Maj 2022

Maj 2022

9 maja 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

1
obejrzanych filmów
1
obejrzanych seriali
3/5

Syndrom Hamleta

29 maja | KFF

Kto by się spodziewał, że dokument o wojnie na Ukrainie będzie podsumowany faktycznym konfliktem? Ukraina walczy od 2014 roku, a my śledzimy grupę aktorów, którzy poprzez sztukę znajdują sposoby, aby wyrazić swoje traumy i przeżycia.

To tytuł bardziej symboliczny niż do oglądania, tzn. dociera do nas na poziomie ludzkim niż jako seans. Oglądamy ludzi, którzy swoje przeżyli i teraz ta przeszłość ich rozpiera, mają co z siebie wyrzucić. A my ich słuchamy.

Osobiście czułem, jakby ten film cały czas zaczynał się na nowo. Mało tutaj postępu, progresu – z grubsza oglądamy kolejne spowiedzi ludzi ustawione obok siebie. Nie czuć podczas oglądania, że bliżej im do uzyskania czegoś poprzez te spowiedzi. Nie czuć, że nasza wiedza o ich tragedii osiąga kolejny poziom, że zgłębiamy go coraz bardziej, nawet ten Hamlet nie wydaje się bliżej ukończenia.

I trochę wstyd tak mówić, to w końcu tragedia prawdziwych ludzi na ekranie, a ja narzekam, że kiepsko się to ogląda.

4/5

Bosch: Legacy - sezon I

27 maja | 10 odcinków po 50 min | Amazon Prime

Procedural, który udaje, że nie jest proceduralem. Sympatyczne i solidne.

Bosch: Legacy w sumie jest ósmym sezonem serialu Bosch, ale w wyraźnym momencie zwrotnym: bohater skończył karierę w policji Los Angeles, jego córka z kolei zaczęła, tego typu rzeczy (bez wchodzenia w szczegóły). Bez znajomości wcześniejszych serii udało mi się bez problemu odnaleźć, ale to zasługa znajomej formuły. Ponad to sam serial ma sporo charakteru i chciałem do niego wejść: stary detektyw nie bojący się łamać zasad, ale mający blokady moralne przed złamaniem wszystkim. Młoda policjant, która zaczyna pracę i stara się udowodnić swoją wartość. Ciekawe wątki kryminalne, w których paskudne charaktery zawsze przegrają – lubimy takie rzeczy. Przynajmniej ja lubię. 10 odcinków obejrzałem i czekam na ciąg dalszy, szczególnie po chamskim zawieszeniu akcji w finale.

Teoretycznie procedural oznacza serial, gdzie każdy odcinek na swoją własną linię fabularną, która kończy się wraz z odcinkiem i nie jest kontynuowana. Bosch odbiega od tego na rzecz kilku dużych wątków prowadzonych przez wiele odcinków, a nawet wykraczają poza ramy sezonu. Nie oznacza to jednak, że te wątki przekraczają standardy takich seriali, są bardziej dojrzałe lub złożone.

To nadal procedural – z kilkoma zmianami, ale też tymi samymi uproszczeniami. Pod względem moralnym przede wszystkim – niespecjalnie szukają innych rozwiązań, tylko robią po swojemu – ale też logiki świata. Nikt tu nie ma życia poza pracą, nawet w nocy. Bohater dostaje zadanie, żeby odnaleźć kogoś, koto pewnie już nie żyje, był w końcu widziany 70 lat temu. Znajduje go kilka ulic dalej. Jak udowodnić niewinność klienta? Widzą państwo, podejrzany na kamerze ma tatuaże. Mój oskarżony nie. I cyk, 200 milionów od miasta za zniesławienie. Na końcu policja strzela do podejrzanego, zabijają przy okazji kogoś innego – adwokat chce udowodnić, że strzelanie było nieuzasadnione. Bohaterowie oczywiście z płaczem, że adwokat zrujnuje policjantom życie xD To serial sprzed 30 lat, ale zrobiony tak, byśmy czuli, że oglądamy coś współczesnego. Są fani takich produkcji, ten jest dobrze zrobiony – czego chcieć więcej?

3/5

Prehistoric Planet - miniserial

27 maja | 5 odcinków po 40 min | AppleTV

Na zabawę dinozaurami nigdy nie jest za późno.

Dokumenty BBC wyrobiły sobie renomę jakieś 15 lat temu, gdy zobaczyliśmy Planet Earth i wpadliśmy w wizualny zachwyt. Takiej natury nigdy jeszcze nie widzieliśmy – rozmiar, skala, różnorodność, intymność oraz narracja Davida Attenborough, to wszystko było miodem dla oczu. A potem mogliśmy to oglądać raz za razem, w dokładnie ten sam sposób: Human Planet, Frozen Planet, Planet Earth 2 (tak, sequel)… No to teraz oglądamy o dinozaurach.

Jeśli nigdy nie mieliście styczności z tymi produkcjami, już wyjaśniam: oglądamy, jak zwierzęta kopulują, jedzą, polują i uciekają albo mają inne swoje małe zwyczaje, typu współpraca dużych zwierząt z małymi, gdzie małe np. myją zęby dużym. Małe mają jedzenie, duże mają higienę zapewnioną. Ot, fajne. Mało (znaczy, wcale) w tym nauki, wartości edukacyjnej czy wiedzy, bardzo dużo przeżyć czy emocji. Narracja od pana Davida i jego scenarzystów nie zawodzi i wciąż umie znaleźć ludzką historię w obrazach nagrań zwierząt: matka wypuszczająca dzieci w świat, młode zgubione bez opieki i zdane na siebie, samotny przedstawiciel gatunku szuka samicy – tego typu rzeczy. I to wszystko jest zaprezentowane faktycznymi nagraniami! Za każdym razem nie mogę uwierzyć, ile ci ludzie musieli siedzieć w krzakach, aby nagrać taki materiał i następnie połączyć to w narracyjną, spójną całość.

Tylko tym razem mówimy o dinozaurach. Wiecie, to wszystko to CGI zrealizowane z tą samą technologią, z którą robili remake Króla Lwa chociażby. Pierwszy raz w tych „dokumentach” zaczynam myśleć: skąd oni to wiedzą? W jaki sposób pozostał ślad o procesach godowych dinozaurów? Czy czymś innym, co tu widzimy? Skąd twórcy wiedzieli, jak młode dinozaury z tego konkretnego gatunku uczyły się pływać? Albo latać? Jakie jest źródło? Czy też oni to wszystko wyssali z palca?

Co w sumie istotne nie jest, bo to w końcu nigdy nie były dokumenty jako źródła wiedzy. To były dokumenty, które obdarzały nas możliwością obejrzenia tych wszystkich zwierząt, krajów i wydarzeń z bliska. Teraz tylko robią to samo z dinozaurami. Czujemy ich rozmiar i wierzymy, że tak to wszystko mogło wyglądać. Cofamy się w czasie i widzimy przyrodę w swoim naturalnym rytmie, porządku. Nawet jeśli moja dziecięca fascynacja dinozaurami i kosmosem nie oznaczała takich fantazji, to w zupełności rozumiem radość innych, którzy dzięki produkcji BBC spełniają tę fantazję. Pewnie nawet o tym nie wiedzieli.

David Attenborough ma 96 lat i opowiada o dinozaurach. To z jednej strony po prostu kolejny taki sam dokument o naturze od BBC. Z drugiej strony, to bardziej ziszczenie marzeń przy użyciu najnowszych technologii niż dokument. Nawet jeśli ich dokumenty od zawsze miały mało wspólnego z dokumentami.

2/5

Chirurdzy ("Grey's Anatomy") - sezon XVIII

26 maja | tylko odcinki 9-20 są z 2022 roku | Disney+

„Hello Forever”, sytuacja z krwią, incydent z wężem… Kurde, ten tytuł nadal ma „to coś”.

Jeśli macie ochotę na banalny serial medyczny, w którym w każdym odcinku lekarze są bardziej zajęci własnymi wątkami miłosnymi niż pacjentami, ale mimo to nadal są ogromnie przejęci losem chorych, rodzina błaga personel medyczny „uratujcie mojego syna siostry brata”, by na końcu odcinka pacjentem cudem został uratowany – oglądajcie. Możecie nawet oglądać dla jaj, bo jest tu z czego się śmiać. Wszystko jest tu żartem: przede wszystkim wyidealizowany szpital. Białe fartuchy, porządek, pomoc od razu. Nie trzeba dzwonić na TK, czy są przygotowani i mają wolną maszynę – oni są zawsze wolni. Idą do domu po 300 godzinach dyżuru? Przy wejściu do szpitala akurat przyjeżdża nowy pacjent i zostaną po godzinach, by mu pomóc, oczywiście. Pewnie jakimś argumentem jest, że to niby jeden z najlepszych szpitali w kraju, ale to z kolei nie tłumaczy np. braku pielęgniarek. Znaczy niby są, ale jak się u nich wejdzie na SOR, to trzeba krzyczeć „potrzebuję lekarza” i to lekarz przyjmuje.

Przez absurdy trudno to traktować poważnie. Pijesz sobie kawę i nagle obok ciebie teleportuje się krzyczący pacjent cały we krwi, doszedł tu na piechotę i wcześniej nawet nie stęknął, dopiero teraz go wszyscy dostrzegamy. Nie jest łatwo brać tych medyków na poważnie, skoro podczas operacji czy czegoś innego stresowego zaczynają się kłócić na jakiś drażniący temat, np. koniec związku. Kurwa, kobieto, przyszywam typowi rękę, odpierdol się, proszę. Na taką swobodę trzeba zapracować, a tym ludziom naprawdę lekko do Hawkeye’a z MASH i jego zasłużonej pewności siebie. Ta ręka to w ogóle głupia sprawa, bo z tego co wiem, przyszywa się ją np. do brzucha, aby zachować krążenie, jeśli nie można jej przyszyć od razu w pierwotne miejsce. Wygląda to okropnie, ale nie musieli tego pokazać, czemu więc podłączyli ją zamiast tego do maszyny? I czemu każdy pacjent musi wymagać defibrylacji przed trzecim aktem, niezależnie od choroby? Przedramatyzowane to jest okropnie, a scenarzyści nie umieją nawet połączyć wątków osobistych z zawodowymi, albo coś. Zamiast tego jadą na pełnym automacie – typowy nowy pacjent w każdym odcinku, a gdy skończą go operować, to wrócą do gadania o swoich związkach. Bohaterowie nie mówią chociaż o sobie, o nie. Zamiast tego siedzą koło kogoś, kto mówi na ich temat. „Zrozumiałam dziś, jak ciężko ci jest każdego dnia…” bla bla bla. Dno.

I gdy już te wszystkie złośliwości człowiek z siebie zrzuci, kiedy wytknie oczywistości, kiedy skończy śmieszkować… To dalej będzie oglądać. Przynajmniej tak ze mną było.

Kpiny to jedynie pierwszy poziom odbioru. Gdy już się człowiek pokpi, pokręci z politowaniem głowę i obejrzy więcej odcinków – wtedy wchodzimy głębiej i widzimy też jego mocniejsze strony. Może nie zalety, ale trzeba oddać np., że aktorzy pomimo tych wszystkich odcinków (200, 250, niektórzy 401!) nadal grają z zaangażowaniem. Nie traktują nas jako pewnika, który musi to oglądać, ich występ nadal musi na to zapracować. Co tydzień oddają godność swoim postaciom i ich oddaniu sprawie. Każdy też w Chirurgach znajdzie coś dla siebie, nawet osoby medyczne. To jest obraz nierealistyczny i wyolbrzymiony, ale pod spodem jest jednak szacunek dla poświęcenia, jakie personel medyczny stosuje. Jak trudny jest ich zawód i jak duże wyzwania pokonują codziennie. Wyobrażam sobie, że po dniu na oddziale miłym byłoby obejrzeć taki odcinek Chirurgów, który ich docenia. W stosunku do pacjentów to samo – propagowane jest indywidualne podejście, każdy z nich jest wyjątkowy, każda tragedia jest tragedią, każdy sukces jest sukcesem.

Prosty to serial, dający proste emocje, ale wykorzystujący ową prostotę. Zamiast zarzucać odbiorcę analizami sytuacji, daje coś pojedynczego – w tym przypadku, absurdalny zakaz oddawania krwi przez gejów przez 3 miesiące od ostatniego stosunku seksualnego. Ponoć dalej to obowiązuje, wszyscy rozumiemy, że to jest niedorzeczne – i wiemy, to powinni zmienić. I gdy zmienią, my się ucieszymy. Możemy pewnie nawet jakoś się do tego przyczynić, skoro o tym wiemy dzięki Chirurgom. Na ekranie mamy kontakt z różnymi ideami: dziecko jest dziewczynką i chłopcem (co wtedy zrobić jako rodzic?), lesbijki, mężczyźni wyrażający też swoje uczucia. Rewolucyjny serial, naprawdę. A finał sezonu serio zrywa czapki z głów – gdy zobaczyłem krew na ulicy, to rzuciłem się na następny odcinek, jakby to było Lost, naprawdę. A gdy usłyszałem ostatni raz „Hello Forever”, to jednak się wzruszyłem. Proste emocje, prosty serial, ale skuteczny. Czegoś tam dostarcza.

Więc może coś w tym jednak jest?

2/5

Gianluca Vacchi - Mucho Más

25 maja | Amazon Prime

Film o gościu, który wstaje o 6 rano, by spać 2 godziny.

Kolejny celebryta kupił o sobie dokument. Tym razem mówimy o włoskiej gwieździe mediów społecznościowych mającej 53 lata, która robi wszystko: jest sportowcem, DJ, klaunem, ojcem, biznesmenem. Większość czasu to typowe banały w stylu: „Nie znacie go, a on jest naprawdę wspaniały, ma ogromne serce i nie wiem, gdzie byśmy bez niego byli”. Sporo tu też bronienia się przed uwagami czy krytyką, o której nie słyszałem, bo nawet nie słyszałem o samym bohaterze tej produkcji. Zarzucają mu np. skąd wziął pieniądze, a on się przed tym broni, skoro jako jedyny ma głos.

Oglądamy więc kolejny raz jakiegoś bogatego człowieka, które wszędzie lata, dobrze je, spędza czas z rodziną i czasami wstawi głupie wideo na media społecznościowe. Jego fenomenu nie idzie zrozumieć z seansu, dla mnie jest nudny. Tylko gdzieś tak pod koniec pada pytanie: skąd masz pieniądze? I po łebkach zaczynają przybliżać ten temat, jak to po rodzicach odziedziczył coś, a potem ciężko pracował. W sumie więc coś tu jest – coś, co by mogło uzasadnić powstanie tej produkcji – tylko nadal zrobiono to tak, że główny bohater koniec końców wydaje się oderwany od rzeczywistości. Gada głupoty o tym, by żyć tak, jak chcesz, koniec. Kurde, dzięki.

2/5

Elvis

25 maja | Kino

Marny hołd nieświadomy swojej marności. Austin Butler to skarb.

Nie jest to biografia ani fabuła o życiu Elvisa Presleya. Bliżej temu do eseju lub teledysku, w którym twórcy pochylają się nad garścią momentów z życia artysty, pobieżnie wspominając o nich pomiędzy dostarczaniem kolejnych występów. Pobieżność można wręcz pomylić z ekspresowym tempem, tzn. małą ilością czasu poświęconą na cokolwiek. Często nawet tego nie robią, tylko przeskakują nad tym i można jedynie się domyślić, co się stało. Nawet nie ma co oczekiwać konsekwencji, spójności historii albo budowania w ten sposób osobowości Elvisa. Reżyser postrzega go w bardzo ograniczony sposób: jako symbol, który znaczył dla wielu osób wiele rzeczy; którego życie było tragedią a śmierć była smutna. I w swoim mniemaniu oddaje mu hołd z godnością: pokazuje, że znaczył dla widowni wiele. Pokazuje, że był symbolem innych rzeczy w ciężkich czasach. Ani myśli przedstawić tych czasów i Elvisa, bo nie widzi tego jako coś potrzebnego. Fani Elvisa i tak znają wszystkie szczegóły, więc swoją miłością wypełnią dziury w filmie. Pewnie nawet nie będą świadomi, jak wielkie są to dziury. Reżyser może skupić się na samym minimum: schemacie kina biograficznego. Niczym więcej.

Błędy zostały popełnione. I to chyba wszystkie, jakie tylko można było. Nie zbudowano świata, nie zbudowano Elvisa, nie zbudowano artysty. Z filmu nawet nie wynika, czy znał się na muzyce, czy pisał swoje piosenki, cokolwiek. Całość jest opowiedziana z perspektywy menedżera, który przez większość filmu jest zbędny – ilekroć w coś się angażuje, to ja jestem zaskoczony, że nikt go nie wyrzuca z planu, bo zachowuje się jak żul przeszkadzający ludziom w parku. Nie jest nawet pokazane, jak zawiera umowę z Elvisem, po prostu zaczynają razem być na trasie. Bohater nie wyraża wtedy na nic zgody, nie podejmuje żadnej decyzji, którą moglibyśmy zobaczyć – bo po co? Mało kto ma tu jakąkolwiek osobowość, prawie nikt nie ma tu jakiejkolwiek relacji z czymkolwiek, a tym bardziej kimkolwiek. Nawet cała filmowa ekspresja jest zaburzona poprzez problemy z tempem – wiele razy czułem, że jakaś scena już się skończyła, a twórcy wracają do niej po jakimś czasie.

Jest w tym filmie scena, gdy bohaterowi grożą poważnymi konsekwencjami, jeśli nie przestanie się zachowywać na scenie tak, jak to robił do tej pory. Podejmuje oczywisty wybór, mówiąc przy tym, że zawsze trzeba ufać sobie. I nie ponosi za to żadnych konsekwencji, więc to pusta scena – w filmie. W rzeczywistości na pewno było inaczej, a wasza miłość wypełni tę dziurę podświadomie. Wy zobaczycie Elvisa, zagranego w piorunujący sposób, który deklaruje swoją odwagę i wiarę w wartości, które wyznaje. Zobaczycie słynne fotografie powołane do ruchu, będziecie na koncercie Elvisa przez dwie godziny. Reżyser zrobił jednak film o gościu, który śpiewa, a potem umarł. Harował na śmierć, jego ojciec i inni przepierdolili wszystko, a twórcy nikomu nie dają nawet kropli godności, by się wytłumaczyć. Przejebali to przejebali, koniec tematu.

Na napisach końcowych leci In the Ghetto, tylko remix. Elvis kończy zwrotkę i ktoś zaczyna śpiewać obok niego. Słyszę to i pytam w myślach: „Co wy robicie z jedną z najpiękniejszych piosenek w historii? Wy… wy nie macie pojęcia, co robicie, prawda?”.

3/5

Zbrodnie przyszłości ("Crimes of the Future")

23 maja | Kino

Miałem skojarzenia z „Blade Runnerem”. Vigo Mortensen niczym detektyw w świecie przyszłości, zupełnie nieświadomie prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia ducha ludzkiego. Rozmawia z ludźmi, słucha różnych osób, zastanawia się mimowolnie na różne tematy.

Co ciekawe, ten obraz jednocześnie intryguje wizualnie jak i jest nudny. Bo gdy się o nim myśli, to przypominają się te wszystkie transformacje ludzkiego ciała, urządzenia, styl. Gdy się to jednak ogląda, wtedy większość czasu spędzamy na oglądaniu ciągnącej się, wymagającej poprawek scenie dialogu, gdzie dwóch ludzi stoi na tle ściany. Albo okna. Taki paradoks.

Podczas oglądania czułem w tym potencjał. Czułem zmierzanie do powiedzenia czegoś. Czułem też obawę, że reżyser tylko kręci się wokół czegoś, stymuluje mnie, a właściwą robotę odwalam ja, a jemu mam ochotę przypisać całą zasługę.

2/5

Gwiazdka Hollywood ("Holywood Stargirl")

23 maja | Disney+

Miły, obojętny, ładny film. W życiu nie widziałem tak łagodnego trzaskania drzwiami.

Jeden z tych obrazów, gdzie marzenia zawsze warto, trzeba i można realizować. A gdy dochodzi do momentu poważnego i ważnej rozmowy z stylu: „A skąd wiesz, że tobie się uda? Musisz myśleć o prawdziwym życiu!”, to robią to ze wszystkich sił bez jakiegokolwiek zaangażowania. To wtedy zresztą jest wspomniane trzaskanie drzwiami – bohaterka oczywiście zamyka się we własnym pokoju. Jakbym chciał trzasnąć tak delikatnie tymi drzwiami, to bym i tak zrobił to mocniej.

Niemniej muszę oddać tej produkcji jedno: coś w niej jest. Coś jest w tym pierwszym występie, jak bohaterka śpiewa Beach Boys i robi to tak niewinnie, że całkowicie można kupić reakcję widowni. Po prostu sam się do niej zaliczałem. Naprawdę spodobało mi się, jak ludzie zaczęli klaskać czy wybijać rytm o szklanki, by ostatecznie dołączyć się do śpiewania. To było ładne. I jest trochę takich chwil w tym filmie. Jak kręcili próbny filmik i się pocałowali, reżyser powiedział „Cięcie!”, a oni dalej byli… razem. Ładne to jest, co ja poradzę? Historia czy bohaterowie, cały film ogólnie był mi obojętny, ale jednak zerkałem od czasu do czasu, by nie przegapić kolejnego momentu. Nie tworzy to solidnego filmu, ale nadal ma jakąś wartość.

Plus ogólny styl. Te włosy, te stroje, ta wizja. Ten różowy beret, ta dziewczyna na ulicy grająca na skrzypcach.

3,5/5

Bob's Burger - sezon XII

22 maja | tylko odcinki 11-22 są z 2022 roku | Disney+

W tym roku oglądam tylko nowości, co oznacza też powrót do seriali, których dawno nie oglądałem – ale wciąż wychodzą nowe odcinki, więc wracam. Z tego samego powodu zaczynam też oglądam nowe seriale od środka – a nawet środka sezonu, bo biorę pod uwagę jedynie te z premierą w tym roku. Parę razy zawracałem i zaczynałem oglądać od początku sezonu, bo nie mogłem się wkręcić. Są seriale, które obejrzałem w taki sposób i nie zrobiły na mnie wrażenia – za rok do nich wrócę i nadrobię wcześniejsze odcinki. Dlatego tym bardziej doceniam takie Bob’s Burger, które wcześniej mnie omijało – w Polsce było tylko z lektorem albo w wersji dubbingowej, co nie miało dla mnie sensu, patrząc na oryginalną obsadę. Wziąłem teraz 10 najnowszych odcinków – a jesteśmy na 12 sezonie! – i moja sympatia do tej produkcji rosła z odcinka na odcinek. To w końcu jest osiągnięcie – umieć po tylu latach trafić do nowego odbiorcy. To serial jest w końcu, powinniśmy móc włączyć go z doskoku, pomijać odcinki i nadal coś z tego wyciągnąć.

Pierwsze wrażenie było raczej takie, że podejrzewałem typową przypadkowość w narracji i humorze. Ot, aby coś się działo. Nic konkretnego, bo twórcy już nie mają pomysłu i tylko wypełniają czas. Trochę mi zajęło przekonanie, że ta przypadkowość jest zamierzona – wszyscy bohaterowie są trochę „nie-teges” i to leży w ich naturze. Jeszcze nie umiem scharakteryzować tych postaci i rodzaju ich perypetii, ale mam pewność, że sami twórcy ich znają. I rozumieją. Pod koniec już szanowałem twórców za to, że wciąż umieją wymyślić jakąś niedorzeczną historię, wykorzystać tych bohaterów w uczciwy sposób i zrobić kompetentny odcinek. Zdarzają się wypełniacze tu i tam, ale nic, za co miałbym się gniewać. To po prostu serial o rodzinie umiarkowanych postrzeleńców z kapitalnymi aktorami głosowymi. I chcę go poznać lepiej.

Najlepszy odcinek: 12×15, ale bardziej chciałbym wrócić do tego, w którym Bob zamieszkał w piwnicy.

3,5/5

Simpsonowie - sezon XXXIII

22 maja | tylko odcinki 11-22 są z 2022 roku | Disney+

Wiem, jaką opinię ma teraz ten serial: „to jeszcze leci? Jak to?!” I muszę powiedzieć od siebie: nie mam z tym problemu. Inni chcą to oglądać, to oglądają. Ja po latach wróciłem… I nadal oglądam z przyjemnością. Inną, niż w pierwszych sezonach, ale na tle innych kreskówek telewizyjnych to nadal pierwsza liga. Każdy odcinek jest samodzielny i pozbawiony jakiegoś konkretnego wzoru czy typu. Na pewno znikomy jest chaotyczny humor, obecny w tym serialu od początku – teraz bardziej mówimy o spójnych fabułach, które są… miłe. I to mi pasuje. Humor jest jako dodatek, teraz twórcy skupiają się niemal wyłącznie na historii, gdzie jedna scena faktycznie prowadzi do następnej, a autorzy nie boją się poświęcić tych 20 minut na jeden wątek. I faktycznie go kończą, bez urywania w 1/3. Fani pierwszych sezonów są przyzwyczajeni do czegoś innego, ale ja, obojętny raczej na chaotyczne odcinki skupione na produkcji masy przypadkowych żartów, w nowym wydaniu Simpsonów naprawdę się odnajduję. Widać, że twórcy mądrze podchodzą do swoich historii, potrafią dostarczyć miłe momenty, a każdy odcinek ma odpowiedni budżet umożliwiający animację wysokiej klasy. W porównaniu z innymi tytułami widać przepaść w ilości ruchu, dynamicznego tła i innych.

Będę wspominał, jak Homer zaczął ważyć piwo kraftowe i znalazł przyjaciela. Albo jak Marge nawiązała przyjaźń z Bartem za pomocą robienia psikusów ludziom. Albo jak Bart zauroczył się w nauczycielce, która uratowała go z basenu. Albo jak Lisa walczyła o dobre imię artysty, którego utwór wykorzystano w reklamie. Serio, to nie jest złe. Obejrzyjcie poniższy odcinek, który wyróżniam – jeśli przypadnie wam do gustu, to i cały sezon powinien.

The Best: Pixelated and Afraid (33×12) Marge i Homer są małżeństwem, ale ich dzieci obawiają się, że uczucie między nimi się skończyło, więc motywują ich do wyjazdu. Wyjazd zmienia się w trakcie, ale nasi bohaterowie udowadniają nam – bo sobie nie musieli – że są małżeństwem w pełnym tego słowa znaczeniu. Naprawdę miło jest zobaczyć odcinek w 33 sezonie, gdzie twórcy nadal pamiętają, że ich postaci są w sobie zakochani. I coś musi być w tym, że wciąż chcą być ze sobą razem. A my oglądamy historię, w której miłość ma niejedno oblicze – inni nie muszą się zgadzać, bo nie są istotni. Istotna jest tylko ona i fakt, że kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. A my kochamy ją w ten sam sposób.

2/5

Family Guy - sezon XX

22 maja | tylko odcinki 11-20 są z 2022 roku | Disney+

O, ten serial kiedyś obejrzałem. Po tym sezonie mogę tylko powiedzieć: dla fanów randomowego humoru. I dziecinności Petera albo innych cech innych postaci. To nadal tu jest i trochę bawi.

Nie ma najlepszego odcinka, bo nie ma co wyróżniać (ewentualnie najnowsze, bo je jeszcze pamiętam), ale jest najgorszy („HBO-No”, 20×14 – parodia innych seriali, która nie zasługuje na miano parodii).

3/5

Fullmetal Alchemist: The Revenge of Scar

20 maja | Netflix

Aktorska wersja anime. Niedorzeczne, ale i tak miałem frajdę z powrotu do tego świata.

Jest to druga część filmów fabularnych adaptujących mangę i anime Fullmetal Alchemist: Brotherhood. Tutaj bracia Elric jadą do miasta i zostają licencjonowanymi alchemikami, gdy zaczyna na nich polować tytułowy Scar, tajemniczy osobnik z krzyżową blizną na czole. Poznajemy też lepiej przeszłość ojczyzny bohaterów oraz inne kraje, ale ogólnie dużo się dzieje i nie ma nawet sensu tego zdradzać.

Więc mówimy o wersji live-action, która niewiele dodaje – chce po prostu oryginał przenieść niemal jeden do jednego z serialu, więc aktorzy zachowują się tak, jak w anime. Dobrano ich pod kątem wizualnym naprawdę dobrze, chociaż nikt nie kupi, że Ed ma tutaj 13 lat. Zachowano wszystkie absurdy z dumą, więc Armstrong tutaj też lubi zdejmować koszulę i ma ten idiotyczny loczek. Kwestia indywidualna, czy w ogóle dacie radę na to patrzeć, bo to jest po prostu kuriozalne. Efekty specjalne też są różne, momentami wyglądając naprawdę dobrze, innym razem przypominają o istnieniu filmowej wersji Awatara. Zawsze jednak wyglądają tanio, więc nawet jeśli jakiś efekt wygląda sam w sobie dobrze, to nie komponuje się dobrze z całą resztą. O starcie do anime zresztą nie ma mowy i tak. Grunt, że zrobiono to wszystko z pasją i oddaniem.

To po prostu zbyt dobry świat, fabuła i postaci, żeby wracanie do tego wszystkie nie sprawiło mi frajdy. Byłem zaskoczony, jak dobrze się to mimo wszystko ogląda. Ale nawet fanom nie mogę tego polecić jako czegoś więcej niż tylko ciekawostki – ich ukochany serial w wersji z aktorami, to serio dziwne. Nadal jednak lepiej jest po prostu powtórzyć serial, albo nadrobić mangę.

A co z nowymi widzami? Historia jest chyba wystarczająco jasno opowiedziana, by ktoś, kto nie oglądał serialu, mógł zrozumieć natłok wątków. To po prostu porządne kino przygodowe z masą emocji, walk i magii (no, alchemii, ale nowi będą to nazywać czarami). A finał to pewnie najlepszy clifhannger roku. Tylko kiedy doczekamy się finału, za 15 lat? Pierwsza część wyszła pięć lat temu, teraz druga, a dopiero 1/3 odcinków za nami…

3/5

Jackass 4.5

20 maja | Netflix

Mniej skeczy, więcej nostalgii. Tak czy siak, numer z dziadkiem na przystanku to złoto.

Trochę tu nieużytych gagów z części czwartej. Trochę tu dokumentalnej strony, wejścia od tyłu i poznania o procesie twórczym. W końcu to nostalgiczna podróż i oglądanie nie skeczy, ale ludzi. To też nadal brutalne i obrzydliwe gagi, które lubię za to, co napisałem przy okazji czwórki: po prostu oglądam ludzi mających frajdę i nie martwiących się tym, jak inni ich widzą. Nie muszą mieć niczyjego pozwolenia.

Niektórym większa ilość nostalgii przypada mocniej do gustu. Ja przez nią narzekam na mniejszą ilość gagów i tym samym mniej humoru. Stąd ocena trochę niższa od czwórki.

I czemu kobieta tylko je spocone jedzenie z pępka? Mam nadzieję, że planują żeński remake. 10 grubych kobiet poproszę.

2/5

Parkingowy ("The Valet")

20 maja | Disney+

Remake francuskiego filmu, w którym ludzie gadają równocześnie z innymi.

Szary chłop zostaje wynajęty do udawania partnera słynnej gwiazdy filmowej, która chce wzbudzić zazdrość swojego kochanka, który nie chce zostawić żony. Czy jakoś tak. Komedia pomyłek i życzliwych ludzi ze szczęśliwym zakończeniem, gdzie każdy dostaje nauczkę albo znajduje drugą połówkę w nieoczekiwanym miejscu. Nic wyjątkowego, nic tragicznego – o wszystkim decydują szczegóły. Muszą np. bawić was meksykańskie rodziny i ogólnie grupy ludzi gadających równocześnie, przedłużający każdy dialog, wprowadzając więcej nieporozumień. Mnie to nie bawi.

Ponad to, same żarty. Wystarczy np., że kobieta się obrazi. I to kończy dyskusję, wygrała ją. Albo była żona bohatera – jak słyszy, że teraz interesuje się nim słynna aktorka, to sama chce go odzyskać. Bo kobiety tak mają, twierdzi film. Średnio mnie takie rzeczy interesują. Na to trzeba przymykać oko, ale wtedy dostajemy całkiem sympatyczne kino.

2/5

Chip i Dale: Brygada RR ("Chip 'n' Dale Rescue Rangers")

20 maja | Disney+

Kto zabił Królika Rogera przeznaczony wyłącznie dla najmłodszych widzów, co nie ma żadnego sensu

Są filmy myślące, że jak powiedzą, że coś jest głupie, a potem to zrobią, wtedy będzie inteligentne, bo samoświadome, meta, postmodernistyczne, zaskakujące, odwracające oczekiwania i co tam jeszcze chcecie. Prawda jest taka, że to wtedy jest wyjątkowo głupie. Kropka. A raczej wymaga czegoś więcej niż uprzedzenia faktów, aby było faktycznie inteligentnym środkiem narracyjnym. Tak czy siak, Brygada RR jest wyjątkowo głupim filmem. Kropka.

Zaczynamy od zżynania z Kto wrobił Królika Rogera, stawiając na świat, gdzie postaci animowane żyją w tym samym świecie, co my. Są np. aktorami, grali w kreskówkach, które lubiliśmy za młodu, teraz są zapomnianymi gwiazdami mającymi zwykłe życie. Tak było z tytułowymi Chipem i Dalem, którzy byli twarzami serialu aktorskiego, a teraz nawet nie są przyjaciółmi. Znaczy są, ale scenariusz jest tak źle zrealizowany, że cała opowieść nie bierze pod uwagę finałowego momentu, gdy jeden z protagonistów wyznaje drugiemu wdzięczność za jego przyjaźń w młodych latach. W każdym razie – grali awanturników w serialu 20 lat temu, więc teraz sami angażują się w sprawę kryminalną, aby kogoś uratować, ryzykując swoim życiem.

Fabuła jest raczej tylko pretekstem do kolejnych okazji, aby zrobić coś głupiego, najpierw poprzedzając to czymś w stylu: „Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zrobić *tego*, to by było głupie”. Czasami jakieś żarty trafią, np. wybuchnie bomba i akompaniamentem jej wybuchów będzie theme Disneya. Sam pomysł na produkcję mógł się udać – szczególnie wobec faktu, że za realizację odpowiada właściciel praw do niemal wszystkiego, więc mogli to wszystko pokazać na ekranie, stworzyć wiarygodny świat. Potencjał zabiła wyraźna potrzeba, aby nie doprowadzić ani jednego momentu do czegoś emocjonalnego. Mieliśmy dostać jedynie serię głupot, a nie historię, gdzie bohaterowie coś czują, mają problemy, zawiedli się życiem. Jednym słowem, to miał być Kto zabił Królika Rogera przeznaczony wyłącznie dla najmłodszych widzów, co nie ma żadnego sensu patrząc na fabułę i podejmowane przez nią motywy.

A poprzez najmłodszych widzów mam na myśli ich wyobrażenia jako wymówkę, używaną przez recenzentów czy fanów. Nie faktycznie najmłodszych widzów, którzy i tak są zbyt inteligentni na takie filmy.

4/5

Men

20 maja | Kino

Alex Garland to mistrz jump-scare’ów, Anglia jest piękna, a druga połowa filmu to niezapomniane przeżycie.

Bohaterka grana przez Jessie Buckley straciła męża – więcej o tym dowiemy się w retrospekcjach – i wyjeżdża na odpoczynek w stronę angielskiej wsi, gdzie w otoczeniu niemal wyłącznie romańskim pragnie ruszyć dalej. Niestety podczas spaceru po lesie goły facet zacznie ją ganiać i stalkować, policja go złapie by wypuścić niedługo później. Nic w końcu nie zrobił.

Reżyser Alex Garland nie stracił niczego ze swoich umiejętności budowania fascynujących obrazów, sekwencji pełnych napięcia oraz walorów estetycznych. Po tym filmie jawi się jako absolutny mistrz jump-scare’ów – cichych, delikatnych, niespodziewanych i przeszywających. Jest tu moment w drugiej połowie, jak Jessie Buckley siedzi na podłodze ze strachu przed tym, co się MOŻE stać: a ja, jako widz, czułem się postawiony w tej sytuacji, czułem wszystko, co protagonistka. Rozumiałem, jak panika przejmuje kontrolę nad człowiekiem, jak staje się kimś innym na moment: panicznie przerażonym absolutnie wszystkiego. Atmosfera jest gęsta i wdzięcznie odpłaca się w zamian za zainwestowany czas. Ponad to reżyser umie przekładać swoje myśli w niezwykłe metafory, wizualnie je oddawać tak, byśmy zobaczyli coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. I na pewno nie zapomnimy. Tak, to film grany w multipleksach, ale swoją zawartością pasuje do festiwali filmowych, jak Nowe Horyzonty.

Jako horror, thriller, dramat psychologiczny – to seans spełniony. Przy okazji, jest to też film artystyczny. I ma to swoje plusy – jest samoświadomy i przemyślany, wszystko na ekranie ma jakieś znaczenie. Kolorystyka domu przywołuje na myśl kolorystykę mieszkania, gdzie się bohaterka rozstała z mężem. Ruchy kamery mają znaczenie – cały czas płynnie podąża za bohaterką, z wyjątkiem momentu opuszczania domu. Strój bohaterki pewnie też ma jakieś znaczenie, ponad to wszystko tutaj jest symbolem albo metaforą, ludzi tutaj nie ma. I aby odczytać te symbole, trzeba sięgnąć do innych źródeł, film sam w sobie tylko się do nich odwołuje, bez wyjaśnień albo uzasadnień. Większość filmu musimy sobie dopowiedzieć – a jest to film, który jednak nic innego nie daje. Patrzymy na obrazy i zastanawiamy się, co reżyser do cholera chce nam powiedzieć?

Nie chcę wam narzucać tego, co myślę, więc tylko tak ogólnie podzielę się jedną myślą: to film o odwróceniu grzechu pierworodnego kobiet, które w kulturze chrześcijańskiej sprowadziły zagładę i teraz pokutują, jako nieczyste. W tym filmie to mężczyźni sprowadzają zagładę na kobiety. Czy coś więc z tego wynika? Czy coś to komukolwiek daje? Przekonamy się, gdy więcej osób obejrzy.

2/5

Perfekcyjne połączenie ("A Perfect Pairing")

19 maja | Netflix

Ładni ludzie, ich ładne życie i ładne sukcesy.

Opowieść o kobiecie, która ryzykuje zawodowo i kładzie wszystko na jednej karcie, wierzy w siebie i aby osiągnąć cel trafia do Australii, gdzie na farmie ma okazję do zachwycania się miejscowym zwierzyńcem, brudzić się w błocie spodniami za 3 tysiące dolarów, które w następnej scenie będą czyste, a okoliczny robotnik o złotym sercu parę razy podczas pracy zdejmie koszulkę.

Nie jest to opowieść osadzona w prawdziwym świecie ani nic takiego, ale jest tu historia pełna pozytywnej energii, ładnych widoków, aktorzy mają znajomy wygląd Kate Holmes oraz Jake’a ze „Scrubs, nieszkodliwy humor… Nawet jakieś lesbijki ślub wezmą. Jakby to było w dekoracji Bożego Narodzenia, to bym oglądał.

5/5

Atlanta - sezon III

19 maja | 10 odcinków po 35 min | Disney+

Trzeci sezon, a ja nadal mam problem, aby opisać ten serial – tak bardzo odbiega on od powszechnych reguł. Wszystko w tym serialu powinno odrzucać i odrzuca w innych tytułach, ale tutaj jakoś to pasuje. Wszystko dlatego, że opiera się na silnym pomyśle na każdy odcinek. I te pomysły naprawdę tworzą niezwykłe sceny, które przechodzą od zaciekawienia do żywego pragnienia poznania, co będzie dalej. Nocne przyjęcie u bogatego człowieka, o którego można zobaczyć dziwnych ludzi. Zaginięcie telefonu, które skutkuje spotkaniem naprawdę dziwnego człowieka. Spotkanie przyjaciółki w Paryżu i spędzenie z nią dnia, gdy ona mierzy się z dziwnymi ludźmi…

Tempo jest trochę dziwne, niektóre sceny powinny się ciągnąć – a przynajmniej tak się wydaje. Poszczególne sceny nie mają sensu albo wydają się niepotrzebne. Cały czas można mieć wrażenie, że oglądamy chaos. Dialogi potrafią być nienaturalne, wręcz z kosmosu. I w końcu w jednym odcinku serial wydaje się mieć kilometry głębi i wymagać od widza mnóstwo uwagi oraz wczytania się w inspiracje oraz nawiązania, by zaraz później stworzyć odcinek zrażający swoją dosłownością. Nie mówiąc już o tym, że odcinki fabularne* są mieszane z oddzielnymi przygodami, prawdopodobnie mające miejsce gdzieś w świecie samego serialu. Albo i nie. W jakiś sposób ten serial jest najgorszy w artystyczny sposób, ale też i najlepszy.

I osobiście czuję, że wielki sukces tego serialu leży w szacunku do osoby Donalda Glovera, twórcy, reżysera, scenarzysty i wiele więcej Atlanty. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. „The Big Payback” (3×4) to odcinek opowiadający o białych ludziach płacących prawnie za to, co ich przodkowie zrobili czarnym ludziom. Pierwsze wrażenia? Rasizm, ale przecież nie może być, to Donald Glover. Po premierze This is America powiedział, że nie chce mówić, o co w tym chodzi. To po prostu coś dla ludzi. Taka postawa przekonuje mnie, że takie „The Big Payback” to po prostu horror. Nic innego. I to naprawdę mocny horror. Frustrujący, mający wiele elementów, których nie lubię (jak np. umieszczanie w głównej roli miękkiego protagonisty), ale jednak robiący swoją robotę. I dlatego Atlanta tyle dla mnie znaczy – chcę wierzyć w ten serial, że opowiada on te swoje dziwne historie i ma w tym jakiś cel, tzn. również fabularny. Póki co jest niezwykłym doświadczeniem oraz polem do ekspresji artystycznej, więc już teraz jest czymś ważnym i wyjątkowym. Lubię.

Najlepszy: New Jazz (3×8), o podróży przez magiczne miasto, w czasie i przestrzeni.

*znaczy tu i tak nie ma fabuły, ale chodzi o oglądanie przygód głównego gangu, tzn. Paper Boy, Earn, Darius.

3/5

Bezkarni - krwawa misja ("The Roundup / Beomjoidosi 2")

18 maja | Warszawski Festiwal Filmów Koreańskich

W Korei nadal zaczynają rozmowę od lepy na ryj. Wciąż mogę to oglądać z satysfakcją. Przedramiona Ma Dong-Seok to skarb.

Trochę ku własnemu rozbawieniu chciałem to nazwać komedią sensacyjną – to kino nastawione przede wszystkim na sceny akcji oraz sympatycznych bohaterów, którzy nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę, wykazują się odwagą i determinacją, a przy tym są nawet zabawni w oglądaniu. Na papierze: „Gliniarz z Beverly Hills, Godziny szczytu itd., prawda? Tylko że w Korei w takich filmach jest pełno przemocy, do której widzowie wspomnianych produkcji z USA mogą być wyjątkowo nieprzyzwyczajeni. I to nawet pomimo braku porządnej, wulgarnej przemocy – „Bezkarni mają zgony, krew, ucinanie palców, krzyczenie z bólu, odgłosy łamania kości czy wykręcania kończyn… Na mnie wrażenia to już od dawna nie robi, ale jednak nie powinienem tego tak niefrasobliwie nazywać komedią sensacyjną. Niemniej, humor obok tego nadal jest – podnoszenie przesłuchiwanego do góry nogami, tylko dlatego, że protagonista tak umie. Albo rzucanie przeciwnikiem w dół na ruchome schody jadące w kierunku bohatera, na górę – przeciwnik próbuje się odsunąć, ale schody cały czas go unoszą. Jeśli was to bawi, to wiecie, czy to humor dla was.

Nie potrafię wskazać niczego, czego by tej produkcji brakowało – może poza tym, że jeśli już widzieliście tego typu kino, to nie spotkają was żadne zaskoczenia. Całą grupę charakterystycznych zwrotów akcji przewidzicie, a nawet jeśli nie będzie wam się chciało, to tylko mrukniecie pod nosem: „oczywiście”. Jeśli jeszcze nie oglądaliście takiego kina: spróbujcie. Jeśli widzieliście i wiecie, że to coś dla was – proszę bardzo, po prostu dostaniecie więcej tego, co lubicie. Jeśli nie lubicie – spokojnie możecie sobie ten tytuł darować. Nie ma w nic nic, co by zmieniło wasze zdanie.

PS. Film jest drugą częścią. Pierwszej nie oglądałem i nie czułem straty. Trzecia część już powstaje wg IMDb.

4/5

Cudowne lata ("The Wonder Years")

18 maja | 22 odc po 20 min (tylko 10-22 są z 2022 roku) | Disney+

Lata 60 na przedmieściach Ameryki – w telewizji leci Andy Griffith, starszy brat walczy w Wietnamie, rodzice za karę nakładają szlaban na swoje dzieci, a dzieci próbują zrozumieć otaczający ich świat. Jest to nowa wersja serialu komediowego z końcówki lat 80., której udało się zachować serce i styl oryginału z nowym twistem: teraz bohaterami jest czarnoskóra rodzina. I co? I nic, problemy mamy te same, więc tematyka pozostaje ta sama: konflikt z siostrą, problem z nieśmiałością, niewyrażona miłość do dziewczyny z klasy, potrzeba akceptacji i bycia lubianym. Protagonista tak samo popełnia błędy podczas prób zrozumienia otaczającego go świata, opowiadając te wydarzenia z perspektywy osoby dorosłej, rozumiejącej więcej. To doskonały obraz dzieciństwa, w trakcie którego widzimy tylko fragmenty całości, ukrytej przed nami przez dorosłych – do nas docierają tylko zdawkowe zdania, podsłuchane ze schodów, gdy wyszliśmy do łazienki w nocy. Albo przechodziliśmy korytarzem i ukradkiem zajrzeliśmy do pokoju. Rozumieliśmy, że coś się dzieje. Rozumieliśmy też, że tego nie rozumiemy. W tej produkcji dzieci robią bałagan i nie znaczy to, że są stracone. Mają dobre chęci, ale to nadal może zakończyć się katastrofą. Rodzice mogą krzyczeć na dzieci, ale nie będzie to oznaczać, że są w całości źli. Będą zabraniać pociechom robić pewne rzeczy, które sami robią – ale to nie znaczy, że nie mają racji. Życie jest skomplikowane.

Odległe czasy przedstawiono wiarygodnie – patrząc po strojach, lokacjach czy zachowaniu, ich języku, można uwierzyć, że akcja rozgrywa się w latach 60. Nie muszą wspominać lądowania na księżycu, zimnej wojny czy Jamesa Kirka, żebym w to uwierzył. Mogą dosłownie gadać o niczym, a i tak będą prawdziwi. Kolor skóry okazjonalnie dodaje nowe motywy do fabuły – jak pojawienie się pierwszego czarnego nauczyciela. Protagonista cieszy się, że w końcu jakiś nowy nauczyciel odróżnia czarnoskórych uczniów między sobą, ale szybko zaczyna podejrzewać, że czarny nauczyciel faworyzuje czarnych uczniów – i nie czuje się z tym dobrze. A potem fabuła sięga jeszcze głębiej. To pewnie najbardziej złożony odcinek z tych, które widziałem („Black Teacher”, 1×15).

Zabawny, niewinny i uroczy serial, w którym nawiązanie relacji z koleżanką faktycznie cieszy widownię. I póki co jedyny minus, jaki mogę podać, to brać chociaż jednego, takiego naprawdę udanego odcinka. A przynajmniej ja takiego nie znalazłem. Dla innych widzów takimi są ten, w którym brat protagonisty wraca z wojny, albo jak protagonista w końcu wyznaje uczucie koleżance – i to są dobre przykłady, ale w oryginale te najlepsze były dużo lepsze. Cóż, czekam na drugi sezon.

PS. Ta wersja, jeśli dobrze rozumiem, rozgrywa się równolegle do oryginalnej – co najmniej jedna postać z oryginału pojawia się tu na zdjęciu, jako taki easter egg dla fanów, mrugnięcie okiem. Nowi widzowie niczego nie stracą, ale znajomi z pierwowzorem wychwycą i zareagują.

3/5

Cyber Hell: Exposing an Internet Horror

18 maja | Netflix

O ludziach klikających w linki. I szukaniu tych, co je wysyłają. Odpowiednik czytania krótkiego artykułu przez półtorej godziny.

Znowu wracamy do czasów, gdy wysyłanie linków było sposobem, aby okraść ludzi. Chociaż ponoć nigdy z tego nie wyszliśmy jako społeczeństwo, ale no – w tym true crime poznajemy sprawę z Korei, gdzie podstępem nakłaniali ludzi do klikania. A potem szantażowali tych ludzi wyciekiem tajnych informacji. Policja się tym zainteresowała i tak mamy ten tytuł. Nie do końca jest to dokument, bliżej temu do reality-show pod względem zabiegów dramaturgicznych, mających na celu uatrakcyjnić tę historię.

Zamiast głębszego wejścia w sprawę i spojrzenia na nią pod wieloma kątami, to nasza uwaga jest kierowana np. na emocje. Prowadzący śledztwo opowiadają długo i grubo o tym, co czuli podczas śledztwa, co akurat jest średnio istotne i raczej z tyłu całości. Problem w tym, że nie ma nic z przodu, a cała sprawa i wydarzenie omawiane traci na tym, bo jest po prostu uproszczone, a tym samym mniej angażujące. Odtwarzanie niektórych momentów nadal przynosi taki sam efekt, co w innych produkcjach, czyli łamie konwencję i wysysa rzeczywistość z tej realnej sprawy.

W cenie takiego metrażu mógłbym się spodziewać przybliżenia mechanizmów takich przestępstw, jego rozmiarów, historii, jak się przed tym chronić, psychologicznego podejścia do przestępców, poznania ich motywacji i przeszłości, co się z nimi działo po okresie, który ten film obejmuje… Naprawdę dało radę z tego wyciągnąć więcej, ale nie trzeba było. Zrobili tyle, ile wystarczy. Szczególnie dla widzów reality-tv gotów na poświęcenie jednej sprawie ponad półtorej godziny.

4/5

Top Gun: Maverick

18 maja | Kino

Ten film robi wszystko, co powinien. I robi to dobrze.

Iceman dowiaduje się o nowej misji Top Gun – misji, która uda się jedynie cudem. Wybrani są do niej tylko najlepsi z najlepszych, a za przećwiczenie misji będzie musiał odpowiadać ktoś właściwy. Iceman przepycha kandydaturę Mavericka.

Jest w tym filmie scena na plaży. Bohaterowie grają w futbol amerykański dla relaksu i nikt nie pamięta, jaki jest wynik. Biegają, rzucają, cieszą się, a ich ciała, piasek, morze i zachód słońca wyglądają pięknie. Cały film jest trochę właśnie taki: mało struktury, dużo emocji, a my je chłoniemy. Osobiście zauważyłem to niewiele wcześniej, ponieważ seans jest angażujący, pomimo tego, że mimo wszystko niewiele się dzieje na ekranie. Spora część filmu to trening do misji i nie sposób powiedzieć, jaki bohaterowie czynią wtedy postęp.

Dopiero po jakimś czasie jest jasne, że jednak dużo zmieszczono do filmu. Samoloty, lotniskowce, odrzutowce, awiatorki – wszystko to wygląda i brzmi pięknie. Jest tu pochwała odwagi ludzi walczących, ciężar decyzji dowódcy i lidera grupy dającego przykład, jest też w końcu nie zostawianie nikogo z tyłu – i to wychodzące od nas, naszej wewnętrznej zasady. Sama misja i jej cel jest nijaki i anonimowy, nawet nie wiemy, z kim walczymy. Wiemy tylko, że będzie trudna, a sukcesem będzie, gdy każdy wyjdzie z niej żywy. Bohaterowie faktycznie ryzykują życiem, faktycznie ratują sobie nawzajem dupę. Jest szacunek dla postaci, do których wracamy po 36 latach, oraz garść nowych, których obdarzymy sympatią. Jest znajoma muzyka i stylistyka lat 80., ale w nowoczesnym, współczesnym wydaniu. Są nawiązania do pierwszej części, ale wszystkie są istotne dla tej historii, dla tego filmu, dla nowych widzów. Jest tu nostalgia dla doświadczonych odbiorców oraz po prostu świetny film sam w sobie dla początkujących kinomanów. Uniknięto części przestarzałych schematów, ale zachowano ich ducha – zachowanie żołnierzy jest nieprofesjonalne, dużo tutaj bycia na dywaniku u szefa oraz głośnej komunikacji, która jedynie komunikuje dramaturgię widzowi. Jest tu nawet uwertura w stylu lat 80., z motywem muzycznym i sekwencją na lotniskowcu. I jest w końcu jedna, gigantyczna sekwencja akcji, która zaskakuje swoją długością. Gdy trzeci akt się kończy, my niespodziewanie wchodzimy jeszcze w czwarty.

Gdyby na tym ta historia miała się skończyć, to raczej wszyscy będziemy zadowoleni. Pożegnaliśmy pana Kilmera, podziękowaliśmy panu Cruise’owi, ponownie zakochaliśmy się w myśliwcach. Tego się oczekuje od „Top Gun”, to właśnie dostajemy.

To przede wszystkim list miłosny do okresu, kiedy mogliśmy robić problemy, mieć z tego tytułu kłopoty, ludzie nas nie szanowali i byli na nas źli, krzyczeli na nas… A my umieliśmy sobie z tym poradzić. I lubiliśmy oglądać ludzi, którzy potrafią sobie z tym poradzić. Wtedy byliśmy pewni siebie, bo dosłownie byliśmy pewni swojej wartości – gdy mówiliśmy, że coś umiemy, to naprawdę umiemy. Maverick w tym filmie domaga się niemożliwego od swoich pilotów – i w krytycznej chwili sam pokazuje, że to jest możliwe. Nie pyta o pozwolenie, tylko działa. Wytrzymuje presję, wytrzymuje uwłaczające traktowanie ze strony innych, wytrzymuje ciężar swojego ego – i pokazuje, że ma rację. Dla samego siebie. I, przy okazji, dla nas. To było niezbędną częścią tego widowiska: nie efekty specjalne czy porno z udziałem samolotów, ale człowiek na dużym ekranie. Człowiek, jakim chcemy go widzieć.

1/5

Powrót do liceum ("Senior Year")

13 maja | Netflix

Bohaterka w liceum postanowiła być popularna, więc zaczęła wszystko robić i to osiągnęła. Do czasu, aż miała wypadek i zapadła w śpiączkę na dwie dekady. Teraz wraca do liceum, aby ukończyć szkołę i dojrzeć.

Trochę źle się czuję, że zdradzam ten upadek – jest on faktycznie zaskakujący i wtedy jest oczywiste, czemu ktoś zainwestował w ten film, dał mu zielone światło. Ponadto, na papierze otrzymujemy opowieść o bohaterce, która jedynie udawała wszystkie rzeczy, które decydują o tym, kto jest popularny w szkole, a kto nie. Robiła to celowo, jako przystanek na drodze do idealnego życia: męża, domu itd. Musi być lubiana w szkole, aby mieć sukcesy. Dzięki temu wszystko jest teoretycznie ironiczne – wszystkie gesty, całe słownictwo, ogólnie zachowanie, to jedynie naśladowanie, przedrzeźnianie wręcz typowych, popularnych nastolatek. Problem? To nadal jest bolesne w oglądaniu. Gdy oglądałem bohaterkę w wersji Angourie Rice, wtedy było mi tylko przykro. Utalentowana aktorka, no szkoda. Starszą wersję gra już Rebel Wilson, która wydaje się brać udział w konkursie na osobę najbardziej męczącą z całej obsady. Ona walnie najgorszy żart – ironicznie. Ona zrobi z siebie większego błazna – ironicznie. W pewnym momencie nawet twórcy sobie wymyślili, że taka figura sprzed 20 lat we współczesnym świecie będzie niezłym komentarzem społecznym – na to, jak bardzo miękcy dziś jesteśmy w porównaniu do tego, co musieliśmy w szkole przeżyć dwie dekady temu. Pomysł niezły, tylko twórcy nie wiedzieli, z czego tak naprawdę żartują. Wszystko wydało się płaskie, bo najważniejsze nadal było bezpieczeństwo, by nikogo nie urazić, by na koniec wszyscy razem tańczyli i byli radośni.

Nie na w tym jednak humanitaryzmu. Mówimy o poważnych problemach, które serio są na tym świecie, a tutaj są użyte jako pretekst do wygłupów i stawiania siebie w centrum uwagi, w centrum filmu. Cała godność i ludzkość tej tragedii została sprowadzona do „Ile Szybkich i wściekłych już powstało? Muszę je obejrzeć, mam tyle zaległości”. Nawet nie żartują z takiej śpiączki, jakby nie byli w stanie wyjść z niczym od siebie. Męczący seans. Dobrze, że minął.

PS. Film niby rozgrywa się w przeszłości na początku, ale zorientowałem się dopiero, gdy postać powiedziała, że „byłaś dwie dekady w śpiączce, mamy rok 2022”. Zresztą, to miał być rok 2001, a w tle leci Avril Lavigne oraz Kurt Nilsen.

PS 2. Alicia Silverstone, matko. Czas leci, nawet jej nie poznałem.

1/5

Sneakerella

13 maja | Disney+

Film zabity przez trzeci akt, ale pochwalam rapowane wersje klasycznych bajek.

Jakiej bajki? Pewnie się zorientujecie po tytule, ale na wszelki wypadek nic nie będę zdradzał. To naprawdę szalone oglądać taki zwykły film o nastolatku lubiącym buty, gdzie zwroty akcji są wzięte z klasycznej baśni chińskich braci Grimm. I to bez żadnego wytłumaczenia czy coś, po prostu sąsiad bohatera potrafi wodą sterować sygnalizację świetlną w Nowym Jorku. Nie mam z tym problemu, przeszkadza mi jednak pójście na łatwiznę – bo skoro coś było w tamtej wersji, to może takie być i tutaj, jako wymówka. Bohater chce coś zrobić, ale rodzeństwo nagle przeszkadza, zamykają w pokoju i zabierają klucz. Dlaczego? Bo w oryginalnej baśni rodzeństwo protagonisty było wredne. Więc teraz też jest.

Niestety dużo tutaj denerwowania bohatera, robienia mu przykrości. A gdy bohater zwraca się do ojczyma o sprawiedliwość, to ten tylko gada „nie obchodzi mnie, kto zaczął, masz posprzątać”. Najgorzej jest na koniec, gdy bohaterowi jest zarzucone coś i przegrywa wszystko. Co robi? Nic. Magiczna wróżka za niego robi mu nowe buty, a on idzie przepchnąć te buty jako swoje – tym razem naprawdę robiąc to, co było mu wcześniej zarzucane. Nie dość, że był pasywny, to jeszcze przesłanie jest odwrócone całkowicie.

Przez cały film w przypadkowych momentach bohaterowie (wszyscy) zaczynają śpiewać. Trochę to rap, trochę pop – teksty dziecinne, rymy banalne, melodie mają dobrą energię i do radia się nadają. Jest tu miłość do rodziców, szczególnie mamy i rzeczy, które nas z nimi łączą po tym, jak odeszli. Miłość do Queens w NYC. Miłość do rysowania flamastrem po trampkach (swoją drogą, ulubiona scena roku Quentina Tarantino, obok gry w pokera z Peryferii).

2/5

Podpalaczka

12 maja | Kino

Nie mieli budżetu na cokolwiek, zresztą i tak nikomu się nie chciało (poza panem Efronem)

Tytułowa bohaterka ma problemy. Takie skromne, np. ktoś ją nazwie dziwną. Dziecko w reakcji zdenerwuje się i wysadzi szkolny kibel, bo tak naprawdę ma supermoce, bo na jej rodzicach robili eksperymenty, a tak naprawdę to nie są jej rodzice, przez co ona teraz włada ogniem, ale rodzice nie uświadomili jej ani jej nie uczyli panować nad zdolnością, bo coś. I muszą uciekać przed złymi ludźmi.

Widać pod spodem kompetentną prozę Stepena Kinga, opowieść ma w sobie wszelkie niezbędne elementy, które zostały w sumie olane na potrzeby tej ekranizacji. Niemal od początku cała historia sprowadza się do ludzi rozmawiających wyłącznie za pomocą najogólniejszych zdań: „Nie możemy tego robić!”, „Zaufaj mi”, „Jesteśmy dobrzy, pomożemy ci!”, „Jesteśmy w stanie tobie pomóc”. Gdy zaczynają mówić o tym, że bohaterka ma potencjał na zostanie superbohaterem, całość zaczyna wyglądać jak naprawdę nijaka kalka X-Menów zrobiona na azjatycki rynek bootlegowy. Usłyszeli mniej więcej koncept i zrobili wokół tego swój film, przy zerowym budżecie i braku umiejętności. Cała realizacja zresztą taka właśnie jest: wszystko dzieje się poza kadrem, czyjaś śmierć to jakiś krótki krzyk i tanie efekty podpalenia pokazane przez sekundę, zrobione w darmowym programie do edycji. Finałowa sekwencja pokonywania przeciwników wygląda jak coś z gry Davida Cage’a, tylko nie musiałem wciskać przycisków podczas seansu. Sądząc po tym, co widziałem, mam prawo podejrzewać, że nikt z ekipy nie wierzył w ten projekt, nikomu się nie chciało, nikt nie dał na to prawdziwych pieniędzy (albo te 12 milionów zostało naprawdę źle wykorzystane – tytuł zaliczył liczne zmiany kadrowe i był w produkcji kilka lat, wyglądając przy tym jak coś, co nakręcili w tydzień po lekcjach).

Najlepsze rzeczy w filmie: Zac Efron, któremu udało się znaleźć jakąś głębię w swojej postaci i jej motywacjach. Poza tym +1 do statystyk oglądalności. Oraz chęć zapoznania się z pierwszą ekranizacją z 1984 roku. A może nawet książką? Plus całość kręcono w mieście Hamilton, Kanada, nazwanym tak na cześć jego założyciela, George’a Hamiltona (1788-1836, tak, upraszczając zmarł w tym samym wieku, co Alexander i w tym samym roku co Aaron Burr).

2/5

Nasz ojciec ("Our Father")

11 maja | Netflix

Prawdziwy problem, który na siłę jest przedstawiony jako wymyślony. Dziwne to.

True crime o kobiecie, która zaczęła szukać swojego biologicznego ojca – matka poddała się sztucznemu zapłodnieniu. Okazało się, że to sam doktor aplikował swoją spermę podczas zabiegu i teraz wszyscy mają z tym problem. Ale w sensie jaki problem? Na tym to w końcu polega. Jak z tymi wszystkimi moralnymi zagadkami – naciskasz guzik i dostajesz milion dolarów, ale ktoś zginie. Tracisz jeden dzień z życia, ale dostajesz za to milion dolarów. Idziesz do doktora i nie wiesz, czyją spermę dostajesz. Drobny druczek, ale jednak. I teraz chodzą po sądach i próbują to pod gwałt podciągnąć. No nie jest to fajne, ale taka jest w końcu umowa – przyjmujesz nasienie jakiegoś randoma.

Dopiero na sam koniec dodają, że doktor rozdawał wadliwą spermę i teraz dziesiątki jego potomków ma choroby autoimmunologiczne i inne. I nadal nie jest karany, bo prawo jest dziurawe, a sądy bardziej opierają się na listach od zaufanych osób, niż na dowodach i faktycznej zbrodni.

Nic nie rozumiem. O tym powinien być ten dokument, tu jest faktyczna zbrodnia. To trzeba naświetlić, przybliżyć, analizować – tutaj potrzebna jest sprawiedliwość!

1/5

Bezsenność we dwoje

6 maja | Netflix

Ona nie zna życia i omija jego atrakcje – do czasu, aż pozna ludzi, którzy powoli będą ją wyrywać z marazmu, obudzą w niej ochotę do ryzykowania, próbowania nowych rzeczy, odsłonięcia się…

Uwielbiam takie filmy. Naprawdę, kilka z nich („Perks of Being a Wallflower”, „Garden State”) można znaleźć na liście moich ulubionych tytułów w historii. Ktoś spotyka kogoś, kto pomaga tej osobie z problemami i wychodzi z tego pozytywna opowieść. Tutaj niby to też jest, ale gdy bohaterka włącza muzykę w samochodzie, a jej koleżanki zaczynają śpiewać to, co wybrała – ja zobaczyłem martwą scenę. Aktorów, którzy się starają, ale są zostawieni na lodzie, podczas gdy cała reszta ekipy ślepo myśli, że wystarczy po prostu zrobić coś teoretycznie uroczego, by wtedy film taki był. A to tak nie działa. Nikt nie pomyślał, żeby frajdę i zabawę jakoś połączyć z opowieścią, treścią filmu, jego charakterem – więc takie śpiewanie jest, obok. Postaci są odrzucające, historia obojętna i nie zależało mi, by bohaterka zyskała aprobatę tych akurat ludzi. Sukcesem tutaj jest założenie sukienki, a radosne wydarzenia (w tym finał) jest po prostu niezasłużony. Zupełnie tak, jakby chciano nam wmówić, że jak jest radosny, to taki faktycznie jest. Albo że nie wiedzą, jak wywołać emocje w odbiorcy…

Wyszedł bezduszny obraz, to aż boli i wykręca wnętrzności. Czułem, że to film zrealizowany przez istoty z innego świata albo przez algorytm – tak bardzo poszczególne sceny wyglądają jak zrobione wg listy, punkt po punkcie, nie dając jednak nawet grama frajdy, radości, szczerości. Ten tytuł nie ma duszy.

2/5

Nieobliczalni 2 ("The Takedown")

6 maja | Netflix

Niedorzeczne kino akcji bez szczególnych wyróżników. Najzabawniejszy jest polski lektor nadużywający przekleństw.

Kontynuacja, która nie wymaga znajomości pierwszej części. Duet wraca i nie czuję wobec nich niczego, ten samo jak oni chyba sami wobec siebie nic nie czują. Zero chemii lub charakteru innego niż „nie przestrzega zasad” i innych banałów. Wątki idą donikąd, fabuła to pretekst. Twórcom chyba zależy tylko na przepraszaniu czarnych przez białych, na tle przeciętnego kina akcji, z którego nic nie pamiętam. Może poza idiotycznym wyścigiem na gokartach oraz wyjściu cało z wysadzonego budynku.

Tak, rasizm i te inne są złe. Nie rozumiecie, w jaki sposób są złe, ale no, jesteście idiotami i umiecie tylko powtarzać. Może kiedyś przestaną być idiotami i wtedy zrozumieją, że wkładanie postaci do ust złych kwestii to też głupota. Ot, choćby „Poświęcę się, chociaż to i tak nie naprawi krzywdy moich przodków względem czarnych ludzi.”

4/5

Peryferia ("Outer Range")

6 maja | 8 odcinków po 50 min | Amazon Prime

Refn reżyseruje Twin Peaks. Oby był kolejny sezon.

Teoretycznie jest to współczesny western – Wyoming, konie i charakterystyczne kapelusze. Posiadacze terenu nie chcą sprzedać włości komuś bogatemu. Konflikt zaostrza się, gdy jeden z młodych przedstawicieli pierwszych zabije przypadkiem młodego przedstawiciela drugich, ale nikt o tym nie wie. Co zrobią z ciałem? Otóż głowa rodziny się tym zajmie – wykorzysta gigantyczną dziurę znajdującą się w odległych zakątkach jego ziem, gdzie nikt się nie zapuszcza. Konie się boją tam zbliżać, kontakt z dziurą daje niespodziewane rezultaty i nikt nie wie, jak głęboka ona jest. Głównie dlatego, że tylko nasz protagonista wie o jej istnieniu. Czym ona jest? Co ona robi? Co jest w jej środku? Kim jest tajemniczych wiele postaci? I co to wszystko tutaj oznacza?

Całość ma odrealniony posmak, przywołujący na myśl serial Refna (też zrealizowany dla Amazona), tylko dalece bardziej dynamiczny. Niezręczne i dziwne rozmowy trwające 45 minut są skrócone do normalnych rozmiarów, bez ubytku na niczym. Na dodatek sama dziwność przywodzi mi na myśl Twin Peaks. Ktoś coś może chcieć od kogoś, na co ten w odpowiedzi odpowie: „A wiesz, co ja chcę? Żeby słońce zachodziło na wschodzie” z całkowitą powagą. I to zamyka rozmowę, bo ta druga osoba idzie to zrobić. Faworytem wielu widzów są postacie potrafiące zacząć śpiewać bez powodu. I śpiewają ładnie.

Produkcji udaje się utrzymać tajemnicę oraz atmosferę zagubienia przez cały sezon. Poziom ogólnie jest wysoki, dopiero w ostatnim odcinku prezentując kilka banalnych, przedramatyzowanych scen. Więcej problemów nie mam – aktorzy tworzą świetne postaci, Imogen Poots jest cudownie niejednoznaczna. Problem tylko w tym, że kontynuacja nie jest ogłoszona. I pamiętam co prawda czasy, gdy było to normalne, ale teraz to może oznaczać, że nie dostaniemy ciągu dalszego – a ten jest niezbędny. Bez niego i dokończenia wątków – odpowiedzi można sobie darować – w przyszłości będziemy tylko wspominać ambitną porażkę. I solidną muzykę.

2/5

Zagadka morderstwa Beverly Lynn Smith

6 maja | 4 odcinki po 45 min | Amazon Prime

Co zagadka robi z ludźmi… Szkoda, że twórcy nie wzięli leków na ADHD.

Dokument dokumentalizowano-fabularyzowany o niewyjaśnionym morderstwie sprzed wielu dekad, które wciąż zaprząta myśli rodzinie zmarłej. I wciąż szukają prawdy. A są też tacy, co chcą ją rozwikłać dla samego rozwikłania, wybicia się na rozwiązaniu – nawet jeśli znajdą winnego na siłę. Ogólnie to opowieść o ludziach, którzy żyją przeszłością i zapominają żyć teraźniejszością. Pozwalają, aby nienawiść lub rządza zemsty nimi zawładnęła. A także o policji nadużywającej władzy, równocześnie świetny kontrapunkt dla wszystkich postulatów o „prawdzie za wszelką cenę”. Nawet jest też lekka nuta o pogodzeniu się z tym, czego nigdy pewnie nie zrozumiemy, nie poznamy odpowiedzi. Same dobre rzeczy.

Problem w tym, że twórcy przedobrzyli w montażu, w narracji, we wszystkim. Dosłownie kładli sobie kłody pod nogi, dodając sobie pracy, która okazała się nieopłacalna, utrudniała oglądanie, skupienie się – naprawdę najlepiej oglądać to na telefonie, ponieważ wtedy przynajmniej podczas seansu nie zaczniesz przeglądać reddita. To naprawdę prosta historia, ale rozciągnięta jak tylko się dało. Cały czas zmieniamy ujęcia, każda wypowiedź jest jakoś akcentowana, by dodać jej powagi albo dramatyzmu. Nastrój wszystkiego jest obrazowany pocztówkami niezwiązanymi z fabułą – ot, jak ktoś mówi „nic nie znaleźliśmy”, to wtedy widzimy pustą polanę czy inną pustą drogę. I cisza. I jeszcze ujęcie mówiącej osoby bez wyrazu, gdy już nie mówi.

Przeróżne zabiegi stosowane przez twórców nawet trudno jakoś opisać lub pogrupować. Ot, ADHD i tyle, w każdy możliwy sposób. Nie może być jednego zdania bez trzech zmian kadru przeplatanych wspomnianymi pocztówkami. Brak skupienia jest tak absurdalny, że dochodzi nawet do tego, że nie wiadomo, czy jakaś wypowiedź się skończyła, czy jeszcze trwa, tylko twórcy wstawiają wszędzie dramatyczne pauzy. Gdzieś pod koniec kilka osób równocześnie czytają jakiś opis – i nawet ta lektura jest podkręcona. Ktoś zaczyna czytać zdanie i w jego połowie zmieniamy lokację oraz osobę, z którą wywiad jest prowadzony. Ona też czyta, od połowy tamtego zdania. Może ona będzie mieć szansę dokończyć to zdanie, ale raczej jeszcze z pięć razy przeskoczymy do kogoś innego czytającego tę samą notatkę.

Efekt jest taki, że nie da się tego oglądać. Nie da się na tym skupić. Miałem problemy, żeby śledzić akcję oraz pamiętać, co się akurat dzieje i dlaczego, o czym oni mówią? A potem jeszcze to pamiętać? Dajcie spokój. Na papierze widzę dobry materiał na dokument i nawet tym razem wierzę w to, co oglądam, twórcom nie udało się zabić autentyczności ludzi, o których opowiadają. Są gorsze produkcje z tego gatunku, ale tej też nie mogę polecić.

2/5

Picard - sezon II

5 maja | 10 odcinków po 45 min | Amazon Prime

W sumie przyzwoity odcinek ST, tylko rozciągnięty na 10 epizodów.

3,5/5

Moon Knight - sezon I

4 maja | 6 odcinków po 50 min | Disney+

Serial Marvela z prawdziwymi aktorami, reżyserami, showrunnerami. Naprawdę, na duży plus.

Bohater pracuje w muzeum, jest nerwowym geekiem skupionym na punkcie starożytnego Egiptu. Ma jednak dziury w pamięci, słyszy też głosy domagające się przejęcia kontroli nad jego ciałem. Budzi się i nie wie, jak tam trafił. Szybko okaże się, że w całą intrygę zamieszane są egipskie bóstwa, a nasz bohater jest tylko pionkiem, który – czy tego chce lub nie – musi wziąć w tym udział. Musi wybrać stronę, aby przeżyć.

Zrobił na mnie wrażenie ten tytuł. Ma faktyczny język filmowy, który rozwija opowieść i wrażenia płynące z seansu – podświadomie mamy dzięki niemu pewność, że to, co oglądamy, jest bardziej wiarygodne i organiczne. Kamera jest dosyć swobodna, bardziej dostosowując się do wydarzeń niż na odwrót. Ta spontaniczność dużo daje, ale równocześnie planowano sceny tak, aby można było efektownie łączyć kolejne ujęcia, żeby wszystko w kadrze wyglądało efektownie. Sama opowieść rozwija się naprawdę długo, powoli odsłaniając karty i nie dając nam wszystkich odpowiedzi od razu. Naprawdę oglądając poznajemy opowieść lepiej i lepiej. Jest tu horror, akcja oraz thriller psychologiczny z dużą dawką historii Egiptu. Tu naprawdę był pomysł na zagadkę, na postać, na kino przygodowe. Zgłębianie starożytnych budowli, walka, pościgi – to się serio dobrze ogląda.

W tym wypadku oznacza to jednak też „pomimo wad”. Bo te są od początku wyraźne, tylko dajemy serialowi szansę i nie czepiamy się od razu. Zamiast tego oglądamy i liczymy, że z czasem będzie lepiej. Nie jest i na dodatek trochę traci odbiorcę.

Mówię chociażby o tym, że bohater traci nad sobą kontrolę i dopiero po chwili wraca do siebie. A my nie widzimy tego, co było pomiędzy. Tak więc bohater jest w niebezpieczeństwie, grupa ludzi rzuca się na niego, a on… Traci przytomność. I przenosimy się do momentu, gdy ją odzyskuje. Wszyscy wokół zabici, a my nie mogliśmy tego zobaczyć. Tak, to zabieg narracyjny, ale nawet w ostatnim odcinku ma to miejsce – i to jest po prostu zbyt wygodne dla twórców, żeby nie musieli nam czegoś pokazywać. Na początku to jest fajne, ale z czasem jednak żałuję, że nie mogę czegoś po prostu zobaczyć. Potencjalnie przyjemna scena akcji jest pominięta jak cutscenka w grze komputerowej.

Nie do końca idzie też zrozumieć całej sytuacji z bohaterem. Wiadomo, że ma rozdwojenie osobowości, ale jego inne ja ma całkowicie inne życie, z żoną i co tam jeszcze chcecie. A bohater nie ma świadomości tego, że jego ciało jest wynajmowane na tak długi czas. Nie chodzi do pracy przez kilka dni i nikt nic nie mówi? Nawet przełożona dająca dodatkowe zadania za spóźnienie się? Nie wiem, jak to ma działać. Szczególnie, że dosyć szybko jest powiedziane, iż wewnątrz bohatera żyje trzecia osobowość, a twórcy traktują to jako wielki zwrot akcji do zdradzenia po napisach końcowych. Nie łapię.

Sami twórcy zamykają pierwszy sezon zdradzaniem rzeczy z przeszłości, o które nikt nie pytał i nie wiem, czy cokolwiek zmieniają. Na pewno pasują trochę do tego komiksowego, absurdalnego rodowodu, gdzie nagle ktoś okazuje się być czyimś mordercą, tylko ta druga osoba przeżyła swoją śmierć. W wielkim finale oglądamy starcie bogów, ale kamera koncentruje się na walce wręcz, gdzie przeciwnikiem jest Ethan Hawk, lat 51, wyglądający na 65. Walka oczywiście delikatna i bezkrwawa. Nie łapię takich decyzji, ale komiks i tak chętnie przeczytam.

A i drugi sezon łyknę z chęcią. Większość tej przygody będę wspominał naprawdę pozytywnie.

3/5

Doktor Strange w multiwersum obłędu

2 maja | Kino

Pozwala docenić wszechświat, w którym żyjemy. W pewnym stopniu. Bruce Campbell to skarb!

Z filmami Marvela jest taka sytuacja, że ich się nie ocenia osobno – zawsze są częścią czegoś więcej: w odniesieniu do innych filmów, do komiksów, do całego filmowego uniwersum albo w kontekście pop-kulturowych spekulacji przedpremierowych. Sam w sobie film jak żaden inny ginie w natłoku tego wszystkie – więc pogadajmy o drugiej części przygód Doktora Strange’a jak o filmie. Dla odmiany – w końcu osobiście nie przepadam za tym, czym filmy Marvela są, ale i tak chętnie poszedłem na ten jeden seans. I miałem z tego frajdę. O fabule nie można za dużo powiedzieć – jest zagrożenie, które może zagrozić każdej wersji rzeczywistości i do tytułowego Doktora należy uratowanie sytuacji. Pomoże mu w tym nowa postać: młoda dziewczyna imieniem America, która jako jedyna we wszystkich wszechświatach ma zdolność do przenoszenia się między różnymi rzeczywistościami.

Historia ma tutaj naprawdę duży potencjał – i z tego, co można wyczytać, jest oryginalnym pomysłem reżysera poprzedniej części. Jest tu naprawdę wszystko: antagonista, którego możemy zrozumieć i sympatyzować z nim, który stawia czoła protagoniście na osobistym polu, są bardzo do siebie podobni. Mnogość postaci i lokacji, dużo miejsca na różne relacje między bohaterami, potencjał na mnóstwo emocji. Teraz za reżyserię odpowiada Sam Raimi, który wykorzystuje tutaj swoje horrorowe doświadczenie, wprowadzając mnóstwo frajdy do seansu, naginając wiele momentów do tego, aby były „inne”, w jego stylu – plus cameo Bruce’a Campbella, dzięki któremu w 2022 roku nadal możemy kochać tego człowieka za jego wygłupy. Mnóstwo tutaj też niespodzianek, zapewne zdradzonych przez pseudodziennikarzy, ale kto nie czyta, ten na seansie kilka razy mocno się ucieszy w ten lub inny sposób. To ogólnie bardzo ładny wizualnie film: concept arty powołane do życia, scenografia, kostiumy, 3D, CGI – jest po prostu na co patrzeć, ten tytuł ma wiele do zaoferowania na wizualnym poziomie. Parę razy twórcy przypomnieli sobie, że mogą używać humoru, więc i ten pojawi się od czapy tu i tam, wywołując uśmiech. Na dodatek całość nie jest dezorientująca dla takich widzów jak ja, którzy nie oglądali pierwszej części, ostatniego Spider Mana czy serialu Wanda/Vision. Jest co chwalić.

Tyle o samym filmie, bo ten nadal jest też typowym Marvelem, więc wszystkie powyższe zalety są pozytywne, ale w umiarkowanym stopniu. Te filmy są produktami i za każdym razem wszystko robią w ten sam sposób. Najlepiej to widać właśnie po humorze: scenariusz był przepisywany przez wielu ludzi, a żarty były na zamówienie, bo ktoś zwrócił uwagę, że ich trochę mało jest. Dlatego Strange w losowych momentach nagle robi się śmiesznym dupkiem, który kpi, że ktoś ma widelec na czole. Śmieszne i ogólnie doceniam, ale to po prostu nie jest spójna postać. Twórcom jednak nie zależy na takiej spójności. Nieważne, jaki bohater, jaka historia, jacy twórcy to robią, to za każdym razem ma się wrażenie, że oglądamy ten sam film. Zmiany są na tyle drobne, żeby móc je rozdmuchać, ale to wszystko. Potencjał horrorowy Raimiego jest dostosowany do niskich ograniczeń wiekowych – bardzo mało tutaj miejsca dla postaci – a fabuła jest wciąż ta sama: ratują świat przed zagrożeniem, które sami wywołali, piorąc się po pyskach dużo i krótko. Bardzo złe przedmioty zagrażające światu są pod ręką cały czas, ale antidotum na nie jest zamknięte na magiczną kłódkę zabezpieczoną hasłem, które znał tylko jeden człowiek, który już zresztą nie żyje – no cóż.

Niby spędzają ze sobą czas i gadają, ale jednak wygodnie zapominają o osobistych historiach, gdy to akurat może psuć tempo opowieści. Fabuła nie ma za wiele związku z osobistymi przeżyciami bohaterów. Dla przykładu – America nie jest w stanie kontrolować swoich mocy. Nic z tym nikt nie robi przez cały film, wygodnie ma szczęście aż do finału, kiedy ktoś jej powie: „A spróbuj po prostu w siebie uwierzyć?” i to wystarczy. Jest tu bardzo ładny motyw snów i tego, że są oknem do tego, co robią nasze inne wcielenia. America jest smutna, bo nie ma snów, jest unikalna – do końca seansu zapomnicie, że to w ogóle w filmie było. Motywacje antagonistki i jej zarzucanie hipokryzji Doktorowi jest w ogóle niezrozumiałe przez widownię, a sam protagonista odpowiada tylko: „Dobra, to chodź na solo”. Jej motywacje czy osobowość nie mają znaczenia dla samego filmu ani jego twórców: to tylko jedna scena, która ma jakoś motywować późniejsze sceny akcji. Dopiero na samym końcu robią coś, co mogli zrobić na początku, co nie sprowadza się do bicia po pysku, a co zażegnuje konflikt. Efekt jest idealny: jednym trochę się spodoba, innym trochę nie spodoba, nikt nie będzie wkurzony, za to kilka osób będzie zachwyconych. Produkt wzorowy.

I nie ma to nadal znaczenia. To kino momentów, nie całości. Nie musi się podobał jako zwarta produkcja – wystarczy, jak na koniec Strange powie: „Kocham cię w każdym wszechświecie” i wielu widzów będzie zadowolonych. Ten jeden ludzki moment po prostu wystarczy. W tym filmie jest ich nawet kilka. Więcej nie ma, ale jeśli tyle wam wystarczy: seans jest wtedy dla was.