Maj 2022

Maj 2022

09/05/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

obejrzanych filmów
1
obejrzanych seriali
1
3/5

Dom wielopokoleniowy

30 maja | Canal+

Polacy w jednym stali domu i się kłócą. Szkoda tych ludzi, tylko mało tutaj analizy, potrzeby zrozumienia
 
Opisy i napisy wewnątrz filmu mówią o wyjątkowym projekcie, który polegał na tym, że w Łodzie odremontowano zabytek i ludzie tam zamieszkali, każdy z jakimś wydarzeniem w tle, np. po pobycie w domu dziecka. I mieli tworzyć tytułowy Dom Wielopokoleniowy, pierwszy w Polsce i na podstawie czegoś, co sprawdziło się w Niemczech. Spoiler: zaczęli sobie przeszkadzać, kłócić się i nasyłać na siebie policję nawzajem.
 
Na pierwszy rzut oka jasnym jest, że ludzie w tym dokumencie nie są zbyt inteligentni i nie idzie im rozwiązywanie konfliktów – nie mają zdolności słuchania ani zmiany, żeby nie robić czegoś małego, co innym może przeszkadzać. Dokument jednak jasno wskazuje na przyczynę będącą w tym, że oni są Polakami, więc będą się kłócić. Trochę jest to dokument o niczym, trochę byłem mu wdzięczny za przedstawienie tych małych konfliktów z każdej strony (w jakimś małym stopniu, ale jednak), ładnie i czytelnie to zostało zmontowane, tylko jednak oglądając wzruszam ramionami, bo kamera nie wchodzi w to zbyt głęboko, żeby można było wyciągnąć jakieś wnioski. A przynajmniej inne od tych, które można wyciągnąć po przeczytaniu opisu. I byciu przekonanym od lat albo dekad, że „gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie”, „taka jest Polska mentalność”, „to Polska właśnie, panie”. To jest zbyt przypadkowe i nijakie, aby mogło być głosem w jakiejkolwiek sprawie.
3/5

Syndrom Hamleta

29 maja | KFF

Kto by się spodziewał, że dokument o wojnie na Ukrainie będzie podsumowany faktycznym konfliktem? Ukraina walczy od 2014 roku, a my śledzimy grupę aktorów, którzy poprzez sztukę znajdują sposoby, aby wyrazić swoje traumy i przeżycia.

To tytuł bardziej symboliczny niż do oglądania, tzn. dociera do nas na poziomie ludzkim niż jako seans. Oglądamy ludzi, którzy swoje przeżyli i teraz ta przeszłość ich rozpiera, mają co z siebie wyrzucić. A my ich słuchamy.

Osobiście czułem, jakby ten film cały czas zaczynał się na nowo. Mało tutaj postępu, progresu – z grubsza oglądamy kolejne spowiedzi ludzi ustawione obok siebie. Nie czuć podczas oglądania, że bliżej im do uzyskania czegoś poprzez te spowiedzi. Nie czuć, że nasza wiedza o ich tragedii osiąga kolejny poziom, że zgłębiamy go coraz bardziej, nawet ten Hamlet nie wydaje się bliżej ukończenia.

I trochę wstyd tak mówić, to w końcu tragedia prawdziwych ludzi na ekranie, a ja narzekam, że kiepsko się to ogląda.

1/5

Kick Like Tayla

27 maja '22 | Amazon Prime

Co można zrobić z komentarzami w Internecie? A no można kupić sobie dokument na Amazonie i płakać, że obcy są niemili.
 
Tytułowa osoba jest rozciągnięta i potrafi kopnąć piłkę w futbolu amerykańskim tak, że dałaby radę uderzyć się przy okazji kolanem w czoło. Zrobili jej zdjęcie, jak tak kopnęła i Internet wylał na nią hejt. Film nie tłumaczy nic, jakby budował napięcie odsłonięcia później jakiejś tajemnicy, ja stopuję film i szukam w kroczu Tanyi wystającego kawałka penisa czy coś… Nic takiego jednak nie ma. Zwykłe zdjęcie. Dziewczyna wydaje się sympatyczna, ma jakieś wyniki w sporcie… Czemu ten dokument ma tak niskie oceny?
 
Otóż dlatego, że jest dokumentem, który nieszczególnie coś tłumaczy. Nie ma chyba nawet ukazanych tych negatywnych komentarzy z Internetu, a przynajmniej nie zobaczyłem cokolwiek, co by zapadło w pamięci. Film skupia się tylko na tym, żeby mówić: „to jest złe”, Tanya się popłacze parę razy i oglądamy w kółko przebitkę, jak Tanya jest silna na siłowni, jak robi coś fizycznego, uderza worek treningowy. I jeszcze kilka słów o tym, że kobiety w sporcie też są fajne, zasługują na zarobki… Bla, bla, bla. Twórcy nie zrobili nic, aby umieścić te postulaty w realnym świecie, odnieść się do czegoś, faktycznie zaprezentować rzeczywistość. Bardziej chcieli tylko ją kreować słowami i dobrymi intencjami – efekt nie przekona nikogo, kto już nie jest przekonany. Dokument zbędny. I nie jest dokumentem.
3/5

Maskarada ("Mascarade")

27 maja | HBO

Aktorzy się starają, ale postaci nie są na tyle angażujące, aby ta historia dała radę zainteresować.

Intryga jak z kina w stylu kogoś, kto inspirował się Guyem Ritchie. Rozprawa sądowa próbująca poskładać opowieść kilku osób o tym, jak dwoje ludzi ich oszukało. Pomysł na narrację odrzuca każdą okazję: sprawa w sądzie nie jest wiarygodna, to tylko pretekst do tego, żeby ktoś mówił. I to, co mówi, w ogóle do sądu nie pasuje – ani też nie ma logicznego uzasadnienia, my jako widzowie po prostu oglądamy historię i nie ma znaczenia, kto akurat opowiada dany fragment. Nie ma też przewrotnej konfrontacji jakiegoś fragmentu wypowiedzi w sądzie z tym, co się stało naprawdę („Nie pamiętam”, podczas gdy w rzeczywistości pamięta doskonale). Nie ma różnych punktów widzenia, które się zazębiają. Nie ma ukrywania fragmentów opowieści, aby budować napięcie i odsłonić je później, gdy zmieni się narrator. Jest wielkie „nic”, po prostu mówią: to się stało.

A stało się, że ona i on wkręcali jego i ją, aby się wzbogacić. To wszystko. Nie ma tutaj ciekawych postaci, których powodzenie lub porażka mogłaby wywołać jakąś reakcję. Liczy się tylko charyzma aktorów oraz ich atrakcyjność oraz fakt, że „na biednego nie trafiło” – jeśli tyle wam wystarczy, to proszę. Poza tym produkcja przyciąga atrakcyjną i bogatą stroną Francji, seksualnym napięciem i innymi takimi szczegółami. Na dodatek film ma problem, aby zbalansować lekką stronę komedii romantycznej z dramatem wciśniętym na siłę. Twórcy nie mieli pojęcia, jak rozwinąć tę historię inaczej niż w stronę bezsensownej zazdrości, jednocześnie nie dając temu wystarczającego ciężaru. Bohaterowie są wtedy tylko głupi, a nie pełni pasji i niepewności.

Polscy twórcy już pewnie szykują remake.

1/5

Detektyw Bruno

27 maja | Prime Video

Niewiedziałem, że polska inteligencja zaczęła ryć dno oceanu od kiedy „Kaczor Donald” przestał wychodzić co tydzień.

Aktor grający detektywa w telewizji jest lubiany przez widzów – do czasu, aż będą chcieli go „scancelować” z powodu jakiegoś filmiku w necie. Na szczęście wtedy napatoczy się słodki dzieciak wymagający pomocy detektywa z telewizji przy rozwiązaniu zagadki życia, co umożliwi aktorowi w pozostaniu przed kamerą, ale też nauczy się tolerować dzieci.

Ujmę to tak: na samym początku wyraźnie jest zaznaczone, że dzieciak jest cholernie inteligentny i mądry, zagadkę na urodziny rozwiązuje w czasie sekund i zaskakuje widownię swoim tokiem rozumowania. Z jaką więc zagadką potrzebuje pomocy? Z taką, do której rozwiązania potrzebne jest lusterko, bo pismo jest odwrócone. I dorośli też mają z tym problem. I by sobie nie poradzili, gdyby nie robienie selfie… Na tym zamknę temat tego, jak głupi jest to film. Chciałem pytać: „Gdzie był Kaczor Donald i Figle Figlarzy w życiu tych dzieci?”, ale sobie przypomniałem, że teraz czytają go co dwa miesiące, więc teraz rozwijają się osiem razy wolniej niż ja w ich wieku. Bo to oczywiście dzieci z początku lat 2000, w końcu oglądają telewizję. Żyją co prawda w okolicy 2022 roku, bo są jutuberzy, cancel culture (w Polsce) i co tam jeszcze chcecie. I ci jutuberzy wcale nie zajmują się dramami innych jutuberów oskarżonych o pedofilię, tylko robią hot tejki o tym, że aktor w popularnym serialu znowu jest lubiany przez widzów. Ten film nie ma żadnego sensu.

To po prostu produkt. Od ludzi, którzy nie znają współczesnych dzieci i ich życia, robiony przez grupy fokusowe. Efekt jest taki, że każdy na ekranie jest idiotą, a spójność fabuły jest drugorzędna wobec podejmowania współczesnych tematów: podlizania się ludziom obrażonych na wszystko i upewniania ich, że mają jakąś władzę. Jak oni chcą, by zwolnić głównego aktora z powodu bzdety, to producent do południa sam napisze scenariusz, gdzie aktor umiera i zostaje zastąpiony przez piosenkarza pop, którego wszyscy lubią, bo Internet tak mówi. To tylko jeden z przykładów, ale i tak najgorszy jest młodzieżowy język dorosłych bohaterów. Tego nie da się słuchać, to grozi śmiercią mózgu. Nie da się patrzeć, nie da się śledzić fabuły, nie da się wierzyć w polskie kino.

Mam nadzieję, że jak najmniej osób zobaczy ten film. Jeśli zobaczy go za dużo, to będą w wyborach głosować na pierwszego polityka, który obieca wprowadzenie ograniczeń na polskie filmy, by nie mogły trwać dłużej niż 14 minut.

4/5

Bosch: Legacy - sezon I

27 maja | 10 odcinków po 50 min | Amazon Prime

Procedural, który udaje, że nie jest proceduralem. Sympatyczne i solidne.

Bosch: Legacy w sumie jest ósmym sezonem serialu Bosch, ale w wyraźnym momencie zwrotnym: bohater skończył karierę w policji Los Angeles, jego córka z kolei zaczęła, tego typu rzeczy (bez wchodzenia w szczegóły). Bez znajomości wcześniejszych serii udało mi się bez problemu odnaleźć, ale to zasługa znajomej formuły. Ponad to sam serial ma sporo charakteru i chciałem do niego wejść: stary detektyw nie bojący się łamać zasad, ale mający blokady moralne przed złamaniem wszystkim. Młoda policjant, która zaczyna pracę i stara się udowodnić swoją wartość. Ciekawe wątki kryminalne, w których paskudne charaktery zawsze przegrają – lubimy takie rzeczy. Przynajmniej ja lubię. 10 odcinków obejrzałem i czekam na ciąg dalszy, szczególnie po chamskim zawieszeniu akcji w finale.

Teoretycznie procedural oznacza serial, gdzie każdy odcinek na swoją własną linię fabularną, która kończy się wraz z odcinkiem i nie jest kontynuowana. Bosch odbiega od tego na rzecz kilku dużych wątków prowadzonych przez wiele odcinków, a nawet wykraczają poza ramy sezonu. Nie oznacza to jednak, że te wątki przekraczają standardy takich seriali, są bardziej dojrzałe lub złożone.

To nadal procedural – z kilkoma zmianami, ale też tymi samymi uproszczeniami. Pod względem moralnym przede wszystkim – niespecjalnie szukają innych rozwiązań, tylko robią po swojemu – ale też logiki świata. Nikt tu nie ma życia poza pracą, nawet w nocy. Bohater dostaje zadanie, żeby odnaleźć kogoś, koto pewnie już nie żyje, był w końcu widziany 70 lat temu. Znajduje go kilka ulic dalej. Jak udowodnić niewinność klienta? Widzą państwo, podejrzany na kamerze ma tatuaże. Mój oskarżony nie. I cyk, 200 milionów od miasta za zniesławienie. Na końcu policja strzela do podejrzanego, zabijają przy okazji kogoś innego – adwokat chce udowodnić, że strzelanie było nieuzasadnione. Bohaterowie oczywiście z płaczem, że adwokat zrujnuje policjantom życie xD To serial sprzed 30 lat, ale zrobiony tak, byśmy czuli, że oglądamy coś współczesnego. Są fani takich produkcji, ten jest dobrze zrobiony – czego chcieć więcej?

sezon II – 2/5

Kilka wybranych odcinków zobaczyłem. I były one głównie 4/10, nic więcej. Lubię aktorów, ale jednak teraz to podrzędny produkt pełen schematów, przewidywalny, naiwny. Stracił mnie jako widza. No kurde, w początkowym dyptyku chłop porywa Boschowi córkę i sam się zgłasza na policję z tekstem: „Masz być grzeczny Bosch, inaczej nigdy jej nie znajdziesz”. I Bosch krzyczy i macha pięścią, ale nie uderzy nawet. Aktorzy starają się to wszystko obejść, nadać swoim bohaterom charakteru, ale gdy scenariusz ogranicza tak ich zachowanie, to niewiele mogą.
 
Są gorsze seriale. Nic lepszego nie mogę napisać. I obawiam się, że oglądając pierwszy sezon zawyżyłem mu ocenę, że dałem się nabrać, a nie, że on faktycznie zasługiwał na to 6/10.
3/5

Prehistoric Planet - miniserial

27 maja | 5 odcinków po 40 min | AppleTV

Na zabawę dinozaurami nigdy nie jest za późno.

Dokumenty BBC wyrobiły sobie renomę jakieś 15 lat temu, gdy zobaczyliśmy Planet Earth i wpadliśmy w wizualny zachwyt. Takiej natury nigdy jeszcze nie widzieliśmy – rozmiar, skala, różnorodność, intymność oraz narracja Davida Attenborough, to wszystko było miodem dla oczu. A potem mogliśmy to oglądać raz za razem, w dokładnie ten sam sposób: Human Planet, Frozen Planet, Planet Earth 2 (tak, sequel)… No to teraz oglądamy o dinozaurach.

Jeśli nigdy nie mieliście styczności z tymi produkcjami, już wyjaśniam: oglądamy, jak zwierzęta kopulują, jedzą, polują i uciekają albo mają inne swoje małe zwyczaje, typu współpraca dużych zwierząt z małymi, gdzie małe np. myją zęby dużym. Małe mają jedzenie, duże mają higienę zapewnioną. Ot, fajne. Mało (znaczy, wcale) w tym nauki, wartości edukacyjnej czy wiedzy, bardzo dużo przeżyć czy emocji. Narracja od pana Davida i jego scenarzystów nie zawodzi i wciąż umie znaleźć ludzką historię w obrazach nagrań zwierząt: matka wypuszczająca dzieci w świat, młode zgubione bez opieki i zdane na siebie, samotny przedstawiciel gatunku szuka samicy – tego typu rzeczy. I to wszystko jest zaprezentowane faktycznymi nagraniami! Za każdym razem nie mogę uwierzyć, ile ci ludzie musieli siedzieć w krzakach, aby nagrać taki materiał i następnie połączyć to w narracyjną, spójną całość.

Tylko tym razem mówimy o dinozaurach. Wiecie, to wszystko to CGI zrealizowane z tą samą technologią, z którą robili remake Króla Lwa chociażby. Pierwszy raz w tych „dokumentach” zaczynam myśleć: skąd oni to wiedzą? W jaki sposób pozostał ślad o procesach godowych dinozaurów? Czy czymś innym, co tu widzimy? Skąd twórcy wiedzieli, jak młode dinozaury z tego konkretnego gatunku uczyły się pływać? Albo latać? Jakie jest źródło? Czy też oni to wszystko wyssali z palca?

Co w sumie istotne nie jest, bo to w końcu nigdy nie były dokumenty jako źródła wiedzy. To były dokumenty, które obdarzały nas możliwością obejrzenia tych wszystkich zwierząt, krajów i wydarzeń z bliska. Teraz tylko robią to samo z dinozaurami. Czujemy ich rozmiar i wierzymy, że tak to wszystko mogło wyglądać. Cofamy się w czasie i widzimy przyrodę w swoim naturalnym rytmie, porządku. Nawet jeśli moja dziecięca fascynacja dinozaurami i kosmosem nie oznaczała takich fantazji, to w zupełności rozumiem radość innych, którzy dzięki produkcji BBC spełniają tę fantazję. Pewnie nawet o tym nie wiedzieli.

David Attenborough ma 96 lat i opowiada o dinozaurach. To z jednej strony po prostu kolejny taki sam dokument o naturze od BBC. Z drugiej strony, to bardziej ziszczenie marzeń przy użyciu najnowszych technologii niż dokument. Nawet jeśli ich dokumenty od zawsze miały mało wspólnego z dokumentami.

3/5

1976 ("Chile '76")

26 maja | HBO

Nie można mówić wprost, więc reżyser decyduje się mówić nieangażująco. Rozumiem i idę spać.

Pierwsze ujęcie jest z całą pewnością obiecujące: skupiamy się na przedmiotach, a kamera skupia się na nieistotnych rzeczach, jak mieszanie farby – jedynie dźwięk mówi nam, że obok wydarzyło się coś… Coś. Nie wiemy, co. I ta poetyka obrazu trzyma się przez cały seans, odwołując się do tytułowego okresu w historii tego kraju, ale go nie objaśnia, nie prezentuje. Zamiast tego skupia się na przekazaniu tego uczucia, jakim jest istnienie wtedy, jak trzeba było udawać, że się czegoś nie widzi, nie słyszy, nie wie o czym. Dlaczego tak? A przeczytajcie przed seansem.

Efekt jest nużący, ponieważ brakuje tutaj elementów angażujących w jakikolwiek sposób: fabularnych czy wizualnych, aby starać się pomimo skąpych informacji coś poskładać, albo żeby chcieć w ogóle to zrobić. Na powierzchni jest to historii o kobiecie opiekującej się w tajemnicy rannym mężczyzną, ale temu brakuje jakiegokolwiek napięcia! Co jej grozi i za co? Jakie błędy może popełnić? Co ryzykuje z osobistych rzeczy, co może stracić, jak się wyda? Nie pomaga fakt, że strona medyczna nie jest zbyt realistyczna i wyraźnie widać, że ta kobieta nie umie zajmować się raną albo robić zastrzyków. Jest wiele rzeczy, które można było zrobić, aby nadal angażować widza w ten seans. Po prostu tego nie zrobili.

Jeden z tych tytułów, którym daje 5/10, bo może coś w tym jest, jak obejrzę pięć razy i przeczytam pół Wikipedii, ale tego nie zrobię. Film do przespania.

3/5

Bestie ("As bestas")

26 maja

Plenery, aktorzy i muzyka. Kino nienawiści jeszcze raz.

Mała miejscowość wiejska w Hiszpanii – przyjezdni z Francji, którzy budują tutaj gospodarstwo otoczeni przez rodziny, które robią to od pokoleń. jedna z tych rodzin nie lubi wyraźnie Francuzów. Wiele jest tutaj napięć i źródeł konfliktów – wstręt przed obcymi, którzy przyjadą i już są miejscowi, już mają te same prawa co my, już mówią, że to ich dom. Nie, to NASZ dom. Nie mają prawa wypowiadać się w naszych interesach, naszych sprawach. To jednak bardzo ludzka i zwyczajna opowieść – w tym sensie, że to tylko pojedyncze osoby, że idą z tym na policję, że tylko gadają i gadają, stąd wynika strach i obawa przed czymś więcej.

Nie wiem, czy coś z tego wynika. Walka o własny dom? Przypowieść o niepoddawaniu się? Tę historię ciągną aktorzy oraz muzyka, ale też plenery pięknej, wiejskiej części tego kraju. To takie miejsce, gdzie człowiek naprawdę chce jeść na zewnątrz kolację, poleżeć na leżaku… I mieć dumę, że ta ziemia jest jego ziemią. On włożył w nią pracę i teraz ma tego efekty. Tylko sama historia kończy się impasem, radością z czyjegoś cierpienia, farciarskim znaleziskiem w lesie… I w sumie obojętnością.

2/5

Chirurdzy ("Grey's Anatomy") - sezon XVIII

26 maja | tylko odcinki 9-20 są z 2022 roku | Disney+

„Hello Forever”, sytuacja z krwią, incydent z wężem… Kurde, ten tytuł nadal ma „to coś”.

Jeśli macie ochotę na banalny serial medyczny, w którym w każdym odcinku lekarze są bardziej zajęci własnymi wątkami miłosnymi niż pacjentami, ale mimo to nadal są ogromnie przejęci losem chorych, rodzina błaga personel medyczny „uratujcie mojego syna siostry brata”, by na końcu odcinka pacjentem cudem został uratowany – oglądajcie. Możecie nawet oglądać dla jaj, bo jest tu z czego się śmiać. Wszystko jest tu żartem: przede wszystkim wyidealizowany szpital. Białe fartuchy, porządek, pomoc od razu. Nie trzeba dzwonić na TK, czy są przygotowani i mają wolną maszynę – oni są zawsze wolni. Idą do domu po 300 godzinach dyżuru? Przy wejściu do szpitala akurat przyjeżdża nowy pacjent i zostaną po godzinach, by mu pomóc, oczywiście. Pewnie jakimś argumentem jest, że to niby jeden z najlepszych szpitali w kraju, ale to z kolei nie tłumaczy np. braku pielęgniarek. Znaczy niby są, ale jak się u nich wejdzie na SOR, to trzeba krzyczeć „potrzebuję lekarza” i to lekarz przyjmuje.

Przez absurdy trudno to traktować poważnie. Pijesz sobie kawę i nagle obok ciebie teleportuje się krzyczący pacjent cały we krwi, doszedł tu na piechotę i wcześniej nawet nie stęknął, dopiero teraz go wszyscy dostrzegamy. Nie jest łatwo brać tych medyków na poważnie, skoro podczas operacji czy czegoś innego stresowego zaczynają się kłócić na jakiś drażniący temat, np. koniec związku. Kurwa, kobieto, przyszywam typowi rękę, odpierdol się, proszę. Na taką swobodę trzeba zapracować, a tym ludziom naprawdę lekko do Hawkeye’a z MASH i jego zasłużonej pewności siebie. Ta ręka to w ogóle głupia sprawa, bo z tego co wiem, przyszywa się ją np. do brzucha, aby zachować krążenie, jeśli nie można jej przyszyć od razu w pierwotne miejsce. Wygląda to okropnie, ale nie musieli tego pokazać, czemu więc podłączyli ją zamiast tego do maszyny? I czemu każdy pacjent musi wymagać defibrylacji przed trzecim aktem, niezależnie od choroby? Przedramatyzowane to jest okropnie, a scenarzyści nie umieją nawet połączyć wątków osobistych z zawodowymi, albo coś. Zamiast tego jadą na pełnym automacie – typowy nowy pacjent w każdym odcinku, a gdy skończą go operować, to wrócą do gadania o swoich związkach. Bohaterowie nie mówią chociaż o sobie, o nie. Zamiast tego siedzą koło kogoś, kto mówi na ich temat. „Zrozumiałam dziś, jak ciężko ci jest każdego dnia…” bla bla bla. Dno.

I gdy już te wszystkie złośliwości człowiek z siebie zrzuci, kiedy wytknie oczywistości, kiedy skończy śmieszkować… To dalej będzie oglądać. Przynajmniej tak ze mną było.

Kpiny to jedynie pierwszy poziom odbioru. Gdy już się człowiek pokpi, pokręci z politowaniem głowę i obejrzy więcej odcinków – wtedy wchodzimy głębiej i widzimy też jego mocniejsze strony. Może nie zalety, ale trzeba oddać np., że aktorzy pomimo tych wszystkich odcinków (200, 250, niektórzy 401!) nadal grają z zaangażowaniem. Nie traktują nas jako pewnika, który musi to oglądać, ich występ nadal musi na to zapracować. Co tydzień oddają godność swoim postaciom i ich oddaniu sprawie. Każdy też w Chirurgach znajdzie coś dla siebie, nawet osoby medyczne. To jest obraz nierealistyczny i wyolbrzymiony, ale pod spodem jest jednak szacunek dla poświęcenia, jakie personel medyczny stosuje. Jak trudny jest ich zawód i jak duże wyzwania pokonują codziennie. Wyobrażam sobie, że po dniu na oddziale miłym byłoby obejrzeć taki odcinek Chirurgów, który ich docenia. W stosunku do pacjentów to samo – propagowane jest indywidualne podejście, każdy z nich jest wyjątkowy, każda tragedia jest tragedią, każdy sukces jest sukcesem.

Prosty to serial, dający proste emocje, ale wykorzystujący ową prostotę. Zamiast zarzucać odbiorcę analizami sytuacji, daje coś pojedynczego – w tym przypadku, absurdalny zakaz oddawania krwi przez gejów przez 3 miesiące od ostatniego stosunku seksualnego. Ponoć dalej to obowiązuje, wszyscy rozumiemy, że to jest niedorzeczne – i wiemy, to powinni zmienić. I gdy zmienią, my się ucieszymy. Możemy pewnie nawet jakoś się do tego przyczynić, skoro o tym wiemy dzięki Chirurgom. Na ekranie mamy kontakt z różnymi ideami: dziecko jest dziewczynką i chłopcem (co wtedy zrobić jako rodzic?), lesbijki, mężczyźni wyrażający też swoje uczucia. Rewolucyjny serial, naprawdę. A finał sezonu serio zrywa czapki z głów – gdy zobaczyłem krew na ulicy, to rzuciłem się na następny odcinek, jakby to było Lost, naprawdę. A gdy usłyszałem ostatni raz „Hello Forever”, to jednak się wzruszyłem. Proste emocje, prosty serial, ale skuteczny. Czegoś tam dostarcza.

Więc może coś w tym jednak jest?

5/5

Leila i jej bracia ("Baradaran-e Leila / Leila's Brothers")

25 maja | VOD

Dwie i pół godziny dramatycznych wymian spojrzeń. Piguła współczesnego Iranu. Sergio Leone w Iranie.
 
Tytuł jest naprawdę dobrany idealnie – bo faktycznie opowiada o braciach tytułowej postaci, w których ich siostra musi zasiać ziarno ambicji, ponieważ jak na razie ich życie wygląda… Biednie. Mają niewiele, jakąś pracę wykonują, ale to takie życie w stanie surowym, na dodatek na równi pochyłej – ich dom, gdzie są z rodzicami, rozpada się, a nowy nie będzie możliwy. Trzeba więc zacząć działać, tylko co współczesny Iran ma do zaoferowania?
 
Z początku obawiałem się, że to historia o tym, że tradycje są głupie, albo że cała rodzina będzie pasożytować na jednym jej członku, który jest zaradny. Otóż nie – tradycje nadal są tutaj głupie, ale nie są w centrum uwagi, to tylko jeden z wielu elementów tej opowieści o współczesności. Więcej tutaj szacunku dla ludzi żyjących całe życie w pewnym kontekście wartości, ale też z ogromną siłą pokazano, jak zabobony są ważniejsze od najbliższych. I z czasem każdy z bohaterów pokaże swoją wartość, będą się starać, będą mieć pomysły, będą aktywni i poniosą ryzyko. A ryzyko będzie ogromne.
 
Kiedy już wszystkie elementy zostaną rozstawione, otrzymamy przejmującą opowieść o zwykłych ludziach, którzy się starają i dostają ogromne kopniaki od losu. I znajdują się w sytuacji bez wyjścia. To ujmuje, jak wiele twórcy zdają się wiedzieć o codzienności zwykłych ludzi i z jaką empatią do tego podchodzą. Cała druga połowa filmu jest przejmująco smutna i ponura. A życie idzie dalej.
 
Iran awansuje więc do grona krajów, które zrobiły co najmniej dwa tytuły na liście moich ulubionych 2022 roku. USA, Irlandia, UK – nie ma tego wiele. Drugim tytułem jest No Bears, które niedawno miało w końcu premierę kinową. I tamten tytuł naprawdę polubiłem, ale jednak wyżej dam Leilę…. No Bears niby było realistyczne, ale tak naprawdę surrealistyczne – i tym surrealizmem oddawało ducha tego kraju, jak wygląda życie w Iranie. Leila… opowiada o rzeczywistości – i poprzez to opowiada o duszy kraju i skomplikowanej sytuacji jego mieszkańców.
 

PS. Wolałbym oglądać słabe filmy z Iranu, wtedy lepiej bym przyjął do wiadomości po fakcie wieść o tym, że twórcy danej produkcji zostali aresztowali i siedzą w pierdlu za to, co robili.

PS2. Serio? Leila i jej bracia u nas od razu na VOD, ale takie nijakie Między lustrami z Iranu to trafiło do naszych kin? Gdzie w tym logika, proszę mi to wyjaśnić.

3/5

Bob's Burgers Film ("The Bob's Burgers Movie")

25 maja | VOD

Kinowy film w uniwersum serialu animowanego, który obecnie trudno nawet podsumować o czym jest – o przygodach rodziny, która żyje z prowadzenia knajpy? Chyba coś w tym stylu. W filmie grozi im zamknięcie knajpy przez bank, a tymczasem przed lokalem robi się gigantyczna dziura, w której znalezione jest ciało. Jedna z córek właścicieli postanawia rozwiązać zagadkę morderstwa.

Są tu nieliczne piosenki, ale ten film to przede wszystkim komedia: w takim znaczeniu, że żarty zamiast bawić wprowadzają w warunki przyjemności. Przekomarzania bohaterów między sobą, ich absurdalne postępowanie w ramach przedziwnej fabuły, niezręczność sytuacji oraz bohaterowie radzący sobie z nią na głos i bezpośrednio. Serial oferuje to samo i tam zdążyłem to polubić, więc teraz też bawiłem się całkiem nieźle. Budżet był też większy, więc aspekty techniczne weszło na wyższy poziom wykonania, ale kreatywnie mamy do czynienia z tą samą kreską i animacją. Aktorzy są równie zaangażowani i zabawni robiąc swoje dziwności, co w serialu, a ich charakterystyczne głosy są frajdą samą w sobie.

Przyzwoita produkcja, ale trzeba być jednak fanem serialu – inaczej nie pozna się bohaterów, człowiek nie zdąży się też wczuć w specyficzne poczucie humoru. Problem w tym, że fani serialu pamiętają jego lepsze czasy – z tego, co się orientuję. Oni z kolei twierdzą, że serial odcina tylko kupony od czasów swojej wielkości i film jest tego częścią. Sam poznałem ten tytuł dopiero w tym roku i mogę jedynie napisać: przyjemna animacja. Pośmiałem się, absurdy mnie bawiły, tła były bardzo ładnie zrobione. I tyle.

2/5

Gianluca Vacchi - Mucho Más

25 maja | Amazon Prime

Film o gościu, który wstaje o 6 rano, by spać 2 godziny.

Kolejny celebryta kupił o sobie dokument. Tym razem mówimy o włoskiej gwieździe mediów społecznościowych mającej 53 lata, która robi wszystko: jest sportowcem, DJ, klaunem, ojcem, biznesmenem. Większość czasu to typowe banały w stylu: „Nie znacie go, a on jest naprawdę wspaniały, ma ogromne serce i nie wiem, gdzie byśmy bez niego byli”. Sporo tu też bronienia się przed uwagami czy krytyką, o której nie słyszałem, bo nawet nie słyszałem o samym bohaterze tej produkcji. Zarzucają mu np. skąd wziął pieniądze, a on się przed tym broni, skoro jako jedyny ma głos.

Oglądamy więc kolejny raz jakiegoś bogatego człowieka, które wszędzie lata, dobrze je, spędza czas z rodziną i czasami wstawi głupie wideo na media społecznościowe. Jego fenomenu nie idzie zrozumieć z seansu, dla mnie jest nudny. Tylko gdzieś tak pod koniec pada pytanie: skąd masz pieniądze? I po łebkach zaczynają przybliżać ten temat, jak to po rodzicach odziedziczył coś, a potem ciężko pracował. W sumie więc coś tu jest – coś, co by mogło uzasadnić powstanie tej produkcji – tylko nadal zrobiono to tak, że główny bohater koniec końców wydaje się oderwany od rzeczywistości. Gada głupoty o tym, by żyć tak, jak chcesz, koniec. Kurde, dzięki.

2/5

Elvis

25 maja | Kino

Marny hołd nieświadomy swojej marności. Austin Butler to skarb.

Nie jest to biografia ani fabuła o życiu Elvisa Presleya. Bliżej temu do eseju lub teledysku, w którym twórcy pochylają się nad garścią momentów z życia artysty, pobieżnie wspominając o nich pomiędzy dostarczaniem kolejnych występów. Pobieżność można wręcz pomylić z ekspresowym tempem, tzn. małą ilością czasu poświęconą na cokolwiek. Często nawet tego nie robią, tylko przeskakują nad tym i można jedynie się domyślić, co się stało. Nawet nie ma co oczekiwać konsekwencji, spójności historii albo budowania w ten sposób osobowości Elvisa. Reżyser postrzega go w bardzo ograniczony sposób: jako symbol, który znaczył dla wielu osób wiele rzeczy; którego życie było tragedią a śmierć była smutna. I w swoim mniemaniu oddaje mu hołd z godnością: pokazuje, że znaczył dla widowni wiele. Pokazuje, że był symbolem innych rzeczy w ciężkich czasach. Ani myśli przedstawić tych czasów i Elvisa, bo nie widzi tego jako coś potrzebnego. Fani Elvisa i tak znają wszystkie szczegóły, więc swoją miłością wypełnią dziury w filmie. Pewnie nawet nie będą świadomi, jak wielkie są to dziury. Reżyser może skupić się na samym minimum: schemacie kina biograficznego. Niczym więcej.

Błędy zostały popełnione. I to chyba wszystkie, jakie tylko można było. Nie zbudowano świata, nie zbudowano Elvisa, nie zbudowano artysty. Z filmu nawet nie wynika, czy znał się na muzyce, czy pisał swoje piosenki, cokolwiek. Całość jest opowiedziana z perspektywy menedżera, który przez większość filmu jest zbędny – ilekroć w coś się angażuje, to ja jestem zaskoczony, że nikt go nie wyrzuca z planu, bo zachowuje się jak żul przeszkadzający ludziom w parku. Nie jest nawet pokazane, jak zawiera umowę z Elvisem, po prostu zaczynają razem być na trasie. Bohater nie wyraża wtedy na nic zgody, nie podejmuje żadnej decyzji, którą moglibyśmy zobaczyć – bo po co? Mało kto ma tu jakąkolwiek osobowość, prawie nikt nie ma tu jakiejkolwiek relacji z czymkolwiek, a tym bardziej kimkolwiek. Nawet cała filmowa ekspresja jest zaburzona poprzez problemy z tempem – wiele razy czułem, że jakaś scena już się skończyła, a twórcy wracają do niej po jakimś czasie.

Jest w tym filmie scena, gdy bohaterowi grożą poważnymi konsekwencjami, jeśli nie przestanie się zachowywać na scenie tak, jak to robił do tej pory. Podejmuje oczywisty wybór, mówiąc przy tym, że zawsze trzeba ufać sobie. I nie ponosi za to żadnych konsekwencji, więc to pusta scena – w filmie. W rzeczywistości na pewno było inaczej, a wasza miłość wypełni tę dziurę podświadomie. Wy zobaczycie Elvisa, zagranego w piorunujący sposób, który deklaruje swoją odwagę i wiarę w wartości, które wyznaje. Zobaczycie słynne fotografie powołane do ruchu, będziecie na koncercie Elvisa przez dwie godziny. Reżyser zrobił jednak film o gościu, który śpiewa, a potem umarł. Harował na śmierć, jego ojciec i inni przepierdolili wszystko, a twórcy nikomu nie dają nawet kropli godności, by się wytłumaczyć. Przejebali to przejebali, koniec tematu.

Na napisach końcowych leci In the Ghetto, tylko remix. Elvis kończy zwrotkę i ktoś zaczyna śpiewać obok niego. Słyszę to i pytam w myślach: „Co wy robicie z jedną z najpiękniejszych piosenek w historii? Wy… wy nie macie pojęcia, co robicie, prawda?”.

4/5

Funny Pages

24 maja

Jest w tym duch Crumba oraz filmów Terry’ego Zwigoffa. Dziwne, szczypiące kino.

Robert umie rysować, kocha komiksy. I widzi w tym swoją karierę, przyszłość, chce się temu oddać. Rezygnuje z pomysłu rodziców o pójściu na studia, nawet nie chce po świętach wracać do szkoły. Ma wsparcie rodziców, ale nie takie, jakie oczekuje – ci myślą o jego stabilnej przyszłości, a komiksy to tylko hobby. Nie dostrzegają też sztuki w tym wszystkim, na talent rysowania patrzą tak, jakby ich syn nadal miał 3 lata i narysował uśmiechnięte słońce. Nie są agresywni czy brutalni, za to bohater jest jak najbardziej. Nawet wyprowadza się, mając jakąś ideę w głowie o poświęceniu i trudnych początkach, znajdując kąt w mieszkaniu w piwnicy, dzielonym z obcym człowiekiem. Wszystko po to, aby jego życie przyniosło mu chwałę artysty.

Chociaż jest to opowieść osadzona współcześnie, to jednak wygląd przypomina rodzinne wideo nagrane w latach 80. lub 90. To intensywna opowieść z życia młodego człowieka, która z boku wydaje się nieistotna, ale dla samego protagonisty właśnie mają miejsce wydarzenia, które ukształtują jego przyszłość. Stąd bierze się komedia: w końcu nie jesteśmy zaangażowani, tak jak jego rodzice – my tylko obok obserwujemy, jak sprowadza do domu w Boże Narodzenie największego dziwaka, by uczyć się od niego rysunku. Tylko widowni raczej nie będzie do śmiechu, bo to jednak angażujący seans. Łatwo będzie się w czuć w doświadczenia młodego bohatera, który krzyczy na wszystkich, pali za sobą mosty w imię przyszłości – zupełnie nieświadomy faktu, że nic, co robi, nie przybliża go do celu.

To w końcu nieco przybijająca opowieść o tym, że taki cel nie jest osiągalny, przynajmniej nie w ten sposób. Marzenie nadal istnieje, ale bohater będzie sprowadzony na ziemię. A pasja w postaci komiksów raczej zapewni nam pracę w sklepie z powieściami graficznymi, niż ich tworzenie. Wiecie, póki takie księgarnie jeszcze istnieją.

Plus: dbajmy o przyjaciół. Tych ludzi, którzy nas znają i akceptują.

3/5

Joyland

23 maja | HBO

O chłopie, który nie lubi, że jest szykanowany z powodu niewystarczającej męskości, więc zadurza się z transie. Palestyna w pigułce.

W sumie streściłem już film i całość wydaje się tylko tym: zbiorem scen, gdzie bohater jest dyskredytowany, bo nie jest czyimś mężem, albo nie daje rady zarżnąć zwierzęcia, albo że chce tańczyć (chociaż nie umie, ale się rozwija w tę stronę). Toksyczna męskość i inne takie motywy zrealizowane w wolny, kontemplujący sposób, bez interesujących postaci czy historii. Nijakie, obojętne doświadczenie, gdzie twórcy byli bardziej zainteresowani zrobieniem oświadczenia, a nie filmu o ludziach.

Typowy film z Nowych Horyzontów.

4/5

Gorące dni ("Burning Days")

23 maja | HBO

Miało potencjał na bycie „Chinatown” w Turcji. W połowie robi się jednak obojętny, gdy symbolika staje się ważniejsza.

Prokurator trafia do małego miasteczka, aby tam pracować. Zaczynamy od widoku gigantycznej dziury w ziemi (powstałej w skutek osunięcia się terenu) oraz sekwencji pogoni za dzikiem między uliczkami, która kończy się ciągnięciem zwierzęcia za samochodem w otoczeniu wiwatującego tłumu. To buduje klimat wchodzenia w nowy, brudny świat, którego nie da się zmienić, gdzie niesprawiedliwość po prostu jest. Lokalni obywatele wyciągający rękę, aby tak naprawdę wciągnąć w pułapkę, korupcja, przyzwolenie na grzechy oraz „my tu robimy rzeczy po swojemu”. Sprawy komplikują się, gdy próba znalezienia gwałciciela okazują się móc prowadzić do samego prokuratora, który nie pamięta, jak skończył się jego wieczór z kolacją zakrapianej alkoholem (w duchu „ze mną się nie napijesz” czy „ale już nalałem”). Co będzie ważniejsze dla bohatera – prawda czy reputacja?

Wtedy jednak produkcja wytraca tempo, zwalnia i niemal stoi, ponieważ… liczy się właśnie wnętrze bohatera, jak on się teraz czuje. Wszystko inne schodzi w najlepszym wypadku na dalszy plan, jeśli w ogóle zostaje na planie, ponieważ od teraz koncentrujemy się na tym abstrakcyjnym zamyśle: komu zaufać? Co się wtedy tak naprawdę stało? Oczywiście bez badań DNA czy coś, bo nie o to chodzi. Nie ma śledztwa czy intrygi, jest tylko sporo tego, co już znamy: odległa wieś żyjąca po swojemu, gdzie obcy mogą bez problemu życie stracić, jak gdzieś wsadzą nos. Dobre oddano atmosferę rezygnacji i niebezpieczeństwa, ale też nic specjalnego.

Całość prowadzi do niedorzecznej końcówki, którą trzeba oglądać wyłącznie jako symbol. Bohaterowie może i zachowują się wtedy irracjonalnie, ale przesłanie reżysera do swoich ziomków jest wtedy jasne: „między nami jest przepaść”. Po to chyba zrobił ten film, co całkowicie rozumiem – tylko co z tego, że jest ta przepaść? Coś ten film zmieni, pomoże komuś to dostrzec, czy też reżyser chce się tylko lepiej poczuć?

4/5

Moonage Daydream

23 maja | Kino

Wszystkie kolory Bowiego. A przynajmniej te, które reżyser znalazł.

Nie dokument, nie biografia – ale podróż przez większość etapów z życia artystycznego Davida Bowiego (pomiędzy Let’s Dance i Black Star jest głównie przerwa), jego inne wyczyny artystyczne poza muzyką są jedynie wspomniane (scenariusze, Broadway, obrazy maluje, łomatko, co za artysta! Why do you write like you running out of time?!), ale esencja, kolory i energia się zgadza. Oglądamy wyłącznie nagrania archiwalne: koncerty, programy talk-show, sesje zdjęciowe oraz relacje z chwil przed koncertów, zadawanie pytań fanom na widowni, jak kupują bilety. Nie wiem, czy to coś dla ludzi nieznających Bowiego, z kolei fani to wszystko już słyszeli i widzieli. Upamiętnienie jego różnorodności. Myślę, że to może być jeszcze jakoś coś dla tych, co przesłuchali płytę czy dwie, odbili się, a dzięki „Moonage Daydream” mogą mieć szansę dostrzec resztę Bowiego, której jeszcze nie widzieli. Czy raczej nie słyszeli.

Mam w sumie tylko taką uwagę, że nadal w takich historiach nie ma opowiedzenia o tym, jak popularyzuje się takie barwne osoby – mistyczne, inne, tajemnicze – które są fajne na ekranie, ale w prawdziwym życiu jak ktoś się tak zachowuje, to odbiór jest diametralnie inny. Młodzież widzi takiego Bowiego i inspiruje się nim, widzi siebie inaczej od rówieśników i albo jest lekceważona (inny rezultat, niż się spodziewali), albo też jest wyszydzany. Albo jeszcze gorzej. Jak to się dzieje, że taki David Bowie dał radę być takim dziwakiem?

3/5

Zbrodnie przyszłości ("Crimes of the Future")

23 maja | Kino

Miałem skojarzenia z „Blade Runnerem”. Vigo Mortensen niczym detektyw w świecie przyszłości, zupełnie nieświadomie prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia ducha ludzkiego. Rozmawia z ludźmi, słucha różnych osób, zastanawia się mimowolnie na różne tematy.

Co ciekawe, ten obraz jednocześnie intryguje wizualnie jak i jest nudny. Bo gdy się o nim myśli, to przypominają się te wszystkie transformacje ludzkiego ciała, urządzenia, styl. Gdy się to jednak ogląda, wtedy większość czasu spędzamy na oglądaniu ciągnącej się, wymagającej poprawek scenie dialogu, gdzie dwóch ludzi stoi na tle ściany. Albo okna. Taki paradoks.

Podczas oglądania czułem w tym potencjał. Czułem zmierzanie do powiedzenia czegoś. Czułem też obawę, że reżyser tylko kręci się wokół czegoś, stymuluje mnie, a właściwą robotę odwalam ja, a jemu mam ochotę przypisać całą zasługę.

2/5

Gwiazdka Hollywood ("Holywood Stargirl")

23 maja | Disney+

Miły, obojętny, ładny film. W życiu nie widziałem tak łagodnego trzaskania drzwiami.

Jeden z tych obrazów, gdzie marzenia zawsze warto, trzeba i można realizować. A gdy dochodzi do momentu poważnego i ważnej rozmowy z stylu: „A skąd wiesz, że tobie się uda? Musisz myśleć o prawdziwym życiu!”, to robią to ze wszystkich sił bez jakiegokolwiek zaangażowania. To wtedy zresztą jest wspomniane trzaskanie drzwiami – bohaterka oczywiście zamyka się we własnym pokoju. Jakbym chciał trzasnąć tak delikatnie tymi drzwiami, to bym i tak zrobił to mocniej.

Niemniej muszę oddać tej produkcji jedno: coś w niej jest. Coś jest w tym pierwszym występie, jak bohaterka śpiewa Beach Boys i robi to tak niewinnie, że całkowicie można kupić reakcję widowni. Po prostu sam się do niej zaliczałem. Naprawdę spodobało mi się, jak ludzie zaczęli klaskać czy wybijać rytm o szklanki, by ostatecznie dołączyć się do śpiewania. To było ładne. I jest trochę takich chwil w tym filmie. Jak kręcili próbny filmik i się pocałowali, reżyser powiedział „Cięcie!”, a oni dalej byli… razem. Ładne to jest, co ja poradzę? Historia czy bohaterowie, cały film ogólnie był mi obojętny, ale jednak zerkałem od czasu do czasu, by nie przegapić kolejnego momentu. Nie tworzy to solidnego filmu, ale nadal ma jakąś wartość.

Plus ogólny styl. Te włosy, te stroje, ta wizja. Ten różowy beret, ta dziewczyna na ulicy grająca na skrzypcach.

3/5

Zwycięskie losy Jerry'ego i Marge ("Jerry and Marge Go Large")

22 maja | SkyShowTime

Seniorzy spełnieni życiowo dzięki własnej mądrości. I pokazują młodzieży, co jest ważne w życiu.

Jerry przechodzi na emeryturę i… I co teraz? Coś tam, coś tam, oblicza pradopodobieństwo wygranej na jednej loterii i wychodzi mu, że może wygrywać. Żona na to idzie i obstawiają wszystkie pieniądze: 16 tysięcy. I wygrywają. Niecałe 21 tysięcy. Podoba mi się, że film jest chociaż na tyle przytomny, że wygrane są tutaj niewielkie. A radość z wygranej niezwykła. Pieniądze mają tutaj wartość, bo w końcu zapraszają do udziału wszystkich wokół, budując tym samym społeczność: odbudowują stary budynek, aby zorganizować tam festiwal jazzu. Ktoś inny otworzy biznes. Ktoś inny kupi super autko. Na tym etapie już twórcy nie będą mówić konkretnych kwot.

Film przy całej swojej sympatii goni w piętkę i nie może przejść do puenty. W końcu coś tam udaje się powiedzieć, że Jerry nie bardzo umie rozumieć ludzi, rozumie tylko matematykę, ale w filmie nauczy się, że ludzie są ważni. A przynajmniej powie, że tak teraz myśli. I kupi piłkę i będzie rzucać nią z synem, wystarczy. Nawet pojawią się antagoniści, w postaci młodych dupków z Harvardu, którzy też będą wygrywać na loterii. Jerry mu powie, że pieniądze nie są ważne, tylko ludzie. W pięty mu poszło.

Ponoć ta historia wydarzyła się naprawdę i małżeństwo seniorów wygrało 26 milionów w ten sposób, wspomagając swoją społeczność. Twórcy nie wiedzieli, co z tym zrobić z punktu widzenia sztuki, ale z punktu widzenia marketingowców jest to idealny tytuł, w grzeczny i bezpieczny sposób skierowany do wszystkich, ale przede wszystkim do seniorów, pokazując ich przed nimi samymi w dobrym, miłym świetle. Dobre aktory, w tym Chuck z Better Call Saul albo Dwight Schrute.

Niewykorzystany potencjał, banalne kino, ale doceniam, że robią też kino dla seniorów.

3,5/5

Bob's Burger - sezon XII

22 maja | tylko odcinki 11-22 są z 2022 roku | Disney+

W tym roku oglądam tylko nowości, co oznacza też powrót do seriali, których dawno nie oglądałem – ale wciąż wychodzą nowe odcinki, więc wracam. Z tego samego powodu zaczynam też oglądam nowe seriale od środka – a nawet środka sezonu, bo biorę pod uwagę jedynie te z premierą w tym roku. Parę razy zawracałem i zaczynałem oglądać od początku sezonu, bo nie mogłem się wkręcić. Są seriale, które obejrzałem w taki sposób i nie zrobiły na mnie wrażenia – za rok do nich wrócę i nadrobię wcześniejsze odcinki. Dlatego tym bardziej doceniam takie Bob’s Burger, które wcześniej mnie omijało – w Polsce było tylko z lektorem albo w wersji dubbingowej, co nie miało dla mnie sensu, patrząc na oryginalną obsadę. Wziąłem teraz 10 najnowszych odcinków – a jesteśmy na 12 sezonie! – i moja sympatia do tej produkcji rosła z odcinka na odcinek. To w końcu jest osiągnięcie – umieć po tylu latach trafić do nowego odbiorcy. To serial jest w końcu, powinniśmy móc włączyć go z doskoku, pomijać odcinki i nadal coś z tego wyciągnąć.

Pierwsze wrażenie było raczej takie, że podejrzewałem typową przypadkowość w narracji i humorze. Ot, aby coś się działo. Nic konkretnego, bo twórcy już nie mają pomysłu i tylko wypełniają czas. Trochę mi zajęło przekonanie, że ta przypadkowość jest zamierzona – wszyscy bohaterowie są trochę „nie-teges” i to leży w ich naturze. Jeszcze nie umiem scharakteryzować tych postaci i rodzaju ich perypetii, ale mam pewność, że sami twórcy ich znają. I rozumieją. Pod koniec już szanowałem twórców za to, że wciąż umieją wymyślić jakąś niedorzeczną historię, wykorzystać tych bohaterów w uczciwy sposób i zrobić kompetentny odcinek. Zdarzają się wypełniacze tu i tam, ale nic, za co miałbym się gniewać. To po prostu serial o rodzinie umiarkowanych postrzeleńców z kapitalnymi aktorami głosowymi. I chcę go poznać lepiej.

Najlepszy odcinek: 12×15, ale bardziej chciałbym wrócić do tego, w którym Bob zamieszkał w piwnicy.

3,5/5

Simpsonowie - sezon XXXIII

22 maja | tylko odcinki 11-22 są z 2022 roku | Disney+

Wiem, jaką opinię ma teraz ten serial: „to jeszcze leci? Jak to?!” I muszę powiedzieć od siebie: nie mam z tym problemu. Inni chcą to oglądać, to oglądają. Ja po latach wróciłem… I nadal oglądam z przyjemnością. Inną, niż w pierwszych sezonach, ale na tle innych kreskówek telewizyjnych to nadal pierwsza liga. Każdy odcinek jest samodzielny i pozbawiony jakiegoś konkretnego wzoru czy typu. Na pewno znikomy jest chaotyczny humor, obecny w tym serialu od początku – teraz bardziej mówimy o spójnych fabułach, które są… miłe. I to mi pasuje. Humor jest jako dodatek, teraz twórcy skupiają się niemal wyłącznie na historii, gdzie jedna scena faktycznie prowadzi do następnej, a autorzy nie boją się poświęcić tych 20 minut na jeden wątek. I faktycznie go kończą, bez urywania w 1/3. Fani pierwszych sezonów są przyzwyczajeni do czegoś innego, ale ja, obojętny raczej na chaotyczne odcinki skupione na produkcji masy przypadkowych żartów, w nowym wydaniu Simpsonów naprawdę się odnajduję. Widać, że twórcy mądrze podchodzą do swoich historii, potrafią dostarczyć miłe momenty, a każdy odcinek ma odpowiedni budżet umożliwiający animację wysokiej klasy. W porównaniu z innymi tytułami widać przepaść w ilości ruchu, dynamicznego tła i innych.

Będę wspominał, jak Homer zaczął ważyć piwo kraftowe i znalazł przyjaciela. Albo jak Marge nawiązała przyjaźń z Bartem za pomocą robienia psikusów ludziom. Albo jak Bart zauroczył się w nauczycielce, która uratowała go z basenu. Albo jak Lisa walczyła o dobre imię artysty, którego utwór wykorzystano w reklamie. Serio, to nie jest złe. Obejrzyjcie poniższy odcinek, który wyróżniam – jeśli przypadnie wam do gustu, to i cały sezon powinien.

The Best: Pixelated and Afraid (33×12) Marge i Homer są małżeństwem, ale ich dzieci obawiają się, że uczucie między nimi się skończyło, więc motywują ich do wyjazdu. Wyjazd zmienia się w trakcie, ale nasi bohaterowie udowadniają nam – bo sobie nie musieli – że są małżeństwem w pełnym tego słowa znaczeniu. Naprawdę miło jest zobaczyć odcinek w 33 sezonie, gdzie twórcy nadal pamiętają, że ich postaci są w sobie zakochani. I coś musi być w tym, że wciąż chcą być ze sobą razem. A my oglądamy historię, w której miłość ma niejedno oblicze – inni nie muszą się zgadzać, bo nie są istotni. Istotna jest tylko ona i fakt, że kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. A my kochamy ją w ten sam sposób.

2/5

Family Guy - sezon XX

22 maja | tylko odcinki 11-20 są z 2022 roku | Disney+

O, ten serial kiedyś obejrzałem. Po tym sezonie mogę tylko powiedzieć: dla fanów randomowego humoru. I dziecinności Petera albo innych cech innych postaci. To nadal tu jest i trochę bawi.

Nie ma najlepszego odcinka, bo nie ma co wyróżniać (ewentualnie najnowsze, bo je jeszcze pamiętam), ale jest najgorszy („HBO-No”, 20×14 – parodia innych seriali, która nie zasługuje na miano parodii).

5/5

Aftersun

21 maja | AFF

Kiedy momenty to wszystko, co ci zostało. I budujesz z nich film. Przepiękne kino.

Film wielokrotnego seansu. Może później będę wiedział, ile rzeczy powinienem wam zdradzić w ramach wstępu, więc póki co napiszę dosłowne minimum: chłop i dziewczyna na wakacjach. Czy to jej ojciec? Brat? Nawet tego nie zdradzę, a tym bardziej tematu czy czasu akcji. Czuję, że tutaj wszystko najlepiej odkryć samemu – zanurzyć się w tym zbiorze emocji i uczuć, które mogą być po części fantazją, wyobrażeniem w miejscu dziury rzeczywistości. Co się wydarzy w tym filmie? Dlaczego to oglądamy? Dlaczego to jest ważne dla bohaterów?

To kino łączące ludzi, przeszłość i teraźniejszość, odpowiadające na pytania, które nigdy nie były zadane – a które uświadamiamy sobie dopiero po tym, jak znajdujemy odpowiedź. Tutaj miejsce fabuły wypełnione jest relacjami międzyludzkimi, detalami na twarzy, które opowiadają fascynującą historię pełną zwrotów akcji. Przyszłość i wspomnienia tworzą się na naszych oczach, chociaż o tym nie myślimy, nie mamy świadomości, że coś takiego właśnie się dzieje. Słońce, leżakowanie, czyste niebo, muzyka, pływanie, bilard, obcy ludzie, automaty z wyścigami, karaoke, opaska All-Inclusive. Dla fanów Mike’a Millsa.

I think it’s nice that we share the same sky.
– What do you mean?
– Well, like, sometimes at playtime, I look up to the sky, and if I can see the sun, I think about the fact that we can both see the sun. So, even though we’re not actually in the same place and we’re not actually together, we kind of are in a way, you know? Like, we’re both underneath the same sky, so… we’re kind of together.

3/5

Piękny poranek ("Un beau matin / One Fine Morning")

20 maja | Canal+

Ładny film o wnętrzu kobiety radzącej sobie z życiem. Na jakiś czas zapomina, że o tym jest, ale i tak: na plus.
 
Zajmowanie się dzieckiem, ojcem, próby zachowania spokoju oraz samotność. Całkiem miłe kino, które radzi sobie bez akcji, po prostu pokazując życie.
 
W sumie tylko film zapomina na długi czas o ważniejszych sprawach i zajmuje się głównie dramatem, że ukochany protagonistki ma żonę i w sumie nie wiadomo, czy ją rzuci dla kochanki. No tragedia, przyznacie. Wtedy film wyraźnie się gubi, ale przypomina sobie na końcu o ojcu. Jak wy też o nim zapomnieliście, to nie będzie problemu. Znaczy będzie, ale zupełnie inny.
4/5

Plan 75

20 maja | Netflix

Melancholijna, spokojna medytacja nad życiem w innym świecie.

Świat radzący sobie z problemem przeludnienia oraz ciężaru tej części społeczeństwa, która już się starzeje. I młodsza nie będzie, a zająć się nią trzeba, więc zaproponowany zostaje tytułowy „Plan 75”, gdzie obywatele powyżej 75 roku życia będą… No cóż, będą mogli przestać być problemem, ciężarem, obciążeniem, zmartwieniem dla innych. To minimalne, spokojne, nie nastawione zbytnio na fabularność kino o ludziach. Doceniam szczególnie, że to film z trzech perspektyw: osób mierzących się z myślą, że zaczęli przeszkadzać, jak i osób obserwujących to z boku, ale też osób pracujących w miejscu, które oferuje taką usługę.

Koniec końców morał jest przewidziany: życie jest warte życia. Nie osłabia to jednak finałowe wrażenia. Ładny to film, który chce dobrze. Nawet jeśli większość widzów zaśnie na początku.

3/5

Nieznajomy ("The Stranger")

20 maja | Netflix

Oficjalny opis filmu dosyć mocno zdradza większość produkcji – zaczynamy seans jednak od tytułowej osoby, która zaczyna nowe życie i wchodzi w tereny niebezpieczne, poza prawem. Musi wykazać się szczerością oraz pozyskać zaufanie. Problem w tym, że pozyskuje je bardzo łatwo na poziomie samej historii. Nie ma tutaj nic, co by stworzyło przy pomocy wydarzenia relację między bohaterami, albo wejście bohatera do wspomnianej organizacji. Postacie nic nie robią, to się dzieje samo, cały ciężar wiarygodności za tę historię – opartą na faktach – spada w zasadzie na aktorów i ich chemię. Każdy po seansie chwali duet Seana Harrisa oraz Joela Edgertona (czasami ktoś dorzuca tu wokalistę Radiohead), nikt nie chwalił scenariusza, ponieważ w kontekście całej produkcji trudno zwyczajnie kupić taki rozwój wypadków. No, ale tak się teraz robi filmy, scenariusze i generalnie opowiada historie: bez akcji, bo akcja jest rozumiana tylko jako wybuchy. Więc historie rozwijają się najczęściej same.

A poza filmem to dobra historia na poziomie ludzkim, ale by to wyjaśnić tutaj niestety musiałbym was za dużo zdradzać. Powiem tylko, że takie historie są ważne – bo pokazują, ile wysiłku jest potrzebne, żeby dobro zwyciężyło.

Reżyser postawił na wolne tempo oraz niecodzienne zagrywki, wprowadzające niezręczność, brak komfortu. Detale, które sprawiają, że bohaterowie teoretycznie nie czują się całkowicie pewnie i mają świadomość, że jeden niewłaściwy krok i zaczną się kłopoty. Efekt jest taki, że czasami ciężko uzasadnić, czemu jakaś scena jeszcze trwa albo w ogóle czemu cały film jest taki długi. Sporo też tutaj ekscentryczności – sama scena tańca do muzyki jest po prostu dziwna, a jakby ją wyjąć z kontekstu i połączyć z kolejną sceną, gdzie dziecko agresywnie myje zęby, powstaje jedna z najdziwniejszych sekwencji roku. A to tylko podkupuje wiarygodność całej produkcji, która przede wszystkim powinna właśnie być wiarygodna, skoro największą siłę ciągnie z prawdziwej historii.

Aktorzy, muzyka i generalnie atmosfera jednak nadrabia, dając całkiem solidne doświadczenie o ludziach żyjących w stresie.

3/5

W gorsecie ("Corsage")

20 maja | Kino

Wariacja na temat arystokracji. Film, w którym nawet jedna scena nie została dokończona.

Szczerze dziwią mnie porównania do „Spencer”, bo te dwa filmy mógłbym porównać tylko na podstawie opisów pomysłów na produkcję, a nie po samym seansie. „W gorsecie” prezentuje jakąś post-modernistyczną wersje życia arystokracji pod koniec XIX wieku, gdzie palą współczesne papierosy, nagrywają filmy, za zamkniętymi drzwiami zachowują się jak współczesne bachory w wieku nastoletnim, a przy stole wszyscy teatralnie udają zainteresowanie głupią rozmową. „Spancer” z kolei prezentowało subiektywny obraz rzeczywistości, ale nadal rzeczywistości – widziałem w postaciach ludzi i rozumiałem, jak oni mogą tak odbierać konkretne wydarzenia czy sytuacje. Dom wydawał się pusty w dosłownym tego słowa znaczeniu, póki nie zeszło się na kolację, gdzie wszyscy byli – ale rozumiem, że po prostu bohaterka tak się czuła w tym miejscu, w tym świecie. O świecie „W gorsecie” nic nie wiem, o jego bohaterach, relacjach między nimi – poza oczywistościami. Życie arystokratów jest nudne, tradycje męczące, dajcie spokój. Brak jakiejkolwiek historii pomijam – coś o tym, że bohaterka jest kobietą i ona CZUJE. Większość scen wydaje się istnieć tylko po to, aby mógł zaistnieć komentarz osoby współczesnej – np. lekarz przypisuje bohaterce opium. My wiemy, że to kiepski pomysł, ale skąd to wiemy? Nie z filmu, po prostu to wiemy. Czemu więc to się znajduje w filmie? Nie ma to żadnego uzasadnienia. Medyk jej daje na ból, chociaż nic jej nie boli, więc dodaje: „ale proszę pani, ma pani już 40 lat. Obecnie tyle osoby pani płci średnio żyją” i to zamyka temat, następna scena. Bo wiecie, ekspozycja w 85 minucie filmu.

To nagłe urywanie scen jest na porządku dziennym. Chyba każda kolejna urywa się w momencie, gdy skończy się ekspozycja i aktorzy mogliby wejść w jakiś konflikt. Nie, że do tego konfliktu nie dochodzi – po prostu ciąg dalszy nie jest pokazany. Osoba A mówi do B *coś*, B jak to arystokracja odpowiada: „A chuj mnie obchodzi twoje zdanie”, patrzą na siebie 0.3 sekundy i następna scena. Żadnych konsekwencji, ciągu dalszego, nic. A to przecież film niemal wyłącznie o oczekiwaniach, spełnianiu ich, podporządkowaniu się regułom. Bohaterka i tak może wstać od stołu, pokazać wszystkim środkowy palec i wyjść. Super, bardzo lubię, jak twórcze pomysły na film przeszkadzają sobie nawzajem i tworzą sprzeczny obraz. Nawet nie mogę tego nazwać ambitną porażką, bardziej się czułem jakbym oglądał pracę dziecka, które koloruje słońce na zielono i wyczekuje w napięciu, jak dorośli zareagują na takie łamanie reguł, których to dziecko nie rozumie.

3/5

Noc 12 października ("La nuit du 12 / The Night of the 12th")

20 maja | Kino

Miał być film o ludziach, mężczyznach i kobietach, wyszedł film o twórcach i ich ograniczeniach.

W openingu widzimy młodego policjanta jeżdżącego na rowerze po okrągłym obiekcie sportowym. Metafora filmu będącego przed nami, który będzie posuwać się do przodu i stać w miejscu jednocześnie. Później ktoś się go zapyta: czemu jeździsz tak, a nie na otwartej drodze? W finale policjant wyjedzie na drogę i podziękuje koledze za sugestię. To też metafora – że nie warto się trzymać jednej rzeczy, odnosząc się w ten sposób do życia nierozwiązaną sprawą kryminalną – bo to w sumie kryminał właśnie jest. Kobieta w wieku 21 lat idzie ulicą w nocy, podchodzi do niej zamaskowana osoba, oblewa płynem łatwopalnym i podpala. Kobieta ginie, usmażona żywcem. Autorzy filmu od początku informują widza: wiele spraw w rzeczywistości pozostaje nierozwiązana i właśnie jedną z nich oglądamy. Fikcyjną, ale niby opartą na prawdziwych zdarzeniach. Jeśli więc przestępca nie zostanie złapany, o czym jest ta opowieść? No właśnie…

Po troszku o zwyczajnej pracy policjanta, monotonnej i mozolnej. Widać, że twórcy coś tam liznęli i pokazują więcej rzeczywistości od kryminałów klasy B. Szczególnie pochylono się nad aspektem informowania rodziny, że ich córka nie żyje – jak obie strony tej rozmowy się czują i co w nich zostaje. Właśnie: czucie. Policjant po wyjściu z przechowalni zwłok pyta, czy czuć od niego zapach tamtego miejsca. Widzimy, jak detektywi angażują się w sprawę, tracą nerwy i leżą w łóżku, wspominając zeznania świadków. Co z tego? Nic, chyba że ktoś leżał pod kamieniem ostatnie 120 lat albo i więcej, więc nigdy takich rzeczy nie widział na oczy. Policjanci są ludźmi w tej opowieści, ale nie składa się to na spójny obraz o czymś konkretnym, nie są to też interesujące, głębokie lub zapadające w pamięci postaci. Policjant będzie żałować, że nie znalazł sprawy i tyle – musiałbym naprawdę nisko upaść, by się tym zachwycać.

Słuchamy tych zeznań, które nic nie dają. Kolejni świadkowie relacjonują, że się spotykali jakiś czas z zamordowaną, był seks ale nic więcej. Mało się dowiadujemy o zmarłej – czy miała zainteresowania, miejsca stałego pobytu, ulubione kluby czy bibliotekę. Tego nikt nie sprawdza, ale to raczej ograniczenia twórców są za to odpowiedzialne, nie bohaterowie. Widzicie, to mógł być materiał na obszerną opowieść o krainie, gdzie morderstwo i reakcja na nie może być symptomem czegoś więcej, wielu rzeczy. I taki potencjał został oddany w ręce ludzi, którzy mieli już gotową tezę. I póki wszystko do tej tezy pasowało, to byli zadowoleni, dalej tej historii nie posunęli. Miał być film o ludziach, mężczyznach i kobietach, wyszedł film o twórcach i ich ograniczeniach.

Nie mogę powiedzieć, w którym momencie miałem tę myśl, ale byłem pewny, że w końcu ktoś powie coś w stylu: „Facet zamordował i faceci go szukają. Dziwne, nie?”. Ot, rzucone na wiatr. A nawet nie ustalili, że mordercą był mężczyzna. Myśl nie zostaje rozwinięta, bo autorzy są tchórzami, ale później bohater mówi, że „tak naprawdę wszyscy mężczyźni zamordowali tę kobietę”. To jeden z tych filmów, które w ignorancji oraz uproszczeniach wydają się zgłębiać tajemnice współczesnego świata. A ofiara nadal nie żyje. Morderca nadal jest na wolności – ale wiadomo, są rzeczy ważniejsze. Policjant wyjedzie rowerem w góry i będzie zadowolony, że pogodził się z nierozwiązaną sprawą.

3/5

Trzy tysiące lat tęsknoty ("Three Thousand Years of Longing")

20 maja | Kino

Rękopis znaleziony w Saragossie, tylko nie rękopis i nie w Saragossie.

Kobieta i Dżin w jednym są pokoju, ona słucha jego opowieści. Prawdopodobnie autentyczne i biograficzne, prezentujące jego tragiczne losy na przestrzeni ostatnich tysięcy lat. Nie mogę powiedzieć, by one same były wciągające lub emocjonalne, nie były też jakoś wyjątkowo opowiedziane. Bardziej urzeka mnie tu całokształt – niepewność (może to podstęp magicznej istoty?), ludzka potrzeba towarzystwa i zrozumienia, podejmowanie ryzyka z zaufaniem oraz otworzeniem się wobec kogoś innego, tragedie ciągnące się przez setki lat i więcej… To film o wierze w opowiadanie historii, dzielenie się nimi. Wierze, że to jest tylko dobre.

Jednocześnie same historii i wnioski z nich są banalne, proste, nieinteresujące. Ot, najłatwiejsza z dróg, byle tylko nadać filmowi jakiegoś kształtu, zapewnić mu podsumowanie i zamknięcie. Coś o miłości i tym, że ona wystarcza. Czy coś. Jak lubicie opowiadanie historii, Midnight Club robi to milion razy lepiej: nieoczywiste historie, każda w innym stylu, niepoważne, ale jednocześnie znaczące coś dla odbiorcy. I niejednokrotnie sami musimy to ogarnąć. Do tego jednak jest potrzebna fabuła i postaci, a kino George’a Millera zazwyczaj zadowalało się tylko unikalnym środowiskiem, w którym fabuła się toczy i nie miała ona znaczenia. Tak było w Babe, czwartym Mad Maksie i teraz tutaj. Nie ma w tym nic złego, na pewno znajdzie to jakichś fanów.

3/5

Fullmetal Alchemist: The Revenge of Scar

20 maja | Netflix

Aktorska wersja anime. Niedorzeczne, ale i tak miałem frajdę z powrotu do tego świata.

Jest to druga część filmów fabularnych adaptujących mangę i anime Fullmetal Alchemist: Brotherhood. Tutaj bracia Elric jadą do miasta i zostają licencjonowanymi alchemikami, gdy zaczyna na nich polować tytułowy Scar, tajemniczy osobnik z krzyżową blizną na czole. Poznajemy też lepiej przeszłość ojczyzny bohaterów oraz inne kraje, ale ogólnie dużo się dzieje i nie ma nawet sensu tego zdradzać.

Więc mówimy o wersji live-action, która niewiele dodaje – chce po prostu oryginał przenieść niemal jeden do jednego z serialu, więc aktorzy zachowują się tak, jak w anime. Dobrano ich pod kątem wizualnym naprawdę dobrze, chociaż nikt nie kupi, że Ed ma tutaj 13 lat. Zachowano wszystkie absurdy z dumą, więc Armstrong tutaj też lubi zdejmować koszulę i ma ten idiotyczny loczek. Kwestia indywidualna, czy w ogóle dacie radę na to patrzeć, bo to jest po prostu kuriozalne. Efekty specjalne też są różne, momentami wyglądając naprawdę dobrze, innym razem przypominają o istnieniu filmowej wersji Awatara. Zawsze jednak wyglądają tanio, więc nawet jeśli jakiś efekt wygląda sam w sobie dobrze, to nie komponuje się dobrze z całą resztą. O starcie do anime zresztą nie ma mowy i tak. Grunt, że zrobiono to wszystko z pasją i oddaniem.

To po prostu zbyt dobry świat, fabuła i postaci, żeby wracanie do tego wszystkie nie sprawiło mi frajdy. Byłem zaskoczony, jak dobrze się to mimo wszystko ogląda. Ale nawet fanom nie mogę tego polecić jako czegoś więcej niż tylko ciekawostki – ich ukochany serial w wersji z aktorami, to serio dziwne. Nadal jednak lepiej jest po prostu powtórzyć serial, albo nadrobić mangę.

A co z nowymi widzami? Historia jest chyba wystarczająco jasno opowiedziana, by ktoś, kto nie oglądał serialu, mógł zrozumieć natłok wątków. To po prostu porządne kino przygodowe z masą emocji, walk i magii (no, alchemii, ale nowi będą to nazywać czarami). A finał to pewnie najlepszy clifhannger roku. Tylko kiedy doczekamy się finału, za 15 lat? Pierwsza część wyszła pięć lat temu, teraz druga, a dopiero 1/3 odcinków za nami…

3/5

Jackass 4.5

20 maja | Netflix

Mniej skeczy, więcej nostalgii. Tak czy siak, numer z dziadkiem na przystanku to złoto.

Trochę tu nieużytych gagów z części czwartej. Trochę tu dokumentalnej strony, wejścia od tyłu i poznania o procesie twórczym. W końcu to nostalgiczna podróż i oglądanie nie skeczy, ale ludzi. To też nadal brutalne i obrzydliwe gagi, które lubię za to, co napisałem przy okazji czwórki: po prostu oglądam ludzi mających frajdę i nie martwiących się tym, jak inni ich widzą. Nie muszą mieć niczyjego pozwolenia.

Niektórym większa ilość nostalgii przypada mocniej do gustu. Ja przez nią narzekam na mniejszą ilość gagów i tym samym mniej humoru. Stąd ocena trochę niższa od czwórki.

I czemu kobieta tylko je spocone jedzenie z pępka? Mam nadzieję, że planują żeński remake. 10 grubych kobiet poproszę.

2/5

Parkingowy ("The Valet")

20 maja | Disney+

Remake francuskiego filmu, w którym ludzie gadają równocześnie z innymi.

Szary chłop zostaje wynajęty do udawania partnera słynnej gwiazdy filmowej, która chce wzbudzić zazdrość swojego kochanka, który nie chce zostawić żony. Czy jakoś tak. Komedia pomyłek i życzliwych ludzi ze szczęśliwym zakończeniem, gdzie każdy dostaje nauczkę albo znajduje drugą połówkę w nieoczekiwanym miejscu. Nic wyjątkowego, nic tragicznego – o wszystkim decydują szczegóły. Muszą np. bawić was meksykańskie rodziny i ogólnie grupy ludzi gadających równocześnie, przedłużający każdy dialog, wprowadzając więcej nieporozumień. Mnie to nie bawi.

Ponad to, same żarty. Wystarczy np., że kobieta się obrazi. I to kończy dyskusję, wygrała ją. Albo była żona bohatera – jak słyszy, że teraz interesuje się nim słynna aktorka, to sama chce go odzyskać. Bo kobiety tak mają, twierdzi film. Średnio mnie takie rzeczy interesują. Na to trzeba przymykać oko, ale wtedy dostajemy całkiem sympatyczne kino.

2/5

Chip i Dale: Brygada RR ("Chip 'n' Dale Rescue Rangers")

20 maja | Disney+

Kto zabił Królika Rogera przeznaczony wyłącznie dla najmłodszych widzów, co nie ma żadnego sensu

Są filmy myślące, że jak powiedzą, że coś jest głupie, a potem to zrobią, wtedy będzie inteligentne, bo samoświadome, meta, postmodernistyczne, zaskakujące, odwracające oczekiwania i co tam jeszcze chcecie. Prawda jest taka, że to wtedy jest wyjątkowo głupie. Kropka. A raczej wymaga czegoś więcej niż uprzedzenia faktów, aby było faktycznie inteligentnym środkiem narracyjnym. Tak czy siak, Brygada RR jest wyjątkowo głupim filmem. Kropka.

Zaczynamy od zżynania z Kto wrobił Królika Rogera, stawiając na świat, gdzie postaci animowane żyją w tym samym świecie, co my. Są np. aktorami, grali w kreskówkach, które lubiliśmy za młodu, teraz są zapomnianymi gwiazdami mającymi zwykłe życie. Tak było z tytułowymi Chipem i Dalem, którzy byli twarzami serialu aktorskiego, a teraz nawet nie są przyjaciółmi. Znaczy są, ale scenariusz jest tak źle zrealizowany, że cała opowieść nie bierze pod uwagę finałowego momentu, gdy jeden z protagonistów wyznaje drugiemu wdzięczność za jego przyjaźń w młodych latach. W każdym razie – grali awanturników w serialu 20 lat temu, więc teraz sami angażują się w sprawę kryminalną, aby kogoś uratować, ryzykując swoim życiem.

Fabuła jest raczej tylko pretekstem do kolejnych okazji, aby zrobić coś głupiego, najpierw poprzedzając to czymś w stylu: „Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zrobić *tego*, to by było głupie”. Czasami jakieś żarty trafią, np. wybuchnie bomba i akompaniamentem jej wybuchów będzie theme Disneya. Sam pomysł na produkcję mógł się udać – szczególnie wobec faktu, że za realizację odpowiada właściciel praw do niemal wszystkiego, więc mogli to wszystko pokazać na ekranie, stworzyć wiarygodny świat. Potencjał zabiła wyraźna potrzeba, aby nie doprowadzić ani jednego momentu do czegoś emocjonalnego. Mieliśmy dostać jedynie serię głupot, a nie historię, gdzie bohaterowie coś czują, mają problemy, zawiedli się życiem. Jednym słowem, to miał być Kto zabił Królika Rogera przeznaczony wyłącznie dla najmłodszych widzów, co nie ma żadnego sensu patrząc na fabułę i podejmowane przez nią motywy.

A poprzez najmłodszych widzów mam na myśli ich wyobrażenia jako wymówkę, używaną przez recenzentów czy fanów. Nie faktycznie najmłodszych widzów, którzy i tak są zbyt inteligentni na takie filmy.

4/5

Men

20 maja | Kino

Alex Garland to mistrz jump-scare’ów, Anglia jest piękna, a druga połowa filmu to niezapomniane przeżycie.

Bohaterka grana przez Jessie Buckley straciła męża – więcej o tym dowiemy się w retrospekcjach – i wyjeżdża na odpoczynek w stronę angielskiej wsi, gdzie w otoczeniu niemal wyłącznie romańskim pragnie ruszyć dalej. Niestety podczas spaceru po lesie goły facet zacznie ją ganiać i stalkować, policja go złapie by wypuścić niedługo później. Nic w końcu nie zrobił.

Reżyser Alex Garland nie stracił niczego ze swoich umiejętności budowania fascynujących obrazów, sekwencji pełnych napięcia oraz walorów estetycznych. Po tym filmie jawi się jako absolutny mistrz jump-scare’ów – cichych, delikatnych, niespodziewanych i przeszywających. Jest tu moment w drugiej połowie, jak Jessie Buckley siedzi na podłodze ze strachu przed tym, co się MOŻE stać: a ja, jako widz, czułem się postawiony w tej sytuacji, czułem wszystko, co protagonistka. Rozumiałem, jak panika przejmuje kontrolę nad człowiekiem, jak staje się kimś innym na moment: panicznie przerażonym absolutnie wszystkiego. Atmosfera jest gęsta i wdzięcznie odpłaca się w zamian za zainwestowany czas. Ponad to reżyser umie przekładać swoje myśli w niezwykłe metafory, wizualnie je oddawać tak, byśmy zobaczyli coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. I na pewno nie zapomnimy. Tak, to film grany w multipleksach, ale swoją zawartością pasuje do festiwali filmowych, jak Nowe Horyzonty.

Jako horror, thriller, dramat psychologiczny – to seans spełniony. Przy okazji, jest to też film artystyczny. I ma to swoje plusy – jest samoświadomy i przemyślany, wszystko na ekranie ma jakieś znaczenie. Kolorystyka domu przywołuje na myśl kolorystykę mieszkania, gdzie się bohaterka rozstała z mężem. Ruchy kamery mają znaczenie – cały czas płynnie podąża za bohaterką, z wyjątkiem momentu opuszczania domu. Strój bohaterki pewnie też ma jakieś znaczenie, ponad to wszystko tutaj jest symbolem albo metaforą, ludzi tutaj nie ma. I aby odczytać te symbole, trzeba sięgnąć do innych źródeł, film sam w sobie tylko się do nich odwołuje, bez wyjaśnień albo uzasadnień. Większość filmu musimy sobie dopowiedzieć – a jest to film, który jednak nic innego nie daje. Patrzymy na obrazy i zastanawiamy się, co reżyser do cholera chce nam powiedzieć?

Nie chcę wam narzucać tego, co myślę, więc tylko tak ogólnie podzielę się jedną myślą: to film o odwróceniu grzechu pierworodnego kobiet, które w kulturze chrześcijańskiej sprowadziły zagładę i teraz pokutują, jako nieczyste. W tym filmie to mężczyźni sprowadzają zagładę na kobiety. Czy coś więc z tego wynika? Czy coś to komukolwiek daje? Przekonamy się, gdy więcej osób obejrzy.

3/5

Młody Sheldon ("Yound Sheldon") - sezon V

19 maja | 22 odcinki po 20 min* | HBO Max

Nie mam problemu z tym sitcomem. Wystarczająco nieangażujący, ale i z sercem.

Prequel Big Bang Theory o czasach, gdy Sheldon był nastolatkiem i chodził na studia, gdy jego rówieśnicy jeszcze byli w podstawówce. Piąty sezon to przede wszystkim pralnia z automatami do gry hazardowej na zapleczu oraz starszy brat Sheldona – Georgie – poznający starszą kobietę. 17-latek zaczyna zarywać do 29-latki, gdy oboje kłamią o swoim wieku. Wyjdzie z tego ciąża i faktyczna rozmowa o tym, co dalej.

Odcinki są bardzo krótkie – jeszcze krótsze niż czas emisji. Tak jakby nie chcieli kończyć tych historii. Coś się dzieje – i to dosłownie: coś, cokolwiek, byle co – i potem przestaje się dziać. Tak jakby wyciąć podsumowanie z odcinka Wonder Years, albo trzeci akt jako taki. Czasami nawet twórcy znajdują jakiś temat, który jest trudny dla bohaterów. Co z nim robią? To samo – kończąc odcinek przedwcześnie. Czemu nie? To zapewnia bezpieczeństwo, na wiele sposobów. Zarówno dla twórców, jak i widzów, którzy mogą oglądać i spać równocześnie. Wiele odcinków jest słabych, tydzień później nie będziecie pamiętać większości tego, co obejrzeliście. W pamięci pozostaną momenty, jak główny wątek fabularny albo pojedyncze sceny, gdzie bohaterowie pokazują serce: będą się wspierać jako rodzice, rodzeństwo, przyjaciele.

I tak, to jedna z tych produkcji, gdzie mężczyźni są dużymi dziećmi i kobiety nad nimi kręcą głowami, gdy chłop w średnim wieku popełni błąd i nie przyznaje się do niego, by obronić swoją dumę, ale na koniec przeprosi i powie kobiecie, że tamta miała rację cały czas. To razi tak samo jak fakt, że Sheldon nie jest tu głównym bohaterem, jego żart jest dosyć monotonny – bardziej reaguje na rzeczy mające miejsce wokół niego. Niemniej: faktycznie te rzeczy mają na niego jakiś wpływ, oglądamy je przez jego pryzmat. A fałsz w przedstawieniu relacji damsko-męskich jest zalewany sercem w tematach rodzinnych. Całość jedynie udaje sitcom z lat 90 i wcześniejszych, realizacyjnie jest zbyt nowoczesny, humor podobnie, a i traktowanie niektórych tematów całkowicie odbiega od tego, jakby to zrobiono w czasie przedstawionym (religia, relacja z księdzem, komentarz odnośnie „boga nie ma” itd.). I nie miałem z tym żadnego problemu – od czasu do czasu wracałem, obejrzałem parę odcinków, nic na siłę. Czasami jako tło, gdy akurat coś robiłem. Wątek główny z ciążą serio mi się podoba – naprawdę o tym rozmawiają, naprawdę są problemy, naprawdę są konsekwencje, każda postać naprawdę inaczej do tego podchodzi, każdy inaczej ją reinterpretuje poprzez pryzmat własnych doświadczeń. Nie wymagam absolutnie nic od tej produkcji, niewiele dostaję, ale wiem, że mogłoby być dużo gorzej, więc akceptuję, co mam. Jako serial jest słabo, ale jako sitcom z dziećmi, których dorastanie oglądamy przez lata? Zaczynamy ich lubić i chcemy do nich wracać? Sprawdzić, co u nich? W tym kontekście Młody Sheldon sprawdza się w zadowalającym stopniu.

Teraz tylko czekam, aż Mckenna Grace będzie mieć 18 lat. Jeszcze 574 dni.

PS. „Mini-Cooper”. Zabawna idea, ale tak serio: nie powinni tego tak tytułować. To bardziej nazwa z „Honest Trailer” niż faktyczny tytuł.

*widziałem tylko 10-22, plus 1-8 z szóstego sezonu. Bo oglądam tylko 2022 rok w tym roku.

4/5

Moloch

19 maja | Shudder

Podczas seansu wchodzimy do krainy, gdzie krok po kroku mamy coraz mniejszą kontrolę nad czymkolwiek. Epilog oddaje tragizm tej opowieści bezbłędnie.

Domek gdzieś na pustej drodze, zagrożenie w postaci obcego oraz znalezisko archeologiczne, które właśnie zostało odkopane. Ten tytuł z jednej strony potrafi intrygować i wciągać (otwierająca scena, gdzie z sufitu zaczyna kapać krew – a gdy później wracamy do tej sceny, to twórcy umieją usatysfakcjonować odbiorcę), by później bez powodu zaskoczyć głupich zachowaniem bohaterki (wybiega z samochodu w pole, bo czuje się urażona, ale gdy chłop za nią goni – pewnie aktywując tym jakąś traumę z dni wcześniejszych, gdy w podobnych okolicznościach jej życie było zagrożone – protagonistka zaczyna się śmiać, a potem następuje seks na polanie o wschodzie słońca). Ogólnie to z początku jest to dosyć wolna produkcja, niekoniecznie wystarczająco tu uzasadniając.

Z czasem jednak podczas seansu wchodzimy do krainy, gdzie krok po kroku mamy coraz mniejszą kontrolę nad czymkolwiek. Zagrożenie się zbliża, jest prawdziwe, bezpośrednie, miesza z naszymi zmysłami, rzeczywistość przestaje być jednoznaczna. Wizualnie cały czas jest ponuro, posępne barwy, osamotniona natura, bezruch, noc, mgła, cienie. To wszystko zostaje stopniowo wypełnione śmiercią, stratą, bólem… I nic poza tym. Epilog oddaje tragizm tej opowieści bezbłędnie.

2/5

Perfekcyjne połączenie ("A Perfect Pairing")

19 maja | Netflix

Ładni ludzie, ich ładne życie i ładne sukcesy.

Opowieść o kobiecie, która ryzykuje zawodowo i kładzie wszystko na jednej karcie, wierzy w siebie i aby osiągnąć cel trafia do Australii, gdzie na farmie ma okazję do zachwycania się miejscowym zwierzyńcem, brudzić się w błocie spodniami za 3 tysiące dolarów, które w następnej scenie będą czyste, a okoliczny robotnik o złotym sercu parę razy podczas pracy zdejmie koszulkę.

Nie jest to opowieść osadzona w prawdziwym świecie ani nic takiego, ale jest tu historia pełna pozytywnej energii, ładnych widoków, aktorzy mają znajomy wygląd Kate Holmes oraz Jake’a ze „Scrubs, nieszkodliwy humor… Nawet jakieś lesbijki ślub wezmą. Jakby to było w dekoracji Bożego Narodzenia, to bym oglądał.

5/5

Atlanta - sezon III

19 maja | 10 odcinków po 35 min | Disney+

Trzeci sezon, a ja nadal mam problem, aby opisać ten serial – tak bardzo odbiega on od powszechnych reguł. Wszystko w tym serialu powinno odrzucać i odrzuca w innych tytułach, ale tutaj jakoś to pasuje. Wszystko dlatego, że opiera się na silnym pomyśle na każdy odcinek. I te pomysły naprawdę tworzą niezwykłe sceny, które przechodzą od zaciekawienia do żywego pragnienia poznania, co będzie dalej. Nocne przyjęcie u bogatego człowieka, o którego można zobaczyć dziwnych ludzi. Zaginięcie telefonu, które skutkuje spotkaniem naprawdę dziwnego człowieka. Spotkanie przyjaciółki w Paryżu i spędzenie z nią dnia, gdy ona mierzy się z dziwnymi ludźmi…

Tempo jest trochę dziwne, niektóre sceny powinny się ciągnąć – a przynajmniej tak się wydaje. Poszczególne sceny nie mają sensu albo wydają się niepotrzebne. Cały czas można mieć wrażenie, że oglądamy chaos. Dialogi potrafią być nienaturalne, wręcz z kosmosu. I w końcu w jednym odcinku serial wydaje się mieć kilometry głębi i wymagać od widza mnóstwo uwagi oraz wczytania się w inspiracje oraz nawiązania, by zaraz później stworzyć odcinek zrażający swoją dosłownością. Nie mówiąc już o tym, że odcinki fabularne* są mieszane z oddzielnymi przygodami, prawdopodobnie mające miejsce gdzieś w świecie samego serialu. Albo i nie. W jakiś sposób ten serial jest najgorszy w artystyczny sposób, ale też i najlepszy.

I osobiście czuję, że wielki sukces tego serialu leży w szacunku do osoby Donalda Glovera, twórcy, reżysera, scenarzysty i wiele więcej Atlanty. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. „The Big Payback” (3×4) to odcinek opowiadający o białych ludziach płacących prawnie za to, co ich przodkowie zrobili czarnym ludziom. Pierwsze wrażenia? Rasizm, ale przecież nie może być, to Donald Glover. Po premierze This is America powiedział, że nie chce mówić, o co w tym chodzi. To po prostu coś dla ludzi. Taka postawa przekonuje mnie, że takie „The Big Payback” to po prostu horror. Nic innego. I to naprawdę mocny horror. Frustrujący, mający wiele elementów, których nie lubię (jak np. umieszczanie w głównej roli miękkiego protagonisty), ale jednak robiący swoją robotę. I dlatego Atlanta tyle dla mnie znaczy – chcę wierzyć w ten serial, że opowiada on te swoje dziwne historie i ma w tym jakiś cel, tzn. również fabularny. Póki co jest niezwykłym doświadczeniem oraz polem do ekspresji artystycznej, więc już teraz jest czymś ważnym i wyjątkowym. Lubię.

Najlepszy: New Jazz (3×8), o podróży przez magiczne miasto, w czasie i przestrzeni.

*znaczy tu i tak nie ma fabuły, ale chodzi o oglądanie przygód głównego gangu, tzn. Paper Boy, Earn, Darius.

4/5

Osiem gór ("Le otto montagne / The Eight Mountains", 2022)

18 maja | Kino

Włoski dramat obyczajowy z górami i dorastaniem o tym, że życie to nie wyścig.
 
Pietro i Bruno poznają się już w dzieciństwie – Bruno mieszka w wiosce, która pustoszeje. Kiedyś żyło tu sporo osób, mieli wszystko swoje na miejscu – szkołę, bar – teraz wszyscy wynieśli się gdzie indziej. Pietro przyjechał tu z rodziną na wakacje, wynajęli domek. To górka okolica, otoczona przez szczyty i tereny idealne do uprawy zwierząt hodowlanych na mleko i ser. Pietro będzie tu przyjeżdżać co roku, nawet jeśli z Bruno urwie się kontakt, gdy zabiorą go do miasta i będą oferować mu inne możliwości, żeby mógł wybrać przyszłość, chociaż ten od początku wiedział, że chciał zostać w górach i hodować zwierzęta. Pietro z kolei tego nie wie. Ważne są tu relacje z ojcem – nie tylko jako człowiekiem, ale figurą w życiu. Gdy Pietro będzie mieć 31 lat to dotrze do niego, że jest w tym samym wieku, w którym był jego ojciec, gdy ten się narodził. Tylko Pietro nie ma żony, dziecka, domu… W zasadzie czegokolwiek. Bruno z kolei zmaga się z widmem człowieka, którego nie było w jego życiu.
 
Nie jest to seans zbyt porywający – ma momenty bardziej ożywiające tu i tam, ale jednak te 2,5h czasu filmu trzeba przetrwać. Co jest też intencjonalne, ponieważ oglądamy żywot bohaterów na przestrzeni dekad. Nie ma tu wiele więcej jednak – innych postaci, motywów czy historii kraju lub ich krainy. To po prostu dwoje ludzi, gdzie jeden wie, co robić, a drugi nie bardzo. I ten czas jest potrzebny, co jak najbardziej dało efekt – pod koniec czuć, że spędziliśmy z tymi ludźmi wiele czasu. I pamiętamy ich, gdy byli młodzi, gdy byli nastolatkami. Mamy wrażenie, że oglądamy ludzi, którzy powstawali na naszych oczach. Niemniej, zerkanie na zegarek było częste.
 
Istotą tej historii jest poszukiwanie słów. W dzieciństwie Pietro dowiaduje się, że Bruno i jego lud ma swój własny dialekt. Potem będzie podróżować i odkryje kolejne słowa. Odkryje też tytułowe osiem gór i historię z nimi związane. Góry są stałym elementem tej opowieści, wiele też tutaj niezwykłych sekwencji na stromych plenerach, które zachwycają również pod względem realizacji. Kostiumy i charakteryzacja niezwykle ułatwiają uwierzenie, że oglądamy aktorów coraz starszych i zmieniających się z wiekiem. Nie ma tu wątku romantycznego między bohaterami, jest za to przyjaźń – po tygodniu na festiwalu czuję, że muszę to zaznaczyć.
 
Widziałem, jak budują dom, radzą sobie z kryzysami, wspierają się nawzajem, rozwijają niezależnie. Każdy daje inne spojrzenie na życie. I chociaż ostatni monolog kieruje opowieść na inne tory niż reszta seansu, to czuję, że oba spojrzenia miały tu swoją wartość. Są na tym świecie ludzie, którzy zdobędą tylko jedną górę. A inni zdobędą ich osiem.
3/5

Bezkarni - krwawa misja ("The Roundup / Beomjoidosi 2")

18 maja | Warszawski Festiwal Filmów Koreańskich

W Korei nadal zaczynają rozmowę od lepy na ryj. Wciąż mogę to oglądać z satysfakcją. Przedramiona Ma Dong-Seok to skarb.

Trochę ku własnemu rozbawieniu chciałem to nazwać komedią sensacyjną – to kino nastawione przede wszystkim na sceny akcji oraz sympatycznych bohaterów, którzy nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę, wykazują się odwagą i determinacją, a przy tym są nawet zabawni w oglądaniu. Na papierze: „Gliniarz z Beverly Hills, Godziny szczytu itd., prawda? Tylko że w Korei w takich filmach jest pełno przemocy, do której widzowie wspomnianych produkcji z USA mogą być wyjątkowo nieprzyzwyczajeni. I to nawet pomimo braku porządnej, wulgarnej przemocy – „Bezkarni mają zgony, krew, ucinanie palców, krzyczenie z bólu, odgłosy łamania kości czy wykręcania kończyn… Na mnie wrażenia to już od dawna nie robi, ale jednak nie powinienem tego tak niefrasobliwie nazywać komedią sensacyjną. Niemniej, humor obok tego nadal jest – podnoszenie przesłuchiwanego do góry nogami, tylko dlatego, że protagonista tak umie. Albo rzucanie przeciwnikiem w dół na ruchome schody jadące w kierunku bohatera, na górę – przeciwnik próbuje się odsunąć, ale schody cały czas go unoszą. Jeśli was to bawi, to wiecie, czy to humor dla was.

Nie potrafię wskazać niczego, czego by tej produkcji brakowało – może poza tym, że jeśli już widzieliście tego typu kino, to nie spotkają was żadne zaskoczenia. Całą grupę charakterystycznych zwrotów akcji przewidzicie, a nawet jeśli nie będzie wam się chciało, to tylko mrukniecie pod nosem: „oczywiście”. Jeśli jeszcze nie oglądaliście takiego kina: spróbujcie. Jeśli widzieliście i wiecie, że to coś dla was – proszę bardzo, po prostu dostaniecie więcej tego, co lubicie. Jeśli nie lubicie – spokojnie możecie sobie ten tytuł darować. Nie ma w nic nic, co by zmieniło wasze zdanie.

PS. Film jest drugą częścią. Pierwszej nie oglądałem i nie czułem straty. Trzecia część już powstaje wg IMDb.

4/5

Cudowne lata ("The Wonder Years")

18 maja | 22 odc po 20 min (tylko 10-22 są z 2022 roku) | Disney+

Lata 60 na przedmieściach Ameryki – w telewizji leci Andy Griffith, starszy brat walczy w Wietnamie, rodzice za karę nakładają szlaban na swoje dzieci, a dzieci próbują zrozumieć otaczający ich świat. Jest to nowa wersja serialu komediowego z końcówki lat 80., której udało się zachować serce i styl oryginału z nowym twistem: teraz bohaterami jest czarnoskóra rodzina. I co? I nic, problemy mamy te same, więc tematyka pozostaje ta sama: konflikt z siostrą, problem z nieśmiałością, niewyrażona miłość do dziewczyny z klasy, potrzeba akceptacji i bycia lubianym. Protagonista tak samo popełnia błędy podczas prób zrozumienia otaczającego go świata, opowiadając te wydarzenia z perspektywy osoby dorosłej, rozumiejącej więcej. To doskonały obraz dzieciństwa, w trakcie którego widzimy tylko fragmenty całości, ukrytej przed nami przez dorosłych – do nas docierają tylko zdawkowe zdania, podsłuchane ze schodów, gdy wyszliśmy do łazienki w nocy. Albo przechodziliśmy korytarzem i ukradkiem zajrzeliśmy do pokoju. Rozumieliśmy, że coś się dzieje. Rozumieliśmy też, że tego nie rozumiemy. W tej produkcji dzieci robią bałagan i nie znaczy to, że są stracone. Mają dobre chęci, ale to nadal może zakończyć się katastrofą. Rodzice mogą krzyczeć na dzieci, ale nie będzie to oznaczać, że są w całości źli. Będą zabraniać pociechom robić pewne rzeczy, które sami robią – ale to nie znaczy, że nie mają racji. Życie jest skomplikowane.

Odległe czasy przedstawiono wiarygodnie – patrząc po strojach, lokacjach czy zachowaniu, ich języku, można uwierzyć, że akcja rozgrywa się w latach 60. Nie muszą wspominać lądowania na księżycu, zimnej wojny czy Jamesa Kirka, żebym w to uwierzył. Mogą dosłownie gadać o niczym, a i tak będą prawdziwi. Kolor skóry okazjonalnie dodaje nowe motywy do fabuły – jak pojawienie się pierwszego czarnego nauczyciela. Protagonista cieszy się, że w końcu jakiś nowy nauczyciel odróżnia czarnoskórych uczniów między sobą, ale szybko zaczyna podejrzewać, że czarny nauczyciel faworyzuje czarnych uczniów – i nie czuje się z tym dobrze. A potem fabuła sięga jeszcze głębiej. To pewnie najbardziej złożony odcinek z tych, które widziałem („Black Teacher”, 1×15).

Zabawny, niewinny i uroczy serial, w którym nawiązanie relacji z koleżanką faktycznie cieszy widownię. I póki co jedyny minus, jaki mogę podać, to brać chociaż jednego, takiego naprawdę udanego odcinka. A przynajmniej ja takiego nie znalazłem. Dla innych widzów takimi są ten, w którym brat protagonisty wraca z wojny, albo jak protagonista w końcu wyznaje uczucie koleżance – i to są dobre przykłady, ale w oryginale te najlepsze były dużo lepsze. Cóż, czekam na drugi sezon.

PS. Ta wersja, jeśli dobrze rozumiem, rozgrywa się równolegle do oryginalnej – co najmniej jedna postać z oryginału pojawia się tu na zdjęciu, jako taki easter egg dla fanów, mrugnięcie okiem. Nowi widzowie niczego nie stracą, ale znajomi z pierwowzorem wychwycą i zareagują.

3/5

Cyber Hell: Exposing an Internet Horror

18 maja | Netflix

O ludziach klikających w linki. I szukaniu tych, co je wysyłają. Odpowiednik czytania krótkiego artykułu przez półtorej godziny.

Znowu wracamy do czasów, gdy wysyłanie linków było sposobem, aby okraść ludzi. Chociaż ponoć nigdy z tego nie wyszliśmy jako społeczeństwo, ale no – w tym true crime poznajemy sprawę z Korei, gdzie podstępem nakłaniali ludzi do klikania. A potem szantażowali tych ludzi wyciekiem tajnych informacji. Policja się tym zainteresowała i tak mamy ten tytuł. Nie do końca jest to dokument, bliżej temu do reality-show pod względem zabiegów dramaturgicznych, mających na celu uatrakcyjnić tę historię.

Zamiast głębszego wejścia w sprawę i spojrzenia na nią pod wieloma kątami, to nasza uwaga jest kierowana np. na emocje. Prowadzący śledztwo opowiadają długo i grubo o tym, co czuli podczas śledztwa, co akurat jest średnio istotne i raczej z tyłu całości. Problem w tym, że nie ma nic z przodu, a cała sprawa i wydarzenie omawiane traci na tym, bo jest po prostu uproszczone, a tym samym mniej angażujące. Odtwarzanie niektórych momentów nadal przynosi taki sam efekt, co w innych produkcjach, czyli łamie konwencję i wysysa rzeczywistość z tej realnej sprawy.

W cenie takiego metrażu mógłbym się spodziewać przybliżenia mechanizmów takich przestępstw, jego rozmiarów, historii, jak się przed tym chronić, psychologicznego podejścia do przestępców, poznania ich motywacji i przeszłości, co się z nimi działo po okresie, który ten film obejmuje… Naprawdę dało radę z tego wyciągnąć więcej, ale nie trzeba było. Zrobili tyle, ile wystarczy. Szczególnie dla widzów reality-tv gotów na poświęcenie jednej sprawie ponad półtorej godziny.

4/5

Top Gun: Maverick

18 maja | Kino

Ten film robi wszystko, co powinien. I robi to dobrze.

Iceman dowiaduje się o nowej misji Top Gun – misji, która uda się jedynie cudem. Wybrani są do niej tylko najlepsi z najlepszych, a za przećwiczenie misji będzie musiał odpowiadać ktoś właściwy. Iceman przepycha kandydaturę Mavericka.

Jest w tym filmie scena na plaży. Bohaterowie grają w futbol amerykański dla relaksu i nikt nie pamięta, jaki jest wynik. Biegają, rzucają, cieszą się, a ich ciała, piasek, morze i zachód słońca wyglądają pięknie. Cały film jest trochę właśnie taki: mało struktury, dużo emocji, a my je chłoniemy. Osobiście zauważyłem to niewiele wcześniej, ponieważ seans jest angażujący, pomimo tego, że mimo wszystko niewiele się dzieje na ekranie. Spora część filmu to trening do misji i nie sposób powiedzieć, jaki bohaterowie czynią wtedy postęp.

Dopiero po jakimś czasie jest jasne, że jednak dużo zmieszczono do filmu. Samoloty, lotniskowce, odrzutowce, awiatorki – wszystko to wygląda i brzmi pięknie. Jest tu pochwała odwagi ludzi walczących, ciężar decyzji dowódcy i lidera grupy dającego przykład, jest też w końcu nie zostawianie nikogo z tyłu – i to wychodzące od nas, naszej wewnętrznej zasady. Sama misja i jej cel jest nijaki i anonimowy, nawet nie wiemy, z kim walczymy. Wiemy tylko, że będzie trudna, a sukcesem będzie, gdy każdy wyjdzie z niej żywy. Bohaterowie faktycznie ryzykują życiem, faktycznie ratują sobie nawzajem dupę. Jest szacunek dla postaci, do których wracamy po 36 latach, oraz garść nowych, których obdarzymy sympatią. Jest znajoma muzyka i stylistyka lat 80., ale w nowoczesnym, współczesnym wydaniu. Są nawiązania do pierwszej części, ale wszystkie są istotne dla tej historii, dla tego filmu, dla nowych widzów. Jest tu nostalgia dla doświadczonych odbiorców oraz po prostu świetny film sam w sobie dla początkujących kinomanów. Uniknięto części przestarzałych schematów, ale zachowano ich ducha – zachowanie żołnierzy jest nieprofesjonalne, dużo tutaj bycia na dywaniku u szefa oraz głośnej komunikacji, która jedynie komunikuje dramaturgię widzowi. Jest tu nawet uwertura w stylu lat 80., z motywem muzycznym i sekwencją na lotniskowcu. I jest w końcu jedna, gigantyczna sekwencja akcji, która zaskakuje swoją długością. Gdy trzeci akt się kończy, my niespodziewanie wchodzimy jeszcze w czwarty.

Gdyby na tym ta historia miała się skończyć, to raczej wszyscy będziemy zadowoleni. Pożegnaliśmy pana Kilmera, podziękowaliśmy panu Cruise’owi, ponownie zakochaliśmy się w myśliwcach. Tego się oczekuje od „Top Gun”, to właśnie dostajemy.

To przede wszystkim list miłosny do okresu, kiedy mogliśmy robić problemy, mieć z tego tytułu kłopoty, ludzie nas nie szanowali i byli na nas źli, krzyczeli na nas… A my umieliśmy sobie z tym poradzić. I lubiliśmy oglądać ludzi, którzy potrafią sobie z tym poradzić. Wtedy byliśmy pewni siebie, bo dosłownie byliśmy pewni swojej wartości – gdy mówiliśmy, że coś umiemy, to naprawdę umiemy. Maverick w tym filmie domaga się niemożliwego od swoich pilotów – i w krytycznej chwili sam pokazuje, że to jest możliwe. Nie pyta o pozwolenie, tylko działa. Wytrzymuje presję, wytrzymuje uwłaczające traktowanie ze strony innych, wytrzymuje ciężar swojego ego – i pokazuje, że ma rację. Dla samego siebie. I, przy okazji, dla nas. To było niezbędną częścią tego widowiska: nie efekty specjalne czy porno z udziałem samolotów, ale człowiek na dużym ekranie. Człowiek, jakim chcemy go widzieć.

0/5

Good Doctor - sezon V

16 maja

Ten serial nie ma nic nowego do zaoferowania w temacie seriali medycznych. Ile razy można oglądać tytuł, gdzie lekarz jedzie do domu pacjenta po nocy, którego wypisał, bo ma świeże wyniki, pacjent akurat słabnie i wymaga operacji i jak fajnie, że doktor był taki nadgorliwy i był na miejscu akurat wtedy, to taki dobry człowiek. A w szpitalu jest ta sama pielęgniarka, co była na dniu, zero oznak zmęczenia czy coś… Wszyscy cały czas słabną, cały czas ktoś jest na skraju śmierci i w ostatniej chwili jest ratowany, wszyscy stoją z założonymi rękami czekając aż lekarz powie coś, co brzmi bardzo ważnie, w stylu: DAJCIE MI STRZYKAWKĘ I IGŁĘ, NATYCHMIAST. W prawdziwym świecie sam by je sobie wziął, a pielęgniarka i reszta by byli zajęci czymś innym przy pacjencie. Cały czas trzeba stawać na głowie i ratować komuś życie w jakiś wymyślny sposób… Przecież już mamy Chirurgów czy House’a i pewnie dziesiątki innych, ten pierwszy zresztą nadal wychodzi. Good Doctor niby ma bohatera z autyzmem, ale średnio to się różni od wszystkich innych seriali medycznych, gdzie bohaterowie są zdolni ale leniwi, genialni ale muszą nauczyć się pokory, uzdolnieni ale muszą nauczyć się komunikacji i tak dalej. To naprawdę już było, w lepszej wersji. Tam przynajmniej lubiłem bohaterów, tutaj każdy na początku zraża widza do siebie i stara się później o tym nie przypominać. Protagonista jest nam przedstawiony, gdy na lotnisku z założonymi rękoma stoi i nic nie robi, gdy ktoś inny ratuje życie dziecku ze szkłem w szyi, ale za to jest pierwszy do poprawiania innych, jebany gnojek. Tego złego smaku nie udało się pozbyć przez kolejne sezony. Inni z kolei są na „nie”, bo „tak”, albo ruchają facetów i gdy chłop mówi: „ej, ale jesteśmy razem, nie?”, to mu mówi: „kochany, nie ma <nas>, my się tylko ruchamy”. Nie mogę się doczekać, aż przestanę oglądać tych ludzi.
 
Wszelkie dramaty w tym serialu są karykaturalne i bawią – autorzy mają potrzebę przebijania głową sufitu i im więcej tych sufitów w ciągu minuty przebiją, tym wyższa jest ocena na IMDb. Bohaterowie nie mogą nawet wyjść do siłowni, by tam ktoś sobie nie zrobił krzywdy akurat przy nich. I trafi on potem akurat do ich szpitala. Ludzie już nie mogą po prostu umierać, oni muszą być uratowani, bo są w ciąży, a ich ojciec, którego nie widzieli od 4000000 lat właśnie umiera i muszą mu powiedzieć, że go kochają, zanim ten umrze.
 
Ten serial nie celebruje personelu medycznego ani nic w tym stylu. On celebruje superbohaterów, którzy dają radę w sytuacjach ultra-kryzysowych na poziomie dokonywania operacji gołymi rękami podczas trzęsienia ziemi będąc na trampolinie, a pacjent jest do góry nogami zawieszony pod mostem, a w tle jego dzieci płaczą. Zwykły dyżur tutaj nawet nie występuje i miliony lekarzy, którzy dają radę podołać wyzwaniom codzienności nie są niczym specjalnym w oczach twórców.
 
Całość oglądam w ramach mojego wyzwania, by obejrzeć wszystko z 2022 roku, czyli w tym wypadku koniec piątego i początek szóstego sezonu. W Polsce póki co jest dostęp tylko do czterech sezonów GD i tak to zostawię.
3/5

Anioły z Sindżaru

15 maja | HBO Max

Osobiście na miejscu tragedii, samemu słuchając ofiar i ich opowieści.

Dokument nie tyle informacyjny, ile prezentujący miejsce zdarzeń, jej uczestników, będąc z kamerą tam, gdzie to wszystko miało miejsce. Autorzy trzymają dystans oraz rezerwę wobec tworzenia narracji: chcą pokazywać rzeczywistość. Widzimy tych ludzi, ich dawny dom, zniszczenia, groby. Słuchamy o tym, jak przeszli przez piekło, jak były gwałcone, jak ostatni raz widzieli rodzinę. A o konflikcie i czy samej historii doczytamy sobie po seansie. Wiedzę zastępują tu emocje.

3/5

Shin Ultraman

13 maja

Jeden duży Power Rangers vs Godzilla, tylko to nie jest Godzilla. Świadoma taniocha i nawiązania do kina klasy B.

Gigantyczne stwory zagrażają światu. I jest taki zespół Anetek i Antków, którzy siedzą w klimatyzowanym biurze i dowodzą stamtąd działaniami mającymi analizować te zjawiska, bronić ludzkość przed nimi, współpracować z wojskiem. Niewiele to pomaga, ale na szczęście jest na tej planecie tajna broń w postaci Ultramena – nikt nie wie, kim jest, ale walczy on po stronie ludzkości.

Cała produkcja wyraźnie zapożycza kicz monster-movie z lat 50. Dźwięki, ekspresja aktorów, ich zaangażowanie, cała dramaturgia, oszczędna muzyka, drewniana choreografia walk dużych stworów. Oczywiście można na to patrzeć jak na zły film, ale ja wolę widzieć w tym świadome naśladowanie. Plusem na pewno jest fakt, że jednak włożono pracę w tę produkcję: są tu makiety i inne praktyczne efekty specjalne, całość ma rozmach. Uwielbiam też ten sam koślawy komentarz społeczny, co zawsze: o autodestrukcji ludzkości i odkryciu, że w ludziach jednak jest dobro. Co za przepyszne banały i bzdury!

Minus jest tylko taki, że tak jak miałem frajdę z oglądania, to nie była ona większa od frajdy płynącej z oglądania odcinka Power Rangers” w latach 90. To nie jest jakiś wyjątkowy tytuł w galerii monster-movie albo współczesnego kina klasy B. Osobiście zaraz o tym zapomnę.

1/5

Powrót do liceum ("Senior Year")

13 maja | Netflix

Bohaterka w liceum postanowiła być popularna, więc zaczęła wszystko robić i to osiągnęła. Do czasu, aż miała wypadek i zapadła w śpiączkę na dwie dekady. Teraz wraca do liceum, aby ukończyć szkołę i dojrzeć.

Trochę źle się czuję, że zdradzam ten upadek – jest on faktycznie zaskakujący i wtedy jest oczywiste, czemu ktoś zainwestował w ten film, dał mu zielone światło. Ponadto, na papierze otrzymujemy opowieść o bohaterce, która jedynie udawała wszystkie rzeczy, które decydują o tym, kto jest popularny w szkole, a kto nie. Robiła to celowo, jako przystanek na drodze do idealnego życia: męża, domu itd. Musi być lubiana w szkole, aby mieć sukcesy. Dzięki temu wszystko jest teoretycznie ironiczne – wszystkie gesty, całe słownictwo, ogólnie zachowanie, to jedynie naśladowanie, przedrzeźnianie wręcz typowych, popularnych nastolatek. Problem? To nadal jest bolesne w oglądaniu. Gdy oglądałem bohaterkę w wersji Angourie Rice, wtedy było mi tylko przykro. Utalentowana aktorka, no szkoda. Starszą wersję gra już Rebel Wilson, która wydaje się brać udział w konkursie na osobę najbardziej męczącą z całej obsady. Ona walnie najgorszy żart – ironicznie. Ona zrobi z siebie większego błazna – ironicznie. W pewnym momencie nawet twórcy sobie wymyślili, że taka figura sprzed 20 lat we współczesnym świecie będzie niezłym komentarzem społecznym – na to, jak bardzo miękcy dziś jesteśmy w porównaniu do tego, co musieliśmy w szkole przeżyć dwie dekady temu. Pomysł niezły, tylko twórcy nie wiedzieli, z czego tak naprawdę żartują. Wszystko wydało się płaskie, bo najważniejsze nadal było bezpieczeństwo, by nikogo nie urazić, by na koniec wszyscy razem tańczyli i byli radośni.

Nie na w tym jednak humanitaryzmu. Mówimy o poważnych problemach, które serio są na tym świecie, a tutaj są użyte jako pretekst do wygłupów i stawiania siebie w centrum uwagi, w centrum filmu. Cała godność i ludzkość tej tragedii została sprowadzona do „Ile Szybkich i wściekłych już powstało? Muszę je obejrzeć, mam tyle zaległości”. Nawet nie żartują z takiej śpiączki, jakby nie byli w stanie wyjść z niczym od siebie. Męczący seans. Dobrze, że minął.

PS. Film niby rozgrywa się w przeszłości na początku, ale zorientowałem się dopiero, gdy postać powiedziała, że „byłaś dwie dekady w śpiączce, mamy rok 2022”. Zresztą, to miał być rok 2001, a w tle leci Avril Lavigne oraz Kurt Nilsen.

PS 2. Alicia Silverstone, matko. Czas leci, nawet jej nie poznałem.

1/5

Sneakerella

13 maja | Disney+

Film zabity przez trzeci akt, ale pochwalam rapowane wersje klasycznych bajek.

Jakiej bajki? Pewnie się zorientujecie po tytule, ale na wszelki wypadek nic nie będę zdradzał. To naprawdę szalone oglądać taki zwykły film o nastolatku lubiącym buty, gdzie zwroty akcji są wzięte z klasycznej baśni chińskich braci Grimm. I to bez żadnego wytłumaczenia czy coś, po prostu sąsiad bohatera potrafi wodą sterować sygnalizację świetlną w Nowym Jorku. Nie mam z tym problemu, przeszkadza mi jednak pójście na łatwiznę – bo skoro coś było w tamtej wersji, to może takie być i tutaj, jako wymówka. Bohater chce coś zrobić, ale rodzeństwo nagle przeszkadza, zamykają w pokoju i zabierają klucz. Dlaczego? Bo w oryginalnej baśni rodzeństwo protagonisty było wredne. Więc teraz też jest.

Niestety dużo tutaj denerwowania bohatera, robienia mu przykrości. A gdy bohater zwraca się do ojczyma o sprawiedliwość, to ten tylko gada „nie obchodzi mnie, kto zaczął, masz posprzątać”. Najgorzej jest na koniec, gdy bohaterowi jest zarzucone coś i przegrywa wszystko. Co robi? Nic. Magiczna wróżka za niego robi mu nowe buty, a on idzie przepchnąć te buty jako swoje – tym razem naprawdę robiąc to, co było mu wcześniej zarzucane. Nie dość, że był pasywny, to jeszcze przesłanie jest odwrócone całkowicie.

Przez cały film w przypadkowych momentach bohaterowie (wszyscy) zaczynają śpiewać. Trochę to rap, trochę pop – teksty dziecinne, rymy banalne, melodie mają dobrą energię i do radia się nadają. Jest tu miłość do rodziców, szczególnie mamy i rzeczy, które nas z nimi łączą po tym, jak odeszli. Miłość do Queens w NYC. Miłość do rysowania flamastrem po trampkach (swoją drogą, ulubiona scena roku Quentina Tarantino, obok gry w pokera z Peryferii).

2/5

Last Seen Alive

12 maja '22 | Amazon Prime

Gerald Butler próbuje być zwykłym człowiekiem, który używa stacji benzynowej. Śmieszne.
 
Podczas oglądania jest coś „nie halo”, tylko nie jest to zbyt wyraźne. A przynajmniej film jako całość nie ma w sobie nic angażującego na tyle, żeby ustalić, czemu on jest taki obojętny. Jest, bo jest i tyle. Bo jest słaby, co tu jeszcze dodać? Chłop jest w separacji ze swoją kobietą, zatrzymują się na stacji benzynowej, ona zostaje akurat wtedy porwana, chłop rusza za nią, pobije kilku chłopów, znajdzie żonę i ona stwierdzi: „dobra, koniec separacji”. The End. Nic więcej.
 
Jednak główny aktor podczas kręcenia wywalił większość scenariusza i szedł przed kamerę wiedząc jak najmniej o scenie, w której uczestniczy. Improwizował, dzięki czemu miał lepiej wejść w skórę swojego bohatera. Fajny pomysł, tylko a) improwizacja to nie jest jego mocna strona, przynajmniej na teraz b) film nie jest nakręcony tak, aby być gotowym na improwizację aktora. Nie ma kamery z ręki podążającej za plecami protagonisty. Jest normalny montaż z dwóch kamer skierowanych na twarze aktorów. Aktorów, którzy nie mają doświadczenia z improwizacją, ale próbują. I te próby są gotowym efektem. I po seansie, kiedy człowiek się o tym dowiaduje, wszystko dopiero klika. Teraz już człowiek jest w stanie stwierdzić, co mu „nie klikało” wcześniej. Było coś „nie halo”, gdy Butler wpadał na obcego człowieka w lesie i próbował go do czegoś nakłonić, tylko dialog nie szedł we właściwą stronę, tamten nie wiedział, na ile może stawiać opór, żeby Butler nadal coś uzyskał, a ten nie wiedział, jak kierować sceną… I tak przez cały film. W ostatniej scenie go musieli pewnie poza kamerą poklepać po ramieniu i powiedzieć: „w tej scenie znajdziesz żonę” i dopiero na to wpadł.
2/5

Podpalaczka

12 maja | Kino

Nie mieli budżetu na cokolwiek, zresztą i tak nikomu się nie chciało (poza panem Efronem)

Tytułowa bohaterka ma problemy. Takie skromne, np. ktoś ją nazwie dziwną. Dziecko w reakcji zdenerwuje się i wysadzi szkolny kibel, bo tak naprawdę ma supermoce, bo na jej rodzicach robili eksperymenty, a tak naprawdę to nie są jej rodzice, przez co ona teraz włada ogniem, ale rodzice nie uświadomili jej ani jej nie uczyli panować nad zdolnością, bo coś. I muszą uciekać przed złymi ludźmi.

Widać pod spodem kompetentną prozę Stepena Kinga, opowieść ma w sobie wszelkie niezbędne elementy, które zostały w sumie olane na potrzeby tej ekranizacji. Niemal od początku cała historia sprowadza się do ludzi rozmawiających wyłącznie za pomocą najogólniejszych zdań: „Nie możemy tego robić!”, „Zaufaj mi”, „Jesteśmy dobrzy, pomożemy ci!”, „Jesteśmy w stanie tobie pomóc”. Gdy zaczynają mówić o tym, że bohaterka ma potencjał na zostanie superbohaterem, całość zaczyna wyglądać jak naprawdę nijaka kalka X-Menów zrobiona na azjatycki rynek bootlegowy. Usłyszeli mniej więcej koncept i zrobili wokół tego swój film, przy zerowym budżecie i braku umiejętności. Cała realizacja zresztą taka właśnie jest: wszystko dzieje się poza kadrem, czyjaś śmierć to jakiś krótki krzyk i tanie efekty podpalenia pokazane przez sekundę, zrobione w darmowym programie do edycji. Finałowa sekwencja pokonywania przeciwników wygląda jak coś z gry Davida Cage’a, tylko nie musiałem wciskać przycisków podczas seansu. Sądząc po tym, co widziałem, mam prawo podejrzewać, że nikt z ekipy nie wierzył w ten projekt, nikomu się nie chciało, nikt nie dał na to prawdziwych pieniędzy (albo te 12 milionów zostało naprawdę źle wykorzystane – tytuł zaliczył liczne zmiany kadrowe i był w produkcji kilka lat, wyglądając przy tym jak coś, co nakręcili w tydzień po lekcjach).

Najlepsze rzeczy w filmie: Zac Efron, któremu udało się znaleźć jakąś głębię w swojej postaci i jej motywacjach. Poza tym +1 do statystyk oglądalności. Oraz chęć zapoznania się z pierwszą ekranizacją z 1984 roku. A może nawet książką? Plus całość kręcono w mieście Hamilton, Kanada, nazwanym tak na cześć jego założyciela, George’a Hamiltona (1788-1836, tak, upraszczając zmarł w tym samym wieku, co Alexander i w tym samym roku co Aaron Burr).

2/5

Nasz ojciec ("Our Father")

11 maja | Netflix

Prawdziwy problem, który na siłę jest przedstawiony jako wymyślony. Dziwne to.

True crime o kobiecie, która zaczęła szukać swojego biologicznego ojca – matka poddała się sztucznemu zapłodnieniu. Okazało się, że to sam doktor aplikował swoją spermę podczas zabiegu i teraz wszyscy mają z tym problem. Ale w sensie jaki problem? Na tym to w końcu polega. Jak z tymi wszystkimi moralnymi zagadkami – naciskasz guzik i dostajesz milion dolarów, ale ktoś zginie. Tracisz jeden dzień z życia, ale dostajesz za to milion dolarów. Idziesz do doktora i nie wiesz, czyją spermę dostajesz. Drobny druczek, ale jednak. I teraz chodzą po sądach i próbują to pod gwałt podciągnąć. No nie jest to fajne, ale taka jest w końcu umowa – przyjmujesz nasienie jakiegoś randoma.

Dopiero na sam koniec dodają, że doktor rozdawał wadliwą spermę i teraz dziesiątki jego potomków ma choroby autoimmunologiczne i inne. I nadal nie jest karany, bo prawo jest dziurawe, a sądy bardziej opierają się na listach od zaufanych osób, niż na dowodach i faktycznej zbrodni.

Nic nie rozumiem. O tym powinien być ten dokument, tu jest faktyczna zbrodnia. To trzeba naświetlić, przybliżyć, analizować – tutaj potrzebna jest sprawiedliwość!

5/5

Lakers: Dynastia zwycięzców ("Winning Time: The Rise of the Lakers Dynasty")

8 maja | 10 odc po 50 min | HBO Max

Narodziny nowoczesnej koszykówki. Bogaty język filmowy, historia pełna walki, ekscytujący seans!

Kiedyś były czasy, gdy koszykówka była bardziej statyczna, nie było cheerleaderek, to był mniejszy biznes. Gdy pod koniec lat 70. zmienił się właściciel drużyny Lakers, to wszystko powoli zaczęło się zmieniać. Nie był sportowcem, tylko biznesmenem. I chciał osiągnąć sukces. To przez niego zaczęła się legenda Magic Johnsona, ale nie tylko. Wziął pod skrzydła drużynę, w którą już nikt nie wierzył, ale do tego potrzebował trenerów, zawodników, asystentów i zmian na każdym poziomie. Każda kolejna postać wprowadza nowy cel, nowe zagrożenie, nowe ambicje.

Reżyserem pierwszego odcinka jest Adam McKey, który narzuca tutaj swój znany z ostatnich filmów styl dynamicznej narracji podpartej przede wszystkim mówieniem bezpośrednio do widza, łamiąc tym samym czwartą ścianę. Kolejne odcinki mocno od tego odchodzą, jedynie od czasu do czasu pozwalając na kilka słów w stronę kamery – najczęściej jest to tylko wymowne spojrzenie. Istotniejszym środkiem wyrazu jest montaż oraz skrupulatne podejście do każdego ujęcia. Każda scena jest mozaiką, w której właściwa treść jest filmowana nowoczesną kamerą przeplatana nakładaniem filtru sprawiającego wrażenie, że oglądamy nagranie z epoki – i jestem pewny, że kilkukrotnie naprawdę zastosowali takie nagrania. Oglądamy w końcu wizję prawdziwej historii – udramatyzowaną, ale jednak prawdziwą. Te wszystkie rzeczy w jakimś tam stopniu wydarzyły się naprawdę, a te jednosekundowe przebitki dokumentalne lub jedynie na takie stylizowane o tym przypominają.

Równocześnie twórcy idą w eksperyment, wyrażając za pomocą obrazu rzeczy, których nie da się umieścić słownie w scenariuszu. To mogą być nierealne sekwencje w środku jakiejś sceny oddające stan mentalny bohatera, albo celowa rozbieżność dźwięku z obrazem: postać może mówić i słyszymy jej słowa, ale osoba na ekranie nie porusza ustami. Takie detale z powodzeniem mogą ujść uwadze widza, ale tylko dlatego, że jest ich bardzo dużo. Serial cały czas używa tego wszystkiego: eksperymentów, desynchronizacji, filtrów, dokumentalizacji, zaburza chronologię, burzy czwartą ścianę. Każde ujęcie w tym serialu było przemyślane, zawiera treść i jest lekturą samą w sobie, pod całą główną historią o walce i wygranej w turnieju.

Wszystko to tworzy skomplikowaną konstrukcję, w której nie ma jednego wydarzenia czy bohatera, który przesądził o czymkolwiek. To nawet nie jest jedna historia – to splot wątków mających miejsce w tym samym czasie, ale symbolizująca i reprezentująca… Ponownie: więcej niż jedno, ale jedno w szczególności – walkę. Każdy w tej produkcji walczy o życie, o godność, o zwycięstwo, o przetrwanie, o drugą szansę. I każdy jest brudny, idąc do celu po trupach, oszukujących siebie i innych, nawet najbardziej niewinni manipulują tu innymi by osiągnąć sukces – często będąc pod wpływem czyjeś manipulacji, która ich zmienia. Wszyscy w końcu walczą o miłość: robią coś, by ją zyskać. Nic dziwnego, że głównym bohaterem jest tutaj Earvin Johnson Jr. – jego popularność czy potencjał marketingowy to jedno, ale uśmiech tego człowieka i ból, który za nim ukrywał, to cały serial w pigułce. Robił wszystko, by być lubianym. Wszystko inne miało znaczenie drugoplanowe.

A po obejrzeniu całości mam ochotę na więcej. I naprawdę jestem podekscytowany na myśl, co pokaże drugi sezon!

1/5

Bezsenność we dwoje

6 maja | Netflix

Ona nie zna życia i omija jego atrakcje – do czasu, aż pozna ludzi, którzy powoli będą ją wyrywać z marazmu, obudzą w niej ochotę do ryzykowania, próbowania nowych rzeczy, odsłonięcia się…

Uwielbiam takie filmy. Naprawdę, kilka z nich („Perks of Being a Wallflower”, „Garden State”) można znaleźć na liście moich ulubionych tytułów w historii. Ktoś spotyka kogoś, kto pomaga tej osobie z problemami i wychodzi z tego pozytywna opowieść. Tutaj niby to też jest, ale gdy bohaterka włącza muzykę w samochodzie, a jej koleżanki zaczynają śpiewać to, co wybrała – ja zobaczyłem martwą scenę. Aktorów, którzy się starają, ale są zostawieni na lodzie, podczas gdy cała reszta ekipy ślepo myśli, że wystarczy po prostu zrobić coś teoretycznie uroczego, by wtedy film taki był. A to tak nie działa. Nikt nie pomyślał, żeby frajdę i zabawę jakoś połączyć z opowieścią, treścią filmu, jego charakterem – więc takie śpiewanie jest, obok. Postaci są odrzucające, historia obojętna i nie zależało mi, by bohaterka zyskała aprobatę tych akurat ludzi. Sukcesem tutaj jest założenie sukienki, a radosne wydarzenia (w tym finał) jest po prostu niezasłużony. Zupełnie tak, jakby chciano nam wmówić, że jak jest radosny, to taki faktycznie jest. Albo że nie wiedzą, jak wywołać emocje w odbiorcy…

Wyszedł bezduszny obraz, to aż boli i wykręca wnętrzności. Czułem, że to film zrealizowany przez istoty z innego świata albo przez algorytm – tak bardzo poszczególne sceny wyglądają jak zrobione wg listy, punkt po punkcie, nie dając jednak nawet grama frajdy, radości, szczerości. Ten tytuł nie ma duszy.

2/5

Nieobliczalni 2 ("The Takedown")

6 maja | Netflix

Niedorzeczne kino akcji bez szczególnych wyróżników. Najzabawniejszy jest polski lektor nadużywający przekleństw.

Kontynuacja, która nie wymaga znajomości pierwszej części. Duet wraca i nie czuję wobec nich niczego, ten samo jak oni chyba sami wobec siebie nic nie czują. Zero chemii lub charakteru innego niż „nie przestrzega zasad” i innych banałów. Wątki idą donikąd, fabuła to pretekst. Twórcom chyba zależy tylko na przepraszaniu czarnych przez białych, na tle przeciętnego kina akcji, z którego nic nie pamiętam. Może poza idiotycznym wyścigiem na gokartach oraz wyjściu cało z wysadzonego budynku.

Tak, rasizm i te inne są złe. Nie rozumiecie, w jaki sposób są złe, ale no, jesteście idiotami i umiecie tylko powtarzać. Może kiedyś przestaną być idiotami i wtedy zrozumieją, że wkładanie postaci do ust złych kwestii to też głupota. Ot, choćby „Poświęcę się, chociaż to i tak nie naprawi krzywdy moich przodków względem czarnych ludzi.”

4/5

Peryferia ("Outer Range")

6 maja | 8 odcinków po 50 min | Amazon Prime

Refn reżyseruje Twin Peaks. Oby był kolejny sezon.

Teoretycznie jest to współczesny western – Wyoming, konie i charakterystyczne kapelusze. Posiadacze terenu nie chcą sprzedać włości komuś bogatemu. Konflikt zaostrza się, gdy jeden z młodych przedstawicieli pierwszych zabije przypadkiem młodego przedstawiciela drugich, ale nikt o tym nie wie. Co zrobią z ciałem? Otóż głowa rodziny się tym zajmie – wykorzysta gigantyczną dziurę znajdującą się w odległych zakątkach jego ziem, gdzie nikt się nie zapuszcza. Konie się boją tam zbliżać, kontakt z dziurą daje niespodziewane rezultaty i nikt nie wie, jak głęboka ona jest. Głównie dlatego, że tylko nasz protagonista wie o jej istnieniu. Czym ona jest? Co ona robi? Co jest w jej środku? Kim jest tajemniczych wiele postaci? I co to wszystko tutaj oznacza?

Całość ma odrealniony posmak, przywołujący na myśl serial Refna (też zrealizowany dla Amazona), tylko dalece bardziej dynamiczny. Niezręczne i dziwne rozmowy trwające 45 minut są skrócone do normalnych rozmiarów, bez ubytku na niczym. Na dodatek sama dziwność przywodzi mi na myśl Twin Peaks. Ktoś coś może chcieć od kogoś, na co ten w odpowiedzi odpowie: „A wiesz, co ja chcę? Żeby słońce zachodziło na wschodzie” z całkowitą powagą. I to zamyka rozmowę, bo ta druga osoba idzie to zrobić. Faworytem wielu widzów są postacie potrafiące zacząć śpiewać bez powodu. I śpiewają ładnie.

Produkcji udaje się utrzymać tajemnicę oraz atmosferę zagubienia przez cały sezon. Poziom ogólnie jest wysoki, dopiero w ostatnim odcinku prezentując kilka banalnych, przedramatyzowanych scen. Więcej problemów nie mam – aktorzy tworzą świetne postaci, Imogen Poots jest cudownie niejednoznaczna. Problem tylko w tym, że kontynuacja nie jest ogłoszona. I pamiętam co prawda czasy, gdy było to normalne, ale teraz to może oznaczać, że nie dostaniemy ciągu dalszego – a ten jest niezbędny. Bez niego i dokończenia wątków – odpowiedzi można sobie darować – w przyszłości będziemy tylko wspominać ambitną porażkę. I solidną muzykę.

2/5

Zagadka morderstwa Beverly Lynn Smith

6 maja | 4 odcinki po 45 min | Amazon Prime

Co zagadka robi z ludźmi… Szkoda, że twórcy nie wzięli leków na ADHD.

Dokument dokumentalizowano-fabularyzowany o niewyjaśnionym morderstwie sprzed wielu dekad, które wciąż zaprząta myśli rodzinie zmarłej. I wciąż szukają prawdy. A są też tacy, co chcą ją rozwikłać dla samego rozwikłania, wybicia się na rozwiązaniu – nawet jeśli znajdą winnego na siłę. Ogólnie to opowieść o ludziach, którzy żyją przeszłością i zapominają żyć teraźniejszością. Pozwalają, aby nienawiść lub rządza zemsty nimi zawładnęła. A także o policji nadużywającej władzy, równocześnie świetny kontrapunkt dla wszystkich postulatów o „prawdzie za wszelką cenę”. Nawet jest też lekka nuta o pogodzeniu się z tym, czego nigdy pewnie nie zrozumiemy, nie poznamy odpowiedzi. Same dobre rzeczy.

Problem w tym, że twórcy przedobrzyli w montażu, w narracji, we wszystkim. Dosłownie kładli sobie kłody pod nogi, dodając sobie pracy, która okazała się nieopłacalna, utrudniała oglądanie, skupienie się – naprawdę najlepiej oglądać to na telefonie, ponieważ wtedy przynajmniej podczas seansu nie zaczniesz przeglądać reddita. To naprawdę prosta historia, ale rozciągnięta jak tylko się dało. Cały czas zmieniamy ujęcia, każda wypowiedź jest jakoś akcentowana, by dodać jej powagi albo dramatyzmu. Nastrój wszystkiego jest obrazowany pocztówkami niezwiązanymi z fabułą – ot, jak ktoś mówi „nic nie znaleźliśmy”, to wtedy widzimy pustą polanę czy inną pustą drogę. I cisza. I jeszcze ujęcie mówiącej osoby bez wyrazu, gdy już nie mówi.

Przeróżne zabiegi stosowane przez twórców nawet trudno jakoś opisać lub pogrupować. Ot, ADHD i tyle, w każdy możliwy sposób. Nie może być jednego zdania bez trzech zmian kadru przeplatanych wspomnianymi pocztówkami. Brak skupienia jest tak absurdalny, że dochodzi nawet do tego, że nie wiadomo, czy jakaś wypowiedź się skończyła, czy jeszcze trwa, tylko twórcy wstawiają wszędzie dramatyczne pauzy. Gdzieś pod koniec kilka osób równocześnie czytają jakiś opis – i nawet ta lektura jest podkręcona. Ktoś zaczyna czytać zdanie i w jego połowie zmieniamy lokację oraz osobę, z którą wywiad jest prowadzony. Ona też czyta, od połowy tamtego zdania. Może ona będzie mieć szansę dokończyć to zdanie, ale raczej jeszcze z pięć razy przeskoczymy do kogoś innego czytającego tę samą notatkę.

Efekt jest taki, że nie da się tego oglądać. Nie da się na tym skupić. Miałem problemy, żeby śledzić akcję oraz pamiętać, co się akurat dzieje i dlaczego, o czym oni mówią? A potem jeszcze to pamiętać? Dajcie spokój. Na papierze widzę dobry materiał na dokument i nawet tym razem wierzę w to, co oglądam, twórcom nie udało się zabić autentyczności ludzi, o których opowiadają. Są gorsze produkcje z tego gatunku, ale tej też nie mogę polecić.

2/5

Picard - sezon II

5 maja | 10 odcinków po 45 min | Amazon Prime

W sumie przyzwoity odcinek ST, tylko rozciągnięty na 10 epizodów.

3/5

Boylesque

4 maja | HBO

Świat pokazany z wierzchu. Nic interesującego ponad to, co już było w opisie.

Świat drag-queen w Polsce na przykładzie najstarszej osoby w to zaangażowanej na całym kontynencie. Tyle wiadomo z opisu, który czytałem już półtora roku temu na Nowych Horyzontach. Sam film dodaje do tego portret człowieka starego, który nadal ma energię oraz jest rozpoznawany i lubiany – ludzie podchodzą na paradzie, przytulają go z radością widząc na żywo pierwszy raz w życiu. Robią sobie z nim zdjęcie. A ja nadal tego tak naprawdę to nie czuję. Ubiera się, wychodzi na scenę i rusza ustami w rytm piosenki. Jest symbolem innego świata, ale gdy go oglądamy, to robi normalne rzeczy, tylko trochę pozytywniej. Umawia się na randkę, druga strona się nie pojawia, więc tańczy w klubie i z dobrym humorem wraca do domu. Ćwiczy w parku na maszynach. To… w sumie wystarczy, ale to naprawdę wszystko. Twórcy nie potrafią zaciekawić tym człowiekiem, pokazać go głębiej, żeby ktoś z boku mógł się nim przejąć bardziej niż jak każdym innym człowiekiem. Ot, istnieje. I tyle. O moim sąsiedzi za ścianą też coś podobnego można nakręcić. To że się nie ubiera na kolorowo i nie robi karaoke nie czyni go nikim gorszym przecież.

Pani reżyser w 2017 roku dała krótki metraż animowany o BDSM, który był o wiele ciekawszy. I głębiej wchodził w przedstawiony świat. Czemu na żywo się nie udało?

3,5/5

Moon Knight - sezon I

4 maja | 6 odcinków po 50 min | Disney+

Serial Marvela z prawdziwymi aktorami, reżyserami, showrunnerami. Naprawdę, na duży plus.

Bohater pracuje w muzeum, jest nerwowym geekiem skupionym na punkcie starożytnego Egiptu. Ma jednak dziury w pamięci, słyszy też głosy domagające się przejęcia kontroli nad jego ciałem. Budzi się i nie wie, jak tam trafił. Szybko okaże się, że w całą intrygę zamieszane są egipskie bóstwa, a nasz bohater jest tylko pionkiem, który – czy tego chce lub nie – musi wziąć w tym udział. Musi wybrać stronę, aby przeżyć.

Zrobił na mnie wrażenie ten tytuł. Ma faktyczny język filmowy, który rozwija opowieść i wrażenia płynące z seansu – podświadomie mamy dzięki niemu pewność, że to, co oglądamy, jest bardziej wiarygodne i organiczne. Kamera jest dosyć swobodna, bardziej dostosowując się do wydarzeń niż na odwrót. Ta spontaniczność dużo daje, ale równocześnie planowano sceny tak, aby można było efektownie łączyć kolejne ujęcia, żeby wszystko w kadrze wyglądało efektownie. Sama opowieść rozwija się naprawdę długo, powoli odsłaniając karty i nie dając nam wszystkich odpowiedzi od razu. Naprawdę oglądając poznajemy opowieść lepiej i lepiej. Jest tu horror, akcja oraz thriller psychologiczny z dużą dawką historii Egiptu. Tu naprawdę był pomysł na zagadkę, na postać, na kino przygodowe. Zgłębianie starożytnych budowli, walka, pościgi – to się serio dobrze ogląda.

W tym wypadku oznacza to jednak też „pomimo wad”. Bo te są od początku wyraźne, tylko dajemy serialowi szansę i nie czepiamy się od razu. Zamiast tego oglądamy i liczymy, że z czasem będzie lepiej. Nie jest i na dodatek trochę traci odbiorcę.

Mówię chociażby o tym, że bohater traci nad sobą kontrolę i dopiero po chwili wraca do siebie. A my nie widzimy tego, co było pomiędzy. Tak więc bohater jest w niebezpieczeństwie, grupa ludzi rzuca się na niego, a on… Traci przytomność. I przenosimy się do momentu, gdy ją odzyskuje. Wszyscy wokół zabici, a my nie mogliśmy tego zobaczyć. Tak, to zabieg narracyjny, ale nawet w ostatnim odcinku ma to miejsce – i to jest po prostu zbyt wygodne dla twórców, żeby nie musieli nam czegoś pokazywać. Na początku to jest fajne, ale z czasem jednak żałuję, że nie mogę czegoś po prostu zobaczyć. Potencjalnie przyjemna scena akcji jest pominięta jak cutscenka w grze komputerowej.

Nie do końca idzie też zrozumieć całej sytuacji z bohaterem. Wiadomo, że ma rozdwojenie osobowości, ale jego inne ja ma całkowicie inne życie, z żoną i co tam jeszcze chcecie. A bohater nie ma świadomości tego, że jego ciało jest wynajmowane na tak długi czas. Nie chodzi do pracy przez kilka dni i nikt nic nie mówi? Nawet przełożona dająca dodatkowe zadania za spóźnienie się? Nie wiem, jak to ma działać. Szczególnie, że dosyć szybko jest powiedziane, iż wewnątrz bohatera żyje trzecia osobowość, a twórcy traktują to jako wielki zwrot akcji do zdradzenia po napisach końcowych. Nie łapię.

Sami twórcy zamykają pierwszy sezon zdradzaniem rzeczy z przeszłości, o które nikt nie pytał i nie wiem, czy cokolwiek zmieniają. Na pewno pasują trochę do tego komiksowego, absurdalnego rodowodu, gdzie nagle ktoś okazuje się być czyimś mordercą, tylko ta druga osoba przeżyła swoją śmierć. W wielkim finale oglądamy starcie bogów, ale kamera koncentruje się na walce wręcz, gdzie przeciwnikiem jest Ethan Hawk, lat 51, wyglądający na 65. Walka oczywiście delikatna i bezkrwawa. Nie łapię takich decyzji, ale komiks i tak chętnie przeczytam.

A i drugi sezon łyknę z chęcią. Większość tej przygody będę wspominał naprawdę pozytywnie.

3/5

Przebudzenie wiosny: Ci, których znałeś ("Spring Awakening: Those You've Known")

3 maja | HBO Max

Jest tu pewnie najlepszy film roku, tylko zamiast pokazać ten film, to zrobili o nim dokument.

Nie mam pojęcia o musicalach i nawet największe hity tego medium są dla mnie nieznajomym. „Spring Awakening” jest kolejnym, o którym nie słyszałem, a i on prowadzi mnie do wniosków, że w sumie powinienem rzucić filmy i na musicalach się skupić, bo to tam są wszystkie elementy, jakich szukam w sztuce: odwaga, kreatywność, pomysłowość, energia, emocje, samoświadomość, myślenie o odbiorcy, nawiązywanie z nim relacji… I aktorzy. Gdzie ja tych aktorów w filmie i telewizji zobaczę? Lea Michele w „Glee” i jakimś christmas movie, tylko tyle medium kina ma dla niej do zaoferowania? Wstyd. Jest mi wstyd w imieniu całego medium, kurwa mać. John Gallagher Jr. poznałem przynajmniej dzięki „Short Term 12”, Jonathan Groff w „Hamiltonie”, bo gdzie? W sequelu „Seksu w Wielkim Mieście”, gdzie stopił się w tle z meblami obok Chrisa Jacksona? Matko…

Znaczy, mam świadomość: to tylko pojedyncze tytuły. Jakbym kino oceniał jedynie po „best of the best”, to też byłbym zadowolony – ale nadal, „Spiring Awakening”. XVIII wiek, Niemcy, muzyka rockowa i obraz dramatów nastoletnich, który miał potencjał ratować życie (w sensie, naprawdę ktoś zrezygnował z myśli samobójczych dzięki tej sztuce). Sama inscenizacja sceny seksu na platformie rozwala łeb, a co dopiero cała sztuka… Tylko że całej nie zobaczymy. To tylko dokument, w którym oryginalna obsada z 2006 roku zebrała się po 15 latach, żeby zebrać pieniądze pojedynczym przedstawieniem/koncertem, a potem przed kamerą opowiedzieli, jakie to było wspaniałe doświadczenie. I przy okazji zaprezentowali sztukę: fragmenty różnych piosenek, streścili fabułę – kto umrze, kto popełni samobójstwo, czym jest „Purple summer” (uczciwie, przecież to logiczne, czemu musieli to tłumaczyć wprost?), co się stanie i jak się skończy. Świetnie zapoznali nowego odbiorcę z trudnościami, jakie stanęły przed twórcami, jaka myśl ich prowadziła przez ten tor przeszkód, jak osiągnęli sukces.

Tylko… Wolałbym po prostu zobaczyć sztukę. I w ten sposób się w niej zakochać, a o reszcie doczytać po seansie. Tak to zrobiłem z „Come From Away” i jakoś się da. Przecież ją nagrali sztukę wtedy i teraz ten koncert również. Teraz został mi tylko pirat z YouTube’a, dzięki. To już wiadomo od dawna, ale oto kolejny dowód na to, że sztuka istnieje tak naprawdę dzięki nielegalnym źródłom, nie tym legalnym.

Na IMDb widzę jakieś „Spring Awakening” w fazie pre-produkcji. W 2009 roku nawet zrobili film telewizyjny o tym tytule w Niemczech, imiona bohaterów się zgadzają. Ocena 4,7/10, mniej niż sto głosów i zero recenzji. To se poczekam.

1/5

Fucking Bornholm

2 maja | Amazon Prime Video

Deszcz, wredota i edukacja seksualna dzieci. Oglądanie Polaków na wakacjach jest depresyjnym doświadczeniem.
 
Bornholm to duńska wyspa na morzu Bałtyckim, gdzie promem dostają się polscy bohaterowie: facet, baba i dzieci. I ich przyjaciele, którzy też mają dzieci. Kampery, namioty, te sprawy. Na miejscu pada deszcz i generalnie nic się nie dzieje, bohaterowie spędzają czas na byciu pasywno-agresywnym wobec siebie, na szczęście jedno dziecko wsadzi drugiemu penisa do buzi, co wypełni następne 40 minut.
 
Każda dorosła postać w tym filmie sączy jad, jest wredna, toksyczna, całkowicie niestabilna emocjonalnie, stanowi zagrożenie fizyczne dla osób wokół i samej siebie, a także jest niezdolna do życia w rzeczywistości, społeczeństwie oraz samodzielnej egzystencji, ponad to są rodzicami i popełniają każdy błąd, jaki ktoś na tym stanowisku może popełnić, wyrządzając zbrodnię za zbrodnią – a film jest pozbawiony humanitaryzmu całkowicie, więc w ogóle tego zjawiska nie analizuje. Żadna z postaci nie zda sobie sprawy z tego, jaka jest, niczego się nie nauczy, nie będzie lepsza na koniec filmu. Reasumując: spędzamy z takimi ludźmi półtorej godziny i oglądamy, jak są idiotami przez ten czas. Nie mają nawet odwagi mówić wprost, cały czas tylko sobie dogryzają. Tego nie da się oglądać, a to i tak jest niczym wobec scen, gdzie nasi bohaterowie o malutkim rozumku próbują zgłębić najbanalniejsze aspekty wszechświata przy użyciu metafor. „Jak ty możesz wiedzieć, że to ta jedyna, skoro nie próbowałeś innych” skontrowane „Samochód traci dziesięć tysięcy po opuszczeniu salonu”. I widzowie poświęcają czas na oglądanie tej grubej rozkminy.
 
Motyw edukacji seksualnej to jest dramat, k…ropka. Dzieci siedzą i nic nie mówią, rodzice mówią za nich, żeby się więcej kłócić między sobą. Wątek zostaje porzucony w połowie filmu.
 
Realizacja jest katastroficzna – aktorzy z jedną miną, dialogi ciągną się, akcja stoi w miejscu i wydaje się, jakbyśmy przez 20 minut oglądali tę samą wymianę zdań. Historia jest absurdalna, a scenarzyści chyba nigdy nie mieli kontaktu z ludźmi – zobaczyli na filmach wychodzenie do baru oraz zdradzanie męża, więc coś takiego tutaj dodali, jako reakcję na… W sumie nic. Jedynym momentem odkupienia w całym filmie jest rozmowa postaci Macieja Sthura z dziećmi, gdzie mówi im, by nie myślały, że mama jest zła na którekolwiek z nich. Na krótką chwilę w scenariuszu pojawia się humanitaryzm, zaraz zastąpiony niedorzecznym i skretyniałym zakończeniem.
 

Filmowi wychodzi tylko jedno: jednoczesne przymilanie się chłopom i babom, przy jednoczesnym pokazywaniu „tych drugich” w złym świetle. Jeśli więc macie potrzebę uważać siebie za lepszych – albo przynajmniej „ja to nic, ty zobacz na tamtych, ci to dopiero” – to film wam tego dostarczy. Niezależnie od tego, jakiej jesteście płci. Jeśli jesteś facetem, to film utwierdzi cię w przekonaniu, że baby są najgorsze. Jeśli jesteś babą, to że faceci są najgorsi. Kwestia perspektywy oraz prostej sztuczki: wszyscy w tym filmie są debilami po równo.

PS. „Jesteś najlepszą matką” to najgorsza linia dialogowa roku w kinie polskim.

3/5

Doktor Strange w multiwersum obłędu

2 maja | Kino

Pozwala docenić wszechświat, w którym żyjemy. W pewnym stopniu. Bruce Campbell to skarb!

Z filmami Marvela jest taka sytuacja, że ich się nie ocenia osobno – zawsze są częścią czegoś więcej: w odniesieniu do innych filmów, do komiksów, do całego filmowego uniwersum albo w kontekście pop-kulturowych spekulacji przedpremierowych. Sam w sobie film jak żaden inny ginie w natłoku tego wszystkie – więc pogadajmy o drugiej części przygód Doktora Strange’a jak o filmie. Dla odmiany – w końcu osobiście nie przepadam za tym, czym filmy Marvela są, ale i tak chętnie poszedłem na ten jeden seans. I miałem z tego frajdę. O fabule nie można za dużo powiedzieć – jest zagrożenie, które może zagrozić każdej wersji rzeczywistości i do tytułowego Doktora należy uratowanie sytuacji. Pomoże mu w tym nowa postać: młoda dziewczyna imieniem America, która jako jedyna we wszystkich wszechświatach ma zdolność do przenoszenia się między różnymi rzeczywistościami.

Historia ma tutaj naprawdę duży potencjał – i z tego, co można wyczytać, jest oryginalnym pomysłem reżysera poprzedniej części. Jest tu naprawdę wszystko: antagonista, którego możemy zrozumieć i sympatyzować z nim, który stawia czoła protagoniście na osobistym polu, są bardzo do siebie podobni. Mnogość postaci i lokacji, dużo miejsca na różne relacje między bohaterami, potencjał na mnóstwo emocji. Teraz za reżyserię odpowiada Sam Raimi, który wykorzystuje tutaj swoje horrorowe doświadczenie, wprowadzając mnóstwo frajdy do seansu, naginając wiele momentów do tego, aby były „inne”, w jego stylu – plus cameo Bruce’a Campbella, dzięki któremu w 2022 roku nadal możemy kochać tego człowieka za jego wygłupy. Mnóstwo tutaj też niespodzianek, zapewne zdradzonych przez pseudodziennikarzy, ale kto nie czyta, ten na seansie kilka razy mocno się ucieszy w ten lub inny sposób. To ogólnie bardzo ładny wizualnie film: concept arty powołane do życia, scenografia, kostiumy, 3D, CGI – jest po prostu na co patrzeć, ten tytuł ma wiele do zaoferowania na wizualnym poziomie. Parę razy twórcy przypomnieli sobie, że mogą używać humoru, więc i ten pojawi się od czapy tu i tam, wywołując uśmiech. Na dodatek całość nie jest dezorientująca dla takich widzów jak ja, którzy nie oglądali pierwszej części, ostatniego Spider Mana czy serialu Wanda/Vision. Jest co chwalić.

Tyle o samym filmie, bo ten nadal jest też typowym Marvelem, więc wszystkie powyższe zalety są pozytywne, ale w umiarkowanym stopniu. Te filmy są produktami i za każdym razem wszystko robią w ten sam sposób. Najlepiej to widać właśnie po humorze: scenariusz był przepisywany przez wielu ludzi, a żarty były na zamówienie, bo ktoś zwrócił uwagę, że ich trochę mało jest. Dlatego Strange w losowych momentach nagle robi się śmiesznym dupkiem, który kpi, że ktoś ma widelec na czole. Śmieszne i ogólnie doceniam, ale to po prostu nie jest spójna postać. Twórcom jednak nie zależy na takiej spójności. Nieważne, jaki bohater, jaka historia, jacy twórcy to robią, to za każdym razem ma się wrażenie, że oglądamy ten sam film. Zmiany są na tyle drobne, żeby móc je rozdmuchać, ale to wszystko. Potencjał horrorowy Raimiego jest dostosowany do niskich ograniczeń wiekowych – bardzo mało tutaj miejsca dla postaci – a fabuła jest wciąż ta sama: ratują świat przed zagrożeniem, które sami wywołali, piorąc się po pyskach dużo i krótko. Bardzo złe przedmioty zagrażające światu są pod ręką cały czas, ale antidotum na nie jest zamknięte na magiczną kłódkę zabezpieczoną hasłem, które znał tylko jeden człowiek, który już zresztą nie żyje – no cóż.

Niby spędzają ze sobą czas i gadają, ale jednak wygodnie zapominają o osobistych historiach, gdy to akurat może psuć tempo opowieści. Fabuła nie ma za wiele związku z osobistymi przeżyciami bohaterów. Dla przykładu – America nie jest w stanie kontrolować swoich mocy. Nic z tym nikt nie robi przez cały film, wygodnie ma szczęście aż do finału, kiedy ktoś jej powie: „A spróbuj po prostu w siebie uwierzyć?” i to wystarczy. Jest tu bardzo ładny motyw snów i tego, że są oknem do tego, co robią nasze inne wcielenia. America jest smutna, bo nie ma snów, jest unikalna – do końca seansu zapomnicie, że to w ogóle w filmie było. Motywacje antagonistki i jej zarzucanie hipokryzji Doktorowi jest w ogóle niezrozumiałe przez widownię, a sam protagonista odpowiada tylko: „Dobra, to chodź na solo”. Jej motywacje czy osobowość nie mają znaczenia dla samego filmu ani jego twórców: to tylko jedna scena, która ma jakoś motywować późniejsze sceny akcji. Dopiero na samym końcu robią coś, co mogli zrobić na początku, co nie sprowadza się do bicia po pysku, a co zażegnuje konflikt. Efekt jest idealny: jednym trochę się spodoba, innym trochę nie spodoba, nikt nie będzie wkurzony, za to kilka osób będzie zachwyconych. Produkt wzorowy.

I nie ma to nadal znaczenia. To kino momentów, nie całości. Nie musi się podobał jako zwarta produkcja – wystarczy, jak na koniec Strange powie: „Kocham cię w każdym wszechświecie” i wielu widzów będzie zadowolonych. Ten jeden ludzki moment po prostu wystarczy. W tym filmie jest ich nawet kilka. Więcej nie ma, ale jeśli tyle wam wystarczy: seans jest wtedy dla was.

3/5

Simona

Maj | Canal+

Fajnie o puszczy Białowiejskiej i innych sarenkach. Ale takie gadanie o Simonie jest zbędne.
 
Tytuł ten cierpi na syndrom jak w memie: „facet robi zdjęcie, kobieta robi zdjęcie”. Tak naprawdę to nie jest film o Simonie, o przyrodzie, ekologii i tak dalej. Tak naprawdę oglądamy, jak ktoś ogląda film o Simonie. Rozstawia projektor, włącza i leci film, a ona go ogląda. I oglądamy, jak ona słucha ludzi opowiadających o Simonie same emocjonalne rzeczy. I na końcu mówi, że Simona zmieniła jej życie, bo gdyby nie ona, to nigdy by jej nie było stać na przeprowadzkę do Finlandii czy coś. Nie, nie wiem nawet, co pani Simona miała z tym wspólnego.
 
W każdym razie prawdziwa pani Simona Kossak wydaje się zasługiwać na faktyczny dokument informujący o jej dokonaniach – miała osiągnięcia w życiu, była naukowcem, miała liczne tytuły – ale zamiast tego mamy dokument wyłącznie emocjonalny. Ona była taka kochana i tak kochała przyrodę i patrzcie, jaki słodkie sarenki, życie nie było dla niej dobre, a powinno być, ona zasługiwała, jej się należało, no. Czemu tak? Czy twórcy nie umieją opowiadać o nauce? A może myślą, że to zbyt skomplikowane rzeczy dla widowni? Nie wiem. Wiem jedynie, że to taki typowy dokument z festiwalu MDAG. W tym roku chociażby Lyra była identycznie zrobiona.
 
Sam film co najwyżej mógł zniechęcić mnie do osoby przedstawionej. Skoro gadają tylko o emocjach, to najwyraźniej nic konkretnego powiedzieć się nie da, prawda? Tak czy siak, film zaczyna się i kończy cytatem pani Kossak o tym, że „jesteśmy tutaj tylko gośćmi i gdybyśmy się ograniczyli, to wszystkiego starczy dla wszystkich”, bez czegokolwiek w samym filmie na udowodnienie, że w tym stwierdzeniu jest jeden atom prawdy, co zamyka portretowaną kobietę w tej samej kategorii, co celebryci gadający podobne bzdury, by potem zużywać miliony hektarów sześciennych wody podczas suszy. Miesięcznie. Dobra robota.