Czerwiec 2022

Czerwiec 2022

11 czerwca 2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

Seriale oglądane na bieżąco:

  • The Boys (S3)
  • Better Call Saul (S6)

Seriale rozpoczęte:

  • Atlanta
  • Bel-Air
  • Bob’s Burgers
  • Superman & Luis
  • Pozłacany wiek
  • The Walking Dead
0
obejrzanych filmów
0
obejrzanych seriali
1/5

Obi-Wan Kenobi - miniserial

22 czerwca | 6 odcinków po 50 min | Disney+

Mogli zrobić Better Call Kenobi, mogli zrobić Two Paper Moon, to serio miało potencjał.

Chcieliśmy ten serial. Ewan McGregor wracający do roli Bena? To będzie musiało być wspaniałe! Fani byli przeszczęśliwi, gdy serial faktycznie powstał. Im bliżej końca, to trzeba było uzasadniać jego istnienie i bronić go przed zarzutami, że to od samego początku był poroniony pomysł. A nie był. W świecie Star Wars minęło 10 lat od finału Zemsty Sithów, Ben ukrywa się na obcej planecie razem z Lukiem i czeka, aż będzie go trenować. Jedi są obiektem polowań, więc ukrywa swoją moc. Leia w tym czasie zostaje porwana i jej przybrani rodzice zwracają się z prośbą o ratunek do Bena, który opuszcza Luke’a samego. Tak, serio – ale spokojnie, ten serial ma pierdyliard błędów jako całkowicie samodzielny twór. Jako część większej serii jest jeszcze gorzej – w końcu Ben miał pilnować Luke’a, a mimo to go zostawia bez żadnej ochrony. Idzie ratować księżniczkę, która chyba nie może narzekać na liczbę ochroniarzy, ale tak, chłopca na środku pustyni trzeba zostawić. Co może pójść nie tak?

Mieliśmy więc byłego Jedi, który nie może używać swojej mocy. Wystarczyliby scenarzyści Better Call Saul, aby zrobić mądry serial o mądrych ludziach, którzy cały czas są na straconej pozycji i muszą wynajdować na bieżąco nowe rozwiązania problemów, w których się znajdują. To byłby wspaniały serial, w którym potężny Kenobi nie może używać swoich mocy, ale nadal chce pomagać, tylko teraz musi to robić bez zdradzania siebie i sprowadzenia zagłady na Luke’a. Scenarzystów Better Call Saul tu nie ma, więc ilekroć Kenobi jest zagrożony, to siedzi cicho w cieniu i czeka, aż zagrożenie minie – co zresztą trwa dosyć krótko, bo już w drugim odcinku całe to ukrywanie się idzie w zapomnienie. Dużo tu tak na ogół idzie w zapomnienie, jakby twórcy sami byli zdziwieni, ile mają odcinków do realizacji. Wątek ochrony Luke’a? Kończy się w pierwszym odcinku. Ratowanie Lei? Ratuje ją w drugim odcinku. Co zrobić z pozostałymi czterema?

Tutaj wchodzimy na teren relacji Bena oraz Anakina. Jeśli miałbym podsumować fabułę całego serialu, to byłoby właśnie to: zakończenie wszelkich innych emocji między tą dwójką, a rozpoczęcie czystej nienawiści. Problem w tym, że jakiekolwiek podstawy do relacji tych dwóch są nieobecne w tej produkcji. Bez oglądania trylogii prequeli oraz serialu Clone Wars (czy może nawet jeszcze czegoś więcej) nie będziecie zaangażowani emocjonalnie w cokolwiek. Darth Vader poluje na Kenobiego, a Kenobi mu ucieka, aż w końcu będą walczyć. Na gołej ziemi, w otoczeniu pagórków, przez dwie minuty. Na końcu strzelą focha. Tak jakby autorzy serialu chcieli zrobić finał Zemsty Sithów, tylko każdy jego element zrealizować najgorzej, jak tylko mogą. Wtedy ta walka była efektem czegoś więcej, a starcie było końcem świata dla każdej z tych postaci – i zachowanie świata wokół to obrazowało, wszystko się rozpadało. To był Kurosawa w wykonaniu George’a Lucasa, jak najlepiej mógł to w swoim rozumieniu zrobić. Tam było dużo wszystkiego: żal, zdrada, przyjaciel zawodzi przyjaciela, nauczyciel zawodzi ucznia, już nie ma odwrotu i zostaje tylko poniesienie konsekwencji. W tym serialu jest tylko nienawiść Vadera do Kenobiego, który przed tym ucieka, ale finałowa walka i tak kończy się sytuacją patową. Nic z tego nie rozumiałem, czemu oni czują to, co czują – i czemu to zostało aż tak uproszczone? Scenarzyści naprawdę nie umieją połączyć tych dwóch światów, gdzie w jednym Vader to postać tragiczna z prequeli, w drugim masowy morderca, który ma dostarczać brutalnych scen akcji z gier komputerowych i Rogue 1. Nie mogę zaakceptować, że ten sam człowiek, którego ostatnio widziałem w Zemście…, teraz potrafi chodzić po bazie i od niechcenia zabija ludzi wokół.

Cała reszta serialu to oglądanie debilnych decyzji bohaterów, braku spójnej historii, banalnych rozwiązań fabularnych i innych błędów na każdym kroku. Nie żebym atakował Deborhę Chow, reżyserkę całego Kenobiego oraz Black Summer Red Hot Chili Peppers (i innych seriali, w tym Better Call Saul), ale to chyba pierwszy raz, jak oglądam serial i myślę, że jest źle wyreżyserowany – tak po prostu. Na początku jest scena, jak antagonista wchodzi do baru i monologiem straszy wszystkich. Wokół jest dużo statystów – i żaden z nich nie ma reakcji na twarzy. Nikt im nie powiedział jakichkolwiek instrukcji, więc tylko tam siedzą, patrząc przed siebie. Nadal jednak gorsze są błędy scenariuszowe, których zwieńczeniem jest cały ostatni odcinek, który dosłownie nie umie przestać obniżać poziomu. Gdy tylko myślałem, że to nie może być głupsze, twórcy mieli w zanadrzu jeszcze 10 kolejnych debilizmów. Nawet nie wiem, który wyróżnić i podać za przykład. Zabijanie ludzi, aby ukarać zabijanie ludzi? Czy może wybaczanie zabijania ludzi, bo się kurwa przestało zabijać ludzi, a mogła się zabić więcej?

Ale ludziom się podoba, bo dostają rzeczy, które znają i lubią. Ewan McGregor, Hayden Christensen, głos Jamesa Earla Jonesa – a to dopiero początek. Nie zdradzę niczego, ale jest tu tego naprawdę mnóstwo. Jak tego wam potrzeba, to będziecie zadowoleni, zaręczam.

2/5

Buzz Astral ("Lightyear")

15 czerwca | Kino

Trochę krótkie to nowe Call of Duty.

„Andy w 1995 roku chciał dostać zabawkę Buzza Astrala po zobaczeniu filmu. To jest ten film” – informuje nas napis na początku filmu. Czyli Andy też zobaczył ten napis, ale to dopiero początek problemów z tym filmem.

Buzz Astral rozbija statek na obcej planecie. Cała załoga musi tam zamieszkać, a nasz bohater po natychmiastowym poddaniu się zostaje poinformowany, że chyba będzie lepiej, jeśli pomoże naprawić sytuację. Więc naprawia – odbywa loty próbne by ustalić stabilność silnika. Podczas testów jednak osiąga taką prędkość, że przenosi się w czasie o 4 lata. Udaje się w test, jeden za drugim, gdy wszyscy wokół starzeją się o lata, gdy dla niego mijają minuty.

A to nawet nie jest połowa wydarzeń, które mają miejsce na początku filmu. Co się jednak dzieje, gdy Buzz dowiaduje się o różnicy czasu? Absolutnie nic. Nie ma nawet chwili na przemyślenie sytuacji, zbudowanie świata, innych postaci. Jedna sekunda nie jest poświęcona na rozważenie, że w tym tempie za dwie godziny umrze moja najlepsza koleżanka. Główny bohater jest pozostawiony w idealnie nijakiej formie, bez żadnego charakteru lub osobowości, bez podejmowania wyborów. Wszystkie wybory w tym filmie są podejmowane za niego, wszystkie plany rozwiązania jakiegoś problemu są opracowane bez jego udziału. Dopiero na sam koniec bohater podejmuje wybór – zabić najbliższych albo ich uratować. Rewelacja.

Treść filmu jest podległa jednej wskazówce – masie scen akcji, jedna za drugą. Sens czy logika nie mają znaczenia, jeśli tylko można w tym miejscu zrealizować jakiś pościg, walkę albo strzelaninę. Cały czas coś idzie nie tak, co chwila coś się dzieje, ktoś wyskakuje na bohaterów i muszą w ostatniej sekundzie coś robić. I tak 80 razy przez cały film. I sama akcja jest naprawdę sprawna, po prostu jest oderwana od świata albo bohaterów. W tej akcji nie ma emocji. Akcja nie jest ich nośnikiem, jest ich zamiennikiem.

Bo jak się kończy wątek tych podróży w czasie? Czy trwa on cały film i bohaterowi jest coraz trudniej odbywać kolejny test? A chuja, następuje montaż. Jeden test za drugim, bez poprawiania czy zmieniania czegokolwiek. Trzy minuty i koleżanka jest martwa. Dziecko z tyłu sali krzyczy „wiedziałem”, wszyscy dorośli na sali w myślach dodają „no shit, kid”, Buzz płacze. Emocje. Nie ma na nie czasu, gdy twórcy mają w zanadrzu naprawdę głupie pomysły na fabułę.

A jeśli mamy wierzyć, że ten film istnieje w uniwersum Toy Story, że jakieś dziecko chciałoby zabawkę z tego filmu, że bohater byłby dla kogoś na widowni bohaterem… To ten film powinien nam to umożliwić. Raczej zrobił wszystko, by temu zapobiec. Buzz z Toy Story był dużo lepszą postacią. Pomijam, że był istotny fabularnie czy miał osobowość – ale był przyjacielem. I pomagał innym. Można było na niego liczyć. W jego solowym filmie jest nijaki, a jego motywacje są zagadką dla samych twórców. Ja myślałem, że robi wszystko, by uratować ludzi z planety, a on ostatnią godzinę mówi tylko o wypełnieniu misji. I musi się chyba nauczyć, że z misji trzeba rezygnować po jakimś czasie. Czy coś.

PS. Na Disney+ można zobaczyć making-off pod tytułem Beyond Infinity: Buzz and the Journey to Lightyear. Cztery rzeczy warto zapamiętać z tego tytułu:
– najpierw był sygnał, że robimy film o tej postaci, następnie szukania treści i pomysłu
– Ręce są ważne
– twórcy w sumie sami nie wiedzą, czemu widzowie robią sobie tatuaż z tą postacią (mówią tylko, że jest zabawna i wyjątkowa, żadnych konkretów)
– mieli dużo pomysłów na akcję i było im obojętne, co się dzieje, bo najważniejsze są wybory bohatera
– „Czemu lubimy opowieści? Bo ludzie są głupi i potrzebują, by im przypominać te same lekcje w kółko, hehe”

3,5/5

Fire Island

3 czerwca | Disney+

Tropiki, geje i rozmowy o życiu. Naprawdę sympatyczne i angażujące.

Są ludzie biedni i biedni-biedni. Tych pierwszych nigdy nie będzie stać na coś, na co warto odkładać, ale raz do roku mogą sobie pozwolić na luksusowe wakacje. Bohater jest gejem i z grupą przyjaciół gejów co roku udają się na Fire Island, gdzie wszyscy są homoseksualistami. Będą pić, szukać okazji do seksu, gadać o życiu – w końcu wszystko jest symbolem czegoś innego. Porażek w życiu osobistym, końcem jakiegoś etapu albo dowodem, by uwierzyć w siebie. Znajdą tam przyjaciół, wrogów… I nie tylko.

Nie jestem w stanie ocenić, na ile jest to realne przedstawienie gejów – ale mogłem w nie uwierzyć. Na pewno daleko mu do braku subtelności z lat 90., nie ma jakiegoś jednego typu homoseksualisty, każdy jest inny. Chodzą bez koszulek, w samych slipach często, niektórzy mają krzykliwe dodatki rodem z parady równości.

Znamy reguły gatunku i tego typu opowieści, więc nie trafimy tu na wiele niespodzianek. Od początku mamy pewność, że bohater i jego nemezis polubią się na koniec – ale oglądanie tego nadal sprawiało mi satysfakcję, jak dochodzili – hehe – do tego punktu. Uwierzyłem w to, byłem zaangażowany. Nawet pomimo dosyć prostych środków użytych przez twórców – „co czytasz?” itd.

To film przede wszystkim dla ludzi lubiących opowieści o dorosłych, którzy nadal próbują ogarnąć życie. Prywatne, zawodowe, miłosne. Wszystko to w miłym otoczeniu wyspy i imprez. Przyjemny film.

2/5

Jurassic World Dominion

1 czerwca | Kino

Jeff Goldblum to skarb.

Oto film, który jest nużący i obojętny – bo nic się w nim nie dzieje – jeśli nie znacie wcześniejszych części. Jeśli znacie, to jest nużący i frustrujący – z uwagi na brak rzeczy, które powinny się w nim znaleźć, spodziewacie się ich, a zamiast tego otrzymujemy dwie i pół godziny niczego. Miał być film o świecie, po którym rozbiegły się dinozaury, a zamiast tego znowu jesteśmy na zamkniętym obszarze, gdzie wyłączono systemy bezpieczeństwa. A głównym tematem nie są dinozaury, tylko – cytując komentarz z Internetu – szarańcza, zmutowana genetycznie, aby jeść wszystkie ziarna z wyjątkiem ziaren produkowanych przez Dużą Złą Korporację. Albo kupicie ich ziarna, albo umrzecie z głodu.

Film ma liczne zalety: na początku pamiętano, że liczy się dla odbiorcy spełnienie fantazji o dinozaurach żyjących współcześnie – dlatego dostajemy np. widok chatki w górach, gdzie w pobliskim lesie biegają sobie małe dinozaury. Spędzamy z nimi nawet trochę czasu, w czym pomagają efekty specjalne wysokiej jakości. Muzyka Michaela Giacchino spełnia swoją rolę, chociaż największe wrażenie robi na mnie bardziej suita z napisów końcowych, niż cokolwiek we właściwym filmie. Ponad to Jeff Goldblum przez jakieś pięć minut czasu ekranowego jest świadomy, że gra Jeffa Goldbluma i jest wtedy absolutnie cudowny.

Cała reszta filmu to zadziwiające odhaczanie kolejno rzeczy, które są niezbędne, aby zrobić obojętny film, który popadnie w zapomnienie. Najważniejsze było stworzenie postaci, które nie mają żadnego celu ani osobowości – naprawdę robi na mnie wrażenie, jak w tak drogim filmie z aktorami, którzy umieją grać, dało radę fabułę sprowadzić do gadania we dwóch w pokoju o tym, co robią, zamiast to robić albo mieć jakąś emocjonalną więź z tym, co się dzieje. Bohaterowie nie są zaangażowani w cokolwiek i nawet w większości nie muszą być w tym filmie – na przykład jedna para ma problem z nawiązaniem relacji ze swoją adoptowaną córką. I nic z tym nie robią przez cały film, a na koniec tylko się uśmiechają i koniec seansu. Chociaż to może fantazja, której teraz potrzebujemy: nie adresować problemu przez dwie i pół godziny, a po tym czasie problem sam się rozwiąże.

Twórcy wiedzą, że co jakiś czas muszą dostarczyć scenę akcji, walki o przetrwanie – i to robią, ale obok są sekwencje, które w ogóle tego aspektu nie adresują, więc to nie jest stałe. Są w tej historii potężne luki, wokół których dałoby radę zrobić cały film, ale w tym tytule są sprowadzone do wydarzeń spoza ekranu. Można się rozbić pośrodku terenu opanowanego przez dinozaury i dostać się do schronienia w zasadzie bez pokazywania tego. Co więcej inni bohaterowie mogą przybyć tamtej postaci na ratunek, dotrzeć do miejsca rozbicia, bez pokazywania tego. I następnie znajdą tamtą postać bez wiedzy, w którą stronę nawet poszła – wszystko to bez pokazywania widzom czegokolwiek. A gdy już pokażą starcie z gigantycznym dinozaurem, będzie to wyglądać jak poziom z kiepskiej gry komputerowej. Bieganie za murkiem i kucanie, gdy T-Rex patrzy. Aha, jest jeszcze antagonista w tym filmie – bohaterowie ledwo go zobaczą na oczy, a on sam zginie z ręki dinozaurów tak jak reszta statystów w tym filmie. To już zresztą jest ustalone w scenie otwierającej ucieczki samochodowej, gdzie dinozaury taranują tylko samochody wroga, ale pojazd naszej bohaterki ledwo zostaje ubrudzony. Dominion nie jest więc przygodą ani horrorem, nie możemy obawiać się przeciwności losu albo o zdrowie bohaterów, bo twórcy nawet nie biorą pod uwagę, że coś im może tutaj zagrażać. Nie muszą też niczego osiągać, wszystko dzieje się bez ich udziału.

Nadal jednak był to seans, który minął mi z myślą: „może trzeci akt będzie chociaż dobry”. Nie był szczególnie – bohaterowie stanęli oko w oko z dinozaurami, ale jak się zorientowali, że dinozaury wolą się bić ze sobą niż polować na nich, to sobie poszli, a film trwał dalej bez nich. Nie oglądałem wcześniejszych części w całości, więc taka konkluzja trylogii mało mnie obchodzi, ale delikatnie frustruje mnie myśl, że to jednak mógł być udany film. Ktoś w Internecie zasugerował ten sam film, ale zrobiony z perspektywy porwanego dinozaura – i już to widzę oczyma wyobraźni, dramat jak z czasów Dona Blutha, byśmy płakali z dumą na sali kinowej. Ja mam inny pomysł – zostawić tylko wątek ratowania dinozaura i córki, ale żeby mama dinozaur wyruszyła w podróż razem z ludzkimi bohaterami. Współpraca ludzi i dino, co wy na to? Znaczy, cokolwiek. Każdy film zasługuje na naszą miłość, ale też na miłość twórców. Każdy zasługuje na kreatywność i włożenie w nią mnóstwa pracy, a nie kręcenie Christa Pratta wyciągającego rękę do kamery przez 2 godziny.