Czerwiec 2022

Czerwiec 2022

11/06/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 1

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

obejrzanych filmów
21
obejrzanych seriali
0
Ocena 2 z 5

Birdie Wing: Golf Girls' Story - sezon I (2022)

29 czerwca | 6 odcinków po 6 min | Disney+

Lesbijki grają w golfa metodą „jeb z dzidy”. Piłki łamią gałęzie, potem pewnie drążą tunele.

Główna bohaterka potrafi zapierdolić w piłkę golfową tak mocno, że leci hen, daleko. Prawie 10 stóp dalej od oponenta, wszyscy zbierają szczęki z podłogi. Krzyczy cały czas to samo, animacja uderzania piłki jest cały czas poddawana recyklingowi, wielokrotnie w każdym odcinku. Pokonuje jednego bohatera, innego, kolejnego i jeszcze kolejnego. Niby cały czas jest najlepsza, ale spotyka innych, o których każdy mówi z przejęciem: „Coooo ona będzie teraz grać z nim?! Przecież to legendardy Napierdalator Trzytysiące, uczeń legendarniejszego Napierdalatora Dwatysiące”. Twórcy nigdy nie grali w golfa, więc wszyscy powtarzają w kółko to samo: „Coooo ona wzięła ten kij????” (i na tym koniec, więc nawet nie wyjaśnią, z czym mają problem gdy bierze ten kij, a nie inny i jaki powinna wziąć itd). Jak o tym piszę, to jestem w szoku, że nie przyczepili się do stroju bohaterki. Albo jej butów. „Na takim obcasie będzie brać zamach?” miałoby nawet sens…

Sensu tu jednak nie ma i tak. Ani czegoś innego. Bohaterowie mają po jednej charakterystyce: protagonistka jest protagonistką, to jej cecha, pozostali są drugoplanowi. Ewentualnie czasem trafi się ktoś arogancki. Nie ma historii – cały czas klepiemy to samo, w kółko. Po wygraniu turnieju bohaterka idzie do szkoły i tam gra w golfa, pokonując wszystkich. I gdy mówię, że cały serial jest absurdalny, to nie mam na myśli standardowej stylistyki anime – nie, ja mam na myśli, że nawet jak na ten gatunek, Birdie Wing jest przesadzone do tego stopnia, że wręcz nie jestem w stanie tego przetrawić. Po prostu jest coś w tym, jak ci ludzie na siłę próbują z gry w golfa uczynić pojedynek tytanów. Mogliby zrobić „Mario Kart” tylko z golfem i dać do wyboru postaci w stylu Goku lub Saitamy, którzy by sobie grali w golfa, uderzając piłką od jednej planety do drugiej. I to by pasowało, jako party game. Birdie Wing jakoś nie pasuje jako serial, ani trochę.

Ocena 3 z 5

Baymax! - sezon I

29 czerwca | 6 odcinków po 6 min | Disney+

Niecała godzina spędzona w obojętności, nic więcej.

Jeszcze jeden miniaturowy serial od Disneya. Ten jednak składa pierwsze pięć anegdot w całość w szóstym, finałowym odcinku. Baymax przemierza miasto i pomaga losowym osobom (i jednemu kotu) wbrew ich początkowej woli, by z czasem zyskać ich sympatię. A gdy Baymax będzie mieć problemy, to wszyscy zbiorą się i mu pomogą.

Doceniam takie odświeżenie formuły, dzięki temu całość nabiera charakteru i serca. Nie dużo, bo jednak nadal nie trafiają do mnie te poszczególne opowieści jak i fakt, że wszyscy chcą pomóc Baymaksowi, ale jednak… Trochę tu tego jest. Istotniejsze tu było znalezienie żartów niż opowiedzenie historii, Baymaksowi bardziej zależało na pomaganiu i wręcz zastanawiałem się, czy ta pomoc jest w ogóle potrzebna, czy to tylko takie kolorowe miganie na ekranie dla najmłodszych, a nie uczciwy tytuł. Niemniej, nie męczyłem się i dałem radę obejrzeć całość, zanim brak entuzjazmu przerodził się w cynizm. A to jest jakieś osiągnięcie jednak.

Ocena 2 z 5

Blasted: Kumple kontra kosmici

28 czerwca | Netflix

Niskobudżetowe inspirowanie się Edgarem Wrightem jako wymówka, ale urok ma

Bohater musi zaimponować szefowi w pracy, więc zaprasza go na wieczór kawalerski akurat wtedy, gdy dochodzi do inwazji kosmitów, a kluczową umiejętnością okaże się laser-tag, w którym bohater tak przypadkiem jest naprawdę dobry. Absurd, humor, lekkość – to już jest w obietnicy fabularnej, więc wydaje się, że coś z tego może być. Produkcja w końcu nie musi być poważna ani na serio, robienie jaj na ekranie też ma swoją wartość. Można więc kupić naciągania fabularne, uproszczenia, schematy i znajome rozwiązania fabularne.

Nie miałem jednak ochoty kupić banalnych postaci, do których nie czułem sympatii. Nawet w nie wierzyłem w jedną z nich – ich motywacje, charakter, cokolwiek. Wszystko tu jest podyktowane tym, że tego rodzaju postaci są zawarte w innych tego typu produkcjach. Było mi obojętne ich przetrwanie, sukces w pracy, cokolwiek. A same żarty były oczywiste. Nie znajdziecie tu powodu, by kontynuować seans – a jeśli to zrobicie, to znajdziecie jeden z nielicznych pozytywów, tzn. całkiem nieźle zrealizowaną sekwencję finałową.

Ocena 3 z 5

Superman & Lois - sezon II

28 czerwca | 15 odcinków po 40 min | HBO GO

Superman jako rodzic? Kupuję to, nawet w formule seriali dla nastolatków.

Nowe zagrożenie między wymiarami, zagrażające naszej Ziemi, mogące doprowadzić, że my i nasze odpowiedniki na innych planetach – złączymy się w jedno. Do tego problemy Supermana w domu oraz wątek poboczny z wyborami nowego burmistrza w mieście.

Pierwsze wrażenie jest naprawdę pozytywne: rząd USA kwestionuje uczciwość Supermana, bo ten ma być superbohaterem, ale tylko dla mieszkańców Stanów. Nie może ratować obywateli azjatyckich krajów, wrogów USA. Jak im pomagasz, to też jesteś wrogiem USA? Naprawdę byłem w szoku, że oglądam komiksowe kino, które podejmuje ten temat. Sceny rodzinne też są zrealizowane całkiem… szczerze. Jest w nich serce, uczucie, uczciwość. To naprawdę coś nowego, zobaczyć superbohatera w roli ojca, który gada o pierwszej miłości ze swoimi dorastającymi synami. Wizualnie też jest na co patrzeć – klata protagonisty czy też ta scena z okrętem podwodnym w pierwszym odcinku? Wizualnie petarda. Jak najbardziej, chcę to oglądać dalej!

Kilka odcinków dalej i już mój entuzjazm opadł. I tak było aż do końca, który się przeciągał – pierwsze odcinki zaczęto nadawać w styczniu, ostatni w czerwcu dopiero doczekał się premiery. Dojrzałe tematy, ale użyte tak, by stworzyć coś dla nastolatków – w ten zły sposób. Wszyscy są tu sprowadzeni do parteru emocjonalnie i psychicznie, byle tylko móc gadać jak równy z równym, w scenach gadania dorosłych z dziećmi. Historia pozbawiona jest niespodzianek, nie wywołuje też zaangażowania potrzebnego do wyłapywania czy troszczenia się o błędy czy głupoty w opowieści. Już przed połową oglądałem tylko po to, by go ukończyć – denerwując się na głupie zachowanie tłumu w miasteczku, ewentualnie na fakt, że zaraz wszyscy będą znać tożsamość Supermana (bo ten im powie). Niemniej, nadal takie kino właśnie dostajemy: o konfliktach rodzinnych, o rodzicach nie znających wszystkich odpowiedzi, o zagubionych nastolatkach pragnących znać właściwe rozwiązanie – ale go nie znają i popełniają błędy. O wspólnym stawianiu czoła problemom, o poleganiu na rodzinie, o zaufaniu, o stawianiu rodziny na pierwszym miejscu, o robieniu wszystkiego dla najbliższych. Takie produkcje mają prawo się podobać. A ta na dodatek uprasza rzeczywistość, ułatwia ją, dzięki czemu możemy widzieć ważne problemy nieco wyraźniej – trochę tak, jakbyśmy chcieli, by ona wyglądała.

Ocena 1 z 5

Machine Gun Kelly's Life in Pink

27 czerwca | Disney+

Z serii celebrytów kupujących dokument o nich, gdzie będą mogli pokazać samych siebie. Tylko totalnym zbiegiem okoliczności te szczere, odsłaniające „prawdziwego mnie” produkcje są identyczne. Bezpieczne obrazy, które mówią tylko tyle, ile spece z marketingu pozwolili, przy jednoczesnym odhaczaniu wszystkich haków na fanów – pokazanie ich miłości, pokazanie swojej pracowitości, wywiady z ludźmi zachwycającymi się tytułową personą. Mamy im współczuć, darzyć sympatią i dobrze się z tym czuć, bo w końcu są wartościowymi artystami. Teksty są głębokie, a płyta jest odważna, zaryzykowali i odnieśli sukces, muzyka rezonuje z odbiorcami.

Tylko no, nie kupuję tego. Misja nieudana. Nie znałem chłopa wcześnie, po obejrzeniu wygląda mi na pretensjonalnego lalusia oderwanego od życia, którego muzyka jest niedojrzała. Płytę przesłuchałem i nie znalazłem tam nic dla siebie, ale instrumenty fajne. Tyle.

Plusem jest przynajmniej to, że pokazują muzykę, pokazują występ artysty. Inne tego typu „dokumenty” o tym nie pamiętają.

Ocena 1 z 5

Trevor: The Musical

24 czerwca | Netflix

Na YouTubie jest sporo amatorskich wersji np. „In The Heights”, tzn. wystawione przez szkołę. Budżet jest mniejszy i nikt na scenie nie jest – jeszcze – profesjonalistą. Nie mają zgrania, nie umieją śpiewać najlepiej, choreografia nie jest jak w oryginale i jest wymyślona przez kogoś, kto przede wszystkim nie chce młodym utrudniać czegoś, co jest niewiarygodnie trudne tak czy inaczej – trzeba być grupą na scenie przez dwie godziny, pamiętać tekst i w ogóle. Takie wersje „In The Heights” nie są złe, nie dorównują oryginałowi, ale nadal przyciągają oko jak każde nowe wykonanie i każdy będzie zainteresowany, jak ci amatorzy na drodze do kariery teatralnej wykonali dany moment. To w końcu „In The Heights”, to jest niewiarygodnie ciężki musical sam w sobie. Jeśli ktoś daje rady tego nie zepsuć mając 15 lat, to już wystarczy.

„Trevor” jest zapisem faktycznego musicalu – jest widownia i czuć „w czasie rzeczywistym”, jakbyśmy ją oglądali. I tak, urok tej sztuki najpewniej leży po trochu w tym, że główny aktor nie robi wrażenia nikogo „zawodowego”. To ma być nastolatek pełen miłości do musicali, który chce, aby świat dał mu szansę, żeby mógł zostać jak Diana Ross i wykona piosenki z Fame na konkursie talentów, żeby to udowodnić. Problem w tym, że jak nie widzę tutaj profesjonalisty grającego amatora. Ja nadal widzę amatora. Nie kogoś złego w tym, co robi – chociaż nad śpiewem będzie pracował jeszcze długo – ale właśnie amatora: osobę bez doświadczenia, z wieloma brakami, których nawet nie jest świadomy. I cała sztuka robi takie właśnie wrażenie: jedni aktorzy są lepsi, inni gorsi, inni robią to w ramach kary, inni mają ambicje i zero talentu, a statyści to przypadkowe osoby, które poruszają się w tle, żeby dostać punkty na świadectwie czy coś. Niemniej, scenografia i ogólnie realizacja wskazują raczej na oglądanie profesjonalnej sztuki. Nie tak rzadko trafi się jakiś imponujący moment ze strony aktorów – oni naprawdę dają radę w jakimś stopniu śpiewać, tańczyć, nie popełniają błędów ani razu (typu pójście w złą stronę lub pomyłka w tekście), dają radę wytrzymać te dwie godziny i co jakiś czas zabłysną: timing, humor, chemia między aktorami. Tylko zawsze błyszczą dlatego, że nie spodziewałem się po nich niczego więcej niż „niech będzie”.

Film sprawia więc wrażenie, że to całkiem niezły materiał wykonany przez początkujących. Tylko z samym materiałem też nie jest zbyt różowo (hehe). To historia chłopaka odkrywającego swoją homoseksualną stronę i wszystkie perypetie z tym związane: „jak powiedzieć chłopakowi, że go lubię?”, „jak ukrywać, że nie mam ochoty masturbować się do zdjęć kobiet”, „z kim pójść na imprezę?”. I jest to przewidywalne. I najwyraźniej podoba się to tylko ludziom, którzy uważają, że historie o gejach trzeba wspierać – sami geje mają dosyć kolejnej stereotypowej historii z niewieścim protagonistą.

Ja miałem pewną przyjemność z oglądania – bo to musical, zapis z występu a nie adaptacja, więc chwalę podejście, ale wolałbym znać gotowy musical i w tym filmie tylko zerknąć na ulubione momenty. Trudność polega na tym, że to jest właśnie ten musical – aktor z „sfilmowanej” wersji to ten sam aktor, który śpiewa na Spotify w oficjalnej wersji. I śpiewa tak samo. Gdy na końcu jest wzruszony po występie, to robi się ciepło na sercu, tylko że nie jako aktor odtwarzający wizerunek popychadła, który dostaje szansę na scenie. Nie, ja tam widzę prawdziwe szkolne popychadło będące sobą, które zostało wpuszczone na scenę. Efekt każe wątpić w słuszność takiego postępowania.

Plus trochę kontekstu: najpierw był krótki metraż z 1994 roku, który zdobył Oscara i jego twórcy nawet rozpoczęli organizację oferującą wsparcie takim osobom, jak tytułowy Trevor – bo wcześniej czegoś takiego najwyraźniej nie było. I ta organizacja działa do dzisiaj. Na podstawie tego krótkiego metrażu powstał musical w 2017 roku i ten musical został sfilmowany na potrzeby Disneya. Wszystko cały czas trzyma się akcją w roku 1981 roku.

Ocena 2 z 5

Fullmetal Alchemist: Final Transmutation

24 czerwca | Netflix

To wygląda, jakby youtuberzy odtworzyli kilka scen z ostatnich 50 odcinków i złożyli w film.

Ostatni film z trylogii aktorskich adaptacji mangi. Druga część skończyła się na 20 odcinku, trzecia pokrywa całą resztę, czyli jakieś 50 odcinków. Powrót z piekła, 40 różnych wojen, utratę wzroku, odkrycia homonkulusów, zdrady i przygody, wielki finał, wielkie poświęcenia… W dwie i pół godziny. Kupy dupy się to nie trzyma, ale to akurat mały problem. Nawet jest całkiem atrakcyjnym wyobrażać sobie reakcję kogoś, kto nie zna pierwowzoru i próbuje w ogóle coś z tego zrozumieć. A szczególnie, gdy ogląda z polskimi napisami i tam wszyscy zwracają się do siebie „Chciwość, chodź tu”. Kabaret. Tragiczne efekty specjalne też nie były dla mnie problemem.

Problemem jest w sumie tylko brak zaangażowania aktorów. Na to akurat mieli wpływ i to mogli dostarczyć, ale tego jednak nie zrobili, a przyczyną może być wyłącznie lenistwo. Jak trzeba się śmiać w przerysowany sposób, to się śmieją, ale gdy trzeba zrobić coś równie pełnego, wtedy już cała para idzie w gwizdek. Ilekroć muszą się siłować, przekonać widza, że ich postać robi coś z całych sił, albo że się boi czy przejmuje, wtedy tego nie można kupić. Wróg ściska protagonistę albo go gdzieś ciągnie czy też odciąga od czegoś ważnego dla naszego Edwarda, a ten zupełnie nie daje rady mnie przekonać, że się chociaż stara. Wyciąga tylko rękę i płaczliwie woła „nie… dam… rady…”.

W poprzednim filmie jeszcze nie czepiałem się za bardzo, ponieważ wtedy nie było za bardzo wymagających scen. W trzeciej części pokrywają już jednak chociażby samobójczą śmierć pewnej postaci, co jest dla mnie jedną z najwspanialszych scen w historii kinematografii. I dwuwymiarowa animacja była bardziej żywa oraz przejęta niż film z aktorami. Bitwa na koniec to jedna z wielu porażek, gdzie każdy aktor raz machnie ręką i mu wystarczy. Edwardo też się raz zamachnie i w sumie wygra dzięki temu. Ech. Epilog z Windy też zrobili, tylko aktor wcielający się w Eda jakby sobie przypomniał, że miał przecież romans czy coś i tak stanął, próbując sobie przypomnieć, jak leciała ta pamiętna kwestia z równą wymianą…

I tak w ogóle dopiero wtedy ogarnąłem, że Ed jest chyba najwyższy w całej obsadzie. Co to ma być, przecież połowa żartów z serialu to kpienie z niego, że jest kurduplem. Bo ma bodaj 13 lat, ale mniejsza.

Podsumowując: film, który nie oddaje honoru genialnemu oryginałowi, nie daje rady opowiedzieć tej genialnej historii w taki sposób, by można było jej geniusz dostrzec. Macie mangę, macie anime, nie ma żadnego powodu, aby oglądać film.

Ocena 2.5 z 5

Angry Birds: Summer Madness - sezon II

24 czerwca | 16 odcinków po 12 min | Netflix

Tak, dwa sezony w jednym roczniku… A może będzie więcej?

W każdym razie – druga porcja odcinków, wszystkie założenia bez zmian. Nadal bawi mnie humor i konwencja, nadal jestem tym zaskoczony i ogólnie chcę więcej. Problem w tym, że już teraz zobaczyłem parę odcinków, na które nie było pomysłu. Banalne, robione od kalki brednie, w których postać np. dostrzega, że musi się zmienić. I po nudnych perturbacjach dochodzi do sytuacji, kiedy jednak się okazuje, że lepiej, jakby pozostała sobą.

Najlepszy odcinek (nawet w całości): Detective Chuck (2×5), gdzie każda postać jest ogolona od pępka w dół i Chuck bawi się w detektywa, aby znaleźć sprawcę. Fabuła jak fabuła, ale dosłownie każda sekunda jest wypełniona absurdalnym humorem. Uwielbiam i wybaczam, że na ostatnią minutę trochę stracili pary. Jeden z odcinków roku.

Ocena 2 z 5

Człowiek z Toronto ("The Man from Toronto")

24 czerwca | Netflix

Średnie kino kumpelskie, średnie kino akcji. Mam nadzieję, że powstanie sequel z lepszym scenariuszem, reżyserem, efektami specjalnymi.

Sekwencja otwierająca polega na oglądaniu prób głównego bohatera, gdy ten wymyśla kolejne wynalazki na sprzedaż. Ponosi porażkę za porażką, ale nadal kipi entuzjazmem ślepym na rzeczywistość. A my jesteśmy skłonni dać mi szansę i oglądać dalej. Piszę o tym, ponieważ to uczucie niesie się przez cały film – chciałem go lubić bardziej niż faktycznie mogłem.

Fabuła kręci się wokół pomyłki – wspomniany nieudacznik zostanie wzięty za profesjonalnego zabójcę na zlecenie, a FBI będzie chciało to wykorzystać.

Opowieść to pełna charakteru, scen akcji, przemocy… Tylko w wersji light. Scenariusz nie daje bohaterom aktorom fajnych kwestii, ale robią oni co mogą – główny duet Harrelsona oraz Harta ma chemię i chce się ich oglądać. Nie ma chyba nawet przekleństw, a to jednak opowieść pełna stresu i nerwów. Sceny akcji są pomysłowe, jest nawet sekwencja w siłowni na jednym (markowanym) ujęciu – tylko kiepski green screen obniża ich jakość. Przemoc jako taka jest pozbawiona siły – scena tortur polega na straszeniu słowami, ofiara ze strachu pęka, a zastrzelona zostaje poza kadrem. I tak jest przez cały film, tu nie ma bólu.

Nie ma też wystarczającego czarnego humoru, który zrównoważyłby kolejne zgony. Na dodatek cała produkcja jest niemal obraźliwie udawana, protekcjonalna. Wiemy, że mamy w pewnym stopniu zawiesić poziom sensowności, ale niech bohater zastanawia się głębiej nad ryzykowaniem życia w sprawie, która go nie dotyczy – niech najlepsi zabójcy z całego świata ściągnięci w jedno miejsce będą faktycznie wyzwaniem – niech niespodziewana przyjaźń będzie czymś więcej od wypełniania założeń gatunku.

Niby obejrzeć można, ale nie będziemy do tego kina wracać. A takie RED z 2011 roku trzyma się nadal mocno.

Ocena 3 z 5

Wschodząca gwiazda ("Rise")

24 czerwca | Disney+

Póki co – sportowy film roku.

Film fabularny opowiadający prawdziwą historię gościa, którego rodzina uciekła z Afryki do Grecji, postawiła wszystko na jedną kartę, zaryzykowała wszystko i osiągnęła sukces, gdy jeden z synów dostał się do NBA.

Cały film poświęcony jest drodze tych ludzi do momentu NBA Draft. Od uciekania przed władzami, cudu na granicy, nielegalnego pobytu w Grecji i życia ze sprzedaży bibelotów turystom. Tak, dobrze podejrzewacie – to niemal film telewizyjny w swoim wykonaniu, prosty i znajomy, stawiający na znane sztuczki. Nadal jednak ma wiele do zaoferowania.

Aktorstwo. Ogólnie jest ono poprawne w całym obrazie, ale rodzice szczególnie się wyróżniają. Pokazują, jak wielki ciężar i poświęcenie stały po ich stronie. Jakim to sukcesem jest takie zwykłe życie dla nich, jak bardzo boją się utraty tego. Czasami są lepsi, niż scenariusz przewidział – choćby w scenach stresowych, gdy oglądają mecz syna. Ojciec siedzi bez słowa, ale widać po nich, jak ciężko im w ogóle patrzeć – ale są tam, na trybunach, wspierając duchem syna. Po czym ojciec wstaje i mówi, że nie da rady i se idzie. Pod koniec filmu to zresztą powtórzono.

Drugie to sceny sportowe. Tak, zrealizowane jak w dużo większej produkcji – efektowne i naprawdę przyjemne wizualnie – ale to przede wszystkim nieliczny przykład, gdy jest istotne coś więcej poza tym najważniejszym, np. trafieniem do kosza. W tym filmie istotne jest podanie, aby ktoś inny trafił – i to świadczy pozytywnie o bohaterze. Nikt potem nie narzeka, że mógł samodzielnie próbować dokończyć akcję, zamiast podać – bo to też jest wielka umiejętność. To samo z blokowaniem. Trafienia są tylko jedną z tych rzeczy.

Miły film, dający minimalną dawkę nerwówki przy jednoczesnej pewności, że wszystko dobrze się skończy. I tak trochę łatwiej będzie nam zaakceptować, że sportowcy zarabiają miliony – w końcu idą na takich imigrantów i ich siedmioosobowe rodziny.

Ocena 3 z 5

Święty dylemat ("Holy Dilemma")

23 czerwca | HBO Max

Bardziej reality show niż dokument – o księdzu, który wybrał własną rodzinę.

Węgry, ksiądz żyje w tajemnicy: ma żonę i dzieci, prowadzi podwójne życie. Żałuje, że spędza mało czasu z dziećmi i w końcu decyduje się zostawić posługę, wyjść z cienia, ujawnić prawdę… I dokument pokazuje reakcje innych na to wydarzenie.

Trochę dziwne, że taki moment w życiu zdecydował się umieścić przed kamerą, ale poza tym to miły tytuł. Zdystansowany, nienarzucający się, ale też mało angażujący, aby móc się przejąć losem ludzi, których oglądamy. Mało też kontekstu społecznego czy innego. Po seansie raczej rzucimy jakiś pedofilski żart i zapomnimy o całym filmie.

Ocena 5 z 5

The Bear - sezon I

23 czerwca | 8 odcinków po 30 min | Disney+

Tego wszystkiego mi brakuje w kinie. Jest moc!

Bohater ma na imię Carmen – jest jednym z najlepszych kucharzy na świecie, ale my go znajdujemy u kuzyna w jakieś dziurze w Chicago, gdzie robią kanapki i makaron. Szczegóły poznajemy po drodze – czemu tam, jak się znalazł w takich okolicznościach, jakie są jego motywacje? Tymczasem próbuje wprowadzić innowacje w tym miejscu, zaprowadzić porządek – co niekoniecznie jest najlepszym pomysłem, ale to już Carmen musi odkryć samodzielnie.

Ten serial to kuchnia od kuchni: napięcie między osobami przygotowującymi posiłki, nadążanie z zamówieniami, odnajdywanie w tym czegoś więcej niż tylko klejenie czegokolwiek dla prostego klienta szukającego sposobu na zapchanie twarzy. Wszyscy tutaj walczą: z samymi sobą, ze sobą nawzajem i walczą o coś. Na ekranie faktycznie widzimy nawiązywanie fizycznego kontaktu, pulsujące dyskusje gdzie każda ze stron mówi jednocześnie – a my rozumiemy, co mówią, bo bohaterowie sami to rozumieją. Są na tyle inteligentni – ewentualnie cwani, sprytni – by słuchać drugiej strony i jej odpowiadać tak szybko, że tamta ledwo skończy mówić. Tutaj cały czas jest coś do ugrania: czyjś honor, poczucie własnej wartości, jakieś przekonanie. Czy ta nora faktycznie powinna być zmieniona? Czy tym ludziom faktycznie trzeba mówić, jak mają pracować? Wszystko to jest napędzane przez Carmen, który faktycznie