osoby, które faktycznie cały czas żyją tamtym wydarzeniem, pamięć ogólnie jest silna w narodzie Argentyńskim – a przynajmniej takie wrażenie człowiek ma podczas seansu.

Całość wygląda, jak produkcja rocznicowa dla stacji telewizyjnej – dla szerszego widza, który wcześniej nie słyszał o tej sprawie, nie jest to produkcja wystarczająca. Na pewno jest to ważne wydarzenie, ale nie przedstawiono wystarczająco całego kontekstu, nie przedstawiono tego wszystkiego w takim wymiarze, dzięki któremu widz kilka kontynentów obok mógłby się w to zaangażować. Ot, oni mają swoje sprawy, my mamy swoje. Zawsze coś.

3/5

He's Expecting - miniserial

21 kwietnia | 8 odcinków po 25 min | Netflix

Pewnie pierwszy serial roku, o którym człowiek szybciej dowiaduje się z memów niż np. oceny znajomego. Netflix ogłosił spadek subskrybentów w ostatnim czasie, akcje spadły i ludzie zaczęli z tego kpić. A że obecnie humor polega na dopasowywaniu faktów do swojej rzeczywistości, premierowy serial He’s Expecting, o mężczyźnie w ciąży, stał się przykładem przyczyny takiego stanu rzeczy w Netfliksie. Bez podania konkretów i powiązania, bo liczy się, że każdy swoje sobie dopowie, więc każdy jest bezpieczny. Sam serial ma już wyrobioną opinię po samym plakacie, na IMDb i filmwebie widnieje ocena poniżej 2/10.

Bohater to typowy korpo-szczur pracujący dla agencji reklamowej, który podczas badania dowiaduje się, że jest w ciąży. Nie wierzy, w domu robi sobie testy – wychodzą pozytywne. Decyduje się na aborcję, ale wymagana jest zgoda partnera – a on nie wie, kim jest matka, bo wszystkie relacje są przygodne w jego życiu. Powoli jednak zacznie zmieniać zdanie i zdecyduje się na poród.

Nie, twórcy nie starają się uzasadnić męskiej ciąży w logiczny sposób. Jak urodzi? Jak będzie karmić? Jak w tej chwili karmi i dotlenia płód? Jak doszło do zapłodnienia? W jaki sposób kobieta przekazała mężczyźnie co trzeba? I czemu po pozytywnym teście na ciążę mężczyzna nie poszedł do urologa najpierw? Te i dziesiątki innych pytań nie znajdują odpowiedzi – ale no, dużo filmów i seriali odrzuca naukę. Niedawno widziałem film, gdzie na drugim planie ktoś gadał o tym, ile czasu marnujemy na sen i co moglibyśmy w tym czasie zyskać – oczywiście bez wspomnienia, ile rzeczy podczas snu robimy, ani jak je zastąpić bez snu; przy tym facet rodzący dziecko jest całkowicie przytomnym założeniem. Ten serial zdaje się znajdować w naszej rzeczywistości, jednak tam faceci ekstremalnie rzadko, ale jednak!, zachodzą w ciążę. I tyle. Co z tego wynika? W zasadzie niewiele, ponieważ to zwyczajne kino obyczajowe, bardzo grzeczne i spokojne, o zmaganiach z ciążą. Zmianach w ciele, wywróceniu życia zawodowego i osobistego do góry nogami, potrzebie wsparcia i zrozumienia przez innych. Stawieniu czoła rzeczom, o których nikt nie ostrzegał – jak cieknące sutki. Cokolwiek oczekujecie albo chcecie od fabuł takich jak ta – może jakiś komentarz społeczny czy komedia – w tym serialu tego nie dostaniecie. Do tego stopnia, że ciężko nawet z początku zrozumieć, czemu w ogóle facet tu rodzi. Zamienić płcie i serial byłby równie barwny.

Dopiero w ostatnich odcinkach pojawia się jakaś myśl przewodnia – wraz z pojawieniem się ojca bohatera, który też okaże się być rodzicielem swojego potomka. Tylko wtedy miał ciężej, nie było Internetu i takiego ludzkiego podejścia do mężczyzn w ciąży. Jeśli więc oczekujecie ideologii od tego tytułu, oto ona: pochwała tego, że w ciągu ostatnich dekad ruszyliśmy do przodu jako ludzie. Jesteśmy gotów pomóc bardziej drugiemu człowiekowi, bo to wszystko, co w nim widzimy: człowieka.

Ładny więc to, spokojny i humanitarny serial. Szkoda tylko, że w moim przypadku był totalnie obojętny. To tylko osiem odcinków, tylko 3,5 godziny, a ja nie miałem potrzeby kontynuować seansu, pamiętać czegokolwiek, bardziej się w to angażować, przejmować czymkolwiek. Zapamiętam pewnie bardziej zamieszanie wokół premiery niż ją samą.

2/5

Biały blask: Historia Abercrombie & Fitch

19 kwietnia | Netflix

Ponieważ wszystkie problemy na tym świecie już omówiliśmy i rozwiązaliśmy, pochylmy się nad historią jednego (!) sklepu z piosenki Summer Girl (1998), która sprzedawała swoje ubrania przy użyciu seksapilu modeli oraz nie zatrudniała nikogo, kogo nie uważali za ładnych. I to tyle.

Dynamiczny to dokument, który ładnie buduje tło społeczne i kulturalne tamtych czasów, szybko przechodząc od jednej wypowiedzi do drugiej. Tylko w pewnym momencie myślisz na głos, o czym jest ten dokument – i wtedy się zacinasz. I to uczucie nie odchodzi od ciebie na resztę seansu. W sensie… To prywatna firma. I to nie ona jedyna stosowała się do zasady „seks sprzedaje” albo „lepszy ładny pracownik od brzydkiego”, bo tak ogólnie działa świat przecież. Od dawna.

Zapewne za parę lat będziemy mogli obejrzeć dokument o tym, dlaczego Netflix zrobił taki dokument akurat o tej jednej firmie. Cała sprawa śmierdzi z każdego dystansu. Ewentualnie za parę lat sam będę w jakimś dokumencie płakać, że gdy pracowałem w szpitalu i miałem zrobić młodej pacjentce EKG, to ona prosiła, żeby pielęgniarka to zrobiła zamiast mnie.

2/5

Człowiek Boga ("The Man of God")

16 kwietnia | Netflix

Chrześcijańska pasza na motywach przypowieści o synu marnotrawnym.

Wszystko tutaj ledwo się klei: bohater z tragicznym dzieciństwem z ręki ojca pastora odwraca się od religii, ale cierpi wewnętrznie, bo nadal ma Boga w sercu i nie wie, co jest właściwie. Pakuje się w trzy związki równocześnie i jakieś brudne interesy, po czym mamy niezasłużony happy end z powrotem syna marnotrawnego, bez pokazania wewnętrznej przemiany bohatera czy coś. Nawet w sumie nie ma na nią miejsca.

Były gorsze filmy z tej niszy. Bardziej wulgarne i obraźliwe. Ten po prostu jest źle zrobiony, bo wydaje mu się, że wystarczy dobrze chcieć.

Plus: to Nigeryjska produkcja, więc wszyscy używają języka angielskiego tak, że ledwo się ich rozumie. Brzmią przez to, jak amatorzy aktorstwa, ale oni tak mają i tyle. Niemniej, jest tu sporo błędów dźwiękowych – wyraźny dubbing w kilku momentach albo scena dialogowa, gdzie każdy z aktorów brzmi inaczej, bo mikrofon był źle ustawiony czy coś.

4/5

Panda Tafla ("Stillwater") - sezon II

15 kwietnia | 7 odcinków po 25 min | AppleTV

Mądra i ładna animacja z myślą o najmłodszych oraz ich rodzicach.
 
To komputerowa animacja, która wygląda naprawdę ładnie (chociaż trochę płasko i drewnianie), w której obserwujemy losy trojga dzieci. I trafiają one zawsze na jakiś problem, którego rozwiązanie znajdują w opowieści tytułowej Pandy imieniem Stillwater – są one ilustrowane animacją 2D, przez co później jest zawsze szok wizualny, jak wracamy do 3D. Serial promuje adresowanie prawdziwej sytuacji, zachowanie spokoju i cierpliwości, patrzenie oczami dziecka na świat wokół niego. Nic tutaj nie jest zlewane lub ignorowane, bez znaczenia, jak mało istotna wydaje się dana sytuacja z większej perspektywy – liczy się, że młoda osoba staje wobec czegoś, czego nie rozumie i Panda uznaje, że trzeba z tym pomóc.
 
A sama jej opowieści są naprawdę mądre oraz zaskakują poprzez cwane wywracanie danej sytuacji tak, aby dziecko inaczej spojrzało na swoje życie i samodzielnie doszło do jakichś wniosków. Dzieci są tutaj bardzo prawdziwe, więc mogą też irytować, ale o to w końcu chodzi – o akceptację takiego zachowania. Na dodatek serial ma potencjał przypomnieć dorosłym, jak sami mogli się czuć dawno temu, gdy np. ich najlepszy przyjaciel wolał spędzić dzień z innym przyjacielem. Albo jak budowali domek na drzewie i mieli za dużo pomysłów. Albo ich ukochane drzewo było ścięte. Sam pamiętam, jak dziadek ściął wiśnię, bo była chora. Ech…
 
PS. Widziałem tylko drugi sezon. I przychylam się do tego, by na tym zakończyć seans, chociaż trzeci już wyszedł.
2/5

Odwilż - sezon I ("The Thaw")

15 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | HBO Max

Beznamiętny kryminał do zapomnienia.

Bohaterka Kasia jest policjantką. Ma córkę i martwego męża w sprawie którego zamknięto śledztwo z werdyktem: samobójstwo. Kasia jednak w to nie wierzy, tymczasem znalezione zostanie ciało kobiety i będzie szukać mordercy, chyba. W sumie trudno powiedzieć, bo fabuła rozwija się byle jak, jakby nikt nie miał na nią pomysłu, ale jakoś ją ciągnęli. Zresztą to było mało istotne, bo najważniejsze w tej produkcji jest wątek tego męża Kasi, chociaż nie miało to żadnego związku z fabułą A. I wątkowi samobójstwa ledwo poświęcono jakikolwiek czas antenowy, zamiast tego od razu przeszli do wniosków, że trzeba być silnym i zostawić przeszłość za sobą. Czy coś. Lepiej szczegółów nie pamiętać, bo to w dużej mierze głupoty, absurdy i dreptanie w miejscu razem z fabułą. Oglądanie działań „policjantki” to ubaw po pachy. To też oczywiście jedna z tych produkcji, gdzie ktoś weźmie bohaterkę i powie jej, jaką świetną policjantką ona jest – co oczywiście jest słuszne, bo widownia sama by nigdy do takich wniosków nie doszła. Radzę nie liczyć podczas oglądania, ile razy narażała ludzkie życie bez żadnego powodu – ale może to pomoże zaangażować się jakkolwiek w tę produkcję, bo osobiście nie dałem rady tego zrobić. Sprawa morderstwa, samobójstwa czy dziecka była mi całkowicie obojętna ze względu na nijaką narrację.

Beznamiętni są również aktorzy. Protagonistka ma chociaż wymówkę, bo nosi w sobie żal za zmarłym mężem, dlatego jej głos jest monotonny i płytki nawet w scenie biegania za mordercą w przedostatnim odcinku, to musiało być zaplanowane. Nie tłumaczy to jednak innych scen, gdzie bez powodu unosi głos, więc mogę się mylić i ten serial nie powstawał bez żadnego planu, a aktorzy wybierali sceny krzyczenia w przypadkowy sposób.

Aktorstwo w tym obrazie byłoby po prostu złe, gdyby nie fakt, że widziałem tę obsadę w innych produkcjach i tam byli świetni. Widziałem tego samego reżysera, który bierze pod opiekę nieopierzoną bandę debiutantów i wyciska z nich fenomenalny występ. Jak to się stało więc, że pomimo reżysera i obsady oglądamy definitywnie zły występ? To musiało być celowe – i chyba w końcu umiem wskazać problem polskiego kina: otóż każdy w tej produkcji gra jak dziecko. Wiedzą, co mają w danej scenie powiedzieć, jak się poruszyć, jak zareagować… Bo ktoś tak im powiedział. Nie rozumieją całej filozofii pod spodem, ponieważ ich gra nie polega na reagowaniu. Wszystko, co zobaczymy, to granie „od siebie” – jakby każdy z aktorów był skupiony tylko na sobie, własnym przedstawieniu, jakby najważniejsze w danej scenie było to, co ON/A pokaże. Nie reagują na czyjąś grę, na czyjeś słowa – ktoś jest smutny, bo to było w scenariuszu, więc ten smutek wydobywa z siebie. Efekt jest więc dziwny i trudno wyrazić słowami, na czym polega problem, ale oglądamy tych ludzi i coś się nie zgadza, tylko nie umiemy powiedzieć, co. W końcu jesteśmy przyzwyczajeni do reagowania, a tutaj ta „reakcja” jest pomijana i tylko przechodzą do efektu owej reakcji. Nawet nie patrzą sobie w oczy! Można pić czysty spirytus za każdym razem, jak aktorzy w tym serialu patrzą sobie w oczy i nadać być trzeźwym pod koniec sześciogodzinnego seansu. Dlaczego takie więc było polecenie, żeby wszyscy na planie tak postępowali? Trudno powiedzieć.

W zasadzie jedynym objawem, że „Odwilż” reżyserował ten sam człowiek, co „Apokawiksę”, są sceny pościgów samochodowym, równie chaotycznie i źle zrealizowane. I tak lepiej niż resztę „akcji” w tym serialu, gdzie pościg na piechotę kończy się obserwowaniem dachu jakiegoś budynku. Pierwsza klasa, panowanie, pierwsza klasa.

Seans mija bez zaangażowania, z myślą o tym, że zaraz to wszystko zapomnę. Wyjątkiem będą mieszkańcy Szczecina i inni znający jego topografię, którzy na pewno zapamiętają ubaw z obserwowania, jak bohaterowie z wyjątkowo chaotyczny sposób przemieszczają się po mieście. Mało brakowało, by z jednego końca miasta na drugi przemieszczali się przez Kazimierz Dolny.

3/5

Roar - sezon I

15 kwietnia | 8 odcinków po 35 min | AppleTV+

Dziwne historie dla tych, którzy liczą na ważne przesłanie.

Twórcy ogólnie mają dobre pomysły, a raczej standardowe obserwacje dotyczące relacji damsko-męskich, które w kinach są od wielu dekad. Np. że kogoś nie dostrzegamy, albo traktujemy tę osobę jako osobiste trofeum. No więc tutaj twórcy uczynią bohaterkę dosłownie niewidzialną. Albo dosłownie mąż ją poprosi, aby usiadła na półce i tam została. A ona się zgadza. To są zagrania z surrealizmu bez wchodzenia w surrealizm, cały czas działamy w naszym świecie. Twórcy osiągają tylko niedorzeczność.

Autorom brakuje poczucia humoru, albo zrozumienia tego typu fabuł – ewentualnie te rzeczy są dla nich błahe. Na pewno istotne jest dla nich przesłanie, reszta jest co najwyżej środkiem do celu, więc nie poświęcają za bardzo czasu na budowanie świata. W odcinku o kobiecie jedzącej fotografie, ona po prostu zaczyna jeść fotografie – i dopiero po tym akcie odkrywa, że dzięki tej czynności wracają do niej wspomnienia. Ona nie wiedziała, że taki będzie efekt, po prostu jest taką samą kobietą jak ty i ja, tylko zaczęła jeść fotografie. Takie szczegóły właśnie sprawiają, że ciężko jest wejść w ten serial, skoro ja podczas oglądania myślę o tym więcej od twórców*.

Pomimo stawiania przesłania na pierwszym miejscu, twórcom nadal nie udaje się go przekazać w jasny sposób, bo grzęzną w dziwnych scenariuszach i nie mają pojęcia, jak z nimi dotrzeć do odbiorcy. Albo im na tym nie zależy. Kobieta po porodzie ma rany na całym ciele, ale nie idzie z tym do szpitala, za to idzie do pracy i na wyjazd służbowy, gdzie chleje alkohol. To wszystko. Odcinek prawie dobiegł końca, zanim się zorientowałem, że to miała być metafora tego, jak społeczeństwo ogranicza kobiety po tym, gdy zostają matkami: nie mogą kontynuować kariery, nie mogą wyjść na miasto i się bawić, bo powinny zostać w domu z dzieckiem. W sumie fajnie, tylko chyba był lepszy sposób na opowiedzenie o tym, niż poprzez pokazywanie bohaterki mającej na pierwszy rzut oka egzotyczne choroby zakaźne? Gdy ludzie dziwnie się na nią patrzyli, to mieli uzasadniony powód – nikt tu nie szukałby metafory czy przesłania. Nie widziałem kobiety ograniczanej przez społeczeństwo, widziałem kobietę, która POWINNA być ograniczona od społeczeństwa.

Dużo można pisać o błędach w tym serialu, ale to nie analiza, dodam tylko, że jest tu scena tańca jakby wyjęta z klasycznych musicali, ale została zepsuta przez twórców, jak tylko mogli to zrobić. Cały jej ciężar spadł na aktorkę, która bez choreografii musiała wyrazić jak najwięcej, za co szacunek dla niej i żal, że tylko tyle z tej sekwencji dostaliśmy. Z tego, co się orientuję, fani tego serialu są zadowoleni z samych metafor i tego, że je rozumieją, że odnoszą się one do problemów, które znają. Jak tyle wam wystarczy – tak, to serial dla was. Jeśli jednak uważacie, że symbolika musi się wywodzić z fabuły, a nie intencji twórców, z kolei oni sami tak po prostu muszą się starać, to są lepsze seriale dla was. Może w następnym sezonie – teraz mają do zaoferowania dziwne historie, które w połowie same chyba nie wiedzą, o co im chodzi, ale za to są bardzo z siebie zadowolone.

*mogła chcieć zniszczyć fotografię, wyrzucić ją, ale ona by cały czas wracała. Wyrzuca za okno, pali, drze na strzępki, ale zdjęcie nadal wraca do albumu, więc w akcie desperacji zjada zdjęcie i dokonuje odkrycia.

2/5

Wybieraj albo umieraj ("Choose or Die")

15 kwietnia | Netflix

Tragedii nie ma. Największym plusem jest najzabawniejszy zgon roku (ciężko będzie to przebić). Czekam na kontynuację!

Niby trudno jest ogłosić, że to zły film, porażka i tragedia, absolutnie nieoglądalna – tak nie jest. Z drugiej strony… trudno traktować poważnie cokolwiek w tej opowieści. Młoda, współczesna osoba dla kilku dolarów bierze udział w grze komputerowej z lat 80., która okazuje się śmiertelną zabawą psychopaty zdolną do manipulacji rzeczywistością.

Są w tym tytule sekwencje mające sens, potencjał, nawet nieźle się je ogląda. Wykonanie jest na różnym poziomie i ekipie wyraźnie raz się chciało, raz nie. Łatwo sobie wyobrazić wersję tego filmu, która by się udała – w tej wersji zagrożenie dla bohaterów faktycznie byłoby przerażające, budowałoby napięcie kolejnego wyzwania. Póki co jest jakaś amatorka z krzyczeniem na ekran – a nawet jak ktoś umrze, to ja byłem przekonany, że to tylko udawanie. Potwierdzenie zgonu bardziej wywołało rozbawienie – bo mamy tutaj najbardziej absurdalną śmierć w historii, z powodu wymiotów taśmą magnetowidową. Nawet jak to piszę, to nie wierzę, że to skończyło się śmiercią, ubaw po pachy. W lepszej wersji filmu ta rozgrywka faktycznie pochłaniałaby umysły graczy na całe ich życie, póki co to wydaje się po prostu dziwne. W lepszej wersji filmu bohaterka miałaby lepszy powód, aby się zemścić na gospodarzu – w tej wersji był jedynie nieuprzejmy. I za to zrobiła go tak, że jak go gliniarze znaleźli, to się porzygali. To nie jest protagonistka wierząca w siebie, to po prostu psychopatka, której nie chcemy kibicować.

Nadal jednak nie chcę się złościć na ten film. No jest kiepski, to żadna zbrodnia, do wieczora o nim zapomnę.

Zakończenie zapowiada ciąg dalszy. I bez sarkazmu mówię: dajcie mi tę kontynuację. Będzie świetna, jestem pewien. Za sam pomysł fabularny i jego potencjał, ja już jestem na tak. Ocena na IMDb dla Netfliksa nie ma chyba znaczenia, oglądalność się zgadza, więc za dwa lata się widzimy, prawda?

4/5

Warm Blood

14 kwietnia | AFF

Medytacja nad samopoczuciem ludzi w małych miasteczkach USA. Doceniam.

Ten film wygląda jak produkcja sprzed lat, pasując do czasu akcji: roku 1988. Oglądamy losy młodej dziewczyny, która uciekła z domu, teraz tam wraca. Ma w ręku osobisty dziennik z przeszłości, gdy była na terapii – cały czas słyszymy ustępy z tego dziennika. Mijamy dziennikarzy w pracy, ich informacje przerywają nam seans. Widzimy świat bezdomnych, nocnych ludzi, ludzi ulicy i innych. Trafiamy na ludzi, których bohaterka kiedyś znała, którzy mają z nią historię. Poznajemy jej rodzinę, a wszystko, co widzimy: kostiumy, scenografia, zdjęcia! – pasuje do narracji z dziennika, gdy młoda osoba spisuje swoje prywatne przemyślenia. Świat pasuje do takich negatywnych, pustych, ponurych myśli rezygnacji. Refleksje pozbawione nadziei i wiary, że cokolwiek w ogóle ma jeszcze sens – a my to rozumiemy, bo widzimy jej środowisko i ludzi, z którymi żyła, żyje, pewnie żyć będzie. Nic tu nie ma sensu, żaden człowiek nie jest ludzki, wszyscy noszą w sobie brud, roznoszą go wokół.

Twórcy za bardzo polegają na narracji ze strony dziennika. Większość czasu oglądamy chodzenie po mieście bez akcji czy osobowości, cały kontekst płynie ze słuchania. I dostarcza to niezwykłego doświadczenia, zejścia do światu pustki i niczego, w poszukiwaniu człowieczeństwa – ale jednak jest to doświadczenie zdystansowane, w którym szybko zapominamy szczegóły albo jakiś fabularny drogowskaz. Z czasem twórcy zaczynają się najbardziej skupiać na tych dziennikarzach mających frajdę z opowiadania o tragedii, bo opowiadają do ludzi ślepych i głuchych na świat wokół nich. W ogóle czuję, jakby twórcy sami się zgubili w tym filmie i nie wiedzieli na koniec, o czym chcą opowiedzieć.

A ja nie szukam tutaj potwierdzenia tego, w co chcę wierzyć. Chcę usłyszeć, co autor ma o tym do powiedzenia.

2/5

Father Stu

13 kwietnia | Amazon Prime

Na poprawę humoru. „Chrześcijańska pasza” w ukryciu.
 
Opowieść o człowieku, który ma 50 lat i nadal zarabia obijając mordy w jakiejś spelunie. Co prawda tego nie widzimy, zobaczymy tylko jakieś chaotyczne machanie łapami, ale spoko, mało wymagający widzowie zobaczą tutaj boks. Matka mu mówi, że już jest za stary na sport, więc wymyśla sobie bycie aktorem, pracuje na etacie w mięsnym i skończy jako ksiądz. W międzyczasie zachoruje na jakiś dziwny katar i umrze, ale najpierw zrealizuje wszystkie marzenia. Poza tymi, których nie zrealizuje, ale niektóre na pewno.
 
Technicznie film jest skandalicznie źle zrobiony. Ilekroć cokolwiek ma miejsce, to nawet nie da się tego zobaczyć. Rolą kamery jest tylko spoglądanie w stronę aktorów, którzy grają przesadzone postaci. Język filmowy nie jest w ogóle użyty. Wszelkie braki wynikające z nieangażującej narracji zastąpione są wstawkami z popularnymi piosenkami. Siłą filmu jest opowiedzieć inspirującą historię na poprawę humoru – główny bohater ma marzenia i nie uznaje odpowiedzi „nie”, tak samo jak nie pozwoli się wykorzystywać. Jest przy tym ludzki, ale wiecie – w taki fajny sposób, nie że wiarygodny. Zostaje księdzem, który mówi jak dres na ulicy, ale taki „fajny” dres na ulicy, nie taki wiarygodny. Przemawia do ludzi bezpośrednio, ale wiecie, w taki „fajny” sposób, który daje „fajny” efekt. Gdyby cokolwiek z tego filmu wydarzyło się naprawdę, miałoby całkowicie inny efekt, ale urok tej produkcji polega właśnie na tym, że możemy udawać, że wcale nie. Każdego może spotkać druga szansa, każdy może zapracować na zbawienie, każdy może naprawić relacje z ojcem. Jeszcze autor scenariusza odważy się skrytykować Kościół jako instytucję, która obawia się wyświęcać takich ludzi, jak bohater, na księży.
 
Oczywiście, film jest na faktach.
 
Dziwny casting Mela Gibsona, albo może ja czegoś nie wiem. On chyba był religijny, a tutaj chce postać swojego syna zastrzelić za bycie księdzem. Tylko na końcu chyba się nawraca, więc chyba o to chodziło. To w sumie też ma jakąś wartość, chociaż intencje wydają się co najmniej pokręcone. Bo tak na logikę, to wartościowsze wydaje się przedstawienie osoby, która dała radę żyć w wierze, zamiast się nawracać na ostatniej prostej, bo jej syn umiera.
3,5/5

Epoka lodowcowa: Przygody Scrata

13 kwietnia | 6 odcinków po 3 min | Disney+

Struś Pędziwiatr w świecie Epoki lodowcowej. Najlepszy odcinek: 5

W tle filmów z serii Epoka Lodowcowa jest drobny zwierzak szablozębny z obsesją na punkcie żołędzia. W tej produkcji napotyka na małego wiewióra, którego adoptuje. Mały okazuje się łączyć niewinność z cechami zwierzęcia z piekła rodem. Głodny i aż chce się go przytulić, niewinny i nieznający świata, z drugiej doprowadzający do szału swoją niezdarnością czy brakiem ogarniętości. Co więcej, z czasem twórcy dają mu więcej samoświadomości, tzn. mały zaczyna używać słabości Scrata na swoją korzyść. W ten sposób zaczynają się napierdalać o żołędzia.

I wtedy ten serial zaczyna chwytać, wtedy staje się czymś na kształt współczesnego „Strusia Pędziwiatra”, tylko tak jakby sami twórcy o tym jeszcze nie wiedzieli. Póki co cały pierwszy sezon ma ledwo pół godziny, a realizatorzy eksperymentują. Trzy pierwsze odcinki są jakby pokazem slajdów dla niemowlaków, czwarty już ma elementy nadnaturalne, a w piątym (moim ulubionym!) już mamy dynamiczny, przerysowany humor na całego. Ostatni z kolei jest naprawdę mroczny. I chyba będzie więcej. Jest w tym potencjał. Ja się bawiłem naprawdę dobrze i daję plusa na zachętę.

2/5

Lina ("Legatti")

13 kwietnia | Netflix

Nie idzie tego brać na poważnie.

Były chwile, gdy pytałem sam siebie: to jest głupie czy cwane? Wyjazd integracyjny dla zespołu tworzącego gry komputerowe: góry, chatka, narkotyki, seks i zbiór postaci o niewykorzystanym potencjale (głównie komicznym). Gdy noc się kończy, szef wymyśla: idziemy na wycieczkę, przywiązani liną. Przez 24 godziny. To idą, a szef zostaje, bo ma chatę wolną i będzie dupczyć, tylko jego obecna dupa zaczyna mu męczyć dupę i w ciągu jednego dialogu dochodzi do wniosku, że to już koniec i zabiera dupę w troki. Tak, użyłem słowa „dupa” cztery razy w jednym zdaniu.

Najbardziej wymowne będzie zdradzenie przeze mnie, że przystąpienie wszystkich do pomysłu łażenia po górach przez całą dobę bez przygotowania jest tu najmniejszym problemem. Dopiero później dojdą do takich problemów: „No dobrze, ale jak będziemy korzystać z łazienki, skoro jesteśmy przywiązani?”. Po jakimś czasie pojawi się niedorzeczna przemoc, szefu przywiąże linę do samochodu i zagrozi, że pociągnie wszystkich, a na koniec okaże się, że to wszystko jest częścią gry komputerowej. Tzn. ten zespół nie ma pomysłu na grę i wymyślił, że „hej, a może ludzie w górach przywiązani liną?” i postanowili przetestować ten pomysł w praktyce. I na koniec stwierdzili, że to dobry pomysł, tylko osobiście nie podzielam tej opinii. Nawet nie wiem, na czym ta gra miałaby polegać, jaki to byłby gatunek?

Próbowałem spojrzeć na to od strony ludzi mogących myśleć, że to dobry pomysł. Że lina jest tylko metaforą, że pozwoliła w oryginalny sposób przedstawić napięcia między ludźmi pracującymi w jednym biurze. Widzę tutaj z tej perspektywy potencjał na tytuł dla fanów The Office US. Jeden chłop okaże się mieć romans z jedną pracownicą, chociaż ma w drodze dziecko z inną – na co zdradzona powie, że spał z tamtą ze strachu przed zmianą, dojrzałością. Abstrahując od tej przemocy i tego, czy to też będzie częścią gry – czy to naprawdę jedna z nielicznych reprezentacji dojrzałego podejścia do zdrady? Wiecie, zamiast tylko krzyczenia i błagania o wybaczenia, mówimy o zrozumieniu? I to zrozumieniu dobrowolnym, niewyproszonym i samodzielnym?

W tym kociołku jest więc odrobina sensu i potencjału. Po seansie tylko wzruszymy ramionami, ale pewnie za parę lat powstanie remake, który będzie bardziej dopracowany. Może wtedy się uda.

1/5

Poskromienie złośnicy

13 kwietnia | Netflix

Półtorej godziny oglądania, jak ludzie zachowują się we wkurzający sposób. Na to się nie da patrzeć, tego nie da się słuchać.

Tytuł wskazuje na sztukę Szekspira, ale po wprowadzonych zmianach to mogłaby być dowolna inna sztuka tego autora. Mamy tutaj jakieś brzydkie meble robione z węgla, którego złoże jest w posiadaniu dwóch górali, którzy potrzebują jeszcze zgody jakiejś baby, więc coś tam, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. The End.

Zaśmiałem się, jak pan Piotr Cyrwus podczas kłótni powiedział córce, że nie jest w ciąży. Fajnie było też zobaczyć Adama Małysza („ten słynny kierowca rajdowy”, ech). Polskie góry też są spoko w oglądaniu. Na tym kończą się moje ciepłe wspomnienia związane z tym seansem.

Cały film to słuchanie, jak aktorzy kaleczą góralską mowę (i język angielski kilka razy), drąc ryja jeden na drugiego, zapewne aspirując tym samym do bycia zabawnymi. No raz im się udało, ale w pozostałych przypadkach mówimy raczej o (przykład z początku filmu) babie, która nie pilnuje walizki na kółkach. Bagaż zjeżdża z góry, powoduje wypadek motocyklowy, po czym baba zaczyna się drzeć na kierowcę jednośladu: „Jak jeździsz, kretynie?!”. To nasza protagonistka. Chłopu to nie przeszkadza, bo jak wiele postaci w tym filmie, jest napalony. A film robi wszystko co może, aby obrzydzić seksualne napięcie jako zjawisko ludzkie, ujmuje mu całe piękno. Po seansie kojarzy się wyłącznie z czymś haniebnym, poniżającym, uwłaczającym i nieludzkim. W tym filmie nawet opieka medyczna woli przelecieć pacjenta niż go leczyć. Bo to, hehe, zabawne – pani lekarz chce, a pan pacjent nie, hehe. Chłop nie chce ten teges, hehe.

Są tu sceny, które przekroczyły granice bycia produktem, a zaczęły już działać na poziomie moralnym – bo jednym jest brać udział w produkcji niskich lotów dla wypłaty, a czym innym jest brać udział w kręceniu sceny „zdrowotnego” batowania chłopa dla komedii. Po prostu trzeba być okropnym człowiekiem, żeby być w pobliżu, gdy to powstaje, a co dopiero być przed kamerą, fizycznie brać udział w powoływaniu tego do życia.

Są słabe filmy, które można oglądać dla śmiechu. I są okropne filmy, po których człowiek czuje się brudny. Poskromienie złośnicy to ten drugi typ.

5/5

From

10 kwietnia | 10 odcinków | Epix

Ludzki horror dla głodnych po Lost. Chyba w końcu mamy następcę…

Małe miasteczko, do którego ludzie trafiają przypadkiem, by już nigdy go nie opuścić. Droga prowadząca na wprost prowadzi jedynie do punktu wyjścia – jak? Nikt nie wie. Gorzej, że po zmroku zaczyna krążyć… zagrożenie. Jedni są tutaj od niedawna, inni mogli się nawet tutaj urodzić. Żyją z dnia na dzień, organizują się, pilnują porządku, pomagają sobie nawzajem. To stare miasto otoczone lasem, pełne pojedynczych domków i innych małych budynków: mają tutaj młodą panią doktor, policjanta (byłego wojskowego), Koreańską kucharkę, a niedługo pojawi się ktoś nowy…

Początek jest najgorszy, te pierwsze 10 minut: wizytówka serialu, pokazanie jego wszystkich cech oraz prezentacja świata. Jak najszybciej i jak najwięcej, bo czytelnik scenariusza się znudzi i przestanie czytać – przez to pierwsze wrażenie to raczej „jeszcze jeden taki serial?”, bo to tytuł wymagający czasu, oddechu. Opowieść przy tym nadal jest dynamiczna, zróżnicowana i ciekawa, ale ważny jest też czas spędzony z bohaterami, jak skupiają się na poszczególnych wydarzeniach i myślą, co zrobić w danej sytuacji. Jest tutaj dużo bezsilności i braku wiary, że cokolwiek ma jeszcze wartość lub znaczenia. Po co to wszystko? Po nic, wydaje się oczywistą odpowiedzią, ale w drugą stronę: gdy pod koniec sezonu zaczną myśleć nad sposobem ucieczki, to wtedy spojrzą na to w inny sposób. Mianowicie: czy ten inny świat ma dla nich wartość? Znają ten, w którym teraz są. On ich zmienił, oni go rozumieją. Czy gdzieś indziej mogą jeszcze poczuć się jak w domu?

To bardzo ludzki tytuł. Spędzamy czas z bohaterami, rozumiemy ich, razem z nimi przejmujemy się i radzimy sobie z codziennością. A to ludzie tego warci: ponoszą ich emocje i tracą czasem cel z oczu, ale koniec końców wiedzą, co jest na tym świecie istotne. Nawet jeśli nie zgadzają się z innymi odnośnie metod, to cel mają ten sam, to ich łączy. Dlatego przede wszystkim działają nie tylko wątki obyczajowe, ale i horror: zagrożenie tutaj jest naprawdę straszne, a każdorazowe (dosyć rzadkie) pojawienie się go jest obciążone okropnym ciężarem. Wiemy, co się może stać tym ludziom. I nie chcemy tego. Rozumiemy, że czują komfort oraz pewność siebie wynikającą z rutyny: tym bardziej wiemy, że pomyłka będzie śmiertelna.

Na tym serial się opiera mniej więcej do połowy. Wtedy jeszcze świadomie lekceważyłem wszystkie pytania: skąd mają jedzenie i prąd, czemu nie szukają drogi wyjścia stąd? Zakładałem, że to po prostu coś w stylu mojego ulubionego serialu: tam nie liczą się odpowiedzi, a życie z okolicznościami, w których przyszło nam sobie radzić. Straciliśmy miłość naszego życia i jest ciężko, ale liczy się, abyśmy żyli tak, aby ta ukochana osoba nadal mogła być z nas dumna.

I wtedy przychodzi szósty odcinek, kiedy to twórcy robią nam coraz większy smak na odpowiedzi. Prezentują nam mitologię, sny, różne wydarzenia i niewyjaśnione wizje – nie ma w tym żadnych odpowiedzi, ale mamy poczucie, że twórcy wiedzą, co robią. Stworzyli świat, w którym poruszają się ze swobodą. Składają więc obietnice i ich dostarczą: dowiemy się, o co chodzi w tym serialu. Ostatnie trzy odcinki uderzają clifhangerami jeden za drugim, a ja jestem w pełni zaangażowany. Chcę wierzyć.

Sezon II (2023) 4/5

Nadal mistrzostwo horroru i wciągających zagadek, tylko muszę przyznać: ten sezon to był pierdolnik.

Historia nadal jest mocarna, pełna niewyjaśnionych i dziwnych rzeczy, których wyjaśnienia człowiek nie może się doczekać. Naprawdę czuję się pod tym względem, jakbym oglądał Lost tylko jednocześnie żałuję, że nie ma tu lepszych scenarzystów i reżyserów, którzy by mogli lepiej tę historię pokierować, lepiej tych aktorów pokierować, lepiej akcję zaprezentować… Te elementy są niestety niskim kosztem uzyskane, co dziwi, patrząc na same nazwiska.

W tym sezonie historia jest chaotyczna tak bardzo, że ciężko nawet jakoś ją określić inaczej niż… „Przyjechał autobus. Szukają odpowiedzi. Sara wszystkich wkurza. Nowy jest paranoikiem. Lesbijki. Dom się zawalił. Boyd dostał zastrzyk krwi” koniec. Dzieje się mnóstwo wciągających rzeczy, ale… Jaka jest historia? Motyw główny? Jak opisać życie tych ludzi? 10 odcinków, akcja pędzi na złamanie karku i nie ma tu miejsca na ten pierwiastek ukazania codzienności w tym miejscu, jak tam w ogóle dają radę przetrwać.

Momenty horroru nadal są bezbłędne. Jak Boyd wyszedł polować na jednego, albo jak dzieci otoczyły Tabithę… Wszystkie sekwencje snu autentycznie działają, czułem zagubienie tych ludzi, niepewność, brak oparcia, zwątpienie we własny rozum, paraliż…

Scenarzyści niestety często dają dupy wymyślając sposób na zrobienie czegoś. Twórca serialu mógł im powiedzieć np. że sezon otwiera się od autobusu pełnego ludzi, którzy przyjeżdżają i trzeba ich jak najszybciej ukryć, aby uratować im życie. Tylko jak to zrobić, jeśli nie wiedzą nawet, że coś im zagraża? A no wyjść do nich ze spluwami i kazać im siedzieć cicho, jednocześnie mówiąc „to dla waszego dobra”. Ech. Ogólnie bohaterowie dają ciała cały czas, rozwiązując jakieś konflikty między sobą w najbardziej agresywny i dramatyczny sposób. Wina leży też po stronie narracji, ponieważ nie ma tu głównego wątku albo bohatera nawet w świecie serialu. Są jakieś cztery grupki, które robią jakieś rzeczy i w ogóle nie panuję nad tym, która grupa wie co, co odkryła itd. Ale wpadają na siebie i krzyczą „co wy do cholery robicie / kiedy mieliście zamiar o tym powiedzieć / pojebało was?”
sporo tu przekleństw. Oglądając pierwszy odcinek miałem wrażenie, że w ogóle idą na rekord czy coś. Scenarzysta kończy każdą scenę w ten sam sposób: trzeba tam iść, trzeba iść do kogoś, najwyższy czas znaleźć jakieś odpowiedzi. A zaczyna każdą scenę poprzez przypadkowe natknięcie się dwóch ludzi.

Tak czy siak, to wciąż serial, który powinien być najpopularniejszym tytułem roku. Chociaż może tylko w Polsce nikt o nim nie gada… Tak czy siak jest mnóstwo tajemnic czekających na rozwiązanie. I cieszę się, że trzeci sezon powstaje – chcę nadal wrócić do tego miejsca, do tych ludzi, chcę poznać ciąg dalszy ich losów. Tajemnice są istotne tylko dlatego, że są istotna dla nich – póki serial to rozumie, nadal będzie dla mnie w pierwszej lidze.

1/5

Agent Game

8 kwietnia '22 | Amazon Prime

Film z serii: robią coś. Zasypiasz. Budzisz się, patrzysz na ekran: bohaterowie dalej robią to samo. Jedna grupa dalej przesłuchuje zakładnika. Druga grupa dalej leci samolotem i się kłócą, komu mogą ufać czy coś w tym stylu. Aktorzy z całych sił starają się każdą linię dialogową wypowiedź w najbardziej intensywny sposób. Reżyser nie daje rady zachować jakiejkolwiek spójności. Kamera pokazuje tylko twarze aktorów, a scenarzysta skupia się na tym, żeby była intryga z jednoczesnym brakiem wydarzeń. Nic się nie dzieje, aż tu nagle się okazuje, że tamta osoba to na dwa fronty gra.
 
Generalnie film opiera się wyłącznie na tym, że fabularnie jest o tym, jak łatwo jest oskarżyć innych o zamachy albo inną niebezpieczną działalność, chociaż za wszystkim stoi tak naprawdę biały chłop w garniturze z rządu albo agencji rządowej, który nacisnął guzik, zabił ludzi i poszedł na przerwę obiadową. Ambitne, tylko ujęte w sposób typowy dla książek do kupienia na wagę na dworcu kolejowym.
 
Po seansie bawi mnie, że film kończy się sceną, od której zaczął. Na początku Mel Gibson strzela na ulicy i wykonuje telefon, że „Mamy problem”. W końcówce widzimy tylko, do kogo strzelał. Nie trafił, wykonuje telefon i kończymy film. Otwierająca scena jest wstępem zarówno do tego filmu jak i następnego. Jeśli następny powstanie. W sumie bardziej mnie bawi, że autorzy najwidoczniej planowali fabułę kolejnej części, zanim pierwszą dokończyli. A może ktoś im podzielił film na dwie części i musieli połowę rozciągnąć do półtorej godziny? Czy producenci „Hobbita” robili ten film?
 
PS. Nie wiem, co ze sobą zrobię, gdy skończą mi się gnioty z ’22 roku.:( Powoli odnajduję w tym komfort, że zawsze będzie jeszcze jeden taki film.
PS2. Żartuję, wtedy wezmę się za gnioty z 2012 roku…
PS3. Teraz już wiem, co Billy Walsh zrobił z życiem po nakręceniu „Medellin”.
3/5

Ostatnie dni Ptolemeusza Greya - miniserial

8 kwietnia | 6 odcinków po 50 min | AppleTV

The Father, w roli głównej Samuel L. Jackson.

Stary człowiek z demencją, opuszczony i samotny, z poplątanymi myślami. Po śmierci siostrzeńca obiecuje go pomścić, trafia pod opiekę młodej dziewczyny i bierze udział w eksperymentalnej terapii, która pozwala mu zebrać się do kupy na krótki czas. Adaptacja książki z 2010 roku, której opis brzmi dużo inaczej, chociaż to ponoć ta sama fabuła. Po prostu inaczej rozłożono akcenty – czytając okładkę powieści mam wrażenie, że będę miał do czynienia z Kwiatami dla Algernona. Widząc film myślę o The Father z Anthonym Hopkinsem, tylko takim, któremu wystarczą emocje na twarzach aktorów.

Jest w tym filmie scena, jak u adwokata siedzi grupa ludzi – w większości albo nieznana, albo ledwo przez nas rozpoznawalna – i oglądają film na telewizorze. I to jest cała scena: siedzą i patrzą w telewizor, a my dostajemy co najwyżej zbliżenia na ich twarze. Tylko tyle. Dusza kinomana we mnie tęskni do czasów reżyserów jak Kurosawa, który potrafił opowiadać ruchem zatłoczonego pomieszczenia, podkreślając zmiany zachodzące wtedy w opowieści, wyrażając tym samym emocje. Reżyser Ptolemeusza… przybliża twarze, aby spróbować osiągnąć ten sam efekt. Ma po swojej stronie Samuele L. Jacksona, który od zawsze był znany jako charyzmatyczny aktor, ale tutaj spełnia się w roli dramatycznej, starzec z charakterem. Poznamy go , gdy jest żałosnym człowiekiem, który nie ma władzy nad swoim życiem, by stosunkowo szybko nabrać wigoru dzięki terapii – wtedy staje się takim SLJ, jakiego znamy. Co więcej, gra jeszcze trzecią postać, młodszego Ptolemeusza, gdy ten zaczyna związek z miłością swego życia. I naprawdę nie wiem, która z tych ról jest bardziej grana od innych, tzn. w której z nich pan SLJ jest najbardziej sobą. Ma 73 lata, ale gdy potrzeba w jego ruchach energii, to ją pokazuje. Gdy trzeba pokazać, jak topi się w odmętach umysłu ze starości, też to dostarcza na ekran. A gdy trzeba komuś grozić, też to robi – i jest wiarygodny w każdym z tych aspektów. To pochwała nie tylko charakteryzatorów, ale i samego aktora. To rola, która wynosi całą produkcję o jedno oczko w górę.

Pomijając główną rolę – nie ma tu wielu zachwycających rzeczy. Ponownie: może to kwestia inaczej rozłożonych akcentów, w końcu twórcą serialu i książki jest ta sama osoba, ale w wersji filmowej nawet sama historia nie jest niczym specjalnym. Niby bohater jest samotny i zaniedbany, ale jednak zawsze się znajdzie ktoś, kto mu pomoże. Jak musi coś zrobić, to wie, do kogo się zwrócić. Wszystko ma miejsce we właściwym czasie: eksperymentalna procedura, która przywróci mu pamięć i będzie działać bez zarzutu, nagle też bohater okaże się posiadaczem bezcennych przedmiotów, więc będzie mieć środki na wszystko. A co do jego misji, czyli znalezienia mordercy jego opiekuna… Po prostu zapyta. I ktoś mu odpowie, kto to zrobił – to ten typ, który chodzi po dzielni z napisem na kurtce „Zabiłem Reggiego”. Potem skonfrontuje mordercę, nagra go na taśmę, bo ten oczywiście się przyzna. I w sumie opowiedziałem wam niestety większość fabuły. Nawet nie wiem, czy tę taśmę znaleźli, skoro już więcej o niej nie mówili.

Pozwolenie widzom na doświadczenie starości jest i tak dosyć skąpe – kilka sekwencji na krzyż, gdy plany czasowe się mieszają, najczęściej zresztą w celach narracyjnych – dodatkowo rozwodnione przez brak napięcia. Bohater zawsze ma pomoc i towarzystwo oraz dużo szczęśliwych zbiegów okoliczności. Raz się zająknie podczas przemowy i tyle, poza tym przez większość czasu jest pocieszny i kipi pozytywną energią, bawiąc wszystkich wokół. Łagodny to film, który chce opowiedzieć miłą historię o tym, że wszyscy umrzemy i lepiej wykorzystać czas, który mamy. Dbajmy o starszych. Dbajmy ogólnie o innych. To w końcu takie miłe.

Może jestem masochistą, ale wolę Kwiaty dla Algernona i jak mi serce pękło na końcówce, jak nienawidziłem się za zmuszanie do czytania ostatnich stron.

PS. TIL że Ken Kesey (autor Lotu nad kukułczym gniazdem) i Daniel Keyes (autor Kwiatów…) to dwie różne osoby.

2/5

Szyszka i kucyk

8 kwietnia | 8 odcinków po 23 min (w każdym tak naprawdę są dwa) | AppleTV+

Do oglądania z niemowlakami. Chyba.

Średniowiecze z fantasy dla najmłodszych. Magia, turnieje rycerskie, trolle. Tytułowa postać jest małą dziewczynką, która chce zostać rycerzem: pomaga jej otyły kucyk, który nie mówi, ale bez tego jest bardzo ekspresyjny. I mają przygody w każdym odcinku, ucząc się standardowych rzeczy z takich produkcji: żeby być przyjaciółmi z rodzicami, dbać o przyjaciół, że proszenie o pomoc to nie słabość, że twój idol może okazać się równie niepewny co Ty itd. Wszystko to jest w rzeczywistości bardziej skomplikowane, ale tutaj jest uproszczone w dobrej wierze. Sympatyczne to, kolorowe, proste. Bohaterka to taki typowy uroczy rozrabiaka, pakujący się w kłopoty, ale zawsze chcący dobrze.

Pochwała tego, co męskie (kompetytywność, odwaga, potrzeba samodzielności), bez nazywania tego męskim, odrzucając wszystko kobiece, bez nazywania tego kobiecym („urocze” jest fuj) – to w sumie moje jedyne wnioski z seansu. Obejrzałem, idę dalej. Wolę Fraglesy.

3/5

Wszystkie stare noże ("All the Old Knives")

8 kwietnia | Amazon Prime

Zamach samolotowy, w sprawie którego śledztwo po ośmiu latach wymaga postawienia ostatniej kropki. Agent przepytuje wybrane osoby pojedynczo, w tym nie tylko ze swoimi współpracownikami, ale też dawną miłością jego życia. Kto z nich był kretem? Kto z nich coś ukrywa? Poszczególne wątki przeplatają się, prowadzone są równolegle, z czasem będąc uzupełnione o retrospekcje. Przyzwoity film łączący romans, tragedię, kino szpiegowskie i melodramat. Zyskuje wraz z finałem, kiedy poznajemy prawdę o wszystkich bohaterach, ich intencjach. Proste to są rzeczy i zabiegi, ale jednak wyciska wtedy coś z oglądającego. Tylko żal, że dopiero na samym końcu. Na minus wolne tempo oraz wynikający z tego brak zaangażowania w historię, która po 40 minutach stała się dla mnie obojętna.

Plus ogólnie realizacja zasługuje na poklepanie po plecach.

5/5

Rozdzielenie - sezon I ("Severance")

8 kwietnia | 8 odcinków po 50 min | AppleTV+

O byciu ludźmi wobec samych siebie. Jessica Lee Gagné to skarb.

Praca jako drugie życie – są tacy, co nie chcą pracować, inni robią niezbędne minimum, jeszcze inni: zapracowują się na śmierć w nadziei, że to im przyniesie profit od szefa, uznanie. A co gdyby można było oddzielić życie prywatne od zawodowego? W znaczeniu dosłownym: idziesz do pracy i już z niej wracasz, bo w tym miejscu kontrolę przejęło twoje drugie Ja. Nie znacie się – on żyje tylko tam, ty żyjesz gdzie tylko chcesz. Pracownicy dobrowolnie i z pełną świadomością zgadzają się na tytułowe rozdzielenie – ich drugie Ja rodzi się w biurowcu i nigdy go nie opuszcza, wykonuje swoje zadania i umrze wraz z twoją emeryturą, nie poznając innego świata.

Serial ten bezbłędnie łączy filozofię, moralność, głębokie wywody pełne myśli życiowych oraz pasjonującą opowieść pełną zwrotów akcji i zagadek, wywołującą podczas seansu z tą samą łatwością chęć i potrzebę zrozumienia, co się dzieje, jak i samoistnych przemyśleń nad moralną stroną wszystkich wydarzeń. Przemyśleń, które na chwilę obecną nie płyną w żadną ze stron innych niż: jesteśmy ludźmi. Róbmy to, co ludzkie – wobec samych siebie. Widać, że twórcy dopiero zaczynają – drugi sezon jest już zamówiony – ale już teraz poruszają tematy kultury zapierdolu, relacji międzyludzkich (szczególnie w miejscu pracy) oraz kompetencji i tego, kogo uznajemy i na jakiej podstawie kompetentnymi do pewnych wypowiedzi czy czynów. W końcu nasze drugie Ja nie rodzi się z naszą pamięcią, ale jednak wyznaje nasze wartości, co jest podstawą symbiozy zaprezentowanej w tej opowieści. Spędzamy czas z pracownikami, by z czasem razem z nimi zacząć się zastanawiać: dlaczego robią to, co robią? Jaki efekt ma ich praca? Powoli zaczynają zwiedzać korytarze i poznawać inne departamenty, trafiają na kolejne tajemnice: ochraniarz okazuje się hodować kozy. W jakim celu? To dziwny serial, akceptujący swoją inność, manifestujący ją z dumą, wykorzystujący swoje możliwości do opowiedzenia pasjonującej historii.

Wiele tutaj można mówić, omawiać i zgłębiać, ale to już pole dla analiz, nie wstępnych recenzji zachęcających do seansu. Napiszę tylko, że jestem wdzięczny za tę ludzką przygodę – za to, co zrobili z bohaterami – za to, jak wykorzystali filmowy język wyrazu – za to, że teraz będę wyczekiwał kolejnego sezonu. I oglądał go z dnia na dzień.

Jeśli pamiętacie miniserial Ucieczka z Dannemory, to znacie też mocną ekipę stojącą za powołaniem do życie Rozdzielenia. Ben Stiller reżyseruje, zdjęcia Jessica Lee Gagné, montaż Geoffrey Richman, w obsadzie na drugim planie Patricia Arquette. Wszyscy robią niewiarygodną robotę, a trzeba jeszcze wyróżnić Andrew Baseman (scenografia) oraz Angelica Borrero i Jeremy Hindle (Art Department), ponieważ wszystko w kadrze jest efektem pracy tych ludzi. To opowieść, gdzie te elementy naprawdę mają znaczenie i w wyraźny, świadomy dla odbiorcy sposób współtworzą nasze wrażenia z seansu. Świat pracy jest czysty, przyjazny, nieograniczający – ale w taki sposób, że powstrzymuje nasze zapędy do sprawdzenia tych ograniczeń. Wszystko jest na swoim miejscu, bezpieczne – wystarczy tylko nie myśleć o szerszej perspektywie, skupić się na bieżącej chwili, bieżącym zadaniu. I tak to ciągnąć, jedno zadanie za drugim, jedno zadanie naraz.

Jessica Lee Gagné już dostała jednego Złotego Garreta za zdjęcia w 2018 roku, a teraz kolejny raz udowadnia, że nie ma tego, co przyjęło się nazywać „ego”: jest perfekcyjna w każdym aspekcie operatorki i na pierwszym miejscu stawia treść danej chwili, nie swoje aspiracje czy styl. W świecie zewnętrznym potrafi dostarczyć przepięknych kompozycji: zimnych, ponurych, pełnych przestrzeni pozwalających na oddech, który go uatrakcyjnia pomimo niższej wizualnie apetyczności. W świecie zamkniętym buduje ciasny świat zbudowany pozornie wyłącznie z korytarzy. Statyczny, uporządkowany, spokojny, ale gdy tego wymaga moment, kamera jest w płynnym ruchu wokół postaci, dając złudzenie lekkości i luzu, że ten świat też taki może być, że to wszystko jest spójną całością – tak samo, jak oszukuje się wtedy bohaterów. Przez cały seans widać, że każda decyzja operatorska była właściwa.

Seans obowiązkowy.

4/5

Metal Lords

8 kwietnia | Netflix

Granie na perkusji wydaje się proste, prawda? Każdy z nas w końcu umie zagrać 2112 w powietrzu, więc na prawdziwych bębnach też byśmy sobie poradzili. Metal Lords ma protagonistę, który nie umie grać na perkusji, nie czuje też rytmu ani nie rozumie metalu. To wszystko przed nim – przyjemna odmiana, moim zdaniem. Zakłada z kolegą zespół metalowy, aby przestać być prawiczkiem, a w rezultacie zyska pewność siebie.

Mogę sobie wyobrazić, że niektórych będą irytować bohaterowie, urządzając np. kłótnię na korytarzu przy wszystkich – to w końcu młodzi ludzie dopiero poznający życie. Jest tu kilka żenujących momentów, ale bez przesady. Tak, to jeden z tych filmów.

Z drugiej strony jest tu wątek poszukiwania basisty. I bohater odnajduje go w osobie dziewczyny grającej na wiolonczeli. Daje jej nuty do metalu, ona gra. Na wiolonczeli. I wtedy skupiamy się tylko na muzyce. W tym filmie jest ogromne serce do muzyki ciężkiej, buntu, krzyku i wyrażania siebie muzyką. Gdy grają WAR PIGS (\m/), to faktycznie się na tym skupiamy. To i na typowych elementach produkcji coming-of-age: poznawaniu ludzi, rozumieniu świata, rozwijaniu siebie. Stawanie przy swoim, wspieranie przyjaciół, romans z fajną koleżanką, zazdrość…

A scena w saunie pokazuje, że ten film wie, co robi. Ma serce we właściwym miejscu, a ja go doceniam. Za jego miłość do muzyki i ładne pokazanie nastoletniego okresu życia. Nawet jeśli fruwanie nad sceną mogli sobie darować, albo przemianę Emily w gotkę.

PS. Isis to mocny kandydat do tytułu Dupy Roku.

4/5

Yaksha: Decydująca misja

8 kwietnia | Netflix

Koreański dramat gangsterski. Dobrze wykonany. Czego chcieć więcej?

Intryga, odzyskiwanie dobrego imienia, walka do końca. Dużo świetnych scen akcji (choreografia, praca kamery), dużo poważnego aktorstwa uzupełnionego zasłużoną dramaturgią. Miasto wygląda świetnie, pełne deszczu i neonów, ruchu i ludzi. Oglądałem z przyjemnością.

2/5

Virus-23

7 kwietnia | HBO Max

Jakby Paul W.S.Anderson myślał, że kręcąc Resident Evil tworzy Listę Shindlera.

Przez pierwsze 10 minut nie mogłem znaleźć powodu, aby ten tytuł miał ocenę 4,5/10 na filmwebie. Opening jest stylizowanym, markowanym mastershotem przedstawiającym bohaterów oraz tematykę filmu: tytułowa zaraza oraz matka lekkich obyczajów dostaje pod opiekę własną córkę, bo żadne z rodziców nie chce się nią zajmować, więc małolata idzie razem z rodzicielką tam, gdzie wykonuje ona zawód ochroniarza. Chyba. I tam zaczyna się jazda z zombie. Długie ujęcie faktycznie służy tutaj opowiadaniu historii: skupianiu się na tle, przedmiotach na stole, trzyma aktorów w ryzach i dyktuje wysokie tempo, kondensację informacji przekazywanych widzowi, ruch jest utrzymany. Nawet gdy kamera opuszcza mieszkanie i krąży nad budynkami – nawet wtedy ja nie śledziłem pracy kamery, tylko historię. To naprawdę dobry opening!

A potem pada pierwsze bezpośrednie cięcie, napięcie siada, ludzie tylko chodzą przed siebie i gadają… A potem jest tylko gorzej. Pewnie antypatyczna postać matki będzie niektórym przeszkadzać, ale to jeszcze nix w porównaniu do tego, jak bardzo jest to niedorzeczny film. I jak bardzo chce się brać na poważnie. I jak bardzo tego oczekuje. Gdy przywiązali ciężarne zombie i zaczęli odbierać poród (serio!!!), to czułem, że powinienem się z tego śmiać, ale film oczekuje, że będziemy się przejmować tą dramaturgią: postacią ojca, który walczy o swoje dziecko z całych sił…

Na samym końcu dowiadujemy się, że jest to tytuł dedykowany ojcu reżysera. I wtedy to zaczyna mieć jakiś sens. Łącznie z tym, że córka ma tutaj imię Tata. Serio!!! A film na HBO jest dostępny tylko z lektorem, więc „Dad” i „Tata” jest tutaj jeszcze bardziej tym samym. Cały ten film to poroniony pomysł od samego początku, niestety.

3/5

Zepsuta krew ("The Dropout") - miniserial

7 kwietnia | 8 odcinków po 50 min | Disney+

Amanda Seyfried to skarb. Cała reszta przeciętna.

Tytuł z serii „dobra aktorka, niedobra cała reszta”. Podstawą jest prawdziwa historia o kobiecie, która wymyśliła sobie, że zamiast dużych maszyn badających krew, wymagających do tego dużej ilości tej tkanki (kilka mililitrów), ona stworzy maszynę, która będzie wymagać jedynie kropli. I to wystarczy, aby poznać stan pacjenta. Życie okazało się jednak życiowe, więc zamiast dostarczyć produkt, robili wszystko, byle tylko przekonywać innych, że ten produkt powstanie – łącznie z fabrykowaniem wyników badań i podejmowaniem działań, które zagrażają ludzkiemu życiu.

Wspomniana kropla to jedno ze znaczeń oryginalnego tytułu, drugie odnosi się do faktu, że bohaterka nie ukończyła studiów, co było jej dużą cechą w oczach innych. A ona chciała udowodnić… Cóż, to skomplikowane. A serial, zamiast pomóc wypłynąć nam nad morze skomplikowanych, ludzkich przeżyć, skupia się wyłącznie na utrudnianiu podstawowego oglądania.

Nawet nie jest wyjaśnione, na czym polega problem ilości krwi. Do dziś przecież pobieramy kilka mililitrów krwi, a i wyniki mamy od ręki, jeśli to jest istotne (pacjentka z aktywnym krwawieniem). A używamy maszyn pokazanych w tym serialu, więc gdzie ta rewolucja, w którą ludzie są tak chętni pakować ośmiocyfrowe kwoty? Tym bardziej, że bohaterka nijak się do niczego nie dokłada – rzuciła tylko pomysłem, nie miała wiedzy potrzebnej do realizacji tego celu. Umiała tylko gadać, sprzedać ideę, ale scenarzyści mają gigantyczny problem z przedstawieniem tego przekonywania do inwestowania w przekonywujący sposób. Wygodnie podzielili każdy odcinek na oddzielny etap w życiu bohaterki, każdy problem oddzielili i nie wraca on później w historii. Więc przez jeden odcinek możemy oglądać czyjeś wahania i jak w końcu decyduje się inwestować, ale co się potem z tą osobą działo? Jak reagował na późniejsze wydarzenia, czy też bez słowa była bierna? Ta bierność zresztą nie jest ludzka, tylko wygodna – dla scenarzystów. Są inne przykłady, które są bardziej wiarygodnie przedstawione – jak studenci, którzy pracują tam i widzą przekręty w firmie, ale nie są w stanie zebrać dowodów, a na słowo nikt im nie uwierzy, bo są tylko studentami. Zresztą, jak tylko coś powiedzą, to będą skreśleni i nikt inny na podobnym stanowisku ich nie zatrudni. To miłe odstępstwo od normy, trochę człowieczeństwa.

Niestety, w drugą stronę też może być. Doświadczony naukowiec wytyka błędy firmie, ta go zwalnia, reszta drużyny naukowców protestuje. Więc przywracają tego pierwszego do pracy… Na stonowisku, które jest nieistotne. I reszta nie ma z tym problemu? I on sam nie ma problemu z tym, że błędy nadal są popełniane? Przynajmniej w następnym odcinku jest wyjaśnione, że robi to dla ubezpieczenia. Wcześniej najwyraźniej nie miało to znaczenia, ale już trudno. To nadal jest historia, w którą nie idzie uwierzyć, której nie idzie zrozumieć – bez kosmicznego chodzenia na skróty w stylu: „Panie, to wszystko to jeden wielki przekręt syjonistów, zresztą wszyscy ludzie to idioci”, wypowiadanego z dwoma petami w ustach. Na dodatek narracja tak zła tak po prostu – już wolałbym, by bohaterowie tylko mówili o tym, co ich spotkało, bo gdy to pokazują, to i tak nie wiadomo o co chodzi, więc wymagana jest następna scena wyjaśnień poprzez dialog. Bohaterka wsiada do samochodu, strzał, jej szyba jest rozwalona, bohaterka w szoku. Czy miało to związek z tym, co było wcześniej? Czy ten strzał był konsekwencją czegoś? Kto strzelał? Jaki był efekt strzału? Ktoś ranny? Nic nie widać, nic nie wiadomo. Potem bohaterka mówi, że to był przypadkowy strzał. Koniec. Pokazywanie tylko utrudnia oglądanie, gadanie wychodzi im lepiej…

Naprawdę żałuję, że nie umiem opowiadać o występach aktorskich, bo rola pani Seyfried to petarda i wydarzenie na skalę roku, a nawet jeszcze rzadziej. Rola większa niż życie, niż scenariusz i tytuł, który ten występ mieści. Tyle niejednoznaczności, tyle pytań bez odpowiedzi, tyle ludzkości w tej jednej postaci! Oglądając ostatni odcinek i kolejne wybuchy pani Seyfried dostrzegłem potencjał tego serialu. To naprawdę mógł być tegoroczny „Obywatel Kane” – skomplikowana opowieść o niepoznanym, bez odpowiedzi. Po prostu popełniono każdy błąd uniemożliwiający osiągnięci tego. Powód jest pewnie banalny: nikomu nie zależy na osiągnięciu tego.

2/5

Powrót do kosmosu ("Return to Space")

7 kwietnia | Netflix

Z tych wszystkich dokumentów o celebrytach ten jest jak na razie najlepszy.

Chcemy wierzyć w pana Muska i jego misję, a ten „dokument” (reklama, bądźmy szczerzy) silnie się na tym opiera. To dwie godziny marzeń i zachwytów nad realizacją tych marzeń, wyjście do ludzi w otwarty sposób: powiedzenia, co robimy, po co to robimy. I mamy nadzieję, że zrobimy to razem. Ogólnie esencją jest portretowanie wydarzeń prowadzących do tego, że SpaceX wysłał ludzi na orbitę – ale wokół tego jest dużo chwalenia się, marketingowych i PR-owych zagrywek. Jest nawet odwołanie się do lądowania na Księżycu i tego silnego mitu przekraczania granic, skojarzenia tamtych wydarzeń z teraźniejszymi marzeniami o lądowaniu człowieka na Marsie. Ogólnie robimy wszystko, byle tylko wywołać w nas potrzebę bycia po stronie pana Muska, jego ekipy, jego firmy i w ogóle całej misji.

Wszystko to już widziałem w innych dokumentach o innych celebrytach, esencja jest ta sama. Mało tu szczegółów, detali, wszystko ma trafić do wszystkich, pomijając ich poziom wiedzy. Ważne jest tylko, by stali i klaskali, gdy rakieta leci hen, wysoko. Też bym chciał wierzyć w to wszystko, tylko za mało wiem na ten temat, by wyrobić sobie zdanie. A seans dwugodzinnej produkcji nie sprawia, że wiem faktycznie więcej.

Stąd mój sceptycyzm. I jeśli pan Musk jest tak mądry, na jakiego media go kreują, to mnie zrozumie.

2/5

Laura Pausini - Piacere di conoscerti

7 kwietnia | Amazon Prime

Kolejny dokument biograficzny jakiegoś artysty odklejony od rzeczywistości. Pokazuje swoje prawdziwe ja, aby zyskać więcej fanów. Pani Laura wygrała w młodym wieku konkurs wokalny i od tamtego momentu trwa jej wielka kariera, ale w tym filmie fantazjuje co by było, gdyby… No, lepiłaby garnki w jakimś małym sklepiku na ustroniu. Na pewno. Raczej szorowała toalety.

Muzyka pani Laury to typowy pop, przy którym można klaskaniem wybić beat. Ma ładny głos, tylko śpiewa naiwne słowa bez żadnej wartości. Nic dla mnie, ale we Włoszech to ponoć wielki hit. I kilku innych krajach. Pani Laura opowiada, jak była sędzią w różnych programach, gdzie jury płacze z powodu czyjegoś występu. Grała koncert dla kobiet, gdzie na początku mówiła „Dzisiaj gramy dla kobiet” i to w zasadzie wszystko, ale fanom wystarcza. Poklaskali i wystarczy, świat zmieniony. Ogólnie to portret egotystyki – ale to uderza dopiero na koniec, gdy pani Laura jest nominowana do Oscara. Wtedy dopiero zszokowało mnie, jak bardzo nikt już nie udaje, że tylko pani Laura jest najważniejsza – nawet nie film, który prawie dostał Oscara. Na niej skupiona jest kamera, mówi tylko o sobie i jak się czuje. Jaki film dostał Oscara? A wygugluj sobie.

Nieco ponad godzina spędzona z bogatą osobą, która wszystko wrzuca na Instragrama. I są miliony, których to obchodzi. Mnie akurat nie.

4/5

Za szybcy, za czuli ("Fast & Feel Love")

6 kwietnia | Pięć Smaków & Netflix

Satyra na ludzi zajmujących się biciem rekordów w gierce zamiast najpierw ogarnąć życie.

Satyra na sportowców i inne osoby, które decydują się poświęcić życie czemuś, co przynosi zysk w bardzo ograniczonych warunkach, jak więc chcą się utrzymać? Np. na koszt rodziców. Bohater Za szybcy, za czuli układa kubki na czas, ale i tak znajduje kobietę, która go wspiera w tym, by mógł ćwiczyć. Zajmuje się jego obowiązkami, znajduje mu ciche lokum i generalnie jest wspierająca – do czasu, gdy okaże się, że to wszystko będzie trwać dłużej niż pięć minut, więc wtedy się wycofuje, a protagonista musi nauczyć się życia: wyciągania włosów z wanny, zmywania, prania… Kpina twórców idzie dalej – wyjątkowo polski tytuł nie jest pomysłem polskich marketingowców, bo nawet sam film w pewnym momencie wyraźnie cytuje finał siódmej części Szybkich i wściekłych.

Całość po pewnym czasie traci tempo i trochę zaczyna wątpić w to, co mówi, zaczynając negować dziwne zainteresowania i posiadanie pasji, zamiast tego idąc w twardy schemat: związek, dziecko, stała praca. Nie tego oczekuję od satyry, ale większość seansu to świetna zabawa.

PS. Miałem skojarzenia z Atakiem serca z Pięciu Smaków z 2015 roku, ale byłem zaskoczony, że to ten sam reżyser.

3/5

Fantastyczne zwierzęta: Tajemnice Dumbledore'a

6 kwietnia

Grindenwald rośnie w siłę i trzeba go zatrzymać. Dumbledore zbiera ekipę, aby powstrzymać zagrożenie, zanim to stanie się poważne.

Film zobaczyłem w ramach maratonu, gdzie powtórzyłem sobie poprzednie dwie części – co było dobrą decyzją z dwóch powodów: przypomniałem sobie fabułę, a po drugie teraz lubię te filmy nieco bardziej. Wszystkie nadal są dosyć podobne na poziomie wad: niepotrzebnie zawiła fabuła, kiepskie dopisywanie świata do już istniejącego uniwersum, mało miejsca dla bohaterów, dużo dla motywów… I znowu też niewiele się dzieje. W pierwszym filmie przedstawili bohaterów i świat. W drugim skupili się na pokazywaniu, jak znane osoby dzielą się na dwie grupy, wybierają strony konfliktu. W trzecim konfrontujemy zło i zbliżamy się o krok do bezpośredniego pojedynku na śmierć i życie… To wszystko.

Osobiście czuję się, jakbym oglądał skróconą adaptację kilku rozbudowanych książek. Albo mini serial telewizyjny, w stylu ostatniego sezonu Doctora Who („Flex, sezon 13), tylko rozbudowany do kilku godzin. I poszczególne odcinki są wypuszczane raz na kilka lat, zamiast wszystkie od razu – a tutaj naprawdę przydałoby się móc przejść do ciągu dalszego, bo te produkcje nie zostawiają po sobie za wiele w pamięci. Są wyraźnie skonstruowane tak, aby reprezentować sobą coś dopiero w całości – patrząc na poszczególne produkcje trudno sobie nawet momentami przypomnieć, w której części co się wydarzyło. Brakuje tutaj ludzkiego elementu – po pierwszym filmie w zasadzie dano sobie z tym spokój, skupiając się na większym obrazie i lekceważąc mikroskalę: osobiste aspiracje i motywacje poszczególnych postaci, ich rolę w większych wydarzeniach. Trzy filmy wyszły, a nadal każdy się kończy tłumaczeniem, co na ekranie w ogóle robił Newt albo Jacob, albo ktoś inny. I gdzie te tytułowe fantastyczne zwierzęta?

W tle, chociaż w trzeciej części faktycznie mają rolę do odegrania, wyglądając przy tym uroczo i w ogóle. Bohaterowie i aktorzy nadal zyskują sympatię, jest w tym trochę humoru, całość wygląda cudownie (mówię o scenografii i efektach). To zdecydowanie moja ulubiona część z serii – z uwagi na ilość scen, do których chcę wrócić. Pojedynek z Ezrą, finałowa obrona Ezry przez braci, parę innych: na pewno zobaczę to jeszcze raz. Jeśli więc akceptujecie dotychczasowe wady cyklu i jesteście gotowi przez nie przebrnąć dla kilku dramatycznych momentów pełnych akcji, to film dla was.

PS. Bierzcie pod uwagę, że seans zaczął się dla mnie około 3:50 nad ranem.

4/5

Wiking ("The Northman")

6 kwietnia

Bogate, audiowizualne doświadczenie dla tych, co lubią to, co już było (zrobione lepiej).

Kino zemsty, w którym potomek króla dorasta napędzany rządzą pomszczenia śmierci ojca, uratowania swojej matki i zabicia tego, który rozbił jego rodzinę. Nic z tego co napisałem nie ma znaczenia, ponieważ nie jest to kino zainteresowane w najmniejszym stopniu fabułą, postaciami, motywacjami czy tematami. To kino ma jedynie ładnie wyglądać.

Od początku widać, że twórcy nie chcą opowiedzieć historii – ich zainteresowanie odnośnie danej sceny zaczyna się i kończy na jej potencjale wizualnym. Zawartość czy treść emocjonalna nie są ważne – nad tym przechodzimy jak w marszu. W jednej minucie ojciec mówi synowi, że jeśli coś się stanie, to trzeba będzie go pomścić. I minutę później coś się dzieje i trzeba zaplanować zemstę. Bohater deklaruje, że się zemści i to wystarczy w temacie jego osobowości. Potem spotka kobietę i drewniane dialogi to wszystko w temacie ich relacji czy chemii, teoretycznie bardzo ważnej dla finału opowieści – ale wystarczy, że to Anya Taylor Joy. Fabułą więc nie trzeba się przejmować i dostarczać emocji. Narracja kuleje przez cały obraz – momentami naprawdę trudno ocenić, jak do czegoś dochodzi, albo co się dzieje. Czemu ludzie tak reagują na daną sytuację? Nieważne. Czemu bohater po długim knuciu nagle ogłasza swój plan przy wszystkich, aby dostać bęcki chwilę później i przekreślić dotychczasowe starania? Nieważne. To nawet nie rozgrywa się w świecie w wiarygodny sposób wspierający motywy zemsty czy honoru, tzn. czy te hasła kogokolwiek tutaj obchodzą, aby faktycznie ktoś mógł im życie poświęcić? To nie Vinland Saga. Na koniec oglądamy starcie dwóch osób i przez połowę sceny trudno nawet ich odróżnić. Są ciemnymi sylwetkami na tle ognia i nie idzie stwierdzić, kto co robi, ale no, to nie jest istotne. Grunt, że wygląda zajebiście.

Odnośnie moralności i innych zagadnień związanych z kinem zemsty, reżyser nie jest na tyle dojrzały, by do tego dojść. Albo korzysta z gatunku tak samo, jak z mitologii, folkloru czy rzeczywistości: to jedynie wymówka lub wskazówka, która liczy się tak długo, jak to twórcom wygodne. Język, warunki życia X wieku itd. Wystarczy, że coś będzie zasugerowane, dalej nie trzeba z tym iść. Wystarczy powiedzieć, że jest zimno i ciężko będzie przetrwać w tych warunkach, nie trzeba tego pokazywać. Wystarczy powiedzieć, że ktoś jest okropny, nie trzeba tego faktycznie prezentować.

Faktem jednak jest, że to wygląda. Momentami wizualnie byłem oszołomiony. Konstrukcja zdjęć jest precyzyjna, każde ujęcie jest opowieścią, mnóstwo tutaj sztuczek magicznych zawartych w kadrze. Fani dymu, ognia, nagich mężczyzn i Valhalla Rising są w domu. Scena zdobycia ostrza to jedna z perełek roku.

1/5

Powołany

5 kwietnia | Katoflix

Wszystko, co najgorsze w zagranicznych Christian movies, tylko teraz po polsku.

Ksiądz przychodzi po kolędzie. Ojciec siedzi w innym pokoju i ogląda skoki narciarskie bez komentarza komentatorów i z wyraźnie wyłączonym mózgiem. Syn ma założone ręce i wyraźnie chce się napierdalać z koloratką. Córka jest w drodze. Tylko matka wita księdza. I ksiądz opowiada historie, jedna po drugiej, a my oglądamy te świadectwa osób, które doświadczyły miłości boskiej i się nawróciły.

Podgatunek „Christian movies” istnieje od lat, chociaż do świadomości światowej wszedł tak mocniej przy okazji zmasowanego ataku firmy Pureflix, która wypuściła dekadę temu kilka filmów, w tym „God’s Not Dead” i jego kontynuacje. W 2017 roku powstał na YouTubie filmik wyjaśniający, czemu te filmy są złe i nie działają – głównie dlatego, że obrażają i szydzą. W 2022 roku Polacy potraktowali ten filmik jak instrukcję, zrobili zbiórkę i nakręcili w amatorski sposób „Powołanego”, realizacyjnie przywołujący dokumentalizowane seriale telewizji kablowej. Nawet wypuścili swoje dzieło za darmo, na YouTubie.

Nic nowego nie trzeba pisać, przypadek jest ten sam. Omawiamy produkt skierowany do wierzących w jedną, konkretną religię, traktujący z pogardą o wszystkich innych. Osoba nie-religijna jest tutaj od razu niewierząca, gardząca wierzącymi, spędzająca czas na szydzeniu z osób czczących Jezusa, jest za aborcją, pije, jest ladacznicą, bierze ślub kościelny by uspokoić rodziców. Światopogląd twórców jest bardzo wąski, aż dziw bierze, że biorą pod uwagę istnienie na tej planecie kogoś więcej niż siebie i swoich najbliższych. Zawsze jest pod ręką jakiś buntowniczy nastolatek zadający standardowe pytania, których twórcy nie rozumieją – widzą w nich chyba jedynie typowe słowa takiej osoby, która na koniec filmu będzie nawrócona. A to są przecież zasadnicze pytania: czemu bóg pozwala na istnienie zła, bólu i krzywdy? To ostatnie to w ogóle odklejenie konkretne, bo ksiądz w odpowiedzi przywołuje historię o kobiecie, której zmarł mąż na straszną chorobą w młodym wieku, dzięki czemu ona nawróciła się do Boga. Czaicie to? „Czemu istnieje tragedia? Mordo, żebyś uwierzył w Boga”. I w zamyśle twórców to ma kompletny sens. Twój drugi mąż umiera niespodziewanie w wieku 38 lat, a ty stwierdzasz, że to kara boska za brak wiary i dziękujesz na poświęcenie swojego męża za to, że ten otworzył ci oczy swoją śmiercią i od teraz wszystko jest dobrze, bo jesteś religijna. Przecież to obraza wszystkich istot boskich, czynienie z nich psychopatów jak w jakimś koreańskim thrillerze.

O samych osobach religijnych też świadczy źle. Przecież oni też są normalni, a ten film pokazuje ich jako fanatyków, u których pojęcia „miłości” czy „dobra” znaczą zupełnie co innego, z którymi nie ma sensu dyskutować. Ten film mówi jedno, ale głosi tak naprawdę o podziałać, odrzuceniu, skłóceniu, segregacji, unikaniu.

Księża też tu są zresztą obrażani. Młody pyta „czemu mam chodzić do kościoła, skoro bóg jest wszędzie?”, a ksiądz zaczyna taką manipulację odbiorcą, że trudno w to uwierzyć. Odwracanie kota ogonem, wymijanie, wywoływanie winy w pytającym, wywracanie wszystkiego, nie odpowiadanie na pytanie… Czego oni się tam uczą na tych studiach teologicznych? A może muszą to umieć jeszcze zanim są w ogóle dopuszczeni do studiów? To przecież ksiądz, osoba mająca bezinteresownie pomagać potrzebującym – co wy robicie dając mi ten film o przebierańcu i manipulatorze opowiadającym jakieś brednie? Jaki jest wasz cel? Tak nie naprawicie ani błędów prawdziwego kościoła, ani też nie zyskacie choćby ułamka sympatii osób spoza kręgu swoich fanatyków. Czy twórców to w ogóle nie interesuje?

4/5

Lombard

3 kwietnia

Polska B stara się mieć coś z życia. Odrosty, disco polo i „Coś z tym trzeba zrobić”.
 
Tak samo, jak rzadko oglądamy na ekranie Stany Zjednoczone od strony Minnesoty, tak w sumie prawie nie widać Polski od strony Bytomia, który tutaj został ukazany jako miasto, gdzie tak bardzo nic się nie dzieje, że jak na ulicy rozdają ulotki, to ludzie ją biorą z ekscytacją, bo się będzie działo. Jest to odświeżające, że ta strona rzeczywistości też została ukazana – jak ludzie tam żyją, jakie są ich realia oraz możliwości. Tak po prostu, doceniam to, bo poza tym nie bardzo mam co. Nie porwał mnie ten tytuł swoją historią lub przekazem, jedynie… samym faktem, że istnieje. I reprezentuje coś, czego zazwyczaj nie widzimy. Interakcje takich ludzi ze sobą, zmagania się z prowadzeniem biznesu, a on sam przecież nie przynosi nie wiadomo jakich zysków. Pozwala po prostu… przeżyć. I tyle.
 
Im bardziej myślimy, że Polacy potrzebują być sprowadzeni na ziemię i uzmysłowić sobie, jak wygląda „prawdziwe życie”, to tym bardziej cenny będzie ten tytuł.
5/5

Attack on Titan - sezon 4 (2020-22)

3 kwietnia

Pierwszy sezon widziałem w 2015 roku, by później nie interesować się ciągiem dalszym. Tego jeszcze wtedy nie było (tak, pierwszy sezon z 2013 roku po premierze czekał cztery lata na kontynuację), a i pierwszy zdążył mnie zmęczyć. Akcji jako pościgów i walk było dużo, ale jednocześnie stała ona w miejscu – konflikt był rozciągnięty (w zasłużony sposób) na 10 odcinków. Wtedy to po prostu mi wystarczyło, czułem przesyt i nie miałem potrzeby rzucania się na ciąg dalszy, gdy tylko ten wychodził. Podobny los coś czuję spotka nowe anime pokroju Spy X Family czy Chainsaw Man – obiecują one sporo, przyciągając światem i postaciami, ale osobiście potrzebuję mieć takie tytuły już w całości. Tak jak teraz Attack on Titan, które w zeszłym roku miało finałowy sezon, więc teraz usiadłem i nadrobiłem trzy sezony w kilka tygodni.

Drugi jeszcze powtarzał dokonania pierwszego sezonu – dwanaście odcinków i w zasadzie dwa wątki (obrona wieży oraz pościg), które ciągną się i ciągną. Oczywiście w zasłużony sposób, bo tyle po prostu te wątki potrzebowały, by odpowiednio wybrzmieć. Trzeci dopiero wprowadza to, co można usłyszeć on ludzi polecających ten tytuł: skomplikowana psychologia, bogate wybory i fabuła, gdzie nikt nie jest jednoznacznie dobry i zły. Tak, dopiero trzeci sezon to wprowadza i to nawet pod koniec, gdy w końcu dostajemy wiele odpowiedzi i poznajemy sytuację szerzej. Ma to szersze znaczenie w wymowie – reagowanie przemocą na przemoc sprawia, że z opóźnieniem poznajemy nie tylko czyjąś perspektywę, ale i ich argumenty, powody do takich rzeczy. Ich wersję wydarzeń. Dopiero wtedy jesteśmy bliżej poznania szerszego obrazu i naszego miejsca w tym obrazie. Z tej perspektywy nasze dotychczasowe działania zmieniają wydźwięk. Oraz nasze zdanie o samych sobie. Tak, wiem – jak można zmienić zdanie po bronieniu ludzi przed tytanami? Otóż… Podważając prawo ludzi do przetrwania na tym świecie. Tak, aż tak ciężkie tematy są tu wprowadzone. Czy człowieczeństwo zasługuje na przetrwanie? A odpowiedzią jest chyba wystarczającą fakt, że będzie ona udzielona w trakcie masywnego starcia.

A czwarty sezon… To jak pięć sezonów ściśnięte w jeden, poprzez porównanie z poprzednimi.

Nie będę niczego zdradzał – nawet nie wiedziałbym, gdzie zacząć. Nagle człowiek orientuje się, że na ekranie jest masa postaci, wszyscy dzielą się na grupy, drużyny, strony konfliktu. I co chwila ktoś zmienia stanowisko, zmienia stronę albo okazuje się udawać od samego początku, by coś zyskać. To nie jest historia wojny między dwiema stronami – chociaż generalnie można by ich w ten sposób podzielić, ale oni sami jeszcze rozdzielają się dalej, walcząc o to, w jaki sposób cel powinno się osiągnąć. A metoda czasami staje się ważniejsza od celu. To jeden z niewielu przykładów historii, gdzie finału nie sposób przewidzieć, bo tu nie ma jednego celu, którego osiągnięcie będzie oznaczać koniec historii. Tutaj cały czas wywracana jest do góry nogami sama podstawa tego, o czym ten serial w ogóle opowiada.

Chociaż w sumie opowiada po prostu o wojnie. I o przemocy. Twórca stworzył rewelacyjny świat, z tytanami i metodami walki z nimi, murami i przeszłością oraz elementami fantasy, które mają bezpośredni wpływ na każdy element akcji w teraźniejszości – to prawdziwy unikat, który jednocześnie może służyć za metaforę wielu aspektów historii ludzkości. Dość powiedzieć, że Chiny zablokowały mangę za nawiązania do sytuacji w Hong Kongu, podczas gdy zwykły widz prędzej dostrzeże tutaj żydowskie ghetta i wykluczenia antysemickie. Twórcy biorą na cel prawdziwie odwieczne konflikty i zadają pytanie: co potrzeba, by je zakończyć? Nie rozwiązać lub naprawić, ale jak zakończyć?

„Finałowy sezon”, pisze niemal wszędzie, ale to nie jest prawda. W 2023 roku zaplanowane są jeszcze odcinki specjalne, zatytułowane The Final Chapters, będące po opisie kontynuacją czwartej serii. Gdy piszę te słowa, wyszedł dopiero pierwszy z co najmniej dwóch, trwający ponad godzinę. Nie znam więc jeszcze końca tej opowieści. Wiem, że manga wyszła do końca – 34 tomy, ostatni w 2021 roku. Coś czuję, że zabiorę się za nie…