Maj 2022

Maj 2022

9 maja 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

2/5

Podpalaczka

12 maja | Kino

Nie mieli budżetu na cokolwiek, zresztą i tak nikomu się nie chciało (poza panem Efronem)

Tytułowa bohaterka ma problemy. Takie skromne, np. ktoś ją nazwie dziwną. Dziecko w reakcji zdenerwuje się i wysadzi szkolny kibel, bo tak naprawdę ma supermoce, bo na jej rodzicach robili eksperymenty, a tak naprawdę to nie są jej rodzice, przez co ona teraz włada ogniem, ale rodzice nie uświadomili jej ani jej nie uczyli panować nad zdolnością, bo coś. I muszą uciekać przed złymi ludźmi.

Widać pod spodem kompetentną prozę Stepena Kinga, opowieść ma w sobie wszelkie niezbędne elementy, które zostały w sumie olane na potrzeby tej ekranizacji. Niemal od początku cała historia sprowadza się do ludzi rozmawiających wyłącznie za pomocą najogólniejszych zdań: „Nie możemy tego robić!”, „Zaufaj mi”, „Jesteśmy dobrzy, pomożemy ci!”, „Jesteśmy w stanie tobie pomóc”. Gdy zaczynają mówić o tym, że bohaterka ma potencjał na zostanie superbohaterem, całość zaczyna wyglądać jak naprawdę nijaka kalka X-Menów zrobiona na azjatycki rynek bootlegowy. Usłyszeli mniej więcej koncept i zrobili wokół tego swój film, przy zerowym budżecie i braku umiejętności. Cała realizacja zresztą taka właśnie jest: wszystko dzieje się poza kadrem, czyjaś śmierć to jakiś krótki krzyk i tanie efekty podpalenia pokazane przez sekundę, zrobione w darmowym programie do edycji. Finałowa sekwencja pokonywania przeciwników wygląda jak coś z gry Davida Cage’a, tylko nie musiałem wciskać przycisków podczas seansu. Sądząc po tym, co widziałem, mam prawo podejrzewać, że nikt z ekipy nie wierzył w ten projekt, nikomu się nie chciało, nikt nie dał na to prawdziwych pieniędzy (albo te 12 milionów zostało naprawdę źle wykorzystane – tytuł zaliczył liczne zmiany kadrowe i był w produkcji kilka lat, wyglądając przy tym jak coś, co nakręcili w tydzień po lekcjach).

Najlepsze rzeczy w filmie: Zac Efron, któremu udało się znaleźć jakąś głębię w swojej postaci i jej motywacjach. Poza tym +1 do statystyk oglądalności. Oraz chęć zapoznania się z pierwszą ekranizacją z 1984 roku. A może nawet książką? Plus całość kręcono w mieście Hamilton, Kanada, nazwanym tak na cześć jego założyciela, George’a Hamiltona (1788-1836, tak, upraszczając zmarł w tym samym wieku, co Alexander i w tym samym roku co Aaron Burr).

2/5

Zagadka morderstwa Beverly Lynn Smith

6 maja | 4 odcinki po 45 min | Amazon Prime

Co zagadka robi z ludźmi… Szkoda, że twórcy nie wzięli leków na ADHD.

Dokument dokumentalizowano-fabularyzowany o niewyjaśnionym morderstwie sprzed wielu dekad, które wciąż zaprząta myśli rodzinie zmarłej. I wciąż szukają prawdy. A są też tacy, co chcą ją rozwikłać dla samego rozwikłania, wybicia się na rozwiązaniu – nawet jeśli znajdą winnego na siłę. Ogólnie to opowieść o ludziach, którzy żyją przeszłością i zapominają żyć teraźniejszością. Pozwalają, aby nienawiść lub rządza zemsty nimi zawładnęła. A także o policji nadużywającej władzy, równocześnie świetny kontrapunkt dla wszystkich postulatów o „prawdzie za wszelką cenę”. Nawet jest też lekka nuta o pogodzeniu się z tym, czego nigdy pewnie nie zrozumiemy, nie poznamy odpowiedzi. Same dobre rzeczy.

Problem w tym, że twórcy przedobrzyli w montażu, w narracji, we wszystkim. Dosłownie kładli sobie kłody pod nogi, dodając sobie pracy, która okazała się nieopłacalna, utrudniała oglądanie, skupienie się – naprawdę najlepiej oglądać to na telefonie, ponieważ wtedy przynajmniej podczas seansu nie zaczniesz przeglądać reddita. To naprawdę prosta historia, ale rozciągnięta jak tylko się dało. Cały czas zmieniamy ujęcia, każda wypowiedź jest jakoś akcentowana, by dodać jej powagi albo dramatyzmu. Nastrój wszystkiego jest obrazowany pocztówkami niezwiązanymi z fabułą – ot, jak ktoś mówi „nic nie znaleźliśmy”, to wtedy widzimy pustą polanę czy inną pustą drogę. I cisza. I jeszcze ujęcie mówiącej osoby bez wyrazu, gdy już nie mówi.

Przeróżne zabiegi stosowane przez twórców nawet trudno jakoś opisać lub pogrupować. Ot, ADHD i tyle, w każdy możliwy sposób. Nie może być jednego zdania bez trzech zmian kadru przeplatanych wspomnianymi pocztówkami. Brak skupienia jest tak absurdalny, że dochodzi nawet do tego, że nie wiadomo, czy jakaś wypowiedź się skończyła, czy jeszcze trwa, tylko twórcy wstawiają wszędzie dramatyczne pauzy. Gdzieś pod koniec kilka osób równocześnie czytają jakiś opis – i nawet ta lektura jest podkręcona. Ktoś zaczyna czytać zdanie i w jego połowie zmieniamy lokację oraz osobę, z którą wywiad jest prowadzony. Ona też czyta, od połowy tamtego zdania. Może ona będzie mieć szansę dokończyć to zdanie, ale raczej jeszcze z pięć razy przeskoczymy do kogoś innego czytającego tę samą notatkę.

Efekt jest taki, że nie da się tego oglądać. Nie da się na tym skupić. Miałem problemy, żeby śledzić akcję oraz pamiętać, co się akurat dzieje i dlaczego, o czym oni mówią? A potem jeszcze to pamiętać? Dajcie spokój. Na papierze widzę dobry materiał na dokument i nawet tym razem wierzę w to, co oglądam, twórcom nie udało się zabić autentyczności ludzi, o których opowiadają. Są gorsze produkcje z tego gatunku, ale tej też nie mogę polecić.

3/5

Doktor Strange w multiwersum obłędu

2 maja | Kino

Pozwala docenić wszechświat, w którym żyjemy. W pewnym stopniu. Bruce Campbell to skarb!

Z filmami Marvela jest taka sytuacja, że ich się nie ocenia osobno – zawsze są częścią czegoś więcej: w odniesieniu do innych filmów, do komiksów, do całego filmowego uniwersum albo w kontekście pop-kulturowych spekulacji przedpremierowych. Sam w sobie film jak żaden inny ginie w natłoku tego wszystkie – więc pogadajmy o drugiej części przygód Doktora Strange’a jak o filmie. Dla odmiany – w końcu osobiście nie przepadam za tym, czym filmy Marvela są, ale i tak chętnie poszedłem na ten jeden seans. I miałem z tego frajdę. O fabule nie można za dużo powiedzieć – jest zagrożenie, które może zagrozić każdej wersji rzeczywistości i do tytułowego Doktora należy uratowanie sytuacji. Pomoże mu w tym nowa postać: młoda dziewczyna imieniem America, która jako jedyna we wszystkich wszechświatach ma zdolność do przenoszenia się między różnymi rzeczywistościami.

Historia ma tutaj naprawdę duży potencjał – i z tego, co można wyczytać, jest oryginalnym pomysłem reżysera poprzedniej części. Jest tu naprawdę wszystko: antagonista, którego możemy zrozumieć i sympatyzować z nim, który stawia czoła protagoniście na osobistym polu, są bardzo do siebie podobni. Mnogość postaci i lokacji, dużo miejsca na różne relacje między bohaterami, potencjał na mnóstwo emocji. Teraz za reżyserię odpowiada Sam Raimi, który wykorzystuje tutaj swoje horrorowe doświadczenie, wprowadzając mnóstwo frajdy do seansu, naginając wiele momentów do tego, aby były „inne”, w jego stylu – plus cameo Bruce’a Campbella, dzięki któremu w 2022 roku nadal możemy kochać tego człowieka za jego wygłupy. Mnóstwo tutaj też niespodzianek, zapewne zdradzonych przez pseudodziennikarzy, ale kto nie czyta, ten na seansie kilka razy mocno się ucieszy w ten lub inny sposób. To ogólnie bardzo ładny wizualnie film: concept arty powołane do życia, scenografia, kostiumy, 3D, CGI – jest po prostu na co patrzeć, ten tytuł ma wiele do zaoferowania na wizualnym poziomie. Parę razy twórcy przypomnieli sobie, że mogą używać humoru, więc i ten pojawi się od czapy tu i tam, wywołując uśmiech. Na dodatek całość nie jest dezorientująca dla takich widzów jak ja, którzy nie oglądali pierwszej części, ostatniego Spider Mana czy serialu Wanda/Vision. Jest co chwalić.

Tyle o samym filmie, bo ten nadal jest też typowym Marvelem, więc wszystkie powyższe zalety są pozytywne, ale w umiarkowanym stopniu. Te filmy są produktami i za każdym razem wszystko robią w ten sam sposób. Najlepiej to widać właśnie po humorze: scenariusz był przepisywany przez wielu ludzi, a żarty były na zamówienie, bo ktoś zwrócił uwagę, że ich trochę mało jest. Dlatego Strange w losowych momentach nagle robi się śmiesznym dupkiem, który kpi, że ktoś ma widelec na czole. Śmieszne i ogólnie doceniam, ale to po prostu nie jest spójna postać. Twórcom jednak nie zależy na takiej spójności. Nieważne, jaki bohater, jaka historia, jacy twórcy to robią, to za każdym razem ma się wrażenie, że oglądamy ten sam film. Zmiany są na tyle drobne, żeby móc je rozdmuchać, ale to wszystko. Potencjał horrorowy Raimiego jest dostosowany do niskich ograniczeń wiekowych – bardzo mało tutaj miejsca dla postaci – a fabuła jest wciąż ta sama: ratują świat przed zagrożeniem, które sami wywołali, piorąc się po pyskach dużo i krótko. Bardzo złe przedmioty zagrażające światu są pod ręką cały czas, ale antidotum na nie jest zamknięte na magiczną kłódkę zabezpieczoną hasłem, które znał tylko jeden człowiek, który już zresztą nie żyje – no cóż.

Niby spędzają ze sobą czas i gadają, ale jednak wygodnie zapominają o osobistych historiach, gdy to akurat może psuć tempo opowieści. Fabuła nie ma za wiele związku z osobistymi przeżyciami bohaterów. Dla przykładu – America nie jest w stanie kontrolować swoich mocy. Nic z tym nikt nie robi przez cały film, wygodnie ma szczęście aż do finału, kiedy ktoś jej powie: „A spróbuj po prostu w siebie uwierzyć?” i to wystarczy. Jest tu bardzo ładny motyw snów i tego, że są oknem do tego, co robią nasze inne wcielenia. America jest smutna, bo nie ma snów, jest unikalna – do końca seansu zapomnicie, że to w ogóle w filmie było. Motywacje antagonistki i jej zarzucanie hipokryzji Doktorowi jest w ogóle niezrozumiałe przez widownię, a sam protagonista odpowiada tylko: „Dobra, to chodź na solo”. Jej motywacje czy osobowość nie mają znaczenia dla samego filmu ani jego twórców: to tylko jedna scena, która ma jakoś motywować późniejsze sceny akcji. Dopiero na samym końcu robią coś, co mogli zrobić na początku, co nie sprowadza się do bicia po pysku, a co zażegnuje konflikt. Efekt jest idealny: jednym trochę się spodoba, innym trochę nie spodoba, nikt nie będzie wkurzony, za to kilka osób będzie zachwyconych. Produkt wzorowy.

I nie ma to nadal znaczenia. To kino momentów, nie całości. Nie musi się podobał jako zwarta produkcja – wystarczy, jak na koniec Strange powie: „Kocham cię w każdym wszechświecie” i wielu widzów będzie zadowolonych. Ten jeden ludzki moment po prostu wystarczy. W tym filmie jest ich nawet kilka. Więcej nie ma, ale jeśli tyle wam wystarczy: seans jest wtedy dla was.